Rozdział I
Spotkanie
Upłynęły cztery lata.
Pewnego dnia, około czwartej po południu, powóz pocztowy pędził pełnym kłusem drogą ku Nivernais1.
Było to jesienią 184... roku, a dokładniej w końcu października. O tej porze roku nie ma nic piękniejszego niż środkowe rejony Francji, a zwłaszcza ta część Nivernais, dotykająca departamentu Yonne2, stanowiąca część gminy Clamecy3.
Rozległe pastwiska, tracąc swą letnią ciemną zieleń, przechodzą w delikatną żółtawą barwę, obwieszczającą bliskie przymrozki. Drzewa zaczynają ogałacać się z liści, a melancholiczne wyniosłe topole, obrzeżające kanał i rzekę Yonne, chylą się przy podmuchach pierwszych chłodnych północnych wiatrów.
Tymczasem powietrze jest jeszcze ciepłe, niebo pozbawione chmur, jedynie rankami przejrzysta mgła pokrywa łąki i bagna, rozpraszając się przy pierwszych uderzeniach promieni słonecznych. Pod wieczór znowu powoli schodzi z pagórków i rozciąga się po jasnych dolinach, pozłacanych ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.
Powóz pocztowy, o którym mówimy, pokonywał właśnie w tym czasie najbardziej malownicze i najdziksze okolice tej pięknej krainy, dokładnie dolinę, w głębi której wiła się tysiącznymi skrętami rzeka - dzieło Boga, dążąc do kanału - dzieła ludzi.
Dolinę otaczały dwa łańcuchy wzgórz pokrytych rozległymi lasami, sięgającymi aż do Morvan4. Tu i ówdzie pośród omszonych skał i zielonych drzew, kąpiących w wodzie swoje najdalsze korzenie, wystrzeliwała w górę dzwonnica należąca do wiejskiego kościółka pokrytego dachem wykonanym z łupków, jakaś wioska, na której chatach strzechy zastępowały dachówki, czasami piękne ruiny feudalnych zamczysk, przypadkiem zachowanych po 1793 roku5, których ponura linia wciąż wskazywała na ich istnienie.
Główny gościniec biegł błękitnawą wstęgą przy brzegu kanału, mijając domki dozorców śluz, mknąc u podnóża wiosek piętrzących się w połowie wyniosłości pośród bezładnie rosnących dębów i winorośli w pobliżu zieleniejących łąk.
W pocztowym powozie, którego buda była ściągnięta do tyłu, mężczyzna i kobieta trzymali między sobą śliczne czteroletnie dziecię o blond włosach, niebieskich oczach, bez przerwy szczebioczące, wypytujące o coś to swego ojca, to swoją matkę, zachwycające się odgłosem dzwonków brzęczących u szyi czterech silnych perszeronów6, stanowiących ten arystokratyczny zaprzęg. Ojciec dziecka był jeszcze młodym, wysokim mężczyzną, mogącym mieć trzydzieści siedem lub trzydzieści osiem lat, z czarnymi włosami i błękitnymi oczyma.
Jego nieco surowa twarz wciąż była piękna i stawała się niemal młodzieńcza, gdy dziecko patrzyło na niego głębokim i uroczym spojrzeniem, pełnym naiwnej ciekawości i podziwu, który przydarza się jedynie w dziecięcym wieku.
Matka mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Była nieco bladą blondynką, z uśmiechem na twarzy, w którym szczęście objawiało się przez melancholię. Była podobna do dziecka, tak jak rozwinięta róża podobna jest do nabrzmiewającego pączka kwiatu.
Dziecko siedziało pomiędzy obojgiem rodziców: każde z nich trzymało je za rączkę, mając drugą rękę przesuniętą na plecy, gdzie te dwie ręce obejmowały się w czułym uścisku.
Ta rękojmia ich miłości wydawała się przedłużać miodowy miesiąc, zwykle tak krótki, który jednak dla nich wydawał się nie mieć końca.
