Jeden
Jeden
Widzieliście kiedy marsz Klanu?
Nie są u nas, w Macon, takie wielkie, jak można zobaczyć w Atlancie, ale
w pięćdziesięciotysięcznym miasteczku mamy dość klanowców, żeby mogli
zorganizować ten swój głupi przemarsz, kiedy ich najdzie ochota.
Ten urządzają we wtorek czwartego lipca, czyli dziś.
Paradują Third Street w białych szatach i szpiczastych kapturach. Żaden
nie zakrywa twarzy. Podobno pierwsi klanowcy, zaraz po wojnie domowej,
zakładali na twarz poszewki albo worki po mące; niektórzy nawet malowali
się na czarno, żeby wyglądać jak kolorowi. Ale Klan, który mamy tu i teraz, w dwudziestym drugim, nie próbuje się ukrywać.
Wszyscy - mężczyźni, kobiety, nawet małe dzieci - idą roześmiani, jakby
wybierali się na niedzielny piknik. Mają najróżniejsze fajerwerki: zimne
ognie, chińskie race, rakiety do nieba i te takie rzeczy, co grzmią jak
armaty. Orkiestra dęta konkuruje z tym hałasem, byłabym przysięgła, że
wszyscy klaszczą na jeden i na trzy. Wymachują flagami, dokazują, bawią
się... Idzie zapomnieć, jakie to potwory.
Ale ja poluję na potwory. I umiem je rozpoznać.
- Jeden martwy kuklux - brzęczy mi głos przy uchu. - Dwa martwe kukluxy.
Trzy martwe, cztery martwe, pięć martwych kukluxów.
Zerkam na przykucniętą obok mnie Sadie. Długi brązowy warkocz opada jej
na ramię. Jednym okiem patrzy przez celownik karabinu na przechodzący w dole tłum. Kończy swoją wyliczankę i udaje, że pociąga za spust.
Trzask, trzask, trzask, trzask, trzask!
- Weź przestań. - Sfatygowaną książką odpycham lufę karabinu. - Jeszcze
wypali i przez ciebie ogłuchnę. Poza tym ktoś nas może zobaczyć.
Przewraca tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami, wykrzywia wargi i spluwa na dach ohydnym tytoniowym glutem. Krzywię się z niesmakiem. Ma
dziewczyna naprawdę paskudne nawyki.
- No słowo dajem, Maryse Boudreaux... - Przewiesza karabin na skos przez
plecy, opiera ręce na udach niebieskich ogrodniczek, dużo za dużych na
jej chudą figurę, i mierzy mnie gniewnym wzrokiem niby-czarnej wsiurki.
Cała ona. - Wszystkim siem zamartwia. Ile ma lat, dwajścia pięć czy
osimdziesiąt pięć? Bo czasem zapominam. Tu nas nikt nie obaczy, aby
ptaki.
W centrum Macon stoją budynki wyższe od słupów telegraficznych. Jesteśmy
na dachu jednego ze starych magazynów bawełny przy Poplar Street. W dawnych czasach w całej tej okolicy składowano bawełnę z pobliskich
plantacji, żeby potem zwieźć ją parowcem w dół Ocmulgee. Miasto wyrosło
na tej białej wacie przesiąkniętej potem i krwią niewolników. Dzisiaj w Macon dalej magazynuje się bawełnę, ale tylko dla miejscowych fabryk i do transportu koleją. Kiedy patrzę na szurających nogami klanowców,
przypominają mi się taszczone nad rzekę wielkie białe bele, wciąż
jeszcze mokre od potu i krwi kolorowych.
- Nie byłabym taka pewna - wtrąca Kuchareczka. Siedzi oparta plecami o murek okalający dach. Jej ciemne wargi trzymające niedopałek
chesterfielda krzywią się w znajomym swobodnym uśmiechu. - W czasie
wojny stale wypatrywalimy snajperów. "Jedno oko w ziemię, drugie do
przodu, oba w górę", gadał nasz sierżant. Ktoś wołał: "Snajper!" i rozbiegalimy siem w trymiga. - Łyskające spod musztardowego wojskowego
kapelusza oczy nieruchomieją, Kuchareczka już się nie uśmiecha. Zaciąga
się papierosem, wydmuchuje białą smugę dymu. - Nienawidzem snajperów,
kurwa.
- To nie wojna - zauważa Sadie. Obie z Kuchareczką patrzymy na nią ze
zdziwieniem. - Znaczy, no, nie taka wojna - poprawia się. - Nikt tam na
dole nie spodziewa siem snajpera. Poza tym Winnie widzom w życiu tylko
raz: jak im pakuje kulkę między ślipia.
