Rita z Cascii. Historia kobiety, dla której nie ma rzeczy niemożliwych - Dorota Ponińska

-
Proszę czekać

Prolog

Wzgórza Umbrii pokrywał śnieg lśniący we wschodzącym słońcu. Powietrze było krystaliczne i rześkie. Bladoróżowa poświata zalewała całą dolinę, barwiąc na liliowo śnieżne połacie. Mróz przenikał do szpiku kości.

Jednak Amata Lotti nie czuła chłodu, gdy stała przed swoim domem i wznosiła twarz ku amarantowej kuli słońca. Miała na sobie jedynie zgrzebną suknię, z narzuconym na nią sukiennym kaftanem, podbitym króliczym futerkiem. I wełnianą chustę na głowie. Uśmiech rozlewał się na jej twarzy, kiedy patrzyła, jak słońce pięknie oświetla jej rodzinną wioskę.

Teraz już miała pewność, że Bóg wreszcie wysłuchał jej modlitw! Czekała na tę chwilę długich dwanaście lat. Prawie pogodziła się już z myślą, że z boskiego wyroku nie doświadczy cudu bycia matką. A gdy jej miesięczne krwawienie przestało się pojawiać, Amata sądziła, że może nadchodzi już starość, że dom jej i jej męża Antonia nigdy nie usłyszy dziecięcego szczebiotu i śmiechu. Jednak niedawno poczuła, że jej ciało zmienia się: piersi stają się pełniejsze, suknie - zbyt ciasne. Wciąż była senna. A teraz jeszcze to: delikatne, motyle ruchy, które czuła w brzuchu coraz wyraźniej. Po kilka razy w ciągu dnia.

I teraz już miała pewność, że stał się cud! Że po dwunastu latach życia z Antoniem wreszcie nosi pod sercem jego dziecko. Ta błoga pewność ogrzewała ją od środka, jakby to był środek upalnego lata. Dzięki Ci, dobry Boże!

Minął już niemal wiek cały, odkąd ostatni rycerze powrócili z Ziemi Świętej. Pozostały po nich tylko pieśni, legendy i odległe wspomnienia, powtarzane niekiedy wieczorami przy ogniu przez wędrownych bajarzy.

A trzy dekady upłynęły od czasu, gdy nastało morowe powietrze. Przywleczona przez marynarzy zaraza wdarła się początkowo do miast portowych, a stamtąd drogami i szlakami handlowymi rozpełzła wszędzie, docierając do każdego miasta i każdej wioski. Ludzie trawieni gorączką pluli krwią albo dostawali bolesnych guzów. Śmierć zebrała wówczas potężne żniwo, rozdzielając rodziny, pustosząc sioła i miasteczka, pozostawiając w domach, na ulicach i placach rozkładające się, cuchnące zwłoki, które nie zawsze było komu grzebać. Wielu wydawało się wówczas, że świat się kończy. Że rozgniewany Stwórca zesłał tę plagę, by ukarać grzeszników. Niektórzy pragnęli Go przebłagać, pokutując za grzechy świata - chodzili od wsi do wsi, od miasta do miasta i biczowali do krwi swoje obnażone ciała.

A jednak świat przetrwał, odmieniony - wyludniony, ale bogatszy, bo zmarli nie zabrali swych majątków do grobów. Pozostawili je ocalałym. Amata przetrwała jako jedyna ze swego rodzeństwa: jej bracia pomarli na początku zarazy, w gorączce plując krwią. Pół roku po nich zachorowali także jej rodzice - rano na ich szyjach i pachach pojawiły się wielkie narośle, a wieczorem oboje już nie żyli. Osieroconą dziewczynkę przygarnęła ciotka. A gdy Amata dorosła, okazało się, że jest jedyną dziedziczką rozległych pól, na których rodzina ciotki uprawiała soczewicę, winorośl, pszenicę i oliwki.

Teraz Amata patrzyła na te pola leżące pod śniegiem w dolinie i na stokach wzgórz i miała nadzieję, że jej dziecko będzie mogło żyć w spokojniejszych, łaskawszych czasach. Że dobry Bóg dał się przebłagać, wysłuchał modłów i pozwolił światu powrócić do naturalnego porządku.

