Rozdział LII
Na przechadzce
Młody hrabia Artoff poprzedniego dnia wyszedł od Baccarat ogarnięty wielkimi emocjami. Przyszedł do niej jako Don Juan uzbrojony milionami niczym talizmanem, wychodził poskromiony, upokorzony, głęboko wzruszony majestatycznym smutkiem tej wspaniałej kobiety, która - jak mu się wydawało - została w tak okropny sposób oczerniona.
Baccarat ukazała mu się nagle jak jakaś tajemnicza istota, której tłum nigdy nie zrozumie. Byłaby to odczuwająca skruchę winowajczyni? Miała by to być jakaś ponura mścicielka, której ramię uzbrajało się w cieniu, aby karać i ścigać bez wytchnienia jakichś występnych zbrodniarzy?
Hrabia nie potrafił tego odgadnąć, ale siłą rzeczy wierzył w jedną z tych dwóch hipotez, domyślając się, że ta kobieta miała przed sobą jakąś ważną misję do spełnienia.
Wrócił do siebie, pogrążony w różnych najsprzeczniejszych myślach.
Czyżby już kochał tę kobietę, do której wszedł jak zdobywca? Może jednak czuł do niej tylko nagłą i pełną szacunku przyjaźń, zdolną do największych poświęceń? Nie był w stanie rozstrzygnąć tych ostatnich pytań, tak jak rozwiązać dwóch wcześniejszych.
W nocy źle spał. Baccarat pojawiała się mu we wszystkich snach. Widział ją to błąkającą się wraz z nim pośród pustyni, to wciągającą go w jakiś wir i zamęt, to przybierającą najdziwaczniejsze kształty i przemawiającą do niego różnymi językami.
Kiedy nastał dzień, młody Rosjanin nadal nie potrafił określić, jakiej natury było jego uczucie, które pociągało go ku tej kobiecie, czuł jednak nakazującą potrzebę ponownego zobaczenia się z nią.
Przecież poprzedniego dnia, opuszczając go, powiedziała: "Będę oczekiwała pana jutro ze śniadaniem o dziesiątej".
Wychyliwszy głowę z łóżka, hrabia z rozpaczą dojrzał, że zegar na kominku wskazywał zaledwie ósmą. Mimo to wstał, dokonał porannej toalety, a zobaczywszy, że pozostaje mu jeszcze dużo czasu, kazał osiodłać jednego ze swoich koni, zdecydowany spędzić godzinę na przejażdżce po Lasku Bulońskim. Zapomniał przy tym, że pan de Manerve również oczekiwał go ze śniadaniem.
Hrabia mieszkał w ładnym pałacyku przy ulicy de la Pépini?re, prawie na wprost domu z numerem 40, gdzie Cherubin miał apartament i gdzie pani Malassis zajmowała pawilon w głębi ogrodu. Przy pałacyku, który kazał wybudować hrabia, znajdował się wielki ogród, otaczający obie strony głównego korpusu. Na końcu ogrodu architekt postawił pawilon, nad którym wznosił się wysoko w górze belweder1. Z tego belwederu rozciągał się widok na dachy sąsiednich domów i ogrody. Tym sposobem można było łatwo zobaczyć, co się działo w ogrodzie domu noszącego numer 40, to znaczy okolicę pawilonu pani Malassis.
Powyższe szczegóły topograficzne są nam niezbędne do zrozumienia dalszego ciągu naszej historii.
Hrabia jechał konno przedmieściem de Roule, potem Polami Elizejskimi, a pędem objechawszy Lasek Buloński, powrócił zewnętrznym bulwarem i zatrzymał swego ociekającego potem wierzchowca przed pałacem Baccarat równo w chwili, gdy na pobliskich zegarach wybijała dziesiąta.
Przybiegł groom, by otworzyć mu bramę i odebrać konia. Potem wprowadził go do salonu, który już znamy i gdzie przed dwoma dniami pani Charmet oczekiwała na Turquoise.
Hrabia usiadł na sofie i oczekiwał z niepokojem. Wkrótce ukazała się Baccarat.
