Rozdział 1
- Lucia! Gdzie jest Lucia!?
Chciałam znaleźć siostrę, lecz na parkiecie jej nie było. Nerwowo
przebiegłam wzrokiem po twarzach gości, ale na próżno. Postanowiłam
pobiec do ojca, jednak kiedy rozejrzałam się po sali, zobaczyłam, że
wybiega szybko, ciągnąc za rękę zaskoczoną Lucię. Uciekali. Chciałam za
nimi pobiec, ale kiedy ruszyłam z miejsca, świat wokół mnie zawirował,
twarze ludzi zrobiły się niewyraźne, jakby za mgłą, a ja osunęłam się
bezwładnie na kamienną posadzkę.
- Rito! Rito! - Dotarł do moich uszu czyjś głos. Był tak daleko, że nie
mogłam rozpoznać, do kogo należy.
- Rito! Kochanie! Obudź się!
Spróbowałam otworzyć oczy, lecz poczułam tak ostry ból głowy, że
natychmiast zamknęłam powieki.
- Rito! Nie zasypiaj! Otwórz oczy!
Teraz wreszcie się zorientowałam, kto do mnie mówi. To była moja matka.
Moja matka? Zaskoczenie wygrało z bólem i zaciskając zęby, jednak
otworzyłam oczy. Zorientowałam się, że leżę na posadzce, nade mną stoją
ludzie. Moja głowa spoczywała na kolanach matki. Mojej matki...
- Czy ja umarłam? - spytałam, nie zdając sobie sprawy, że wypowiadam te
słowa na głos.
- Nie, głuptasie! Dzięki Bogu jesteś przytomna! - wykrzyknęła matka.
Usłyszałam szmer, po czym ludzie zaczęli się cofać i wreszcie mogłam
swobodniej oddychać. Matka podała mi wodę, lecz nie byłam w stanie upić
nawet łyka. Spróbowałam usiąść, jednak z bólu niemal traciłam
świadomość.
- Pomóżcie mi ją zanieść do samochodu! Musimy natychmiast pojechać do
szpitala! Zanim przyjedzie karetka, my już będziemy na miejscu!
Giulio pochylił się nade mną, żeby wziąć mnie na ręce, lecz w tym samym
momencie tuż obok niego pojawił się Leo. Giulio odepchnął go
zdecydowanym ruchem ręki tak mocno, że ten się zatoczył i padł jak długi
na posadzkę. Nie miałam siły teraz się tym przejmować. Objęłam Giulia za
szyję i zniósł mnie do samochodu. Matka biegła tuż za nami, krzycząc do
kierowcy, żeby otwierał drzwi. Kiedy Giulio kładł mnie na tylnym
siedzeniu limuzyny, poczułam ukłucie w sercu. Nagle wydało mi się, że
widzimy się ostatni raz w życiu, że nadciąga coś strasznego i wkrótce
wszystko się zmieni. Byłam przerażona.
- Pojadę z tobą, kochanie! - powiedział Giulio, kiedy już mnie ułożył
wygodnie w samochodzie, a w jego głosie brzmiała szczera troska.
- Tylko będziesz przeszkadzał! - prychnęła moja matka, nawet nie
zaszczyciwszy go spojrzeniem. - Ruszamy! - rzuciła ostro do kierowcy.
- Giulio, dopilnuj, proszę, rozliczenia z firmą cateringową i pożegnaj
gości w naszym imieniu - dodała, wciąż na niego nie patrząc.
- Jak pani sobie życzy - mruknął, po czym niechętnie odsunął się od
samochodu. Zrobił taką minę, jakby myślał, że już mnie więcej nie
zobaczy. Uśmiechnęłam się do niego i ruszyliśmy do szpitala.
* * *
Gdy Giulio wrócił na salę, by zrobić to, o co poprosiła go pani
Gardiner, Leo, mówiąc do mikrofonu, dziękował gościom za przybycie.
Zachowywał się jak jakiś celebryta. Kiedy skończył to małe
przedstawienie, podszedł do menedżera restauracji i zamieniwszy z nim
kilka zdań, wypisał czek. Giulio był wściekły, przecież to on miał się
tym zająć. Kiedy ruszył w stronę Leo, ten się wyprostował, patrzył
prowokująco i wyglądał tak, jakby czekał na atak.
- Nikt cię nie prosił, żebyś pożegnał gości w imieniu rodziny! - warknął
Giulio.
Leo nie odpowiedział, tylko uderzył go pięścią w twarz. Giulio
natychmiast mu oddał, lecz Leo miał większą wprawę w bójkach i po chwili
Giulio leżał na posadzce, trzymając się za nos. Leo poprawił koszulę,
przeczesał palcami włosy i syknął:
- Trzymaj się od niej z daleka! - wrzasnął, po czym odwrócił się na
pięcie i szybko wyszedł z restauracji.