Amata pochyliła się i zaczęła nabierać śnieg do drewnianego cebrzyka, by roztopić go w domu i ugotować śniadanie. Zastanawiała się, czy już podzielić się z mężem tą radosną nowiną, czy poczekać jeszcze, aż nabierze zupełnej pewności. Ale przecież - już miała tę pewność!

Lipiec tego roku był gorący i suchy. Poranny chłód nawet w górach szybko ustępował skwarowi dnia, a koło południa ludzie szukali schronienia w cieniu drzew albo pod dachem. Upał dokuczał wszystkim, ale najbardziej - brzemiennym kobietom, i tak już rozpalonym wewnętrznym ciepłem drugiego życia, które nosiły w łonie.

Brzuch Amaty Lotti był już tak ogromny, że mammana pomagająca kobietom przy porodach w Roccaporenie w każdej chwili spodziewała się wezwania. Wiedziała, że pierwszy poród w późnym wieku to większe ryzyko, więc przygotowała się dobrze: miała zapas świeżego oleju różanego i oliwy do masażu, pęcherze zwierzęce i zioła uśmierzające ból i przyspieszające poród. Czekała.

Mąż Amaty, Antonio Lotti, przejęty przybiegł do niej późnym wieczorem, gdy księżyc stał już wysoko na niebie.

- To chyba już! Chodź prędko! - krzyczał od progu, a w jego czach widać było przerażenie, choć był znany w całej Roccaporenie ze swej stateczności i rozwagi.

Mammana uśmiechnęła się pobłażliwie pod nosem. Iluż to widziała już mężów: wojowników, rycerzy, kupców czy zwykłych rolników, którzy panikowali wobec rodzącej kobiety.

- Antonio, potrzebuję twojej pomocy - powiedziała spokojnie.

- Ale są już przy niej inne kobiety z rodziny... - odrzekł niepewnie.

Mammana się zaśmiała.

- Antonio, weź to krzesło i zanieś do domu - wskazała na drewniany mebel stojący w kącie, z szerokim otworem wyciętym w siedzeniu i z mocnym podparciem pod plecy i ręce. - Postaw w izbie, gdzie leży twoja żona. A potem wyjdź.

Kiedy mammana weszła do domu Antonia i Amaty, zastała tam już kobiety z rodziny i sąsiedztwa, które dobrze wiedziały, co robić: zapaliły świece, naszykowały płótna, zagrzały wodę, przygotowały wzmacniający napój z lekkiego piwa, ziół i miodu, który pokrzepi i wzmocni rodzącą. Inne modliły się na głos o łatwe, szczęśliwe rozwiązanie. A jeszcze inne ściskały magiczne amulety i szeptały pradawne zaklęcia.

Amata leżała na szerokim łożu, wsparta na pokrytych płótnem poduszkach, z włosami pozlepianymi potem, z czerwoną z wysiłku twarzą. Nie krzyczała.

Mammana spojrzała na nią, położyła jej ręce na brzuchu, zajrzała między nogi.

- Wszystko dobrze - orzekła. - Oddychaj głęboko.

Zaparzyła zioła, natarła brzuch i biodra Amaty różaną oliwą, obłożyła jej ciało zwierzęcymi pęcherzami wypełnionymi ciepłym olejem. Przeżegnała się i poprosiła o pomoc Świętą Małgorzatę, patronkę rodzących.

Gdy nadszedł czas, kobiety podniosły Amatę z łoża, usadziły na krześle porodowym i otoczyły kręgiem, kiedy jęcząc i sapiąc próbowała wypchnąć z siebie swoje pierwsze dziecko. Nie minęło aż tak wiele czasu, jak się spodziewały, gdy Amata krzyknęła rozdzierająco, natężyła wszystkie siły, prąc tak mocno, jak tylko była w stanie, i urodziła dziecko. Mammana złapała je zręcznie, szybko przecięła pępowinę, obejrzała uważnie, wytarła, owinęła w płótno i położyła w ramionach Amaty.

- To dziewczynka - powiedziała. - Masz córkę.

- Wiem - szepnęła młoda matka przez łzy, które płynęły po zaczerwienionych policzkach.

Od dawna wiedziała, że to dziewczynka - którejś nocy przyszedł do niej we śnie anioł i powiedział, że Bóg wysłuchał jej modlitw i zsyła jej córkę.