Otóż tym mężczyzną i tą kobietą, których elegancki podróżny ubiór, dwaj lokaje siedzący w tyle powozu i wykwintny pocztowy zaprzęg wskazywały na wysoką pozycję społeczną, byli hrabia i hrabina de Kergaz, powracający z Włoch i udający się do swojej ziemskiej posiadłości w Magny-sur-Yonne7, gdzie postanowili spędzić późną jesień, a powrócić do Paryża dopiero w połowie grudnia.
Hrabia Armand de Kergaz wyjechał z Paryża tydzień po zawarciu małżeństwa z panną de Balder.
Zaczarowane chwile pierwszej miłości przeżyli nad Morzem Sycylijskim w ocienionej willi wynajętej przez hrabiego w Palermo8.
Spędzili tam sześć miesięcy, całą zimę, tę porę ostrych mrozów i gołoledzi we Francji, a tam ciepłych promieni słońca i przyjemnych wiosennych wietrzyków. Następnie wrócili do Paryża, by zamieszkać w trochę zimnym i obszernym pałacu przy ulicy Culture-Sainte-Catherine.
Tu jednak nagła zmiana powietrza, a może także jakieś przykre wspomnienia źle wpłynęły na stan zdrowia pani de Kergaz.
Wątła młoda kobieta na tyle poważnie zachorowała, by zaniepokoić lekarzy, którzy kazali jej bezzwłocznie wracać na Sycylię.
Armand de Kergaz wyjechał zatem, zabrawszy ze sobą prawie już młodą matkę, ponieważ Jeanne była w siódmym czy ósmym miesiącu ciąży, na sycylijską ziemię, gdzie słońce jest tak uzdrawiające dla tych, którzy cierpią.
Wkrótce można było dostrzec pomyślny wpływ tego błogosławionego klimatu. Jeanne szybko wracała do zdrowia, piękniejsza i młodsza niż kiedykolwiek. Jej dziecię przyszło na świat w Palermo. Jego kołyskę ocieniały zielone gałęzie sykomory9, a cichy szmer jaśniejących w słońcu lazurowych fal był pierwszą piosenką, jaką usłyszało.
Ponieważ to ciepłe, wonne powietrze tego pięknego kraju sprzyjało rozwijaniu się kochanego niemowlęcia, zostali w Palermo jeszcze przez trzy następne lata, choć hrabina już pod koniec pierwszego roku powróciła do zdrowia.
Pewnego dnia zapukała jednak do ich drzwi tęsknota za domem, to dziwne i tak powszechne zło.
Pośród sosen Italii, oleandrów10 i sykomor, siedząc na tarasie willi, wznoszącym się nad morzem niebieskim jak szafir, słuchając tej wiecznej, słodkiej dla uszu skargi fal uderzających w ozłocone piaskiem wybrzeże, młodzi małżonkowie, żyjący tak długo swoim szczęściem, przypomnieli sobie o Francji. Nie myśleli jednak bynajmniej o Paryżu, owym wielkim i współczesnym Babilonie11, gdzie tyle wycierpieli i gdzie się zakochali, lecz o tej poetyckiej i uroczej okolicy Nivernais, gdzie pan de Kergaz po swoim pierwszym powrocie z Włoch nabył wspaniały ziemski majątek, w którym spędził dwa tygodnie, zanim pojechali w ciepłe okolice na południu, by tam podleczyć zdrowie swej małżonki.
Rozmyślali o tym pięknym zamku, ukrytym w zieleni starych dębów, otoczonym rozległym parkiem, przed którym rozkładały się zielone łąki, o owym zacienionym lesie, pełnym tajemniczych szmerów, pośród którego jesienią rozbrzmiewały dźwięczące fanfary myśliwych z gór Morvan, i jak w tylu miejscach, gdzie byli razem, powróciło szczęście, gdy uśmiechało się do nich wszędzie w postaci różowego jasnowłosego cherubinka... Wyjechali.