Lekko zamroczony Giulio rozejrzał się po sali. Goście, którzy jeszcze
nie zdążyli wyjść, udawali, że nic się nie stało. Rozmawiali i śmiali
się, chcąc ukryć zmieszanie, zerkali niepewnie w jego stronę. Giulio
spojrzał na portret Stelli i mógłby przysiąc, że obrzuca go karcącym
spojrzeniem.
Czuł wściekłość i wstyd. Spróbował wstać, lecz zakręciło mu się w głowie. Po jego twarzy spływała strużka krwi, która plamiła
nieskazitelną biel jedwabnej koszuli, co wyglądało niezwykle
dramatycznie. Kilku mężczyzn wreszcie podeszło do niego i pomogło mu
wstać. Ktoś podał chusteczkę, ktoś inny przyniósł marynarkę. Zdawał
sobie sprawę, że w zaplamionej krwią koszuli i z podbitym okiem wyglądał
groteskowo. A jeszcze zaledwie kilka godzin temu nic nie zapowiadało, że
wieczór tak się skończy.
Co takiego usłyszała Rita od Leo, że aż straciła przytomność? -
zastanawiał się, idąc do samochodu. Muszę się tego jak najszybciej
dowiedzieć. Nie pozwolę temu skurwielowi jej skrzywdzić.
* * *
Pielęgniarka przyniosła mi jednorazową szpitalną koszulę.
- Proszę się przebrać, za kilka minut po panią wrócę i pojedziemy na
badania.
- Ale to nie jest konieczne, ja już się dobrze czuję, tylko bardzo mnie
boli głowa - powiedziałam, krzywiąc się.
- I właśnie dlatego, Rito, poprosiłam, żeby cię dokładnie przebadano -
powiedziała matka tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Spojrzałam na nią zdumiona. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że tu ze mną
jest.
Udała, że nie widzi mojej reakcji. Podeszła, by pomóc mi się przebrać w zieloną szpitalną koszulę. Dobrze znałam ten kolor... kojarzył mi się z czasem, gdy straciłam dziecko, moje i Leo. Wtedy czułam się tak, jakbym
spadała w przepaść, a teraz zaczęłam się bać, że znów zaleje mnie fala
smutku, przed którą przez ostatnie lata tak dzielnie się broniłam. Nagle
uderzyła mnie myśl: Przecież mój syn żyje!
Matka, widząc, że dzieje się ze mną coś złego, położyła mi rękę na
ramieniu i powiedziała:
- Rito, wiem, co czujesz. Dlatego tu jestem. Możesz na mnie liczyć. - I wykorzystując moje zagubienie, zaczęła przebierać mnie w szpitalną
koszulę, jakbym była małym dzieckiem. Poddałam się jej bez słowa.
Pierwszy raz, odkąd sięgam pamięcią, miałam matkę tak blisko siebie.
* * *
Najpierw pobrano mi krew, potem zrobiono rezonans magnetyczny głowy i zbadał mnie neurolog. Na szczęście nie stwierdził wstrząśnienia mózgu.
Bardzo chciałam już wrócić do domu rodziców, a przynajmniej opuścić
szpital. Kiedy z ulgą myślałam, że to już koniec badań, pielęgniarka
oznajmiła, że czeka mnie jeszcze jedno.
- Badanie ginekologiczne? Ale po co? - spytałam zdezorientowana, gdy
wiozła mnie do innego gabinetu.
- Musimy potwierdzić wyniki badań krwi. Jest pani w ciąży. Wiedziała
pani o tym?
- Nie! To niemożliwe. To pomyłka! Czy to na pewno moje wyniki?
Pielęgniarka uśmiechnęła się ze zrozumieniem, jakby już wcześniej wiele
razy słyszała takie słowa.
- Proszę się nie denerwować. Dla dobra dziecka musi być pani w dobrej
formie psychicznej.
Już się nie odezwałam. Miałam mętlik w głowie. Jak to możliwe, że
zaszłam w ciążę?
Próbowałam nie zemdleć. Wpatrywałam się w szarobure płytki na podłodze i zastanawiałam, kiedy to się stało, który to miesiąc, kto jest ojcem?
* * *
W gabinecie powitała mnie sympatyczna i uśmiechnięta pani doktor,
elegancka, koło pięćdziesiątki. Poprosiła, żebym położyła się na fotelu
i rozluźniła, co w tej sytuacji było dość trudne. Po kilku minutach na
ekranie pojawił się szaroczarny obraz, na którym trudno było mi
cokolwiek dostrzec.