Kobiety pomogły położnicy przenieść się na łoże, napoiły ją piwem z ziołami i miodem i przystawiły noworodka do jej piersi. Amata objęła je ramionami. Po chwili poczuła ciepłe usteczka ssące jej sutek. Wypełniła ją taka błogość i szczęście, że rozpłakała się gorącymi, serdecznymi łzami, szepcząc:

- Dzięki Ci, Boże, za ten cud!...

Nad ranem, gdy nad górami Roccaporeny wstawał wczesny, liliowy świt, mammana wpuściła Antonia do izby, którą kobiety zdążyły już uprzątnąć. Amata siedziała w łożu, trzymając w ramionach śpiącą córeczkę. Twarz matki była rozpromieniona, włosy - uczesane. W izbie pachniało różanym olejkiem i mlekiem. Antonio był wzruszony, coś ściskało mu gardło tak, że nie mógł wymówić słowa.

Usiadł na brzegu łoża. Kiedyś, dawno temu, marzył o synu i dziedzicu, któremu przekazałby nie tylko swój dom i ziemię, ale także całą swoją mądrość i wiarę. Potem, przez dwanaście lat małżeństwa z Amatą, zdążył już pogodzić się z myślą, że umrze bezpotomnie. A teraz, gdy widział swoją żonę taką szczęśliwą z tą maleńką córeczką w ramionach, dziękował w myślach Bogu za ten niespodziewany dar.

- Nazwijmy ją Francesca, po mojej matce - powiedział miękko.

Amata popatrzyła mu prosto w oczy, z siłą i spokojem na twarzy.

- Nie - odparła szybko, z niespodziewaną stanowczością. - Nazwiemy ją Margarita, czyli perła.

Antonio popatrzył zdziwiony, bo żona nie zwykła sprzeciwiać się jego zdaniu.

- Bo jest tak drogocenna? - upewnił się.

- Bo tak powiedział mi anioł. We śnie.

Tej samej lipcowej nocy, we Florencji odległej od Roccaporeny o trzy dni drogi, w domu Lorenzo di Matteo Bartoli, zamożnego kupca handlującego wełną, także nikt nie spał i panowało podobne zamieszanie. Młoda żona Lorenza, Elisabetta, wydawała na świat swoje drugie dziecko.

Lorenzo miał już syna, który jeśli dożyje lat męskich, będzie mógł pomagać mu w interesach, a z czasem przejąć jego warsztaty, kramy i sklepy. Piero miał już cztery lata. Z okazji jego szczęśliwych narodzin Lorenzo podarował wtedy żonie piękną tacę porodową, z wymalowaną sceną narodzin Jana Chrzciciela, patrona miasta. Teraz na tej tacy stały karafki z wodą i winem, soczyste brzoskwinie, migdały i oliwki - dla pokrzepienia rodzącej, choć Lorenzo tego nie widział, bo kobiety nie wpuszczały go do jej pokoju. Musiał teraz stać przed drewnianymi drzwiami i słuchać rozdzierających krzyków żony.

Wspominał poprzednie narodziny syna - długie, męczące. Elisabetta krzyczała wówczas tak przeraźliwie, że chciał już wzywać wykształconego lekarza. Ale doświadczona położna powstrzymała go, mówiąc:

- Nie wie pan, Lorenzo, że kiedy przychodzi mężczyzna, jedno lub oboje muszą umrzeć? Poradzimy sobie same.

Znał to porzekadło, zaufał kobiecie, czekał przed drzwiami, jak teraz.

Życie ludzkie jest takie kruche! Wiedzieli o tym dobrze ci, którzy przeżyli czarną śmierć. We Florencji przetrwała ją jedynie połowa dawnych mieszkańców. A teraz ci, którzy pozostali, pragnęli celebrować i doceniać życie. Rzucali się z niespotykaną wcześniej energią do aktywności, handlu, produkcji i bogacenia się. Lorenzo był jednym z nich: we wczesnej mło­dości przejął warsztaty, przędzalnie, tkalnie i farbiarnie swego zmarłego ojca. Wzbogacony, ożenił się z młodą panną z bogatej kupieckiej rodziny.

