Robert Plant. Życie - Paul Rees

Reflow text when sidebars are open.
Tytuł oryginału: Robert Plant: A Life: The Biography
Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd.
Copyright ? Paul Rees 2013 All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright ? for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014
ŹRÓDŁA FOTOGRAFII: otwarcia części: ? Camera Press/Perou (cz. III); ? News Ltd/ Newspix/Rex Features (cz. II); ? Redferns (cz. I); fotografie na wkładkach: ? Sam Bagnalll AMA Photo Agency/Wolves FC s. 15 (dół prawy); ? Camera Press/Perou s. 15 (dół lewy); Camera Press/? Randolph s.7 (góra lewa i prawa); ? John Crutchley s. 2 (dół lewy); ? Andy Earl s. 12 (środek); ? Nigel Eaton s.13 (góra i środek); ? James Fortune/ Rex Features s. 7 (środek lewy); ? Getty Images s. 8 (środek prawy), s. 9 (góra i środek), s.16 (góra); ? Ross Halfin s.14 (środek i dół), s.16 (środek); ? Idols/Photoshot s. 8 (góra); ? King EdwardVI Grammar School for Boys s. 1 (góra lewa), s. 2 (góra lewa); ? LFI/Photoshot s.10 (środek); ? Mirrorpix s. 5 (dół), s. 8 (dół lewy); ? David Montgomery/Getty Images s. 12 (dół); ? Bev Pegg s. 1 (dół), s. 13 (dół), s. 14 (góra), s. 15 (góra); ? Redferns s. 3 (góra i dół), s. 4 (góra i dół), s. 5 (góra), s. 6 (dół), s. 9 (dół), s. 10 (góra i dół), s. 11 (góra), s. 12 (góra); ? Colin Roberts s. 1 (góra prawa); ? Pete Souza/dpa/Corbis s.16 (dół); ? Time & Life Pictures/Getty Images s.6 (góra), s. 11 (dół); ? Jezz Woodroffe s. l1 (środek); ? DavidYeats s. 2 (góra prawa)
ISBN 978-83-64481-61-1
PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz FOTOGRAFIE NA OKŁADCE: ? Ian Dickson/The Hell Gate/Corbis/ Fotochannels (przód), ? Clay Enos/Retna Ltd./Corbis/Fotochannels (tył) REDAKCJA: Anna Wawryszuk KOREKTA: Elżbieta Kożuchowska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda
WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl
WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl
Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com
Ta książka nie powstałaby bez pomocy i wsparcia wielu życzliwych osób. Jestem świadom, że każdy zdrowy na umyśle czytelnik uważa długą listę nazwisk za równie pociągającą jak leczenie kanałowe u dentysty, ale gdybym nie wspomniał o wkładzie moich znajomych i przyjaciół, byłoby to z mojej strony poważne zaniedbanie.
Po pierwsze muszę podziękować Robertowi Plantowi za wszystkie wywiady, których mi udzielił i - chociaż nie autoryzował swoich wypowiedzi - za to, że podczas zbierania materiału do tej książki pozwolił mi dotrzeć naprawdę głęboko.
Kłaniam się nisko mojemu niezrównanemu agentowi Matthew Hamiltonowi z Aitken Alexander Associates za potraktowanie mnie w sposób wykraczający daleko poza jego służbowe obowiązki. Dzięki składam również naszemu człowiekowi w Nowym Jorku, Matthew Elbonkowi z De Fiore and Company. Podziękowania winien jestem także Natalie Jerome z londyńskiego HarperCollins i Denise Oswald z nowojorskiego oddziału tej firmy, które poganiały mnie i zachęcały do pracy. Dziękuję też Simonowi Gerrattowi i Markowi Bollandowi, mojemu znakomitemu redaktorowi, oraz wszystkim pracownikom HarperCollins zaangażowanym w ten projekt.
Moja żona Denise Jeffrey wykonała dla mnie ogromną pracę, wyszukując informacje niezbędne do napisania tej książki. Jestem także ogromnie zobowiązany następującym osobom: Nicoli Powell, Barbarze "BC" Cherone, Bernardowi McMahonowi, Steve'owi Morrisowi, Neilowi Storeyowi, Trudie Myerscough-Harris, Frances McMahon, Paulowi Branniganowi, Markowi Blake'owi, Maxowi Lousadzie, Dave'owi Lingowi, Simonowi Raymonde'owi, Williamowi Rice'owi, Sue Sillitoe, Johnowi Woodhouse'owi, Paulowi Berry'emu z klubu Wolverhampton Wanderers, Julie Wilde z King Edward VI College w Stourbridge, Dave'owi Brolanowi, a zwłaszcza Paulowi Tomsowi za ocalenie komputera.
Byłbym bezradny, gdyby całe mnóstwo osób nie zgodziło się udzielić mi wywiadów na potrzeby tej książki. Dziękuję im nie tylko za poświęcony czas i spostrzeżenia, ale także za wiele innych uprzejmości. Wśród moich rozmówców znaleźli się: Jim Lea, Dave Hill, Ross Halfin, Kim Fowley, Anton Brookes, Richard Cole, Bill Flanagan, Glenn Hughes, Bill Bonham, Nigel Eaton, Doug Boyle, Andrew Hewkin, Marco Giovino, Hossam Ramzy, Steve Gorman, Mike Kellie, Steve Bull, Mark Stanway, Christopher Selby, John Crutchley, Bob Harris, Jody Craddock, Michael Des Barres, Carole Williams, Dave Pegg, Roy Harper, Laurie Hornsby, Tony Billingham, Phill Brown, Mike Davies, Andy Edwards, Bev Pegg, Perry Foster, Dennis Sheehan, Chris Hughes, Michael Richards, Tim Palmer, Benji LeFevre, Roy Williams, Colin Roberts, Mark "Spike" Stent, Trevor Burton, Jezz Woodroffe, John Ogden, Najma Akhtar, Chris Blackwell, Kevyn Gammond, Gary Tolley, John Dudley, Stan Webb, David "Rowdy" Yeats i Dave Lewis.
Miałem również szczęście porozmawiać dwukrotnie z Jimmym Page'em. Bardzo mu dziękuję za te wywiady.
Podobnie wdzięczny jestem wszystkim pisarzom, dziennikarzom i fotografom, których dzieła posłużyły do wzbogacenia lub zilustrowania tej książki.
Wszystko, co w niej najlepsze, zawdzięczam wymienionym wyżej, natomiast wszelkie nieścisłości i błędy biorę na siebie.
Do pisania zainspirowali mnie dobrym słowem i cierpliwością moi nauczyciele - pani Godby, pan Bowler, pani Jeavons, pani Hinton, pani Wymer i Geoff Sutton. A nade wszystko moi rodzice, którzy zawsze mnie wspierali i wskazywali właściwą drogę.
Wyrazy wdzięczności i miłości kieruję również do Marka i 'Tashi Rees-Martinez oraz "Wujka" Michaela Reesa za ich szczodrość i nieocenioną pomoc, a także do wszystkich członków klanu Rees i Jeffrey.
