Człowiek drewno. Onan
Ja to go właściwie nie znałem.
Teraz nagle wszyscy mówią, że byłem jego przyjacielem. Że łączyła nas nie wiadomo jaka męsko-męska relacja i tylko ja mogłem wiedzieć, o czym myśli albo co, gdzie i z kim robi, a właściwie czemu ciągle z nikim.
Ale to nieprawda. Nasza, jak to pan nazwał, przyjaźń ograniczała się do piwa, kina i okazjonalnej wymiany linków. Nie, nie takich linków, o jakich pan myśli. Za kogo pan mnie ma? To, że nikt nie znał go lepiej, wcale nie znaczy, że ja znałem go dobrze. Relacje międzyludzkie to nie jest system binarny czy nawet dziesiętny, tu nie ma prostych klasyfikacji i nawet podział na przyjaciół i wrogów jest śmiesznym zaokrągleniem do dwóch miejsc po przecinku. Więc owszem, widywaliśmy się, rozmawialiśmy, ale nie miałem pojęcia, kim jest naprawdę. Tak, wiedziałem, że to nie pierwszy lepszy Kowalski zza ściany, że temu człowiekowi coś dolega - o ile wolno mi go w ogóle tak nazywać, biorąc pod uwagę nastroje w gazetach - że coś go męczy, coś w nim siedzi, i czasem z niego wychodzi - spojrzeniami, ciszą, drżeniem rąk.
Zresztą, zanim zaczniemy, powiedzmy to sobie jasno: to, co zrobił Robak, jest niewybaczalne i bronienie go nie przyszłoby mi nawet do głowy.
Sytuacje. Mogę tylko przedstawić panu pewne sytuacje.
Kiedyś brałem go za kogoś takiego jak ja czy pan, czyli człowieka plastelinę, z całym szacunkiem, człowieka, którego można zmienić, ułożyć, czy nawet ulepić na nowo, żeby zmieścił się w jakąś ramę, w jakiś dom, w zwykłą międzyludzką relację. Ale to nie był człowiek plastelina. To był człowiek drewno - po stokroć ociosany, ale wciąż za duży, żeby wygodnie rozsiąść się w pokoju, pośród innych ludzi - człowiek twardy i skrzypiący, ale przecież gdzieś tam w środku jeszcze żywy, jeszcze rosnący jakimś fantomowym, pozbawionym światła odruchem.
Poznaliśmy się zimą, bo wtedy pije się najwięcej, przynajmniej w tym mieście, gdzie w styczniu tak trudno wyjść człowiekowi z knajpy, a na zewnątrz czekają tylko czarna pochodna śniegu, bezdomni i smog. Zima była zresztą najmniejszym z moich zmartwień. Musiałem zmienić pracę, co wiązało się z pewnym przykrym incydentem, o którym nie mam ochoty mówić - dość wspomnieć, że mocno wpłynął na moją relację z Kir.
W tamtym czasie szło nam fatalnie, wszystkie wspólne dni kończyły się kłótnią, właściwie każdy zamieniał się w wielką, wypełnioną teatralnymi gestami bitwę. Byliśmy wtedy razem od trzech, może czterech lat. Etap namiętności mieliśmy dawno za sobą, zostały dwa następne: intymności i zaangażowania. Tyle że mnie zależało na tym pierwszym, a jej na tym ostatnim. Przynajmniej taką mam teorię, tak to sobie tłumaczę.
Z perspektywy czasu wszystko wydaje mi się proste: zdecydowanie nie byłem gotowy na małżeństwo, a jej chodziło właśnie o to. Potrzebowała bezpieczeństwa, co było dla mnie zrozumiałe, a jednocześnie frustrujące, bo, sam pan rozumie, ile można mówić w kółko o tym samym: że zegar biologiczny, że nie stajemy się młodsi, że znajomi już zaręczeni, zadłużeni, zasypani pieluchami, a my, jak te kołki, tkwimy na tym samym, studenckim etapie.
Skoro, jak pan mówi, moje prywatne sprawy zostają między nami, to chyba mogę się przyznać: najzwyczajniej w świecie nie umiałem znieść tego, za przeproszeniem, ględzenia, bo byłem odrobinę innym człowiekiem niż teraz. Wciąż jeszcze żyłem pijackim drygiem studiów, wspomnieniami, nadziejami na mniej przyziemną, lepszą egzystencję, której wszyscy będą mi zazdrościć, choć sam do końca nie wiedziałem, na czym miałaby polegać. Kir nie potrafiła pojąć mojej niechęci do stabilizacji, traktowała ją jak zwyczajny brak dojrzałości, którą ona, dzięki swej nieomylnej intuicji, oczywiście dawno już posiadła.