A teraz czekał na szczęśliwe rozwiązanie i myślał o nowej tacy porodowej, którą kupił dla żony w kramie jednego z warsztatów artystów-rzemieślników, a która przedstawiała Triumf Wenus. Lorenzo przypominał sobie jej żywe, harmonijne kolory i precyzyjny rysunek: bogini Wenus unosi się w powietrzu, a u jej stóp, w kwitnącym ogrodzie pełnym kwiatów i owoców, klęczą mityczni bohaterowie: Achilles, Tristan, Lancelot, Parys. Ich obecność pokazuje, że nawet najwięksi herosi ulegają potędze miłości. Wokół bogini na niebie fruwają małe, uskrzydlone postacie chłopców z łukami, wypuszczającymi strzały w stronę kochanków.

Lorenzo był zachwycony tym malowidłem - kupił tacę z zamiarem ofiarowania jej Elisabetcie po szczęśliwym rozwiązaniu. Niech Wenus jako bogini miłości i płodności magicznie wspomaga regenerację matki i zapewnia pomyślność nowemu życiu!

Lorenzo uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu krzyki Elisabetty ucichły. Dom ogarnęła cisza uśpionego miasta. Po chwili wdarł się w nią niski dźwięk dzwonu z pobliskiej dzwonnicy, obwieszczający północ. Drewniane drzwi otworzyły się, stanęła w nich uśmiechnięta kobieta z maleńkim zawiniątkiem w ramionach.

- Ma pan córkę - powiedziała.

Lorenzo wszedł do pokoju, w którym jego zmęczona żona leżała na łożu, przykryta lekką narzutą. Miała zamknięte oczy i wyglądała na tak wyczerpaną, że nie chciał jej niepokoić - niech śpi.

Kobiety zdążyły już umyć i zawinąć dziecko i teraz Lorenzo mógł wziąć w ramiona swoją córeczkę. Gdy poczuł jej ciepło i delikatny zapach tuż przy swoim sercu, ogarnęło go głębokie wzruszenie. Miała tak jasną, mleczną skórę i delikatny, złoty puszek na główce, że od razu wpadł na pomysł właściwego dla niej imienia: Bianka. Czuł, że ta kruszynka stanie się jego oczkiem w głowie - już roztapiała jego serce jak wosk.

- Witaj na świecie, Bianko - szepnął jej do ucha. - Niczego ci u mnie nie zabraknie, zobaczysz.

Margarita i Bianka przyszły na świat tej samej gorącej lipcowej nocy, o północnej godzinie, Anno Domini 1381. Gwiezdne siostry. Nieznane sobie nawzajem, ale połączone niewidzialną nicią losu i przeznaczenia.

Tamtej nocy na niebie świeciła konstelacja Lwa. Uczeni astrologowie orzekliby pewnie, że Lew obdarzy dziewczynki odwagą i królewską godnością, a nocny księżyc - ujarzmi siłę Lwa kobiecą łagodnością, wrażliwością i oddaniem dla rodziny. Reszta - w rękach Bożej Opatrzności.

Nad Umbrią świeciło ciepłe, wiosenne słońce, a jednocześnie unosił się pewien szczególny, mistyczny klimat, jak przystało na krainę, która wydała tak wielu świętych. Mogło się wydawać, że patrzą z nieba na swoją rodzinną ziemię i troszczą się o to, by zielone lasy i pola miały pod dostatkiem deszczu i słonecznych promieni, by ludziom i zwierzętom nie brakowało pożywienia i wody, by pola dawały obfity plon, a mieszkańcy żyli w spokoju i dostatku na chwałę Bożą. Na tej ziemi, pośród stromych gór, pachnących żywicą lasów i bujnych łąk, dorastała Margarita, którą wszyscy w Roccaporenie nazywali Ritą.

Była jedynym dzieckiem swych niemłodych rodziców - prawdziwą radością dla Amaty i Antonia, którzy czekali na nią tak długo. Charakter i usposobienie dziewczynki wynagrodziły im sowicie to długie oczekiwanie. Rita była pogodna, spokojna, skora do pomocy. Darzyła wszystkich uśmiechem tak promiennym, że nawet największym ponurakom we wsi trudno go było nie odwzajemnić. Choć praktyczne gospodynie szeptały, że córka Amaty wciąż buja w obłokach i błądzi myślami nie wiadomo gdzie.

