Robert Lewandowski. Fantastyczna 9 - Maciej Słomiński, Mariusz Kordek

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (18,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kiedy w bio­gra­fii Ro­ber­ta Le­wan­dow­skie­go sta­wia­my już ostat­nie prze­cin­ki, świat obie­ga in­for­ma­cja, że lot­ni­sko na Made­rze, gdzie uro­dził się Cri­stia­no Ro­nal­do, zo­sta­ło na­zwa­ne jego imie­niem. Gdy­by pa­tro­nem por­tu lot­ni­cze­go na przy­kład w Mo­dli­nie uczy­nić Le­wan­dow­skie­go, pew­nie też nikt by się nie zdzi­wił. Zresz­tą wi­ce­pre­zy­dent Prusz­ko­wa, w któ­rym Lewy wzbi­jał się do wiel­kiej ka­rie­ry, za­pro­po­no­wał nada­nie ho­no­ro­we­go oby­wa­tel­stwa mia­sta dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nie­mu wów­czas chło­pa­ko­wi. Było to po tym, jak Ro­bert w bar­wach Bo­rus­sii Do­rt­mund wbił czte­ry gole Re­alo­wi Ma­dryt w pół­fi­na­le Ligi Mi­strzów.

Za­lo­ty "Kró­lew­skich" do Le­we­go po tym me­czu moc­no się wzmo­gły i trwa­ją do dziś. Z ko­lei wspo­mnia­ny Ro­nal­do wciąż po­wta­rza, że nie jest w Ma­dry­cie szczę­śli­wy.

In­ter­net hu­czy: a może Bay­ern i Real wy­mie­nią Le­wan­dow­skie­go na Ro­nal­do? Dla­cze­go nie. Ma­dryc­ki klub nie stra­cił­by na ta­kiej wy­mia­nie, mimo że Ro­nal­do do­pie­ro co po­pro­wa­dził Por­tu­ga­lię do mi­strzo­stwa kon­ty­nen­tu i za­pew­ne zgar­nie Zło­tą Pił­kę.

Wła­śnie o ta­kim gi­gan­cie fut­bo­lu jest ta książ­ka. Trud­no jest pi­sać o po­mni­ku. O wie­le ła­twiej pi­sze się hi­sto­rie klęsk i po­ra­żek. Książ­ki o by­łych pił­ka­rzach no­szą ty­tu­ły: Prze­gra­ny, Spa­lo­ny, Za­sy­pa­ny. Ta­kie pu­bli­ka­cje pi­szą się same, to tak zwa­ne sa­mo­gra­je. Wy­star­czy włą­czyć dyk­ta­fon i po­tem spi­sać na­gra­nia.

Ale kie­dy po­pa­trzy­my na ka­rie­rę Le­we­go przez moc­ną lupę, znaj­dzie­my nie­licz­ne po­raż­ki. Nie zro­zum­cie nas źle, nie szu­ka­li­śmy na siłę sen­sa­cji ani ciem­nych spraw, ale ża­den suk­ces nie przy­cho­dzi ot tak, nic nie jest po­da­ne na tacy. Ży­cie, tak­że spor­tow­ca, jest cią­głą wal­ką, a nie­po­wo­dze­nia wzmac­nia­ją cha­rak­ter i po­zwa­la­ją dojść na szczyt. Za­krę­ty uczy­ni­ły Le­we­go sil­niej­szym.

Bez od­rzu­ce­nia przez Le­gię War­sza­wa, bez trud­nych po­cząt­ków w Bo­rus­sii Do­rt­mund, wresz­cie bez po­nad dzie­wię­ciu­set mi­nut bez gola w ka­drze Pol­ski - nie by­ło­by pię­ciu goli wbi­tych Wol­fs­bur­go­wi ani też re­pre­zen­ta­cyj­nej opa­ski ka­pi­ta­na.

Do­tar­li­śmy do osób obec­nych na każ­dym eta­pie ka­rie­ry Le­we­go, do do­brych lu­dzi, któ­rzy po­mo­gli mu wejść na szczyt. Po­pa­trzy­li­śmy na Ro­ber­ta ich ocza­mi.

Taka jest wła­śnie rola dzien­ni­ka­rza, by dać mó­wić wła­ści­wym oso­bom. My za­wo­dow­ca­mi nie je­ste­śmy ("Może to i le­piej, w le­sie nie wi­dać drzew" - po­wie­dział nam tre­ner Ra­fał Ula­tow­ski, któ­ry asy­sto­wał Leo Be­en­hak­ke­ro­wi i był przy re­pre­zen­ta­cyj­nych po­cząt­kach Le­we­go), pił­ką noż­ną zaj­mu­je­my się w wol­nych chwi­lach, spo­tka­nia z oso­ba­mi z topu nie są dla nas co­dzien­no­ścią, dla­te­go pa­mię­ta­my je wy­jąt­ko­wo wy­raź­nie.