- Widzi pani, to jest główka. Zaraz zrobię pomiary i sprawdzimy, który
to tydzień.
Wpatrywałam się w ekran. Kiełkowało we mnie malutkie życie, choć na
razie widziałam coś, co przypominało raczej fasolkę lub krewetkę.
- Moje dziecko... - szepnęłam.
- Chce pani posłuchać bicia serca?
- Będzie już słychać?
- Tak, to piąty tydzień, serce teraz jest wielkości ziarenka maku, ale
przecież już bije.
Tuk, tuk, tuk, tuk, tuk tuk... z głośnika stojącego obok monitora
dobiegało tętno mojego dziecka.
Wsłuchiwałam się w jego rytm i poczułam, jak moje ciało się rozluźnia,
znika całe napięcie spowodowane wydarzeniami ostatnich tygodni, a być
może i lat.
Byłam zmęczona, lecz jednocześnie miałam poczucie bezpieczeństwa, jakby
to, że jestem w ciąży, dawało mi niewidzialną ochronę.
Lekarka z uśmiechem podała mi wydruk badania.
- Proszę, to pierwsze zdjęcie, może je pani pokazać ojcu dziecka.
Wzięłam błyszczący świstek do ręki i trzymając go kurczowo,
zastanawiałam się, komu pierwszemu mam je pokazać. Nie trwało to długo,
ponieważ po chwili rozległo się pukanie i drzwi się uchyliły. Stanęła w nich moja matka. Wyrwała mi z ręki wydruk i spytała z lekkim
niedowierzaniem:
- Zostanę babcią?
Patrzyłam na nią i spróbowałam wyobrazić ją sobie na moim miejscu, kiedy
ponad trzydzieści lat temu dowidziała się, że jest w ciąży.
Nigdy nie rozmawiałyśmy o moim dzieciństwie, a tym bardziej o tym, co
działo się przed moimi narodzinami. W ogóle miałyśmy niewiele okazji,
żeby rozmawiać. Matka zdawała się mnie nie zauważać, a ja nie lgnęłam do
niej, może dlatego że podświadomie bałam się odrzucenia.
- Muszę się położyć, mamo - powiedziałam, aby uniknąć pytań, a w szczególności tego jednego: kto jest ojcem.
- Dobrze, już cię zabieram. - Skinęła głową lekarce i pielęgniarce. Ku
zdziwieniu obu pań sama zawiozła mnie do sali, w której leżałam.
- Mamo, co czułaś, gdy się dowiedziałaś, że jesteś w ciąży?
Wózek wyhamował.
- Jeszcze nie jestem gotowa, aby z tobą o tym rozmawiać, ale przyjdzie
na to czas - odrzekła matka po chwili wahania. - Już niedługo wszystko
ci opowiem.
Właściwie to nie spodziewałam się innej reakcji. Może to i dobrze? Nie
miałam siły na kolejne rewelacje. Musiałam skupić się na uporządkowaniu
całego tego bałaganu, jaki zapanował w moim życiu.
Tak bardzo chciałam pogadać z Lucią. Co się z nią dzieje? Gdzie teraz
jest? Nawet nie próbowałam do niej dzwonić, bo byłam pewna, że nie
odbierze.
* * *
Kilka godzin wcześniej
Leo dyskretnie obserwował gości obecnych na stypie po pogrzebie Stelli.
W pewnym momencie ktoś do niego zadzwonił. Spojrzał na wyświetlacz i szybkim krokiem wyszedł do holu, żeby spokojnie porozmawiać. Kiedy
wrócił, widać było, że jest poruszony, choć starał się to ukryć.
Lawirując między gośćmi, podszedł do roześmianej Rity.
Na jego twarzy malowało się napięcie. Wymienili kilka zdań, Rita
zbladła, zachwiała się i padła nieprzytomna na posadzkę.
Zrobiło się zamieszanie, ktoś krzyknął, ktoś w biegu przewrócił krzesło,
a wokół Rity zebrał się krąg gości.
Ten zamęt był komuś na rękę. Kiedy próbowano ją ocucić, ojciec
pospiesznie wyprowadził Lucię z sali. Bardzo zależało im na tym, by nikt
nie zauważył ich ucieczki.
Rozdział 2
Obudziło mnie jakieś zamieszanie na korytarzu. Otworzyłam oczy i przez
uchylone drzwi dostrzegłam matkę rozmawiającą z Giuliem. Nie wiem, czy
mi się wydawało, ale ona chyba z nim flirtowała. Niewątpliwie
zachowywała się raczej jak dojrzała singielka niż ewentualna przyszła
teściowa. Miała na sobie kremowy kostium od Gucciego podkreślający
kształty - wciąż była szczupła i zgrabna - i ewidentnie się do niego
wdzięczyła, czyli zachowywała się jak zawsze w obecności mężczyzn. A ja
już prawie uwierzyłam w to, że się zmieniła. Że spoważniała i stała się
troskliwą matką. Może trochę późno, ale jednak.
