3. Drugie spotkanie
Kilka dni później byłam w Biarritz.
Słońce nad Baskijskim Wybrzeżem miało w sobie ten szczególny rodzaj światła, który wygładza świat i przez chwilę każe wierzyć, że życie jest prostsze, niż jest w istocie.
Schodziłam z plaży do centrum, czując jeszcze na skórze sól, a w butach drobinki piasku, które przy każdym kroku przypominały mi o leniwym popołudniu nad oceanem. Do odjazdu pociągu zostało trochę czasu, więc bez większego namysłu skręciłam w Rue Mazagran.
Od lat miałam tam swój stały punkt: Librairie Darrigade.
Wchodziłam do tej księgarni zawsze z tym samym poczuciem przyjemnej zgody na wydatek, którego nie trzeba sobie tłumaczyć. Lubiłam miejsca, w których kultura nie była dekoracją, ale naturalnym językiem. Dębowe stoły, wysokie regały, miękkie światło układające się na okładkach, cisza przerywana jedynie szelestem kartek - wszystko wydawało się tam na swoim miejscu. Tak wyglądał świat, który rozumiałam. Świat wyboru, smaku, porządku.
Przesuwałam palcami po grzbietach nowych wydań, albumów i biografii, aż nagle zatrzymałam rękę.
Między książkami, które idealnie wpisywały się w estetykę tego miejsca, zobaczyłam ją znowu: "Au secours sainte Rita", napisaną przez Amandine Cornette de Saint Cyr.
Ta sama okładka. Ten sam tytuł. Ta sama lekka irytacja, którą poczułam kilka dni wcześniej na Gare du Nord. A jednak tym razem było inaczej. W Paryżu mogłam uznać to za przypadek, za dziwny wybryk. Tutaj nie potrafiłam już zbyć tego tak łatwo. W eleganckiej księgarni w Biarritz ta książka wyglądała niemal prowokacyjnie, jakby ktoś celowo umieścił wśród starannie dobranych tytułów coś, co miało zakłócić estetyczny porządek.
I właśnie dlatego nie mogłam od niej oderwać wzroku.
Byłam kobietą racjonalną. Nie należałam do osób, które w każdej koincydencji widzą znak z nieba. Ufałam intuicji, ale zwykle dopiero wtedy, kiedy dało się ją poprzeć doświadczeniem, logiką albo przynajmniej psychologicznym prawdopodobieństwem. A jednak od chwili, gdy przeczytałam w pociągu pierwsze informacje o Ricie, coś nie dawało mi spokoju. Nie ekscytacja czy religijne uniesienie. Raczej dyskretne poczucie, że zostało mi zadane pytanie, od którego nie powinnam już uciekać.
Stałam tak chwilę bez ruchu, z dłonią zawieszoną nad okładką, jakbym negocjowała sama ze sobą.
- Cherchez - vous un ouvrage particulier ou préférez - vous laisser le livre venir a vous?1 - Usłyszałam za plecami.
Odwróciłam się. Starsza księgarka patrzyła na mnie z tym spokojem, jaki mają ludzie, którzy spędzili życie wśród książek i nauczyli się, że niektóre wybory czytelnicze dzieją się głębiej niż na poziomie gustu.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Chyba to drugie - odpowiedziałam. - Widzę ją już drugi raz w ciągu kilku dni.
Spojrzała na okładkę i skinęła głową, jakby to coś wyjaśniało.
- W takim razie nie wypada jej znowu odłożyć.
To zdanie, proste i wypowiedziane bez cienia teatralności, trafiło we mnie z zaskakującą siłą. Bo właśnie to próbowałam zrobić: odłożyć nie tyle książkę, ile wezwanie, którego jeszcze nie umiałam nazwać. Przez lata świetnie radziłam sobie ze wszystkim, co wymagało decyzji, odwagi, wyczucia sytuacji i szybkiego działania. Znacznie gorzej szło mi z przyjmowaniem tego, co przychodziło bez zapowiedzi i nie pasowało do mojego planu. A Rita właśnie taka była. Nieproszona. Nie w moim stylu. Nie z mojego świata. A jednak uparcie wracała.
Wzięłam książkę do ręki.
Okładka nadal mnie nie przekonywała. Tytuł nadal wydawał się zbyt dosłowny. Wszystko w tej książce estetycznie stało po przeciwnej stronie mojego gustu. Mimo to trzymałam ją tak, jak trzyma się coś, co z niewiadomego powodu już do nas należy.
- Biorę ją - powiedziałam.
Księgarka uśmiechnęła się tylko i z niezwykłą starannością zaczęła owijać egzemplarz w papier. Patrzyłam na ten prosty gest i pomyślałam, że jest w nim jakaś czułość, której coraz rzadziej doświadcza się w nowoczesnym świecie. Wszystko wokół mnie działało szybko, sprawnie, profesjonalnie. Transakcje były płynne, usługi doskonałe, standard wysoki. Ale czułość nie należała do tego języka. Tutaj - tak. Dostrzegłam to w sposobie, w jaki ta kobieta podawała mi książkę o świętej, której jeszcze nie znałam, a która już zaczynała rozszczelniać mój uporządkowany świat.
Wyszłam z księgarni z papierową torbą w dłoni i poczuciem, że wydarzyło się coś małego, a jednak nieobojętnego.