Jed­nak ki­bi­cu­je­my za­żar­cie i tak się szczę­śli­wie skła­da, że uda­ło się nam na­tknąć na Ro­ber­ta, nim stał się gi­gan­tem. Uważ­nie śle­dzi­li­śmy roz­gryw­ki II ligi, kie­dy to Lewy w 2007 roku po­ka­zał się pił­kar­skiej Pol­sce w bar­wach Zni­cza Prusz­ków, dla­te­go wie­rzy­my tre­ne­ro­wi Bo­gu­sła­wo­wi Kacz­mar­ko­wi, gdy mówi, że już wte­dy roz­pa­try­wa­li kan­dy­da­tu­rę nie­speł­na dwu­dzie­sto­let­nie­go Le­wan­dow­skie­go w kon­tek­ście wy­stę­pu na Euro 2008. Rok póź­niej wpa­dli­śmy na nie­go w gdań­skim ho­te­lu, gdy sta­wiał pierw­sze kro­ki w bar­wach Le­cha Po­znań. Nie­win­nie się uśmiech­nął, tłu­ma­cząc nam, jak to się dzie­je, że tyle razy po­słał już pił­kę do siat­ki: "Sam nie wiem, jak to jest, że wciąż wpa­da".

Wresz­cie je­sie­nią 2011 roku od­by­li­śmy tour po euro­pej­skich sta­dio­nach. Do domu wra­ca­li­śmy sa­mo­lo­tem z Dort­mun­du. Ro­bert umó­wił się z nami i cier­pli­wie cze­kał w ośrod­ku tre­nin­go­wym Bo­rus­sii, mimo że by­li­śmy moc­no spóź­nie­ni, a gdy cieć nie chciał nas wpu­ścić, ostro go ofu­kał. Po­tem cier­pli­wie od­po­wia­dał na na­sze py­ta­nia, a na ko­niec z uśmie­chem przy­jął bu­tel­kę gorz­kiej żo­łąd­ko­wej. Chy­ba po­mo­gła, bo po nie­mra­wym star­cie w se­zo­nie 2011/2012 żół­to-czar­ni nie prze­gra­li do koń­ca roz­gry­wek żad­ne­go me­czu, a Lewy na do­bre wszedł do skła­du.

Czy jest wciąż skrom­nym, we­so­łym chło­pa­kiem, jak wte­dy? Sła­wo­mir Pesz­ko, naj­lep­szy ko­le­ga Le­we­go wśród pił­ka­rzy, po­wie­dział nam, że od­kąd Ro­bert zo­stał ka­pi­ta­nem re­pre­zen­ta­cji, zmie­nił się. Zmie­ni­ła się też hie­rar­chia waż­no­ści w ka­drze. Naj­waż­niej­szy jest se­lek­cjo­ner Adam Na­wał­ka, on wszyst­ko kon­sul­tu­je z Ro­ber­tem, po­tem jest resz­ta pił­ka­rzy.

To ta do­bra (nie tyl­ko z na­zwy) zmia­na po­zwo­li­ła ka­drze otrzą­snąć się po la­tach klęsk. Wy­wal­czo­ny w do­brym sty­lu awans do Euro 2016 i god­ny wy­stęp we Fran­cji po­zwa­la­ją z na­dzie­ją pa­trzeć w przy­szłość. Re­kor­do­we 16 mi­lio­nów te­le­wi­dzów pła­ka­ło, gdy pe­cho­wo od­pa­dli­śmy z mi­strzostw po me­czu z Por­tu­ga­lią, choć nie by­li­śmy gor­si.

Po­ja­wia się py­ta­nie: co zmie­nił Lewy? O tym, że na pol­skich po­dwór­kach dzie­ci bie­ga­ją te­raz w ko­szul­kach z na­pi­sem "Le­wan­dow­ski", na­pi­sa­no już set­ki razy; to ba­nał. Wszy­scy bę­dą­cy bli­sko ka­dry mó­wią, że młod­si pił­ka­rze, do­pie­ro wcho­dzą­cy do re­pre­zen­ta­cji, jak Bar­tosz Ka­pust­ka czy Ka­rol Li­net­ty, też są za­pa­trze­ni w Le­we­go. Wie­dzą, że je­śli jemu się uda­ło, a oni będą po­stę­po­wać tak jak on, mają szan­sę się­gnąć szczy­tów. Ro­bert cią­gnie w górę całą pol­ską pił­kę. Ro­śnie nam po­ko­le­nie Le­we­go.

Czy Le­wan­dow­ski już jest lep­szy od le­gend na­sze­go fut­bo­lu: Ka­zi­mie­rza Dey­ny, Wło­dzi­mie­rza Lu­bań­skie­go, Grze­go­rza Lato i Zbi­gnie­wa Boń­ka? Zda­nia są po­dzie­lo­ne, choć ten ostat­ni ofi­cjal­nie prze­ka­zał Ro­ber­to­wi ty­tuł "bel­lo di not­te".

Trud­no obiek­tyw­nie oce­nić, czy Lewy jest lep­szy od wy­mie­nio­nych pił­ka­rzy, ale zda­niem ki­bi­ców już jest naj­lep­szy. Nie tyl­ko w pił­ce noż­nej, ale w ca­łym pol­skim spor­cie, o czym świad­czy triumf w ple­bi­scy­cie "Prze­glą­du Spor­to­we­go" i Te­le­wi­zji Pol­skiej na spor­tow­ca 2015 roku.

