Rozdział XXIX
Pojedynek
Zróbmy krok w tył i pozwólmy pannie de Balder raz po raz czytać ze zdziwieniem dziwny list znaleziony na gerydonie w nieznanym pokoju.
Armand, jak sobie przypominamy, zabrał ze sobą Bastiena na ulicę Culture-Sainte-Catherine.
- Mój stary przyjacielu - rzekł do niego - ludzie, którzy kochają, bywają zwykle egoistyczni i zapominalscy. Gdybym zostawił cię na ulicy Meslay, to spędzilibyśmy wieczór u panny de Balder i godziny mijałyby tak szybko, że tak jak wczoraj usłyszelibyśmy, jak wybija północ. Ponieważ jednak nazajutrz mamy być w Lasku Bulońskim o siódmej rano, to aby bronić swego życia, należy przespać całą noc.
- Ba, panie Armandzie! - odparł Bastien. - To jest mi znane. Za moich czasów, kiedy służyłem w gwardii, pojedynkowano się każdego poranka, co nie przeszkadzało nam spożyć wesoło kolacji około północy każdego wieczora, jeśli było jeszcze co pić.
- Ale to było chyba trzydzieści lat temu?
- Może nawet i trzydzieści pięć.
- Wtedy byłeś młody...
- Zgoda, ale dziś jestem równie rześki i silny...
Armand pokręcił głową i powiedział z zadumą:
- Umiesz dobrze władać szpadą?
- Prawdę mówiąc, niezbyt dobrze. Widzi pan, za czasów cesarstwa walczono na bitewnych polach każdego dnia i przez to nie było czasu na naukę w salach fechtunku. Skoro się jednak ujmie za szpadę z odwagą...
- Tere fere! - wyszeptał zadumany Armand i dodał prawie w myślach: - Na ogół Anglicy rzadko kiedy się biją. Oni nienawidzą pojedynków, pogardzają nimi, ale ci, którzy robią wyjątek od tej reguły, a każdy wyjątek staje się ekstrawagancją, muszą czuć dla niego ekscentryczne uwielbienie, właśnie dlatego że ich rodacy to lekceważą. Tak też musi być z sir Williamsem, ponieważ on absolutnie chce udać się na pole za taką nędzę. Do tych to widocznie należy ów sir Williams, skoro tak uporczywie żąda spotkania dla takiej drobnostki.
- No cóż - rzekł Bastien, zaskoczony tym, że Armand mówi do siebie - skoro on tego koniecznie żąda, postaram się dać mu nauczkę.
Armand wszedł ze starcem na drugie piętro pałacu, gdzie się znajdował obszerny pokój, zmieniony na salę fechtunkową, ponieważ kiedyś namiętnie uwielbiał szermierkę. Wziąwszy florety i maski, powiedział do starego żołnierza:
- Wpraw nieco rękę, zawsze jest to dobry środek ostrożności, jaki należy podjąć.
Hrabia i jego stary przyjaciel walczyli blisko przez godzinę.
- Masz dobrą metodę walki - stwierdził pan de Kergaz - przegub ręki mocny i dość zwrotny, lecz nogom brakuje należytej giętkości. Będziesz musiał zabić przeciwnika przy pierwszym natarciu, inaczej sam zginiesz.
- Postaram się - odrzekł z zimną krwią Bastien.
Zjadłszy z doskonałym apetytem kolację, udał się na spoczynek ze spokojem dzielnego starca, którego śmierć ciągle omija, i spał bez przerwy aż do rana.
Amand, który nocował na kanapie, obudził go o szóstej, mówiąc:
- Dalej, wstawaj! Stąd do Lasku Bulońskiego jest dobra godzina drogi, a wypada nam przybyć tam jako pierwsi. Francja nie może się spóźniać.
Bastien ubrał się zwinnie, ale do swojej toalety przyłożył się z drobiazgową starannością dawnych oficerów, którzy kiedy ruszali do ataku, zawsze się pudrowali i żądali galowego munduru. Na cienką batystową koszulę, którą spiął dużą szpilką z diamentem, prezent od nieszczęsnej matki, Armand włożył białą pikowaną kamizelkę. Na wierzch włożył granatowy surdut, w butonierce którego widniała wstążeczka Legii Honorowej, potem założył lakierowane buty oraz lekko szerokie huzarskie spodnie z czarnego kaszmiru, co całemu ubiorowi nadawało wojskowy wygląd.