Na dworcu wsiadłam do pociągu do Paryża, włożyłam książkę do torebki, a potem po chwili znów ją wyjęłam. Za oknem przesuwały się znajome krajobrazy południowo-zachodniej Francji: światło, pola, miasteczka, stacje, które pojawiały się i znikały. Zwykle lubiłam ten rodzaj podróży - moment zawieszenia między jednym miejscem a drugim, kiedy ciało jest w ruchu, ale umysł może na chwilę przestać produkować kolejne zadania.
Tym razem jednak nie chciałam ani muzyki, ani pracy, ani rozmów. Otworzyłam książkę. I wpadłam.
Czytałam zachłannie, bez dystansu, którego zwykle pilnowałam. Historia Rity przestawała być dla mnie opowieścią z religijnego marginesu. Nabierała ciężaru prawdziwego życia. Było w niej wszystko to, od czego współczesny świat odwraca wzrok, jeśli tylko może sobie na to pozwolić: przemoc, strata, upokorzenie, bezradność, samotność, długie czekanie na zmianę, która nie przychodzi wtedy, kiedy człowiek jej żąda.
A równocześnie kryła się w tej historii siła, która mnie zatrzymywała. Historie osób, które zawierzyły siebie i swoich bliskich tej Włoszce.
Nie siła widowiskowa. Nie triumf. Nie sukces w nowoczesnym rozumieniu. Rita nie imponowała mi niezwykłością. Imponowała wytrwałością. Tym, że nie zamieniła bólu w cynizm. Tym, że nie uległa brutalności świata, który miał wszelkie powody, by ją złamać. Tym, że potrafiła pozostać wewnętrznie żywa tam, gdzie większość ludzi twardnieje albo obojętnieje.
Czytałam i coraz mocniej czułam w sobie to niewygodne pytanie, którego wcześniej nie dopuszczałam do głosu: czym właściwie jest siła?
Przez lata utożsamiałam ją ze sprawczością. Z umiejętnością działania, zarabiania, podejmowania decyzji, szybkiego reagowania, stania prosto niezależnie od okoliczności. Ten model dobrze mi służył i nieraz mnie uratował. Zbudował moje życie. Dał mi niezależność, styl, pozycję, bezpieczeństwo. Ale przy Ricie po raz pierwszy wyraźnie zobaczyłam, że sprawczość nie chroni przed wszystkim. Można mieć środki, kontakty, doświadczenie, inteligencję, a mimo to nosić w sobie głód, którego nic z tego nie zaspokaja.
To był dla mnie moment bolesnej uczciwości względem siebie.
Zrozumiałam, że świat, w którym poruszam się z taką swobodą, jest światem świetnie opanowanych pozorów. W nim wszystko można dopracować: sylwetkę, plan dnia, karierę, adres, stolik w restauracji, ton głosu, nawet własną historię. Trudniej dopracować serce. Trudniej przyznać się do wewnętrznego zubożenia, zwłaszcza kiedy zewnętrznie niczego nam nie brakuje.
Może właśnie dlatego Rita tak mocno mnie poruszyła. Nie proponowała mi estetyki, z którą mogłabym się utożsamić. Nie wchodziła do mojego życia przez piękno formy, lecz przez prawdę doświadczenia. Była kobietą z ranami, nie figurą do podziwiania. I ta prawda działała mocniej niż jakikolwiek dobrze sformułowany argument.
Nie zauważyłam nawet, kiedy pociąg zaczął zwalniać przed Gare Montparnasse. Zamknęłam książkę dopiero wtedy, gdy głos w głośnikach zakomunikował przyjazd do Paryża. Wybiła dwudziesta druga.
Wysiadłam na peron z tym osobliwym uczuciem, że wracam do miasta, które znam doskonale, a jednak wchodzę do niego w nieco inny sposób niż zwykle. Powietrze było chłodne, wieczorne, paryskie w najlepszym i najbardziej surowym znaczeniu tego słowa. Ludzie mijali mnie pośpiesznie, każdy zajęty własnym celem. Ja też miałam swój - choć jeszcze kilka dni wcześniej wydałby mi się absurdalny.
Chciałam pójść do kościoła.
Nie z obowiązku. Nie z pobożnego odruchu. Z potrzeby. Nagłej, niemal fizycznej. Chciałam sprawdzić, czy Rita tam jest. Stanąć przed jej figurą albo obrazem i skonfrontować tę dziwną więź, która zaczęła się tworzyć we mnie z kimś, kto jeszcze niedawno był dla mnie tylko obcym imieniem na okładce książki.
Ruszyłam metrem i za kilka przystanków wysiadłam. Znalazłam się przed kościołem, ale ciężkie drzwi świątyni były już zamknięte. Paryż, tak hojny w ofercie wszystkiego, co można kupić, o tej porze nie miał nic do zaoferowania w sprawach duszy. Stałam chwilę przed jednym z portali, z dłonią opartą o chłodne drewno, i czułam niecierpliwość, która mnie samą zaskoczyła.
Jeszcze niedawno wzruszyłabym ramionami i wróciła do domu. Tego wieczoru było inaczej.
Przycisnęłam książkę mocniej do siebie.
- Jutro - powiedziałam cicho. - Jutro Cię znajdę.
Nie wiedziałam jeszcze, że to proste zdanie stanie się początkiem drogi, której nie zaplanowałam, a która nauczy mnie więcej o wierze, cudzie i zaufaniu niż wszystkie moje wcześniejsze, rozsądnie poukładane przekonania.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -Ciąg dalszy dostępny w pełnej wersji książki.
1 Cherchez - vous un ouvrage particulier ou préférez - vous laisser le livre venir a vous (z franc.) - Czy szuka pani czegoś konkretnego, czy raczej pozwala się pani znaleźć książce? (przyp. red.).