Tak czy owak, na napiętą już sytuację w domu nałożyła się ta historia w pracy, do której, jak już mówiłem, wolałbym nie nawiązywać, ale wygląda na to, że nie mam wyjścia, bo jak inaczej uzasadnię spędzanie siedmiu dni w tygodniu w kazimierskich knajpach, nie wychodząc w pańskich oczach na alkoholika? To był niezręczny, niepotrzebnie rozbuchany incydent, w którym rzeczywiście mogła być odrobina mojej winy, ale na pewno nie złej woli. Nie chcę się tłumaczyć, nie czuję takiej potrzeby, tym bardziej że koniec końców to ja byłem największym poszkodowanym całej afery.
Po prostu szybko opowiem, co się wydarzyło, i miejmy to z głowy.
To była moja pierwsza praca na pełen etat. Świeżo po studiach, po obronie, która zajęła mi dwa lata i pochłonęła pięć razy więcej energii, niż powinna, trafiłem tam, gdzie wszyscy, czyli do korpo. I poczułem się, jakby ktoś gwałtownie obudził mnie z pięknego snu.
Nie wiem, jakim cudem, ale przez tamte pięć lat na uczelni, a właściwie siedem, żyłem w przekonaniu, że czas stoi w miejscu. Wie pan, nie chodzi o to, że pielęgnowałem mrzonki o znalezieniu pracy w tak zwanym zawodzie (zresztą pedagogika, delikatnie mówiąc, nigdy nie była moją pasją). Nie miałem też nadziei na jakieś wielkie pieniądze. Po prostu na studiach nauczyłem się kompletnie nie myśleć o przyszłości. W moim aparacie pojęciowym w ogóle nie było takiej kategorii - wyparła ją teraźniejszość. Aż nagle to wieczne teraz mnie zdradziło: posadziło mnie za biurkiem. I siedziałem za nim od poniedziałku do piątku, od dziewiątej do siedemnastej trzydzieści ("przerwa obiadowa nie wlicza się w czas pracy").
Co gorsza, o to biurko wcale nie było łatwo. Jako świeży absolwent z niemal zerowym doświadczeniem (nie licząc jednej czwartej etatu w pewnej knajpie na Podgórzu) musiałem sporo się nabiegać, nauśmiechać i nakłamać, żeby przyjęli mnie gdziekolwiek. Tym bardziej, że zabroniłem sobie pracy za płacę minimalną, a już na pewno w obsłudze klienta, od której mnie odrzucało, odkąd na pierwszym roku studiów spędziłem kilka tygodni na okresie próbnym w pewnej stale upadającej firmie na Czyżynach.
Każda kolejna rozmowa kwalifikacyjna łamała mój studencki kręgosłup moralny, nakazujący mi częstować obojętnością ludzi oczekujących ode mnie zaangażowania w rzeczy, które miałem głęboko gdzieś. Z firmy na firmę, z biura na biuro zaczynałem rozumieć, że jedynym sposobem na przekonanie rekrutera jest udzielenie dokładnie takich odpowiedzi, jakich się ode mnie oczekuje, oraz przedstawienie ich dokładnie w taki sposób, jakiego się ode mnie oczekuje.
Owszem, to banał, ale ja do tego banału musiałem dojrzeć, bo przecież wychowano mnie w przekonaniu, że powinniśmy robić to, co kochamy. Wszyscy mówili: podążaj za swoją pasją albo: życie jest krótkie, albo: teraz albo nigdy. Słyszałem to od najwcześniejszego dzieciństwa, zanim jeszcze o czymkolwiek mogłem decydować sam, wyrosłem więc w wierze, że nikt nigdy nie będzie kazał mi robić rzeczy, na które nie mam ochoty.
A tutaj nagle od wszystkich, naprawdę od wszystkich, dostaję bezczelnie jednoznaczne sygnały: żeby przeżyć, musisz kłamać. Prosto w oczy, z uśmiechem na ustach i pozytywną energią w oczach.
Nie miałem więc wyboru - nie dałbym rady bez autosugestii. Dotąd gardziłem nią jak najgorszym złem moralnym, a teraz musiałem zaakceptować ją jako smutną konieczność. I zrobiłem to. I stałem się mistrzem. Mistrzem autosugestii. I tak już właściwie zostało.
Tak zostało.
Ale pan przecież nie chce słuchać o mnie. Pan chce Robaka. Błota, mrożących krew w żyłach szczegółów i psychologicznego portretu potwora, do pańskiego tru-krajm bestselera, prawda? Obiecuję, że będę się streszczał.