Co da­lej? Tego do koń­ca nie wia­do­mo, ale na 99,9 pro­cent Ro­bert bę­dzie ro­bił to, co ko­cha naj­bar­dziej, czy­li bę­dzie wciąż strze­lał gole.

Na ko­niec skła­da­my wy­ra­zy sza­cun­ku dla na­szych ro­dzin, że prze­trwa­ły trud­ny czas przed Euro 2016, gdy we śnie i na ja­wie my­śle­li­śmy o Le­wym, a po­tem za­miast oglą­dać me­cze, tro­pi­li­śmy na­sze­go bo­ha­te­ra. Osob­ne po­dzię­ko­wa­nia dla Sław­ka Pesz­ki, Jac­ka Grem­boc­kie­go, Rad­ka Na­wro­ta, Mać­ka Hen­sze­la, An­drze­ja Ju­sko­wia­ka, Ule­go Hes­se­go, Ra­fa­ła Ula­tow­skie­go i Mar­ka Waw­rzy­now­skie­go za to, że zna­leź­li dla nas czas i oka­za­li się bez­cen­ny­mi in­for­ma­to­ra­mi.

Ma­ciej Sło­miń­ski

Ma­riusz Kor­dek

Bobek

W SKRÓCIE: PARTYZANT LESZNO * VARSOVIA WARSZAWA * DELTA WARSZAWA * LEGIA II WARSZAWA

Ro­bert Le­wan­dow­ski jesz­cze przed uro­dze­niem był ska­za­ny na suk­ces. "Nie chcie­li­śmy wie­dzieć, czy nam się uro­dzi syn, czy cór­ka. "Je­śli to bę­dzie syn, zo­sta­nie spor­tow­cem" - prze­wi­dy­wał mój mąż Krzysz­tof, któ­ry na po­cząt­ku wy­my­ślił, że na­zwie­my go Ar­nold. "Musi mieć mię­dzy­na­ro­do­we imię, by za gra­ni­cą nie było pro­ble­mów" - do­dał. Z Ar­nol­da tyl­ko się za­śmia­łam, więc mąż stwier­dził: "Bę­dzie Ro­bert, z an­giel­skie­go Bob""[1] - mó­wi­ła mama Ro­ber­ta w roz­mo­wie z dzien­ni­ka­rzem "Prze­glą­du Spor­to­we­go". Ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li też, że Ro­bert nie bę­dzie mieć dru­gie­go imie­nia, któ­re zbęd­nie zaj­mu­je miej­sce w pasz­por­cie[2].

Kie­dy 21 sierp­nia 1988 roku w War­sza­wie Ro­bert przy­szedł na świat, ja­skół­ki nie mó­wi­ły wpraw­dzie ludz­kim gło­sem, jak w przy­pad­ku Kim Dzong Ila, ale i tak Krzysz­tof Le­wan­dow­ski ze szczę­ścia cho­dził środ­kiem uli­cy[3].

Ro­bert pierw­sze kil­ka­na­ście lat swo­je­go ży­cia spę­dził w pod­war­szaw­skim Lesz­nie, po­ło­żo­nym na skra­ju Pusz­czy Kam­pi­no­skiej. To dla­te­go po jego trans­fe­rze do Le­cha Po­znań wie­lu ki­bi­com wy­da­wa­ło się, że po­cho­dzi z Lesz­na w wo­je­wódz­twie wiel­ko­pol­skim i "wra­ca w ro­dzin­ne stro­ny".

Lewy po­cho­dzi z ro­dzi­ny spor­to­wej. Mama - Iwo­na Dem­bek - była siat­kar­ką, a oj­ciec - Krzysz­tof Le­wan­dow­ski - był ju­do­ką. Po­zna­li się przy­pad­ko­wo, jesz­cze przed roz­po­czę­ciem stu­diów na war­szaw­skiej Aka­de­mii Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­ne­go (AWF), w ga­bi­ne­cie le­kar­skim. Ona po­cho­dzi­ła z Gru­dzią­dza, on z War­sza­wy. Po­bra­li się, bę­dąc na stu­diach. Pierw­sza na świe­cie po­ja­wi­ła się Mi­le­na, a po­tem Ro­bert.

Komunia na biegu

"Gdy by­łem dziec­kiem, upra­wia­łem wie­le spor­tów - wy­ja­śniał po la­tach Ro­bert. - Judo, jak mój tata, ale tak­że gra­łem w siat­ków­kę, pił­kę ręcz­ną i upra­wia­łem gim­na­sty­kę. Ni­g­dy nie gra­li­śmy dużo w fut­bol. My­ślę, że mój oj­ciec są­dził, iż je­śli będę chciał grać w pił­kę noż­ną, zro­bię to i tak. Nie chciał mnie roz­wi­jać pod ką­tem pił­kar­skim tak wcze­śnie. Chciał, abym na­uczył się ru­chów z in­nych dys­cy­plin spor­to­wych przed skon­cen­tro­wa­niem się na pił­ce noż­nej. Kie­dy by­łem młod­szy, nie ro­zu­mia­łem, dla­cze­go tak ro­bił. Ale dziś wiem. Nie­któ­re umie­jęt­no­ści, z któ­ry­mi inni gra­cze mają pro­blem - jak kon­tro­lo­wa­nie pił­ki wy­so­ko w po­wie­trzu - przy­cho­dzą mi ra­czej ła­two, gdyż mia­łem wie­le tego typu za­jęć w gim­na­sty­ce"[4] - mó­wił Le­wan­dow­ski w wy­wia­dzie dla "Four Four Two".