Coś musiało się za tym kryć. Przez ostatnie godziny nie odstępowała mnie
na krok. W szpitalu rozmawiałyśmy więcej niż przez ostatnie kilka lat.
Gdyby nie musiała, toby tego nie robiła. O co jej chodzi?
Nagle oblał mnie zimny pot, ponieważ zdałam sobie sprawę, że zaraz powie
Giuliowi o mojej ciąży. A nie byłam pewna, czy chcę, żeby właśnie teraz
się o niej dowiedział. Próbowałam ją zawołać, ale było już za późno.
Zobaczyłam, jak twarz Giulia się rozpromienia.
Natychmiast podbiegł do mojego łóżka.
- Rito, czy to prawda?! To wspaniała wiadomość!
Czułam się okropnie, byłam potargana i miałam na sobie tę paskudną
szpitalną koszulę. Dlaczego matka pozwoliła mu tu przyjść? Wiele bym
dała za któryś z moich kompletów bielizny do spania. A jeszcze więcej za
czapkę niewidkę.
Gdy zaszłam w ciążę pierwszy raz i powiedziałam o tym mojemu facetowi,
wyszedł bez słowa i więcej się nie pojawił. A teraz potencjalny ojciec
cieszy się jak dzieciak, a ja nie mam ochoty z nim o tym rozmawiać. Co
za ironia losu.
Pokiwałam głową i patrzyłam na rozpromienioną twarz Giulia. Czułam, że
chce mi zadać mnóstwo pytań, porozmawiać o przyszłości, coś zaplanować,
jednak ja nie byłam na to gotowa.
- Giulio, czuję się fatalnie - powiedziałam pospiesznie. - Głowa boli
mnie tak, że nie mogę myśleć. Marzę tylko o tym, żeby zasnąć na wiele
godzin i to przeczekać.
- Rozumiem, kochanie. Co mogę dla ciebie zrobić? Co ci przywieźć? Masz
ochotę coś zjeść?
- Zabiłabym za chrupiące ośmiorniczki z Marina Sun! Tylko tym razem bez
sałaty. I za sok ze świeżych pomarańczy. - Chciałam, żeby jak
najszybciej sobie poszedł.
- Zamówienie przyjęte! Za godzinę jestem z powrotem.
- Poczekaj, wariacie... Co ci się stało? - Dopiero teraz zauważyłam, że ma
podbite oko.
- To tylko efekt różnicy poglądów, nic wielkiego. Na wesele będę jak
nowy - odrzekł Giulio i się roześmiał, choć niezbyt szczerze.
Poczułam ścisk w żołądku. Wesele? Jakie wesele? Nie planuję żadnego
wesela. Ciąża spadła na mnie jak grom z jasnego nieba i nawet nie wiem,
czy mam się cieszyć, czy załamać. Poza tym nie jestem pewna, kto jest
ojcem dziecka, choć bardzo bym chciała, aby był nim Giulio, nie
Pietro.
- Mam ci przywieźć coś jeszcze? - Było jasne, że nie zamierza mi
powiedzieć nic więcej.
- Potrzebuję piżamy na zamianę i bielizny. W domu rodziców jest walizka
z moimi rzeczami. I koniecznie przywieź ładowarkę do telefonu, bo jeśli
nie podładuję baterii, stracę łączność ze światem, a muszę zadzwonić w kilka miejsc.
- Odwiozę twoją matkę i przy okazji zabiorę rzeczy, potem zorganizuję
jedzenie i wrócę do ciebie.
- Będę czekała - szepnęłam, czule się do niego uśmiechając. Był naprawdę
fajnym facetem. Do tego przystojnym i ustawionym. A czy byłby też dobrym
ojcem?
* * *
Giulio ruszył do drzwi, a ja poprosiłam matkę, żeby jeszcze chwilę
została.
Kiedy szła w stronę mojego łóżka, mijając Giulia, posłała mu czarujący
uśmiech, jeden z tych popisowych, mówiących: "Patrzcie na mnie, oto ja,
wspaniała Anna".
- Dlaczego powiedziałaś Giuliowi o ciąży, nie uzgadniając tego ze mną? -
zaatakowałam ją bez zbędnych wstępów. - Czy wiesz, w jakiej mnie
postawiłaś sytuacji? No, ale nie powinnam się dziwić. Nigdy mnie nie
wspierałaś! Jeśli nie umiesz pomóc, to chociaż nie przeszkadzaj.