Stuka palcem w środek czoła i uśmiecha się krzywo. Prymka tytoniu
wypycha jej policzek.
Sadie nie jest może snajperką, ale nie kłamie. Potrafi odstrzelić
skrzydła musze. Nie służyła w armii Wuja Sama ani jednego dnia, nie
musiała; wszystkiego nauczyła się na polowaniach z dziadkiem, w Alabamie. A Winnie to jej winchester model 1895, z orzechową kolbą,
stalowoszarą grawerowaną komorą zamka i dwudziestoczterocalową lufą.
Nawet ja, która nie znam się na broni, muszę przyznać, że śliczny z niego zabójca.
- Przez to czekanie robiem siem nerwowa - stęka Sadie. Obciąga
czerwono-czarną koszulę w kratę, którą nosi pod ogrodniczkami. - A nie
mogem dla zabicia czasu czytać bajek, jak Maryse.
- To podania ludowe. - Pokazuję jej książkę. - Tak stoi na okładce.
- Bez różnicy. Dla mie historie o Bracie Lisie i Bracie Niedźwiedziu to
bajki i tyle.
- Lepsze od tych szmatławych brukowców, którymi się zaczytujesz -
ripostuję.
- Bynajmniej piszom prawdę, mówiem wam. To jak, upolujemy co, czy nie?
Ile można czekać?!
Ma rację. Siedzimy tu już trzy kwadranse, a upał w Macon w środku dnia
to nie przelewki. Moje włosy - starannie zaplecione i upięte - są mokre
od potu pod burą gazeciarską czapką, biała prążkowana koszula klei mi
się do pleców, szare wełniane pumpy nie są wiele lepsze. Wolę letnią
sukienkę, luźną na biodrach, w której da się oddychać. Nie mam pojęcia,
jak faceci mogą wytrzymać w takich ciasnych ciuchach.
Kuchareczka wstaje, otrzepuje się i ostatni raz ze smakiem zaciąga się
chesterfieldem, zanim rzuci go na ziemię i przydepnie wyblakłym
wojskowym buciorem. Zawsze imponuje mi, jaka jest wysoka - wyższa ode
mnie, a nawet od niektórych facetów. I taka szczupła: ciemne długie nogi
i długie ręce w płowej wojskowej koszuli i spodniach. Wyobrażam sobie,
że wojacy Kaisera musieli się dławić kiszoną kapustą na jej widok, kiedy
Czarne Grzechotniki szturmowały ich pozycje w Ardenach.
- W okopach oprócz nas żyły tylko wszy i szczury. Wszy były kompletnie
bezużyteczne. Za to szczura dało siem bynajmniej zjeść. Potrzebna była
tylko pułapka i odpowiednia psinęta.
Sadie dławi się, jakby połknęła swoją prymkę.
- Cordelio Lawrence - mówi - ze wszystkich paskudnych historii o tej
paskudnej wojnie, jakie nam opowiadałaś, ta jest zdecydowanie
najpaskudniejsza!
- Jedliście szczury, Cordie?
Kuchareczka parska śmiechem i odchodzi. Sadie patrzy na mnie i robi taki
gest, jakby rzygała.
Mocniej sznuruję zielone getry, wstaję i chowam książkę do tylnej
kieszeni. Doganiam Kuchareczkę przy przeciwnej krawędzi dachu. Zerka
ostrożnie na dół.
- Jak mówiłam - podejmuje - jeśli chce złapać szczura, potrzebuje
właściwej pułapki i psinęty. Potem już tylko czeka.
Patrzymy z Sadie tam, gdzie ona, w zaułek na tyłach budynku, z dala od
pochodu. Nikt tu raczej nie zajrzy przypadkiem. Na ziemi czeka nasza
przynęta: truchło psa. Zostało poćwiartowane, czarna sierść jest
osmolona, wnętrzności rozlały się czerwono-różowo po bruku. Smród niesie
się aż na dach.
- Musiałaś go tak porąbać? - Żołądek mi się burzy.
Kuchareczka wzrusza ramionami.
- Jak chce nałapać pszczół, musi im podsunąć dużo miodu.
"Jak kiedy Brat Lis próbuje schwytać Brata Królika", wyobrażam sobie
słowa mojego brata.
- Na razie łapiem gównie muchy - burczy Sadie. Wychyla się, spluwa
tytoniem w stronę truchła, chybia okrutnie.
- Może trochę szacunku, co? - Patrzę na nią z ukosa.
Krzywi się, intensywniej rusza szczękami.
- Pies już nie dycha. Oplucie mu nie zaszkodzi.
- Nie musimy zachowywać się jak prostaczki.
- Wścieka siem o psa? - Sadie prycha. - Jakby my nigdy nie zabiły nic
gorszego.