Od pew­ne­go mo­men­tu oj­ciec nie miał złu­dzeń co do swo­jej dys­cy­pli­ny. "Zo­staw to judo, bo tu się nie wy­bi­jesz, tu rzą­dzi przy­pa­dek. Szko­da cię na judo"[5] - po­wie­dział w koń­cu.

Mło­dy pró­bo­wał wszyst­kie­go z suk­ce­sa­mi. Kie­dy chwy­cił ra­kie­tę te­ni­so­wą, z miej­sca za­czął ogry­wać sio­strę Mi­le­nę. Wy­gry­wał me­cze te­ni­sa sto­ło­we­go, zdo­był zło­ty me­dal w pił­ce ręcz­nej i uni­ho­ke­ju, ale Bo­bek - tak wszy­scy wo­kół na­zy­wa­li ma­łe­go Le­wan­dow­skie­go - naj­bar­dziej lu­bił grać w pił­kę. W Par­ty­zan­cie Lesz­no, gdzie za­czy­nał ko­pać bar­dziej dla za­ba­wy, nie było dru­ży­ny z jego rocz­ni­ka. Dla­te­go w 1997 roku, gdy skoń­czył dzie­więć lat, oj­ciec pod­jął de­cy­zję o za­pi­sa­niu go do MKS Var­so­vii; bo­isko tego ma­łe­go klu­bu znaj­do­wa­ło się przy ul. Mię­dzy­par­ko­wej i no­si­ło wie­le mó­wią­cą na­zwę "kar­to­flan­ka".

Przez całe ży­cie Ro­ber­ta prze­wi­jała się pił­ka. Ży­cze­nia na Boże Na­ro­dze­nie, w uro­dzi­ny lub imie­ni­ny za­wsze do­ty­czy­ły pił­ki. W ro­dzi­nie do dziś opo­wia­da się hi­sto­rię, jak to ksiądz skró­cił mszę, pod­czas któ­rej Ro­bert z całą swo­ją szkol­ną kla­są przy­stę­po­wał do pierw­szej ko­mu­nii świę­tej, tyl­ko dla­te­go, żeby ma­ło­let­ni pił­karz Var­so­vii mógł zdą­żyć na waż­ny dla nie­go mecz[6].

W Par­ty­zan­cie Lesz­no do dziś ża­łu­ją, że go wów­czas nie za­re­je­stro­wa­li choć­by na jed­ną run­dę, "przez co stra­ci­li ogrom­ną - jak na A-kla­so­we wa­run­ki - kwo­tę. Zgod­nie z prze­pi­sa­mi UEFA do­ty­czą­cy­mi szko­le­nia mło­dzie­ży, klub, w któ­rym pił­karz wy­stę­po­wał w wie­ku ju­nior­skim i mło­dzie­żo­wym, po­wi­nien do­stać nie­wiel­ki pro­cent od ko­lej­ne­go trans­fe­ru do klu­bu z in­nej fe­de­ra­cji"[7].

W Var­so­vii nie było ró­żo­wo: "sta­dion miał twar­dą na­wierzch­nię. Bo­isko po­kry­wał piach, a o źdźble tra­wy moż­na było po­ma­rzyć. Tu­ma­ny ku­rzu wzno­szą­ce się pod­czas tre­nin­gu utrud­nia­ły wi­docz­ność. Szat­nie mie­ści­ły się w sta­rych nie­ogrze­wa­nych ba­ra­kach, któ­re mia­ły nie­szczel­ne okna. I wła­śnie w ta­kich wa­run­kach za­czął kieł­ko­wać wiel­ki ta­lent mło­de­go pił­ka­rza"[8].

"To nie­wy­tłu­ma­czal­ne, jak w ta­kich wa­run­kach uda­ło się wy­cho­wać czo­ło­we­go pił­ka­rza Eu­ro­py"[9] - mówi ów­cze­sny tre­ner Var­so­vii Ma­rek Si­wec­ki.

Z dru­giej stro­ny w ta­kich oko­licz­no­ściach kształ­tu­je się cha­rak­ter. Do pił­ki i spor­tu w ogó­le trze­ba mieć za­cię­cie, o któ­re trud­no w cie­plar­nia­nych wa­run­kach, gdy przy ogro­dzo­nym Or­li­ku cze­ka kli­ma­ty­zo­wa­ne auto. Co nie zna­czy, że Bo­bek był za­nie­dby­wa­ny przez mamę i tatę. Wprost prze­ciw­nie, w do­jaz­dy na me­cze i tre­nin­gi za­an­ga­żo­wa­ni byli ro­dzi­ce - ze wzglę­du na trzy­dzie­sto­ki­lo­me­tro­wą od­leg­łość z domu do klu­bu.