Rita rosła zdrowo. Chętnie pomagała matce w ogrodzie i w kuchni. Lubiła wyjeżdżać z ojcem do pobliskiej Cascii, by sprzedawać tam na targu plony ich rozległego gospodarstwa w Roccaporenie. Góry otaczające wioskę były skaliste, częściowo pokryte lasami, pełne grot i jaskiń. Rita od dziecka wspinała się sprawnie i szybko, zwinna niczym kozica. Dziewczynka najbardziej lubiła samotnie przemierzać górskie ścieżki, pilnując stada kóz, które miała pod opieką.

Z okna głównej izby w jej domu, tej z paleniskiem, widać było stromą, wysoką górę przy wjeździe do wioski. Na samym jej szczycie, niemalże pod chmurami, stała niewielka chatka, w której mieszkał samotnie eremita. Cała Roccaporena szczyciła się obecnością świętego męża, który nigdy nie opuszczał swej pustelni. Mieszkańcy wioski ufali, że jego modlitwy chronią całą ich wspólnotę przed wszelkim złem. Z wdzięczności chcieli mu ofiarować trochę jedzenia, on jednak twierdził, że nie potrzebuje tego, że Bóg i okoliczny las zatroszczą się o niego wystarczająco.

Jednak Amata nie dała się przekonać i od czasu do czasu posyłała tam córkę z wiklinowym koszykiem pełnym plonów z domowego ogrodu.

Właśnie dziś przy śniadaniu powiedziała do córki:

- Rito, naszykowałam kosz z darami. Zaniesiesz go do eremu?

Rita, z buzią pełną jęczmiennej polenty z ziołami, klasnęła w dłonie i skinęła głową. Tak bardzo lubiła odwiedzać świętego męża! Wprawdzie ścieżka była stroma i można się było trochę zasapać, idąc nią pod górę, ale widok ze szczytu był niezrównany! Łagodna obecność pustelnika i bliskość chmur sprawiały, że czuła się tam jak w przedsionku nieba.

Zaraz po śniadaniu zerknęła do kosza, w którym matka umieściła trochę koziego sera, świeżych ziół, orzechów, owoców i soli. Do tego bochenek świeżo upieczonego chleba.

- Jeszcze świece. Dajmy mu trochę świec, żeby nie siedział w ciemnościach - powiedziała Rita, która bywała w pustelni najczęściej.

Amata sięgnęła do skrzynki po parę świec własnego wyrobu i dołożyła je do kosza.

Zarzuciła na plecy córki wełnianą chustę i powiedziała:

- Tylko nie zasiedź się tam jak ostatnio i wróć przed zmrokiem!

Rita zakręciła się dookoła, chwyciła koszyk i wybieg­ła z domu. Wystarczyło pójść głównym traktem we wsi, skierować się w prawo, pokonać kolejny krótki odcinek, przejść przez kładkę nad strumieniem, by już po chwili znaleźć się na ścieżce prowadzącej w górę, na sam szczyt.

Roccaporena była niewielką osadą, na samym końcu doliny, bardzo rzadko odwiedzaną przez obcych, ale nawet stali mieszkańcy robili trochę szumu i zamieszania. A Rita kochała ciszę i spokój. Kochała pustkę górskich przestrzeni i poczucie zanurzenia w naturze, pośród kamieni, drzew, ptaków i owadów. Od dziec­ka czuła się częścią świata przyrody. Gdy pasła swoje kozy, mówiła nie tylko do nich, ale także do kwiatów i motyli. Doskonale rozumiała wybór eremity, by żyć samotnie wśród lasów, skał i chmur, w ciszy. Może dlatego tak lubiła go odwiedzać, a nawet czuła się z nim zaprzyjaźniona.

On także zdawał się lubić jej wizyty. Starzec z długą białą brodą i białymi włosami opadającymi na plecy, z łagodnym uśmiechem dziecka, nosił połatany mnisi habit. Chodząc po swojej górze i porastającym ją lesie, podpierał się długim, sękatym kijem. Nikt z mieszkańców nie pamiętał, kiedy eremita się zjawił - mieli wrażenie, że był tam od zawsze, jak strumień czy kościół.