Uważam się za olbrzymiego szczęściarza, ponieważ od dwudziestu lat mogę zarabiać na życie pisaniem o muzyce. Nigdy by mi się to nie udało, gdybym nie poznał Steve'a Morrisa, Phila Alexandra, Dave'a Hendersona czy Malcolma Dome'a, którym tą drogą składam szczere podziękowania. Wiele dobrego przyniosła mi też współpraca z takimi osobami jak: Marcus Rich, Jason Arnopp, Caroline Fish, Scarlet Borg, Dave Everley, Lucy Williams, Jo Kendall, Stuart Williams, Gareth Grundy, Matt Mason, Simon McEwen, Steve Peck, Russ O'Connell, Ian Stevens, Matt Yates, Ashlea Mackin, Mark Taylor, Warren Jackson i wszyscy inni świetni ludzie, którzy tolerowali mnie i inspirowali przez wszystkie szczęśliwe lata pracy w magazynach "Kerrang!" i "Q".
Książka ta została napisana[*] przy muzyce Led Zeppelin, Roberta Planta, Grateful Dead, Buffalo Springfield, Moby Grape, Jefferson Airplane, Fairport Convention, Vana Morrisona, The Band, The Byrds, Love, Alison Krauss, Patty Griffin i Gillian Welch. Cała przyjemność po mojej stronie...
* i przełożona.
KSIĄŻKI
Clayson Alan, The Origin of the Species: Led Zeppelin - How, Why and Where It All Began, 2006 Chrome Dreams.
Cole Richard i Trubo Richard, Stairway to Heaven: Led Zeppelin Uncensored, Nowy Jork 1992, HarperCollins.
Cross Charles R., Led Zeppelin: Shadows Taller than Our Souls, Londyn 2010, Aurum.
Daniels Neil, Robert Plant: Led Zeppelin, Jimmy Page & the Solo Years, Church Stretton 2008, Independent Music Press.
Davis Stephen, Hammer of the Gods, Nowy Jork 1985, William Morrow & Company.
Davis Stephen, LZ-'75: The Lost Chronicles of Led Zeppelin's 1975 American Tour, Londyn 2011, Fourth Estate.
Des Barres Pamela, I'm with the Band: Confessions of a Groupie, Londyn 2003, Helter Skelter Publishing.
Guralnick Peter, Careless Love, Londyn 2000, Abacus.
Hoskyns Barney, Led Zeppelin: The Oral History of the World's Greatest Rock Band, Hoboken 2012, Wiley.
Hoskyns Barney, Waiting for the Sun: Strange Days, Weird Scenes and the Sound of Los Angeles, Londyn 2003, Bloomsbury.
Kent Nick, Apathy for the Devil, Londyn 2010, Faber & Faber.
Neill Andy i Kent Matt, Anyway, Anyhow, Anywhere: A Complete Chronicle of The Who 1958-1978, Nowy Jork 2002, Sterling Publishing.
Oldham Andrew Loog, Stoned, Londyn 2001, Vintage.
Oliver Paul, Blues Fell This Morning, Nowy Jork 1960, Collier Books.
Tolinski Brad, Light & Shade: Conversations with Jimmy Page, Londyn 2012, Virgin Books.
Wall Mick, When Giants Walked the Earth: A Biography of Led Zeppelin, Londyn 2008, Orion Books.
Williams Ned, A Century of the Black Country, Stroud 1999, The History Press Ltd.
Young Rob, Electric Eden: Unearthing Britain's Visionary Music, Londyn 2010, Faber & Faber.
ARTYKUŁY
Alexander Phil, artykuł o Led Zeppelin, "Mojo", grudzień 2012.
Atlas Jacoba, wywiad z Robertem Plantem, "Circus", marzec 1970.
Blake Mark, Led Zeppelin: Let There Be Rock, "Q", marzec 2005.
Charlesworth Chris, wywiad z Robertem Plantem, "Melody Maker", 8 lutego 1975.
Charlesworth Chris, Robert Plant: Plantations, "Creem", maj 1976.
Costa Alvaro, niepublikowany wywiad z Page'em i Plantem, 1995.
Crowe Cameron, The Durable Led Zeppelin, "Rolling Stone", 13 marca 1975.
Cumming Tim, wywiad z Robertem Plantem, "Independent", lipiec 2012.
Dalton Stephen, wywiad z Robertem Plantem, "The National", kwiecień 2009.
DeCurtis Anthony, Refuelled and Reborn, "Rolling Stone", 23 lutego 1995.
DiMartino Dave, Hot Dog to Big Log, "Creem", październik 1983.
Eddy Chuck, Robert Plant: Technobilly, "Creem", czerwiec 1988.
Fricke David, wywiad z Robertem Plantem, "Rolling Stone", 24 marca 1988.
Fricke David, The Return of Led Zeppelin, "Rolling Stone", 13 grudnia 2007.
Fricke David, Beauty and the Beast, "Rolling Stone", 26 czerwca 2008.
Frost Deborah, Robert Plant: Last of the Red-Hot Rock Stars, "Spin", 1993.
Gill Andy, wywiad z Robertem Plantem, "Independent", 16 listopada 2010.
Hibbert Tom, Robert Plant: Guilty!, "Q", marzec 1988.
Hoskyns Barney, wywiad z Robertem Plantem, "Rock's Backpages", 2003.
Hoskyns Barney, wywiad z Robertem Plantem, "Tracks", 2003.
Hutchinson John, wywiad z Robertem Plantem, "Record Magazine", wrzesień 1983.
Jones Cliff, wywiad z Robertem Plantem, "Rock CD", kwiecień 1993.
McNair James, wywiad z Robertem Plantem, "Mojo", lipiec 2002.
Murray Charles Shaar, Robert Plant - and That Below-the-Belt Surge, "NME", 23 czerwca 1973.
Petracca Mark, wywiad z Robertem Plantem, "Creem", wrzesień 1993.
Rodrick Stephen, wywiad z Robertem Plantem, "Rolling Stone", 20 stycznia 2011.
Rosen Steven, wywiad z Robertem Plantem, "Guitar World", lipiec 1986.
Sandall Robert, Led Who?, "Q", maj 2008.
Scaggs Austin, wywiad z Robertem Plantem, "Rolling Stone", 28 października 2010.
Simmons Sylvie, wywiad z Page'em i Plantem, "Rolling Stone", 1998.
Snow Mat, Percy Pulls It Off , "NME", 8 czerwca 1985.
Snow Mat, wywiad z Robertem Plantem, "Q", maj 1990.
Snow Mat, wywiad z Page'em i Plantem, "Mojo", grudzień 1994.
Snow Mat, wywiad z Page'em i Plantem, "Mojo", maj 1998.
Sutcliffe Phil, Not the Led Zep Reunion, "Q", grudzień 1994.
Tortorici Frank, wywiad z Page'em i Plantem, "Addicted to Noise", 24 marca 1998.
Turner Steve, Zeppelin Man Takes the High Road to Nirvana, "The Times", czerwiec 1990.
Williams Mark, wywiad z Robertem Plantem, "International Times", kwiecień 1969.
Williams Richard, Robert Plant: Down to the Roots, "Melody Maker", wrzesień 1970.
