Rita, kłopoty i ja - Izabela Koba

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Usiadłam przy biurku, a kotka wskoczyła mi na kolana. Zanim na ekranie komputera pojawił się widok morza i uśmiechniętych twarzy, Fruzia przeszła na ulubiony mebel i zaczęła mościć się między stertami: notatników, kartek, zaproszeń, kopert i list zadań do wykonania. Jedna ze stert zachwiała się i poleciała na podłogę, a kotka położyła się na tym, co z niej pozostało.

- Pięknie! Musiałaś?! - Popatrzyłam w niebieskie oczy, na co odpowiedziało mi miauknięcie. - Wiem, wiem, już nic nie mówię. - Ukucnęłam, by zebrać papiery.

Dawno powinnam uporządkować biurko, a właściwie to, co na nim się znajdowało. Tylko kiedy? Przed urlopem nie zdążyłam, a po powrocie się zaczęło: dożynki i festyny, imprezy w plenerze i pod dachem, rozpoczęcie roku, rocznice, sesje, dni patrona, nadania medali oraz inne wydarzenia. Nie, nie pracowałam jako animatorka, choć mogłoby się tak wydawać, a moje zadania nie kończyły się na udziale w imprezie. To była połowa, a czasem dopiero początek pracy.

Ciszę zakłócił dźwięk telefonu. Dochodził spod otwartego notesu przy klawiaturze. Nie patrząc na wyświetlacz, odebrałam.

- Luiza Mazur-Krzeczkowska, słucham.

- Mamusiu, wiem, że to ty - odezwał się mój młodszy syn Maciek. - Nie zabrałem zeszytu z polaka. Przyniesiesz mi go do szkoły? Pani będzie chciała wypracowanie.

- Poczekaj. - Zajrzałam do kalendarza i upewniłam się, że nie mam żadnych spotkań. - Jak znajdę, przyniosę. - Z komórką w dłoni przeszłam do przedpokoju i zerknęłam na przypięty do korkowej tablicy plan lekcji. - Teraz nie dam rady, ale postaram się na najbliższej przerwie - zapewniłam syna.

Nie zdążyłam odłożyć komórki, gdy zadźwięczała ponownie.

- Cześć, mamo - przywitał się starszy syn Mateusz. - Nie można się do ciebie dodzwonić. Mam sprawę, będzie ognisko i potrzebuję na składkę. Mówiłem ci o tym.

- Prosisz, żebym przyniosła pieniądze? - zapytałam, rozglądając się wokół.

- Byłoby fajnie. I napisz do wychowawczyni, że się zgadzasz.

- Napiszę. Przyjść nie dam rady. Powiedz, że jutro wpłacisz.

- Jutro jest sobota.

- To w poniedziałek. Daj znać, czy tak może być.

- Okej, lecę. - Po drugiej stronie zapanowała cisza.

- Jest! - Zeszyt znalazłam na parapecie w kuchni. Mogłam się domyślić, że tu został, bo przed śniadaniem czytałam napisaną przez Maćka baśń.

Dziesięciolatek opowiedział o żyjącej w niedoczasie (skąd ja to znałam?) i usychającej z przepracowania (aż tak nie było, raczej nieregularne posiłki wpływały na mnie odwrotnie) królewnie oraz o śmiałkach, którzy próbowali ją wyzwolić z władzy trzech czarowników (ciekawe). Dokonał tego królewicz z dalekiej krainy z pomocą dwóch młodych książąt (a jakże, sam nie dałby rady). Królewicz i królewna wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie, w przyjaźni z książętami, i mieli czas na wszystko. Historia brzmiała znajomo.

- To trochę o tobie, mamusiu - potwierdził Maciek.