Przepłynęli statkiem do Neapolu, przemierzyli Italię na całej jej długości, szybko zwiedzili Rzym, Wenecję, Florencję, ruszyli malowniczą drogą brzegiem klifów i wrócili do Francji, przez departament Var, tę Italię w miniaturze.
Dwa tygodnie później jechali traktem ku Nivernais, gdzie właśnie ich spotykamy, a o czwartej po południu mieli jakieś pięć lub sześć lig12 do zamku w Magny.
- Jeanne, moja ukochana - zapytał Armand, patrząc z miłością na młodą kobietę, podczas gdy jego palce bawiły się jasnymi włosami małego Gontrana - powiedz mi, czy nie będziesz żałowała naszej willi w Palermo, naszej drogiej ziemi obiecanej, kiedy będziesz przebywała w tym odosobnionym pustym zamku, do którego jedziemy?
- Och, nie! - odpowiedziała. - Wszędzie, gdzie jesteś, kiedy moja ręka spoczywa w twej dłoni, czyż to nie jest dla mnie ziemia obiecana?
- Mój aniele - wyszeptał hrabia - uczyniłaś mnie tak szczęśliwym, iż zdaje mi się, że Bóg udzielił mi części raju na ziemi. We Włoszech czy we Francji, żyć z tobą i przy tobie to więcej niż ziemia obiecana, to dla mnie niebo!
Tu hrabia uścisnął drobną i białą dłoń żony i jednocześnie, jak gdyby wiedzeni jedną myślą, oboje złożyli na czole dziecięcia pocałunek.
- Jeżeli zechcesz, moja kochana duszyczko - kontynuował pan de Kergaz - spędzimy całą jesień w Magny, a do Paryża powrócimy dopiero w styczniu.
- Ach, chcę tego - odpowiedziała Jeanne. - Ten brzydki Paryż jest taki czarny, taki smutny! Tyle bolesnych wspomnień przywodzi mi na myśl!
Armand zadrżał.
- Moja biedna Jeanne - powiedział - widzę, jak chmurzy ci się czoło, jak twój wzrok napełnia się niepokojem... I zgaduję...
- Ależ nie - odparła - mylisz się... Mój ukochany Armandzie, czy w szczęściu można się czymś niepokoić?
To mówiąc, posłała mu, swój najlepszy uśmiech, ten lekko rozmarzony, który zdawał się mówić: "spokój serca jest trochę melancholijny".
- Tak - mówił dalej hrabia - przypominam sobie, że w Palermo imię tego wyklętego człowieka często wymawiały twe usta...
- Andrei...! - szepnęła Jeanne z nagłym wzburzeniem.
- Tak, Andrei. Mówiłaś do mnie, że piekielny charakter tego człowieka nie pozostawi go w spokoju... że nasze szczęście będzie go ścigać jak wyrzut sumienia. Mój Boże! Gdyby miał się tu pojawić...
- Tak, rzeczywiście ci mówiłam, drogi Armandzie - szepnęła hrabina - ale wtedy byłam szalona, ponieważ zapomniałem o tym, jaki jesteś szlachetny i silny i że przy tobie niczego nie muszę się obawiać.
- Masz rację - odparł pan de Kergaz wzruszonym głosem. - Mam siłę cię bronić, mam siłę, ponieważ cię kocham, i jestem silny, bo Bóg jest ze mną i to on uczynił mnie twoim opiekunem.
Jeanne spojrzała na męża wzrokiem pełnym ufności, wzrokiem kobiety mającej głęboką wiarę w ukochanego człowieka, w którym znajdowała oparcie dla siebie.