"Cóż to były za eska­pa­dy! Roz­kła­da­li­śmy fo­lię na sie­dze­niu, żeby nie po­bru­dzić sa­mo­cho­du. Ro­bert cały w bło­cie po tre­nin­gu, bo prze­cież tam, na tej Var­so­vii, nie miał się gdzie umyć. Nie było cie­płej wody"[10] - wspo­mi­na po la­tach mama Ro­ber­ta.

Po­tem, gdy był już star­szy, sam do­jeż­dżał środ­ka­mi ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Czę­sto zaj­mo­wa­ło mu to oko­ło dwóch go­dzin. Była to praw­dzi­wa pró­ba cha­rak­te­ru dla kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca.

W dzie­ciń­stwie Le­we­go fa­scy­no­wa­li Ro­ber­to Bag­gio, Ales­san­dro Del Pie­ro oraz Thier­ry Hen­ry. Na me­cze pol­skiej Eks­tra­kla­sy cho­dził głów­nie na sta­dion Po­lo­nii, gdyż znaj­do­wał się bli­sko Var­so­vii. To były cza­sy, kie­dy "Czar­ne Ko­szu­le" zdo­by­wa­ły mi­strzo­stwo Pol­ski, a snaj­pe­rem był Em­ma­nu­el Oli­sa­de­be.

Niegrzeczny Lewy

O tym, że Robert nie był grzecz­nym chłop­cem, opo­wia­dał na ła­mach "Su­per Expres­su" Ry­szard Za­wi­ślak, ów­cze­sny kie­row­nik Var­so­vii. "Ro­bert był na­praw­dę nie­złym urwi­sem! - wspo­mi­nał cie­pło Za­wi­ślak, prze­glą­da­jąc zdję­cia daw­nej dru­ży­ny. - Na obo­zie w Chor­wa­cji mie­li­śmy bo­isko tuż nad mo­rzem. Lewy spe­cjal­nie ko­pał pił­kę w stro­nę pla­ży, żeby móc się wy­ką­pać.

Ale naj­lep­sza hi­sto­ria mia­ła miej­sce na obo­zie w So­cho­ci­nie pod Płoń­skiem w 1998 roku. Chłop­cy po­szli na wie­czo­rek za­po­znaw­czy ze star­szy­mi za­wod­nicz­ka­mi z Var­so­vii. Ale dziew­czy­ny chy­ba im się nie spodo­ba­ły, bo chło­pa­ki, za­miast je pod­ry­wać... ob­rzu­ci­li jo­gur­ta­mi po­li­cyj­ny ra­dio­wóz, któ­ry przy­je­chał skon­tro­lo­wać im­pre­zę. By­li­śmy z tre­ne­rem Si­kor­skim bar­dzo źli, dla­te­go chcąc ich uka­rać, ka­za­li­śmy ich wszyst­kich... za­mknąć w aresz­cie! Tak, dla na­ucz­ki.

Chłop­cy spę­dzi­li na doł­ku tyl­ko pół go­dzi­ny, ale byli po­rząd­nie wy­stra­sze­ni. Po­szli na­wet prze­pro­sić ko­men­dan­ta, a póź­niej szo­ro­wa­li ra­dio­wóz. I tak dzie­się­cio­let­ni Bo­bek tra­fił za krat­ki. Na szczę­ście ka­rie­ry mu to nie zła­ma­ło"[11].

Zresz­tą cha­rak­te­ry­stycz­ne jest to, że już w pierw­szej kla­sie Li­ceum Spor­to­we­go nr LXII w War­sza­wie, przy uli­cy Kon­wik­tor­skiej, Le­wan­dow­ski, mimo że sam spo­koj­ny, trzy­mał z urwi­sa­mi, w tym z Tom­kiem Za­wi­śla­kiem, któ­ry dziś od­po­wia­da za obec­ność Le­we­go w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Jak wi­dać, ogień i wodę da się po­łą­czyć, o czym naj­do­bit­niej świad­czy przy­jaźń Ro­ber­ta z roz­ra­bia­ką nie tyl­ko bo­isko­wym, Sław­kiem Pesz­ką.

Duma Delty i Varsovii

Kie­dy wcho­dzi się na stro­nę in­ter­ne­to­wą Var­so­vii, od razu wi­dać zdję­cie Ro­ber­ta w ko­szul­ce tego klu­bu z jego pod­pi­sem: "Za­czy­na­łem na Var­so­vii". I tak jak miesz­kań­cy Sta­ro­gar­du mogą mó­wić, że to w tu­tej­szym Włók­nia­rzu Sta­ro­gard Gdań­ski za­czy­nał grać Ka­zi­mierz Dey­na, jak Soś­nica Gli­wi­ce jest dum­na z Włod­ka Lu­bań­skie­go, tak klub Var­so­via szczy­ci się Ro­ber­tem. Ten nie po­zo­sta­je dłuż­ny i tak­że czę­sto wspo­mi­na oraz wspie­ra swój pierw­szy klub. Tra­fił do Var­so­vii w 1997 roku i spę­dził tam ko­lej­nych osiem lat.