Znalazłem więc w końcu pracę, a żeby zamortyzować postakademickie uderzenie o ziemię, moje pierwsze pełnoetatowe wypłaty wydawałem na alkohol. Pod pretekstem ratowania swojego życia intelektualnego zacząłem więcej czytać. Zrobiłem sobie tatuaż, żeby poczuć się odrobinę bardziej wyjątkowym. Zrobiłem nawet dwa, ale to nie podziałało, bo wszyscy dookoła też je mieli, więc na drugim poprzestałem. Czułem, że wyrasta wokół mnie niewidzialna klatka, a ja nie mam absolutnie żadnego pomysłu na to, jak się z niej wydostać.
I przepracowałem tak rok - ujarzmiony, osiodłany, spacyfikowany - kiedy to zostałem oskarżony o niestosowne zachowanie wobec koleżanki z pracy, której imienia, z oczywistych względów, wymieniał nie będę. Nazwijmy ją Zera.
Zera była dziewczyną co najmniej atrakcyjną, a przy tym energiczną i, hm, lubiącą się zabawić. A przynajmniej za taką uchodziła, jeśli wie pan, o czym mówię. Miała tyle lat co ja, pracowała na tym samym stanowisku i siedziała dwa biurka obok. Skończyła religioznawstwo i jej motywacja zawodowa nie różniła się od mojej: chodziło tylko i wyłącznie o pieniądze. Nienawidziliśmy tej pracy.
Dosyć szybko nawiązaliśmy luźną, koleżeńską relację, która wyniknęła przede wszystkim z nudy. Kiedy Zera nie mogła już znieść kolejnych godzin nad ekselem i ałtlukiem, pisała do mnie na slaku, a ja, z uwagi na jej miłą powierzchowność, ochoczo odpowiadałem. Dzięki niewinnemu flirtowi dni mijały szybciej.
Nie miałem pojęcia, w jaki dokładnie sposób zapracowała sobie na dwuznaczną reputację w timie, ale należała do niego kilka miesięcy dłużej niż ja, mogło więc zdarzyć się niejedno. Owszem, zauważyłem, że nosiła bardzo mocny makijaż, co mi bynajmniej nie przeszkadzało, i że uśmiechała się, nie tylko do mnie, w sposób, który przez wielu mógłby być uznany za dość wyzywający.
Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja nie chcę zrzucać na nikogo winy. Zresztą z niczego nie muszę się tłumaczyć. Chcę tylko nakreślić panu obraz sytuacji, żeby zbyt pochopnie mnie pan nie oceniał, bo o to przecież bardzo łatwo. Potem opublikują pańską książkę, a ja wyjdę w niej na zboczeńca. Spokojnie, już za chwilę opowiem o Robaku.
Do wspomnianego zajścia doszło w okolicznościach banalnych: na firmowej imprezie integracyjnej.
Byliśmy we Franticu. Ten klub już chyba nie istnieje - może to i dobrze, sam nie wiem. Wiele osób przyprowadziło swoje drugie połówki, ale Kir z jakiegoś powodu nie mogła przyjść. Zachorowała albo musiała pojechać do rodziców, nie pamiętam. W każdym razie byłem sam, a alkohol stawiała korporacja. Nie pamiętam limitu darmowych drinków, ale musiał być spory, bo upiłem się bardzo szybko. Miałem wyjątkowo dobry humor. W ciągu godziny wskoczyłem na nowy poziom znajomości z co najmniej trzema kolegami z działu, dowiedziałem się, kto pali zioło, kto nie i jak bardzo wszyscy nienawidzą tej roboty.
Jak może się pan domyślić, przyszła też Zera. Moje wspomnienia z tamtego wieczoru są mocno zatarte, ale na pewno pamiętam, jak wyglądała.
Trochę już mówiłem o jej wyglądzie: była naprawdę ładna. Kształty, talia, kręcone włosy, puszap, złote okulary z taką modną, cienką ramką, ruda szminka, niski głos. Przyszła jako ostatnia, w czerwonej mini, w szpilkach. Wszyscy się za nią oglądali. Wszyscy. Ale ona, przynajmniej wtedy, uśmiechnęła się tylko do mnie.
Powtarzam, nie chcę się tłumaczyć. Po prostu mówię, jak było. Wyglądała olśniewająco, a ja byłem pijany. A po niedługiej chwili ona też.