- Dobrze wiem - mówił dalej Armand - że mój brat Andrea jest jednym z tych ludzi, na szczęście bardzo nielicznych, którzy uczynili z naszego społeczeństwa pole bitwy, na którym wywijają sztandarami zła. Wiem, że jego piekielny geniusz niczym nie da się zniechęcić, wiem, że nienawiść, jaką mi zaprzysiągł, która była tak straszliwa, jeszcze wzrośnie, podrażniona klęską, jakiej doznał w tej walce ze mną. Uspokój się jednak, drogie dziecko, nadejdzie chwila, kiedy szatan, znużony daremną walką, umknie i nie ukaże się więcej. Taka chwila nadeszła niewątpliwie dla Andrei, ponieważ zostawia nas w spokoju, na zawsze zaniechawszy ścigania nas swoją zemstą.
Po chwili milczenia mówił dalej:
- Nazajutrz po naszym ślubie, drogi aniele, posłałem przez Leona Rollanda dwieście tysięcy franków temu zwyrodniałemu bratu, zobowiązując go listem, aby natychmiast wyjechał z Francji i udał się do Ameryki, gdzie znajdzie zapomnienie, a może i żal za swoje winy... Czy Bóg wzruszył nareszcie tę buntowniczą i występną duszę? Tego nie wiem, ale od czterech lat moja niestrudzona policja, jaką zorganizowałem w Paryżu, by czynić dobro, a którą oddałem pod moją nieobecność w ręce naszego dobrego, wspaniałego Fernanda Rochera, ta policja ustaliła, że Andrea opuścił Francję i od tego czasu wcale się w niej nie pojawił. Być może umarł...
- Armandzie, nie czyńmy takich bezbożnych przypuszczeń... - szepnęła Jeanne bolesnym tonem.
Hrabia złożył pocałunek na czole swej żony.
- Dlaczego jednak mamy się zasmucać tymi odległymi wspomnieniami, od których dzielą nas cztery lata niezmąconego szczęścia? Żyjmy w spokoju, moja droga, mając wzrok zwrócony na nasze dziecko i kontynuujmy czynienie dobra, by ulżyć tym, którzy cierpią - rzekł, a w myślach dodał:
"Karząc tych, którzy ściągnęli na swoją głowę wymiar surowej sprawiedliwości".
Pomimo oddalenia od Paryża o około pięćset lig, hrabia kontynuował swoje wielkie dzieło naprawy społeczeństwa, przeznaczając na to dwie trzecie swojej olbrzymiej fortuny, w czym pomagał mu Fernand Rocher.
Później zobaczymy, jaką pomocnicę znaleźli hrabia i hrabina de Kergaz w osobie skruszonej Madeleine, niegdyś zwanej Baccarat, a obecnie będącej kimś więcej, niż tylko pokorną siostrą miłosierdzia.
Podczas rozmowy prowadzonej przez pana de Kergaz i jego żonę powóz pocztowy toczył się pełnym kłusem, gdy nagle pocztylion zawołał głośno: " Z drogi!", co zwróciło uwagę młodych małżonków, którzy wychylili się z pojazdu i spojrzeli na drogę.
Jakiś człowiek leżał nieruchomo w poprzek gościńca, dość wąskiego w tym miejscu.
- Z drogi...! - powtórzył pocztylion.
Mężczyzna nie poruszył się wcale, mimo że pierwsze konie prawie go dosięgały. Wtedy pocztylion, by uniknąć nieszczęścia, gwałtownie zatrzymał zaprzęg.
- Ten człowiek bez wątpienia jest pijany - stwierdził pan de Kergaz, a zwracając się do jednego z dwóch lokajów siedzących w tyle powozu, powiedział: - Germain, zsiądź i usuń tego biedaka, by nie stało mu się coś złego.
Lokaj posłuchał polecenia, zszedł na ziemię i podszedł do rozciągniętego na drodze człowieka.
Był on bez obuwia, okryty łachmanami, a wielka rozczochrana broda zakrywała mu połowę twarzy. Wydawał się nieprzytomny.