Na jej widok wydał okrzyk zdumienia i podziwu, tak wydawała się mu promieniejąca i piękna. Miała na sobie poranną, świeżą toaletę: niebieską suknię, na pół odsłaniającą ramiona, które ozdabiała jedna srebrna bransoletka z angielskim słowem w formie epigrafu2; jej piękne włosy, jak niegdyś, opadały kręconymi splotami. Była spokojna, uśmiechnięta, w niczym nie będąc podobną do owej poważnej, smutnej kobiety, którą poprzedniego wieczora hrabia widział w gabineciku.
Podała mu rękę na powitanie.
- Dzień dobry, mój przyjacielu - powiedziała. - Jesteś punktualny jak kochanek.
- Ponieważ nim jestem - odparł z miłą szczerością.
- Zatem twoja stara przyjaciółka uleczy cię z tej śmiesznostki - rzekła, całując go w czoło, a następnie z odcieniem wspaniałej melancholii dodała: - Jesteś szalony! Nie kocha się stulatek...
- Och, jesteś jeszcze młoda i piękna - zawołał z entuzjazmem.
- Jednak moje serce jest już zbyt stare na miłość.
Potem, jakby chcąc złagodzić ostrość tych słów, dodała:
- Lecz jest jeszcze młode na uczucie przyjaźni. Chcę zostać twoją przyjaciółką, ponieważ jesteś szlachetny i dobry.
Usiadła obok niego i trzymając go za rękę, mówiła dalej:
- Porozmawiajmy trochę... Porozmawiajmy jak prawdziwi kochankowie, skoro wobec świata nimi jesteśmy... Powiedz mi, co będziemy dzisiaj robili?
- Wszystko, co zechcesz - z uległością dziecka odrzekł hrabia.
- Przede wszystkim pozwolisz, że zaoferuję ci śniadanie?
- Och, na Boga! - wykrzyknął młody Rosjanin. - Baron de Manerve także na mnie czeka!
- Ze śniadaniem?
- Tak.
- Zatem napisz do niego. Siądź przy tym biurku, weź pióro i pisz.
Hrabia posłuchał i chwycił za pióro.
Wówczas Baccarat podyktowała mu znany nam bilecik, jaki pan de Manerve odczytywał godzinę później w kawiarni swoim przyjaciołom. Potem, jak również to sobie przypominamy, dodała swój własnoręczny dopisek, po czym złożyła list, wsunęła go w kopertę i kazała hrabiemu zapieczętować go herbową pieczęcią, jaką miał między breloczkami.
Następnie zadzwoniła na grooma i poleciła mu:
- Zanieś ten list baronowi da Manerve na ulicę Caumartin pod numer 12.
Kiedy groom odszedł, usiadła obok hrabiego Artoffa.
- Mój przyjacielu - rzekła - musisz mi dowieść twego rzeczywistego przywiązania do mnie.
- Cóż mam uczynić?
- Starać się mnie jak najbardziej skompromitować.
Spojrzał na nią, zdumiony.
- Pogoda jest piękna - mówiła dalej - po śniadaniu, jak to napisałeś panu de Manerve, około południa wyjedziemy powozem do Lasku Bulońskiego, ale...
- Ale...? - powtórzył hrabia.
- Wolałabym, aby ta pierwsza przejażdżka, jaką razem odbędziemy, cechowała się pewną świetnością...
- Jak tylko zechcesz.
- Mówiono mi, że na ostatniej przejażdżce w Longchamps miałeś śliczną kaleszę.
- Wciąż ją posiadam.
- I cztery kare konie, przybrane i zaprzężone na rosyjską modłę, nieprawdaż?
- Ciągle stoją w stajni.
- Napisz więc do swego rządcy - powiedziała Baccarat - gdyż chciałabym się przejechać tą kaleszą.
- Dobrze - odparł hrabia. - Kalesza podjedzie tu przed południem.
Baccarat wraz ze swym młodym towarzyszem zjedli śniadanie w małej jadalni pełnej kwiatów i rzadkich krzewów, po czym pozostawiwszy młodzieńca przy filiżance kawy i pudełku puros, poszła się przebrać.
Punkt o dwunastej przybyła zaprzężona po rosyjsku kalesza. Chwilę później ukazała się Baccarat, dołączyła do hrabiego i wsparła się na jego ramieniu.
- Posłuchaj... - powiedziała do niego, chwytając go za rękę, by wsiąść do kaleszy - mam pewną zachciankę...
- Co takiego?