Patrzyła na mnie zdziwiona, a nawet z lekkim niesmakiem.
- Giulio już wiedział - prychnęła. - To nie była dla niego żadna nowina.
Możesz podziękować za to swojej koleżance z podstawówki Sarze, która
wszystko wygadała. Gratulując, wisiała mu na szyi i zasypywała go
pocałunkami. No, ale Giulio to teraz najlepsza partia w całej Marinie.
Wszystkie na niego lecą - zakończyła z westchnieniem.
Chyba byłam przewrażliwiona, bo miałam wrażenie, że ona też. Wiedziałam,
że moja matka nigdy się nie zmieni, na zawsze zostanie zdzirą.
Postanowiłam jednak, że nie będę się z nią teraz kłóciła, nie przy
ludziach. Poza tym byłam na to zbyt zmęczona.
- Przepraszam, mamo. Mam teraz trudny czas. Dziękuję, że zawiozłaś mnie
do szpitala i jesteś tu ze mną.
Matka tylko skinęła głową i zapytała:
- Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić? Jeśli teraz to wszystko, to
pozwól, że wrócę do domu. Muszę się odświeżyć i przebrać. Też jestem
wykończona.
- Oczywiście, jedź do domu i odpocznij. Giulio cię odwiezie i zabierze z domu moje rzeczy. Pomóż mu, proszę, spakować walizkę. Jutro będę
wiedziała, czy mnie wypiszą ze szpitala. I mamo... nie mów nikomu więcej o mojej o ciąży. A szczególnie ojcu. Sama muszę przyzwyczaić się do tej
myśli.
- Oczywiście, Rito. Nikomu nie powiem - zapewniła, a ja ani trochę jej
nie wierzyłam.
* * *
Gdy za matką zamknęły się drzwi, z ulgą opadłam na poduszkę. Nareszcie
zostałam sama i mogłam się spokojnie zastanowić. Próbowałam przypomnieć
sobie, kiedy ostatnio miałam okres, i dokonać obliczeń. Przeglądałam w myślach wydarzenia minionych tygodni, ale tyle się działo, że nie
zwracałam uwagi na to, jak zachowywało się moje ciało.
Rozpaczliwie pragnęłam, żeby to było dziecko Giulia. Na myśl, że ojcem
mógłby być Pietro, aż mnie mdliło. Przed moim wylotem do Mariny nasza
relacja się ochłodziła. Pietro miał problemy z żoną, a ja, chcąc trzymać
się od tego z daleka, starałam się stworzyć między nami dystans.
Zaczęłam liczyć jeszcze raz i kiedy okazało się, że nie widziałam Pietra
od ponad trzech miesięcy, odetchnęłam z ulgą.
Zaczęłam sobie przypominać, co ja i Giulio robiliśmy. Wspomnienia z jego domu sprawiły, że zalała mnie fala pożądania.
Muszę jak najszybciej stąd wyjść! Nie zniosę dłużej tego szpitalnego
wdzianka! Jestem potargana, nieumalowana, chcę wziąć prysznic i włożyć
ubrania, w których znów będę mogła poczuć się sobą.
Wcisnęłam guzik, próbując przywołać pielęgniarkę. Po dłuższej chwili
drzwi się otworzyły i stanęła w nich Sara.
- Potrzebujesz czegoś? - spytała z wymuszonym uśmiechem, uważnie mi się
przyglądając.
- Pamiętasz mnie?
- Tak, od razu cię poznałam, choć trochę się zmieniłaś. Wyładniałaś -
dodała z nutą złośliwości.
Nie spodziewałam się, że będzie dla mnie miła. W szkolnych czasach była
jedną z najbardziej oddanych fanek Leo. Kiedy ja i on zaczęliśmy
pokazywać się razem i na tych samych imprezach była Sara, czułam, jak
jej wzrok niemal wypala mi dziury w plecach. Pewnie nie mogła zrozumieć,
jak taka nieatrakcyjna, mało popularna i trzymająca się z boku
dziewczyna mogła zgarnąć najlepszy towar w mieście. Była wściekła, że
sprzątnęłam jej Leo sprzed nosa i nie ukrywała tego, co o mnie myśli.
Nie ruszało mnie to jakoś szczególnie, po prostu była jeszcze jedną
osobą, która czuła do mnie niechęć.
Gdy skończyłyśmy szkołę, zniknęła mi z oczu, i dzięki Bogu. Ja robiłam
swoje, a ona wyjechała do Werony na studia medyczne. Chyba coś musiało
pójść nie tak, skoro nie została lekarką. Matka mówiła, że opiekowała
się ojcem Giulia, kiedy chorował, co oznacza, że miała okazję często
widywać Giulia i może nawet próbowała go pocieszać. To przecież świetny
facet, nie zdziwiłabym się, gdyby liczyła na coś więcej. Wciąż nosiła
panieńskie nazwisko, więc nic nie stało na przeszkodzie, a i Giulio był
wolny.