O tej porze roku górskie stoki były porośnięte tysiącami kwiatów. Wyglądały, jakby ktoś rozłożył na nich ogromny, wielobarwny dywan. Wzdłuż ścieżki rosły dzikie orchidee, a nieco dalej - maki, chabry i dzika lawenda. Rita lubiła je wszystkie, ale szczególnie podobały jej się białe, różowe i fioletowe orchidee, z płatkami nakrapianymi ciemniejszym kolorem. Nie mogła się powstrzymać i zerwała cały bukiet kwiatów o słodkim zapachu.

Kiedy zdyszana stanęła na szczycie góry, wiatr owiał ją ciepłym, wonnym podmuchem. Bolały ją trochę nogi od szybkiej wspinaczki. Postawiła na ziemi kosz z wiktuałami i bukietem, rozłożyła na trawie wełnianą chustę i by nieco odsapnąć, położyła się na niej. Słońce ogrzewało twarz Rity, a woń orchidei działała upajająco.

Rita leżała w słońcu przez dłuższą chwilę, słuchając brzęczenia owadów w trawie, gdy w pewnym momencie usłyszała odgłos lekkich kroków eremity i stukanie jego kija na kamiennej ścieżce. Podniosła się szybko, zwinnie.

- Ave, Padre! - pozdrowiła starca i schyliła się, by ucałować jego dłoń. - Mama przysyła wam trochę ­darów z naszego ogrodu i z pól. A ja wam przyniosłam te kwiaty - piękne są, prawda?

Pustelnik patrzył na nią brązowymi oczami, które mrużyły się w słońcu i uśmiechały ciepło.

- Podziękuj matce, Rito, powiedz jej, że będę się modlił o pomyślność waszego domu - rzekł. - A twoje kwiaty to prawdziwy luksus w mojej skromnej chacie. Dziękuję!

Mówiąc to, usiadł na kamieniu, a Rita przycupnęła na trawie u stóp pustelnika.

- Padre, słyszałam na targu, jak ludzie we wsi dziwili się, jak możecie żyć w takim ubóstwie. Ale ja myślę, że macie najpiękniejsze miejsce w całej Roccaporenie!

- Jak mówią: nie jest bogaty ten, kto wiele ma, lecz ten, kto pragnie - odparł starzec. - Święty Franciszek pokazał nam, że ubóstwo jest najpewniejszą drogą do świętości.

- Czy on naprawdę rozdał wszystko ubogim? Tak słyszałam na kazaniu w kościele.

- Naprawdę. Chciał w tym naśladować Chrystusa z Ewangelii. Tylko że rozdał nie własny majątek, a tkaniny ze sklepu swego ojca w Asyżu... - zaśmiał się pustelnik, jakby uważał czyn Franciszka za świetny figiel.

- Tak? I co jego ojciec na to?

- Przypuszczam, że nie bardzo mu się to spodobało. Ale był zwyczajnym kupcem. I to nie on został świętym...

Rita zamyśliła się, patrząc na małe domki widoczne w dole, u stóp góry. Czasem miała wrażenie, że ludzie w rodzinnej wiosce nie rozumieją jej tak samo, jak ojciec nie rozumiał swojego syna Franciszka...

- Padre, czy Franciszek powinien był słuchać swego ojca we wszystkim?

- Dzieci winne są posłuszeństwo swoim rodzicom, Rito. I Franciszek próbował spełniać ich wolę. Pojechał nawet na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej, gdy jego ojciec pragnął, by został rycerzem.

- I co: został rycerzem?

- Widzisz, Rito, okazało się, że Pan miał dla niego inne powołanie. Franciszek miał odnowić Kościół i pokazać ludziom, że mogą naśladować Chrystusa w ubóstwie.

- Jak wy, Padre... - powiedziała cicho Rita.

W tym samym czasie Lorenzo di Matteo Bartoli przechadzał się zadowolony bulwarem nad rzeką Arno. Spoglądał to na lśniącą w słońcu błękitną rzekę, to na kramy rozstawione pod murem, na których leżały wystawione tkaniny innych kupców. Wprawnym okiem oceniał, które budzą zainteresowanie klientów i podobają się kobietom.

Lorenzo miał wiele powodów do zadowolenia: interesy szły nieźle, popyt na florenckie sukno w całej Europie był ogromny, do tego miał dwójkę ślicznych, zdrowych dzieci, a żonę - cichą i potulną. Przy tym wszystkim miał szczęście urodzić się we Florencji! Mógł zażywać dobrodziejstw życia w prawdziwej republice, w mieście, które praktykowało i szanowało demokrację. Doceniał to i był z tego dumny. Współczuł niemalże mieszkańcom Wenecji czy Mediolanu, zmuszonym znosić tyrańskie rządy swych dożów i książąt. Tu, we Florencji, rząd wybierano co dwa miesiące spośród szanowanych obywateli, na przykład kupców należących do gildii. Nie tylko spośród szlachty i rycerzy, którym wydaje się, że mają naturalne prawo rządzić i panować nad innymi. Nie. Tu wierzono, że porządni kupcy i bankierzy, którzy potrafią swoją pracą zarabiać pieniądze, liczyć je i inwestować, nadają się równie dobrze do rządzenia miastem, o ile nielepiej. Jednak nie wszystkie rody szlacheckie cieszyły się z tego, ale gildie miejskie były tak silne i bogate, że ich członkowie bez trudu uczestniczyli w zarządzaniu miastem.

Jedną z najsilniejszych i najbardziej wpływowych była gildia zrzeszająca właśnie kupców i producentów wełny: Arte della Lana. Lorenzo był jej członkiem, odkąd przejął warsztaty po swoim ojcu, a jako człowiek sympatyczny i potrafiący żyć dobrze z ludźmi, był często wybierany do zarządu gildii i rozmaitych komisji czy komitetów.

Lorenzo, po przechadzce nad rzeką Arno, zmierzał właśnie do Palazzo dell'Arte della Lana, który wznosił się dumnie w samym sercu miasta. Już z daleka widział piękny herb, którego widok zawsze go rozczulał: oto srebrny Baranek Boży, Agnus Dei, na błękitnym tle, z flagą miasta i czterema florenckimi liliami. Wyglądał trochę jak owieczka pasąca się na łące, ale złota aureola wskazywała na jego boskość. Zielony wieniec z kwiatów i owoców wokół herbu symbolizował obfitość - nic dziwnego, skoro gildia wełniana była najbogatsza i skupiała lub zatrudniała najwięcej mieszkańców miasta.

Lorenzo wszedł do pałacu. Wokół niego gromadzili się już znajomi mężczyźni w pięknych strojach - producenci i sprzedawcy najlepszego sukna w Europie musieli przecież swoim ubiorem zaświadczać o własnym kunszcie! Lorenzo kłaniał się znajomym, odpowiadał uśmiechem na ukłony i pozdrowienia. Wkrótce mężczyźni zasiedli na drewnianych ławach w dużej sali obrad. Jej ściany zdobiły freski przedstawiające różne etapy prac nad powstaniem gotowego sukna: od strzyżenia owiec, przez pranie wełny nad brzegami Arno, odtłuszczanie, trzepanie dla przywrócenia miękkości, czesanie i gręplowanie. Lorenzo zawsze z przyjemnością wodził wzrokiem po tych malowidłach ściennych - obrazowały cały ten długi, żmudny i złożony proces. Przeniósł wzrok na następną ścianę, na której wymalowane były dalsze etapy produkcji sukna. Dostarczoną przez gręplarzy i czesaczy wełnę przekazywano kobietom, które we własnych domach wiejskich otaczających Florencję przędły rozciągnięte nitki napinane przy użyciu wrzecion i kądzieli. Niektórzy sądzili, że to sam wielki Giotto wymalował tak dokładnie te elementy: wrzeciona, kądziel, warsztaty tkackie i krosna. A także barwniki i farbowanie sukna w kadziach. Ale inni mówili, że to raczej uczniowie z jego pracowni. Nie było już nikogo, kto mógłby to pamiętać. W każdym razie na ścianach pięknie odwzorowano proces produkcji wełny i uzyskano wrażenie wielkiej doniosłości tej pracy, na której całe miasto bogaciło się i kwitło.

Gdy wszyscy siedzieli już spokojnie w ławach, przewodniczący obrad uderzył lekko laską o marmurową posadzkę i powiedział głośno:

- In nomine Dei. Zaczynamy. Szanowni panowie, wiemy wszyscy, co jest teraz największym zagrożeniem dla naszych interesów. Musimy poszukać wspólnie rozwiązania, bo od tego zależy dalsza pomyślność Florencji! Proszę pana Albizzi, żeby przedstawił tę sytuację.