POZOSTAŁE ŹRÓDŁA
The Black Country Society
Down from the Mountain, Momentum Pictures (DVD)
The International Bluegrass Museum, Kentucky
Led Zeppelin: How the West Was Won, Warner Music Vision (DVD)
No Quarter: Jimmy Page and Robert Plant UnLedded, Warner Music Vision (DVD)
Robert Plant: By Myself, BBC TV
TMZ.com
Archiwa Miejskie Wolverhampton
Skąd możesz wiedzieć, jak się to wszystko potoczy
Wreszcie był sam. Wrócił do garderoby, po której nerwowo się przechadzał ponad dwie godziny wcześniej, przerażony tym, co się zaraz wydarzy, ale także ciążącym mu brzemieniem historii. A przecież przybył tu właśnie po to, by w końcu się go pozbyć, by uśpić demony przeszłości.
Czuł obezwładniający lęk: jak ocenią go tysiące widzów kryjących się w mroku? On, facet po sześćdziesiątce, chciał cofnąć czas i odzyskać swoją cudowną młodość. Czy wyszedł przez to na głupca? Minuty przed koncertem rozciągały się w godziny, a on patrzył w lustro i pytał sam siebie, czy potrafi odnaleźć siebie sprzed lat. Czy to naprawdę możliwe, by jego głos odzyskał dawne, rewelacyjne brzmienie? Tak wiele wątpliwości - i żadnych odpowiedzi.
Pokój był pełen duchów, wśród których znajdował się jego pierworodny syn, jego najlepszy przyjaciel i wszyscy inni, których stracił. Chciał wystąpić przed nimi jako złoty bóg - po raz ostatni...
Zbliżała się północ 10 grudnia 2007 roku. Robert Plant wracał do sił po koncercie reaktywowanego Led Zeppelin w londyńskiej O2 Arena. Osłabł już ryk publiczności, który jeszcze przed chwilą przetaczał się nad nim jak grzmot burzy. Gwiazdor słyszał gwar głosów w korytarzach za kulisami. Przed koncertem panowała w nich cisza nabrzmiała oczekiwaniem, czy muzycy jeszcze raz pokażą, na ile ich stać.
Jimmy Page i John Paul Jones, pozostali żyjący członkowie Led Zeppelin, siedzieli w swoich garderobach pogrążeni we własnych myślach. Tego wieczoru znów wystąpili razem, mimo to dało się wyczuć między nimi pewien dystans. Osiągnęli tak wiele, a potem patrzyli, jak ich dzieła obracają się w ruinę. Pamięć wspólnych triumfów przeplatała się z gorzkimi wspomnieniami i wzajemnymi pretensjami. Relacje pomiędzy nimi przez wiele lat wspólnego grania tak się poplątały, że nie dało się ich już wyprostować.
Gdy w końcu drzwi garderoby się otworzyły, ci, którzy przybyli, żeby uścisnąć Plantowi dłoń i poklepać go po plecach, powiedzieli mu to, co sam już wiedział. On i pozostali muzycy Led Zeppelin wypadli wspaniale, lepiej, niż oczekiwano. Wątpliwości się rozwiały. Wokalista spłacił swój dług.
Pat i Joan Bonham, żona i matka Johna, przyjaciela i kolegi z zespołu, którego Robert pochował pół życia - a może tylko uderzenie serca? - temu, pogratulowały mu jako ostatnie. Uściskał je szczególnie mocno. Jason, syn jednej i wnuk drugiej z nich, zasiadł tego wieczoru za perkusją swojego ojca. Plant powiedział paniom Bonham, że John byłby bardzo dumny z syna... i wtedy upiory przeszłości powróciły.
Powinien teraz iść na przyjęcie piętro wyżej, spotkać się z przyjaciółmi. Czekało tam na niego mnóstwo VIP-ów. Z jego sukcesu cieszyli się Paul McCartney i Mick Jagger, Kate Moss i Naomi Campbell, Priscilla i Lisa-Marie Presley oraz wielu, wielu innych. Zamiast tego jeszcze raz ogarnął wzrokiem scenę, gdzie po raz kolejny odniósł triumf, a potem wezwał samochód i uciekł jak najdalej od wszystkiego i wszystkich.
"Atmosfera za kulisami O2 wyjątkowo mi nie odpowiadała" - powiedział mi trzy lata później.
Tego zimnego, ciemnego wieczoru pojechał przez Tamizę i ulice miasta rozświetlone gwiazdkowymi dekoracjami, aż do Chalk Farm w północnym Londynie, oddalonej zaledwie o półtora kilometra od zgiełku Camden Town i o kilka kroków od jego domu w Primrose Hill. Wysiadł z samochodu przed niepozornym tureckim barem Marathon na Chalk Farm Road.
Wszedł do środka, minął dwa rożny z szarawym mięsem piekącym się na wystawie, ladę ze stali nierdzewnej i jaskrawą reklamę zachęcającą do nabycia kebabu, burgera lub smażonego kurczaka. Dotarł do małego pomieszczenia bez okien z tyłu lokalu, usiadł przy drewnianym stole i zamówił pół butelki wódki, a do tego talerz humusu. Znali go tu i tolerowali. Tutaj, w towarzystwie nocnych bywalców baru Marathon - młodych kogutów, par zakochanych i lokalnych gangsterów - poczuł wreszcie spokój. Przez łukowate przejście widział wszystko, co działo się w głównej sali restauracji i na ulicy.
Roberta Planta poznałem osobiście w 1998 roku, kiedy pracowałem dla brytyjskiego magazynu rockowego "Kerrang!". Było to w okresie tuż przed wydaniem przez spółkę Page & Plant drugiego albumu, zatytułowanego Walking Into Clarksdale. W Londynie przeprowadzałem z tą dwójką wywiad, podczas którego nastrój Planta wahał się od lekceważącej zgryźliwości do rozbrajającej szczerości. Nie mogłem tego pojąć, ale jego charyzma i sprzeczne emocje były fascynujące. Spokojniejszy Page nie wywarł na mnie aż takiego wrażenia.
Nasze drogi skrzyżowały się w następnych latach jeszcze kilka razy. Podróżowaliśmy razem z Plantem publicznym promem w Stambule, kilkakrotnie wpadłem też na niego za kulisami kilku programów telewizyjnych i imprez z okazji wręczania muzycznych nagród. Gdy odkrył, że podobnie jak on pochodzę z Midlands, środkowej części Anglii, i kibicuję tamtejszym klubom piłkarskim, chyba mnie polubił, mimo że byłem fanem West Bromwich Albion, lokalnych rywali jego ulubionego klubu Wolverhampton Wanderers. Pewnego lata przysłał mi kilka e-maili, proponując zakład o wynik meczu między tymi zespołami. Wciąż czekam, aż wypełni warunki zakładu, zapraszając mnie na obiad do indyjskiej restauracji na Brick Lane w Londynie.