Zaczęliśmy tańczyć. Wydawało mi się, że nikt nie zwraca na nas uwagi, ale już w poniedziałek przekonałem się, że wręcz przeciwnie: obserwowali nas i komentowali nasze zachowanie wszyscy, a już najbardziej ci, którzy wiedzieli, że mam dziewczynę (wkrótce wiedział o tym każdy).
Później nie dało się znaleźć osoby, która by nie twierdziła, że finał tej historii łatwo było przewidzieć, ale w trakcie imprezy nikt oczywiście nie reagował, nawet gdy po kolejnym tańcu i kolejnym wspólnym drinku zaczęliśmy się całować. Zresztą wie pan, jak jest w takich klubach: głośno, tak głośno, że własne myśli docierają do człowieka jakby zza grubej ściany, z głuchym opóźnieniem.
Nie chcę wchodzić w szczegóły. Zresztą, jak już mówiłem, nie wszystko pamiętam. Nie ulega jednak wątpliwości, że zaczęliśmy się przesuwać w stronę łazienek.
Pan się krzywi. Nie dziwi mnie to. Przejdę więc do sedna: znaleźliśmy się w cuchnącej moczem kabinie, obślinieni pijacką żądzą i próbujący pożreć się żywcem. Tak, wciąż czuję do siebie obrzydzenie, kiedy o tym myślę, ale przecież nic już nie poradzę. Stało się.
No więc wszystko toczyło się na swój typowy, obrzydliwy sposób ku nieubłaganemu finałowi, kiedy nagle ona przestała. Coś się w niej zacięło. Coś w niej wytrzeźwiało, otrząsnęło się i zaczęło wyginać w drugą stronę.
Odepchnęła mnie, zamknęła oczy, wbiła plecy w ścianę kabiny i, z rękami we włosach, zaczęła dyszeć, powoli, mechanicznie, jakby odliczała do dziesięciu.
Jeszcze do mnie nie dotarło, że okoliczności zupełnie się zmieniły. Sam pan rozumie, byłem rozpędzony. Dlatego dotknąłem jej twarzy i zacząłem udawać czułość. Wypowiedziałem jej imię, ciszej niż zazwyczaj, ze zdrobnieniem, podniosłem jej podbródek i chciałem spojrzeć w twarz, a potem znów zacząć całować.
Ale kiedy zbliżyłem usta do jej ust, zupełnie jej odbiło. Odepchnęła mnie, o wiele mocniej niż wcześniej. Zaczęła się wydzierać, uderzać mnie na oślep, płakać. Wie pan, kompletna paranoja.
Osłupiałem. Podniosłem ręce, pokazując, że nie zamierzam jej więcej tknąć, zrobiłem wielkie oczy i wyszedłem z kabiny, przed którą stała kolejka złych, zniecierpliwionych i zdegustowanych kobiet. Jedna zaczęła na mnie krzyczeć. Inna stanęła mi na drodze, popatrzyła w oczy i nie chciała wypuścić. Wkurzyłem się, wyminąłem je jakoś i wybiegłem.
I tyle. Do niczego więcej nie doszło. Serio.
Wyszedłem z klubu i wróciłem do domu. Nie przyznałem się Kir. Miałem oczywiście nadzieję, że się nie dowie. Nie chciałem jej ranić. Byłem na siebie wściekły i próbowałem o wszystkim jak najszybciej zapomnieć. Postanowiłem nigdy więcej nie rozmawiać z Zerą.
Byłem jednak naiwny, bo jak się pan domyśla, w poniedziałek czekała mnie oficjalna rozmowa z timliderką, wypytującą o całe zajście, zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo jakimś cudem znała więcej szczegółów ode mnie. Otóż, proszę sobie wyobrazić, Zera twierdziła, że ją do wszystkiego zmusiłem. Że to był, no wie pan, gwałt.
Wściekłem się. Wstałem od stolika w miting rumie - od ołpen spejsa oddzielało nas szkło - i zacząłem krzyczeć. Że to wszystko kłamstwo. Że ona trzyma jej stronę, bez jakichkolwiek dowodów. Że przecież opinie krążące o Zerze nie są chyba bez znaczenia.
Moje argumenty, a także sposób, w jaki je artykułowałem, najwyraźniej nie przypadły timliderce do gustu, bo już następnego dnia dostałem wypowiedzenie. Nie padł wprawdzie żaden oficjalny zarzut, nikt nie wzywał policji, nie wezwano mnie do sądu, ale pracę jednak straciłem. Pierwszą na pełen etat, jaką miałem w życiu. Przez jeden niepoważny, pijacki wybryk. Przez Zerę. Świetny początek korpokariery, prawda?
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.