A ja znów weszłam jej w paradę! Pojawiłam się nagle, odmieniona, i wzięłam się za najlepszą partię w okolicy.
Oj, musiała mnie nienawidzić.
- Rito, jak mogę ci pomóc? - Wyrwał mnie z zamyślenia zniecierpliwiony
głos Sary.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Saro, chciałabym jak najszybciej wrócić
do domu, czy naprawdę muszę zostać na noc w szpitalu?
- Niestety, na jutro rano lekarz przewidział jeszcze dodatkowy zestaw
badań, które wykonuje się na czczo. Musimy być pewni, że wypiszemy
ciebie i dziecko w dobrym stanie. No i oczywiście gratuluję ci ciąży -
dodała z udawaną serdecznością. - Czy przyszły ojciec jest szczęśliwy?
Jak to przyjął? - spytała, tym sposobem próbując dowiedzieć się, z kim
zaszłam w ciążę.
W pierwszym odruchu chciałam oszczędzić jej przykrości i skłamać, ale po
chwili doszłam do wniosku, że nie mam powodu jej oszczędzać, skoro ona
nigdy nie przejmowała się tym, co ja czuję.
- Och, reakcja Giulia przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Jest
przeszczęśliwy. Myślę, że będzie wspaniałym ojcem.
Sarze zrzedła mina, choć ze wszystkich sił starała się to ukryć. A ja
poczułam ulgę, bo oto publicznie przyznałam się do tego, że będę miała
dziecko z Giuliem. A nie miałam wątpliwości, że Sara podzieli się tą
nowiną, z kim tylko będzie mogła.
- Skoro muszę zostać, to trudno - odrzekłam z westchnieniem.
- Gdybyś mnie potrzebowała, daj znać - rzuciła Sara i z wyraźną ulgą
pospiesznie opuściła salę.
* * *
Gdy spojrzałam za okno, światło słońca miało już pomarańczową barwę,
było już późne popołudnie. Poczułam straszny głód, ale odrzucała mnie
myśl o szpitalnym posiłku. Poza tym wiedziałam, że niedługo wróci Giulio
i przyniesie mi moje jedzenie, więc postanowiłam cierpliwie poczekać.
Widok z okien szpitala w Malcesine zapierał dech w piersiach i był
niemal tak piękny jak ten, który roztaczał się z salonu Giulia.
Zachodzące słońce odbijało się w tafli Gardy, a woda mieniła się paletą
żółci, pomarańczu, czerwieni, przechodząc do różu i fioletu. Nagle
poczułam przypływ natchnienia - oczami wyobraźni ujrzałam moją nową
kolekcję. Tak, będzie w kolorach zachodzącego słońca odbijającego się w wodach Gardy. Postanowiłam, że nazwę ją "Powrót do przeszłości".
Żałowałam, że nie mam laptopa, a przynajmniej szkicownika, bo
natychmiast chciałam zabrać się do projektowania!
Po raz kolejny w ciągu ostatnich tygodni stwierdziłam, że bardzo
brakowało mi tego cudu natury, jakim jest jezioro Garda. To przecież
część mojego DNA i nie wyjechałam stąd z własnej woli.
Tak bardzo chciałabym znów tu zamieszkać i codziennie cieszyć się
pięknymi wschodami i zachodami nad "moją Gardą", pomyślałam, lecz po
chwili pragmatyzm sprowadził mnie na ziemię: mogłabym, ale jeszcze nie
teraz. Mam w Rzymie kilka spraw, które muszę załatwić.
Rozdział 3
Z drzemki wyrwała mnie cicha rozmowa prowadzona na korytarzu. Jakiś
mężczyzna o coś pytał, lecz nie mogłam rozróżnić słów, a ktoś odpowiadał
piskliwym głosem. No tak, kto mógłby tak szczebiotać, jeśli nie Sara.
Pewnie sądziła, że to niezwykle seksowne. Ten głos i ton były
przeznaczone tylko dla mężczyzn, których chciała poderwać. Co za zdzira.
Kogo tym razem wybrała? Po chwili usłyszałam, jak mężczyzna mówi
stanowczo i nieco głośniej:
- Wybacz, Saro, ale pędzę do Rity, bo stygnie jej ulubione danie! A wiesz, że jak człowiek głodny, to zły! A tego chciałbym uniknąć! - To
oczywiście był Giulio, jak zawsze uprzejmy, za żartami próbował ukryć
zniecierpliwienie.
Uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że Sara jest pewnie wściekła.