Kolejny wywiad - tym razem dla magazynu "Q" - przeprowadzałem z Plantem w roku 2010, świeżo po sukcesie jego albumu Raising Sand, nagranego wraz z bluegrassową piosenkarką Alison Krauss. Zachowywał się wtedy ciepło i po przyjacielsku, wyglądał na bardziej wyluzowanego. Być może był to efekt dobrego przyjęcia Raising Sand i jego następnych dokonań, ale możliwe też, że przyczyniła się do tego nieobecność Page'a. Robert wspominał wówczas lata spędzone w sercu Anglii, kiedy kształtowała się jego osobowość, następnie dziką jazdę z Led Zeppelin, a potem swoją późniejszą solową karierę i kolejne płyty, różniące się stylem.
Uderzyły mnie w nim dwie rzeczy: jego muzyczna pasja - płonąca równie jasnym płomieniem, jak w czasach szkoły podstawowej, gdy fascynowała go muzyka wielkich amerykańskich bluesmanów - oraz wyjątkowy charakter jego historii. Ogromna większość jego kolegów ma najlepsze lata w zawodzie już za sobą, ale Plant nadal szuka nowych wyzwań i przygód. Dlatego jego muzyka jest wciąż świeża, żywa i pełna przyjemnych niespodzianek. Twórczość Roberta rozpaliła płomień mojej ciekawości, podsycany dodatkowo świadomością, że nikt jeszcze nie udokumentował całego życiorysu tego wielkiego artysty. Stąd właśnie wzięła się ta biografia.
Podjąłem również wyzwanie: poznać motywację Planta, przyczynę nieustannego poszukiwania przez niego nowych dróg. Przeciętnemu rozmówcy mógłby się wydać miłym gadułą, lecz za tą fasadą znajdziemy osobę strzegącą pilnie swojej prywatności i dbającą, by nigdy nie powiedzieć za dużo. Chciałem dotrzeć do człowieka stojącego za muzyką, rzucić nowe światło na drogę, którą przeszedł.
Owego grudniowego wieczoru Plant siedział w barze Marathon, zbierając myśli i odliczając godziny dzielące go od świtu. Czy zastanawiał się wówczas nad tym, jak daleko zaszedł i jak długa była to podróż? Ile lat minęło, od kiedy walczył z rodzicami i brakiem forsy, od czasów, gdy miał poczucie, że marzenia wyślizgują mu się z rąk? Ile lat temu szybował na niebotycznych wysokościach z Led Zeppelin, pławił się w uwielbieniu milionów i czuł w żyłach moc, jaką pompowały do nich wspólnie tworzone brzmienia? A potem tonął w mrocznych głębinach, nie potrafiąc znaleźć nic, co wypełniłoby pustą przestrzeń w jego sercu.
Zawsze jednak towarzyszyła mu muzyka, oświetlająca drogę jego życia. Najpierw przychodziła do niego z trzeszczących radiowych głośników, a potem - jako dzika, pierwotna moc z wnętrza jego umysłu. Obiecywała rzeczy, od których kręciło mu się w głowie, a utwory Elvisa Presleya i Roberta Johnsona wskazały mu drogę na amerykański Zachód i na północ Afryki. Zawsze jednak prowadziła go naprzód i ostatecznie dała więcej, niż ośmieliłby się prosić. Wykorzystał ją do ostatniej nuty, ale zapłacił za to straszną cenę.
Czy Plant, wspominając to wszystko, zastanawiał się także nad swoją teraźniejszością - i nad tym, co go jeszcze czeka? Krążek Raising Sand, z którego był tak dumny, obudził w nim nową wrażliwość, lecz pozostawało pytanie: co dalej? Dokąd powędrować i w jakim towarzystwie? Wciąż jeszcze był ciekaw, co przyniesie przyszłość. Nawet tego wieczoru, kiedy zanurzył się w przeszłości, czując dumę z własnych osiągnięć, najwięcej satysfakcji przyniósł mu fakt, że mimo upływu lat wciąż biegnie naprzód, ku nowym granicom, by odkryć tajemnice, które za nimi leżą.
Gdy zapytałem go, jakie plany snuł w życiu, odparł: "Jeżeli ktoś jest uzależniony od muzyki, nie da się zaplanować życia. Jeśli w moim wieku muzyka nadal przyprawia mnie o gęsią skórkę i ściska za gardło, skąd mogę wiedzieć, jak to się dalej potoczy?".
1
Cholera, Rob fantastycznie naśladował Elvisa
Robert Anthony Plant urodził się 20 sierpnia 1948 roku w West Bromwich, w sercu Midlands, przemysłowego regionu Anglii. Jego rodzice jako jedni z pierwszych skorzystali z dobrodziejstw nowej publicznej służby zdrowia, wprowadzonej w ramach realizacji wielkiej wizji laburzystowskiego rządu Clementa Attlee po roku 1945, na miesiąc przed narodzinami małego Roberta.
Imię Robert w rodzinie Plantów przechodziło z ojca na syna. Plant senior, inżynier budownictwa lądowego, służył podczas drugiej wojny światowej w RAF-ie, Królewskich Siłach Powietrznych. Przed wojną był zapalonym skrzypkiem, ale gdy powrócił do domu, najważniejsze stało się dla niego utrzymanie rodziny. Nadal jednak kochał muzykę klasyczną. Inną jego pasję stanowiło kolarstwo, toteż często brał udział w lokalnych zawodach szosowych. Był pod każdym względem zacnym, prostolinijnym człowiekiem, nie mniej i nie bardziej konserwatywnym niż inni ojcowie w tamtych czasach.
Obu Plantów, seniora i juniora, połączyło zamiłowanie do piłki nożnej. Mały Robert miał zaledwie pięć lat, kiedy tato zabrał go po raz pierwszy na mecz profesjonalnej drużyny Wolverhampton Wanderers. Siedząc na kolanach ojca, patrzył, jak zawodnicy wychodzili z szatni na jasnozieloną murawę, ci z WW w strojach w czarno-złote pasy, i czuł euforię ogarniającą go, gdy wielotysięczny tłum wiwatował na cześć gospodarzy. Plant senior powiedział synowi, że Billy Wright, kapitan Wanderers i reprezentacji Anglii, pomachał do niego, wyłaniając się tego dnia z tunelu prowadzącego na boisko.
Matka Roberta miała na imię Annie, chociaż ludzie często zwracali się do niej, używając jej drugiego imienia: Celia. Podobnie jak w większości ówczesnych małżeństw, to ona zajmowała się domem i przygotowywaniem posiłków. Mały Robert odziedziczył po matce radosny chichot, a ona nazywała go czule swoim małym łajdakiem. Rodzice Planta byli katolikami i wychowali syna w tej religii. Później urodziła im się jeszcze dziewczynka - Alison, ale Robert pozostał ich jedynym synem, dlatego też początkowo to z nim wiązali wszystkie swoje marzenia i nadzieje.
Od najmłodszych lat w domu Plantów obecna była muzyka. Dziadek Roberta założył w West Bromwich fabryczną orkiestrę dętą, umiał również zagrać na puzonie, skrzypcach i fortepianie.
"Mój pradziadek również grał w orkiestrze dętej - opowiadał mi Plant. - Tato potrafił grać, ale nigdy tego nie robił. Idea, żeby siedzieć przy kominku i wspólnie muzykować, przeminęła wraz z jego pokoleniem. Poszedł na wojnę, stracił okazję, by zrobić karierę, a potem wrócił do domu i musiał nieźle zasuwać, by związać koniec z końcem, podobnie jak wielu innych mężczyzn w tamtym czasie".
Miasto, w którym młody Plant spędził pierwsze lata życia, leżało około trzech kilometrów od ciągle rozrastającego się Birmingham, drugiej co do wielkości metropolii w Anglii. Miejscowi nazwali region na północ i zachód od Birmingham Czarnym Krajem, Black Country, ze względu na duszący dym wypluwany przez tysiące fabryk, które wyrosły tu podczas brytyjskiej rewolucji przemysłowej w XIX wieku. Karol Dickens tak pisał o tych gryzących wyziewach w powieści Magazyn osobliwości: "Po obu stronach drogi, jak okiem sięgnąć, tłoczyły się na ponurej przestrzeni wysokie kominy, mnożąc w nieskończoność ten sam posępny, ohydny kształt, jak koszmar z męczących snów, i wypluwały trujący dym, przyciemniając światło dnia i plugawiąc smutny przestwór[1]".
Do 1830 roku ponad 330 kilometrów kwadratowych Czarnego Kraju zostało całkowicie przekształconych w obszar przemysłowy, pełen kopalni, hut i fabryk. Taki był skutek lokalizacji nad najbogatszymi pokładami węgla w Anglii. Rozwój przemysłu ciężkiego wpłynął nie tylko na wzrost liczby nieruchomości, zaowocował także budową nowego kanału i sieci połączeń kolejowych, pozwalających kopalniom wysyłać surowce mineralne do najdalszych zakątków brytyjskiego imperium.
W latach pięćdziesiątych XX wieku nadal wydobywano tu węgiel, chociaż wtedy kopalnie miały już za sobą dni największej świetności. Lokalne fabryki zajmowały się obróbką żelaza i stali do lat osiemdziesiątych, szkło zaś produkuje się tu do dzisiaj. To tutaj, w miasteczku Netherton, wykuto kotwice i łańcuchy dla Titanica, gdy wyruszał w swoją pierwszą - i zarazem ostatnią - podróż, a szklanki i kieliszki, z których korzystali jego pasażerowie, powstały w hucie szkła w pobliskim Stourbridge.
Ludność Czarnego Kraju jest dumna z surowych warunków, w jakich żyli ich przodkowie, i do dziś szanuje robotniczy etos ciężkiej pracy. Jej stosunek do życia cechuje się stoicyzmem, a poczucie humoru wydaje się innym dość dziwaczne. Po dziś dzień używa się tu szczególnego dialektu, podobnego do najwcześniejszych form mówionego języka angielskiego, który dla przybyszów z zewnątrz jest często całkowicie niezrozumiały. Jego śpiewna wymowa nie niesie zazwyczaj żadnych znaczeń. Służy tylko uciesze miejscowych i dezorientacji przyjezdnych. W tych stronach funkcjonuje stare powiedzenie: "W Czarnym Kraju urodzony, w Czarnym Kraju wychowany, w rękach silny, ale w głowie raczej kiepsko poskładany". Tak właśnie tutejsi mieszkańcy prezentują się reszcie świata.
Dwóch z najszybszych rewolwerowców Dzikiego Zachodu, Wes Hardin i "Zły" Roy Hill, którzy zabili w sumie siedemdziesiąt osób, wywodziło się z położonego w tym regionie miasta Lye. Ich rodziny wyruszyły stąd do amerykańskiej ziemi obiecanej, nie wiedząc, że potomkowie okryją się na niej niesławą. Przodkowie Wyatta Earpa, stróża prawa z Dzikiego Zachodu, który zapisał się w historii, wkraczając w roku 1881 do OK Corral, pochodzili z Walsall, położonego o niecałe sześć kilometrów od miejsca, gdzie pierwsze kroki stawiał mały Robert Plant.
W 1939 roku Czarny Kraj był ściśle związany z przemysłem zbrojeniowym. Ówczesny brytyjski premier Neville Chamberlain, bezskutecznie próbujący uspokoić zapędy Adolfa Hitlera, pochodził z jednej z największych politycznych dynastii Birmingham. Chociaż alianci ostatecznie wygrali wojnę, jej skutki dały się odczuć przez całą następną dekadę. Produkty żywnościowe takie jak mięso czy nabiał były racjonowane w Wielkiej Brytanii aż do 1954 roku. W czasach dzieciństwa Planta West Bromwich, podobnie jak Czarny Kraj i reszta Wielkiej Brytanii, wciąż jeszcze nosiło blizny pozostałe po sześcioletnim konflikcie. Ponieważ produkowano tu amunicję, Niemcy często bombardowali to miejsce. W samym Birmingham i w jego pobliżu powszechnym widokiem były ruiny wypalonych budynków, a na ulicach codziennie znajdowano stateczniki lub odłamki bomb.
"Cała ta okolica we wczesnych latach pięćdziesiątych najbardziej przypominała jeden wielki lej po bombie. Bawiliśmy się między stosami gruzów i ruinami domów" - wspomina Trevor Burton, który dorastał w Aston, na północny wschód od centrum Birmingham, a potem, w latach sześćdziesiątych, zetknął się z Plantem na lokalnej scenie muzycznej.
W latach pięćdziesiątych zaszły wielkie zmiany. Na początku tego dziesięciolecia nieliczni mieszkańcy Wysp mieli telewizory, a ich właściciele mogli oglądać zaledwie jeden program - z czarno-białym obrazem. Koronacja królowej Elżbiety II 2 czerwca 1953 roku wywołała ogromny popyt, toteż pod koniec dekady już 75 procent brytyjskich gospodarstw dysponowało odbiornikiem telewizyjnym. W tych samych latach otwarto pierwsze autostrady - M6 w 1958 roku i M1 w 1959 - ustanawiając tym samym szybsze połączenia drogowe między wielkimi miastami, takimi jak Londyn, Birmingham, Liverpool i Manchester. Postęp techniki i rozwój infrastruktury sprawiły, że Wielka Brytania znalazła się bliżej reszty świata.
W tym samym czasie kraj ten przestał być światowym mocarstwem. Kryzys sueski w roku 1956, podczas którego Brytyjczycy próbowali odzyskać kontrolę nad Kanałem Sueskim (ale im się to nie udało), tylko przyspieszył upadek kolonialnego imperium. Nowymi potęgami stały się Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, a rola Zjednoczonego Królestwa sprowadzała się do wspierania Amerykanów w zaczynającej się właśnie zimnej wojnie między dwoma obozami.
Powojenne nastroje społeczne na Wyspach Brytyjskich wyrażały ulgę i optymizm. Lepsze czasy nadeszły jednak dopiero w połowie dekady: gospodarka przeżywała rozkwit, a płace wykwalifikowanych pracowników rosły. Ogólna tendencja do pięcia się w górę drabiny społecznej pozostawiła jednak wśród robotników niewykwalifikowanych próżnię, szybko wypełnioną przez rząd imigrantami pochodzącymi z krajów Wspólnoty Narodów. Kiedy pojawili się oni w stalowniach i hutach, a potem w fabrykach samochodów, Birmingham i Czarny Kraj błyskawicznie trafiły do czołówki najbardziej zróżnicowanych kulturowo regionów kraju. Do sporej mniejszości irlandzkiej w Birmingham dołączyły dynamiczne grupy z Karaibów, Indii i Pakistanu.
W 1957 roku społeczne aspiracje oraz zbiorowe poczucie zamożności były już tak wyraźne, że Harold Macmillan, konserwatywny premier, przewidywał wkrótce nadejście bezprecedensowego okresu dobrobytu dla całego kraju. "Powiedzmy sobie szczerze - stwierdził - większość obywateli nigdy nie miała się lepiej". Brytyjczycy zgodzili się z tym i w październiku roku 1959 wybrali Macmillana na drugą kadencję.
Rodzina Plantów ucieleśniała ideał aspirującej klasy średniej w Wielkiej Brytanii Macmillana. Roberta Planta seniora jako wykwalifikowanego pracownika wkrótce było stać, żeby przenieść się wraz z rodziną z West Bromwich na zielone obrzeża Czarnego Kraju. Przeprowadzili się do pełnej zieleni, zamożnej przedmiejskiej enklawy Hayley Green, oddalonej o niecałe trzydzieści kilometrów od centrum Birmingham.
Nowy dom znajdował się na Causey Farm Road 64. Była to szeroka ulica, okolona solidnymi przedwojennymi domami, odchodząca od głównej drogi wiodącej z Birmingham do pobliskiego Kidderminster. W tej okolicy przestrzegano tradycyjnych wartości i nie wtykano nosa w nie swoje sprawy. Mieszkali tu raczej pracownicy umysłowi. Hayley Green, leżące u stóp wzniesienia Clent Hills, w przeciwieństwie do West Bromwich otoczone było terenami wiejskimi, głównie farmami, ale w pobliżu rósł również las - Wyre Forest.
Dom z czerwonej cegły pod numerem 64 zbudowano przy końcu ulicy. Był to jeden ze skromniejszych budynków w sąsiedztwie, z niewielkim podjazdem i garażem. Z ogródka za domem rozciągał się niczym niezakłócony widok na pofalowane wzgórza. Dla młodego Planta było tu mnóstwo miejsc do odkrycia: wzgórza lub zaczynający się na końcu ulicy las. Mógł również skorzystać z przełazu i przez pola dostać się do niedalekiego gwarnego miasteczka Stourbridge.
W tym czasie doszła do głosu pierwsza z wielu życiowych pasji Roberta. Clent Hills wraz z otaczającymi je wioskami i miasteczkami były inspiracją dla krajobrazu tolkienowskiego Śródziemia. Autor Władcy pierścieni i Hobbita wychowywał się w tych okolicach pod koniec XIX wieku. Jako dziecko Plant pochłaniał książki Tolkiena, a w dorosłym życiu zdarzało mu się nawiązywać do ich fabuły w tekstach swoich piosenek.
Latem rodzina Plantów, jak wiele innych rodzin z Czarnego Kraju, wyjeżdżała na wakacje, obierając kierunek zachodni - do Walii. Podążali do Parku Narodowego Snowdonia, zajmującego ponad dwa tysiące kilometrów kwadratowych pofałdowanej wyżyny na północnym zachodzie kraju. Był to obszar obfitujący w celtycki folklor i kulturę, które w połączeniu z dzikością natury zauroczyły młodego Planta.
Szczególnie przemawiały do niego walijskie mity, obracające się wokół Cadair Idris, ponurego górskiego szczytu w pobliżu południowej granicy Snowdonii i targowego miasteczka Machynlleth. Opowieści głosiły, że góra służyła za tron zarówno królowi Arturowi, jak i olbrzymowi Idrisowi, który zwykł był tam siadać i spoglądać w gwiazdy na wieczornym niebie. Legenda utrzymuje, że każdy, kto prześpi noc na stoku Cadair Idris, obudzi się następnego ranka jako poeta lub szaleniec.
W Machynlleth Plant nasłuchał się historii o wyczynach wielkiego ludowego bohatera, walijskiego króla Owaina Glyndy?ra. W nazwanym na jego cześć miasteczku Glyndy?r zawiązał się w 1404 roku pierwszy walijski parlament. Nastąpiło to po zbrojnym buncie przeciwko angielskiej okupacji. Walijczycy wyparli wówczas z kraju wojska angielskiego monarchy Henryka IV. Powstanie zdławiono jednak pięć lat później, a żona i dwie córki walijskiego władcy trafiły do londyńskiej twierdzy Tower, gdzie wykonano na nich wyrok śmierci. Sam Glyndy?r uciekł i walczył z Anglikami aż do śmierci w 1416 roku.
Żadna z dziecięcych pasji Planta nie miała jednak na niego tak przemożnego wpływu jak rock and roll. Podobnie jak inne dzieci dorastające w powojennej Wielkiej Brytanii, był świadom powszechnie panującej pruderii i poprawności. Młodych ludzi uczono szacunku wobec starszych i lepiej urodzonych. Dzieci ubierano jak małe kopie dorosłych i spodziewano się, że tak też się będą zachowywały. Autorytety nie podlegały dyskusji, a dostosowanie się do zasad uważano za normę.
W muzycznym krajobrazie Wielkiej Brytanii w latach pięćdziesiątych brakowało zróżnicowania pokoleniowego. Rewie, swingujące orkiestry jazzowe i potańcówki były popularną rozrywką zarówno wśród starszych, jak i młodszych. Na przełomie tej i następnej dekady kluby w całym kraju ciążyły ku tradycyjnemu jazzowi. Gwiazdami obwołano dyrygentów takich jak Chris Barber, Acker Bilk i Kenny Ball, grających muzykę tak miłą i spokojną, jak ówczesne obyczaje. W tym samym czasie jednak ze Stanów Zjednoczonych nadciągała kulturowa nawałnica.
Młody i pełen ikry Elvis Presley wydał swoje pierwsze nagranie pod szyldem wytwórni Sun Records z Memphis latem 1964 roku. Nosiło tytuł That's All Right i było pierwszym zwiastunem nowego brzmienia. Krzyżówkę granego przez Afroamerykanów tradycyjnego bluesa i muzyki country ich białych kolegów nazwano rock and rollem. Ta głośna, krzykliwa i niezwykle podniecająca muzyka nadeszła jak trzęsienie ziemi, którego paroksyzmy odbiły się echem w Ameryce i Europie. Po Elvisie zjawili się Jerry Lee Lewis, Little Richard, Eddie Cochran, Buddy Holly, Gene Vincent i inni młodzi ludzie pełni zapału, często z błyskiem wściekłości w oku.
W roku 1956 wystarczyło, żeby Elvis zakręcił biodrami w telewizyjnym "Ed Sullivan Show", a amerykańscy strażnicy moralności byli w szoku. Ten sam muzyk przyczynił się w znacznym stopniu do powstania pierwszego międzypokoleniowego podziału po obu stronach Atlantyku. Wirujące ruchy Elvisa podziałały na brytyjskich i amerykańskich nastolatków jak wabik, natomiast ich rodzice uznali je za obrazę moralności.
Rock and roll przybył do angielskiego Midlands osobiście w postaci Billa Haleya. W 1954 roku pochodzący z Michigan wokalista wydał jeden z pierwszych rockandrollowych singli Rock Around the Clock, a po nim następny, jeszcze większy hit Shake, Rattle and Roll. W lutym 1957 roku w ramach pierwszego brytyjskiego tournée Haley przyjechał do Birmingham. Nastoletni fani najpierw stali po bilety w kolejce ciągnącej się wokół całego kwartału, a podczas koncertu w kinie Odeon zerwali się na równe nogi i zaczęli dziki taniec w przejściach. Haley nie miał w sobie nic z młodzieńczej jurności Elvisa, ale było to bez znaczenia.
Laurie Hornsby, historyk muzyki z Birmingham, wspomina: "Schodzącego ze statku Haleya witał w dokach Southampton Tony Hall, londyński pracownik wytwórni Decca Records zajmujący się promocją. Opowiadał mi, że czekał u stóp trapu i patrzył, jak schodzi po nim jakiś kurczowo trzymający się poręczy emeryt. Gdy okazało się, że to właśnie Haley, Tony pomyślał: "Boże, jakim cudem mam sprzedać tego faceta brytyjskim nastolatkom?". Ale sprzedał go, i to jeszcze jak!".
Gdy na muzyczną scenę wdarł się Elvis, Plant chodził do podstawówki. Wysoki na swój wiek, obdarzony był nieprzeciętną urodą i strzechą falujących blond włosów. Mógł być wówczas jeszcze zbyt młody, żeby pojąć naturę seksapilu Presleya, ale głos amerykańskiego muzyka i rytm jego utworów przemawiały do młodego Brytyjczyka z nieposkromioną siłą. W wieku dziewięciu lat Robert Plant chował się za sofą w salonie na Causey Farm Road 64 i naśladował Elvisa przy dźwiękach jego piosenek dochodzących z radia, używając szczotki do włosów jako atrapy mikrofonu.
Tego idola szybko zastąpili Eddie Cochran i Gene Vincent. Co weekend cała rodzina siadała przed telewizorem, by oglądać rewię "Sunday Night at the London Palladium". To właśnie w tym programie wiosną 1958 roku niespełna dziesięcioletni Plant po raz pierwszy zobaczył i usłyszał, jak grają Buddy Holly & the Crickets. Holly wystąpił w Wolverhampton na żywo 7 marca, w tamtejszym Gaumont Cinema, a trzy dni później w ciągu jednego wieczoru zagrał dwa kolejne koncerty w ratuszu w Birmingham.
Wtedy Plant - ku głębokiemu ubolewaniu swoich rodziców - czesał się już tak, by jego włosy przypominały fryzurę Elvisa i Cochrana. Poznał również inne brzmienie, zdobywające sobie wówczas popularność na Wyspach. Wydawało się ono dużo łatwiejsze do osiągnięcia własnymi siłami. Jego korzenie tkwiły w afroamerykańskiej kulturze muzycznej początków XX wieku - w jazzie i bluesie. W latach dwudziestych XX wieku w południowych stanach pojawiły się jug bandy, zwane tak, ponieważ ich członkowie używali do gry dzbanków (ang. "jug") i innych instrumentów domowej roboty. Ten nurt odrodził się trzydzieści lat później w Wielkiej Brytanii jako muzyka skiflowa.
Jej bezdyskusyjnym królem był pochodzący z Glasgow Lonnie Donegan, który zaczynał od tradycyjnego jazzu we wczesnych latach pięćdziesiątych. Nauczywszy się samemu grać na bandżo, Donegan sformował grupę skiflową używającą tanich gitar akustycznych, tary do prania i basu z pudła po herbacie. Wykonywali oni folkowe amerykańskie piosenki w stylu Woody'ego Guthriego i Leadbelly'ego. Zaczynając w roku 1955 od zaśpiewanej w szybszym tempie wersji Rock Island Line Leadbelly'ego, Donegan umieścił w pierwszej trzydziestce brytyjskiej listy przebojów 24 kolejne piosenki. Rekord ten przetrwał do początku lat sześćdziesiątych.
Sukces Donegana i prostota jego instrumentarium popchnęły tłumy brytyjskich dzieciaków do tworzenia własnych grup skiflowych. Jedną z nich, znaną jako Quarrymen, założył wiosną 1957 roku w Liverpoolu szesnastoletni John Lennon. Robert Plant był wówczas zbyt młody i niedoświadczony, by choćby rozważać założenie własnego zespołu. W muzyce skiflowej, podobnie jak w rock and rollu, odnalazł jednak ścieżkę prowadzącą ku czarnej amerykańskiej muzyce folkowej - bluesowi, i z wytrwałością pielgrzyma podążył tą właśnie drogą.
* * *
Jedyną rzeczą, o jakiej myślał Plant rankiem 10 września 1959 roku, była nie muzyka, lecz jego znienawidzony nowy szkolny mundurek. Mimo to stał posłusznie, pozwalając matce podziwiać swoje krótkie szare spodenki, długie szare skarpety, białą koszulę, krawat w zielone i czerwone paski, zieloną kurtkę i takąż czapkę, spłaszczającą jego starannie ułożoną fryzurę. W wieku jedenastu lat, zdawszy egzamin wstępny, zaczynał właśnie naukę w szkole średniej[2].
I to nie byle jakiej. Robert dostał się do King Edward VI Grammar School for Boys w Stourbridge, która miała reputację najlepszej w okolicy. Dla jego rodziców oznaczało to dodatkowe koszty, ale także większy prestiż wśród sąsiadów. Szkoła powstała w 1430 roku jako Chantry School of Holy Trinity, a wśród jej absolwentów znajdował się między innymi osiemnastowieczny pisarz Samuel Johnson. Przeznaczona wyłącznie dla chłopców, była tak przesiąknięta tradycją, że pierwszoklasistów witano w szkolnej gazecie nagłówkiem z łacińskim słowem Salvete!, używanym na powitanie w starożytnym Rzymie.
Tego pierwszego ranka Plant stał na szkolnym boisku w jednym szeregu z dziewięćdziesięcioma innymi nowo przybyłymi. Wokół nich wznosiły się budynki z czerwonej cegły, w tym biblioteka z wysokimi sklepieniami i witrażowymi oknami. Nauczyciele w czarnych togach i biretach przydzielili każdego z uczniów do jednej z trzech klas. Chłopców, którzy zdali egzamin wstępny celująco i byli uważani za przyszłych kandydatów na uniwersytet, zapisano do I C. Robert znalazł się wśród średniaków, w I B.
W szkole panowała ścisła dyscyplina, a jej przestrzegania pilnował dyrektor Richard Chambers. Ten wysoki mężczyzna w okularach z rogowymi oprawkami miał haczykowaty nos, któremu zawdzięczał nadany przez uczniów przydomek "Dziób". Za plecami chłopcy naśladowali także jego wadę wymowy, przez którą nie wymawiał głoski "r". Mimo to Chambers wzbudzał powszechny strach i szacunek.
"Był bardzo wymagający, wręcz sadystyczny - wspomina Michael Richards, kolega Planta z klasy. - Jeżeli któryś z uczniów popadł w kłopoty, wymieniał go z imienia i nazwiska na ogólnym apelu przed całą szkołą. Uczeń ten musiał potem stanąć i czekać pod jego gabinetem, aż w końcu Chambers wzywał go do środka, udzielał mu reprymendy i uderzał cztery razu laską przez plecy. Potem nakazywał wrócić do gabinetu po lekcjach. Taki chłopak miał cały dzień na przemyślenie swojego błędu, a kiedy ponownie stawiał się w biurze dyrektora, ten wymierzał mu kolejną porcję razów".
Robert Plant był pod wieloma względami typowym uczniem szkoły średniej. Zbierał znaczki, a w zimowych miesiącach grał w rugby. Chociaż piłka nożna nie była sportem preferowanym przez tę szkołę - do tego stopnia, że na szkolnych boiskach obowiązywał zakaz gry futbolówką - dołączał do grup chłopaków kopiących podczas przerw na korytarzu piłkę tenisową i usiłujących trafić nią w zaimprowizowaną bramkę, której słupki wyznaczały zwinięte mundurowe kurtki. W drugiej klasie został wyznaczony przez wychowawcę na dyżurnego. Przydzielono mu tym samym wiele potwornie ciężkich obowiązków, takich jak wycieranie tablicy i maszerowanie do pokoju nauczycielskiego w celu powiadomienia innych nauczycieli, jeżeli wychowawca nie stawił się na lekcję.
Spośród kolegów wyróżniała go miłość do muzyki i styl, w jakim się nosił. Zazwyczaj można go było zobaczyć na szkolnym korytarzu z kilkoma winylowymi płytami pod pachą - i najczęściej były to nagrania Elvisa Presleya. Robert starał się nawet imitować jego szpotawy chód.
"Cholera, Rob fantastycznie naśladował Elvisa - twierdzi Gary Tolley, kolega z ławki Planta. - Miał kota na punkcie Presleya, ale tego wczesnego, nie z czasów G.I. Blues, bo wtedy Elvis zaczął już trącić komercją. Szalał też za Eddiem Cochranem. Miał taki sam czub. Kiedy widzę którekolwiek ze zdjęć Cochrana, na którym Eddie patrzy z ukosa w obiektyw, to tak, jakbym widział Roberta".
Plant i Tolley, który uczył się grać na gitarze, wkrótce dołączyli do grupy uczniów interesujących się muzyką. Pozostałymi jej członkami byli Paul Baggott i John Dudley, obiecujący perkusista. Szczycili się tym, że zawsze pierwsi wiedzieli, kiedy pojawią się na rynku nowe płyty i czy w okolicy nie szykują się koncerty gwiazd takich jak Cochran czy Gene Vincent.
"Nie chwaląc się, w szkole byliśmy całkiem popularni - wspomina Dudley. - Pozostali nas podziwiali, bo wiedzieliśmy coś, czego oni nie wiedzieli. Robert wyglądał na miłego faceta, ale zawsze miał o sobie wysokie mniemanie i był dość pewny siebie. Teddy boys już się wtedy skończyli, a on mimo to ubierał się w długi, aksamitny płaszcz i podobne rzeczy. Mnóstwo ludzi odczytywało sposób, w jaki się poruszał, jako oznakę arogancji".
"Rob był bardzo przystojny. Zawsze wydawał się znajdować w centrum wydarzeń, niezależnie od tego, co się działo - dodaje Tolley. - Miał w sobie coś... Chyba charyzmę. W tamtych czasach katolicy uczestniczyli w osobnym porannym nabożeństwie, a dopiero po nim dołączali do reszty uczniów na apelu. Robert wchodził na salę z fryzurą w czub i postawionym kołnierzem, a wszyscy nauczyciele i prefekci patrzyli tylko na niego. Wiadomo, miał na sobie przepisowy szkolny mundurek, ale jakimś cudem zawsze wyglądał w nim inaczej niż pozostali".
Plant i Tolley zaprzyjaźnili się i po szkole chodzili do miejscowych klubów młodzieżowych, gdzie grali w tenisa stołowego lub bilard. Robert przynosił na te spotkania single Elvisa i Eddiego Cochrana, które odtwarzali na klubowych gramofonach. Plant odziedziczył po ojcu także zamiłowanie do kolarstwa, toteż często wypuszczali się razem z Tolleyem na rowerowe wycieczki po okolicy.
"Pan Plant znał kogoś z miejscowego klubu kolarskiego. Pamiętam, jak pojechaliśmy z Robertem na welodrom koło Stourbridge i pedałowaliśmy w kółko. Bardzo nam się to podobało - opowiada Tolley. - Rob przychodził często do mnie do domu - zawsze w porze posiłku. Jeżeli umawialiśmy się, że pojedziemy gdzieś wieczorem na rowerach, zjawiał się ze trzy kwadranse wcześniej, a wtedy moja mama zawsze pytała: "Zostało trochę herbatki, nalać ci, Robercie?", a on na to: "Ależ tak, poproszę, pani Tolley!"".
"Zazwyczaj pojawiał się u nas w niedzielę w porze herbaty - przypomina sobie John Dudley. - Zawsze był uprzedzająco grzeczny, a mama częstowała go kanapkami z dżemem. Jeżeli mielibyśmy brać pod uwagę przynależność do klas, to jego rodzice byli klasę wyżej od moich. Mój ojciec pracował na kolei, a tata Roba był wtedy chyba architektem. Mieszkali w lepszym domu niż my i nie sprawiali wrażenia, że pochodzą z nizin społecznych".
Tak długo, jak Robert kontynuował naukę, rodzice tolerowali jego miłość do rock and rolla, chociaż Plant senior, który słuchał głównie Beethovena, twierdził, że nowa muzyka mu nie odpowiada. W roku 1960 kupili mu pierwszy gramofon, składany czerwono-kremowy model Dansette Conquest Auto. Kiedy Robert otworzył wieko, znalazł na talerzu singiel amerykańskiego piosenkarza rockabilly Johnny'ego Burnette'a Dreaming. Gdy jednak po raz pierwszy kupował płytę samodzielnie, jego wybór padł na pełen energii soulowy standard grupy The Miracles Shop Around, przełomowy przebój, który wypromował w USA nową wytwórnię Berry'ego Gordy'ego - Motown.
Przed jedenastoletnim Plantem zaczęła rysować się interesująca przyszłość. Nie unosiło się już nad nim widmo obowiązkowej dwuletniej służby wojskowej, której wymagano dotąd od absolwentów szkół średnich. W tym roku rząd Macmillana uchylił ten obowiązek. Los Roberta nie zależał jednak tylko od niego. Odczuł to szczególnie dotkliwie, kiedy matka kazała mu przystrzyc czub, a on nie miał innego wyboru, jak potulnie się na to zgodzić.
1 Cyt. za: Charles Dickens, Magazyn osobliwości, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Warszawa 1963, Wydawnictwo Czytelnik. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.
2 Chodzi o angielską grammar school, do której uczęszczają dzieci w wieku 11-18 lat.