Pochwaliłam go za opowieść. O podobieństwach między mną a zestresowaną, zmęczoną i zapracowaną dziewczyną w koronie wolałam nie dyskutować. Dobrze, że nie nazywała się tak jak ja. Wskazałam zdanie, w którym zabrakło przecinków, a potem napisany niepoprawnie czasownik "zmrużyła". Jakby bohaterka miała za mało problemów, autor baśni dołożył jej bezsenność. Przyjął moje uwagi, wstawił i poprawił, co trzeba. Mimo że uczył się zasad na pamięć i ćwiczył ortografię, zdarzało mu się popełnić błąd, podobnie jak jego bratu.

Trzynastoletni Mateusz poprosił, żebym przepytała go z historii, a gdy próbowałam się wymigać, zaznaczył, że pomogłam Maćkowi, a wieczorem mnie nie było. Przyznałam mu rację i zgodziłam się go wesprzeć. Przez myśl przemknęło mi pytanie, czy synowie nie powinni stać się bardziej samodzielni, szczególnie teraz, kiedy zostaliśmy we troje. Na szczęście akcje z porannym odrabianiem lekcji nie zdarzały się często.

Do kompletu brakowało telefonu od Marka, taty chłopców, po którym odziedziczyli jasne włosy i niebieskie oczy. Już na początku września mąż wyjechał do pracy na budowie do Austrii, a ja zostałam - nie pierwszy raz - matką i ojcem w jednym. Tylko w odróżnieniu od wielu żon "eksportowców", jak nazywali siebie Marek i jego koledzy, nie zrezygnowałam z pracy zawodowej. Lubiłam ją, a druga pensja nie pozostawała bez znaczenia. Kredyt wzięty na kupno domu do remontu z działką i garażem motywował bardziej niż trener personalny, ale nie zmniejszał tęsknoty ani zmęczenia codzienną ekwilibrystyką. Choć się do tego nie przyznawałam, coraz bardziej nie mogłam się doczekać powrotu męża.

Marek nie zadzwonił, co nie było zaskakujące. Rozmawialiśmy przeważnie przez Skype'a raz w tygodniu, a wiadomości pisaliśmy na czacie. Kilka dni temu okazało się, że firma męża nie przenosi go do Szwajcarii i przyjedzie na Wszystkich Świętych. Pierwsza wiadomość mnie ucieszyła, byliśmy bliżej siebie, przynajmniej geograficznie, druga - przeciwnie, bo liczyłam na powrót Marka w połowie października.

- Kontrakt rządzi się własnymi prawami. Zobaczysz, czas szybko zleci. To tylko miesiąc z kawałkiem. - Mąż widział szklankę do połowy pełną.

Łatwo było mu mówić.

Każdemu z synów rok szkolny przyniósł zmiany. Mateusz rozpoczął naukę w gimnazjum i próbował się odnaleźć w nowym środowisku. Czwartoklasista Maciek miał lekcje z wieloma nauczycielami, wraz z którymi pojawiły się nowe przedmioty. Jednocześnie młodszy syn uczęszczał dwa razy w tygodniu na zajęcia z rysunku i malarstwa, a starszy kontynuował naukę w szkole muzycznej, w klasie fortepianu.

Pomoc chłopcom w lekcjach, zaprowadzanie na popołudniowe zajęcia i odbieranie z nich, co nie zawsze mi się udawało z powodu pracy, zebrania w trzech szkołach oraz wiele innych obowiązków - to wszystko było na mojej głowie. Nie powinny więc nikogo dziwić listy zadań, jakie spisywałam na karteczkach. Jedną z nich, z poprzedniego dnia, wyjęłam spod klawiatury. Czwartek dwudziesty drugi września obfitował w wydarzenia: praca w domu, zebranie w firmie, ślubowanie pierwszoklasistów i wywiadówka u Mateusza, z której wyszłam w trakcie, zamiana mundurka: żakietu i spódnicy do kolan na sukienkę, wyjazd ze znajomymi na galę w ponadstuletnim kinie, uroczystość i późny powrót.