Drzwi się otworzyły, do pokoju wkroczył Giulio. Zdążył się odświeżyć i przebrać. Pachniał jak zwykle wspaniale mydłem i wodą kolońską, którą
uwielbiałam. Wyglądał tak seksownie, że miałam się ochotę na niego
rzucić, i nie przeszkadzało mi to, że ma podbite oko i spuchnięty nos.
- Nieźle się urządziłem, co? Jak dzieciak z podstawówki! - powiedział,
próbując zatuszować zakłopotanie śmiechem.
- Ale wyglądasz bardzo tak męsko... - zażartowałam.
- Przecież walczyłem w obronie honoru kobiety! - Złożył przede mną
staromodny ukłon.
Roześmiałam się, lecz zaraz spoważniałam.
- Dość żartów. Opowiedz mi, proszę, co właściwie się wydarzyło po tym,
gdy pojechałam do szpitala.
- Nie mam ochoty o tym rozmawiać. Powiem tylko, że ja z Leo wymieniliśmy
poglądy i okazało się, że bardzo się od siebie różnią.
Byłam bardzo ciekawa, jakie to były poglądy, postanowiłam jednak nie
drążyć tematu, mając nadzieję, że wkrótce Giulio opowie mi wszystko ze
szczegółami. Poza tym poczułam, że burczy mi w brzuchu.
- No dobrze, niech ci będzie, i tak nie jestem w stanie myśleć.
Głód wygrał z dobrymi manierami i dosłownie rzuciłam się na jedzenie.
Nie pamiętam, kiedy coś tak bardzo mi smakowało jak te ośmiorniczki
przyniesione przez Giulia. Pomyślał o wszystkim - w koszyku znalazłam
też sałatkę z melona i szynki, a na deser kawałek mojej ulubionej bezy
Pavlova. Poczułam, że wracają mi siły.
* * *
W tym samym czasie przystojny młody mężczyzna pytał recepcjonistkę w holu na dole, gdzie może znaleźć Ritę i w jakim jest stanie. Kobieta nie
chciała mu udzielić żadnych informacji, zasłaniając się przepisami i twierdząc, że do chorej wpuszczani są tylko członkowie najbliższej
rodziny, lecz podsunięte dyskretnie sto euro i uwodzicielski uśmiech
potrafią zadziałać cuda. Recepcjonistka podała mu numer pokoju Rity i po
chwili wysoki mężczyzna, niosąc wielki bukiet eustom, wsiadł do windy.
Gdy dotarł do pokoju Rity, przez uchylone drzwi zobaczył dwoje
roześmianych ludzi, którzy wyglądali na bardzo w sobie zakochanych.
Patrzył na nich przez chwilę niezauważony, po czym zjechał do holu,
podał recepcjonistce bukiet kwiatów i powiedział:
- Mam do pani prośbę. Proszę przekazać te kwiaty pacjentce, ale dopiero
gdy zostanie sama. Teraz ma gościa i nie chciałbym jej przeszkadzać.
- Oczywiście. Mam powiedzieć, że kwiaty są od... - Popatrzyła na niego
zalotnie.
- Od Leo.
- Tylko tyle?
- Tak. - Uciął mężczyzna, podziękował za pomoc, odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.
Przed budynkiem szpitala zatrzymał się i wyjął z kieszeni telefon
komórkowy.
- Gratuluję, Anno, znów będziesz babcią, mam nadzieję, że się cieszysz?
- powiedział z sarkazmem.
- Jak to znów? O czym ty mówisz? - W głosie Anny Giardini słychać było
zdenerwowanie.
- Nie mam czasu dłużej rozmawiać. Jutro rano pojedziesz po Ritę do
szpitala i zawieziesz ją do domu.
- Ale Rita na pewno nie będzie chciała ze mną jechać. Nie ma szans.
- Już twoja w tym głowa, żeby chciała. Coś wymyślisz, trochę poudajesz i podkolorujesz. Jesteś dobra w te klocki.
Rozłączył się bez pożegnania i zdecydowanym krokiem ruszył do
zaparkowanej w cieniu panamery.
To auto do niego pasowało i idealnie oddawało jego osobowość - porsche
panamera było nowoczesnym uosobieniem dominacji, bogactwa i władzy.
Zanim minął szlaban, zatrzymał się na chwilę przy innym samochodzie. Też
był zaparkowany w cieniu, nieco na uboczu. Leo wysiadł i szybko się
rozejrzał. W pobliżu nie było nikogo, więc wyciągnął nóż, przyłożył go
do karoserii samochodu i przejechał po całej jego długości, zostawiając
widoczną rysę. Zadowolony z siebie schował nóż, wsiadł do panamery i odjechał z piskiem opon, pozostawiając na asfalcie ciemny ślad.