- Biedny człowiek! Może padł z wycieńczenia... - wyszeptała hrabina, wzruszona aż do łez, a potem szybko wcisnęła mężowi w dłoń flakonik z trzeźwiącymi solami, który nosiła zawieszony na szyi, mówiąc jednocześnie do drugiego lokaja: - Prędko, François! Pospiesz się...! Otwórz kufer, gdzie znajdziesz butelkę malagi13 i trochę żywności.
Armand, wyskoczywszy z powozu, podbiegł do nieprzytomnego żebraka.
Był to młody człowiek, a na jego twarzy wychudzonej przez cierpienie zachowały się ślady wielkiej piękności. Brodę i włosy miał jasnoblond ze złocistym odcieniem, a jego bose nogi zbroczone krwią od cierni i opalone ręce posiadały wytworną delikatną formę.
Hrabia uważnie przyjrzał się temu człowiekowi i z jego ust wyrwał się okrzyk osłupienia.
- Mój Boże! - wyszeptał. - Jakie dziwne podobieństwo! Można by powiedzieć, że to Andrea...
Pani de Kergaz poszła w ślady męża. Wysiadła z pojazdu i jak on podeszła do biednego żebraka, i również, jak jej mąż, wydała okrzyk zdziwienia.
- Faktycznie, można by powiedzieć, że to Andrea...! - powtórzyła.
Było to jednak mało prawdopodobne, żeby baronet14 sir Williams, ów elegancki wicehrabia Andrea, tak nisko upadł, by potrzebował żebrać po drogach, bez obuwia, bez odzienia, prawie umierając z wycieńczenia.
Jakkolwiek było, jeżeli to był on, to został poddany wszelkim surowym próbom i doświadczył niedostatków, jeśli można było sądzić po wymizerowanej i wychudłej twarzy, na której nędza wyryła swe piętno.
A jednak były to jego rysy, jego postać, jego jasne blond włosy...
Podczas gdy dwaj lokaje podnosili go z ziemi, Armand podsunął mu pod nos flakon z trzeźwiącymi solami.
Żebrak przez długi czas nie otwierał oczu, wreszcie ciężko westchnął i wybełkotał kilka ledwo zrozumiałych słów:
- Było bardzo gorąco... czułem się strasznie głodny... nie wiem, co się stało... upadłem...
Mówiąc tak, żebrak, na którego pan de Kergaz i jego żona ciągle patrzyli z niespokojnym zaciekawieniem, powiódł wokół siebie błędnym wzrokiem...
Nagle utkwił go w Armandzie i natychmiast okazał coś w rodzaju przestrachu; usiłował wyrwać swe dłonie z rąk trzymających go lokajów i chciał uciekać...
Jego nogi opuchnięte od długiej drogi nie pozwoliły mu jednak na zrobienie choćby jednego kroku...
- Andrea! - wykrzyknął Armand, w sercu którego obudziło się uczucie głębokiej litości. - Andrea, to ty...?
- Andrea? - powtórzył żebrak złamanym głosem. - Co mówisz o jakimś Andrei...? On umarł... Ja go wcale nie znam... Jestem żebrak Jérôme...
Ogarnęło go jakieś konwulsyjne dygotanie, szczękały mu zęby... Najwyższym wysiłkiem zebrał wszystkie siły, by się uwolnić i uciec.
Te siły go jednak zawiodły; ponownie zemdlał i obsunął się na ziemię, jak gdyby umierając.
- To jest mój brat! - zawołał hrabia, który na widok tego człowieka, przywiedzionego do ostatniej nędzy, zapomniał o wszystkich jego zbrodniach i pamiętał tylko o tym, że w swym łonie nosiła ich dwóch ta sama matka.
- To jest twój brat, Armandzie! - powtórzyła pani de Kergaz, w której zbudziły się te same myśli i to samo współczucie.
