Robakiewicz - Władysław Książek

Reflow text when sidebars are open.
Nie lubiliśmy go wszyscy, jak nas było trzydziestu kilku...
I nie była temu winną jego ryża głowa, zawsze rozczochrana, ani wrodzona lękliwość, ani wreszcie kraciaste pantalony, w których zimą i latem chodził od pierwszej klasy i które tak się z nim zrosły, iż bez tych "kratek" nikt Robakiewicza wyobrazić sobie nie umiał.
Ubogi, zaniedbany, nie miał większych zdolności; nad wszystkim musiał zawsze długo ślęczeć, ale też i wszystkiego się wyuczał, a do szkoły zawsze przychodził pierwszy, z rana i po południu. Jużci ktoś pierwszym przyjść musi, na to nie ma rady. Ale też nie zdarzyło się nigdy, aby Robak nie siedział już w ławce, gdy się nasza "trójka" zjawiała, lub nie czekał u drzwi na otwarcie sali wraz z kilkoma innymi "kujonami"... Żadnemu z nas w owym czasie, zwłaszcza, żeśmy to już trzecią klasę z sobą przechodzili, nie brakowało jakiegoś przezwiska. Są bowiem lata, w których epidemicznie przezwiska grasują wśród gimnazistów, nie oszczędzając nikogo: paniczyka zarówno, jak biedaka. Ale on, Robak, miał ich cały szereg.
- Ryży... Kratka... Rumianek... (rumienił się bowiem, gdy ktośkolwiek do niego zagadał). Ananas... i na koniec - jedno ohydne: Lizus!
A do rozpaczy doprowadzało nas to właśnie, że o żadne nigdy się nie obrażał - nawet o to ostatnie. Uśmiechał się tylko, jakby chciał powiedzieć: "I to zniosę"...
Ja, com rwał się do bicia za "Poetę", primus Ciernicki, który pienił się za przyczepionego mu, nie wiem już w jaki sposób: "Kominkiewicza" - i trzeci z naszej ściślejszej kompanii, Poletyłło, którego o spazmy przyprawiało przezwisko "Połupajły" - nie mogliśmy zrozumieć, iż on, "Lizus", znosi to wszystko z taką obojętnością.
Ten "Lizus" bowiem nie powstał bez przyczyny.
Już w drugiej klasie zauważyliśmy, że Robakiewicz często prowadzi po kątach i korytarzach jakieś konszachty z profesorem łaciny, najostrzejszym z nauczycieli, małym, suchym, a złośliwym, jak jędza...
Dobrali się obaj, jak nie można lepiej... "Robak" w tych swoich odwiecznych "kratkach" i połatanej czapce, "Ciceron" zaś (tak nazywaliśmy łacinnika) w zatłuszczonym i zielonkawym od starości paltocie, obaj przy tym rudawi i chudzi, jakby nigdy nic nie jadali, stanowili rzadką istotnie parę.
Bywało też, że "Ciceron", który nas starał się wyrywać najniespodzianiej, odzywał się często na swojej lekcji:
- Robakiewicz! przygotowałeś się?
- Przygotowałem, proszę pana profesora...
- Umiesz wszystko?
- Wszystko...
- No, to siadaj, kochanku, a na pytanie odpowie mi zapewne... (groźna pauza)... Zakrzewski.
Były to szczególne względy i nie mogły ujść naszej uwagi.
Co jednak ich zbliżyło i czym Robak zdołał ugłaskać srogiego Cicerona? - nikt z nas nie mógł odgadnąć. Widzieliśmy tylko - to trzeba przyznać - że nie Robakiewicz narzucał się dotąd łacinnikowi, ale ten zawsze go umiał wypatrzeć i nawet podczas pauzy zbliżał się często do niego i wyszukiwał go w tłumie.
- Cóż, Robakiewicz, zdrowyś?
- Zdrowym.
- No, to bene! - i łacinnik głaskał go po głowie i klepał po ramieniu.
Podpatrzywszy pewnego razu te konszachty, zapytałem Robaka:
- Co ty masz z tym Ciceronem?
- Nic! Cóż by?... - odparł, rumieniąc się, jak zresztą zawsze, gdy się do niego zagadało.
- A o cóż on cię wypytuje?
- Wczoraj?... Wczoraj pytał mnie, gdzie mieszkam. A ja mu na to: "Na Grzegórzkach... u węglarzy".
- A on?
- On? Ciceron? Ciceron zapytał jeszcze: "Kopią węgle? górnicy?" A ja znowu na to: "Nie, proszę pana profesora... Gdzie by kopali... Noszą... Noszą po domach, w koszu". I... i na tym my wczoraj skończyli.
Tyle było szczerej naiwności w tych słowach Robaka, że tego samego wieczora - pamiętam, jak dziś - począłem go bronić przed moimi kompanami: Ciernickim, Poletyłłą i Sztummerem, który właśnie był u nas w gościnie.
- Być może, że on poczciwy! - zawołał Ciernicki. - A jednak ja go nie lubię... On mi kiedyś jeszcze biedy narobi... Zobaczycie!
I niby narobił w samej rzeczy... ale...
Ale to cała historia!...