Mężczyzna w średnim wieku, w pięknym, granatowym kaftanie z aksamitu wstał, wyszedł na środek sali i zaczął mówić gwałtownie:

- Panowie, od lat nasze warsztaty korzystają z angielskiej wełny i produkują najlepsze sukno w całej Europie. Ale ostatnio z Londynu dochodzą słuchy, że Anglicy podnoszą cła na swoją wełnę. I nie tylko to! Ci wyspiarze, którzy jeszcze sto lat temu potrafili tylko strzyc owce, teraz stawiają własne krosna! Zaczynają sprzedawać gotowe, tanie sukna w Antwerpii. Nie tylko konkurują z naszym suknem w Europie, ale też zużywają potrzebny nam surowiec! A jeśli nie dostaniemy ich najlepszej wełny, nie przebijemy ich jakością!

W sali obrad podniósł się szum, z którego przebijały się podniesione głosy:

- Jeśli tak dalej pójdzie, koszt transportu i podatków przewyższy wartość samego sukna!

- Jeżeli król Ryszard chce wciąż podnosić cła, to możemy kupować w Hiszpanii wełnę kastylijskich merynosów!

- Kastylia? Nie mówcie mi o merynosach! Ich wełna jest szorstka, tłusta i rwie się w czesaniu. Próbowaliśmy jej w zeszłym roku - farba trzyma się tylko do pierwszego deszczu! Musimy mieć angielską wełnę, choć byśmy mieli za nią płacić własną krwią!

- Przeklęty Londyn! Musimy wysłać oficjalne poselstwo do Westminsteru! Trzeba przypomnieć królowi Ryszardowi, kto finansował wojny jego dziadka!

Atmosfera robiła się nerwowa. Wielu kupców już czuło zagrożenie, niektórych ogarnął popłoch wzbudzony przewidywanymi następstwami posunięć Anglików. Lorenzo obserwował salę spokojnie. Nie lubił ulegać panice i wierzył, że z każdej trudnej sytuacji można znaleźć rozsądne wyjście. Teraz zastanawiał się, jakie.

Przewodniczący uderzył parę razy laską o podłogę, by uciszyć zebranych.

Kiedy wzburzone głosy umilkły, odezwał się trzydziestoletni mężczyzna w skromnym kaftanie, siedzący spokojnie pod ścianą. Lorenzo znał go dobrze: to Giovanni di Bicci de Medici, człowiek, który przejął właśnie rzymską filię banku swego wuja, a jednocześnie inwestował w handel wełną.

- Panowie, niepotrzebnie przeklinacie Londyn - powiedział spokojnie. - Król Ryszard potrzebuje złota na wojny, których nie wygrywa. Dlatego nakłada cła. Jeśli będziemy słać tam statki po samą wełnę, zrujnują nas ich podatki.

- Więc co robić? Nie chcemy kastylijskich mery­nosów!

- Co robić? Nadszedł czas, w którym odgrywanie roli kupców angielskiego surowca to za mało. Musimy stać się bankierami ich długu. Jeżeli pożyczymy pieniądze angielskim opactwom pod zastaw przyszłych strzyżeń, ominiemy cła królewskie, bo wełna będzie już naszą własnością, zanim opuści port w South­ampton.

Szmer niedowierzania przeszedł przez salę. Ktoś krzyknął:

- To ryzyko! Morze jest pełne piratów, a król może skonfiskować towar!

Giovanni uśmiechnął się blado.

- Ryzykiem jest trzymanie się starego świata, który właśnie umiera. Ja w moich warsztatach już teraz mieszam angielską wełnę z tą gorszą, kastylijską. Jeśli chcecie, by Florencja nadal kwitła i się bogaciła, musimy kontrolować nie tylko wełnę, ale i pieniądz, za który jest kupowana. Nie liczcie na litość Ryszarda II. Liczcie na własne weksle.

Lorenzo słuchał Giovanniego z uwagą. Podobały mu się opanowanie, chłodna kalkulacja i pewność bankiera.

Uczestnicy zebrania dyskutowali jeszcze długo, ale Lorenzo rozważał słowa Giovanniego de Medici. Coś mu mówiło, że temu człowiekowi warto zaufać.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej