Rocambole. Tajemniczy spadek. Część 1 - Pierre Alexis de Ponson du Terrail

Kup ebooka

36.60 zł
30.38 zł (31,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

 

 

 

I

Było to w roku 1812.

Wielka armia francuska wykonywała pamiętny odwrót, zostawiając poza sobą Moskwę i Kreml w płomieniach, a część swych batalionów w zlodowaciałych falach Berezyny.

Padał gęsty śnieg...

Ze wszystkich stron, jak sięgnąć wzrokiem, ziemia pokryta była białym całunem, a nad nią rozciągało się szare niebo.

Przez niezmierzone i puste równiny wlokły się szczątki tych dumnych legionów prowadzonych przez nowego Cezara1 na podbicie świata, którego nie była w stanie pokonać zjednoczona Europa, a ponad którym zatriumfował w tej chwili jedyny straszny wróg, przed jakim był zmuszony się cofnąć. Było to zimno północy.

Tu można było zobaczyć gromadkę skostniałych w siodłach kawalerzystów, walczących rozpaczliwie przeciw napadom śmiertelnego snu, gdzie indziej kilku piechurów otaczało martwego konia, którego zamierzali poćwiartować, w czym wspierało ich stado żarłocznych kruków, wyrywając strzępy mięsa ze zwierzęcia.

Dalej jakiś człowiek kładł się na śniegu z uporem obłąkanego i zasypiał z przeświadczeniem, że już się nie obudzi.

Od czasu do czasu dało się słyszeć oddalony huk rosyjskich dział. Wtedy maruderzy znowu ruszali w drogę, wiedzeni zachowawczym instynktem ocalenia życia.

W tej chwili na skraju małego lasku ukazało się trzech ludzi, a dokładniej - trzech jeźdźców, a zatrzymawszy się w około kupy gałęzi, po otrząśnięciu ich ze stwardniałego śniegu, usiłowali rozniecić ogień.

Konie i jeźdźcy otoczyli żarzące się ognisko. Żołnierze siedli z podłożonymi pod siebie nogami, natomiast wierzchowce stały z nisko opuszczonymi łbami i zgaszonym spojrzeniem.

Pierwszy z owych trzech żołnierzy miał na sobie łachmany, które pozostały z munduru, wraz z przywieszonymi do nich epoletami pułkownika. Mógł mieć około trzydziestu pięciu lat. Był człowiekiem wysokiego wzrostu, szlachetnej, pięknej postawy, a spojrzenie jego niebieskich oczu wyrażało jednocześnie dobroć i odwagę.

Prawą rękę trzymał na szarfie, a głowę miał obwiązaną zakrwawionymi bandażami. Nieprzyjacielska kula strzaskała mu łokieć, a cios, zadany pałaszem, przeciął czoło od jednej skroni do drugiej.

Drugi z tych trzech osobników mógł być kapitanem, jak można było ocenić z resztek podartego na strzępy munduru, ale w tej chwili nie było tu ani pułkowników, ani kapitanów, ani żołnierzy.

Wielka armia Napoleona nie była niczym innym jak smutną gromadą ludzi w łachmanach, uciekających zarówno przed lodowatym północnym wichrem, jak i przed hordami wroga znad Donu i Kaukazu, które rzuciły się za nimi w pościg jak stado wygłodzonych wilków czy drapieżnych ptaków.

Wspomniany wyżej kapitan był młodym mężczyzną o niskim czole, oliwkowej cerze i ruchliwym, niepewnym spojrzeniu. Czarne włosy zdradzały w nim południowca, a z przeciągłego akcentowania słów i żywości ruchów łatwo można było w nim odgadnąć jednego z tych Włochów, tak licznych we francuskiej armii za czasów Pierwszego Cesarstwa2.

Kapitan, szczęśliwszy od swego pułkownika, nie został wcale ranny, na skutek czego łatwiej mu przychodziło znosić ataki straszliwego zimna pchające ku południu śmiałych legionistów Cezara.

Wreszcie trzeci z tej małej gromadki był żołnierzem, zwykłym huzarem3 gwardii, którego surowe męskie oblicze nabierało czasami dzikiego wyrazu, ilekroć dobiegł go z oddali huk rosyjskich dział, albo przeciwnie, gościł na nim niepokój, a spojrzenie stawało się nawet pieszczotliwe, gdy jego wzrok zatrzymywał się na swoim wyczerpanym i zakrwawionym młodym dowódcy.

Działo się to wieczorem. Zaczęła zapadać noc, a gęste mgły zmroku powoli łączyły białą ziemię z szarym niebem.

- Spędzimy tu noc, Felipone? - zapytał pułkownik włoskiego kapitana. - Czuję się mocno osłabiony i bardzo znużony - dodał. - Zranione ramię sprawia mi okropny ból.

- Panie pułkowniku, musimy koniecznie jechać dalej, gdyż mróz pana zabije! - zawołał żywo Bastien, ów huzar, zanim Włoch zdołał odpowiedzieć.

Pułkownik spojrzał kolejno na żołnierza i kapitana.

- Tak sądzisz? - rzekł.

- Tak, tak! - powtórzył huzar z żywością człowieka pewnego swych racji.

Jeśli chodzi o kapitana, to ten wydawał się namyślać.

- No i jak, Felipone? - nalegał pułkownik.

- Bastien ma rację - odparł kapitan. - Trzeba wsiąść na konie i jechać tak daleko, jak to tylko będzie możliwe. Tu zaraz zaśniemy, a podczas tego czasu ognisko wygaśnie i żaden z nas już się nie obudzi... Zresztą, posłuchaj. Zbliżają się Rosjanie... Słyszę huk armat!

- Och, jakie nieszczęście! - szepnął pułkownik głuchym głosem. - Któżby kiedy pomyślał, że będziemy zmuszeni uciekać przed garstką Kozaków...! Ach, zimno... to zimno... jakiż to zawzięty i straszny wróg! Mój Boże! Gdyby jednak tylko to zimno nas nękało...!

To mówiąc, przysiadł koło ogniska, usiłując rozgrzać przy nim swe skostniałe członki.

- Do kroćset piorunów! - mruczał huzar Bastien. - Nigdy bym nie uwierzył, że mój pułkownik, ten odważny lew... da się pokonać przez taki nędzny podmuch wiatru świszczący ponad zlodowaciałym śniegiem!

Mówiąc to całkiem cichutko, patrzył jednocześnie na swego dowódcę wzrokiem pełnym miłości i poszanowania.

Oblicze oficera stało się sine, co wskazywało na straszne cierpienie. Trząsł się i drżał z zimna na całym ciele, a jego życie, jak się wydawało, skoncentrowało się w oczach, ponieważ tylko wzrok zachował całą jego łagodność i dumę.

- No cóż - rzekł po chwili - odjeżdżajmy, skoro tego chcecie, jednak pozwólcie mi jeszcze trochę się ogrzać. Jakież straszne zimno...! Cierpię, jak nigdy w życiu nie cierpiałem. Umieram z senności...! Mój Boże, gdybym mógł się przespać przez godzinę, nie więcej, jak tylko jedną godzinę...!

Kapitan i huzar porozumieli się spojrzeniami.

- Jeśli on zaśnie - mruknął Felipone - nie zdołamy go już rozbudzić i wsadzić na siodło.

- A więc - rzekł odważny Bastien, nachylając się do ucha kapitana - będę go niósł uśpionego. Jestem bardzo silny, a dla ocalenia mego pułkownika... och, stanę się Herkulesem!

Kapitan z głową odchyloną do tyłu zdawał się nadsłuchiwać odległych hałasów.

- Rosjanie są od nas jakieś trzy ligi4 - odezwał się w końcu. - Noc zapada i bez wątpienia rozłożą się obozem, zanim zbliżą się ku nam. Skoro pułkownik pragnie się przespać, pozwólmy mu to uczynić, a my będziemy czuwali.

Pułkownik, usłyszawszy ostatnie słowa, podał rękę Włochowi.

- Dzięki ci, Felipone - powiedział. - Dzięki, przyjacielu! Ty jesteś dobry, odważny i nie pozwolisz łatwo pokonać się temu wściekłemu północnemu wichrowi. Och, co za ziąb!

Ostatnie wyrazy pułkownik wymówił z pewnym przestrachem.

- Ponieważ ja nie jestem ranny - odparł Włoch - to zupełnie oczywiste, że mniej cierpię od ciebie.

- Przyjacielu! - mówił dalej pułkownik do Włocha, podczas gdy huzar rzucał do ogniska wszystko to, co wyszukał w zaroślach, i suche gałęzie, które znalazł pod ręką. - Mam trzydzieści pięć lat. Żołnierzem zostałem w szesnastym roku życia. W wieku trzydziestu lat mianowano mnie pułkownikiem, co świadczy o tym, że musiałem być cierpliwy i dzielny. Otóż moja energia, moja odwaga, wszystko, aż do obojętności, z jaką przyjmowałem rozliczne zmęczenia i trudy w naszym twardym rzemiośle, wszystko to dziś znika wobec śmiertelnego wroga, nazywanego zimnem północy. Jest mi strasznie zimno...! Rozumiesz? We Włoszech spędziłem trzynaście godzin na polu bitwy pod kupą trupów, z głową we krwi, a nogami w błocie. W Hiszpanii przy oblężeniu Saragossy5 szedłem do szturmu z dwiema kulami w piersiach. Pod Wagram6 pozostawałem na koniu cały dzień, z udem przebitym pchnięciem bagnetu. Tymczasem dzisiaj stałem się jedynie ciałem bez ducha, na wpół martwym człowiekiem... podłym, uciekającym przed wrogiem! Przed Kozakami...! A wszystko to z powodu tego straszliwego zimna...!

- Armandzie... Armandzie, odwagi! - rzekł kapitan. - Nie na zawsze pozostaniemy w Rosji, wrócimy do cieplejszego klimatu... znowu ujrzymy słońce, a wtedy triumfalnie wyjdziesz ze swego odrętwienia...

Pułkownik Armand de Kergaz, gdyż tak się nazywał, potrząsnął smutno głową.

- Nie - odparł - ja już nie ujrzę ani słońca, ani mojej Francji. Jeszcze kilka godzin tego przejmującego zimna i będę martwy!

- Armandzie! Panie pułkowniku! - zawołali prawie równocześnie kapitan i huzar.

- Ginę z zimna! - szepnął pułkownik ze smutnym uśmiechem. - Umieram z braku snu i zimna.

Pochyliwszy głowę na piersi, będąc w tym nieprzezwyciężonym odrętwieniu, jakie odebrało życie tylu szlachetnym sercom w tym żałosnym odwrocie z Rosji, nagle się otrząsnął, a zebrawszy wszystkie siły, podniósł głowę.

- Nie, nie...! Ja nie mogę w tej chwili spać... Trzeba pomyśleć o tych, których tam, daleko, pozostawiłem! - zawołał, a jego spojrzenie skierowało się na tę stronę horyzontu, gdzie leżała Francja.

- Armandzie! Armandzie! - zawołał kapitan. - Nigdy nie mów czegoś podobnego. Będziesz żył!

- Przyjaciele - dodał, zwróciwszy się do wiernego i oddanego żołnierza oraz kapitana - bez wątpienia obaj mnie przeżyjecie i zachowacie o mnie życzliwe wspomnienie. Zatem posłuchajcie mnie, gdyż przekazuję wam mą ostatnią wolę: powierzam waszej opiece moją żonę i dziecko...

Wyciągnął powtórnie rękę do kapitana Felipone i kontynuował:

- Zostawiłem tam, w naszej ukochanej Francji, dziewiętnastoletnią żonę i mające przyjść na świat niemowlę. Może wkrótce żona zostanie wdową, a dziecię sierotą...

- Armandzie! Armandzie! - zawołał kapitan. - Nigdy nie mów czegoś podobnego. Będziesz żył!

- Och, jakże chciałbym żyć! - szepnął pułkownik. - Żyć... i ponownie zobaczyć ich oboje!

Kiedy tak mówił o nadziei i gorącej miłości, jego oczy nabrały blasku.

- Jednak - dodał ze smutnym uśmiechem - mogę także umrzeć, a wtedy wdowa z sierotą będą potrzebowały opiekunów.

- Ach, pułkowniku! - wykrzyknął Bastien. - Dobrze wiesz, że gdyby cię spotkało nieszczęście, pański huzar oddałby swoje życie, sekunda po sekundzie, oraz krew do ostatniej kropli dla twojej żony i dziecka!

- Dziękuję ci! - powiedział pułkownik. - Liczę na ciebie.

Następnie spojrzał na Włocha.

- A ty, mój stary towarzyszu, mój przyjacielu, mój bracie...? - zapytał.

Kapitan drgnął, a jego czoło zasnuła ponura chmura. Można byłoby sądzić, iż ostatnie słowa pułkownika wywołały w nim jakieś odległe przykre wspomnienia.

- Dobrze powiedziałeś, Armandzie - odrzekł - bo czy nie jestem twym starym towarzyszem, przyjacielem, bratem?

- A więc, gdybym umarł - mówił dalej pułkownik - będziesz oparciem dla mojej żony, ojcem dla mego dziecka?

Po tym zapytaniu twarz kapitana okryła się żywym rumieńcem, czego jednak pan de Kergaz nie dostrzegł i mówił dalej:

- Wiem, że kochałeś Helenę, a ty również dobrze wiesz, że pozostawiliśmy jej wolny wybór pomiędzy nami dwoma. Szczęśliwszy od ciebie, zostałem wybrańcem jej serca i jestem ci wdzięczny, że przyjąwszy ową ofiarę, nie przestałeś być przyjacielem swego rywala.

Kapitan słuchał ze spuszczonym wzrokiem. Matową bladość jego twarzy pokrył chwilowy rumieniec i gdyby rozmawiający z nim posiadał więcej zimnej krwi i nie był dręczony moralnym i fizycznym cierpieniem, wówczas zrozumiałby, jaka straszna walka wrzała w sercu Włocha, torturowanego owymi wspomnieniami.

- Gdybym umarł - kończył pułkownik - ty ją poślubisz... Trzymaj...

Przy ostatnim słowie pułkownik rozpiął mundur i podał Felipone'owi opieczętowany pakiet.

- Oto mój testament - powiedział. - Napisałem go na początku naszej nieszczęśliwej kampanii, miotany dziwnymi przeczuciami. Na mocy tego testamentu, mój przyjacielu, przeznaczam ci połowę majątku, jeśli zgodzisz się poślubić pozostałą po mnie wdowę...

Z bladego kapitan stał się zupełnie siny, a całym jego ciałem wstrząsało nerwowe drżenie. Wyciągnął w stronę testamentu konwulsyjnie drgającą rękę.

- Bądź spokojny, Armandzie - wyszeptał głuchym głosem. - Gdyby przytrafiło ci się nieszczęście, posłucham cię... Ale ty będziesz żył - dodał - zobaczysz swoją Helenę, w stosunku do której obecnie odczuwam tylko żywą i pełną szacunku przyjaźń.

- Jakże mi zimno! - powtórzył pułkownik z przekonaniem człowieka przeczuwającego swoją bliską śmierć.

Ponownie opuścił głowę na piersi, a sen chwycił go z nieprzepartą siłą.

- Zostawmy go, niech się prześpi przez parę godzin - powiedział kapitan do Bastiena - a my będziemy czuwali.

- Łajdacki północny wiatr! - mruczał z gniewem huzar, pomagając Felipone'owi w ułożeniu pułkownika w pobliżu ogniska i przykrywając go szczątkami ubrań i koców, jakie jeszcze posiadali.

Pięć minut później pułkownik Armand de Kergaz spał głębokim snem. Bastien z utkwionym w niego wzrokiem, z pieszczotliwą nieruchomością wiernego psa bezustannie podsycał ogień i pilnował, aby najmniejsza iskierka, żaden gorący węgielek nie upadły na jego uśpionego dowódcę.

Co do kapitana, ten siedział z głową ukrytą w dłoniach, a w jego mózgu widocznie przebiegało tysiące pomieszanych myśli.

Ów człowiek, którego pułkownik darzył tak gorącą przyjaźnią, posiadał wszelkie ułomności zwyrodniałych istot. Mściwy i żądny pieniędzy, w postępowaniu ze wszystkimi był usłużny i przymilny. Żołnierz bez majątku posiadał sztukę zawiązywania stosunków z bogatymi i utytułowanymi oficerami armii. Nie posiadał ani obola7, a jedynie przyjaciół milionerów.

W otrzymaniu rangi kapitana pomógł mu bardziej zbieg okoliczności, i to w czasie, gdy śmierć zbierała obfite żniwo pośród oficerów, niż własne męstwo.

Brał czynny udział w kilku bitwach, nigdy jednakże nie widziano, by się odznaczył walecznością. Być może nie był tchórzem, ale na pewno nie był odważnym człowiekiem, posuwającym się do zuchwałości.

Felipone zawarł przyjaźń z pułkownikiem de Kergaz przed piętnastu laty. Obaj wówczas byli kapitanami. Trzy lata temu poznali w Paryżu pannę Helenę Durand, córkę dostarczyciela żywności dla armii, piękną i młodą dziewczynę, którą obaj pokochali. Helena wybrała pułkownika.

Od tego dnia Felipone zaprzysiągł rywalowi zemstę, zemstę podsycaną nienawiścią, jaka jedynie może zakiełkować w sercu południowca, tę zemstę skupioną w sobie i niemą, ukrytą na zewnątrz pod oznakami najszczerszej przyjaźni, jednakże nieubłaganą, śmiertelną zemstę, gotową wybuchnąć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Podczas kampanii w chwili zamieszania ze dwadzieścia razy Felipone ukryty w cieniu i dymie bitwy, brał na cel pułkownika. Ze dwadzieścia razy zawahał się, szukając pełniejszego i okrutniejszego odwetu niż takie zwykłe zabójstwo.

Otóż ten Włoch odnalazł nareszcie odpowiedni moment do zrealizowania takiej zemsty; kalkulował ją na zimno i o niej rozmyślał, podczas gdy pułkownik spał pod czujnym spojrzeniem Bastiena.

"Wariat! - myślał Felipone, rzucając od czasu do czasu ponure wejrzenie na uśpionego oficera.- Wariat! Jednocześnie daje mi majątek, mnie, który jestem biedny, i swoją żonę, mnie, którego ona odepchnęła... Trudno byłoby odnaleźć bardziej wymowny wyrok na własną śmierć!".

Na sekundę spojrzenie kapitana spoczęło na Bastienie.

- Ten człowiek mi przeszkadza - wyszeptał. - Tym gorzej dla niego!

Podniósł się z ziemi i zbliżył do swego konia.

- Co robisz, kapitanie? - zapytał huzar.

- Chcę sprawdzić kapiszony8 moich pistoletów...

- Ach, tak! - rzekł Bastien.

- Pośród takiego diabelskiego śniegu - mówił dalej spokojnie kapitan - nie ma się co dziwić, że panewki9 mogły zawilgotnieć, a gdyby pojawili się Kozacy...

Mówiąc to, Felipone sięgnął do olster10, wyciągnął z nich jeden z pistoletów i niedbale zaczął bawić się pokrywą panewki.

Bastien patrzył na to spokojnie, bez żadnej podejrzliwości.

- Proch jest suchy, a krzemień w dobrym stanie. Zobaczmy drugi - stwierdził kapitan i wziąwszy drugi pistolet, zaczął oglądać go z taką samą starannością.

- Ach! - mruknął Bastien z roztargnieniem, całkowicie oddany czuwaniu przy dowódcy.

- Czy wiesz, że posiadam zadziwiającą wprawę w strzelaniu z tej broni? - zapytał nagle, spoglądając na huzara.

- To bardzo prawdopodobne, kapitanie.

- W pojedynku na trzydzieści kroków - mówił dalej Felipone spokojnym głosem - trafiłem mego przeciwnika wprost w serce i położyłem go trupem na miejscu.

- Ach! - mruknął Bastien z roztargnieniem, całkowicie oddany czuwaniu przy dowódcy.

- Co więcej - kontynuował Felipone - kilkakrotnie zakładałem się o to, że trafię w prawe lub lewe oko któregoś z moich przeciwników i zawsze taki zakład wygrywałem... Ale widzisz, przyjacielu Bastienie, najlepiej jest jednak mierzyć wprost w serce, wtedy bowiem na miejscu się zabija!

To powiedziawszy, kapitan pochylił lufę pistoletu.

- Co pan robi? - zawołał gwałtownie huzar, odskakując do tyłu.

- Mierzę prosto w serce - rzekł zimno Felipone, celując w żołnierza. - Nie chcę, żebyś cierpiał...

Padł strzał.

- Przeszkadzałeś mi, mój chłopcze. Tym gorzej dla ciebie!

Błyskawica rozświetliła ciemności, zagrzmiał huk, któremu towarzyszył okrzyk bólu i huzar padł na wznak.

Na ten hałas, na ten okrzyk, pan de Kergaz, nagle wyrwany ze swego letargicznego snu, uniósł się do połowy, sądząc, że ma do czynienia z Rosjanami.

Tymczasem Felipone, trzymając w ręku drugi pistolet, nie pozwolił mu powstać, opierając nagle kolano o jego pierś, i przewrócił go brutalnie na ziemię, gdzie go przytrzymał.

Wówczas pułkownik, zaskoczony tym nagłym napadem, ujrzał nad sobą drwiącą i wykrzywioną szatańskim uśmiechem twarz swego wroga, a ten uśmiech z szybkością błyskawicy odsłonił całą podłość, całe nikczemne okrucieństwo tego człowieka, w którego tak wierzył.

- Ha, ha! - szydził Włoch. - Byłeś wielkim głupcem, pułkowniku Armandzie de Kergaz, wierząc w przyjaźń człowieka, któremu ukradłeś ukochaną przez niego kobietę... Byłeś głupi, wyobrażając sobie, że on kiedykolwiek może ci przebaczyć! Posunąłeś swoją głupotę i bezmyślność aż do napisania testamentu, błagając tego ukochanego przyjaciela, by poślubił wdowę po tobie i przyjął połowę twego majątku, po czym spokojnie zasnąłeś, z nadzieją przebudzenia się wśród pomyślniejszych dni i połączenia się z żoną i dzieckiem, dwoma przedmiotami twojej gorącej miłości! Potrójny głupcze...! Wiedz jednak - kończył kapitan - że tak się nie stanie, że nigdy ich nie zobaczysz i uśniesz na wieki, mój drogi przyjacielu!

Powiedziawszy to, kapitan skierował lufę pistoletu w kierunku czoła Armanda de Kergaz, który wiedziony instynktem zachowawczym, usiłował się uwolnić z uścisku wroga i zepchnąć przytłaczające go kolano.

Felipone jednak silnie go przytrzymał i rzekł do niego:

- Daremne starania, panie pułkowniku, musisz tu pozostać.

- Nikczemniku! - wyszeptał Armand de Kergaz, którego spojrzenie pełne było pogardy.

- Bądź spokojny, Armandzie, twoje życzenie zostanie ściśle wypełnione: poślubię wdowę i będę nosił po tobie żałobę, a świat będzie mnie widział wiecznie cię opłakującego! Jestem człowiekiem przestrzegającym konwenansów11.

Pistolet dotknął skroni pułkownika przytrzymanego nieruchomo na ziemi kolanem Włocha, który oddał strzał z tą samą zimną krwią, z jaką przed chwilą zabił wiernego huzara.

 

Kula roztrzaskała czaszkę pułkownika Armanda de Kergaz, a strzępy jego mózgu zbroczyły ręce mordercy.

Bastien leżał rozciągnięty obok w kałuży krwi, a świadkiem tej strasznej zbrodni był jedynie Bóg...

 

II

Upłynęły cztery lata od opisanych wcześniej wydarzeń. Nadszedł maj 1816 roku, w którym to czasie znajdujemy kapitana Felipone jako pułkownika i szczęśliwego małżonka Heleny de Kergaz.

Letnią porą pułkownik zamieszkiwał w zamku12, w pięknej okolicy położonej w Bretanii, na krańcach Finist?re13. Ta posiadłość ziemska nosiła nazwę Kerloven i należała do rodziny nieboszczyka Armanda de Kergaz, który zostawił ją w spadku swojej żonie.

Zamek był zbudowany ponad brzegiem morza, na wierzchołku falezy14. Od strony lądu panował ponad piękną doliną bretońską, pokrytą różowymi wrzosami i otoczoną wielkimi lasami.

Trudno byłoby odnaleźć bardziej malowniczy, bardziej dziki i zarazem piękniejszy krajobraz niż to stare feudalne zamczysko, wewnątrz odnowione w nowoczesnym stylu, z zachowaniem na zewnątrz całej poezji jego starożytnej powierzchowności, a to dzięki olbrzymiej fortunie pułkownika Felipone.

Wielki park, zacieniony stuletnimi wiązami, otaczał zamek od wschodniej do zachodniej strony. Front zamku, chłostany falami morza, tego burzliwego szarego morza, jakie w przystępie gniewu nieustannie podgryza bretońskie wybrzeże, był miejscami u podstaw mocno powyszczerbiany.

Taras, którego pierwotna konstrukcja sięgała czasów wypraw krzyżowych15, ciągnął się z tej strony, od jednej wieży do drugiej. Pod nim, kilkaset stóp16 niżej, warczał stary ocean.

Pułkownik przybył do Kerloven w końcu kwietnia w towarzystwie swej żony spodziewającej się bliskich narodzin potomka, pierwszego owocu nowego małżeństwa, i z pięcioletnim synem, który nosił imię Armand, podobnie jak jego ojciec, nieszczęsny pułkownik huzarów, zamordowany, jak wiemy, przez Włocha.

Pułkownik Felipone za czasów Restauracji17 otrzymał tytuł hrabiowski, co sprawiło, że wdowa po panu de Kergaz, który był szlachcicem starej daty, zachowała tytuł hrabiny.

Hrabia, ponieważ tak od tej chwili będziemy nazywali Włocha, spędzał czas na polowaniach po okolicy, zawiązawszy przyjazne stosunki ze wszystkimi miejscowymi hreczkosiejami18.

Hrabina żyła w najzupełniejszej samotności.

Niewątpliwie ci, którzy widywali niegdyś na cesarskim dworze Napoleona wspaniałą i piękną Helenę de Kergaz, mieliby kłopot rozpoznać ją dziś w tej bladej i przywiędłej kobiecie o przygasłym spojrzeniu, smutnym, zrezygnowanym uśmiechu i powolnym chodzie.

Cztery lata wcześniej pani de Kergaz, którą od kilku miesięcy ogarniał śmiertelny niepokój o los swojego męża, ujrzała pewnego dnia wchodzącego do niej kapitana Felipone, całego ubranego na czarno.

Jak wiemy, kapitan kochał Helenę, ale jego miłość sprawiła jedynie to, że wzbudziła w młodej dziewczynie głęboką odrazę do tego człowieka, bowiem instynktownie odgadywała nikczemny, obłudny i przewrotny charakter mężczyzny.

Od chwili zamążpójścia bardzo często podczas rozmowy starała się otworzyć oczy pana de Kergaz co do jego przyjaźni z Włochem, jednak na nieszczęście pułkownik darzył go ślepym zaufaniem, czego nic nie było w stanie zmienić.

Na widok kapitana hrabina wydała okrzyk boleści, odgadując nieszczęście.

Felipone powoli zbliżył się do niej, a ująwszy obie jej ręce w swoje, rzekł głosem doskonale udającym wzruszenie:

- Bóg srodze doświadcza nas, pani, bowiem tobie zabrał małżonka, a mnie najlepszego przyjaciela! Opłakujmy go razem...!

Kilka dni później nieszczęsna wdowa zapoznała się z testamentem małżonka, w którym zmarły błagał ją, szaleniec!, by poślubiła tego, który miał się stać jego zabójcą, a tym sposobem, by on stał się ojcem dla jego dziecka.

Wstręt Heleny do kapitana był jednak tak wielki, że oburzywszy się na tę propozycję, wręcz odmówiła mu swej ręki.

Włoch był uległy i cierpliwy. Na wiadomość o życzeniu zmarłego przyjaciela okazał zdumienie, oznajmiając, iż nie czuje się godny, by zająć jego miejsce. Prosił jedynie usilnie o wyświadczenie mu skromnej łaski: chciałby być prostym protektorem, oddanym przyjacielem biednej wdowy, opiekunem młodego sieroty.

I przez trzy lata ten człowiek tak doskonale grał swą rolę, okazywał się tak kochający, tak dobry, tak pełny poświęcenia i tak bezinteresowny, że w końcu pozyskał życzliwość hrabiny, przekonanej, iż się pomyliła i zbyt surowo go osądziła.

Później nastąpiła zmiana w rządach Francji.

Pani de Kergaz pochodziła z mieszczańskiej rodziny, a do tego była wdową po oficerze z czasów cesarstwa. Już tym samym ściągnęła na siebie prześladowania. Bardziej niż kiedykolwiek rozumiała to straszliwe osamotnienie wdowy, która była matką i miała zapewnić przyszłość dla swojego syna.

Felipone wyrobił sobie stosunki u dworu, gdzie będąc dobrze widziany, mógł dużo uczynić dobrego dla przyszłości sieroty.

Właśnie to ostatnie przemyślenie zwyciężyło na jego korzyść w umyśle hrabiny. W końcu ustąpiła jego naleganiom i poślubiła Włocha.

Ale stała się rzecz bardzo dziwna: jeśli wcześniej nie chciała wiązać swego życia z tym człowiekiem, jej pierwotny wstręt, jaki w niej wzbudzał, zamiast wygasnąć, z całą siłą wybuchnął w jej sercu.

Pułkownik, osiągnąwszy swój cel, osądził, że nie ma żadnej potrzeby grać dalej roli uległego i cierpliwego męża. Jego wykrętna, chytra natura i dziki, mściwy charakter, do tej pory powstrzymywane, wybuchnęły z całą siłą. Postanowił zemścić się na swej żonie za pierwotnie doznaną wzgardę z jej strony.

Wtedy to rozpoczęło się dla nieszczęśliwej kobiety życie pełne łez, w zupełnym osamotnieniu, w jakim ukrywają się niejednokrotnie tajemnice tyranii pożycia małżeńskiego. Felipone uśmiechał się mile do swojej żony pośród zebranych gości, a stawał się dla niej katem, gdy zostawali sami. Dla tej szlachetnej kobiety nędznik wymyślał niedające się nazwać tortury.

Swoją wściekłą nienawiść rozciągał także na dziecko, które przypominało mu pierwszego małżonka hrabiny, a gdy nieszczęśliwa kobieta miała zostać matką, Włoch śmiał zrobić taką oto haniebną kalkulację:

- Jeśli mały Armand umrze, to moje dziecko odziedziczy olbrzymi majątek... Jakże łatwo sprawić, by czteroletnie dziecko umarło...!

Rozważywszy dokładnie ten pomysł, hrabia Felipone przybył do Kerloven.

Hrabina, tonąc we łzach, spędzała czas w zamku w zupełnej samotności, oddana wyłącznie staraniom na rzecz swego maleńkiego syna, podczas gdy jej małżonek prowadził wesołe życie.

Pewnego wieczora - było to pod koniec maja - zostawiła małego Armanda bawiącego się na tarasie szlacheckiego dworu, a sama, przymuszona potrzebą modlitwy i skupienia się, jakiej doznają rozbite dusze, odeszła do swego pokoju, by tam klęknąć przed wielkim krucyfiksem z kości słoniowej stojącym u wezgłowia jej łóżka.

Modliła się długo; zapadł zmierzch, a za nim przyszła noc ciemna, burzliwa, jaką tak często widzi się nad mglistymi wybrzeżami starej Armoryki19. Wicher od strony morza dął gwałtownie, miotane nim fale groźnie huczały u podstawy skalistych falez. W tej chwili hrabina, przypomniawszy sobie o swoim synu, ogarnięta trwogą, chciała wybiec z pokoju, by przywołać dziecko, gdy nagle w progu stanął jej mąż.

Cały dzień spędził w okolicznych lasach. Miał na sobie myśliwski strój i wydawało się, jak gdyby tylko co powrócił z łowów.

Na jego widok hrabina poczuła, jak wzrasta w niej ten nieokreślony niepokój, który ściskał jej serce.

- Gdzie Armand? - zagadnęła żywo.

- Właśnie o to samo chciałem zapytać - odrzekł spokojnie hrabia - i jestem zdziwiony, że nie widzę go przy tobie.

Hrabina zadrżała na dźwięk tego obłudnego głosu, a ciężki, niewysłowiony ból coraz silniej przytłaczał jej piersi.

- Armandzie...! Armandzie! - wołała hrabina, otworzywszy okno wychodzące na taras.

Dziecko nie odpowiadało.

- Armandzie...! Mój mały Armandzie! - powtarzała matka z rozpaczą.

Takie samo milczenie.

Lampa postawiona na gerydonie20 bardzo słabo oświetlała ten obszerny pokój, w którym pozostawiono stare obicia i meble z czarnego dębu nadające mu starodawny wygląd. Tymczasem na śniadą twarz Felipone'a padł promyk światła i hrabinie wydawało się, że okryta była siną bladością.

- Moje dziecię! - powtórzyła z przerażaniem. - Co zrobiłeś z moim dzieckiem?

- Ja? - odparł hrabia z lekkim drżeniem w głosie, co nie uszło uwadze zaniepokojonej matki. - Ależ ja nie widziałem twego dziecka, gdyż dopiero przed chwilą zsiadłem z konia.

Wymawiając ostatnie słowa, głos Włocha odzyskał swą zwykłą intonację i był zupełnie spokojny.

Zrozpaczona matka, ogarnięta najbardziej ponurymi myślami, wybiegła jednak na zewnątrz i wołała:

- Armandzie, Armandzie! Gdzie jesteś, Armandzie?!

 

III

Dwadzieścia minut wcześniej hrabia Felipone, wróciwszy z polowania, zsiadł z konia na dziedzińcu Kerloven.

Służba była nieliczna i składała się mniej więcej z dziesięciu ludzi, wliczając w to dojeżdżacza21 i dwóch psiarczyków22. Ci trzej przebywali akurat na dziedzińcu, zajmowali się psiarnią oraz stajnią, pozostali rozproszeni byli gdzieś w zamku.

Hrabia, wchodząc na główne schody dworu, nikogo nie spotkał po drodze i doszedł do początku długiej galerii opasującej pierwsze piętro budynku, prowadzącej na prawo i lewo do różnych apartamentów i łączącej się z tarasem oszklonymi drzwiami.

Taras był ulubionym miejscem przechadzek Włocha. Przychodził tu zwykle po śniadaniu lub po obiedzie wypalić cygaro i roztargnionym oraz marzącym wzrokiem popatrzeć na morze.

Oszklone drzwi były uchylone, więc Felipone machinalnie wyszedł na patio.

W tym momencie prawie zapadła noc. Na horyzoncie prześlizgiwały się ostatnie promienie słońca, oddzielając najniższe chmury od ekstremalnie wzburzonych fal oceanu. Huk morza uderzającego o podnóże wysokiego urwiska dochodził aż do tarasu jako głuchy szmer.

Felipone zrobił kilka kroków i naraz się potknął. Jego stopa napotkała jakiś przedmiot, który przy kontakcie wydał suchy dźwięk. Był to drewniany konik, którym bawiło się dziecko.

Felipone zrobił jeszcze kilka kroków i przy ostatnich, zamierających blaskach wieczora, dostrzegł w kącie dziecko oparte o poręcz tarasu, zupełnie nieruchome.

Armand, zmęczony zabawą swoim drewnianym konikiem, przez chwilę siedział, chcąc odpocząć, a później ogarnął go sen, ten nieprzezwyciężony sen, który nagle ogarnia dzieci. Malec głęboko zasnął.

Hrabia na widok dziecka nagle się zatrzymał.

Przez cały dzień polował samotnie, a samotność bywa złą doradczynią ludzi snujących zbrodnicze myśli.

Przez pięć czy sześć godzin Felipone pędził na koniu pod zielonym listowiem rozległych lasów Bretanii, gdzie panuje głęboka cisza i całkowita samotność.

Odjechał daleko od polujących, przestał słyszeć szczekanie psów i powoli, pogrążając się w nieokreślonych rozmyślaniach, puścił cugle i pozwolił prowadzić się koniowi.

Wówczas powróciła ta myśl, myśl paląca i uporczywa, która nachodziła go od czasu, kiedy dowiedział się, że hrabina jest w ciąży.

"Mały Armand, jak wiadomo, będzie miał kiedyś dwadzieścia jeden lat i wtedy cały majątek ojca przejdzie w jego ręce. Gdyby umarł, dziedziczyłaby jego matka, a moje dziecko odziedziczy fortunę po swojej matce" - myślał.

Jeszcze raz Włoch pieścił to haniebne marzenie o śmierci dziecka. I oto po powrocie do domu pierwszą istotą, na jaką się natknął, było to dziecię, dziecię uśpione w osamotnionym miejscu, z dala od wszystkich, o nocnej porze, kiedy zbrodnicze myśli tak łatwo kiełkują w duszy podłego człowieka.

Hrabia nie budził dziecka, lecz wsparł się łokciem na poręczy tarasu i wychylił głowę.

Na dole, jakieś sto sążni23 poniżej, huczały fale wzburzonego morza, okryte białą pianą. Te fale mogły posłużyć za trumnę.

Felipone odwrócił się i obrzucił taras szybkim spojrzeniem.

Nie było na nim nikogo, a ciemność nocy zaczęła okrywać tę część zamku.

Dobiegał tutaj natężony huk morza, który zdawał się mówić do niego: "Ocean nie zwraca tego, co mu się powierzy".

Piekielna myśl z szybkością błyskawicy przemknęła przez umysł mężczyzny. W jego serce wgryzła się straszna pokusa.

- Tak mogłoby się zdarzyć - szepnął - że to ciekawskie dziecię, chcąc popatrzeć na morze, wdrapało się na poręcz mającą nie więcej niż trzy stopy wysokości, jak również i to byłoby możliwe, że nieprzezornie na niej usiadło, a usnąwszy tam, tak jak śpi teraz, straciło równowagę i spadło.

Po trupiobladych wargach Włocha przemknął ponury uśmiech.

- W takim razie - kończył - moje dziecko nie będzie miało już brata, a ja nie będę zobowiązany zdawać rachunku z opieki.

Wypowiadając ostatnie słowa, wychylił się powtórnie, spoglądając na morze.

Fale huczały głucho i wydawały się do niego mówić: "Daj nam to dziecię, które ci przeszkadza, my wiernie je przechowamy, a z zielonych wodorostów zrobimy mu piękny całun".

Felipone po raz drugi rozejrzał się wokół siebie tym badawczym, nieufnym wzrokiem zbrodniarza obawiającego się, czy ktoś go nie śledzi. Cisza, ciemność i samotność mówiły mu: "Nikt cię nie zobaczy, nikt nie odważy się oskarżyć cię przed ludzką sprawiedliwością, że zamordowałeś to biedne dziecko!".

Wówczas hrabia, ogarnięty obłędem, nie wahał się już dłużej.

Zrobił jeszcze jeden krok, wziął w ramiona uśpione dziecko i przerzucił maleńką istotę przez poręcz.

Dwie sekundy później głuchy odgłos dobiegający z głębin oceanu oznajmił mu, że fale przyjęły i pochłonęły swą zdobycz.

Dziecko, przebudziwszy się w próżni, nawet nie krzyknęło.

Przez kilka minut Felipone, pochwycony dziwaczną gorączką, stał nieruchomy w tym samym miejscu, w którym popełnił potworną zbrodnię. Następnie ogarnęła go trwoga i chciał uciekać, ale chwilę później wróciła mu zimna krew cechująca wielkich zbrodniarzy. Pojął, że uciekając, zdradziłby się. Wówczas jeszcze niepewnym, chwiejnym krokiem, lecz ze spokojną twarzą opuścił taras i skierował się do mieszkania swej żony, pozwalając brzęczeć swoim ostrogom i głośno uderzając obcasami butów o kamienną posadzkę galerii.

 

IV

Hrabina wybiegła pospiesznie z pokoju, różnymi okrzykami przywołując syna, a za nią szedł jej mąż, okazując również oznaki żywego zaniepokojenia, ponieważ dziecko, skoro już dość się nabawiło, miało zwyczaj powracać do swej matki.

Krzyki hrabiny spowodowały, że w całym zamku powstało zamieszanie. Przybiegli służący. Żaden z nich jednak nie widział małego Armanda od chwili, gdy matka pozostawiła go na tarasie.

Przeszukano cały zamek, ogród, park, lecz nigdzie nie znaleziono dziecka.

Dwie godziny upłynęły na tych daremnych poszukiwaniach. Hrabina, mocno wzruszona, załamywała ręce z rozpaczy, a jej płonące ogniem spojrzenie wydawało się chcieć sięgnąć do głębi duszy Felipone'a, na którego spoglądała już jak na mordercę swego syna, niejako odgadując, co z nim uczynił.

Włoch jednak tak dobrze odgrywał najgłębszy smutek, w jego głosie i ruchach było tyle niemej rozpaczy i zaskoczenia, że matka jeszcze jeden raz uwierzyła, iż może niesłusznie posłuchała tej nieprzezwyciężonej odrazy, jaką odczuwała do swego męża, i oskarżyła go o zniknięcie syna.

Nagle przybiegł służący, trzymając w ręku kapelusik dziecka ozdobiony białym piórem, który spadł mu z główki na wybrzeże pod tarasem, kiedy spał.

- Ach! Nieszczęście! - zawołał Felipone z akcentem rozpaczy w głosie, który zmylił biedną matkę. - Widocznie wdrapał się na poręcz...

W chwili, gdy hrabina cofnęła się, przerażona tymi słowami i widokiem przedmiotu, który zdawał się potwierdzać tę straszliwą prawdę, na progu sali, w której znajdowali się małżonkowie, ukazał się jakiś nieznany mężczyzna. Ujrzawszy tego człowieka, hrabia Felipone posiniał i zamarł, skamieniały.

 

V

Mężczyzną, który tak nagle się pojawił, był trzydziestosześcioletni mężczyzna, ubrany w długi niebieski surdut ozdobiony czerwoną wstążeczką w butonierce, jaki nosili wówczas żołnierze z czasów Pierwszego Cesarstwa, a za czasów Restauracji usunięci w cień.

Był to człowiek wysokiego wzrostu, z ponurym ogniem błyszczącym w jego spojrzeniu, oświetlającym jego bladą, nacechowaną zgrozą i przerażeniem twarz.

Zrobił trzy kroki w stronę Felipone'a, który cofał się przerażony, i wyciągnąwszy w jego kierunku rękę, zawołał:

- Morderca! Morderca...!

- Bastien! - szeptał Felipone, doznając zawrotów głowy.

- Tak! - powtórzył huzar, bo to właśnie był on. - Tak, Bastien, o którym sądziłeś, że go zamordowałeś, a który jednak żyje...! Bastien, którego Kozacy znaleźli leżącego w kałuży swej krwi godzinę po twojej podwójnej zbrodni i ucieczce i któremu uratowali życie... Bastien, przez cztery lata więzień Rosjan, wreszcie wolny, przybywa żądać od ciebie rachunku za przelaną krew pułkownika, jaką pokryte się twoje dłonie...!

Kiedy Felipone, porażony, cofał się ciągle przed tym strasznym zjawiskiem, Bastien, zwracając się do hrabiny, powiedział:

- Ten człowiek, proszę pani, ten nędznik zabił ci dziecię, tak jak zabił jego ojca.

Hrabina zrozumiała.

Wtedy to matka, wcześniej zrozpaczona i prawie oszalała, zmieniła się nagle w tygrysicę względem mordercy swojego dziecka. Rzuciła się w jego stronę, by rozedrzeć go swymi paznokciami, krzycząc:

- Morderco...! Zbrodniarzu...! Czeka cię szafot! Ja sama oddam cię w ręce kata!

A gdy ów nędznik ciągle się cofał, nieszczęsna kobieta, poczuwszy w swoim brzuchu nagły ruch, głośno krzyknęła i zatrzymała się, zbladła, zachwiała się, całkowicie załamana...

Człowiek, którego chciała oskarżyć przed sądem, którego pragnęła zawlec na stopnie szafotu, ów nędznik, ten nikczemnik był ojcem jej drugiego dziecka, jakie dawało oznaki życia w jej łonie.

 

VI

Pod koniec października 1840 roku, to znaczy dwadzieścia cztery lata po wyżej opisanych wypadkach, wieczorem ulicami Rzymu szedł mężczyzna, w którym po ubiorze i zachowaniu można było rozpoznać Francuza.

Minąwszy Tyber24, lekkim i szybkim zwinnym krokiem dążył ku Trastevere25. Ten człowiek był młody i mógł mieć jakieś dwadzieścia siedem lat. Oblicze jego cechowała męska uroda i odwaga. Czarne oczy błyszczały zarówno dumą, jak i tkliwością. Miał wysokie czoło, na którym zarysowywała się przedwczesna i głęboka fałda, wcale niebędąca zmarszczką, ale zdradzająca jakieś przedwczesne troski i tajemnicze smutki myśliciela i artysty, tę godną uwielbienia mieszaninę; krótko mówiąc tkwiącą w nim młodzieńczą energię i melancholię, co przyciągało ciekawość, uwagę i tajony podziw trasteweranek, tych kobiet rzymskiego ludu, znanych z piękności i cnoty.

Tymczasem zapadał zmierzch, ale nie była to jeszcze noc. Ostatnie blaski słońca, gasnąc w falach Tybru, ślizgały się po wierzchołkach budowli Wiecznego Miasta, oblewając purpurowymi i złocistymi refleksami pałace i witraże kościołów.

Ciepłe i łagodne powietrze wyciągnęło trasteweranów przed drzwi ich mieszkań. Kobiety przędły na wrzecionach, na ulicach bawiły się dzieci, mężczyźni w powagą palili tytoń, słuchając piosenki dochodzącej z Błot Pontyjskich26, mimowolnie przekazywanej z ust do ust, z przyjaznym wietrzykiem docierając do artysty, który w tym momencie podnosił z ziemi kilka baiocchi27 na wąskiej i krętej uliczce, na którą wcześniej wkroczył bohater.

Na tej uliczce wznosił się mały domek o ujmującym wyglądzie, dachu w kształcie tarasu, po ścianach którego wspinał się bluszcz irlandzki28, a jego zielone gałązki u dołu przeplatały się z winoroślą, gdzie złociły się dojrzewające już winogrona.

W tym domku, szczelnie zamkniętym od strony ulicy, panowała głęboka cisza. Najmniejszy szmer dosłyszeć się nie dawał poza opuszczonymi na stałe żaluzjami, tak na parterze, jak i na pierwszym piętrze. Można było sądzić, że był niezamieszkały.

Młody Francuz zatrzymał się przed drzwiami, wyciągnął z kieszeni klucz, przy pomocy którego otworzył je i wszedł do domku. Mały przedsionek, wykładany białym i różowym marmurem, wiódł na kręte schody, po których przybysz wspiął się zwinnie.

- Gdzie jest Fornarina? - zapytywał siebie, kierując się na pierwsze piętro domu. - Pomimo moich nakazów, ciągle opuszcza swoją panią. Mam w niej smoka strzegącego skarbu... bezcennego skarbu!

Zapukał dyskretnie do małych drzwiczek wychodzących na podest schodów.

- Proszę wejść! - rozległ się z wnętrza łagodny głos kobiecy.

Przybysz pchnął drzwi i znalazł się w ładnym buduarze29 wyłożonym perską materią o perłowym tle, umeblowanym sprzęcikami z różanego drzewa, zapełnionym skrzyneczkami z kwiatami wydzielającymi przenikliwe wonie.

W głębi tego buduaru na tureckiej otomanie na wpół rozciągnięta leżała czarująca istota, przed którą młodzieniec stanął jak porażony, mimo że widział ją już nie po raz pierwszy.

Była to kobieta mogąca mieć około dwudziestu dwóch lat, drobna i delikatna, o jasnej, nieco bladej cerze, z blond włosami mającymi lekko popielaty odcień i o błękitnych oczach. Można by powiedzieć, że to kwiat rozwinięty gdzieś przy słońcu północy, przeniesiony chwilowo pod gorące włoskie niebo.

Piękność tej młodej kobiety była wprost zdumiewająca i ci z mieszkańców Zatybrza, którzy dostrzegli ją poza uniesionymi żaluzjami w zmierzchu wieczora lub przy porannych brzaskach dnia, stawali oniemieli z zachwytu.

Na widok wchodzącego Francuza młoda kobieta zerwała się z okrzykiem radości.

- Ach! - zawołała. - Jakże czekałam na ciebie, Armandzie! Wydaje mi się, że spóźniłeś się dziś bardziej niż zwykle.

- Wyszedłem z mojej pracowni o tej samej godzinie - odpowiedział - i byłbym wcześniej przyszedł do ciebie, kochana Marthe, gdybym nie musiał przyjąć kardynała Stenio Landy'ego, który chciał nabyć posąg. Kardynał pozostał u mnie przez kilka godzin, ale jest to prawdziwy znawca sztuki rzeźbiarskiej. - Lecz - dodał - wydajesz mi się, Marthe, bardziej blada i smutna, jak gdyby zatrwożona...

Lekko zadrżała i zapytała:

- Tak sądzisz?

- Tak - odrzekł, siadając obok niej i ujmując obie jej dłonie, ściskał je z uczuciem miłości i szacunku. - Ogarnia cię jakiś nieznany mi strach, moja biedna Marthe. Bałaś się... Coś ci się przydarzyło... Powiedz mi, proszę, odpowiedz na pytanie!

- No cóż, masz rację, Armandzie! - odrzekła z wysiłkiem. - Boję się... i dlatego z niecierpliwością na ciebie czekałam.

- Czego się obawiasz?

- Posłuchaj! Musimy opuścić Rzym... to konieczne! - zawołała żywo. - Na próżno starałeś się mnie ukryć na tym odludnym przedmieściu wielkiego miasta, gdzie żaden z cudzoziemców nie ośmieli się ukazać... Na próżno sądziłeś, że tu uniknę prześladowań mego złego ducha, który ściga mnie tak tu, jak we Florencji, jak i gdzie indziej. Trzeba wyjechać!

Kiedy tak mówiła, śmiertelna bladość pokryła twarz młodej kobiety.

- Gdzie jest Fornarina? - zapytał żywo rzeźbiarz.

- Właśnie posłałam ją, by cię odszukała. Ona poszła główną ulicą, ty zaułkiem i dlatego się minęliście.

- Umieściłem ją przy tobie z zaleceniem, aby na chwilę cię nie odstępowała, kochany aniele - odrzekł artysta. - Kto wie, czy ta kobieta...

- Och, Armandzie, nie oceniaj jej tak źle! Fornarina raczej by umarła, niż miałaby mnie zdradzić!

Armand zerwał się na nogi i zaczął spacerować w tę i z powrotem nierównym i gwałtownym krokiem, w którym objawiało się jego wzburzenie.

- Ależ powiedz wreszcie, co ci się przydarzyło...? - wykrzyknął. - Co zobaczyłaś, moja kochana, że chcesz zaraz wyjechać?

- Widziałam go!

- Kogo?

- Jego...!

Marthe podeszła do okna i przez uniesione żaluzje wskazała rękę pewne miejsce na ulicy.

- Tam! - rzekła. - Wczoraj wieczorem, o dziesiątej, zaraz po twoim odejściu... Stał, skulony przy narożniku tej bramy, a jego ogniste spojrzenie zwrócone było na moje mieszkanie. Można by powiedzieć, że on mnie widzi, choć tu było zupełnie ciemno, podczas gdy on sam był widoczny przy świetle księżyca. Cofnęłam się, przerażona... i sądzę, że wydałam okrzyk, po czym zdusiłam go w sobie... Ech! Tak wiele wycierpiałam...

Armand podszedł do Marthe, usadził ją na otomanie, ujął obie jej ręce w swoje dłonie i klęknął przed nią.

- Marthe, zechcesz mnie wysłuchać? - powiedział. - Zechcesz mi zaufać jak ojcu, jak staremu i wypróbowanemu przyjacielowi, jak samemu Bogu?

- Och, tak! - odparła. - Mów, opiekuj się mną, broń mnie... bo ja nikogo prócz ciebie nie mam już na tym świecie...

- Spotkałem cię - mówił dalej artysta - przed sześcioma miesiącami klęczącą i płaczącą o północy na zewnętrznych schodach kościoła, tak zrozpaczoną i tak piękną w tym momencie, iż wydawało mi się, że ujrzałem niebiańskiego anioła bolejącego nad utratą ziemskiej duszy, powierzonej jego opiece, którą porwało mu piekło. Płakałaś wtedy, Marthe, płakałaś rzewnie i prosiłaś Boga o zesłanie ci śmierci, która pozwoliłaby ci wrócić do niego. Zbliżyłem się, a ująwszy twą rękę, wyszeptałem ci do ucha kilka słów nadziei. Nie wiem, czy mój głos wydawał ci się przekonujący i czy trafił do twej duszy, ale nagle podniosłaś się i wsparłaś się na moim ramieniu jak na ramieniu opiekuna. Chciałaś umrzeć, a ja cię uratowałem, mówiłaś o utracie nadziei, a ja dałem ci taką nadzieję. Twoje serce było obtłuczone, a ja spróbowałem je uzdrowić. Od tamtego dnia, kochana, jestem najszczęśliwszym z ludzi, a może ty mniej cierpiałaś, prawda?

- Tak, Armandzie, jesteś szlachetny oraz dobry - szepnęła młoda kobieta - i ja cię kocham!

- Niestety! - odrzekł Francuz. - Jestem biednym artystą bez nazwiska i może bez ojczyzny, ponieważ kiedy miałem pięć lat, znaleziono mnie na pełnym morzu, uczepionego kawałka deski z rozbitego statku. Mimo tak młodego wieku, dzielnie walczyłem ze śmiercią. Nie posiadam innego bogactwa jak tylko moje dłuto i innej przyszłości niż zdobycie odrobiny sławy, jednak od kiedy cię zobaczyłem, to pragnę, byś została moją żoną, może już w najbliższym czasie, i dobrze będę wiedział, jak cię bronić i sprawić, by wszyscy na ziemi cię respektowali. Aby cię skutecznie bronić - ciągnął młodzieniec po dłuższej chwili milczenia, kiedy to Marthe spuściła wzrok - czyż nie muszę jednak poznać twej tajemnicy? Czy teraz powiesz mi jeszcze, jak w Wiedniu i we Florencji: "Jedźmy! Jedźmy... ale już mnie nie wypytuj..."? Kim jest zatem ten straszliwy i przeklęty człowiek, który nieustannie cię ściga? Czy uważasz, że nie jestem dość silny, dość odważny, by cię bronić?

Marthe była blada, drżała na całym ciele, wzrok wbiła w podłogę.

- Niechże się dowiem - kontynuował Armand smutnym, a zarazem łagodnym i pełnym pieszczoty głosem - niech poznam, ukochana, twoją przeszłość, której wspomnienie tak cię zadręcza. Czy sądzisz, że potem moja miłość do ciebie mogłaby ustać...?

Młoda kobieta dumnie podniosła głowę.

- Och! - rzekła. - Dopóki miłość nie będzie uważana za zbrodnię, dopóty za moją przeszłość nie będę zmuszona się rumienić. Pokochałam gorąco, świątobliwie, z całą łatwowiernością moich osiemnastu lat, człowieka o czartowskim uśmiechu, o haniebnym sercu, o nikczemnej i podłej duszy, którego uważałam za uczciwego i dobrego. Ten człowiek mnie uwiódł, wyrwał z ojcowskiego domu, a potem stał się dla mnie katem. Bóg mi jednak świadkiem, że w dniu, w którym się na nim poznałam, uciekłam od niego.

Armand ponownie ukląkł przed dziewczyną.

- Opowiedz mi wszystko... - szepnął. - Opowiedz mi, a ja cię obronię i zabiję tego nędznika!

- Dobrze, zatem posłuchaj - odparła i ze spojrzeniem pełnym zaufania, napełnionym miłością i dumną odwagą, jakim ogarnęła francuskiego artystę, zaczęła mówić:

- Urodziłam się w Blois30, w tym dobrym i starym mieście z porosłymi mchem wieżami zamku i pagórkami porośniętymi winoroślą. Ojciec mój był poważanym kupcem, matka pochodziła z drobnej prowincjonalnej szlachty.

Straciłam matkę w dziesiątym roku życia i aż do siedemnastego roku życia byłam zamknięta w klasztorze w Tours31. Właśnie po opuszczeniu klasztoru spotkałam mego uwodziciela. Ojciec porzucił handel i posiadał małą, ale uczciwie zdobytą fortunę, więc kupił małą posiadłość ziemską położoną sześć lig od Blois, w górze Loary, w stronę Orleanu, gdzie przywiózł mnie po moim przybyciu z Tours.

O godzinę drogi od Marni?re, gdyż tak nazywała się nasza posiadłość, znajdował się zamek Haut-Coin32. Ów piękny majątek był własnością generała dywizji, hrabiego Felipone, włoskiego oficera, naturalizowanego we Francji.

Hrabia spędzał lato w Haut-Coin wraz ze swoją żoną i synem, wicehrabią Andreą. Hrabia był człowiekiem nieprzystępnym, gwałtownym, opryskliwym, który musiał dręczyć swą żonę i być jej katem, ponieważ biedna hrabina była blada, chorowita i pochylona jak osiemdziesięcioletnia staruszka, chociaż miała zaledwie pięćdziesiąt lat.

Po naszym przybyciu do Marni?re pewne kłopoty z leśnymi granicami zmusiły mojego ojca do nawiązania znajomości z hrabią. Zostałam przedstawiona na zamku.

Młodego hrabiego Andrei nie było w posiadłości. Miał powrócić z Paryża dopiero pod koniec miesiąca.

Hrabina mnie polubiła, a wkrótce mnie pokochała, gdyż stałam się dla niej towarzyszką w jej osamotnieniu. Tę nieszczęśliwą kobietę dręczyła jakaś ponura tajemnica, której sekret bez wątpienia był znany tylko jej i hrabiemu. Obaj małżonkowie nigdy nie pozostawali ze sobą sam na sam, nawet na krótką chwilę. Wobec obcych osób wymieniali kilka czułych słówek, ale gdy zostawali sami, nigdy ze sobą nie rozmawiali.

Pod koniec miesiąca, kiedy przybył wicehrabia, byłam już stałą bywalczynią na zamku Haut-Coin. Był to piękny mężczyzna, o gorącym i zarazem kpiącym spojrzeniu rasy południowców, temperowanym przez zachowawczy sposób bycia ludzi z północy. Na jego wargach błąkał się bezustannie jakiś drwiący uśmiech i już w ciągu pierwszych dni dostrzegłam, że swej matce okazywał jedynie chłodne przywiązanie.

Począwszy od dnia jego powrotu, hrabina, już tak blada i cierpiąca, stawała się coraz słabsza i pewnego dnia, z niezwykłą serdecznością ściskając moją rękę, powiedziała do mnie:

- Sądzę, że już odchodzę...

Rzeczywiście, kilka dni później wśród nocy do Marni?re przybył posłaniec z Haut-Coin i chciał się ze mną zobaczyć. "Hrabina jest umierająca i pragnie panią widzieć" - powiedział. Wyruszyliśmy w drogę razem ze służącym i w towarzystwie mego ojca. Do zamku dotarliśmy przy pierwszych brzaskach dnia. Było to jesienią. Szare pochmurne niebo i zimne powietrze sprawiały, że można było powiedzieć, iż był to dzień konania.

Zastaliśmy panią Felipone leżącą w łóżku z oczami błyszczącymi od gorączki i pobladłymi wargami. U wezgłowia ksiądz odmawiał modlitwy za konających, a słudzy, klęcząc, płakali.

Daremnie jednak szukaliśmy wzrokiem hrabiego i jego syna.

"Od dwóch dni przebywają na polowaniu - szepnęła umierająca. - Już ich nie zobaczę...". Faktycznie, hrabia i jego syn już od dwóch dni przebywali u swych krewnych w pobliżu Orleanu, o dziesięć lig od Blois. Smutno było patrzeć, że ta kobieta, mająca syna i małżonka, będzie musiała zgasnąć pośród obcych i że ręka dziecka nie zamknie jej powiek...

Skonała o dziesiątej rano, a jej ostanie słowa brzmiały: "Andreo, niewdzięczny synu!". Usłyszałam też, jak jeden ze starych służących cichutko szepcze: "To pan wicehrabia zabił swoją matkę".

No więc, czy uwierzysz, mój przyjacielu, że wtedy już kochałam tego człowieka, a on sam ośmielił się wyznać namiętność, którą w nim wywołałam...? Jak on to zrobił, jakim piekielnie uwodzicielskim czarem mnie otoczył podczas tych trzech miesięcy, jakie upłynęły po śmierci jego matki? Nie jestem w stanie tego powiedzieć... ale zjawił się pewnego razu, kiedy wierzyłam mu tak, jak aniołowie wierzą Bogu, i w ciągu jednej godziny uzyskał nade mną dziwaczną i czarującą moc, kiedy do mnie mówił:

"Marthe, przysięgam ci, że zostaniesz moją żoną, ale ponieważ mój ojciec nigdy nie zgodzi się na nasz związek, gdyż ja jestem bogaty, a ty biedna, to czy zechcesz ze mną uciec? Wyjedziemy do Italii, tam się pobierzemy, a czas - miejmy taką nadzieję - ułagodzi mego ojca.

- A mój ojciec? - spytałam przerażona.

- Przyjedzie do nas - odrzekł.

- Ale dlaczego już nie teraz wszystko mu wyznać?".

To pytanie wprawiło go w kłopot, ale po chwili odrzekł:

"Twój ojciec jest skrupulatny jak jakiś średniowieczny rycerz. Jeśli weźmiemy go na wspólnika, to nigdy nie będzie chciał oszukać mego ojca. Pojedzie do niego i w ten sposób na zawsze zniweczyłby nasze szczęście".

Uwierzyłam temu człowiekowi, ustąpiłam i pojechałam z nim.

Było to podczas ciemnej zimowej nocy, mój przyjacielu, gdy uległszy prośbom tego szatana, opuściłam potajemnie ojcowski dom. Powóz pocztowy oczekiwał na nas pół ligi od Marni?re. Andrea wniósł mnie do niego wpół nieprzytomną z trwogi i wzruszenia.

W moim pokoiku pozostawiłam list na stole, długi list, w którym prosiłam ojca o przebaczenie, powiadamiając go o mojej ucieczce.

Tydzień później wjechaliśmy na teren Włoch i przybyliśmy do Mediolanu. Tam Andrea wynajął dom i przedstawiał mnie znajomym jako swą żonę, mediolańską szlachciankę. Przyjmowaliśmy wielu gości, prowadząc otwarty dom, po pańsku urządzony.

Błagałam go wiele razy, aby napisał do mego ojca i sprowadził go do nas.

"Otrzymałem wiadomości od twego i mego ojca - powiedział wreszcie któregoś dnia. - Ciągle są wściekli, ale czas wszystko załagodzi. Czekajmy".

Od tej pory jednak zaczął unikać wszelkich rozmów dotyczących naszego przyszłego małżeństwa.

Upłynęły dwa miesiące, w ciągu których kilkakrotnie pisałam do mego ojca, ale nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. Dowiedziałam się później, że Andrea przejmował moje listy od służącego, który był zobowiązany zanosić je na pocztę.

Tymczasem Andrea prowadził w Mediolanie wesołe życie. Miał swoje konie, służbę, przyjmował wesołych gości i pozornie mogłoby się wydawać, że byłam| najszczęśliwszą z kobiet. Pewnego dnia jednak, gdy przypomniałam mu o jego obietnicy, odpowiedział zniecierpliwiony:

"Poczekaj, moja droga. Mój ojciec jest stary i wkrótce umrze... Wtedy cię poślubię".

Kiedy tak stałam, porażona taką odpowiedzią, on wyciągnął z kieszeni list i mi go podał. Był to list od jego ojca, który zaczęłam czytać, coraz bardziej blednąc.

 

Mój najdroższy synu - pisał hrabia - nie widzę nic niewłaściwego w tym, że uwodzisz młode dziewczyny z naszej okolicy i zabierasz je do Italii, ale pragnę wierzyć, że nie odważysz się ich poślubić, tym bardziej, że mam dla ciebie zaplanowane bardzo świetne małżeństwo.

 

List wypadł mi z rąk. Z osłupieniem popatrzyłam na Andreę.

"I cóż? - zapytałam. - Cóż zamierzasz teraz zrobić, mój panie?

- Co? - odparł. - Należy czekać.

- Czekać...? Na co?

- Na śmierć mojego ojca - odrzekł zimno. - Dobrze go znam. Jest zdolny mnie wydziedziczyć".

I, odwróciwszy się na pięcie, opuścił mnie, nucąc jakąś arietkę33.

- Ach, mój drogi! - szepnęła Marthe przygnębionym głosem. - Od tego dnia zaczęłam odkrywać nikczemną naturę tego człowieka. Nigdy nie zamierzał zrobić ze mnie kogoś więcej, jak tylko swoją kochankę. Przez cały tydzień żyłam, ogarnięta jakąś niesamowitą gorączką, przeplataną majaczeniami... wzywałam mego ojca i błagałam Boga o przebaczenie... Na kolanach błagałam Andreę, by dla przywrócenia mi honoru poprowadził mnie do stóp ołtarza...

Odpowiedział mi komunałami i wymijającymi zdaniami.

Kiedy już doszłam do siebie, poszłam rzucić się na kolana przed księdzem, przyznałam się do błędu i poprosiłam go o radę.

Ksiądz mi powiedział:

"Jedź, moje dziecko, i wracaj do ojca, a Bóg, który jest wielki i miłosierny, przebaczy ci i może poruszy serce tego człowieka, który odmawia naprawienia krzywdy, jaką ci wyrządził".

Mój ojciec! Przypomniałam sobie wtedy, jak niegdyś był pobłażliwy i dobry dla swego dziecka, i przyjęłam radę sługi bożego jako nakaz płynący z góry. Usłuchałam jego polecenia...

Następnego dnia rano oznajmiłam Andrei o moim odjeździe.

"Gdzie chcesz jechać? - zapytał mnie obojętnym głosem.

- Wracam do Francji, do mojego ojca - odparłam mu dumnie. - Jadę połączyć się z ojcem...

- Wracasz do ojca? - powtórzył lekko drżącym głosem.

- Tak - odparłam - i może mi przebaczy".

Ze smutkiem pokiwał głową.

"Moja biedna Marthe - powiedział - zbyt długo ukrywałem przed tobą prawdę... Nie śmiałem ranić ci serca... ale... ale, niestety! Skoro stanowczo chcesz mnie opuścić, jestem zmuszony wszystko ci wyznać!

- Mój Boże! - wykrzyknęłam przerażona. - Co chcesz mi powiedzieć?

Zamiast odpowiedzieć podał mi list z czarną pieczęcią, datowany miesiąc wcześniej...

- Mój ojciec umarł...! Umarł z boleści... I ja go zabiłam!".

- Biedne Marthe! - rzekł artysta, ujmując w swoje ręce dłoń młodej kobiety, która wspomniawszy o ojcu, zalała się rzewnymi łzami.

Dziewczyna obtarła łzy i mówiła dalej.

- Mój ojciec już nie żył. Kochałam Andreę, bo na tym świecie nie było już nikogo, kogo mogłabym kochać. Andrea podwoił swą tkliwość, pieszczoty oraz opiekę, a ja nie miałam odwagi go opuścić.

Podczas pierwszych miesięcy mej żałoby był dla mnie dobry i pełen czułości. Uroczyście przysięgał mi, że nie będzie miał innej kobiety oprócz mnie, a ja uwierzyłam w te zapewnienia.

Wkrótce jednak jego porywczy i nikczemny charakter znowu wziął górę. Znowu stałam się jego kochanką, a nie żoną. Ponownie otworzył nasz dom dla swoich kompanów rozpusty i orgii. Wtedy zrozumiałam, że byłam dla niego tylko zwykłą zabawką.

Może jeszcze mnie kochał, ale tak, jak się kocha psa, konia, słowem jakąś rzecz, którą się posiada i która jest naszą własnością.

Względy, jakimi mnie z początku otaczał, znikały jedne po drugich; zaczął mnie szorstko traktować... a ja ciągle go kochałam...

Posunął swoją bezczelność do tego stopnia, że sprowadził do domu jakąś kwiaciarkę, którą spotkał pod portykiem34 teatru La Scala35.

Wówczas postanowiłam nieodwołalnie uciec od tego człowieka, który stał się dla mnie wstrętny... Uciec... lecz gdzie? Dokąd pójść...?! Ponadto panował nade mną dziwną i ohydną siłą pana nad niewolnikiem, coś jak zapatrzenie się gada na ptaka. Ten jego przemożny wpływ doprowadzał mnie do strachu, bo już wcale nie starał się ukrywać swego zepsutego charakteru i swoich okrutnych instynktów.

 

VII

Pewnego wieczora Andrea wszczął w teatrze kłótnię z młodym austriackim oficerem i następnego dnia pojedynkował się z nim.

Jako broń wybrano pistolety.

Według warunków walki obaj przeciwnicy mieli posuwać się ku sobie i strzelać w chwili, którą uznaliby za najdogodniejszą dla siebie.

Oficer pierwszy dał ognia, lecz chybił. Andrea szedł dalej, zbliżając się do niego.

- Strzelajże! - krzyczeli do niego świadkowie.

- Nie jeszcze! - odrzekł i szedł dalej, aż przyłożył swemu przeciwnikowi lufę do piersi.

Oficer czekał ze stoickim spokojem, ze skrzyżowanymi ramionami i uśmiechem na ustach.

Każdego ze szlachetnych ludzi wzruszyłaby taka odwaga, ale ten nikczemnik nie znał litości.

"Doprawdy - rzekł z okrutnym uśmiechem - jesteś pan zaledwie w moim wieku i to będzie wielkie zmartwienie dla pańskiej matki, kiedy dowie się o twojej śmierci".

Potem wystrzelił i zabił oficera, który padł na ziemię, nie wydawszy nawet okrzyku.

- Nędznik! - szepnął Armand z odrazą.

- Och! To jeszcze nie wszystko, mój drogi - kontynuowała Marthe. - Posłuchaj... Ten człowiek jest mordercą...! Mordercą i złodziejem...!

Na chwilę przerwała swą wypowiedź, a czoło jej okryło się rumieńcem wstydu. Poślubienie takiego człowieka byłoby dla niej najgorszym poniżeniem.

- Andrea - mówiła dalej - był człowiekiem lubiącym grać, namiętnym graczem. Dom nasz zmienił się w ohydną szulernię, gdzie każdej nocy rujnował się jakiś syn z bogatych mediolańskich rodzin.

Andrea miał niesłychane szczęście i od kilku miesięcy wygrywał ogromne sumy pieniędzy, aż wreszcie nastąpił nagły zwrot fortuny. W końcu nadeszła długa seria przegranych, którą gracze nazywają "brakiem szczęścia", nieubłagana, jak nieubłagany jest los.

Pewnej nocy przegrał ogromną sumę, jakieś kilkaset tysięcy franków. Wszyscy goście wówczas już się rozjechali, z wyjątkiem barona Spolettiego. Grali obaj od północy do prawie piątej nad ranem. To właśnie baron wygrał wszystko to, co Andrea stracił.

Zaciekła gra miała miejsce w pawilonie znajdującym się na końcu ogrodu, w tej właśnie części posiadłości, gdzie zatrzymywały mnie obowiązki gospodyni domu, byłam więc mimowolnym świadkiem tej przejmującej i straszliwie haniebnej sceny.

Andrea siedział blady, wargi mu drżały, a krople zimnego potu spływały po czole, podczas gdy ostatnie jego pieniądze gromadziły się na stole przed baronem. Spoletti grał zimno i spokojnie jak człowiek, który wierzy w swój fart.

Tuż przed nim leżał pugilares36 barona, wypchany banknotami. Z grubości jego można było wnosić, jak wielką zawiera w sobie sumę pieniędzy. Na każdą proponowaną stawkę przez swego partnera baron się zgadzał.

Andrea wydobył z kieszeni ostatni banknot tysiącfrankowy i również go przegrał.

"Baronie - rzekł wtedy zduszonym głosem - nie mam już tutaj więcej pieniędzy, ale mój ojciec posiada majątek przynoszący trzysta tysięcy liwrów dochodu37. Na słowo oferuję stawkę stu tysięcy ecu38".

Baron namyślał się dłuższą chwilę, a potem odparł niedbałym tonem:

"Zgadzam się na pańskie sto tysięcy talarów. Zgarnia je ten, kto zdobędzie pięć punktów w ecarte39".

Andrea był blady, rozgorączkowany, a oczy błyszczały mu nadzieją.

"Dobrze!" - powiedział, tasując karty drżącymi rękoma.

Było to coś strasznego patrzeć na tę rozgrywkę. Przegrana stanowiła dla Andrei ruinę. Hrabia, jego ojciec, był skąpy i nie spłaciłby długu, a raczej wolałby patrzeć na niesławę syna.

Dla barona przegrana oznaczała, że straci wszystko to, co zyskał, ale był odważny, gdyż zawsze wierzył w swój fart, więc pozostawał spokojny i zimny, przynajmniej pozornie.

W dwóch rozdaniach Andrea zdobył cztery punkty i odetchnął swobodniej, lecz w następnym, a potem jeszcze w jednym przegrał, a baron zapisał na swoim koncie także cztery punkty.

Andrea posiniał z wściekłości. Kolej rozdawania kart przypadła na barona, karta wyraźnie mu szła.

Obaj gracze przez chwilę spoglądali na siebie, obaj bardzo rozemocjonowani, jak dwaj czempioni gotowi się nawzajem pozabijać.

"Zawieszam grę..." - powiedział Andrea.

Baron wahał się chwilę.

"Nie, bo i dlaczego?" - rzekł w końcu.

Następnie rozdał i odwrócił swoją kartę.

"Król! - rzekł. - Wicehrabio, wygrałem. Jesteś mi winny sto tysięcy ecu.

- Podwajam stawkę!" - wyszeptał Andrea zduszonym głosem.

Baron podniósł się z krzesła, zimny i spokojny.

"Mój drogi - rzekł - mam zasadę, której jestem niewolnikiem: nigdy nie gram dwóch partii na słowo. Zresztą już dnieje, a ja upadam ze znużenia. Żegnam!".

Andrea siedział na krześle nieruchomy, jakby porażony. Patrzył bezrozumnym wzrokiem na barona chowającego złoto i banknoty do kieszeni i uprzejmie żegnającego mnie wraz z przeprosinami, że był przyczyną tego, iż tak długo musiałam czuwać.

Następnie, czy machinalnie posłuchał dobrych manier, czy też przez jego mózg jak błyskawica przemknęła jakaś piekielna myśl, Andrea wstał z krzesła, by odprowadzić barona przez ogród wysadzony wielkimi drzewami.

Służba już dawno spała. Byliśmy zupełnie sami w pawilonie, ogród był pusty.

Być może ja także byłam przytłoczona ogromną stratą, jaką poniósł Andrea, i niema z osłupienia, kiedy zobaczyłam, jak wychodzi z pawilonu i oddala się, trzymając barona za rękę.

Pięć minut później dosłyszałam krzyk... tylko jeden, który wydawał mi się krzykiem agonii... Potem nastała ponura, absolutna cisza. Jeszcze później, ale po niedługiej chwili zobaczyłam Andreę z gołą głową, błędnym wzrokiem, ubraniem w nieładzie i zbroczoną krwią białą kamizelką.

Nędznik w jednej ręce trzymał sztylet, w drugiej pugilares barona, którego zamordował bronią, jaką zawsze nosił przy sobie od czasu, kiedy przyjechał do Italii.

Teraz z kolei ja krzyknęłam. Był to okrzyk wyrażający strach i największy wstręt. Uciekłam, wzburzona, a on ani myślał mnie zatrzymywać. Biegnąc przez ogród, potknęłam się trupa barona, a to zetknięcie dodało mi sił do jeszcze szybszej ucieczki. Jak zdołałam wydostać się z posiadłości? Jak po szalonym biegu przez miasto, jeszcze wówczas opustoszałe, upadłam umierająca na stopnie schodów przy tym kościele, gdzie ty mnie znalazłeś? Niestety, tego nie wiem!

- Ach! - wyszeptał rzeźbiarz Armand - teraz rozumiem twą rozpacz, mój biedny, uwielbiany aniele... Rozumiem, dlaczego ciągle uciekasz przed tym człowiekiem!

- Jeszcze nie wiesz wszystkiego - szepnęła Marthe. - Ten człowiek odkrył nasze miejsce pobytu we Florencji i przesłał mi list o takiej treści: "Natychmiast wracaj, inaczej twój nowy kochanek zostanie zabity!". Pojmujesz teraz, dlaczego zmusiłam cię do opuszczenia Florencji? Przecież ten człowiek zamordowałby cię... Dlatego też musimy opuścić Rzym, bo znowu odkrył, gdzie mieszkamy!

Powiedziawszy to, rzuciła się w ramiona młodego artysty, a oplatając go z czułością swoimi, mówiła przerażonym głosem:

- Uciekajmy! Uciekajmy, mój kochany... Uciekajmy przed mordercą...!

- Nie! - odrzekł gwałtownie Armand. - Wcale nie wyjedziemy, moja droga, a jeżeli on ośmieli się tu wejść, zabiję go na miejscu!

Marthe zadrżała jak pożółkły liść, którym miotają jesienne wiatry.

Armand wyciągnął z kieszeni zegarek.

- Pójdę teraz do mojej pracowni - powiedział. - Powrócę za godzinę i będę nocował tutaj, na progu twego pokoju. Idę po broń. Moja ukochana Marthe, biada temu zdradzieckiemu Andrei, jeśli się ośmieli przestąpić próg twego domu!

Rzeźbiarz wyszedł i szybkim krokiem udał się w kierunku Tybru.

Opuściwszy mały domek na Trastevere, artysta spotkał Fornarinę.

Fornarina była starą służącą, którą umieścił przy Marthe, by się nią opiekowała i czuwała nad nią.

- Widziałem się z twoją panią i ona czeka na ciebie - rzekł. - Zamknij porządnie drzwi na klucz i ktokolwiek by się nie pojawił, nie waż się mu otwierać.

- Dobrze, Wasza Dostojność - odpowiedziała staruszka, kłaniając się z tą giętkością krzyży właściwą włoskiemu ludowi.

Zaledwie jednak Fornarina doszła do domku obrośniętego winoroślą, usłyszała krótkie, tajemnicze gwizdnięcie i zamiast zamknąć za sobą wejściowe drzwi, pozostawiła je na wpół otwarte.

Zbliżała się noc i ulica była zupełnie pusta. Jednocześnie z gwizdnięciem jakiś cień męskiej postaci zarysował się na rogu uliczki, naprzeciw Tybru, po czym ten cień dyskretnym krokiem ruszył w stronę domku, a zatrzymawszy się przed uchylonymi drzwiami, zawołał cicho:

- Fornarina...!

- Jestem, Wasza Dostojność - odpowiedziała Włoszka. - Czy to na pewno wy, panie?

- Tak, to ja.

- Pan Armand wyszedł, lecz wkrótce powróci.

- Dobrze, wystarczy nam czasu... Powóz jest bardzo blisko stąd - mruknął cień sam do siebie.

Następnie nieznajomy wsunął sakiewkę w rękę Fornariny i powiedział:

- Bierz... i odejdź.

- Niech Bóg chroni Waszą Dostojność! - mruknęła staruszka, ważąc w swej zakrzywionej ręce złoto otrzymane za swą zdradę.

Podczas gdy ona oddalała się od domku, nieznajomy wspiął się na schody i trzy razy zapukał w drzwi buduaru Marthe.

Na ten odgłos Marthe zadrżała i poczuła, jak w jej żyłach ścina się krew. To nie mógł być Armand, bowiem jego pracownia znajdowała się zbyt daleko od Trastevere. Nie mogła to również być Fornarina, bowiem ona wchodziła bez pukania.

Kiedy tak wahała się z odpowiedzią, drzwi otworzyły się i na progu ukazał się jakiś człowiek. Marthe krzyknęła i cofnęła się, jakby przed sobą zobaczyła jakiegoś demona.

- To ja! - powiedział mężczyzna, zrzucając płaszcz i podchodząc do niej.

- Andrea...! - wybełkotała zgaszonym głosem.

- Do licha! Tak, Andrea! Czyżbyś przypadkiem była zdziwiona?

Dziewczyna wciąż się cofała, nic nie odpowiadając.

- Moje drogie dziecko - rzekł zimnym głosem wicehrabia Andrea - porzuciłaś mnie z powodu jakiegoś głupstwa, miałaś skrupuły, fuj! Ale na pewno dobrze pomyślałaś, że nie pozwolę ci bezkarnie uciec.

- Panie...

- Pięknie! Czyżbyś przypuszczała, że wicehrabia Andrea jest człowiekiem, który pozwoli sobie wydrzeć kochankę jakiemuś tam rzeźbiarzowi, jakiemuś zmanierowanemu artyście bez majątku i bez nazwiska?

Kpiącym słowom wicehrabiego towarzyszył szyderczy uśmiech.

Marthe, umierająca ze wzburzenia i trwogi, osunęła się na otomanę.

Wicehrabia Andrea Felipone był dwudziestopięcioletnim mężczyzną, cechującym się osobliwą, prawie niezwykłą urodą. Średniego wzrostu, raczej mizernej budowy ciała, posiadał muskuły ze stali oraz niesamowitą zwinność i siłę. Przy jasnych włosach, jak jakaś Angielka czy Szwedka, miał czarne oczy, a ich spojrzenie było zarazem żarliwe i kpiące. Jego rysy twarzy o doskonałej regularności miałyby wielki czar uwodzenia, gdyby nie wyraz kpiącego szyderstwa, jaki przebiegał po jego wargach i skupiał się w kącikach ust.

Kiedyś w Paryżu księżna L... powiedziała o nim:

- On posiada urodę upadłego anioła.

Marthe wpatrywała się z przerażeniem zbiegłego niewolnika, który ponownie dostał się pod władzę swego pana. Nie kochała już Andrei, wręcz nim gardziła, ale on nadal miał nad nią jakąś dziwną, fascynującą władzę.

- Idziemy, drogi aniołku - powiedział z obłudną słodyczą. - Przecież wiesz, że ciągle cię kocham...

Podszedł do niej i ujął ją za rękę.

- Nie, nie! - krzyknęła Marthe. - Natychmiast stąd wyjdź!

- Tylko o tym marzę - odparł spokojnie Andrea - ale myślę, że ty mi będziesz towarzyszyć.

I po wargach wicehrabiego przemknął piekielny uśmiech. Następnie dodał:

- Przecież przybyłem tu po to, by cię zabrać. Patrz, tam na końcu ulicy czeka na nas powóz. Po drugiej stronie Tybru wsiądziemy do dyliżansu pocztowego, którym dojedziemy do Neapolu. Na Ischii40, moja kochana duszyczko, wynająłem dla ciebie pałac.

- Nigdy... nigdy! - bełkotała przerażona Marthe. - Nienawidzę cię!

- To całkiem możliwe, lecz ja za to cię kocham - odrzekł Andrea, którego nozdrza rozciągnęły się jak u tygrysa przed atakiem. - Zawsze cię kochałem i jeszcze cię kocham. Tym mnie nienawidzisz i mną pogardzasz... To jeden powód więcej, abym cię stąd zabrał. Chodź, piękna dziewczyno, zarzuć na swoje ramiona mantylę41 i chodź za mną... Czas nas goni.

To powiedziawszy, ujął młodą kobietę w swe silne ramiona i mocno ją nimi oplótł.

- Na pomoc! Do mnie! Armandzie! Fornarino! - wołała zrozpaczona Marthe, usiłując się uwolnić z mocnego uścisku młodzieńca.

Nikt jej nie odpowiedział, ale na ulicy dały się słyszeć szybkie kroki, a z tą cudowną subtelnością słuchu, jaką posiadają osoby, których system nerwowy zostaje nadmiernie podrażniony, Marthe poznała, że to artysta się zbliża.

Armand wcale nie doszedł do swej pracowni. Ogarnięty jakimś dziwnym przeczuciem, zaczął biec z powrotem, a napotkawszy mieszkańca Zatybrza, który siedząc na balustradzie mostu, palił fajkę, za jednego pistola kupił od niego porządny sztylet, w jaki każdy Włoch starej daty zawsze jest wyposażony.

- Armandzie! Armandzie! Na pomoc! - krzyczała Marthe przenikliwym głosem, jaki wydają z siebie kobiety w chwili niebezpieczeństwa.

- Armand cię nie dostanie! - szeptał Andrea i zarzuciwszy ją na ramiona, tak jak dzikie zwierzę robi ze swym łupem, wyniósł ją z buduaru i zaczął zstępować ze schodów.

Marthe szamotała się i głośno krzyczała. Armand ją usłyszał.

W chwili, gdy złoczyńca dochodził do drzwi wejściowych małego domku, rzeźbiarz stanął w ich progu.

- Przejście! - krzyknął Andrea.

- Cofnij się, bandyto! - odparł Armand, który stanął w drzwiach i wyciągnął sztylet.

 

- Ha, ha! - zaśmiał się szyderczo wicehrabia. - Chcesz więc walki na noże?

Cofnął się o kilka kroków i rzucił Marthe na trzcinowy szezlong42, jaki zwykle znajduje się w przedsionkach włoskich domów.

Następnie, podobnie jak zrobił to Armand, wyciągnął z kieszeni sztylet i dwaj rywale mierzyli się wzrokiem w obecności Marthe, na wpół martwej ze strachu.

Przedsionek oświetlony był małą lampą z alabastrowym kloszem, zawieszoną u sufitu, która rzucała dość światła, by obaj młodzieńcy mogli dokładnie ocenić swoje siły.

Spoglądali tak na siebie przez dłuższą chwilę, obaj milczący i nieruchomi, a z tych rzucanych na siebie spojrzeń wystrzeliwała straszliwa, powalająca wręcz nienawiść.

Wzrok tych dwóch ludzi krzyżował się jak dwa ostrza szpady i zanim doszło do pierwszych pchnięć, już stali się dla siebie nieprzejednanymi wrogami.

- Zatem ty jesteś Andrea? - zapytał rzeźbiarz.

- A ty tym, którego zowią Armandem? - drwiącym głosem odparł wicehrabia.

- Nędzniku! - wykrzyknął artysta, obrzucając Andreę płomienistym spojrzeniem. - Wyjdź stąd, łotrze! Wyjdź natychmiast...!

- W takim razie tylko z moją kochanką - szydził wicehrabia. - Domagam się mojej własności, oddaj mi ją i już wychodzę.

- Nikczemniku! - warknął Armand, nacierając z podniesionym sztyletem na Andreę.

Ten jednak tygrysim skokiem odsunął się, sam zamachnął się nożem, jednocześnie mówiąc:

- Jak mi się wydaje, kosztem własnego życia przyjdzie jednemu z nas wygrać Marthe?

- Tak, będzie to gra o śmierć dla ciebie! - odparł Armand i groźny, wściekły, rzucił się na wicehrabiego, który ciągle się cofał, ale tak jak tygrys, który ma za chwilę skoczyć z tym większą siłą.

Faktycznie, cofał się aż do ściany i dopiero w chwili, gdy Armand ze sztyletem w ręku natarł na niego, Andrea jednym ruchem rzucił się na niego i przytrzymał mocno jego lewe ramię, podczas gdy prawą ręką chciał mu zadać śmiertelny cios. Szczęściem koniec sztyletu natrafił na muszlę, która służyła za pochwę noża rzeźbiarza, i cios został sparowany.

Teraz dwaj przeciwnicy, oplótłszy się rękoma w wężowym uścisku, poczęli zadawać sobie wzajemnie straszne ciosy.

Marthe zemdlała i leżała na podłodze, kilka kroków od zawzięcie walczących rywali.

Włochy zawsze były ojczyzną nocnych dramatów i ciosów zadawanych sztyletami. Prawie nie zwraca się tam uwagi ani na zabójstwa, ani na porwania.

Mieszkańcy tej ulicy na pewno słyszeli wściekłe okrzyki dwóch walczących, jednak uważali, że z ostrożności lepiej nie mieszać się do kłótni, więc spokojnie pozostali w swych domach, mówiąc do siebie:

- Podobno piękna Francuzka miała dwóch kochanków. Bije się dwóch kochanków. Pozwólmy im to robić, bo nikogo innego to nie dotyczy.

Zapewne nigdy walka nie była bardziej zawzięta i bardziej okrutna od tej, kiedy bili się ze sobą na sztylety ci dwaj mężczyźni, mieszający swoją krew płynącą z okropnych ran.

Przez kilka minut mocowali się ze sobą na kamiennych płytach przedsionka, ciągnąc się wzajemnie jak dwa gady zwijające swe ohydne pierścienie, aż w skutek wyczerpania sił zatrzymali się, zachwiali i padli razem na posadzkę. Po chwili jeden z nich zdołał uwolnić się ze splotów swego przeciwnika, powstał i zadał ostateczny cios, który trafił rywala w gardło.

Zwyciężony, wydał głuchy jęk, wyrzucając przy tym ustami potok krwi, podczas gdy zwycięzca, wyrzuciwszy z siebie okrzyk triumfu, podbiegł do nieprzytomnej Marthe i pochwyciwszy ją w ramiona, zawołał:

 

- Ona należy do mnie!

Chociaż tracił krew płynącą z kilku ran, to jednak miał dość siły, by wynieść dziewczynę z domu.

Zwycięzcą był wicehrabia Andrea, pokonanym rzeźbiarz Armand, wijący się na ziemi w konwulsjach konania. W tym czasie jego wróg unosił kobietę, którą kochał jak żaden inny człowiek, którą może przed nim nikt tak nie kochał na świecie!

 

VIII

Jest w Paryżu pewna całkiem nowa dzielnica miasta, gdzie przez ostatnie piętnaście czy dwadzieścia lat osiedlały się dwie odrębne i bardzo różniące się od siebie grupy ludności, które jednak często przez przypadek, a może podobieństwo gustów i upodobań połączyły się na tym terenie.

Chcemy powiedzieć o owych licznych uliczkach biegnących ze wszystkich kierunków ku wzgórzu Montmartre, biorących swój początek od ulicy Saint-Lazare, dochodzących aż do murów ronda, znanych pod ogólną nazwą dzielnicy Breda.

Tutaj to błędne owe istoty, jakie nie wiadomo gdzie się rodzą i umierają, błyszczą przez kilka lat jak meteory, aby zagasnąć i zniknąć, owe dziewczęta, zatopione w rozkoszach życia i próżnowaniu, rozpraszające w swych palcach ogromne majątki paniczów, tyją okazale, nie dbając o przyszłość, zadowolone jedynie teraźniejszością.

Cały świat grzesznic w owej dzielnicy Paryża zajmuje parterowe mieszkania i pierwsze piętra domów. Wyższe piętra stały się siedliskiem owej inteligentnej i arystokratycznej w swych gustach ludności, jaką nazywamy "światem artystów". W tej części miasta znajduje się niewiele domów, które by nie posiadały jednej lub dwóch artystycznych pracowni. Wiele z nich daje przytułek dążącym ku sławie muzykom, poetom, pocieszającym się w niepowodzeniu niewdzięcznością wieku stali i pary, oddychającym pełnymi piersiami powietrzem, wpływającym wprost z błękitu nieba oknem piątego lub szóstego piętra.

Tak artyści, jak też i owe grzesznice, żyjący trochę z dnia na dzień, bratersko się tu osiedlili, tworząc od piętnastu laty nowe niewielkie miasto, rodzaj małej kolonii.

Rzeczywiście, w 1843 roku krańce ulicy Blanche i Fontaine-Saint--Georges były zaledwie nieco zabudowane, domy rozrzucone tu i tam bez porządku i ładu wokół muru ronda jak stado rozpierzchniętych owiec na stokach wzgórza.

Pomiędzy ulicą Pigalle i ulicą Fontaine, w miejscu, gdzie przebito następnie ulicę Duperré, wznosiła się wielka kamienica, gdzie cała kolonia artystyczna rozłożyła swoje lary i penaty43.

Otóż w nocy z ostatniego zapustnego wtorku na środę popielcową w 1843 roku, całe czwarte piętro owego domu błyszczało jasnymi światłami, a przez otwarte okna, ponieważ noc była ciepła jak w kwietniu, mimo iż był to zaledwie początek marca, dobiegały wesołe i hałaśliwe dźwięki muzycznych instrumentów wygrywających skoczną polkę.

To jeden z utalentowanych malarzy, który jednocześnie zyskał majątek i sławę, nazywający się Paul Lorat, wydawał jedną z tych zabaw, które są wspaniałe z powodu swej ekscentryczności i którym połączone ze sobą sztuki bardzo dodają prestiżu.

Obszerna pracownia wielkiego artysty została zamieniona na salę balową, a przyległy do niej taras na ogród.

Był to bal przebierańców, a dodatkowo bal maskowy.

Zaproszeni goście pochodzili z różnych sfer towarzyskich. Byli tu artyści, literaci, rujnujący się lekkomyślnie synowie bogatych rodzin, kilku urzędników z ministerstw, z tuzin agentów giełdowych, znani bankierzy, słowem mieszanina różnych sławnych osobistości.

Kobiety przeważnie pochodziły ze świata teatru i z półświatka.

Obowiązkowe były kostiumy ściśle historyczne i każda z zaproszonych osób takowy przywdziała. Damy dworu Ludwika XV tańczyły z paziami Karola V44, a w pierwszym kadrylu45 można było zobaczyć połączone w tej samej figurze królową angielską Elżbietę, markiza de Lauzun, Agn?s Sorel i Ludwika XIII46.

 

IX

Podczas gdy w pracowni tańczono, kilku nielicznych spacerowiczów przechadzało się na tarasie, nie zważając na chłodne powietrze nocy i poczynający kropić przenikliwy i zimny deszcz.

Było to około jedenastej wieczorem. Jeden z tych mężczyzn, wsparty na poręczy balkonu, patrzył z melancholią na swoje buty, podczas gdy wraz z powiewami wiatru dolatywały do niego upajające i zarazem płaczliwe nutki walca.

Człowiek ten, ubrany na czarno, noszący maskę, przedstawiał jednego z panów dworu Marii Stuart47. Był wysokiego wzrostu i wydawał się jeszcze młody. Z głową opartą na ręku, rozmarzony i smutny, jak gdyby o sto mil był oddalony od miejsca zabawy, szeptał z cicha:

- Tak biegnie życie! Ludzie gonią za szczęściem, a niestety chwytają jedynie chwilowe, jednodniowe przyjemności! Tańczcie, szaleńcy... jakimi wy jesteście, tańczcie, młodzi wariaci, którym nieznane cierpienie... Cieszcie się, śpiewajcie... Wcale nie myślicie, że w tejże samej godzinie są tacy, którzy płaczą i są torturowani.

I smutnym wzrokiem marzyciela objął cały horyzont.

Poniżej, u jego stóp, kolos z błota i kamieni, zwany Paryżem, spał swoim gorączkowym i hałaśliwym snem, owinięty w nocne mgły. Bardzo blisko, u podnóża wzgórza, jaśniał aureolą świateł fronton gmachu opery48. Bulwary były oświetlone wieńcami olbrzymich ognisk, wydając się łączyć tę świetną, pozłacaną część miasta od strony ulicy Madeleine w Paryżu z owym ponurym i ciemnym przedmieściem Saint-Antoine, Paryż bogatych z Paryżem ubogich, Paryż pozłacanego próżniactwa z miastem twardej, uciążliwej pracy.