- Wracając z Lasku Bulońskiego, zawieziesz mnie do siebie, dobrze?
- Och, jak najchętniej! - zawołał z radością.
- Chcę szczegółowo obejrzeć twój pałac. Cóż chcesz?! Ciągle jestem trochę kobietą, a kto mówi "kobieta", mówi "ciekawska".
Rzuciła mu piękny uśmiech, usadowiła się kokieteryjnie w głębi kaleszy i wspaniały ekwipaż szybko ruszył w drogę.
Baccarat pragnęła jechać przedmieściem Montmartre, a następnie bulwarem des Italiens, by ukazać się przed kawiarnią "Paryż".
Właśnie w tej chwili wychodził stamtąd baron de Manerve. Poznał służbę, konie i liberię hrabiego, a jednocześnie dostrzegł Baccarat.
- Och, do licha! - zawołał. - Oto co znaczy szybko zabrać się do roboty, zwłaszcza że do tej pory Paul i Virginie3 nigdy się nie widzieli.
Zbliżył się do kaleszy.
- Patrzcie! Oto biedny Manerve! - zawołała Baccarat, wybuchając wesołym i kpiącym śmiechem.
- We własnej osobie, pani... - odrzekł baron i ukłonił się jak kłania się kobiecie, która swymi ładnymi paluszkami do cna roztrwoni miliony.
Następnie, zwróciwszy się do młodego Rosjanina, powiedział:
- Drogi hrabio, pozwól, bym ci pogratulował...
Rosjanin przybrał zarozumiałą minę, co zachwyciło biedną Baccarat.
- Może siądziesz z nami, baronie? - zapytała, ciągle się śmiejąc. - Udajemy się do Lasku Bulońskiego...
- Dziękuję, pojadę konno.
- Zatem znowu się spotkamy?
- To bardzo prawdopodobne.
Baron już miał się oddalić, by pozwolić młodym na kontynuowanie przejażdżki, gdy przypomniał sobie o Cherubinie.
- Och, zapomniałem... - rzekł.
- O czym?
- Jedziecie do Lasku Bulońskiego?
- Tak.
- Spotkacie więc tam pana Oscara de Verny...
- Tego pana, który się o mnie założył? - zapytała Baccarat, wybuchając szalonym śmiechem.
- Dokładnie.
- Jestem pewny, że zrzeknie się tego zakładu - stwierdził hrabia.
- Mylisz się, mój drogi.
- Doprawdy?
- Jadł z nami śniadanie i bardziej niż kiedykolwiek pragnie podtrzymać zakład, nawet na przekór twemu listowi, który mu przeczytałem.
- Czy ten człowiek jest już martwy? - zapytał hrabia, z uśmiechem spoglądając na Baccarat.
- Tak sądzę... - odpowiedziała ze spokojem, który u pana Manerve wywołał dreszcz.
Baccarat pożegnała barona poruszeniem ręki i kalesza odjechała galopem.
- Przyjacielu - powiedziała Baccarat, która znowu stała się poważna i smutna - co myślisz o człowieku, który stawia w zakład honor kobiety, chociażby ta kobieta była najniższą z istot?
- Myślę, że taki człowiek jest nędznikiem - odparł hrabia.
- Czy sądzisz, że ta kobieta, o której mówimy, mogłaby go kiedykolwiek pokochać?
- Nigdy! - odrzekł z przekonaniem hrabia.
- Ach, dziękuję ci, dziękuję! Potrzebowałam twojego potwierdzenia, aby mieć odwagę wyjawić coś więcej...
- Mój Boże! Co chcesz mi powiedzieć?
- Posłuchaj, ów Cherubin jest nikczemnikiem, którego nienawidzę i którym pogardzam. A więc chcę, aby uwierzył, że może osiągnąć swój cel, że mógłby wygrać ten haniebny zakład...
- Co...? - zdumiał się hrabia.
- To konieczne - stwierdziła Baccarat jakimś uroczystym głosem. - Kto ci powiedział, że ja nie jestem karzącą go ręką?
Młodzieniec opuścił głowę w milczeniu.
- Czyż nie tak razem ustaliliśmy - mówiła dalej - że cokolwiek zrobię, cokolwiek powiem, nigdy nie będziesz wierzył pozorom?
- Nigdy!