Gdybym nie pojechała... Ominęłoby mnie coś ważnego. Wychodząc z centrum kultury, usłyszałam, jak instruktorka mówi do koleżanki o wolnej głównej roli kobiecej w amatorskim spektaklu. Cofnęłam się i zapytałam o tytuł sztuki. Nie wierzyłam własnym uszom. Brakowało aktorki w... Edukacji Rity Willy'ego Russella. Czekającym w samochodzie znajomym nic nie wspomniałam, tylko w drodze do domu, nocą, jakby nie istniała lepsza pora, wysłałam esemesa. Informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, dlatego zareagowałam na nią szybko jak błyskawica. Jak lubiany przez synów, szczególnie młodszego, Zygzak McQueen. Jak... jakiś Superman czy inny Batman. Jak... Elastyna, za którą przebrałam się na bal u synów w przedszkolu. Jak... nie ja.

"Mogę być Ritą", napisałam do znanego tylko ze sceny mężczyzny. Nie przywitałam się, niczego nie wyjaśniłam, nie podpisałam. Trzy słowa mówiły wszystko.

Marzyłam o zagraniu w tej sztuce! Marzyłam, by zostać Ritą!

Kilka godzin później siedząc w domowym biurze, spojrzałam na zdarzenie inaczej. Zakryłam twarz dłońmi. Co ja zrobiłam?! Gdzie moje zwyczaje? Spontaniczny esemes stanowił wybryk świadomości lub podświadomości kobiety w wieku pobalzakowskim, bo dawno przekroczyłam trzydziestkę, a cztery lata temu świętowałam czterdzieste urodziny. Gdybym angażowała się w teatr amatorski jak podczas studiów, grałabym kobiety dojrzałe: królową Gertrudę, nie Ofelię, matkę Rity, o której bohaterka wspomniała, nie Ritę. Ważniejsza jednak niż ustalenie, która część psychiki odpowiadała za reakcję, stała się decyzja, co dalej.

Powinnam zadzwonić do reżysera lub, co wydało mi się łatwiejsze, wysłać wiadomość. Mogłabym napisać półżartem, półserio: "Szanowny Panie, podświadomość kobiet w pewnym wieku miewa wybryki, a nocny esemes to jeden z nich. Proszę mi wybaczyć". Albo poważniej: "Szanowny Panie, esemes to pomyłka. Niestety, nie mogę być Ritą. Przepraszam za kłopot, życzę powodzenia". I koniecznie się podpisać.

Wzięłam telefon, by wystukać wiadomość, gdy rozdzwonił się po raz trzeci. Tym razem trafiłam, praca. Zaproszenie do firmy przed południem w piątek nie zapowiadało nic dobrego. Niechętnie zgodziłam się na spotkanie, a po drodze zamierzałam wejść do podstawówki i oddać młodszemu synowi zeszyt.

***

W siedzibie firmy, znajdującej się w zabytkowej kamienicy przy placu naczelnika insurekcji bywałam przeważnie raz czy dwa w tygodniu. Ten tydzień stanowił wyjątek, bo pojawiłam się po raz trzeci.

Sekretarka Edyta Turemka zaproponowała mi kawę.

- Proszę mocną - odparłam. Firmowy żart nawiązujący do nazwiska Grzegorza Mocnego, prezesa spółki Media Ciech, wydawcy kilku czasopism, w tym "Życia Ciechanowskiego", w którym pracowałam od siedmiu lat, jeszcze nam się nie znudził.

Naczelny czekał na mnie u siebie razem z sekretarzem redakcji. Usiadłam naprzeciw nich, po drugiej stronie stołu. Między nami leżały kartki z bloku zapełnione rysunkami. Motywy się powtarzały: ludziki, domek, kwiatki, drzewka, słoneczko, piesek. Na jednej z kartek ktoś napisał: "Kochanemu Tacie" i wyraźnie dodał literę "c" w pierwszym słowie, by uniknąć błędu. Dominowały ciemne kolory, granat, fiolet, czerń. Wyjątek stanowiły żółć słońca i dedykacja w tym samym kolorze. Popatrzyłam zaskoczona na szefów.