Jeszcze dalej, na horyzoncie, na drugim brzegu Sekwany, na wpół utopiony w gęstych, mokrych oparach, oko marzyciela dostrzegło Panteon49, wznoszący swą ciemną kopułę ku szaremu sklepieniu niebios. Na prawo od tego zabytku rozciągało się surowe przedmieście Saint-Germain, stolica od piętnastu lat pozbawiona korony, dzielnica monarchii bez króla, schronienie pogrążonych w żałobie starych rodów. Na lewo, aż do błotnistych wybrzeży Bi?vre50, leżało nędzne przedmieście Saint-Marceau, zaledwie oświetlone rozrzuconymi gdzieniegdzie latarniami ulicznymi, podobnymi do latarń morskich rozproszonych na burzliwym morzu.

- O, ty, wielkie miasto! - wyszeptał ten mężczyzna, obejmując wzrokiem tę olbrzymią i wzniosłą panoramę królowej świata - nie jesteś ty samo w sobie tajemniczym godłem wszechświata? Tu, zabawa i rozkosz w czuwaniu, tam praca w uśpieniu. U mych stóp wesołe odgłosy balu, na horyzoncie poranna gwiazda ciężkiej pracy. Po prawej piosenki szczęśliwych, uśmiechy miłości, złote sny i miraże bez końca owego upojenia nazywanego nadzieją. Z lewej łzy cierpień i żalu, płacz ojca po stracie syna, dziecka bez matki; narzeczonego, któremu śmierć lub uprowadzenie wydarło jego ukochaną.

Tam turkot karet wiozących dwoje młodych, szczęśliwych i pięknych małżonków, dalej gwizd świstawki tajemniczych opryszków i zgrzyt wytrychu dobieranego do zamka przez nocnego złodzieja. O, wielkie ty miasto! Przechowujesz w sobie więcej cnót i więcej zbrodni niż cała reszta świata!

Siedlisko ponurych i strasznych dramatów! W twych murach popełnia się tysiące owych mrocznych podłości, tych bezimiennych zbrodni, jakich prawo nie jest w stanie ukarać... owych haniebnych umów i układów, jakich ludzka sprawiedliwość nie daje rady dosięgnąć i ukarać!

W twoim oceanie błota, dymu i wrzawy badawcze oko szybko dostrzegłoby tyle cierpień i rozdzierających serce niedoli, jakim publiczne miłosierdzie zapobiec i ulżyć nie może; owych wzniosłych cnót i poświęceń, spełnianych w ukryciu, nieznanych i niewynagradzanych!

- Och, Paryżu! - mówił dalej ów młodzieniec, grożąc swoim wyciągniętym ramieniem kolosalnemu miastu. - Ile wielkich czynów w twych murach mógłby zdziałać człowiek, który uzbrojony wielkim majątkiem jak dźwignią, obdarzony potężną inteligencją i dobrą wolą, stałby się naprawiaczem tych wszystkich krzywd, dobroczyńcą dla znoszących niedolę, wynagradzającym wszystkie pomijane cnotliwe zachowania. Ach, gdybym posiadał złoto, kupy złota, to wierzę, że ja byłbym tym człowiekiem!

Następnie wydał jedno z tych westchnień, przynależne tylko tym, których geniusz zderza się z ciężkimi z przeciwnościami życia.

Odszedł od balustrady i chwilę spacerował tam i z powrotem po tarasie, równie obojętny na hałasy zabawy jak jakiś przechodzień na ulicy.

- Mój Boże! - powiedział do siebie. - Jakże byłaby to szlachetna i wielka misja, misja, którą ja mógłbym spełniać, ja, który jedną tylko istotę kochałem na świecie, a którą na zawsze straciłem. Ja, który nie mam ani rodziny, ani nazwiska...!

Mówiąc tak i przechadzając się, zderzył się z innym spacerowiczem, który również wyszedł na taras, by podobnie jak on ochłonąć po gorącej atmosferze balu. Ten osobnik także był zamaskowany, lecz zamiast ciemnego szkockiego stroju nosił czerwony kaftan, błękitne obuwie i kryzę a la Don Juan51.

- Do licha, mój panie! - zwrócił się do Szkota kpiącym i swobodnym tonem. - Jesteś tak ponury i ciemny jak twój kostium.

- Tak pan sądzi? - zapytał marzyciel, zadrżawszy na dźwięk jego głosu, który, jak mu się wydawało, już gdzieś słyszał.

- Wyrażałeś w swojej rozmowie nader idealne zapatrywania, jak wolno mi sądzić z tego, co usłyszałem - ciągnął Don Juan ciągle kpiącym głosem.

- Może...

- Czy nie powiedział pan przed chwilą: "Och! gdybym miał złoto, to byłbym takim człowiekiem!". Wygłaszając to, spoglądał pan na Paryż. Czyż nie tak było?

- Zgadza się - odrzekł Szkot. - Mówiłem też, że w tym ogromnym mieście, drzemiącym pod naszymi stopami, dla człowieka posiadającego dużo złota pozostaje do spełnienia wielka, szlachetna misja...

- Na honor, mój panie...! - zawołał Don Juan. - Może to ja jestem tym człowiekiem, który zdołałby...

- Pan...?

- Mój stary ojciec, który zapewne wkrótce połączy się ze swoimi przodkami, bo taka jest kolej rzeczy, pozostawi mi na pewno czterysta lub pięćset tysięcy liwrów rocznej renty.

- Panu?

- Tak, mnie.

- A więc popatrz - rzekł Szkot. - Widzisz tego olbrzyma wydłużającego się i zwijającego swoje potworne sploty po obu brzegach tek wielkiej rzeki Sekwany? Widzisz ten nowoczesny Babilon, dziesięć razy większy od starożytnego Babilonu? Właśnie tam występek styka się z cnotą, wybuch śmiechu krzyżuje się w powietrzu z okrzykiem żałoby, miłosna pieśń z jękiem rozpaczy; galernik idzie tym samym chodnikiem co męczennik. Nie wierzysz, że inteligentny i bogaty człowiek miałby tam do odegrania wielką rolę?

- Istotnie - odparł Don Juan kpiącym i uszczypliwym głosem, który, można by tak powiedzieć, dobywał się z piekła.

I jak gdyby prawdziwy Don Juan de Marana52 poetów, ów człowiek bez serca, ten bandyta, depczący wszystko swymi nogami, ten bohater sceptycyzmu, opiewany przez lorda Byrona, ów bezbożnik, porywacz mniszek i kat dziewic, jak gdyby wcisnął swoją przeklętą i potępioną duszę w duszę tego, który użyczył mu swego kostiumu.

- Rzeczywiście - ciągnął Don Juan - są tam wielkie rzeczy do zrobienia, mój panie, i sam Szatan, który pod postacią kulawego diabła unosił dachy Madrytu, ukazując wnętrza mieszkań swojemu uczniowi za cenę jego uwolnienia53, ów szatan - mówię - nie znał tego lepiej ode mnie. Widzisz to olbrzymie miasto? Otóż są w nim ludzie posiadający czas i pieniądze, kobiety do uwodzenia, mężczyźni na sprzedaż i do kupienia, łotrzykowie z których można by stworzyć pułk, poddasza, gdzie ubogie schronienie pracownicy możesz przy pomocy złota zamienić w buduar rozkoszy i próżnowania. Oto jak ja pojmuję tę misję o której pan mówił.

- Nikczemność! - szepnął Szkot.

- Idźmy dalej! Mój kochany, tu nie ma nikczemności, tylko ludzka głupota. Zresztą, mówiąc tak, czy nie odgrywam swej roli? Na piekielne moce! Czyż nie jestem Don Juanem?

I ciągle się śmiejąc tym śmiechem, który wydawał się zawierać w sobie tchnienie i myśl Zła, nowy Don Juan zdjął maskę. Szkot cofnął się z okrzykiem zaskoczenia.

- Andrea! - wyszeptał.

- A to dopiero! - rzekł wicehrabia, gdyż to był on. - Więc mnie znasz?

- Być może... - odparł Szkot, odzyskując cały swój spokój.

- W takim razie zdejmij maskę, ty cnotliwy człowieku! Chciałbym wiedzieć, komu wyjawiłem moje teorie.

- Panie - odparł chłodno Szkot - jeśli pozwolisz, to zaczekam z tym do wieczerzy.

- A to dlaczego?

- Założyłem się - odparł krótko, odwrócił się i udał na salę balową.

- To dziwne! - mruknął Andrea. - Wydaje mi się, jakbym już gdzieś słyszał ten głos.

- Do stołu, do stołu! - wołano jednocześnie i ze wszystkich stron.

Podano kolację.

Z powodu późnej pory część zaproszonych gości już się rozjechała i na wieczerzy zostało nie więcej niż trzydzieści osób.

Wesoło siadano do stołu. Wszyscy zdjęli maski z wyjątkiem owego mężczyzny w ubiorze szkockiego pana z dworu Marii Stuart.

Zamiast usiąść, ciągle stał za swoim krzesłem.

- Zdejmij maskę! - zawołała wesołym głosem jedna z kobiet.

- Pozwoli pani, że jeszcze nie teraz - odrzekł.

- Jak to...?! Będzie pan jadł w masce?

- Nie będę jadł.

- A więc będzie pan pił.

- Także nie.

- Mój Boże! - szeptali zebrali. - Co to za grobowy głos!

- Wybaczcie, moje panie, założyłem się - powiedział Szkot.

- Co to za zakład?

- Założyłem się, że zdejmę maskę dopiero po opowiedzeniu pewnej smutnej historii ludziom tak wesołym jak wy.

- Do diabła! Smutna historia... to poważna sprawa! - odezwała się młoda wodewilowa aktorka, przebrana za pazia.

- Historia miłosna, pani.

- Och, jeśli to historia miłosna, to zupełnie inna sprawa! - zawołała hrabina w krynolinie. - Wszystkie historie miłosne są śmieszne.

Jak widzimy, będąc damą z czasów Ludwika XV, nie brała miłości na poważnie.

- Moja jednak jest smutna, pani.

- A zatem opowiedz ją.

- Lecz ona jest krótka - odparł mężczyzna w masce.

- Historia! Historia! - żądano głośnymi okrzykami.

- Posłuchajcie, bo to moja własna historia - zaczął opowiadający. - Są mężczyźni, którzy mogą kochać kilka kobiet, ale ja kochałem tylko jedną. Kochałem ją świątobliwie, żarliwie, nie pytając, kim jest i skąd pochodzi.

- Ach! - przerwała kobieta w stroju pazia. - Była to więc jakaś nieznajoma?

- Znalazłem ją pewnej nocy płaczącą na schodach kościoła. Została uwiedziona i porzucona. Jej uwodziciel był nikczemnikiem, mordercą i złodziejem.

Głos opowiadającego stawał się coraz bardziej przenikliwy niczym ten Don Juana, przez co wicehrabia mimowolnie zadrżał.

- Tak więc ten człowiek - opowiadał dalej Szkot - którym ona pogardzała i od którego ze wstrętem uciekła, chciał pewnego dnia odebrać mi ją z powrotem. Wszedł do jej mieszkania jak bandyta i właśnie unosił ją w swych ramionach, kiedy ja przybyłem... On i ja nie mieliśmy innej broni, tylko sztylety... Nagrodą za zwycięstwo była ta kobieta... Biliśmy się ze sobą ze sztyletami w ręku w pobliżu nieprzytomnej dziewczyny. Jak długo trwała ta okropna walka, jak przebiegała? Tego nie wiem... Ten człowiek został zwycięzcę. Zadał mi ostatni cios nożem w pierś. Dwie godziny później znaleziono mnie samego, leżącego w kałuży krwi. Morderca zniknął, a kobieta, którą kochałem, razem z nim.

Tu opowiadający przerwał i popatrzył na wicehrabiego Felipone.

Andrea był blady, na jego czole niczym perełki błyszczały krople potu.

- Otóż przez trzy miesiące byłem na granicy życia i śmierci - kontynuował Szkot. - W końcu młodość zwyciężyła, byłem ocalony. Wróciłem do zdrowia. Wtedy rozpocząłem poszukiwania tej kobiety, którą kochałem, i jej nikczemnego porywacza. Odnalazłem ją samą, ponownie porzuconą przez tego łotra, umierającą w jednym z lichych zajazdów w północnej Italii. Wyzionęła ducha w moich ramionach, przebaczając swemu katowi...

Człowiek w masce znowu przerwał opowieść i wzrokiem przebiegł po zebranych. Goście słuchali w milczeniu, a z ich ust zniknęły uśmiechy.

- Tak więc - kończył Szkot - tego człowieka, tego złodzieja, mordercę, tego kata kobiety, odnalazłem go... tego wieczora, przed chwilą... i wreszcie będę mógł się zemścić! Odnalazłem tego nikczemnika, on się znajduje tutaj... pomiędzy wami!

Zamaskowany człowiek wyciągnął rękę w stronę wicehrabiego i dodał:

- Oto on!

Jednocześnie w chwili, gdy Andrea podskoczył na swoim krześle, on zerwał maskę ze swej twarzy.

- Armand, rzeźbiarz! - szepnął Felipone.

- Andrea! - wykrzyknął grzmiącym głosem artysta. - Poznajesz mnie, Andreo...?

I gdy obecni siedzieli, osłupiali tym nagłym i niespodziewanym rozwiązaniem opowiadania, otworzyły się drzwi i wszedł człowiek ubrany na czarno.

Ten człowiek, jak niegdyś stary sługa, który przyszedł wśród orgii pochwycić Don Juana, oznajmiając mu o śmierci jego ojca, ten człowiek podszedł prosto ku Andrei i nie zważając na biesiadników, powiedział do niego głośno:

- Panie wicehrabio Andreo, twój ojciec, generał, hrabia Felipone, który od pewnego czasu jest ciężko chory, dzisiaj poczuł się jeszcze gorzej i chciałby cię zobaczyć przy swoim łożu śmieci, jakiej to pociechy nie doznała pańska matka w chwili konania.

Andrea wstał i korzystając z chwilowego zamętu, jaki wywołała ta wiadomość, wyszedł. W tej samej chwili mężczyzna, który przyniósł nowinę o konaniu jego ojca, popatrzył na Armanda, który rzucił się za Andreą, by go zatrzymać, i wykrzyknął:

- Na Boga! Żyjący obraz mojego pułkownika!

***

Godzinę wcześniej innego rodzaju scena, ale nie mniej przejmująca, miała miejsce na wysokości przedmieścia Saint-Honoré.

Na krańcu ulicy des Écuries-d'Artois znajdował się duży pałac, ponury i cichy, jak gdyby całkiem niezamieszkały. Poza budynkiem rozciągał się gęsty, cienisty ogród, a fronton pałacu poprzedzał smutny dziedziniec, zarośnięty mchem.

W tym pałacu o tej nocnej porze na pierwszym piętrze, w obszernej sali, wspaniale umeblowanej w stylu pierwszego cesarstwa, konał starzec prawie sam, tak jak sam żył w osamotnieniu już od dawna.

Inny mężczyzna, również w sędziwym wieku, lecz krzepki i silny, stał u wezgłowia łoża i przygotowywał lekarstwo dla chorego.

- Bastienie, chyba umieram...! - szepnął chory słabym głosem. - Zostałeś dostatecznie pomszczony...? Zamiast mnie posłać na szafot, jak to mogłeś uczynić, przyszedłeś tu do mnie w roli opiekuna, stając bezustannie przed mymi oczyma, jak żyjący wyrzut sumienia... jako ciężkie przypomnienie mych zbrodni! Stałeś się moim administratorem, ty, który tak mną pogardza. Gdy nazywasz mnie Waszą Wysokością, cały czas słyszę w twym głosie gorzkie szyderstwo szatana! Ach, Bastienie! Bastienie! Zostałeś wystarczająco pomszczony...? A ja odpowiednio ukarany...?

- Jeszcze nie, mój panie - rzekł stary huzar, który przez trzydzieści lat torturował swego mordercę, powtarzając mu bez przerwy: "Och, nędzniku, gdybyś nie poślubił wdowy po moim pułkowniku...!".

- Czego jeszcze pragniesz, Bastienie? Widzisz, że umieram... umieram w osamotnieniu.

- W tym to cała moja zemsta, Felipone - odparł Bastien głuchym głosem. - Musisz umrzeć tak, jak umarła twoja ofiara, twa żona, nie otrzymawszy nawet synowskiego pożegnania.

- Mój syn! - szepnął starzec, gwałtownym wysiłkiem siadając na łóżku. - Mój syn!

- Ha, ha! - zaśmiał stary żołnierz. - Zaiste, jaki ojciec, taki syn. Samolub jak ty, bez serca i sumienia, uwodzi uczciwe dziewczęta, szachruje w karty, morduje ludzi, z którymi się pojedynkuje, cały Paryż wskazuje go jako szczyt moralnego zepsucia... Takim jest twój syn, ale byłbyś szczęśliwy, mogąc uścisnąć jego dłoń swą stygnącą już ręką, nieprawdaż...?

- Mój syn! - powtórzył umierający z uczuciem ojcowskiej czułości.

- Otóż już go nie ma - odparł Bastien. - Twego syna nie ma w tym pałacu... twój syn tańczy na balu, a tylko ja wiem, gdzie ten bal się odbywa. Nie pójdę go szukać!

- Bastienie...! Bastienie! - błagał Felipone, szlochając. - Będziesz taki okrutny?

- Posłuchaj, Felipone - odparł poważnie stary huzar - zamordowałeś mego pułkownika, jego syna i żonę, czy to dużo za śmierć trzech istot?

Felipone jęknął.

- Zabiłem Armanda de Kergaz - wyszepnął - sprawiłem, że wdowa po nim, która została moją żoną, umarła z boleści, ale jeśli chodzi o jej syna...

- Nikczemniku! - krzyknął Bastien. - Zamierzasz jeszcze zaprzeczać temu, że rzuciłeś go do morza?

- Nie - wyszeptał Felipone - ale on żyje...

To wyznanie wyrwało z piersi Bastiena okrzyk, z którym mieszało się zdziwienie, osłupienie i olbrzymia radość.

- Jak to?! - zawołał. - Więc dziecię nie zginęło?

- Nie - szepnął Felipone. - Zostało uratowane przez rybaków, zabrane do Anglii, a następnie wychowane we Francji... Wiem o tym od tygodnia.

- Gdzie on jest? Skąd o tym wiesz?

Głos umierającego był gwiżdżący, przerywany, zaczynał rzęzić w agonii.

- Powiedz, mów! - wykrzyknął Bastien nakazująco.

- Gdy ostatnio wyjeżdżałem na przechadzkę - ciągnął Felipone - mój coupé54 przez natłok powozów zatrzymał się przy wjeździe na Chaussée-d'Antin. Wysunąłem głowę przez drzwiczki i rzuciłem przelotne spojrzenie na przechodniów. Wtedy zobaczyłem idącego wolno mężczyznę, na widok którego wyrwał mi się okrzyk zdumienia. Ów człowiek, mogący mieć ze trzydzieści lat, był żywym obrazem pułkownika Armanda de Kergaz.

- Dalej... Co dalej?! - wołał zaaferowany Bastien.

- Co dalej...? Podążyłem za tym człowiekiem... Dowiedziałem się, że nazywa się Armand, że jest artystą, że nic nie wie o miejscu swego urodzenia i że zapamiętał tylko jeden szczegół, to znaczy taki, że rybacy go uratowali i zabrali na swoją łódź w chwili, gdy tonął.

Po tych ostatnich słowach Bastien wyprostował swą postać przed umierającym.

- A więc posłuchaj! - powiedział. - Jeśli po raz ostatni chcesz zobaczyć swojego syna, jeżeli pragniesz uniknąć niesławy, jaką bym mógł go okryć, rozpoczynając z dowodami w ręce skandaliczny proces, musisz natychmiast oddać ten cały majątek, ukradziony przez ciebie, a którym teraz się cieszysz. Musisz napisać dokument, zeznanie podpisane twą własną ręką, że fortuna, jaką posiadasz, została ukradziona i że żyje jeszcze ogołocony z niej człowiek, gdyż ja chcę go odnaleźć...!

- To zbędne - szepnął starzec. - Odziedziczyłbym majątek pułkownika de Kergaz tylko po śmierci dziecka. Wystarczy, by to dziecko się pojawiło tylko po to, by objąć go w posiadanie.

- Dobrze - mruknął Bastien. - Lecz w jaki sposób stwierdzić, że to właśnie on?

Umierający wskazał ręką szkatułkę leżącą na gerydonie.

- Ogarnięty wyrzutami sumienia, spisałem historię mej zbrodni - rzekł - i dołączyłem to do wszystkich dokumentów, jakie mogą ułatwić rozpoznanie dziecka.

Bastien chwycił szkatułkę i podał ją starcowi, który otworzył ją drżącą ręką, wyciągnął z niej plik papierów, które stary żołnierz szybko przebiegł wzrokiem.

- Teraz w porządku, odnajdę to dziecko - powiedział, a zwracając się do umierającego, dodał wzruszonym głosem:

- Przebaczam ci... Po raz ostatni zobaczysz swego syna.

Rzekłszy to, wybiegł z pokoju, gdzie wkrótce starzec miał oddać ostatnie tchnienie, i wskoczywszy do powozu, który zawsze czekał zaprzężony przy zewnętrznych schodach pałacu, krzyknął do woźnicy:

- Do rogatek Pigalle! Całym pędem!

Umierający, którego utrzymywało przy życiu jedynie gorące pragnienie ujrzenia swojego syna, zostawszy sam, zawzięcie uczepił się życia i walcząc z agonią, oczekiwał na przybycie Bastiena.

Minęła godzina, gdy wreszcie drzwi się otwarły i jak gdyby Bóg chciał zesłać ostatnią i straszną karę temu człowiekowi, w drzwiach tej sali, gdzie śmierć już czyhała w kącie, ukazał się jego syn w kostiumie Don Juana.

- Ach! - szepnął Felipone, u którego taki widok przyspieszył chwilę zgonu. - To ponad moje siły!

Wykonał gwałtowny ruch, odwrócił twarz ku bocznej uliczce i umarł, zanim syn zdołał się ku niemu zbliżyć.

Andrea ujął go za rękę i podniósł ją. Ręka opadła bezwładnie na białe prześcieradło. Przyłożył swoją dłoń do jego serca: serce przestało bić.

- Umarł! - rzekł zimno, a ani jedna łza nie zwilżyła jego oczu. - Doprawdy, jaka szkoda, że godność para Francji55 przestała być dziedziczna!

Tak brzmiała mowa pogrzebowa hrabiego.

W tejże chwili od progu drzwi dał się słyszeć jakiś grzmiący głos. Andrea gwałtownie się odwrócił i cofnął o krok.

W drzwiach sali ukazali się dwaj mężczyźni. Jednym był Bastien, a drugim rzeźbiarz Armand.

- Godność para istotnie nie jest dziedziczna - rzekł stary huzar - ale galery oczekują na synów parów, takich jak ty, łotrze!

 

Ten człowiek, który przez trzydzieści lat pochylał czoło przed Andreą, ten człowiek nagle wzniósł dumnie głowę, a wskazując najpierw wyrodnemu synowi trupa ojca, a potem otwarte drzwi, a w końcu stojącego na progu artystę, powiedział:

- Panie wicehrabio Andrea, twój ojciec zamordował pierwszego męża twej matki, potem zepchnął w morze twego starszego brata. Ocalono tego chłopca i on żyje... Oto on...!

Tu ręką wskazał na Armanda, a Andrea stał jak porażony piorunem.

- Temu bratu - kończył stary huzar - twój ojciec, odczuwając skruchę, w swej ostatniej godzinie życia zwrócił cały majątek, przez niego ukradziony, a który miał przypaść tobie. Znajdujesz się obecnie u hrabiego Armanda de Kergaz, a nie u siebie. Precz...!

A gdy Andrea w osłupieniu cofał się i z przerażeniem patrzył na Armanda, ten postąpił ku niemu jeden krok, nagle chwycił go za rękę, poprowadził do okna, z którego można było zobaczyć cały Paryż, podobnie jak z tarasu, gdzie dwaj bracia spotkali się godzinę wcześniej, i otworzywszy okno, wyciągnął rękę i rzekł:

- Spojrzyj, oto on, ten Paryż, w którym pragnąłeś stać się duchem zła przy pomocy swego wielkiego majątku. Ja będę w nim duchem dobra! A teraz wyjdź stąd, gdyż mógłbym zapomnieć, że mieliśmy tę samą matkę, i przypomnieć sobie tylko liczne twe zbrodnie... Wyjdź stąd!

Armand przemawiał jak władca i być może pierwszy raz Andrea poczuł się zwyciężony. Słuchał, cały drżąc. Wychodził powoli jak ranny tygrys, który wycofując się, ciągle jest groźny, a zatrzymawszy się w progu, spojrzeniem ogarnął otwarte okno, a za nim cały Paryż, który zaczęły oświetlać pierwsze blaski świtu, i wykrzyknął, jakby rzucając Armandowi straszliwe, ostateczne wyzwanie:

- Walczmy więc, cnotliwy bracie! Zobaczymy, który z nas zwycięży, filantrop czy bandyta, niebo czy piekło...! Paryż będzie polem naszej walki!

Następnie wyszedł z uniesioną głową, piekielnym uśmiechem na ustach, bez wylewania łez jak bezbożny Don Juan, opuszczając dom, który już nie należał do niego i w którym jego ojciec wydał ostatnie tchnienie.

 

 

1 Chodzi tu o Napoleona I Bonaparte; Cezar (Gajusz Juliusz Cezar, Caius Iulius Caesar, 100-44 p.n.e.) - rzymski wódz i polityk, twórca Cesarstwa Rzymskiego, zamordowany przez spiskowców.

2 Pierwsze Cesarstwo - Francja w okresie panowania Napoleona I Bonaparte w latach 1804-1814 i 1815; w czasie największego rozwoju terytorialnego obejmowało rozmaite protektoraty i posiadało wiele państw zależnych; kres cesarstwu położyła abdykacja Napoleona na rzecz Napoleona II, ten jednak nie został dopuszczony do władzy, a tron zwrócono Burbonom.

3 Huzarzy - lekka jazda węgierska, powstała w XVI wieku z chorągwi raców po odrzuceniu kopii i tarcz; charakterystycznym ubiorem huzarów była zarzucona na ramię kurtka, zwana dolmanem; huzarzy w XVIII wieku stanowili znaczną część lekkiej kawalerii; w Polsce w okresie Księstwa Warszawskiego istniały dwa pułki huzarów (10 i 13) biorące udział w kampaniach w 1812 i 1813 roku.

4 Liga - tu: liga lądowa, nieużywana jednostka długości równa trzem milom lądowym (4828 m).

5 Oblężenie Saragossy - starcie zbrojne w czasie wojny w Hiszpanii; armia francuska pod dowództwem generała Lefebvre okrążyła i wielokrotnie szturmowała Saragossę latem 1808 roku, by po dwóch miesiącach odstąpić od niej i zdobyć ją dopiero w wyniku drugiego oblężenia na przełomie 1808 i 1809 roku.

6 Wagram - miejsce jednej z największych zwycięskich bitew w kampaniach napoleońskich, która miała miejsce w dniach 5-6 lipca 1809 roku wokół wyspy Lobau na Dunaju i w pobliżu wsi Wagram, 15 km na północny wschód od Wiednia; wojska francuskie pod dowództwem cesarza Napoleona Bonaparte pokonały wtedy wojska austriackie dowodzone przez arcyksięcia Karola Ludwika; kluczową rolę w batalii odegrała artyleria.

7 Obol (gr.) - drobna moneta w starożytnej Grecji, jedna szósta drachmy.

8 Kapiszon - w dawnej broni strzeleckiej rodzaj spłonki w formie miedzianej lub mosiężnej miseczki lub kapelusika, posiadającej wewnątrz warstwę piorunianu rtęci.

9 Panewka - część dawnej broni palnej - zagłębienie w górnej części lufy, później "półka" umieszczona z boku lufy, połączona z zapałem (otworem prowadzącym do lufy); na panewkę sypano proch, który po zapaleniu przenosił ogień przez zapał do ładunku miotającego w lufie, powodując odpalenie.

10 Olstro - skórzany futerał na pistolet kawalerzysty przytroczony do przedniej części siodła, używany od XVI wieku; standardowo do siodła przytraczano dwa olstra (po obu bokach konia), stąd od XVII wieku używano częściej pluralnej formy "olstra"; jeżeli jeździec miał jeden pistolet, drugie olstro używane było do przewożenia drobnych przedmiotów.

11 Konwenans - obowiązująca w jakimś środowisku norma zachowania się w określonej sytuacji.

12 Zamek - należy tu wyjaśnić, że we Francji posiadłości wiejskie niebędące budowlami obronnymi także nazywano zamkami (château), a podobne posiadłości w mieście - pałacami (palais).

13 Finist?re - departament w północno-zachodniej Francji (Bretania) położony nad Atlantykiem.

14 Faleza (klif) - urwisko brzegu morskiego powstające na wysokich wybrzeżach wskutek niszczącej działalności falowania wód.

15 Wyprawy krzyżowe (krucjaty) - średniowieczne religijnie sankcjonowane wyprawy zbrojne podejmowane przez państwa i rycerstwo katolickiej Europy. Wojny te były prowadzone przede wszystkim przeciw muzułmanom, ale także przeciw poganom, chrześcijańskim heretykom, a czasami przeciw katolikom.

16 Stopa - tu prawdopodobnie dawna francuska jednostka długości (pied) równa 32,48 cm.

17 Restauracja Burbonów - okres w historii Francji wyznaczony datami 1814-1830 (przerwany na 100 dni przez Napoleona w okresie od 20 marca do 22 czerwca 1815), od powrotu na tron dynastii Burbonów po upadku Napoleona I do rewolucji lipcowej; okres formalnej monarchii parlamentarnej.

18 Hreczkosiej - daw.: gospodarz zasiedziały na roli.

19 Armoryka - starożytna kraina obejmująca dzisiejszą Bretanię i część Normandii, zamieszkana przez plemiona celtyckie, podbita przez Juliusza Cezara w 57 roku p.n.e.

20 Gerydon - dawny (XVIII-XIX wiek) mebel w kształcie trójnożnego ozdobnego stolika lub podstawy pod świecznik, wazę itp.

21 Dojeżdżacz - jeździec ścigający zwierzynę na polowaniu z chartami lub ogarami.

22 Psiarczyk - pomocnik dojeżdżacza i kotłowego pomagający w karmieniu psów.

23 Sążeń (fr. toise) - jednostka długości stosowana dawniej w różnych krajach; we Francji 1 sążeń = 6 stóp (paryskich) = 1,95 m.

24 Tyber (Tevere, rzym. Tiberis) - rzeka w środkowej części Włoch, najdłuższa na Płw. Apenińskim (405 km); uchodzi do Morza Tyrreńskiego.

25 Trastevere - włoska nazwa Zatybrza, dzielnicy Rzymu położonej na prawym brzegu Tybru, na równinie zalewowej u stóp Janikulum, połączonej z miastem stałymi mostami; miejsce licznych ogrodów.

26 Błota Pontyjskie (właśc. Pola Pontyjskie, wł. Agro Pontino, łac. Paludes Pontinae) - region w środkowych Włoszech, równina rozciągająca się pomiędzy Morzem Tyrreńskim na południowym zachodzie i przedgórzem Apeninów (Monti Lepini i Monti Ausoni) na wschodzie; od północy ogranicza ją środkowy bieg rzeki Astury i Góry Albańskie; Błota Pontyjskie obejmowały teren ok. 775 km?; w starożytności przez Pola Pontyjskie przechodziła Via Appia; tereny te były do XX wieku pokryte malarycznymi bagnami i już w II wieku p.n.e. podejmowano próby ich osuszenia, lecz udało się to dopiero rządowi włoskiemu w latach 20. XX wieku.

27 Baiocco - średniowieczna moneta wprowadzona za czasów Merowingów, pierwotnie srebrna, w 1725 roku papież Benedykt XIII zmienił ją na miedzianą; późniejsze znaczenie tego słowa to "mała moneta".

28 Bluszcz irlandzki (bluszcz atlantycki, Hedera hibernica) - tetropoidalna forma bluszczu zwykłego; zimozielona roślina pnąca, osiągająca 20-30 m wysokości, na odpowiednich powierzchniach (drzewa, klify, ściany ), rosnąca także pokrywowo, gdy nie ma pionowych powierzchni; wspina się za pomocą korzeni powietrznych, które przywierają do podłoża; pochodzi z regionu atlantyckiego, jest hodowana i występuje w stanie dzikim poza swoim pierwotnym obszarem, wzdłuż wybrzeża Atlantyku z Portugalii, Hiszpanii, Francji, Irlandii, Wysp Brytyjskich, Niemiec, krajów skandynawskich i Morza Bałtyckiego.

29 Buduar (fr. boudoir) - wytwornie umeblowany i wykwintnie ozdobiony niewielki pokój zajmowany przez panią domu, umieszczony był zazwyczaj między salonem a sypialnią; pełnił rolę gotowalni i miejsca wypoczynku pani domu; pierwsze buduary powstały we francuskich pałacach w XVIII wieku.

30 Blois - miejscowość i gmina we Francji, w Regionie Centralnym, w departamencie Loir-et-Cher nad rzeką Loarą; Blois było przez wiele wieków siedzibą królewską, a tym samym zamek w Blois, górujący nad miastem, był świadkiem wielu historycznych wydarzeń, także narodzin wielu potomków królewskich i śmierci członków rodzin królewskich.

31 Tours - miasto i gmina w środkowej Francji, nad rzeką Loarą, w Regionie Centralnym, prefektura departamentu Indre i Loara, w krainie historyczno-geograficznej Turenia; ośrodek kultu św. Marcina.

32 Haut-Coin (fr.) - Wyniesiony Zakątek.

33 Arietka - aria o błahej treści.

34 Portyk - zewnętrzna część budowli wysunięta ku przodowi albo wgłębiona, otwarta przynajmniej z jednej strony rzędem kolumn lub filarów, osłaniająca zwykle główne wejście.

35 Teatr La Scala - najsłynniejsza scena operowa w Mediolanie i we Włoszech i jedna z najsłynniejszych na świecie; gmach teatru zaprojektował w latach 1776-1778 architekt Giuseppe Piermarini; na podstawie jego planów w ciągu dwóch lat powstał gmach z klasycystyczną fasadą; w teatrze mieściło się ponad 3000 widzów, iluminowany był tysiącem świec, posiadał pięć wieńców lóż, z których każda była inna.

36 Pugilares - dawn.: portfel, portmonetka, rodzaj pojemnika na banknoty i monety, wykonany ze skóry lub innego podobnego materiału.

37 Liwr - dawna srebrna moneta francuska, dzieląca się na 20 sou i 240 denarów.

38 Ecu (fr. écu) - srebrna moneta bita od 1641 roku, francuski odpowiednik talara; jej wartość w opisywanym okresie utrzymywała się na wysokości 3 liwrów.

39 Ecarte - gra dla dwóch osób polegająca na zdobywaniu lew; prowadzi się w niej specyficzną licytację - wymienianie kart i deklarowanie, czy uda się wygrać z danym zestawem; do gry używa się talii złożonej z 32 kart - od asa do siódemki.

40 Ischia - włoska wyspa wulkaniczna na Morzu Tyrreńskim, u wejścia do Zatoki Neapolitańskiej, w regionie Kampania; o pow. 47 km2, 64,5 tys. mieszk. (2016); górzysta (Epomeo, 788 m); miejsce uprawy winorośli i oliwek, rybołówstwa; region turystyczny i wypoczynkowy z gorącymi źródłami mineralnymi i połączeniami promowymi z Neapolem.

41 Mantyla - szal lub chustka z koronki, zarzucana na głowę i ramiona, pochodząca z ludowego stroju hiszpańskiego, stosowana później także w innych krajach; także krótka damska pelerynka.

42 Szezlong - kanapa w kształcie wydłużonego fotela, na której można odpoczywać w pozycji półleżącej.

43 Lary i penaty - żartobliwe określenie sprzętu domowego, czyjegoś dobytku; rzeczowniki "lary" i "penaty" są nazwami rzymskich bóstw opiekujących się rodziną, domem.

44 Ludwik XV (1710-1774) - król Francji od 1715 roku, prawnuk Ludwika XIV, przedstawiciel dynastii Burbonów; początkowo wobec jego małoletniości regencję sprawował bratanek Ludwika XIV, książę Filip Orleański; w 1723 roku przejął bezpośrednią władzę; w 1725 roku poślubił Marię Leszczyńską, córkę Stanisława Leszczyńskiego; w 1733 roku poparł elekcję teścia w Polsce; Karol V Mądry (1338-1380) - król Francji od 1364 roku; wzmocnił monarchię francuską; za jego panowania doszło do tzw. wielkiej schizmy w kościele katolickim (1378-1417), gdy jednocześnie było dwóch, a nawet trzech papieży.

45 Kadryl - taniec salonowy o złożonych figurach i żywym rytmie, wywodzący się z kontredansa, popularny od epoki napoleońskiej do I wojny światowej, nazwa z francuskiego quadrille, kwadracik, gdyż tańczyły go cztery pary ustawione w kwadrat.

46 Elżbieta I (1533-1603) - królowa Anglii od 1558 roku, córka Henryka VIII i Anny Boleyn, za jej panowania nastąpił znaczny rozwój Anglii, zapoczątkowano tworzenie imperium kolonialnego; Antoine Nompar de Caumont, książę de Lauzun (1632--1723) - francuski arystokrata, dworzanin i wojskowy, znany głównie z miłości do "najbogatszej dziedziczki w Europie", Anny Marii Ludwiki Orleańskiej, księżnej Montpensier i kuzynki Ludwika XIV; Agn?s Sorel (1422-1450) - metresa króla Francji Karola VII; Ludwik XIII (fr. Louis XIII), zwany Sprawiedliwym (1601-1643) - król Francji i Nawarry (jako Ludwik II) od 1610 roku, syn Henryka IV z dynastii Burbonów; w chwili śmierci ojca miał tylko dziewięć lat, więc do czasu pełnoletniości realne rządy regencyjne sprawowała jego matka, Maria Medycejska; panowanie Ludwika XIII przebiegało w cieniu rządów kardynała Richelieu, który stał się właściwym twórcą systemu rządów absolutnych i którego historycy uważają za główną postać przywódczą tego czasu.

47 Maria Stuart (1542-1587) - królowa szkocka, córka Jakuba V; w okresie małoletniości regencję sprawowała w jej imieniu matka, Maria de Guise; wkrótce po śmierci męża, króla Francji, Franciszka II, przyjechała do Szkocji, by osobiście objąć rządy (1561); jako fanatyczna katoliczka wszczęła walkę z protestantami, szukając poparcia na dworze hiszpańskim; jej polityka budziła powszechny sprzeciw i niezadowolenie, powodując liczne bunty i antykrólewskie powstania; w czasie jednej z kolejnych rebelii, w 1567 roku zmuszona do opuszczenia Szkocji; schroniła się w Anglii, gdzie została aresztowana, oskarżona o zamach na życie Elżbiety I i chęć objęcia tronu angielskiego; po 19 latach więzienia skazana na śmierć i stracona; postać Marii Stuart jest tematem licznych utworów literackich.

48 Opera Paryska (obec. Opéra Garnier, Palais Garnier) - gmach opery w Paryżu przeznaczony dla 2200 osób, wybudowany w stylu eklektycznym w latach 70. XIX wieku według projektu Charles'a Garniera.

49 Panteon - w języku greckim świątynia wszystkich bogów, tu chodzi o Panteon w Paryżu, wielką budowlę w stylu neoklasycznym, powstałą w 1789 roku jako kościół św. Genowefy, od czasów rewolucji francuskiej miejsce pochówku najbardziej zasłużonych obywateli Francji, w tym m.in. Wiktora Hugo, Marii Skłodowskiej-Curie.

50 Bi?vre - rzeka we Francji, przepływająca przez tereny departamentów Essonne, Dolina Marny, Yvelines oraz Paryża, o długości 33 km, stanowi dopływ rzeki Sekwany; w Paryżu jest całkowicie przykryta.

51 Kryza - okrągły kołnierz marszczony lub fałdowany, noszony w XVI i XVII wieku; Don Juan Tenorio - na wpół legendarny szlachcic hiszpański żyjący w Sewilli w XVI wieku; słynął z urody, uroku osobistego, ale także z przedmiotowego traktowania kobiet i egoizmu; jego postać zainspirowała dramaturga Tirso de Molina, który wprowadził ją do literatury w 1630 roku w swoim utworze dramatycznym Zwodziciel z Sewilli i kamienny gość.

52 Don Juan de Marana - dramat Alexandre'a Dumas ojca z 1835 roku, oparty na opowiadaniu Prospera Mérimée Czyśćcowe dusze, będącym romantyczną wersją legendy o Don Juanie.

53 Chodzi tu o diabła Asmodeusza, tytułową postać Diabła kulawego autorstwa Alaina Rene Lasage, uwięzioną przez madryckiego czarnoksiężnika w butelce, specjalistę od "zbytku, rozpusty i gier", który zostaje uwolniony na krótki okres przez studenta don Kleofasa Leandro Perez Zambullo; w nagrodę organizuje dla swojego wyzwoliciela niezwykłą wycieczkę po Madrycie; dzięki tajemnym sztukom potrafi zajrzeć we wszystkie zakamarki, wkraść się do domów, choćby zrywając ich dachy, dzięki czemu ukazuje Kleofasowi "od podszewki" prawdziwe życie miasta.

54 Coupé (fr.) - kareta miejska na dwie osoby, wprowadzona w 1838 roku przez lorda Brougham jako pojazd dżentelmeński; konstrukcyjnie coupé jest "obciętą berlinką", czyli zamkniętym, dwuosobowym pojazdem, powożonym z kozła.

55 Par Francji - do rewolucji francuskiej tytuł honorowy wysokiej szlachty i duchowieństwa, w latach 1814-1848 tytuł członka wyższej izby parlamentu francuskiego.

Rozdział I

Sir Williams

 

 

Grudzień rozwijał swe mgliste, ponure skrzydła ponad dwiema częściami olbrzymiego miasta, rozłożonego na obu brzegach Sekwany.

Drobny, przenikliwy i lodowaty deszcz spływał z mgły, która okrywała Paryż i powoli zwilżała bruk ulic. Uliczne latarnie tylko połowicznie oświetlały skrzyżowania ulic i ciemne uliczki gęsto zaludnionych dzielnic. Była to noc, noc czarna, zimowa, wypełniona smutkiem i samotnością, podczas której zapóźnieni przechodnie ukazywali się jak widma, spieszące przed brzaskiem dnia do swoich cmentarnych ustroni.

Paryż wyglądał jak pustynia o tej północnej godzinie, która żałobnie rozchodziła się w przestrzeni, wybijana przez zegary na wszystkich kościołach. Nawet hale targowe, te wielkie ogniska ruchu miejskiego i życia spały już od pewnego czasu, czekając na ciężkie wozy ogrodników.

Ostatnie powozy z balu już wróciły, a pierwsze wozy ciężarowe jeszcze się nie ukazały. Na obu brzegach rzeki panowała grobowa cisza, pozwalająca dosłyszeć z wielkiej odległości regularny i dźwięczny krok nocnych patroli obchodzących miasto albo wycie spuszczonego z łańcucha psa podwórkowego w jednym ze starych domostw przy ulicy du Marais.

Wybrzeżem Saint-Paul w pobliżu koszar celestynów56 szedł powoli jakiś mężczyzna otulony w płaszcz, niezważający na zimno oraz deszcz, jak gdyby pogrążony w głębokich i uporczywych myślach. Czasami zatrzymywał się i kolejno spoglądał to na błotnistą rzekę, toczącą swe wody z głuchym szumem pomiędzy dwoma kamiennymi brzegami, to na grupę starych domów wznoszących się wzdłuż wybrzeża, pozostających jako ostatni ślad, jedyne chwiejące się szczątki Paryża z czasów Karola V i Ludwika XI57.

Następnie jego spojrzenie skierowało się dalej i objęło sylwetkę katedry Notre Dame58, wyraźnie rysującą się na ciemnym tle nieba i wznoszącą się ku chmurom otoczonym gęstą mgłą.

Po chwili ruszył dalej, szepcąc coś sam do siebie.

Tak dotarł do mostu de Damiette59, na który wszedł i szybko go pokonał, a gdy dosięgnął wybrzeża Wyspy Świętego Ludwika60, podniósł głowę i spojrzeniem badał szczyty dachów okolicznych domostw.

Za Hôtel Lambert61, na szóstym piętrze jednego z domów przy ulicy Saint-Louis, w oknie mansardy62 błyszczało światło. W tej ubogiej kamienicy, jak się wydawało, zamieszkałej, jeśli nie przez robotników, to przynajmniej przez spokojnych drobnomieszczan, którzy w tak ustronnej dzielnicy jak Wyspa Świętego Ludwika nie mieli zwyczaju przedłużać siedzenia do tak późnej pory.

To światło zresztą, umieszczone na samym brzegu okna, przy samej ramie, było widocznie jakimś hasłem umówionym, ponieważ ów nocny przechodzień, przez chwilę popatrzywszy na nie z uwagą, wyszeptał:

- Dobrze. Colar jest w domu i na mnie czeka.

Przyłożywszy dwa palce do ust, zwinął je w kształt świstawki, przesyłając w przestrzeń, w stronę okna mansardy, tajemniczy sygnał nocnych złodziei i łotrzyków.

Prawie natychmiast światło zgasło, tak iż nie można teraz było rozeznać w ciemności, w którym oknie przed chwilą jeszcze płonęło.

Dziesięć minut później mocne świśnięcie, podobne do pierwszego, ale nie tak bardzo zaakcentowane, dało się słyszeć na tyłach Hôtel Lambert, a wkrótce w oddali rozbrzmiały szybkie kroki, które powoli się zbliżały. Następnie sto kroków od nieznajomego zarysowała się męska postać i po raz drugi rozległo się gwizdnięcie.

- Colar! - rzekł nieznajomy, prostując się i wychodząc naprzeciw tej postaci.

- Oto jestem, Wasza Wysokość - odparł przybysz cichym głosem.

- Dobrze, Colar stawiłeś się wiernie na umówione spotkanie - rzekł przechodzień z nabrzeża celestynów.

- Oczywiście, Wasza Wysokość, lecz bardzo proszę, unikajmy wszelkich prawdziwych nazwisk. Gliny mają dobry słuch i doskonałą pamięć, więc twój przyjaciel Colar poszedłby na galery63, gdzie zachowano dla niego apartament na wypadek, gdyby kiedyś tam powrócił.

- Zgadza się, ale jesteśmy sami, wybrzeża zupełnie puste.

- To nic nie znaczy! Jeżeli Wasza Wysokość chce ze mną porozmawiać, to dobrze zrobi, gdy zejdzie na sam brzeg rzeki, tymi małymi schodami. Usadowimy się pod mostem i będziemy mówić po angielsku. Na honor, jest to piękny język, a co najlepsze, mieszkańcy z ulicy Jéruzalem wcale go nie rozumieją!

- Zgoda! - odparł nieznajomy, idąc za tym, którego nazwał Colar i który wskazywał mu drogę.

Zszedłszy na dół, znaleźli się pod zawieszeniem mostu i usiedli na kamieniu w poprzek drogi holowniczej. Dopiero wówczas Colar zabrał głos.

- Po pierwsze jest nam tu dobrze i możemy nie zważać na deszcz - powiedział. - Zrobiło się trochę zimno, ale kiedy chodzi o ważne sprawy... Po drugie, jak sądzę, wkrótce się porozumiemy.

- Tak prawdopodobnie będzie - odparł nieznajomy.

- Kiedy Wasza Wysokość przybył z Londynu?

- Dzisiaj wieczorem, o ósmej i jak widzisz, nie traciłem czasu... przybyłem punktualnie.

- Poznaję w tym mego dawnego kapitana - odpowiedział Colar z odcieniem szacunku w głosie.

- Powiedz mi, co tu robiłeś przez trzy tygodnie? - wypytywał nieznajomy.

- Zbierałem gromadkę odpowiednich ludzi.

- Bardzo dobrze.

- Lecz widzisz pan - mówił dalej Colar - w tym naszym rzemiośle Francuzi nie dorównują Anglikom, więc chociaż wybrałem, co było najlepszego, potrzeba nam będzie kilku miesięcy dla wyćwiczenia tych błaznów. Zresztą Wasza Wysokość sam to osądzi i zobaczy ich mordki.

- Kiedy?

- Ależ natychmiast, jeśli tylko pan zechce.

- Wyznaczyłeś im spotkanie?

- Tak, a nawet lepiej, gdyż zaprowadzę Waszą Wysokość w miejsce, z którego będziesz ich mógł widzieć, jednego po drugim, sam nie będąc widzianym.

- Idźmy więc - rzekł ten, któremu Colar nadawał kolejno miano kapitana i arystokratyczny tytuł "Wasza Wysokość".

- Lecz jeśli nie zdołamy się ze sobą porozumieć? - rzucił Colar z pewnym wahaniem.

- Dojdziemy do zgody.

- Hmm! Hmm! - mruknął Colar. - Wasza Wysokość, dobiegam pięćdziesiątki i już myślę o moich starych latach...

- To bardzo słuszne, ale będę nad wyraz umiarkowany. Zobaczmy: ile żądasz dla siebie?

- Wydaje mi się - odparł Colar - że dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznie i dziesięć procent premii od każdej sprawy...

- Zgadzam się na dwadzieścia pięć tysięcy franków.

- A jak zostaną potraktowani moi ludzie?

- Och! Znam twoją wartość - rzekł kapitan - ale by dobrze ich ocenić, chciałbym zobaczyć tych ludzi przy robocie...

- To prawda - zamruczał Colar, przekonany o słuszności argumentu.

- A zatem w drogę, a skoro ich zobaczę, pomówimy. Ilu ich jest?

- Dziesięciu...! Czy to wystarczy?

- Na razie tak, a później zobaczymy.

Colar i kapitan opuścili miejsce, w którym zamienili tych parę zdań, wyszli na wybrzeże i poszli nim aż do mostu łączącego Wyspę Świętego Ludwika z Île de Cité64. Tam ruszyli na tyły katedry Notre Dame, powyżej szpitala Hôtel Dieu przeszli przez drugie ramię Sekwany i znaleźli się na skraju dzielnicy Łacińskiej.

Colar, służąc kapitanowi za przewodnika, wszedł w labirynt małych, krętych uliczek i zatrzymał się dopiero na rogu ulicy Serpente.

- To tu, panie kapitanie - powiedział.

Kapitan podniósł głowę i zobaczył stary dwupiętrowy dom, którego okiennice były zamknięte i nie przepuszczały żadnego światła. Można by powiedzieć, że budynek był niezamieszkały.

Colar włożył klucz do zamka bocznych drzwi, otworzył je i pierwszy wszedł do ciemnego, wąskiego korytarza. Kapitan szedł za nim.

- Oto biura naszej agencji - szepnął żartobliwym tonem, zamykając za sobą drzwi.

Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę fosforową65 i zapalił nią "piwnicznego szczura"66, by nim oświetlać drogę.

Na końcu korytarza kapitan dostrzegł pierwsze stopnie podniszczonych schodów, których poręcz stanowił zatłuszczony sznur.

Colar wszedł po nich na pierwsze piętro domu. Tam otworzył drugie drzwi z brzegu i powiedział do kapitana:

- Oto miejsce, skąd Wasza Wysokość będzie mógł patrzeć, nie będąc widzianym, i skąd będzie mógł ocenić działanie moich ludzi i osądzić, jak się sprawują.

Na chwilę pozostawiwszy kapitana samego w ciemności, Colar przeszedł z zapalonym "piwnicznym szczurem" do sąsiedniego pokoju. Prawie natychmiast kapitan dostrzegł przed sobą strumień światła dobiegający z dziury przebitej w drewnianym przepierzeniu.

Dzięki temu otworowi mógł słyszeć i widzieć wszystko, co się działo lub mówiło w pokoju, do którego wszedł Colar, przy czy, nikt nie podejrzewał jego obecności.

Zaczął od rzucenia okiem na wyposażenie pokoju. Był to mały salonik mieszczański, skromnie urządzony, który mógł kosztować od dwóch do trzech tysięcy franków. Znajdowała się tu mahoniowa kanapa obita starym utrechckim aksamitem, czerwone adamaszkowe67 firanki, kolumnowy wahadłowy zegar, któremu na kominku towarzyszyły dwa wazoniki do kwiatów, konsola pod dużym ściennym lustrem68 i krajobraz w ramach na ścianie.

- Oto - rzekł Colar, wróciwszy do kapitana - mieszkanie mego podporucznika, pozostający dla mieszkańców dzielnicy spokojnym rentierem, który wycofał się z interesów i żyje ze swoją żoną jak dwie turkaweczki69.

- Ach! Jest więc żonaty? - zdziwił się kapitan.

- Mniej więcej...

- A... jego żona?

- Pani Coquelet70 to kobieta pełna zasług - powiedział poważnie Colar. - Zależnie od sytuacji gra różne role: damę miłosierdzia, hrabinę z przedmieścia Saint-Germain czy polską księżną. W okolicach ulicy Serpente uchodzi za wzór pobożności i małżeńskiej cnoty.

- Bardzo dobrze - rzekł kapitan - lecz gdzie jest ów pan Coquelet?

- Zaraz go pan zobaczy - odpowiedział Colar, uderzając w sufit trzy razy z regularnymi przerwami końcem laski, w którą był wyposażony.

W tej samej chwili dał się słyszeć hałas na wyższym piętrze i wkrótce rozległ się odgłos kroków na schodach. Kapitan zobaczył, jak z lichtarzem w ręku pojawił się mężczyzna mający około pięćdziesięciu lat, szczupły, łysy, z przygasłym spojrzeniem i wyrazem przygnębienia na twarzy. Ubrany był w stary szlafrok ze wzorem w zielone gałązki i kwiaty, a nogach miał filcowe pantofle.

Na pierwszy rzut oka ów pan Coquelet wyglądał na poczciwego kupca korzennego, spędzającego spokojnie starość na przyjemnościach ucztowania przy stole, jedzenia rosołu w niedzielę i sałatek w ciągu tygodnia. Na jego ustach błąkał się bezustannie jakiś szyderczo naiwny uśmiech. Wyćwiczone oko kapitana nie miało jednak żadnego kłopotu, by pod tą widoczną pozorną dobrotliwością odkryć śmiały i stanowczy charakter, krwiożercze instynkty, rodzaj herkulesa, który łysinę na głowie równoważył włochatymi ramionami i piersią, a swoją chudość siłą muskułów. Bez wątpienia ów człowiek nie był wcale podobny ani do Colara, ani do kapitana, podobnie jak oni obaj nie byli wcale podobni do siebie. Colar był mężczyzną mającym od trzydziestu pięciu do czterdziestu lat, wysokim, szczupłym, noszącym czarną brodę i wąsy, mającym wygląd podoficera w cywilnym ubraniu.

W oczach zwykłych kobiet Colar mógł być idealnym typem ładnego mężczyzny, by nie powiedzieć: lalkowatego.

Rzeczywiście, kiedyś służył w armii i zachował ruchy wojskowego wbrew swojej nowej profesji, która była może trochę tajemnicza i niezbyt zgodna z prawami, które rządzą naszym współczesnym towarzystwem, ale mimo to mającej wielu żarliwych adeptów i oddanych sekciarzy.

Kapitan, przeciwnie, był młodzieńcem w wieku zaledwie dwudziestu ośmiu lat, ale wyglądał zaledwie na dwadzieścia cztery, ponieważ miał jasnoblond włosy i brakowało mu zarostu.

Średniego wzrostu, szczupły, na pierwszy rzut oka wydawał się dziwnie drobny i słaby. Duży kontrast z jego jasnymi włosami stanowiły czarne błyszczące oczy. W Londynie, skąd przybywał, miał opinię tajemniczego i strasznego osobnika. Nazywano go kapitanem Williamsem, ale może nie było to jego prawdziwe nazwisko...

Pan Coquelet ukłonił się kapitanowi i spojrzał pytająco na Colara.

- To nasz szef! - powiedział krótko były wojskowy.

Coquelet obrzucił kapitana badawczym, pełnym szacunku spojrzeniem i mruknął cicho:

- Bardzo młody...

- W Londynie - szepnął mu do ucha Colar - nigdy tego nie zauważano. To bardzo dzielny człowiek!

Następnie dorzucił:

- No! Za kilka minut zejdą się nasze króliki. Wyznaczyłem im spotkanie o pierwszej w nocy, a właśnie słyszę, jak wybija pierwsza. Przyjmiesz ich Coquelet.

- A pan, poruczniku? - spytał fałszywy kupiec korzenny.

- Ja zostanę z Jego Wysokością i będę mu pokazywał naszych ludzi przez tego judasza oraz wyjaśniał role poszczególnych ludzi. To najprostszy sposób, by szybko zabrać się do roboty.

- Wystarczy! Zrozumiałem - odparł Coquelet.

W tej chwili u drzwi wejściowych domu rozległo się ciche, charakterystyczne pukanie.

- Doskonale! Już jest pierwszy! - stwierdził gospodarz i z lichtarzem w ręku szybko wyszedł z pokoju, pozostawiając Colara i kapitana, którzy zamknęli się małym pokoiku sąsiadującym z salonikiem pana Coqueleta, gasząc jednocześnie "piwnicznego szczura".

Dwie minuty później fałszywy kupiec wszedł do saloniku w towarzystwie młodego, szczupłego człowieka, o mizernej, pięknej twarzy, kędzierzawych włosach, eleganckim ubraniu, jakby pochodzącym z bulwaru des Italiens71.

- To jest arystokrata, Wasza Wysokość - mówił Colar cichym głosem, podczas gdy kapitan przyłożył oko do wywierconej w przepierzeniu dziury - młodzieniec pochodzący z dobrej rodziny i gdyby nie miał kilku zatargów z policją, która wysłała go na morskie kąpiele do Rochefort72, dziś zajmowałby prawdopodobnie jakieś wysokie stanowisko w sądzie lub dyplomacji. Prawdziwe jego nazwisko brzmi kawaler d'Ornit, ale on z przezorności zmienił nazwisko, a piękne kobiety z ulicy Bréda, które go ubóstwiają, nadały mu przydomek Bistoquet73. Jest bardzo mądry i utalentowany. Nikt lepiej od niego nie potrafi zdobyć kasy przy lancknechcie, a w potrzebie bardzo umiejętnie potrafi zabawić się nożem. Otworzyłby zamek Ficheta74 za pomocą słomki, a jest taki chudy, że przedostałby się dziurkę w igle!

- Ba! Zobaczymy! - rzucił niedowierzająco kapitan.

Po kawalerze Bistoquet przybyli kolejno: potężne indywiduum z dużą rudą brodą o nazwisku Mourax, bohater sali Monteskiusza75, i mały, suchy oraz chudy człowieczek, szybki i zręczny w ruchach, którego zielone oczy świeciły kocim blaskiem.

- Oto Orestes i Pylades76! - wyjaśnił Colar. - Mourax i Nicolo od dwudziestu lat są przyjaciółmi. Przez dziesięć lat nosili te same wisiorki w Tulonie77, a wyszedłszy z galer, stali się nierozłączni i razem pracują... W niedziele Mourax podnosi rogatki, przebrany za Herkulesa, podczas gdy Nicolo ma na sobie ubiór Pierrota78 lub klauna. Wasza Wysokość będzie mogła wykorzystać ich wolne chwile.

- Ci mi lepiej odpowiadają! - stwierdził krótko kapitan.

Po dwóch artystach pojawił się wysoki młodzieniec o rudych włosach i czarnych, jak u kowala, dłoniach. Ubrany był w niebieską bluzę.

- To ślusarz naszej gromadki! - objaśnił Colar.

- W porządku! - odparł Williams.

Po ślusarzu ukazał się dość gruby i trochę łysy jegomość, przyzwoicie ubrany od stóp do głowy na czarno, noszący biały krawat i niebieskie okulary. Pod pachą trzymał wielką teczkę z czarnej skóry. Jego nos, trochę czerwony, wskazywał o żarliwej namiętności do boskiej butelki alkoholu.

- To jest nieszczęsny pomocnik notariusza - szepnął Colar do ucha kapitanowi - którego niepowodzenia zmusiły do zamienienia studiów na podejrzane biuro doradcze mieszczące się przy ulicy Mondétour w dość podłej dzielnicy. Pan Nivardet umie pięknie pisać i do złudzenia umie podrobić każde pismo, od baskerville po bastardę79. Jest w swoim rodzaju miłośnikiem pióra, ot co!

- Zobaczymy - odparł krótko Williams.

Po notariuszu przybyli kolejno jeszcze czterej ludzie, zwerbowani przez Colara, niczym się niewyróżniający, którzy pojawią się w dalszej części historii jedynie w roli statystów w tym dramacie, który będziemy rozwijać przed oczami Czytelnika.

Kiedy przegląd dobiegł końca, Colar zapytał kapitana:

- Czy Wasza Wysokość zechce się im ukazać?

- Nie! - odparł Williams.

- Jak to? Więc nie jest pan zadowolony z tych ludzi? - zapytał zdziwiony rzezimieszek.

- I tak, i nie, ale bez względu na to, życzę sobie pozostać nieznanym i nie mieć nic wspólnego z tą bandą, a jedynie za twoim pośrednictwem.

- Jak pan sobie życzy - rzekł Colar.

- Porozmawiamy jutro - dodał Williams - i zobaczymy, co uda nam się zdziałać z tymi dzielnymi ludźmi.

Domawiając te słowa cichym głosem, kapitan szybko opuścił swój obserwacyjny posterunek i powoli skierował się ku uchylonym drzwiom wychodzącym na podest schodów.

- Jutro o tej samej godzinie i w tym samym miejscu. Dobrej nocy! - rzucił na odchodne kapitan Williams i zniknął w ciemnościach panujących na schodach, pozwalając Colarowi dołączyć do ludzi, których najął.

Z ulicy Serpente Williams wszedł na ulicę Saint-André-des-Arts, doszedł nią do placu o tej samej nazwie i następnie skierował się ku nabrzeżom. Tam przeszedł Sekwanę, potem Cité i tak doszedł do placu du Châtelet.

W tym momencie od strony ulicy Saint-Denise wjechał powóz zaprzężony w dwa konie, a woźnica krzyknął "Z drogi!" do kapitana, który powodowany ciekawością, chciał bliżej podejść. Pieszy i ekwipaż80 minęły się akurat pod uliczną latarnią. Williams usunął się, ale rzucił okiem do środka pojazdu, który miał opuszczone szybki w okienkach, i w świetle latarni zobaczył człowieka, na którego widok wyrwał się mu głuchy okrzyk: "Armand!". Pojazd przejechał kłusem, unosząc człowieka, którego Williams nazwał Armandem, a który bez wątpienia ani nie spostrzegł przechodnia, ani nie usłyszał jego zduszonego okrzyku.

Kapitan Williams stał przez chwilę nieruchomo i patrzył za karetą oddalającą się w stronę nabrzeży, a potem skrzyżował ramiona i szepnął z nienawiścią w głosie:

- A więc w końcu spotkaliśmy się, bracie! Ty, idiotyczne wcielenie cnoty, ja, duch zepsucia i uosobienie zła. Z pewnością jedziesz ratować za pomocą złota, które ukradłeś, jakiegoś nieszczęśnika! No cóż! Ono będzie dla nas dwóch, ponieważ właśnie powróciłem i pragnę złota, a także zemsty!

Nazajutrz kapitan Williams bardzo punktualnie zjawił się na umówione spotkanie, które wyznaczył Colarowi pod przęsłem mostu. Znowu dał się słyszeć tajemniczy gwizd.

Colar już na niego czekał, a usłyszawszy jego kroki, podniósł się i wyszedł mu na spotkanie.

- Kapitanie! - szepnął. - Sądzę, że trafiłem na ślad świetnego interesu!

A wchodząc pod przęsło mostu, dodał:

- Chodzi o dwanaście milionów!

 

 

56 Koszary celestynów - popularna nazwa budowli, w której wcześniej mieścił się klasztor; celestyni - nieistniejący zakon męski, kongregacja mnichów benedyktyńskich, biorąca swoją nazwę od imienia założyciela, św. Celestyna V.

57 Ludwik XI (1423-1483) - król Francji od 1461 roku, przedstawiciel dynastii Walezjuszów.

58 Katedra Notre Dame - katedra w Paryżu, zbudowana w XIII wieku na wyspie na Sekwanie; wysokość jej wież wynosi 69 m.

59 Most de Damiette (właśc. Passerelle de Damiette) - nieistniejąca (zniszczony w 1848 roku) część obecnego mostu de Sully od strony prawego brzegu, która poprzez most zwodzony łączyła się z drugą częścią - Passerelle de Constantine.

60 Wyspa Świętego Ludwika (fr. Île Saint-Louis) - jedna z dwóch wysp (obok Île de la Cité) na Sekwanie w centrum Paryża, nazwana na cześć króla Francji Ludwika IX Świętego; połączona jest mostami z obydwoma brzegami rzeki, dodatkowo łączy ją z Île de la Cité most Świętego Ludwika; w średniowieczu znajdowały się tutaj magazyny drewna i pastwiska dla bydła; później została zurbanizowana za panowania Henryka IV; od 1853 roku swoją siedzibę posiada tu Biblioteka Polska w Paryżu.

61 Hôtel Lambert - budynek w Paryżu, na Wyspie Świętego Ludwika; od XIX wieku stała się centrum Polonii; w latach 1843-1975 hotel Lambert należał do książąt Czartoryskich, był głównym ośrodkiem Wielkiej Emigracji i emigracyjnego obozu politycznego zwanego Hotel Lambert.

62 Mansarda - pokój lub mieszkanie na poddaszu; także dach łamany, którego niższa połać jest bardziej pochyła niż górna.

63 Galery - wymierzana dawniej kara polegająca na ciężkiej pracy przy wiosłowaniu na galerze (dawny okręt wojenny lub statek handlowy o niskich burtach, poruszany jednak głównie wiosłami); także: ciężkie więzienie.

64 Île de la Cité - jedna z dwóch wysp (obok Île Saint-Louis) na Sekwanie w centrum Paryża we Francji.

65 Zapalniczka fosforowa - mała butelka wypełniona fosforem, w którym zanurzono nasiarkowaną zapałkę, którą następnie pocierano o korek, aby uzyskać płomień.

66 Piwniczny szczur (fr. rat-de-cave) - tu: cienka i długa, zwinięta świeca z uchwytem, służąca do oświetlania piwnic.

67 Aksamit utrechcki - tkanina bawełniana z lnianą osnową, wątkiem wełnianym i puszystą okrywą z koziej sierści; prawdopodobnie nie pochodzi z Utrechtu, ale stanowi wynalazek francuski, do Holandii sprowadzili go wygnani z Francji tkacze wyznający protestantyzm; adamaszek - biała lub jednobarwna tkanina z wzorem żakardowym; początkowo wytwarzana z lnu, jedwabiu naturalnego, obecnie również z wszystkich rodzajów ciągłych włókien chemicznych; pochodzi ze Wschodu, w Europie jest wyrabiany od XIII wieku; używany m.in. na ubiory, obicia ścian i mebli (gł. XVII-XVIII), obrusy, pokrycia kołder.

68 Konsola - dekoracyjny stół przyścienny umieszczany przeważnie między oknami lub pod dużym lustrem, służący jako podstawa wazonu, zegara, rzeźby; konsola pojawiła się w końcu XVII wieku we Francji, w XVIII wieku znana była w całej Europie.

69 Turkawka - ptak przelotny, podobny do gołębia, wydający dźwięki przypominające turkot.

70 Coquelet (fr.) - kogucik.

71 Bulwar des Italiens - jeden z czterech wielkich bulwarów w Paryżu, będący w XIX wieku miejscem spotkań eleganckiej elity Paryża.

72 Rochefort - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Nowa Akwitania, w departamencie Charente-Maritime, od 1665 roku z wielką bazą floty francuskiej, od 1777 do 1854 roku z ciężkim więzieniem, w którym mogło przebywać do 2500 skazańców.

73 Bistoquet (fr.) - dawn. duży kij bilardowy, masywny i spłaszczony na końcu, używany wtedy, gdy nie chciano jednocześnie dotknąć dwóch kul.

74 Alexandre Fichet (1799-1862) - ślusarz, specjalizujący się w zamkach i sejfach, który swój zakład i sklep otworzy w 1825 roku na ulicy Rameau w Paryżu.

75 Sala Monteskiusza - dawniej główna sala sądu apelacyjnego w Paryżu.

76 Orestes i Pylades - w mitologii greckiej para przyjaciół i kuzynów, Orestes, syn Agamemnona, pomścił jego śmierć, zabijając swą matkę, w czym pomógł mu Pylades, który towarzyszył mu też podczas wygnania.

77 Tulon - miasto w południowo-wschodniej Francji, w Prowansji, ok. 50 km na wschód od Marsylii, wielki port wojenny i handlowy nad Zatoką Lwią Morza Śródziemnego, w starożytności kolonia rzymska Telo Martius, obecnie ważny ośrodek przemysłowy, baza floty śródziemnomorskiej, ma ok. 620 tys. mieszkańców; mieściło się w nim ciężkie więzienie (galery).

78 Herkules - rzymski odpowiednik Heraklesa z mitologii greckiej, syn boga Zeusa i Alkmeny, zwykłej śmiertelniczki; znany z wielkiej siły, męstwa umiejętności wojennych i z wykonania dwunastu ciężkich prac z polecenia swego brata, Eurysteusa; Pierrot - pajac, głupiec o twarzy ubielonej mąką, ubrany w charakterystyczny biały strój; postać komiczna dawniejszej pantomimy francuskiej, zapożyczona z komedii włoskiej.

79 Baskerville, bastarda - kroje pisma.

80 Ekwipaż - tu: lekki pojazd konny.

Rozdział II

Kermor

 

 

Dwa dni po spotkaniu kapitana Williamsa, byłego szefa złodziei kieszonkowych, i Colara, który w Londynie służył pod jego rozkazami, w czasie, gdy ten drugi pokazywał mu przez swego rodzaju judasza w domu Coqueleta różnych członków przyszłego stowarzyszenia, pański powóz zatrzymał się w Le Marais81 przed starym pałacem na ulicy Culture-Sainte-Catherine. Jak już wspomnieliśmy, drobny deszczyk zwilżał bruki, a ulice były puste.

Pałac, przed którym zatrzymał się pojazd, był starą budowlą, odnawianą jeszcze za czasów Henryka IV82, w tej świetnej epoce dla Le Marais. Położony między dziedzińcem a ogrodem, posiadał od strony ulicy wielką, dwuskrzydłową bramę z okutego żelazem dębu, na której łuku znajdowała się tarcza herbowa podzielona na cztery pola, wspierająca się na dwóch sfinksach83.

Słaby stan tej tarczy herbowej nie pozwalał odróżnić kolorów, lecz poniżej jej zachowała się jeszcze inskrypcja obwieszczająca, że pałac został zbudowany za panowania króla Karola VIII84, odnowiony został w latach 1530 i 1608 i był siedzibą szlachetnego rodu Kergaz-Kergarez z Bretanii, którego przedstawiciele przybyli na francuski dwór, towarzysząc księżnej Annie Bretońskiej85, przyszłej królowej.

Powóz, który zatrzymał się przed tym pałacem, po chwili wjechał na dziedziniec, kiedy dwa skrzydła bramy zostały otwarte po dzwonku kamerdynera, i z pojazdu wyszedł mężczyzna mający około trzydziestu pięciu lat.

W tym samym czasie na górze wejściowych schodów zajaśniało światło i jakiś starzec zszedł z nich na spotkanie młodego człowieka.

Na pierwszy rzut oka wyglądał na bardzo starego, jeśli by sądzić po jego białych włosach, wąsach i faworytach86. Jednak po jego mocnym, energicznym kroku i żywym spojrzeniu można było odgadnąć w nim całą siłę, cały żar zaledwie dojrzałego męskiego wieku. Mógł mieć z sześćdziesiąt pięć lat, ale niewątpliwie był bardziej krzepki niż pięćdziesięciolatek.