- Gdyby ci nawet powiedziano, że kocham Cherubina, nie uwierzysz w to?
- Nie!
- To dobrze! Masz szlachetne serce.
Kalesza szybko przejechała aleją de Neuilly, wkrótce minęła rogatkę Maillot i kilka minut później wjechała w tę aleję, na której końcu widać było jadących konno wicehrabiego de Cambolh i Cherubina.
Ten, jak to zostało już powiedziane, zatrzymał konia w poprzek drogi.
Na rozkaz hrabiego, gdy spostrzegł Cherubina, kalesza się zatrzymała. Wówczas de Verny zbliżył się, witając młodego Rosjanina i Baccarat, podczas gdy Rocambole, zatrzymawszy się w pewnej odległości, bacznie wpatrywał się w dziewczynę.
Baccarat była spokojna, uśmiechnięta, z lekko pogardliwie wysuniętą wargą. Cherubin owinął ją swoim głębokim i czarującym spojrzeniem, jednak Baccarat wcale nie straciła pełnego obojętności uśmiechu.
- Panie hrabio - zaczął Cherubin, nie spuszczając swego magnetycznego wzroku z jasnowłosej Baccarat - cieszę się, że pana tu spotkałem.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Rosjanin zimnym tonem.
- Miałem właśnie do pana pisać - mówił dalej Cherubin - ale ponieważ pana spotkałem...
- Słucham pana.
- Wczoraj proponował mi pan zakład, jeśli dobrze pamiętam...
- Tak, panie.
- Ten zakład miałem właśnie przyjąć, gdy wicehrabia de Cambolh, mój przyjaciel...
Na to nazwisko Baccarat drgnęła i uważnie popatrzyła na Rocambole'a. Nigdy go dotąd nie widziała, a mimo to jakieś wewnętrzne przeczucie mówiło jej, że ten człowiek już gra lub odegra ważną rolę w jej przeznaczeniu.
- Pan de Cambolh - ciągnął Cherubin - zwrócił mi uwagę, że nie mogę w tej chwili sobą rozporządzać. Faktycznie, tego ranka miałem do załatwienia ważne obowiązki.
- Tak? - rzekł hrabia.
- Obowiązki te już załatwiłem i obecnie jestem wolny.
- No i, panie?
- No więc mogę powiedzieć, panie hrabio, że przyjmuję zakład.
- Przyjmuje pan?
- Oczywiście.
- Lecz może pan nie wie - odparł hrabia - że osoba, o której była mowa między nami, znajduje się właśnie obok mnie, w karecie?
- Wiem o tym - rzekł Cherubin i ponownie ukłonił się Baccarat.
Do tego czasu młoda kobieta milczała, jednakże teraz ogarnęła Cherubina swym jasnym, szybkim spojrzeniem, które wydawało się wnikać w głąb jego duszy. Pod naciskiem tego spojrzenia Cherubin zaczął dygotać.
- Panie - odezwała się - Stanisław wszystko mi opowiedział.
Młody Rosjanin miał na imię Stanisław, na pamiątkę swego przodka ze strony matki, która była Polką.
- Stanisław wszystko mi opowiedział - ciągnęła Baccarat - i bardzo się obawiam, że przegra pan zakład, gdyż ja go kocham.
Cherubin stał, nie okazując najmniejszego wzruszenia, przynajmniej pozornie.
- Nie kocha się wiecznie - stwierdził.
- W każdym razie - mówiła dalej Baccarat - jestem zdania, że każdy pojedynek musi odbywać się z użyciem odpowiedniej broni, a wydaje mi się, że twój zakład to pojedynek?
- Ma pani zupełną rację.
- Zatem broń z obu stron powinna być równa. Pan Stanisław przybywa do mnie, skoro mu się tylko podoba, udzielam więc i panu takiego zezwolenia. Mój dom jest dla pana otwarty.
- Och, pani... - odparł Cherubin - nie nadużyję tego pozwolenia. Pan hrabia dał mi dwa tygodnie czasu, ale ja potrzebuję zaledwie tygodnia.
- Dobrze pan mówi - rzekła zimno Baccarat. - Człowiek, który przez tydzień nie będzie kochany, nigdy nim nie będzie!