Jeszcze bardziej zdziwił mnie list napisany na kartkach wyrwanych z zeszytu w kratkę. Nadawca, ojciec pięciorga dzieci, żalił się na imprezującą i zdradzającą go żonę. Ciężko pracował, by utrzymać rodzinę, a teraz zdarzyło się nieszczęście. Dzieci zostały... porwane. Poczułam wędrujący po ciele nieprzyjemny dreszcz, mimo to czytałam dalej. Jak się okazało, za porwaniem stała żona. Wywiozła całą piątkę. Pewnie pomógł jej kochanek. Mąż i ojciec ufał, że redakcja pomoże mu odzyskać dzieci, za którymi tęsknił, i ujawnić prawdę o zdradzieckiej kobiecie. List został napisany odręcznie, co mi nie przeszkadzało, i roił się od błędów, na co machnęłam ręką. Moją uwagę zwróciły zamazane, prawdopodobnie niecenzuralne wyrazy przy słowie "żona" oraz zakończenie.

Poczułam wpatrzone we mnie dwie pary oczu.

- Jeśli doszło do porwania, trzeba jak najszybciej zawiadomić policję. - Odłożyłam list na stół, a rysunki zebrałam w stosik.

Rozległo się pukanie, otworzyły się drzwi i weszła sekretarka. Postawiła przede mną filiżankę ze spodkiem i wskazała przesunięte na środek stołu kartki.

- To rysunki dzieci tego pana. Śpieszył się, pewnie do pracy. Taka kupka nieszczęścia, omal się nie popłakał. Musi mu być ciężko. - Edyta miała łzy w oczach. - Tam jest jego adres i telefon. Pomóżmy mu. - Spojrzała w moją stronę. - To znaczy, jak szef zdecyduje - poprawiła się i wyszła.

Odetchnęłam aromatem kawy i upiłam niewielki łyk. Rzeczywiście była mocna.

- Temat wręcz na okładkę - wyraził opinię redaktor naczelny, imiennik szefa wydawnictwa Grzegorz Świdło. Spojrzał na mnie znacząco, a gdy się nie odezwałam, dodał: - Odpowiedni dla ciebie, Luiza.

- Jeszcze takiej historii u nas nie było - zaznaczył sekretarz, trzeci z Grzegorzów, nazwiskiem Bocieński. - Masz naprawdę ekstratemat.

Karty zostały odkryte. Jeśli szefowie myśleli, że zawołam: "Super, biorę to!" i okażę wdzięczność, mylili się. W tej historii było za mało danych, za wiele niewiadomych, co oznaczało, że zebranie materiałów pochłonęłoby dużo czasu, a ja go nie miałam. Poza tym nie wiedziałam, na jakie kwiatki lub miny trafię.

- Moim zdaniem temat nie nadaje się do gazety. Ale jeśli redakcja chce nim się zająć, potrzebuje doświadczonego reportera znającego dobrze prawo - stwierdziłam.

- Mamy co robić - burknął sekretarz, traktując moje słowa personalnie.

- Nie zgodzę się z tobą. Tu potrzeba większej wrażliwości i kobiecego, to znaczy innego spojrzenia - polemizował naczelny, używając mojego "ulubionego" argumentu.

Mimo że byłam w zespole jedną z dwóch dziennikarek na etacie i jedyną matką oraz jednym z dwojga rodziców dzieci w wieku szkolnym, nikt nie stosował wobec mnie taryfy ulgowej. Za to szefowie, kiedy im pasowało, powierzali mi zadania wymagające "większej wrażliwości, delikatności, innego spojrzenia". Zatrudniona później niż ja koleżanka spostrzegła prawidłowość: im lepiej sobie radziłyśmy, tym więcej obowiązków na nas spadało. Mój mąż nazwał nas "ofiarami własnej kompetencji". Choć przydzielone tematy nie zawsze mi odpowiadały, realizowałam je. Do tej chwili, kiedy odczułam silny opór wewnętrzny.

Naczelny i sekretarz przyglądali się rysunkom w taki sposób, jakby w myślach liczyli sprzedane egzemplarze tygodnika.

Przejrzałam ponownie list. Na ostatniej stronie widniał adres.

- Nie nasz teren - zauważyłam, licząc, że Grzegorze odpuszczą.

- Nie szkodzi, ważna jest historia - uznał pierwszy z nich.

- Skąd wiesz, może ten ojciec poszedł na policję - rzucił drugi. - Trzeba z nim pogadać i się dowiedzieć.

- Masz ciekawą misję, Luiza - podkreślił naczelny.

- Nie wiem, czy będzie udana - odparłam, siląc się na spokój.

Decyzja, jak przypuszczałam, zapadła wcześniej, a moja zgoda nie miała znaczenia. Po co więc odbyliśmy tę rozmowę? Coś mi tu nie grało. Tylko straciłam czas, który przeznaczyłabym na pisanie artykułów i zastanowienie się, co zrobić z rolą.

***

Andrzej Lewandowski, znany w środowisku teatrów amatorskich, odezwał się pierwszy. Dzwonił do mnie podczas mojego pobytu w redakcji, a ponieważ nie odebrałam, napisał:

"Dzień dobry, Pani Luizo. Cieszę się ze zgłoszenia. Wiem z centrum kultury, że to Pani. Proszę o adres e-mailowy. Pozdrawiam". I podpis.

Odruchowo podałam adres. W poczcie wśród wielu e-maili znalazłam list od reżysera. Jego temat był taki sam jak tytuł kultowej sztuki. Powstałą w osiemdziesiątym roku poprzedniego stulecia tragifarsę grano w całej Europie, a może i na świecie. Otrzymałam jej przekład autorstwa Karola Jakubowicza oraz regulamin przeglądu-konkursu o nazwie Teatry Amatorskie Pułtusk, w skrócie TAP. Zapisałam załączniki na dysku, a ich przeczytanie odłożyłam na wieczór.

Podczas poprzednich edycji przeglądu nie przyszło mi na myśl, że mogłabym stać na scenie zamiast siedzieć w fotelu widza. Podziwiałam zapaleńców jak Andrzej Lewandowski. Stworzona przez niego grupa Przekrój odnosiła sukcesy, a on zbierał laury za reżyserię, a nieraz i za grę.

"Panie Andrzeju, przepraszam za późną porę wiadomości. Moja decyzja była spontaniczna. Potrzebuję czasu, by ją przemyśleć. Do kiedy powinnam dać odpowiedź?" - napisałam do reżysera z nadzieją, że zyskam kilka dni na zastanowienie.

"W sztuce też jest mowa o spontanicznej reakcji, oczywiście bohaterki. Pani Luizo, proszę zapoznać się z regulaminem i odpowiedzieć pozytywnie jeszcze dzisiaj".

Nie pamiętałam szczegółów, komediodramat znałam jedynie z teatru. Obiecałam pierwsze, nad drugim wolałam się zastanowić, choć reżyser mógł pomyśleć: "Kobieta zmienną jest".

***

Kartkę z drukarki podzieliłam na dwie części. U góry po lewej stronie napisałam: "tak", po prawej: "nie" i dorysowałam znaki plus i minus. W rubryki zamierzałam wpisać argumenty przemawiające za wzięciem roli Rity i kontrargumenty mówiące, dlaczego nie powinnam jej przyjąć.

"Spełnię marzenie". Pierwszy argument "za" siedział w mojej głowie od chwili, gdy dowiedziałam się o poszukiwaniu aktorki, a pytanie, kiedy ostatnio zrobiłam coś tylko dla siebie, nie dawało mi spokoju. Wyznaczałam sobie cele, ale przede wszystkim jako żona i mama oraz dziennikarka. Teraz mogłam spełnić własne marzenie. Co prawda dawne, ale moje.

Kontrargument nasunął się sam: "Wiek - nie ten". Mnie i bohaterkę sztuki dzieliło osiemnaście lat niczym matkę i córkę. Nie tylko metryki nas różniły. Dodałam: "Osobowość, sposób bycia, język, wykształcenie, środowisko, sytuacja życiowa - inne". Gdybym ten punkt rozdzieliła na części, powstałaby kolumna przeszkód. Zaliczyłam do nich wygląd. Wyobrażałam sobie Ritę jako osobę szczuplejszą, o nie tak kobiecych kształtach jak moje. Zanotowałam: "Sylwetka - odmienna, waga - za duża". Poza tym nie mogłam wystąpić w spódnicy i żakiecie lub biurowej sukience, które nosiłam od lat w tym samym fasonie, tylko, niestety, większy rozmiar, i w klasycznych czarnych pantoflach, które dominowały w szafce na buty. Dopisałam: "Odpowiednie stroje i obuwie - brak".

Poważniejszy problem stanowił tekst sztuki, a ja dawno nie uczyłam się na pamięć. W rubryce po prawej znalazła się notatka: "Kwestie - długie, pamięć - słabsza". W dodatku rola Rity należała do trudnych, a ja nie byłam tak dobrą aktorką jak Andrzej aktorem. "Umiejętności sceniczne - za małe" - dopisałam.

Konkurs odbywał się w Pułtusku, więc pewnie tam zostaną zorganizowane próby. Przybył kontrargument: "Dojazd na próby - utrudniony, prawo jazdy - brak".

Teatr oznaczał zajęte popołudnia i wieczory. Kolejny punkt "przeciw" prosił się o zapisanie: "Potrzebny czas dla synów - skróci się". Następny też się narzucił: "Obowiązki rodzinne i domowe - za dużo".

Przeszkodę stanowiła również moja praca. Zanotowałam: "Praca - czasochłonna i absorbująca, szefowie - wymagający". Sama także stawiałam sobie wymagania wyższe niż innym, co krytykował Marek. Pod poprzednią notatką umieściłam dopisek: "Wymagania wobec siebie - za wysokie, skłonność do perfekcji".

Mniej tekstów w gazecie oznaczało piętrzenie się tematów i niższą wierszówkę. Za to poniosę koszty dojazdów na próby oraz kostiumów, fryzury i makijażu, czego nie zaplanowałam w domowym budżecie. Westchnęłam i połączyłam w jeden dwa kontrargumenty: "Wypłata - będzie niższa, wydatki - wzrosną".

W codziennych obowiązkach Marek mnie nie odciąży, a mamy i teściowej, emerytowanych nauczycielek, czyli Fachowej Autentycznej Siły Pedagogicznej, w skrócie FASP, jak je nazwałyśmy ja i moja przyjaciółka Agata Droguska, nie zamierzałam prosić o pomoc. Zresztą rodzice i teściowie wyprowadzili się na wieś, ponad sto kilometrów od nas, i realizowali własne plany, przyzwyczajeni, że sama daję sobie radę pod nieobecność męża. Wniosek brzmiał: "Wsparcie - nie nadejdzie".

Od czego był urlop? Nie sądziłam jednak, że go dostanę, choć bym chciała. Przybyła notatka po stronie minusów: "Urlop - wątpliwy". Chyba że szefowie zrezygnują z powiatu pułtuskiego, który obsługiwałam z ramienia redakcji, i zlikwidują moje stanowisko, o czym wspominali, lecz tego sobie nie życzyłam. Lubiłam swoją pracę i teren, poza tym raty kredytu wziętego na kupno domu nie malały, więc przydawały się dwie pensje.

Teatr wymagał wykazania się organizacją czasu oraz asertywnością i stanowił lekcję. Pod hasłem "tak" napisałam: "Nauczę się czegoś nowego". Dodałam: "Poćwiczę pamięć".

Rola oznaczała zmierzenie się ze słabościami, ograniczeniami, wadami, a także niepokojem i stresem. "Popracuję nad sobą i pokonam własne słabości" - zanotowałam po stronie plusów życzeniowy argument przypominający postanowienia noworoczne.

Na pewno próby przełamałyby rutynę dnia codziennego. Podobno ludzie, którzy robią coś nowego, oryginalnego, wolniej się starzeją. Dopisałam więc po lewej stronie punkt z przymrużeniem oka: "Opóźnię proces starzenia".

A jeśli nie podołam wyzwaniu? Chęci i marzenie, w dodatku sprzed ponad dwudziestu lat, to za mało. Jak się zachowam, gdy dopadnie mnie trema? Jak zareaguję na mało liczną publiczność lub salę wypełnioną po brzegi? Jak spojrzę widzom i jurorom w oczy, gdy nie wypadnę dobrze w roli Rity? Jak przyjmę negatywną reakcję publiczności lub krytyczną opinię jury? Czy jestem gotowa na porażkę? Jak ona się odbije na moim partnerze scenicznym i zarazem reżyserze? A na mnie samej i mojej rodzinie? Jak na zawodowych relacjach? Byłam uważana za poważną, rzetelną i godną zaufania dziennikarkę. Kompromitując siebie, skompromituję moich bliskich i firmę. Z przykrością zanotowałam kontrargument: "Wizerunek - zagrożony, dobre imię i zaufanie społeczne - mogę stracić".

Kilkanaście minusów i tylko pięć plusów. Bilans nie wypadł korzystnie dla amatorskiego teatru. Powinnam przeprosić reżysera za daną mu nadzieję i życzyć znalezienia odpowiedniej aktorki. Argumenty "za", szczególnie pierwszy, zdawały się jednak równoważyć te zapisane po przeciwnej stronie.

Intuicja podpowiadała, by wbrew przeciwnościom zagrać. Rozsądek się sprzeciwiał. "Spełnisz marzenie. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana", mówiła intuicja. "Twoje marzenie jest przedawnione", polemizował rozsądek. "Czy marzenia mają datę ważności?", zapytała intuicja i podsunęła odpowiedni cytat.

- Contra spem spero - powiedziałam głośno tytuł wiersza Marii Konopnickiej. - Mieć nadzieję wbrew nadziei.

Panie Boże, dlaczego to takie skomplikowane? Może to ja komplikowałam sobie życie? Choć trzymałam fason, z trudem godziłam dotychczasowe role. Pod koniec sierpnia zawiesiłam działalność w dwóch stowarzyszeniach i nie planowałam podjąć się nowego zadania. Nie minął miesiąc, gdy zgłosiłam się do teatru. Ale wczorajszy wieczór to nie przypadek czy zbieg okoliczności, lecz dar od Boga, losu, wszechświata. Słyszałam, że przypadek to drugie imię Ducha Świętego. Przecież chciałam zagrać bohaterkę kultowej sztuki, a teraz otrzymałam taką szansę. Jeśli ją odrzucę, następnej nie dostanę.

Tylko jak przyjąć rolę, jeśli potencjalna Rita weszła w wiek pobalzakowski, jest żoną pracującego poza granicami kraju inżyniera eksportowca, mamą nastolatka i prawie nastolatka oraz pełnoetatową dziennikarką, zapracowaną, zmęczoną i zestresowaną jak królewna z baśni, ma za dużo obowiązków, a za mało potrzebnych cech oraz umiejętności i żyje w ciągłym niedoczasie?