Na rozkaz hrabiego przeniesiono go do powozu. Armand zwrócił się do pocztyliona:
- Mamy do Magny nie więcej jak trzy ligi, zatem popędzaj konie, byśmy dotarli tam za trzy kwadranse.
Powóz pomknął jak błyskawica i wkrótce wjechał w wielką lipową aleję prowadzącą do zamku.
Kilka minut później żebrak ponownie otworzył oczy dzięki starannej opiece. Znajdował się już nie na drodze, ale spoczywał w łóżku stojącym w eleganckiej sypialni.
Państwo de Kergaz z niepokojem i obawą zajmowali się nim, słuchając poleceń sprowadzonego pospiesznie doktora.
- To omdlenie - mówił lekarz - zostało wywołane długotrwałym brakiem pożywienia i strudzeniem długą pieszą wędrówką. Stopy są strasznie nabrzmiałe. Od wczoraj musiał pokonać co najmniej dwadzieścia lig.
- Andrea - szepnął pan de Kergaz, pochylając się nad uchem żebraka - jesteś tu u mnie... u swego brata... u siebie.
Andrea, gdyż faktycznie był to on, nadal patrzył błędnym, przestraszonym wzrokiem. Można by powiedzieć, że sądził, iż śni się mu jakiś dziwny sen, i starał się odepchnąć tę wizję.
- Bracie... - powtórzył pan de Kergaz, wzruszonym i łagodnym głosem - bracie, czy to na pewno ty?
- Nie, nie - wybełkotał. - Jestem żebrakiem, bezdomnym włóczęgą... człowiekiem, którego ściga boska sprawiedliwość, a zewsząd oblegają wyrzuty sumienia... Jestem jednym z tych wielkich winowajców, skazujących się dobrowolnie na tułactwo po całym świecie z ciężarem swych nieprawości.
Pan de Kergaz krzyknął z radości.
- Ach, bracie - szepnął - więc wreszcie odczuwasz skruchę?
Potem dał znak swej żonie, która wyszła, zabierając ze sobą doktora.
Wtedy Armand, zostawszy sam u wezgłowia wicehrabiego Andrei, ujął czule jego rękę i powiedział:
- Mieliśmy tę samą matkę i jeżeli jest prawdą, że skrucha zawładnęła twoim sercem...
- Nasza matka! Byłem jej katem... - przerwał mu Andrea głuchym głosem, a potem dodał z akcentem głębokiej pokory: - Bracie, skoro wypocznę, gdy moje obrzmiałe nogi pozwolą mi chodzić, pozwolisz mi stąd odejść, nieprawdaż...? Kawałek chleba, szklanka wody wystarczą.... Żebrak Jérôme nie potrzebuje nic więcej...
- Mój Boże...! - szepnął hrabia, którego szlachetne serce biło ze wzruszenia. - W jaką straszną nędzę wpadłeś, biedny bracie!
- W dobrowolną nędzę - odparł żebrak, pochylając głowę. - Pewnego dnia nadeszła skrucha i postanowiłem odpokutować wszystkie moje występki... Nie roztrwoniłem tych dwustu tysięcy franków, jakie otrzymałem od ciebie, bracie. Zostały zdeponowane w jednym z banków w Nowym Jorku. Dochód przelewa się na fundusz hospicjów... Ja niczego nie potrzebuję... Skazałem się na wędrówkę po świecie, prosząc o miłosierdzie, nocując w stajniach i stodołach... często na poboczu drogi... Może z czasem Bóg, do którego modlę się dniem i nocą, ostatecznie mi wybaczy.
- To już się stało! - odparł Armand. - Przebaczam ci, bracie, w imieniu Boga i mówię ci, że twoja pokuta jest wystarczająca...