Rzuciła mu ostatnie, dziwne spojrzenie, wypowiedziała kpiącym tonem "Do widzenia" i na dany znak kareta szybko odjechała, znikając w kłębach kurzu.
Wtedy Cherubin podjechał do Rocambole'a.
- Na honor! Jeżeli ja posiadam w spojrzeniu czar uwodzenia, ona go także posiada. Ciekawe byłoby, gdybym ja został uwiedziony, sam będąc uwodzicielem... - szepnął Cherubin i wytarł kilka kropli potu spływającego mu po czole.
***
Podczas tego czasu kalesza hrabiego szybko okrążyła Lasek Buloński, a wracając do Paryża przedmieściom du Roule, zatrzymała się zgodnie z życzeniem Baccarat na dziedzińcu pałacu zamieszkiwanego przez hrabiego Artoffa, na ulicy de la Pépini?re.
- Zostanę u ciebie na obiedzie - powiedziała Baccarat. - Pokażesz mi swój pałacyk w najdrobniejszych szczegółach. Jestem ciekawa, chcę wszystko widzieć.
Oprowadzana przez rosyjskiego księcia, oglądała ten budynek godny nazwy zaczarowanego pałacu z Baśni z tysiąca i jednej nocy4, na który właściciel wydał trzy miliony.
Z pałacyku przeszła do ogrodu, gdzie kazała pokazać sobie pawilon. Następnie weszła na belweder. Z tarasu tej budowli popatrzyła spokojnie na otaczające go domy.
- Stąd ma się piękny widok na kominy - powiedziała, śmiejąc się wesoło.
- Widać także ogrody - rzekł hrabia - na potwierdzenie czego spojrzyj na ten, co widać, który należy do domu o numerze 40 przy ulicy de la Pépini?re.
- Coś takiego - rzekła Baccarat z pewną obojętnością - nie jest to dom, w którym zamieszkuje Cherubin?
- Zgadza się.
Zadumała się. Hrabia, który ją obserwował, zobaczył, jak marszczy się jej czoło, a jej twarz powoli pochmurnieje. Nagle podniosła głowę i spojrzała na młodego Rosjanina.
- Mój przyjacielu - powiedziała - muszę cię prosić o nową przysługę.
- Jaką?
- Udostępnisz mi na nadchodzącą noc ten pawilon.
- Cóż to za dziwactwo...!
- Nie pytaj mnie o nic - dodała - gdyż nie mogłabym ci odpowiedzieć.
- Zgoda - rzekł hrabia, który obiecał ślepo jej słuchać.
Zszedłszy na dół, poprosiła hrabiego, aby pozwolił jej napisać kilka słów.
Młody Rosjanin posadził ją przy biurku na parterze pawilonu i dyskretnie się wycofał.
Oto, co Baccarat napisała do swej pokojówki:
Niech Marietta ubierze Leę, małą Żydówkę, i dziś wieczorem około ósmej przyjedzie z nią powozem na ulicę de la Pépini?re do pałacu hrabiego Artoffa, gdzie jestem.
Co zamierzała uczynić Baccarat?
1 Belweder - tu: nadbudówka nad najwyższą kondygnacją pałacu, zwykle z tarasem.
2 Epigraf - w starożytności i średniowieczu napis umieszczany na pomnikach, nagrobkach, rzeźbach, w późniejszych czasach wszelkiego rodzaju dewiza czy godło; także krótki urywek jakiegoś dzieła literackiego, zdanie lub wiersz, umieszczone przez autora np. na wstępie własnego utworu w celu uwypuklenia głównej myśli (motto).
3 Paul i Virginie (Paweł i Wirginia) - bohaterowie utworu Jacques'a-Henriego Bernardina de Saint-Pierre pod tym samym tytułem, opublikowanego po raz pierwszy w 1788 roku; w zamiarze autora dzieło miało być literacką ilustracją tezy, iż najgłębsze szczęście jest dostępne dla człowieka, który zerwie z cywilizacją i zacznie żyć w całkowitej zgodzie z naturą.
4 Baśnie z tysiąca i jednej nocy - zbiór około 300 baśni pochodzenia perskiego, indyjskiego, arabskiego i babilońskiego, powstały w IX-X wieku n.e. i spisano je po arabsku, bardzo popularne i tłumaczone na wiele języków, opowiadała je Szeherezada.