Podszedł szybkim krokiem do młodzieńca i żywo powiedział:

- Zaczynałem się niepokoić, panie, gdyż nigdy tak późno pan nie wracał.

- Mój drogi Bastienie - odparł Armand de Kergaz, gdyż to właśnie był on - jeśli chce się wypełnić misję, jaką sobie nakazałem, to czas jest monetą, którą trzeba wydać bez wahania i wyrzutów sumienia.

Mówiąc to, młody człowiek oparł się na ramieniu Bastiena i wszedł z nim do pałacu. Armand mieszkał na ulicy Culture-Sainte-Catherine od czasu, kiedy wszedł w posiadanie olbrzymiej fortuny. Cieszyły go samotność i oddalenie tej dzielnicy, a jednocześnie umożliwiały mu dotarcie do klas pracujących i biedaków, wśród których szerzył swoje dobrodziejstwa i swoje tajemnicze jałmużny.

Bastien zaprowadził go do jego gabinetu.

- Jak przypuszczam, zechce się pan położyć spać...? - zapytał.

- Jeszcze nie, mój zacny Bastienie, mam jeszcze kilka listów do napisania - odpowiedział Armand, siadając za biurkiem - przede wszystkim w sprawie mego dzieła.

- Panie - szepnął starzec z ojcowskim akcentem w głosie - zabijacie się przy tej robocie.

- Bóg jest dobry, a ja mu służę - odparł Armand. - Jeszcze długo pozwoli mi zachować siły.

W tej chwili ktoś delikatnie zapukał do drzwi.

- Proszę wejść - rzekł młodzieniec, zdziwiony wizytą o tak nieodpowiedniej porze.

Na progu, wprowadzony prze kamerdynera, ukazał się jakiś mężczyzna, którego można by wziąć za ulicznego gońca.

- Pan hrabia de Kergaz? - zapytał.

- To ja - odparł Armand.

Goniec niezręcznie pozdrowił go i podał mu list, a Armand natychmiast złamał pieczęć. Pismo było nieznane, więc spojrzał na podpis i przeczytał nazwisko "Kermor".

Podobnie jak list, to nazwisko nic nie mówiło Armandowi.

- Zobaczmy! - powiedział i wziął się do czytania.

 

Panie hrabio!

Posiadasz wielkie i wspaniałomyślne serce. Poświęcasz ogromną fortunę, aby czynić dobro, a jest człowiek, którego umysł jest dręczony wyrzutami sumienia, który czuje zbliżające się ostatnie godziny życia i on zwraca się do pana. Lekarze dają mi najwyżej sześć godzin życia. Przybądź, bo mam panu do powierzenia szlachetną i świętą misję. Tylko pan może ją spełnić.

 

Armand uważnie przyjrzał się gońcowi i zapytał:

- Jak się nazywasz?

- Colar - odpowiedział posłaniec. - Mieszkam w pałacu pana Kermora, a szwajcar wręczył mi ten list, bym go panu zaniósł.

Przybrał przy tym głupawy wyraz twarzy, który bardzo dobrze do niego pasował i doskonale maskował porucznika kapitana Williamsa.

- Gdzie mieszka osoba, która cię tu przysłała?

- Na ulicy Saint-Louis-en-l'Île - odpowiedział Colar.

- Zaprzęgać! - rozkazał Armand.

Dwadzieścia minut później powóz hrabiego de Kergaz przejeżdżał przez bramę wjazdową starego pałacu, zbudowanego w pierwszych latach panowania Ludwika XIV przez urzędnika zajmującego się podatkami od soli. Dom miał wygląd ponurych, smętnych porzuconych domów. Na bruku dziedzińca bujnie rosła zielona trawa, a ponieważ blask świtu zaczął pobielać szczyty dachów, Armand mógł zauważyć, że okna pierwszego i drugiego piętra są szczelnie zamknięte i za nimi nie było widać żadnych świateł.

Bramę otworzył stary służący bez liberii, w ubraniu równie zniszczonym jak sam budynek i powiedział:

- Czy pan hrabia byłby tak dobry i zechciał pójść za mną?

- Chodźmy! - odparł Armand.

Służący, zaopatrzony w pochodnię, wraz z odwiedzającym zaczęli wchodzić po schodach, ośmiu podpróchniałych stopniach z dwoma poręczami, a następnie wkroczyli do obszernego przedsionka, równie ponurego jak sama budowla. Potem minęli kilka komnat zastawionych zniszczonymi meblami z rozmaitych epok i wreszcie sługa uniósł portierę, wpuszczając do pomieszczenia trochę światła.

Armand znalazł się w sypialni umeblowanej w stylu rokoko. Zobaczył stojące pośrodku łoże ze złoconymi kolumienkami i baldachimem, z którego zwisały fałdy jedwabnego materiału o deseniu w wielkie gałązki i kwiaty, z wezgłowiem przy ścianie. W tym łożu pan de Kergaz ujrzał chudego, łysego starca o żółtej cerze i oczach błyszczących dziwacznym ogniem.

Starzec powitał Armanda i wskazał mu siedzenie znajdujące się u wezgłowia łoża. Potem dał znak służącemu, który dyskretnie się wycofał, zamykając za sobą drzwi.

Armand z głębokim zdziwieniem przyglądał się starcowi i sam sobie zadawał pytanie, czy faktycznie ten człowiek, którego wzrok iskrzył się blaskiem, był umierający.

- Panie - odezwał się wreszcie starzec, odgadując wątpliwości przybysza - wyglądam na człowieka, któremu daleko do kresu życia. Tymczasem to nic nie znaczy, gdyż tak nie jest. Mój lekarz, który jest zdolnym człowiekiem, oznajmił mi, że około ósmej w mych płucach nastąpi krwotok, a o dziewiątej przestanę żyć...

- Medycyna często się myli! - pocieszał go Armand.

- Och! Mój lekarz jest człowiekiem nieomylnym - odrzekł starzec. - Ale nie z tego powodu pana wezwałem.

Armand ciągle wpatrywał się w gospodarza.

- Panie - mówił dalej - jestem baron Kermor de Kermarouet i umrę jako ostatni z mego rodu, przynajmniej w oczach świata, ponieważ mam tajemne przeczucie, że gdzieś na świecie żyje osobnik mojej krwi, mężczyzna lub kobieta. Dziś umieram sam, bez krewnych, bez przyjaciół i nikt po mnie nie zapłacze... Od dwudziestu lat nie opuszczam swego pałacu, od dwudziestu lat nie widziałem innej twarzy jak tylko mego starego, wiernego służącego, który towarzyszy mi od piętnastu lat, toteż bardzo jestem wzruszony, widząc dziś pana, hrabio. Posiadam zawrotnie olbrzymi majątek... - suchy i iszczący kaszel przerwał na chwilę zwierzenia. - Z braku spadkobierców przejdzie na rzecz państwa z krzywdą... mojego dziecka... A pochodzenie tego majątku, prawie niepoliczalnego, jest tak samo dziwne, jak dziwna jest straszna kara, którą doświadczył mnie Bóg za błędy mego życia.

Armand de Kergaz z słuchał z rosnącym zdziwieniem.

- Proszę posłuchać - ciągnął pan de Kermarouet - wyglądam na siedemdziesięcioletniego starca, a mam zaledwie pięćdziesiąt trzy lata. W 1824 roku jako szlachcic byłem podporucznikiem huzarów, a cała moja przyszłość zależała od szpady. Zaczęła się wojna w Hiszpanii87, a mój pułk, będący drugim pułkiem huzarów, kwaterował w Barcelonie. Wyjechałem na sześciomiesięczny urlop do Paryża, a powrotną drogę odbywałem w towarzystwie dwóch innych, również urlopowanych oficerów. Podróżowaliśmy konno, od świtu do zmierzchu, nocując w napotykanych miastach i wioskach, a nawet w przydrożnych, samotnych karczmach. W odległości trzydziestu dwóch kilometrów od Tuluzy, prawie już u podnóża Pirenejów, zaskoczyła nas noc w pobliżu nędznego zajazdu, położonego na dzikim ustroniu. Wokoło nie było ani jednej ludzkiej siedziby, przed nami rysowały się gardziele gór, za nami rozległe pustkowie. Nie można było myśleć o dalszej drodze tego dnia. Zdecydowaliśmy się spędzić noc w tej knajpie, której godłem była jedynie gałąź ostrokrzewu88, a jedynymi mieszkańcami starzec i kobieta. Niezwykłe było jednak to, że tego wieczora do tego zajazdu napłynęła liczna klientela, bowiem godzinę przed nami przybyły tu dwie kobiety w towarzystwie hiszpańskiego mulnika89 i zdecydowały się przenocować. Jedna z tych kobiet była stara i pomarszczona, druga okazała się pięknym dziewczęciem mającym około dwudziestu lat. Wracały z małej doliny pirenejskiej położonej przy granicy hiszpańskiej, gdzie lekarze posłali starszą damę na kurację. Przynajmniej tak wynikało z ich rozmowy podczas naszej wspólnej wieczerzy. Nasze mundury oczywiście wzbudzały zaufanie, jakim zwykle kobiety darzą wojskowych, wierząc w ich prawość. Po kolacji panie, wyrażając duże zadowolenie, że nic będą same w odludnej karczmie, spokojnie udały się na spoczynek, zajmując na górze dwa maleńkie i jedyne w całym zajeździe pokoiki, podczas gdy my ulokowaliśmy się w stajni na wiązkach słomy. Byliśmy młodzi, panie, tego wieczora sporo wypiliśmy, a poza tym czuliśmy się zwycięzcami w podbitym kraju, więc uroda młodej dziewczyny wywarła dziwny skutek na nasze dwudziestoletnie umysły... Jeden z nas, z pochodzenia Belg, niemający żadnych skrupułów w kwestii honoru, ośmielił się zaproponować nam rzecz tak nikczemną, że gdybyśmy byli trzeźwi, z oburzeniem odtrącilibyśmy jego propozycję... Ale byliśmy pijani i ze śmiechem ją przyjęliśmy. Biedna dziewczyna... Może pan sobie wyobrazić? Ciągnęliśmy losy i ona mnie przypadła w udziale. Doszło wówczas do nikczemnych i strasznych wydarzeń, panie, w tym prawie opustoszałym domu. Kupiliśmy milczenie poganiacza mułów i oberżystów i podczas gdy moi towarzysze nie reagowali zupełnie na krzyki wołającej o pomoc starszej kobiety, ja wlazłem przez okno do pokoju młodej dziewczyny.

 

Umierający przerwał na chwilę, a Armand zobaczył, jak dwie gorące łzy stoczyły się po jego bladych policzkach.

- Gdy nastał dzień - ciągnął dalej starzec - byliśmy już dwadzieścia pięć kilometrów od samotnej karczmy, gdzie zostawiliśmy biedną, okrytą niesławą dziewczynę. Ze wspomnień o niej zachowało się tylko to, że miała na imię Thér?se, oraz ten medalion, który widocznie zerwałem jej z szyi w czasie szamotaniny, kiedy rozpaczliwie ze mną walczyła. Jakim sposobem znalazł się on później w mojej kieszeni? Tego nigdy nie potrafiłem wyjaśnić.

Przybyliśmy do Barcelony w przeddzień bitwy; nazajutrz dostaliśmy się pod ogień wroga i dwaj moi towarzysze zostali zabici. Widziałem w tej podwójnej śmierci rękę Boga, jaką na nas trzech położył, i w moje serce wniknęły wyrzuty sumienia z powodu mego ohydnego czynu. I zaczęły mnie one dręczyć. Miałem nawet bardzo dziwaczne uczucie, że śmierć tylko dlatego mnie oszczędziła, iż Opatrzność szykowała dla mnie jeszcze straszliwszą karę.

Tymczasem załatwiałem różne sprawy, wykonywałem różne zadania, a zawsze powracałem zdrowy i cały. Płynęły dni, później miesiące. Wspomnienie o mojej zbrodni zaczynało się powoli zacierać, kiedy w nieoczekiwany sposób zdobyłem majątek, który obecnie posiadam i nie wiem, czy mogę komuś zapisać.

Przybyłem do Madrytu, gdzie dostałem kwaterę u starego, bogatego żyda, trudniącego się handlem skórami z Kordoby90. Żyd ten, z pochodzenia Francuz, opuścił Rennes91 w 1789 roku.

Kiedy wprowadziłem się do jego domu, zaanonsowany listem z garnizonu, był już chory, i to bardzo poważnie. Dwa dni później nastąpiła agonia. W środku nocy zostałem wyrwany ze snu przez jego jedyną służącą, która przyszła błagać mnie o pomoc, gdyż dostał jakiegoś strasznego ataku i majaczył.

Zszedłem do niego na wpół ubrany i zacząłem się nim opiekować. Na mój widok wydawał się dochodzić do siebie i odzyskiwać nieco sił; wróciła mu przytomność umysłu, zaczął mi gorąco dziękować i w pewnej chwili spytał mnie o nazwisko.

- Kermor de Kermarouet - odpowiedziałem.

- Kermarouet! - wykrzyknął dziwnym głosem. - Pan nazywa się Kermarouet?!

- Tak.

- Pióro! Pióro...!" - zwrócił się do mnie, składając błagalnie w górze dłonie i wskazując mi stary sekretarzyk, gdzie istotnie znalazłem pióro, papier i atrament. Położyłem przed nim przybory do pisania, nie za bardzo wiedząc, co zamierza zrobić.

Drżącą ręką starzec napisał kilka słów:

 

Ustanawiam pana Kermora de Kermarouet moim wyłącznym spadkobiercą.

 

Następnie podpisał się i dziesięć minut później już nie żył.

W papierach zmarłego żyda znalazłem wytłumaczenie takiego jego zachowania.

Mój dziadek, baron de Kermarouet, zmuszony wyemigrować z Francji, przekazał żydowi w depozycie sto tysięcy liwrów. Gdy nastały w Paryżu czasy Terroru92, żyd przeniósł się do Rennes, a później razem z rojalistami93 opuścił ojczyznę. Udał się do Hiszpanii, gdzie zajął się handlem i dzięki pieniądzom mojego dziadka dorobił się olbrzymiego majątku. Dziadek mój zostawił mu dwieście tysięcy franków, on zwrócił mi dwanaście milionów.

Rozumie pan, jaki dziwaczny przewrót wprowadziła w moje życie otrzymana fortuna, którą mógłbym się upajać, gdyż miałem wtedy trzydzieści lat, gdyby wyrzuty sumienia nie przytłaczały mnie całym swoim ciężarem fatalności!

Opuściłem Hiszpanię i przybyłem do Paryża, zdecydowany wywrócić świat do góry nogami, by tylko odnaleźć Thér?se i poślubiając ją, zwrócić honor, który jej ukradłem. Takie było moje główne zamierzenie, lecz tam czekała na mnie kara...

Zaledwie przyjechałem, zaledwie urządziłem się w tym starym pałacu, w którym się znajdujemy i który kupiłem, ponieważ należał kiedyś do naszej rodziny, gdy zapadłem na straszną, nieznaną chorobę, która przykuła mnie do łoża, w którym mnie pan widzi i którego nie opuściłem od dwudziestu lat. Bóg wreszcie mnie ukarał.

Przez kilka pierwszych lat, ogarnięty tą straszliwą chorobą, nazywaną rozmiękczeniem rdzenia kręgowego, nie miałem innego celu, innego pragnienia, jak odzyskanie zdrowia. Wzywałem na pomoc największe sławy lekarskie z całego świata. Wszystko na próżno. Dzisiaj, w ostatniej godzinie życia, moje spojrzenie zwróciło się ku przeszłości i zadawałem sobie pytanie, czy to biedne dziewczę, które okryłem niesławą, żyje jeszcze na tym świecie... Czy przypadkowo nie jestem ojcem. Teraz mnie pan rozumie?

- Tak! - szepnął Armand.

- A więc, panie! - kończył umierający. - Dowiedziałem się, że ty sam, panie, przeznaczasz wielki majątek i swój szlachetny intelekt na spełnianie najświętszej i najwyższej misji w Paryżu: "Czynić dobro, zapobiegać złu". Masz swoich agentów, karzesz pan i nagradzasz; odkrywasz najbardziej ukryte nieszczęścia i najbardziej tajemnicze niegodziwości. Pomyślałem sobie, że możesz odnaleźć tę, której przekażesz w spadku tę fortunę, którą zamierzam oddać.

- Ależ proszę pana - zauważył Armand - to honor dla mnie, że budzę pańskie zaufanie, lecz czy mogę wiedzieć, że kiedykolwiek...

- Będzie się pan starał...

- A jeśli ta kobieta już nie żyje, jeśli wbrew pańskiemu przeczuciu wcale nie ma dziecka?

- No cóż, w takim przypadku pan będzie moim jedynym spadkobiercą.

- Ależ panie...

- Nigdy nie jest się zbyt bogatym, panie - rzekł baron de Kermarouet - by wypełnić dzieło, które pan na siebie nałożył. Poświęcisz moją fortunę, aby ulżyć niedolom, ukarać potworne zbrodnie, kryjące się w tym oceanie dobra i zła, który nazywa się Paryżem.

I gdy Armand jeszcze się dziwił i wahał, baron wyciągnął rękę w stronę wahadłowego zegara stojącego na kominku.

- Proszę spojrzeć - rzekł. - Czas płynie, lecz on nie jest nasz. Umrę za trzy godziny. Proszę spojrzeć na ten kuferek, który stoi na gerydonie. Klucz do niego mam zawieszony na szyi. Kiedy wydam ostatnie tchnienie, pan weźmie ten klucz. W kuferku znajdzie dwa testamenty noszące dwie różne daty. Jeden czyni pana moim wyłącznym spadkobiercą, w drugim przekazuję mój majątek Thér?se lub jej dziecku, jeśli ona ma dziecko. Znajdzie pan też załączony do tego drugiego testamentu medalion, który nosiła w tę fatalną noc. W tym medalionie jest pukiel włosów i portret damy, bez wątpienia portret jej matki To jedyna wskazówka, jaką mogę panu zostawić.

Głos umierającego stopniowo gasł; zbliżała się godzina jego śmierci.

W tej chwili u bramy zadźwięczał dzwonek.

- To ksiądz! - szepnął starzec. - Zażądałem księdza na szóstą godzinę.

Kiedy baron Kermor de Kermarouet zaczął się spowiadać, a wysłannik Boga jednał go z Niebem, Armand usunął się na bok. Potem baron ukląkł przy łóżku i razem z księdzem odmówił modlitwy za umierających.

Dwie godziny później, potwierdziła się diagnoza lekarza: baron de Kermarouet nie żył.

Wezwany natychmiast komisarz policji opieczętował wszystko. Armand oddalił się, zabierając ze sobą dwa testamenty. U łoża zmarłego przez chwilę pozostał jedynie posłaniec, który przyniósł hrabiemu de Kergaz list od barona.

Colar, kiedy został sam, zaczął się śmiać.

- Biedny starcze! - powiedział, patrząc na zwłoki. - Umarłeś bardzo uspokojony, a przecież nikomu nie ufałeś. Wszedłem do twego domu jako nędzarz, a ty mnie przyjąłeś i wcale nie przypuszczałeś, że poprosiłem cię o zamieszkanie w mansardzie twego pałacu tylko po to, by zobaczyć, co się da wyciągnąć od bogatego człowieka niemającego spadkobierców. Biedny starcze! - dodał z dziwnym akcentem w głosie. - A teraz ten dobry pan de Kergaz, ten szlachetny człowiek, proszę ja ciebie, wyruszy na poszukiwanie spadkobierców. Bądź spokojny, kapitan Williams jest dzielnym człowiekiem i razem odnajdziemy Thér?se jeszcze przed hrabią. Miliony będą nasze!

Colar znowu zaczął się śmiać nad ciepłym jeszcze trupem.

Pan Kermarouet, który był martwy, nie mógł się zerwać z łoża, by wypędzić tego bezbożnika szydzącego przy śmiertelnym łożu... a Armand de Kergaz już opuścił pałac!

 

 

81 Le Marais (z fr. marais - bagna) - dzielnica Paryża na północnym brzegu Sekwany, na terenie Trzeciej i Czwartej Dzielnicy, określana tą wspólną historyczną nazwą; znajduje się w trójkącie między Centrum Pompidou, placem Bastylii i placem Republiki; pierwotnie było to zielone przedmieście Paryża, gdzie swoje posiadłości rolne mieli tu templariusze (np. twierdzę Temple); dzielnica rozkwitła na przełomie XVI/XVII wieku, gdy Henryk IV miał tu swoją główną siedzibę; przyciągnęła ona w te rejony arystokrację, która zaczęła tu budować swoje posiadłości; okolica ta opustoszała jednak ponownie już pod koniec XVII wieku, gdy siedziba królów Francji została przeniesiona do Luwru; dawne pałace i siedziby arystokracji przejęli drobni kupcy i miejska biedota; w XIX wieku obszar stał się dzielnicą przemysłową, co uchroniło budynki Le Marais przed unowocześnieniem.

82 Henryk IV Burbon (1553-1610) - król Francji od 1589 roku, pierwszy z dynastii Burbonów, wcześniej król Nawarry; edyktem nantejskim z 1598 roku zakończył wojny katolików z hugenotami; powszechnie lubiany i szanowany; zasztyletowany został przez szaleńca Ravaillaca.

83 Sfinks - postać mitologiczna przedstawiana najczęściej jako leżący lew z głową człowieka-boga lub władcy o zagadkowym uśmiechu.

84 Karol VIII (1470-1498) - król Francji od 1483 roku, syn Ludwika XI (1423-1483), z dynastii Walezjuszów i Karoliny Sabaudzkiej; został królem w wieku trzynastu lat, po śmierci swojego ojca, jednak do 1491 roku regencję sprawowała jego najstarsza siostra, Anna de Beaujeu, wraz ze swym mężem Piotrem II, księciem de Burbon; dopiero po ślubie z Anną Bretońską w 1491 roku Karol VIII objął samodzielne rządy.

85 Anna Bretońska (1477-1514) - córka księcia Franciszka II z dynastii Kapetyngów i Małgorzaty de Foix, ostatnia niezależna księżna Bretanii, późniejsza królowa Francji; kiedy król Francji Karol VIII zajął Bretanię, ożenił się z Anną; to małżeństwo przypieczętowało wcielenie Bretanii na stałe do Korony Francuskiej.

86 Faworyty (bokobrody) - zarost pozostawiony na policzkach.

87 Chodzi o interwencję wojsk francuskich w ramach Świętego Przymierza, kiedy to korpus księcia d'Angoul?me, liczący ponad 90 tys. Żołnierzy, 7 kwietnia 1823 roku wkroczył do Hiszpanii i nie napotykając większego oporu, przywrócił na tron Ferdynanda VII.

88 Ostrokrzew (Ilex) - rodzaj roślin z rodziny ostrokrzewowatych (Aquifoliaceae); ponad 300 gatunków występujących głównie w subtropikalnych strefach obu półkul.

89 Mulnik - poganiacz mułów.

90 Kordoba (Kordowa) - miasto w południowej Hiszpanii, nad rzeką Gwadalkiwir, stolica prowincji Kordoba, w regionie Andaluzja; ośrodek przemysłowy, naukowy oraz turystyczny o znaczeniu światowym.

91 Rennes - miasto w północno-zachodniej Francji (Bretania).

92 Terror - okres rewolucji francuskiej charakteryzujący się zaostrzoną formą sprawowania władzy szczególnie w stosunku do osób uznanych za zagrażających republice (trafiali oni zazwyczaj na gilotynę); jego początek sytuowany jest we wrześniu 1792 roku lub w marcu 1793 roku (od dziesiątego czerwca 1794 - daty uproszczenia procedury sadowej - zwany Wielkim Terrorem), a kończy go upadek Robespierre'a dwudziestego siódmego lipca 1794.

93 Rojaliści - monarchiści, zwolennicy władzy królewskiej; po obaleniu monarchii we Francji (1792) dążyli do przywrócenia władzy królewskiej; na emigracji zabiegali o pomoc dworów europejskich w obaleniu rewolucji i organizowali powstania we Francji (Wandea).