* * *
Gadaliśmy z Giuliem w najlepsze, kiedy zadzwonił telefon.
- Moja matka - jęknęłam. - Czego ona może chcieć? Przecież niedawno się
widziałyśmy - mruknęłam. - Mama? - odezwałam się zdziwiona.
- Tak, to ja. To takie dziwne, że dzwonię?
- Przecież chyba wszystko ustaliłyśmy.
- Tak, ale przecież nie wiem, o której skończą ci robić badania.
- Ja też nie wiem. Ale po co ci ta informacja?
- Bo chcę cię odebrać ze szpitala. Przyjadę rano, najwyżej zaczekam.
Sprawdź, czy wszystko masz, czy coś ci przywieźć - trajkotała, nie dając
mi dojść do słowa.
- Mamo, ale..
- No to jesteśmy umówione. Będę...
- Mamo, posłuchaj! Nie musisz przyjeżdżać, Giulio mnie obierze.
Giulio pokiwał głową.
- No to odbierzemy cię razem. Przekaż mu, żeby był u mnie kwadrans po
dziewiątej. Adres zna. Aha, i będziesz mieszkała u mnie. Nie przyjmuję
odmowy, chcę się tobą opiekować. Dobrej nocy - powiedziała i się
rozłączyła.
- Giulio, matka koniecznie chce po mnie przyjechać. I mam u niej
zamieszkać, żeby mogła się mną zająć.
- A co jej się nagle stało?
- Nie mam pojęcia. To trochę podejrzane, na pewno coś knuje.
- Nie przejmuj się. Łatwiej jej ustąpić niż odmówić, bo zrobi piekło,
więc po prostu odbierzemy cię jutro razem.
Giulio siedział jeszcze przez pół godziny, a potem musiał lecieć.
Zmieniał kelnerkę Milę, ponieważ poprosiła go o wolny wieczór. Nawet się
ucieszyłam, bo choć uwielbiałam jego towarzystwo, byłam wykończona i chciałam pobyć sama, by spokojnie pomyśleć. Przede wszystkim będę
musiała zrobić porządek w firmie, by jakoś funkcjonowała, gdy mnie nie
będzie.
No właśnie, co z Rzymem, z firmą, z pokazem? Nie wiedziałam, jak Pietro
zareaguje na wiadomość, że jestem w ciąży, czy wpadnie w szał, czy jakoś
to przełknie. Postanowiłam na razie nikomu o tym nie mówić, trzymać w tajemnicy tak długo, jak zdołam ukryć mój stan. Leo też nie może się o niczym dowiedzieć, bo nasza relacja i tak jest już wystarczająco
skomplikowana. Nagle przypomniałam sobie, co powiedział dzisiaj na
stypie, i oblał mnie zimny pot.
Za dużo tego, pomyślałam. Leo, ciąża, o której jeszcze rano nie miałam
pojęcia, i śmierć babci... Miałam mętlik w głowie.
Zanim babcia umarła, przez wiele tygodni ciężko chorowała. Patrzenie na
to, jak cierpi, było straszne. Próbowałam jakoś się trzymać, lecz na
myśl, że już nigdy z nią nie porozmawiam, nie przytulę się do niej,
ogarniała mnie rozpacz. A teraz jej nie ma. I w dodatku zabrała do grobu
największe tajemnice naszej rodziny...
Wiele bym dała, żeby móc z nią porozmawiać. Na pewno by się ucieszyła na
wieść o tym, że jestem w ciąży... A może wiedziała? Była uważną i mądrą
obserwatorką. Miałam wrażenie, że widzi wszystko wyraźniej niż inni.
Zawsze starała się zobaczyć szerszy kontekst, co sprawiało, że
otaczający ją ludzie czuli się tak, jakby czytała im w myślach.
Gdzie teraz jesteś, babciu? Czy mnie widzisz? Czy wiesz, co będzie
dalej? Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, lecz wyraźnie czułam jej
obecność.
Nagle zdałam sobie sprawę, że jeszcze wczoraj byłam bezdzietną singielką
z własną firmą, a dzisiaj dowiedziałam się, że jestem matką dwójki
dzieci.
Wróciłam wspomnieniami do czasu, gdy byłam w pierwszej ciąży, próbowałam
sobie przypomnieć, jak się wtedy czułam. Lada dzień zaczną się mdłości,
brak apetytu, pewnie najpierw schudnę, a potem zacznę tyć, za dwa, może
trzy miesiące powiększy mi się biust - co może nie będzie takie złe -
brzuch stanie się widoczny. Spuchną mi nogi, będę coraz bardziej
zmęczona i będę się modliła o jak najszybsze rozwiązanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki