2. To był niewinny dotyk, Delaney
Delaney
Z sercem w gardle podchodzę do drzwi wejściowych i wyglądam przez wizjer. Na widok stojącego po drugiej stronie Adena Granta moja dłoń bezwiednie zwija się w pięść. Przez chwilę pragnę udawać, że w domu nikogo nie ma, ale mężczyzna w tej samej chwili spogląda przed siebie, jak gdyby doskonale zdawał sobie sprawę, że na niego patrzę. Na kilka sekund zapominam, jak się oddycha. Powietrze grzęźnie mi w gardle w reakcji na delikatny uśmiech formujący się na ustach korepetytora.
Może faktycznie przesadzam? Może on wcale nie miał nic niewłaściwego na myśli? Przecież mama nie pozwoliłaby, aby stała mi się krzywda... Prawda?
Z wahaniem przekręcam klucz i powoli otwieram drzwi. W twarz uderza mnie zapach mężczyzny - ten sam co zawsze. Mdląca woń wanilii dziś zdaje się znacznie bardziej wyraźna. Mój żołądek natychmiast reaguje na nią nieprzyjemnym szarpnięciem.
- Dzień dobry, Delaney. - Nie czeka, aż się przesunę, jakby zauważył, że nie potrafię tego zrobić, sparaliżowana strachem o to, co mnie dziś czeka.
Jesteśmy sami.
- Dzień dobry, panie Grant - mówię cicho i wreszcie odwracam się na pięcie, po czym pospiesznie ruszam do stołu w salonie. Siadając, naciągam na dłonie długie rękawy miękkiego sweterka i skupiam spojrzenie na podręczniku do matematyki.
- Zanim dziś zaczniemy... - Mężczyzna zajmuje miejsce na krześle obok i odkłada na blat swoją teczkę, ale wiem, że jego oczy skupione są na mojej twarzy. Czuję jego spojrzenie tak bardzo, jakby mnie nim dotykał. - Rozmawiałem z twoją mamą na temat nieporozumienia, które wynikło z naszego ostatniego spotkania.
Podrywam głowę i wbijam w niego przestraszone spojrzenie. Nawet nie drgam, kiedy jego dłoń obejmuje moje palce. Wstrzymuję powietrze, gdy wsuwa kciuk w moją pięść, napierając stanowczo na rękę. Rozluźniam uścisk, niezdolna do innego ruchu. Powinnam uciec, zerwać się z krzesła, ale nie potrafię. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie mam pojęcia i przeraża mnie, że...
- Delaney - szepcze miękko i uśmiecha się łagodnie. - Nie musisz się mnie obawiać - zapewnia spokojnie. - Nie zrobię ci krzywdy - dodaje, nie odrywając jasnych oczu od mojej twarzy. - Nigdy bym cię nie skrzywdził.
Moje serce obija się gwałtownie o żebra, szukając drogi ucieczki. W uszach zaczyna mi piszczeć, a puls coraz mocniej tętni pod skórą. Gdyby mój sweterek nie miał wysokiego golfa, pan Grant bez trudu mógłby dostrzec, jak bardzo daleka jestem w tym momencie od bycia spokojną.
Wzdrygam się, gdy mężczyzna trąca stopą moją nogę, podczas gdy jego dłoń przesuwa się na mój nadgarstek. Obejmuje go powoli, delikatnie, jak gdyby nie chciał mnie przestraszyć, ale na to już za późno. Ja już jestem przerażona. I nie potrafię się ruszyć. Mój umysł krzyczy, serce błaga o litość, ale ciało w ogóle nie reaguje na rozkazy. Zupełnie tak, jakby jasne, stalowe spojrzenie tego człowieka sprawiło, że zamieniłam się w bryłę lodu.
- Jesteś zestresowana - oznajmia spokojnie. - Dlaczego?
Przełykam głośno ślinę i otwieram usta, ale nie potrafię się odezwać. W oczach stają mi łzy. Wściekam się na siebie, że nie umiem przejść w tryb walki. Nie jestem Bailey. Nigdy nie byłam. Potulna owieczka to moje drugie imię. I właśnie teraz, właśnie w tym momencie, dociera do mnie, jak bardzo okazuje się to dla mnie niebezpieczne.
- Wiesz, że jesteś przy mnie bezpieczna?
- Nie - wyrywa się ze mnie bezwiednie.
Sekundę później mocno zaciskam szczękę i wreszcie się poruszam. Zrywam się z krzesła, robię dwa kroki w tył i nawet nie wiem, kiedy zahaczam piętą o niewielki stopień pomiędzy holem a salonem. Z głębi mojej piersi wyrywa się okrzyk. Tracę równowagę i następne, co rejestruje mój mózg, to ból przeszywający moje plecy, pośladki i tył głowy.
Pan Grant coś krzyczy, ale przez pisk w uszach nie potrafię rozpoznać żadnego ze słów. Próbuję się podnieść na łokciach, spomiędzy moich warg wyrywa się jęk. Muszę przymknąć powieki, bo nagle światło słoneczne wpadające przez okno zdaje się wypalać mi dziurę w oczach.
Męska dłoń chwyta mnie za ramię, a serce podchodzi mi pod przełyk, gdy z opóźnieniem rejestruję, że mężczyzna gdzieś mnie prowadzi. Piszczelem zderzam się z czymś twardym.
- Nie...
- Spokojnie - ucisza mnie i chwyta w pasie, żeby sprawnie unieść.
Kręci mi się w głowie i chyba tylko dlatego uczepiam się jego karku, gdy wnosi mnie po schodach na piętro. Protestuję, staram się wyrwać, ale zbyt mocno mnie przy sobie trzyma. Z każdym jego krokiem moje protesty cichną, a łzy dotychczas wzbierające w oczach zaczynają swobodnie spływać po policzkach.
- Co cię boli, Delaney?
Nawet nie wiem, jakim cudem tak bezbłędnie trafia do właściwego pokoju. Orientuję się, że układa mnie na moim łóżku, dopiero gdy słyszę charakterystyczne skrzypnięcie drewnianego stelaża.
- Delaney - powtarza twardo. - Co cię boli?
- Nic - kłamię.
Mężczyzna wzdycha głośno, niemal z irytacji, na co zmuszam się do otworzenia oczu, żeby na niego spojrzeć. Kiedy tylko mój wzrok skupia się na jego twarzy, wstrzymuję powietrze w płucach. Pan Grant się nade mną pochyla, opierając dłoń obok mojej głowy. Patrzy na mnie ze skupieniem, marszcząc delikatnie brwi. Prześlizguje powoli spojrzeniem od moich oczu, przez nos, aż na usta.
- Nie chcę cię skrzywdzić - oznajmia poważnie. - Gdybym chciał, teraz, podczas gdy jesteś tak bardzo bezbronna, miałbym ku temu idealną okazję.
Gdy wolną rękę kieruje w stronę mojej twarzy, wzdrygam się i przekręcam głowę. Ułamek sekundy później syczę cicho w reakcji na ból przeszywający potylicę.
- Zadzwonię do twojej matki.
Przymykam powieki i oddycham cicho z ulgą, bo tuż po tych kilku słowach pan Grant odrywa rękę od mojej poduszki. Nagle nie czuję jego obecności, chociaż wiem, że nie wyszedł z sypialni. Po prostu się odsunął.
Obserwuję go kątem oka, gdy wyciąga komórkę i wybiera właściwy numer. Błagam w myślach, aby mama odebrała i kazała mu zostawić mnie w spokoju. Żeby mu powiedziała, że...
- Przepraszam, Erin, że ci przeszkadzam, ale zdarzył się mały wypadek. - Jego głos jest spokojny, a uważne spojrzenie przesuwa się po tablicy magnetycznej. - Delaney przewróciła się na schodku w salonie. Chyba uderzyła się w głowę. Nie, nie krwawi, ale... - Milknie i kiwa do siebie głową. - Sądzę, że z dzisiejszych korepetycji niczego nie wyniesie, naprawdę porządnie się uderzyła... Nie mogę jej tu zostawić samej, Erin. A co, jeśli ma wstrząśnienie? - Jego oczy spoglądają wprost na mnie; przyłapuje mnie na gapieniu się na niego. Nie wiem, o czym właśnie myśli, ale jego usta wykrzywiają się w niewielkim uśmiechu. - Mogę z nią zostać, jeśli nie masz możliwości szybciej wrócić do LA. To żaden problem, Erin. Wiesz, że dziś nie mam innych zobowiązań.
Panika zalewa moje ciało w takim tempie, że serce prawie wyskakuje mi spomiędzy żeber, a oddech staje się urywany. Ignoruję pulsujący ból w skroniach i zrywam się do siadu, ale kiedy otwieram usta, aby zaprotestować, a właściwie zapewnić, że nic mi nie jest... w pokoju nagle robi się okrutnie jasno. Do gardła podchodzi mi żółć, ciało staje się niepokojąco wiotkie. Chyba się chwieję - tak sądzę, bo nagle czuję, jakbym leciała w dół, co jest niemożliwe - przecież siedzę na łóżku. Wiem jedynie, że ułamek sekundy później tracę kontakt z rzeczywistością.
Z otępienia wyrywa mnie chłodny dotyk czegoś miękkiego na czole. Unoszę ramię i próbuję to z siebie zrzucić, ale wtedy dociera do mnie karcące cmoknięcie. Palce zamierają mi na męskiej ręce, która przytrzymuje wilgotny materiał tuż pod linią moich włosów. Z wahaniem rozchylam powieki i spoglądam wprost na... twarz pana Granta.
Mężczyzna nie ma już na sobie marynarki. Rozpiął dwa górne guziki koszuli i podwinął rękawy. Jego jasne oczy wwiercają się w moje z taką natarczywością, jak gdyby swoim spojrzeniem chciał mi coś przekazać, ale jestem zbyt skołowana, żeby cokolwiek z tego zrozumieć.
- Zemdlałaś - wyjaśnia.
- Mhm - potwierdzam mruknięciem, na nic więcej mnie w tym momencie nie stać.
W pokoju jest jeszcze jasno, ale promienie słońca są bardziej pomarańczowe niż wcześniej. Na dworze niedługo zacznie zmierzchać. A moich rodziców jak nie było, tak chyba dalej nie ma.
- Jak się czujesz?
- Lepiej - kłamię.
Tak naprawdę głowa pulsuje mi z bólu, kość ogonowa boli od upadku i odnoszę wrażenie, jakby kręgosłup zesztywniał mi na wysokości łopatek. Ruch ramieniem okazał się trudniejszy niż zwykle. Ale przecież nie mogę powiedzieć prawdy.
- Twoja matka powinna wrócić w ciągu godziny.
Przymykam powieki i nie potrafię powstrzymać ust od wykrzywienia się w delikatnym uśmiechu wywołanym ulgą.
- Delaney... - szepcze mężczyzna i obejmuje mnie za podbródek. Jego dotyk jest równie łagodny co stanowczy. - Popatrz na mnie.
Robię to z nadzieją, że za chwilę stąd zniknie i już nigdy nie wróci. Nie czuję się przy nim bezpiecznie. Właściwie... przy nim wszystkie moje zmysły szaleją - w ten negatywny sposób - a ciało nie potrafi adekwatnie zareagować.
- Co zrobiłem nie tak, że tak bardzo się mnie obawiasz?
Przełykam z trudem ślinę i rozdymam nozdrza, próbując czym prędzej wymyślić racjonalną odpowiedź, która go nie rozjuszy.
- Boisz się, bo cię dotknąłem? - Przechyla z zaciekawieniem głowę, kącik ust mu przy tym drga, a palce mocniej zaciskają się na moim podbródku, choć równocześnie nie wywołują żadnego bólu. - To był niewinny dotyk, Delaney - szepcze. - Przecież wiem, że jesteś niedoświadczona.
Otwieram szeroko oczy, bez wątpienia błyska w nich panika. Sekundę później moje ciało wreszcie reaguje na sygnały wysyłane z mózgu. Poruszam się na łóżku i z braku innej możliwości wciskam się w kąt, przywierając plecami do ściany. Podkulam nogi i owijam wokół nich ramiona, nawet na sekundę nie odrywając wzroku od oczu mężczyzny.
- Wiesz, jak trudno znaleźć w tych czasach kobietę, która się szanuje? - zagaja, jakby nie zauważył, że od niego uciekłam. Powoli odkłada czerwony ręcznik na szafkę nocną i posyła mi znaczące spojrzenie. - A do tego inteligentną?
Oddech mi przyspiesza, kiedy jego oczy zjeżdżają z mojej twarzy na falujący biust, choć niewiele może dostrzec znad moich kolan. Mężczyzna kręci powoli głową i wzdycha cicho, niemal z udręczeniem, po czym przesuwa dłonią po włosach.
- Erin bardzo chełpi się tym, że ma idealną córkę - kontynuuje i przeskakuje spojrzeniem do tablicy. - Pod wieloma względami ma rację, ale nie nazwałbym cię ideałem. Zbyt wiele czasu spędzasz w domu, za mało widziałaś, aby ktokolwiek mógł określić cię tym mianem, skoro nikt nawet nie miał szansy na to, żeby wodzić cię na pokuszenie.
Z rosnącym przerażeniem obserwuję, jak jego dłoń przesuwa się w kierunku mojej stopy po białej pościeli. Z sercem w gardle i łzami w oczach patrzę na długie palce, którymi obejmuje kostkę. Krzyk grzęźnie mi w gardle, gdy mężczyzna jednym pociągnięciem sprawia, że znowu leżę na plecach, a jego ręka zaciska się na moim biodrze.
- Proszę, nie... - szepczę błagalnie, kiedy się nade mną pochyla, wzrokiem koncentrując się na moich oczach. - Proszę...
- O co mnie prosisz, Delaney? - pyta z zaciekawieniem i odsuwa wilgotne kosmyki włosów z mojego czoła. - Żebym sobie poszedł?
- Ja nie... nie chcę... - mamroczę nieskładnie, nie potrafię nawet powiedzieć, czego nie chcę, bo tych rzeczy jest tak wiele, że wymienienie każdej z nich wydaje się niemożliwe.
- Przecież nie zrobię ci krzywdy - mruczy i kiedy napieram stopami na materac, żeby jak najszybciej zeskoczyć z łóżka, przyciska przedramię do mojego biustu i wbija we mnie twarde spojrzenie. - Chcę tylko porozmawiać - zapewnia, ale jego czyny mówią coś zupełnie innego.
Wędruje ręką od mojego kolana w górę i zaciska ją na udzie, kciukiem napierając na pachwinę. Tak blisko miejsca, którego sama nigdy nie odważyłam się w ten sposób dotknąć. Kopię nogą, próbuję się wydostać, ale wtem jego ręka ląduje na mojej szyi. Wbija palce po jej bokach, z głębi jego piersi wyrywa się odgłos przypominający ostrzegawcze warknięcie. Zamieram w bezruchu, oddychając niespokojnie i błagając w myślach, aby matka się pospieszyła.
- Jak bardzo jesteś niewinna, Delaney?
Im częściej wypowiada moje imię, tym bardziej zaczynam je nienawidzić.
Pan Grant cmoka z niezadowolenia, gdy uderzam go kolanem w bok, trafiając idealnie w miejsce, pod którym znajduje się wątroba. Mężczyzna puszcza moją szyję i przytrzymuje się za żebra, a ja wykorzystuję ten moment i wreszcie zeskakuję z łóżka. Potykam się, ale jakimś cudem udaje mi się utrzymać równowagę. Dopadam do drzwi i już mam chwycić za klamkę, ale wtem skórę na mojej głowie przeszywa piekący ból. W oczach stają mi łzy, gdy Grant przyciąga mnie do siebie za włosy. Zderzam się plecami z jego torsem. Jęczę cicho z bólu, gula w gardle nie pozwala mi nawet krzyknąć. A może to serce podeszło mi aż pod przełyk? Nie mam pojęcia. Nie wiem. Już nic nie wiem.
- Rodzice zamknęli cię w tak ciasnej klatce, że boisz się własnego cienia - syczy cicho do mojego ucha, owijając ramię wokół mojego pasa tak stanowczo, że nawet gdybym nie była obolała, nie mogłabym się uwolnić. - Nie jesteś idealna, Delaney. Gdybyś była, nie panikowałabyś przez niewinny dotyk. Nie próbowałabyś uciekać przed prawdziwym mężczyzną - dodaje, napierając kroczem na moje pośladki. Żółć podchodzi mi do gardła, gdy wyczuwam twardą wypukłość. - Erin wychowała nieudacznicę. Powodzenia na inżynierii chemicznej - prycha i wypuszcza mnie z objęcia tak gwałtownie, że upadam na kolana i ostatkiem sił podpieram się dłońmi; inaczej zaryłabym brodą o podłogę. - Do zobaczenia za tydzień - dodaje i kiedy mnie mija, muska palcami czubek mojej głowy.
Zaledwie kilka sekund później zaciskam mocno dłonie na toalecie i zwracam zawartość żołądka, chociaż im dłużej klęczę na chłodnych kafelkach, tym bardziej czuję się tak, jakbym wyrzygiwała wnętrzności.