Dro­ga do wiel­kiej pił­ki nie była dla Ro­ber­ta ła­twa. Świet­nie jed­nak po­tra­fił łą­czyć na­ukę z tre­nin­ga­mi, przy­no­sząc do koń­ca gim­na­zjum świa­dec­twa z czer­wo­nym pa­skiem. Mimo nie naj­lep­szych wów­czas wa­run­ków fi­zycz­nych na­le­żał do wy­róż­nia­ją­cych się pił­ka­rzy. Po­wo­ły­wa­ny był do ka­dry War­sza­wy i Ma­zow­sza. Po­cząt­ko­wo, z uwa­gi na to, że nie było dru­ży­ny w jego rocz­ni­ku, tre­no­wał z ko­le­ga­mi star­szy­mi od sie­bie o dwa lata. Po­tem do­łą­czył do ró­wie­śni­ków. Pierw­szy­mi jego tre­ne­ra­mi byli wspo­mnia­ny wy­żej Ma­rek Si­wec­ki i Krzysz­tof Si­kor­ski.

"Nóż­ki miał jak pa­tycz­ki. Kie­dy biegł z pił­ką, wy­da­wa­ło się, że za­raz się prze­wró­ci. Mó­wi­łem mu, żeby jadł bo­czek, to w koń­cu uro­śnie"[12] - opo­wia­dał Si­kor­ski.

Na run­dę wio­sen­ną se­zo­nu 2004/2005 prze­szedł do czwar­to­li­go­wej Del­ty War­sza­wa, któ­ra była bez­po­śred­nim za­ple­czem Le­gii. Szes­na­sto­let­ni wów­czas Le­wan­dow­ski pod­pi­sał swój pierw­szy kon­trakt za­wo­do­wy i to wła­śnie wte­dy spo­tka­ła go wiel­ka tra­ge­dia. Zmarł jego oj­ciec, a Ro­bert wy­łącz­nie z my­ślą o nim kon­ty­nu­ował na­ukę i jed­no­cze­śnie tre­no­wał. Tata ma­rzył, aby uj­rzeć go kie­dyś w bar­wach Le­gii. Nie­ste­ty nie do­cze­kał tego.

Tata Le­we­go cier­piał na cho­robę wień­co­wą, nad­ci­śnie­nie, a po­tem za­ata­ko­wał go no­wo­twór. Bał się ope­ra­cji, choć dłu­go na nią cze­kał. W koń­cu tra­fił na stół ope­ra­cyj­ny, ale dwa dni póź­niej zmarł we śnie, z po­wo­du wy­le­wu[13].

Śmierć ojca spo­wo­do­wa­ła, że Ro­bert mu­siał szyb­ko wydo­ro­śleć i jesz­cze jako na­sto­la­tek za­ro­bił pierw­sze pie­nią­dze. Gdy usły­szał tra­gicz­ną wia­do­mość, po­wie­dział tyl­ko z ka­mien­ną miną: "Prze­czu­wa­łem to". Tak jak w polu kar­nym, tak w ży­ciu nie zwykł oka­zy­wać emo­cji.

Iwo­na Le­wan­dow­ska wspo­mi­na­ła: "Doj­rzał. Wcze­śniej był dow­cip­ny, nie mu­siał się o nic mar­twić. Wie­dział, że ma nas. Po śmier­ci ojca spo­waż­niał, za­czął pla­no­wać, my­śleć o tym, co zro­bić, by mi po­móc, tak­że fi­nan­so­wo. To były trud­ne mie­sią­ce, schu­dłam sie­dem kilo, ale nie mo­głam się za­ła­mać. Wszyst­ko na­gle mu­sia­łam sama kon­tro­lo­wać".

W Del­cie Ro­bert mie­sięcz­nie otrzy­my­wał 400 zło­tych. Opu­ścił wów­czas ro­dzin­ny dom i za­miesz­kał w War­sza­wie u sio­stry. Tre­nin­gi miał co­dzien­nie, a do­dat­ko­wo w week­en­dy me­cze, dla­te­go prze­pro­wadz­ka po­zwo­li­ła mu za­osz­czę­dzić spo­ro cza­su.

W Del­cie nie po­grał jed­nak dłu­go, po­nie­waż tam­tej­sze wła­dze po­sta­no­wi­ły zli­kwi­do­wać dru­ży­nę se­nio­rów i za­jąć się wy­łącz­nie szko­le­niem mło­dzie­ży. Mimo to zdą­żył wio­sną wy­stą­pić w kil­ku me­czach w dru­ży­nie se­nio­rów i zdo­być czte­ry bram­ki.

Jego gra była tak sku­tecz­na, że do­stał pro­po­zy­cję przej­ścia do war­szaw­skie­go Hut­ni­ka, pod skrzy­dła An­drze­ja Bla­chy, póź­niej­sze­go szko­le­niow­ca Zni­cza Prusz­ków. "Już wte­dy wi­dać było, że ten chło­pak ma pa­pie­ry na gra­nie i ko­cha strze­lać bram­ki, jed­nak kwo­ta dzie­się­ciu ty­się­cy zło­tych, któ­re trze­ba było wy­ło­żyć za kar­tę, oka­za­ła się zbyt duża jak na moż­li­wo­ści klu­bu z Bie­lan" - wspo­mi­na Bla­cha.

Więk­szym za­so­bem go­tów­ki dys­po­no­wa­li Krzysz­tof Ga­wa­ra i Je­rzy Kra­ska, pro­wa­dzą­cy ze­spół re­zerw Le­gii, dla­te­go Le­wan­dow­ski je­sie­nią tre­no­wał już na Ła­zien­kow­skiej i strze­lał bram­ki w roz­gryw­kach III ligi. W 2005 roku pod­pi­sał z klu­bem rocz­ny kon­trakt z moż­li­wo­ścią jego prze­dłu­że­nia.

Dy­rek­to­rem spor­to­wym Le­gii był Ja­cek Bed­narz. "Te­raz wszy­scy przy­zna­ją się do Ro­ber­ta - ile to mu po­mo­gli, jak to go od­kry­wa­li... Tro­chę mnie to dzi­wi. Ja nie chcę kon­fa­bu­lo­wać i przy­pi­sy­wać so­bie czy­jejś za­słu­gi. Po pro­stu, zo­ba­czy­łem pew­ne­go dnia na Del­cie chło­pa­ka z pa­sją i ta­len­tem. Po­le­ci­łem go w re­zer­wach, ale na­sze dro­gi, nie­ste­ty, szyb­ko się roz­mi­nę­ły - gdy tyl­ko przy­szedł do Le­gii, mnie aku­rat zwol­nio­no z funk­cji dy­rek­to­ra spor­to­we­go. Na­wet nie wiem, czy Ro­bert mnie ko­ja­rzy z tego okre­su"[14] - przy­znał.

Blisko Belgradu

Awans spor­to­wy wią­zał się tak­że z awan­sem fi­nan­so­wym. W Le­gii Le­wan­dow­ski za­czął za­ra­biać 1500 zło­tych, któ­re w go­tów­ce od­bie­rał w ka­sie. Ze wzglę­du na tre­nin­gi prze­niósł się do szko­ły wie­czo­ro­wej. Szkol­ną ław­kę dzie­lił z Da­nie­lem Mąką, by­łym pił­ka­rzem Po­lo­nii War­sza­wa, a obec­nie Wi­dze­wa Łódź.

Zna­ją się nie­mal­że od ko­ły­ski. W li­ceum tak­że byli kum­pla­mi. Po­ma­ga­li so­bie nie tyl­ko na bo­isku, lecz tak­że pod­czas szkol­nych kla­só­wek.

"Sta­rzy kum­ple mu­szą się prze­cież wspie­rać" - uśmie­chał się Le­wan­dow­ski. "Kie­dy tyl­ko by­łem do­brze przy­go­to­wa­ny, to z chę­cią po­ma­ga­łem Da­nie­lo­wi. Choć ścią­ga­nie na spraw­dzia­nach nie za­wsze wy­cho­dzi­ło na do­bre, kil­ka razy na­uczy­cie­le zła­pa­li nas na go­rą­cym uczyn­ku"[15] - przy­zna­wał Ro­bert.

W re­zer­wach Le­gii za­de­biu­to­wał w spa­rin­gu 9 lip­ca 2005 roku - w me­czu z Gwar­dią War­sza­wa, za­koń­czo­nym wy­ni­kiem 1:0. W li­dze pierw­sze dwa spo­tka­nia spę­dził na ław­ce, za­grał do­pie­ro w trze­ciej ko­lej­ce prze­ciw­ko Gór­ni­ko­wi w Łę­czy­cy. W 80. mi­nu­cie zo­stał zmie­nio­ny, a jego ze­spół prze­grał 0:3. Spe­cy­fi­ka dru­ży­ny re­zerw jest taka, że na me­cze li­go­we zo­sta­ją od­de­le­go­wa­ni gra­cze I dru­ży­ny. Ma to miej­sce zwłasz­cza w run­dzie je­sien­nej, kie­dy ka­dra jesz­cze jest sze­ro­ka, za­wod­ni­cy nie pau­zu­ją za kart­ki ani nie do­zna­ją kon­tu­zji. To spo­wo­do­wa­ło, że je­sie­nią Lewy za­grał tyl­ko sie­dem spo­tkań i zdo­był za­le­d­wie jed­ną bram­kę - prze­ciw­ko Ma­zow­szu Gró­jec.

For­mą za­im­po­no­wał w me­czach spa­rin­go­wych w cza­sie prze­rwy zi­mo­wej. W tur­nie­ju o Pu­char Pre­zy­den­ta War­sza­wy zo­stał kró­lem strzel­ców, a w pół­fi­na­ło­wym me­czu prze­ciw­ko re­zer­wom Po­lo­nii zdo­był pięć bra­mek, wszyst­kie w pierw­szej po­ło­wie, w cią­gu 34 mi­nut. Nie­ca­łe dzie­sięć lat póź­niej po­dob­ny wy­czyn w me­czu z VfL Wol­fs­burg zaj­mie mu nie­co mniej cza­su.

Sku­tecz­ność Le­wan­dow­skie­go w spa­rin­gach zi­mo­wych spra­wi­ła, że na pierw­sze czte­ry spo­tka­nia Ro­bert wy­cho­dził w pod­sta­wo­wym skła­dzie. W spo­tka­niu z Unią Skier­nie­wi­ce zdo­był swo­ją dru­gą bram­kę w li­dze.

W dru­ży­nie part­ne­ro­wał mu Serb Mir­ko Po­le­di­ca, bę­dą­cy wów­czas u kre­su ka­rie­ry, któ­ry wcze­śniej z nie­jed­ne­go pił­kar­skie­go pie­ca chleb jadł. "W tym cza­sie w Le­gii gra­ło dwóch re­pre­zen­tan­tów Pol­ski - wspo­mi­na - mimo to po­sze­dłem do tre­ne­ra, a tak­że pre­ze­sa klu­bu i po­wie­dzia­łem im: "Nie żar­tuj­cie, że nie da­cie temu dia­men­ci­ko­wi szan­sy gry w pierw­szym ze­spo­le"". Gdy spo­tkał się z od­mo­wą, przy­stą­pił do dzia­ła­nia: "Wy­szu­ka­łem nu­mer Go­ra­na "Maza" Va­si­li­je­vi­cia, któ­re­go po­zna­łem, kie­dy gra­li­śmy ra­zem. Wzią­łem te­le­fon i po­wie­dzia­łem mu: "Mazo, mam tu ta­kie­go cu­dow­ne­go gra­cza w Le­gii, weź tego dzie­cia­ka i po­ob­ser­wuj go przez sie­dem dni". Nic by to nie kosz­to­wa­ło Crve­ną Zvez­dę, bo sam bym ugo­ścił "Ro­bie­go" w Bel­gra­dzie, któ­ry no­co­wał­by w moim miesz­ka­niu, ale... nie spot­ka­łem się z żad­ną re­ak­cją z dru­giej stro­ny. "Mazo" po­wie­dział mi, że Po­lak, któ­re­go nie chcą w Le­gii, nie może grać w Crve­nej Zvez­dzie"[16].

Przypisy

[1] Iza Koprowiak, Robert Lewandowski, jakiego nie zna nikt, "Przegląd Sportowy", dostęp online 4.03.2016, http://www.przegladsportowy.pl/pilka-nozna/euro-2012,euro-2012-iwona-lewandowska-o-robercie-lewandowskim,artykul,138273,1,1032.html.

[2] Wojciech Zawioła, Pogromca Realu, Warszawa 2013, s. 25.

[3] Tamże.

[4] Ulrich Hesse, Lewy uderza ponownie, "Four Four Two", 5/15 (41) grudzień 2015.

[5] Wojciech Zawioła, op. cit., s. 26.

[6] Robert Lewandowski. Prawdziwa historia, "Gala", dostęp online 4.03.2016, http://www.gala.pl/wywiady-i-sylwetki/robert-lewandowski-prawdziwa-historia-10771.

[7] Rafał Hurkowski, Robert Murawski, Śladami Lewandowskiego: Partyzant Leszno, Polsat Sport, dostęp online 04.03.2016, http://www.polsatsport.pl/wiadomosc/2015-08-25/sladami-lewandowskiego-partyzant-leszno/.

[8] Oficjalna strona internetowa Roberta Lewandowskiego, dostęp online 04.03.2016, http://lewandowskiofficial.com/biografia/.

[9] Łukasz Olkowicz, Piotr Wołosik, Lewy. Jak został królem, Warszawa 2016, s. 62.

[10] Wojciech Zawioła, op. cit., s. 27.

[11] Euro 2012. Robert Lewandowski, gdy był mały, trafił do aresztu, "Super Express", dostęp online 16.03.2016, http://sport.se.pl/euro-2012/gwiazdy/euro-2012-robert-lewandowski-gdy-byl-maly-trafil-do-aresztu_262248.html.

[12] Łukasz Olkowicz, Piotr Wołosik, Robert Lewandowski. Narodziny gwiazdy, Warszawa 2013, s. 9.

[13] Wojciech Zawioła, op. cit., s. 34.

[14] Rafał Hurkowski, Robert Murawski, Śladami Lewandowskiego: Legia Warszawa, Polsat Sport, dostęp online 11.03.2016, http://www.polsatsport.pl/wiadomosc/2015-11-13/sladami-lewandowskiego-legia-warszawa/.

[15] Marcin Szczepański, Najbardziej utalentowani piłkarze polskiej ligi, Lewandowski i Mąka, chodzili do tej samej klasy w liceum, "Super Express", dostęp online 4.03.2016, http://sport.se.pl/pilka-nozna/reprezentacja/razem-wagarowali-razem-zagraja-w-reprezentacji-pol_73301.html.

[16] Mogli kupić Roberta Lewandowskiego za tysiąc euro, Eurosport.onet.pl, dostęp online 10.04.2016, http://eurosport.onet.pl/pilka-nozna/inne-ligi/mogli-kupic-roberta-lewandowskiego-za-tysiac-euro/l5s0wb.