Pan de Kergaz uścisnął w ramionach Andreę i dodał:
- Mój kochany bracie, czy chcesz żyć pod moim dachem, już nie jako włóczęga, nie jako winowajca, ale jako mój przyjaciel, równy mi jako syn jednej matki, syn marnotrawny powracający skruszony, dla którego otwierają się wszystkie ramiona? Pozostań, bracie, razem z moją żoną i dzieckiem. Będziesz żył nadal w spokoju, ponieważ ci wybaczono...
1 Nivernais - kraina historyczna w środkowej Francji, ze stolicą w Nevers.
2 Yonne - francuski departament położony w regionie Burgundia-Franche-Comté, utworzony 4 marca 1790 roku.
3 Clamecy - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Burgundia-Franche-Comté, w departamencie Ni?vre.
4 Morvan - pasmo górskie we Francji w regionie Burgundii, znajdujące się na pograniczu czterech departamentów: Ni?vre, Yonne, Côte-d'Or i Saône-et-Loire na północny wschód Masywu Centralnego.
5 1793 rok - początek wojen wandejskich (1793-1796), powstania rojalistycznego w Wandei w zachodniej Francji przeciw rządom republikańskim w okresie rewolucji francuskiej (1789-1799), pod hasłami obrony religii i monarchii.
6 Perszeron - francuska rasa zimnokrwistych koni, wyhodowanych w XVIII wieku w rejonie Perche (Normandia) z koni normandzkich i czystej krwi arabskiej; duży i ciężki koń; wys. w kłębie zwykle 160-172 cm, niekiedy znacznie ponad 170 cm; maść siwa lub kara; głowa szlachetna, nogi krótkie; rasa spokojna i zrównoważona, wytrzymała i wszechstronna, była użytkowana jako konie robocze, wojskowe, zaprzęgowe.
7 Magny-sur-Yonne (obecnie Magny) - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Burgundia-Franche-Comté, w departamencie Yonne.
8 Morze Sycylijskie (wł. Mar di Sicilia) - basen w środkowej części Morza Śródziemnego pomiędzy Sycylią a Afryką; oddziela wschodnią część Morza Śródziemnego od zachodniej; występują tu Cieśnina Sycylijska i Cieśnina Maltańska; Palermo - miasto i gmina we Włoszech, w regionie Sycylia, w prowincji Palermo, leżące na północy Sycylii.
9 Sykomora (ośla figa, Ficus sycomorus) - drzewo z rodzaju figowców, wysokie do 15 m; występuje głównie w Egipcie i Afryce Wschodniej; owoce w postaci drobnych orzeszków są ciężkostrawne; dostarcza dobrego drewna na meble.
10 Oleander pospolity (Nerium oleander) - krzew lub niewielkie drzewo z rodziny toinowatych, pochodzące z obszaru śródziemnomorskiego i zachodniej Azji; ma kwiaty różowe lub białe, obecnie także wiele odmian barwnych.
11 Babilon (biblijne Babel) - starożytne miasto w południowej Mezopotamii, z więżą Babel i wiszącymi ogrodami Semiramidy.
12 Liga - francuska miara długości (lieue), po wprowadzeniu systemu metrycznego uznana za równą 4 kilometrom, także angielska (land league), równa 3 milom (4828 metrom), pierwotnie odległość pokonywana pieszo przez godzinę.
13 Malaga - słodkie, deserowe wino hiszpańskie z podsuszonych winogron szczepów pedro ximénez i muscat de alexandria, o charakterystycznej gęstej konsystencji i słodkim aromacie przywołującym na myśl rodzynki oblane karmelem; kolor zależy od wieku, metody starzenia, poziomu cukru i proporcji użytych odmian winogron.
14 Baronet - najwyższy tytuł nadawany niższej szlachcie angielskiej, dziedziczony przez najstarszego syna, wprowadzony w 1611 roku przez króla Jakuba I, od 1801 roku pełna nazwa to baronet Zjednoczonego Królestwa, upoważnia do posługiwania się tytułem "sir".