Pan de Kergaz ubrał się całkiem na czarno, jak i Bastien również przypiął odznaczenie, bowiem król Ludwik Filip1 raczył udekorować rzeźbiarza Armanda nagrodą Rzymu, a hrabia de Kergaz daleki był od tego, by wypierać się duszy artysty.
Dwie szpady przywiezione z Włoch, z ostrzami z hartownej stali, umieszczono w pudle powozu, którym niezwłocznie obaj odjechali.
Ekwipaż hrabiego de Kergaz przebiegł wyciągniętym kłusem Pola Elizejskie, nie spotkawszy żadnego innego powozu. O tak rannej porze najelegantsza dzielnica Paryża była pusta, ale przy rogatce dopędził go amerykan, zaprzężony w jednego konia, kierowany przez jakiegoś młodego człowieka.
- Oto sir Williams - powiedział Bastien, wskazując młodzieńca, przy którym siedział sir Ralph O..., podczas gdy Artur G... usadowił się na tylnym siedzeniu.
Armand spojrzał z ciekawością na człowieka, którego Bastien wziął za Andreę. Teraz on zadrżał i żywo zapytał:
- Jesteś pewny, że to nie Andrea?
- Och! Nie ma wątpliwości - odparł Bastien. - Mam na to niezbite dowody, lecz podobieństwo jest bardzo dziwne.
Baronet i jego sekundanci jako ludzie dobrze wychowani ukłonili się Armandowi i Bastienowi, po czym jechali razem, nie chcąc wyprzedzać przeciwników, ani też pozostawać w tyle. Oba ekwipaże przejechały razem aleją de Neuilly i wjechały do bramy Maillot, gdzie na drodze czekał na nich jakiś jeździec.
Był to dowódca szwadronu z pułku huzarów, wówczas stacjonującego w koszarach przy nabrzeżu d'Orsay, przyjaciel pana de Kergaz, którego poprzedniego dnia poprosił, by zechciał towarzyszyć Bastienowi w charakterze drugiego świadka.
Dowódca szwadronu zszedł z konia, Armand, Bastien i Williams wraz ze świadkami wysiedli z powozów i sześciu mężczyzn ruszyło pieszo do Lasku Bulońskiego, w którym jakieś sto metrów od pawilonu d'Armenonville znaleźli polankę nadającą się na spotkanie. Teren był dobry, ogołocony z trawy i wysypany drobnym piaskiem.
Podczas gdy sir Williams i Bastien po ponownym ukłonieniu się stanęli w pewnym oddaleniu od siebie, Ralph O... i dowódca szwadronu ustalali dokładne warunki spotkania. Pan de Kergaz, śledząc badawczym spojrzeniem baroneta, powiedział do Artura G..., drugiego sekundanta:
- Otóż panie, mamy na tyle poważną sytuację, w której należy pomówić otwarcie, swobodnie, odkładając na bok wszelką osobistą zawiść i urazę.
- Jestem tego samego zdanie, panie.
- Pozwoli mi pan zadać jedno pytanie?
- Słucham, niech pan mówi.
- Od jak dawna zna pan sir Williamsa?
- Zaledwie od dwóch miesięcy.
- Jest pan przekonany, że on rzeczywiście jest baronetem irlandzkiego pochodzenia?
- Widziałem jego rodzinne dokumenty, panie.
- To dziwne! - mruknął pan de Kergaz. - Przysiągłbym, że to mój brat...
- Panie - odparł Artur G... - rozumie jednak pan, że jakkolwiek jest, nie mam prawa ja, który widziałem jego dokumenty, tytuły, listy polecające na nazwisko sir Williamsa, baroneta i irlandzkiego szlachcica, by utożsamiać go z wicehrabią Andreą, pańskim bratem. Zachodzi tu wyraźnie pomyłka.
- Panie - odparł zimno Armand Kergaz - Zadając te pytania, pragnąłem uzyskać jedynie zwykłe informacje.
Obaj młodzieńcy ukłonili się sobie wzajemnie, poświadczając tym, że rozmowa zakończyła się wspólnym porozumieniem, po czym sir Artur zbliżył się do Ralpha O..., natomiast Armand podszedł do dowódcy szwadronu.
- Dziwnie błahy jest powód tego pojedynku - stwierdził ten ostatni - poza tym pomiędzy dwoma przeciwnikami istnieje ogromna różnica wieku, co jest aż nadto wystarczające, by nie nadawać tej sprawie poważniejszego charakteru.
- Ma pan rację - odparł Ralph O...
- Sądzę więc, że ci panowie powinni bić się tylko do pierwszej krwi.
- Byłoby to zupełnie wystarczające.
- Nie wolno zanurzać ostrza szpady w ciało głębiej niż dwa cale.
Ralph O... skłonił się na znak przyzwolenia.
- Panowie! - powiedział, zwracając się do dwóch przeciwników, którzy podeszli bliżej - zachciejcie natychmiast zdjąć wierzchnie ubrania.
Sir Williams, z którego Armand nie spuszczał badawczego spojrzenia, usiłował okazać się niewzruszony i odparł spokojnym głosem, w którym przebijał lekko angielski akcent:
- Pogoda wprawdzie jest ładna, ale jest zimno. Żałuję, że nie wybrałem pistoletów, bo wówczas nie musiałbym się rozbierać.
To mówiąc, zdjął odzienie, a spostrzegłszy, że Bastien również zdjął swoje, lecz zostawił przy szyi krawat, rzekł:
- Przepraszam, panie, ale skoro zatrzymujesz krawat, to i ja założę swój. Uchroni mnie to przed zakatarzeniem.
- Nie - odezwał się Armand suchym tonem - zdejmij krawat, panie Bastienie, to może odparować pchnięcie szpadą.
- Jak chcecie... - mruknął sir Williams z tak doskonałym spokojem, że teraz zniknęły ostatnie wątpliwości pana de Kergaz.
"Ten człowiek jest Anglikiem - pomyślał. - To nie może być Andrea".
Wydobyto szpady. Los wskazał na sir Williamsa, więc miano walczyć jego bronią.
- Naprzód, panowie - powiedział Ralph O... w chwili, gdy obaj przeciwnicy przyjęli postawę szermierczą.
Pan de Kergaz trafił w sedno, mówiąc, że kiedy Anglik już się pojedynkuje, to musi być doskonałym fechmistrzem, co dało się zauważyć od pierwszego natarcia.
Sir Williams, człowiek tak flegmatyczny, którego wszystkie ruchy cechowała angielska sztywność, znalazłszy się na placu walki, okazywał zdumiewającą giętkość i kocią zwinność, z jaką wymykał się spod gwałtownych natarć starego żołnierza. Jego szpada, którą wydawał się trzymać końcami palców - taką miał lekką rękę - wydawała się rozszczepiać i mnożyć, kiedy stosował parady z niesamowitą gibkością, podczas gdy mężczyzna, który nią władał, wyginał się lub nacierał z ogromną prędkością.
Przez pięć minut Bastien, zaciekły, zdyszany, daremnie usiłował zadawać najstraszniejsze ciosy sir Williamsowi. Wszystkie zostały sparowane, ale baronet nie ripostował.
Z każdą minutą stary żołnierz, nieznający wytwornych subtelności tej straszliwej gry, która stała się prawdziwą sztuką w rękach współczesnych mistrzów szermierki, popełniał błąd za błędem, broniąc się źle, odsłaniając ramiona, odkrywając się... a sir Williams tylko parował, lecz nie atakował.
- Oszczędza mnie! - szeptał z gniewem Bastien. - Oszczędza mnie, mnie, cesarskiego huzara!
Armand, widząc, że każdy inny, mniej szlachetny dżentelmen, już dawno zabiłby Bastiena, mówił do siebie:
"Andrea nie byłby tak wspaniałomyślny... Zdecydowanie to nie on".
W końcu jednak, aby położyć kres tej jałowej walce, w chwili gdy Bastien odbijał cięcie szpady, baronet szybko związał ją podwójną tercją2, wytrącił energicznym ruchem przegubu ręki i podczas gdy szpada odleciała na dwadzieścia kroków, on oparł swoją na piersi starego żołnierza, łącząc wraz z tym odparciem cięcia akt rozbrojenia, przekonując, że cios był honorowy i że mógł bez żadnych wyrzutów sumienia zabić swego przeciwnika.
Szpada Williamsa rozdarła starcu tylko koszulę na piersiach, a zadowolony owym zwycięstwem bez rozlewu krwi baronet odsunął się krok do tyłu i podniósł w górę ostrze swej broni.
- Dość, dość, panowie! - zawołał Armand, zadrżawszy od stóp do głowy w owym strasznym momencie.
Bastien, zakląwszy głośno, chciał pobiec po szpadę, lecz pan de Kergaz zatrzymał go.
- Za późno! - rzekł. - Nie masz prawa rozpoczynać walki na nowo. Mógł cię zabić, a jednak tego nie uczynił.
Sir Williams żywo podszedł do swego przeciwnika.
- Czy w obecnej chwili zechce przyjąć pan przeprosiny za moje nadmierne przewrażliwienie i szczerze uścisnąć dłoń?
Zły humor nie powstrzymał starego mruka od zadośćuczynienia temu żądaniu. Podał więc rękę sir Williamsowi, który nadal zachowując akcent ludzi z drugiej strony Kanału La Manche, dodał:
- Pozwólcie teraz, panowie, że wyjaśnię wam moje zachowanie. Mój czcigodny przeciwnik przed dwoma dniami szczerze mnie przeprosił i co przyznaję, przeprosiny te były wystarczające, jednak dzień wcześniej w moim klubie, zapytany przez moich rodaków o opinię w sprawie pojedynków, którymi w głębi duszy brzydzę się tak jak oni, nagle przez jakąś przekorę stwierdziłem, że prawdziwy dżentelmen musi walczyć, czemu chętnie chciałem dać przykład. Potrzebowałem więc mojego małego pojedynku, a że pan Bastien dostarczył mi ku temu okazji, chwyciłem się tego... Ot i wszystko!
- Wszystko mi jedno! - mruknął Bastien z resztką urazy, złagodzonej jednak szczerym uśmiechem. - Ale żeby taki wytrawny żołnierz jak ja pozwolił się tak rozbroić... To wstyd!
I Bastien po raz drugi uścisnął sir Williamsa.
Po tym baronet podszedł do pana de Kergaz.
- Mówią, panie hrabio - powiedział - że mam być zdumiewająco podobny do pańskiego brata, którego poszukujesz na całym świecie?
- Uderzająco podobny - odparł Armand w zamyśleniu. - Jednak Andrea był blondynem...
- A ja jestem brunetem... Moje są dobrze ufarbowane... - dokończył sir Williams, a potem dodał: - Jednakże jeśli nadal ma pan jakiekolwiek wątpliwości, uczyni mi pan zaszczyt, przyjmując zaproszenie na śniadanie u mnie w jakimkolwiek dniu. Jako dowód mogę wtedy panu pokazać moje drzewo genealogiczne.
- Panie... - rzekł Armand.
Baronet przybrał ufny wyraz twarzy i ściszonym głosem rzekł do Armanda, Bastiena i świadków:
- Panowie, bez wątpienia przynajmniej raz w życiu się zakochaliście. Ja także jestem zakochany. Przyjemność bycia z wami dziś rano pozbawiła mnie możliwości zobaczenia mojej kochanki zeszłej nocy, więc pragnę nadrobić stracony czas... Teraz moja kochanka żyje w tajemniczej chatce zagubionej na skraju lasu, do której nikt nie ma wstępu. Pilnuję jej z dziką zazdrością smoka, a zatem będę zmuszony was opuścić.
A spoglądając na Armanda, dodał:
- Panie hrabio, byłbyś najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie, gdybyś zaoferował dwa miejsca w swoim powozie moim przyjaciołom, bym mógł dowolnie rozporządzić moim tilbury, ponieważ nie wracam do Paryża.
Pan de Kergaz ukłonił się na znak przyzwolenia i wszyscy razem poszli do bramy Maillot, gdzie oczekiwały na nich powozy.
Tam sir Williams, wskoczywszy zwinnie do swego tilbury, powiedział do Armanda:
- Nieprawdaż, panie hrabio, że świątynią naszego szczęścia może być tylko dom ukochanej przez nas kobiety?
- Zapewne... - wyszeptał pan de Kergaz, myśląc o Jeanne.
- I że jeżeli ma się narzeczoną, którą się uwielbia, trzeba ją dobrze ukrywać przed ludzkim wzrokiem... - dodał z owym demonicznym uśmiechem na ustach, w którym nagle ukazała się przewrotna i nikczemna dusza wicehrabiego Andrei.
Armand zadrżał, na nowo ogarnięty wątpliwościami.
- Jeżeli kochasz kobietę, to radzę ci, pilnuj jej dobrze - zakończył sir Williams, zaciął konia batem i błyskawicznie odjechał.
Tym razem Armand zbladł jak śmierć, ponownie pomyślał o Jeanne i o swoich obawach.
Sir Williams, mówiąc to, przemówił drwiącym głosem przeklętego Andrei, a wybuch jego śmiechu rozbrzmiewał w głębi serca pana de Kergaz jak głos żałobnego dzwonu.
***
Tymczasem baronet, pędząc jak strzała aleją de Neuilly, przejechał przez most, dotarł do Courbevoie, Nanterre i Rueil, pojechał wzdłuż parku Malmaison3 i znalazł się u wlotu do małej doliny otwierającej się za Bougival4, tą osadą rybaków i artystów.
Minął jedyną ulicę wioski i kościół, dotarł na sam kraniec dolinki koło Lucienne i w końcu zatrzymał się przed bramą rozległej posiadłości, otoczonej wysokim murem i obsadzonej wyniosłymi drzewami, na samym końcu której można było dostrzec ładny mały pałacyk w nowoczesnym stylu, natomiast w przeciwnym kierunku, w kącie parku, mały wiejski domek.
Ten domek był właśnie tym, do którego przed dwoma dniami Colar przywiózł Cerise, powierzając ją straży wdowy Fipart.
Tylko że Colar wszedł do parku przez małą boczną furtkę, podczas gdy sir Williams wjechał przez bramę, której powoje były szeroko otwarte.
Williams, rzuciwszy okiem na piaszczystą, wilgotną drogę alei, dostrzegł na niej ślady przejeżdżającego niedawno powozu.
- Doskonale! - powiedział z westchnieniem ulgi. - Sprawa załatwiona... Jeanne jest moja.
Tilbury zatrzymało się przed schodami pałacyku, na górze których sir Williams dostrzegł siedzącego Colara, spokojnie palącego cygaro i rozkoszującego się promieniami wschodzącego słońca.
- I cóż? - zapytał żywo baronet, oddając mu lejce.
- Ptaszek śpi - odparł Colar.
- Tutaj? - zdziwił się zaniepokojony Williams.
- Do licha, tak, panie kapitanie!
- O której godzinie daliście jej narkotyk?
- O dziesiątej wieczorem.
Williams spojrzał na zegarek.
- Teraz jest ósma rano - stwierdził - będzie zatem spała jeszcze dwie godziny.
Baronet wraz z Colarem ruszyli schodami małej willi i po przejściu salonu weszli do sypialni, gdzie niedawno widzieliśmy budzącą się pannę de Balder, bardzo zaskoczoną tym, że znajduje się w takim miejscu.
Gdy sir Williams wszedł, dziewczyna ciągle spała, rozciągnięta na kanapie. Baronet stanął przy niej i zaczął się w nią wpatrywać.
- Doprawdy, mała jest bardzo ładna - szepnął. - Nigdy jej wcześniej nie widziałem, lecz gratuluję Armandowi, bo ma dobry gust.
Potem nagle zmarszczył brwi i popatrzył na Colara.
- Czy... przypadkiem... nie skusiłeś się...? - zapytał.
- Na honor, nie! - odparł Colar. - Co prawda jest ładna, ale nazbyt blada, a ja lubię tylko rumiane...
- Och, już tobie przebaczyłem... W końcu nie jestem uprzedzony... per Bacco!5, jak mówił mój zmarły czcigodny ojciec - powiedział Williams, a potem jeszcze zapytał:
- A co zrobiłeś ze starą?
- Po prostu położyłem ją na jej łóżku, umieściwszy tuż przy jej ręku wiadomy list, w którym nasz były pomocnik notariusza tak dobrze naśladował pismo tej panny.
- Doskonale!
- Co do Cerise - mówił dalej Colar - to podobno ona i wdowa Fipart nie mogą się jakoś ze sobą porozumieć. Mała wciąż płacze, a stara, która jest gorsza od małpy, nieustannie ją dręczy.
- Tego właśnie nie chcę - rzekł Andrea. - Jeżeli tak jest, to musisz się nią zająć.
- Do licha! - odparł rozdrażniony Colar. - Żądał pan kogoś zaufanego, a ja miałem pod ręką tylko tę staruchę, która jest gospodynią naszego Nicolo, więc to ją wykorzystaliśmy, ot i wszystko. Zresztą nie wiedziałem, że ma taki okropny charakter.
Williams nic na to nie odpowiedział, może nawet nie słyszał usprawiedliwień Colara, tak był pogrążony z rozmyślaniach. Ze skrzyżowanymi ramionami stał przed uśpioną dziewczyną, wpatrywał się w nią i wydawało się, że zapomniał o wspólniku.
- Pójdziesz - odezwał się wreszcie - i odszukasz tę kobietę, tę wdowę Fipart, i powiesz jej, żeby przygotowała Cerise na moją wizytę.
Colar wyszedł, pozostawiając baroneta przy pannie de Balder, pogrążonej w letargicznym uśpieniu.
Sir Williams usiadł przy gerydonie i zaczął pisać ten długi list, znaleziony przez Jeanne po jej przebudzeniu.
Kiedy go skończył, na jego wargach zagościł gorzki i straszny uśmiech.
- Ha...! - powiedział. - Mój drogi bracie, mój ukochany Armandzie, przyszła mi do głowy wspaniała myśl, zobaczysz... Sądzę, że oprócz zagarnięcia milionów poczciwego barona de Kermarouet, uda mi się także dokonać pięknej zemsty! Ach, wypędziłeś mnie jak złodzieja! Ach, zabrałeś mi Marthe, jedyną kobietę, którą kochałem! Ach, nazwałeś mnie przeklętym Andreą i masz nadzieję być szczęśliwy? Nigdy! Otóż ta dziewczyna, której piękno spowodowało bicie twego serca, leży tam, uśpiona, nieruchoma, w mojej mocy... Ktoś inny niż ja zadowoliłby się, zachowałby się podle i brutalnie w swej zemście, ale ja będę wyrafinowany, elegancki i okrutny... Wcale nie zależy mi na posiadaniu Jeanne, lecz na jej sercu! Ona zaczynała ciebie kochać, więc teraz mnie pokocha! Wczoraj w jej oczach byłeś szlachetnym, cnotliwym i bogatym hrabią Armandem de Kergaz, od dziś będziesz dla niej bezczelnym hultajem, który przystroił się w ubiór i nazwisko swego pana, a wtedy ona tobą pogardzi!
Uśmiech sir Williamsa przerodził się w wybuch przeraźliwego śmiechu.
- Och, panie hrabio, przyszła mi do głowy świetna myśl, możesz mi wierzyć! - mówił dalej. - Od teraz już nie ty, ale ja będę hrabię Armandem de Kergaz! W dniu, w którym poślubię Hermine, w którym złoto Kermaroueta stanie się moją własnością, tego dnia wykrzyczę ci: "Armandzie! Armandzie! Jeanne, twoja ukochana, została moją kochanką, a ciebie wzięła na lokaja!".
Sir Williams, którego twarz promieniowała piekielną radością, gwałtownie pociągnął za sznur od dzwonka.
We drzwiach ukazała się Mariette, pokojówka przeznaczona do usługiwania Jeanne.
- Przywołaj pozostałą służbę - polecił jej baronet.
Mariette wyszła i wróciła po chwili, przyprowadziwszy gosposię, lokaja i grooma.
- Słuchajcie mnie dobrze - powiedział sir Williams - sto luidorów miesięcznych poborów dla każdego z was, jeżeli będziecie twierdzić, że jestem hrabią Armandem de Kergaz, tak by wasza nowa pani była o tym przekonana... Jeśli nie, zostaniecie od razu wypędzeni.
Sir Williams odprawił służbę, a wychodząc z pokoju, w którym spała Jeanne, dodał w myślach:
"Pójdę teraz udzielić lekcji Cerise. Gdyby Jeanne nie chciała uwierzyć służbie, to bez wątpienia uwierzy młodej kwiaciarce, która jest jej serdeczną przyjaciółką z dzieciństwa".
Baronet opuścił willę i udał się w stronę znajdującego się w głębi parku wiejskiego domku, gdzie wyprzedzając go, odnajdziemy Cerise.
1 Ludwik Filip I (1773-1850) - król Francuzów, ostatni monarcha Francji z rodu Burbonów (linia orleańska); panował w latach 1830-1848.
2 Tercja - w szermierce: pozycja obronna chroniąca bok przed ciosem.
3 Malmaison - wieś, od 1928 Rueil-Malmaison, miejscowość i gmina we Francji, w regionie Île-de-France, w departamencie Hauts-de-Seine; znajduje się tu były zamek Józefiny de Beauarnais, cesarzowej Francji, nazwany zamkiem w Malmaison (fr. Château de Malmaison); zameczek wraz z przylegającym do niego terenem został zakupiony i odnowiony przez Józefinę w 1799 roku, gdzie zamieszkała wraz ze swoim mężem, Napoleonem Bonaparte, przyszłym cesarzem Francji.
4 Bougival - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Île-de-France, w departamencie Yvelines, położona na lewym brzegu Sekwany, 20 km na zachód od Paryża.
5 Per Bacco! (wł.) - a niech to!; na Bachusa!