Otwieram usta, ale dochodzę do wniosku, że nie ma sensu silić się na
odpowiedź.
- Macon nie zatęskni za jednym bezpańskim kundlem - mówi Kuchareczka. -
Jeśli ma ciem to pocieszyć, staruszek nie cierpiał.
I poklepuje zatknięty za pasek niemiecki bagnet, swoją ulubioną pamiątkę
z wojny.
To nie pomaga. Wszystkie gapimy się na psa. Zza naszych pleców dobiega
harmider pochodu.
- Tak se myślem... - Sadie przerywa milczenie. - Dlaczego kukluxy lubiejom
psy?
- Opalone, ale krwiste - dodaje Kuchareczka. - Tego żem przypiekła na
rożnie.
- No wiem. Ale dlaczego pies? A nie... bo ja wiem... kurczak? Abo wieprzek?
- Może tam, skąd pochodzom, nie majom kurczaków ani wieprzków? Tylko
psy?
- Abo cuś, co tylko smakuje jak pies.
Mój żołądek wolałby nie słuchać tej akurat dyskusji, ale kiedy Sadie się
nakręci, najlepiej dać się jej wygadać.
- Może trza go było doprawić - żartuje Kuchareczka. - Dosypać pieprzu
albo coś.
- Białe nie lubiejom przypraw. - Sadie zbywa ją machnięciem ręki. - Ich
żarcie nie ma smaku, jak woda.
Kuchareczka mruży oczy (ma takie wydatne kości policzkowe) na dźwięk
wystrzeliwanych rakiet i petard z butli gazowych.
- No nie wiem - mówi. - Jakżem była we Francji, to Francuziki potrafiły
nieźle doprawiać jedzenie.
- Ona znów o szczurach? - pyta podejrzliwie Sadie.
- Nie w okopach, później, w Paryżu, po zawieszeniu broni. Francuskie
dziewczyny uwielbiały gotować dla kolorowych żołnierzyków. Zresztą nie
tylko gotować. - Kuchareczka robi perskie oko i uśmiecha się szelmowsko.
- Pojedlimy tatara z wołowiny, cassoulet, confit de canard,
ratatouille... Siem tak nie krzywi, Sadie, ratatouille nie jest ze
szczurów1.
Sadie nie wygląda na przekonaną.
- Nie wiem, jakich białasów majom we Francji, ale te tutaj zupełnie nie
umiejom doprawić żarcia. Czarnuchy muszom to robić za nich. - Oczy jej
się rozszerzają. - Ciekawe, jak Czarnuchy pachnom kukluxom. Myślicie, że
przypalonym psem? Dlatego tak nas goniom? Ciekawe, czy tam u siebie
majom w ogóle Czarnuchów. I czy...
- Sadie! - Tracę resztki cierpliwości. - Na miłość boską, ile razy
prosiłam, żebyś nie używała tego słowa? Przynajmniej w mojej obecności?
Niby-czarna wsiurka przewraca oczami tak teatralnie, że chyba tylko
cudem nie zaśnie.
- Już siem tak nie rzuca, Maryse, ja zawsze mówiem "Czarnuch" przez duże
"C".
Piorunuję ją wzrokiem.
- A jaka to różnica?
Bezczelna robi taką minę, jakbym była niedorozwinięta.
- No jak to? Przez duże "C" to jest z szacunkiem, nie?
- A po czym mamy poznać, czy mówisz przez duże, czy przez zwyczajne? -
wtrąca się Kuchareczka, widząc, że nie daję sobie rady.
Teraz Sadie patrzy już na nas obie w taki sposób, jakbyśmy nie umiały
dodać dwa do dwóch.
- Dlaczego miałabym mówić przez małe "c"? To obraźliwe!
Kuchareczka na moment zapomina języka w gębie. Można by ściągnąć
wszystkich naukowców z całego świata, żeby zbadali, jak działa mózg
Sadie - i nic by z tego nie wyszło. Ale widzę, że Kuchareczka się nie
poddaje.
- A czy białe mogom mówić "Czarnuch" przez duże "C"? - pyta.
- W życiu! - Sadie kręci stanowczo głową. Minę ma taką, jakby to
wszystko było wyłożone w Piśmie Świętym, gdzieś pomiędzy księgami
Kapłańską i Powtórzonego Prawa. - Białe zawsze mówiom przez małe. A jakby tak który próbował powiedzieć przez duże, to trza mu zęby wbić do
gardła. Wy dwie som niemożliwe. Jakim trza być Czarnuchem, żeby wogle
zadawać takie pytania?
Odymam usta, aż robią się takie pięknie, idealnie okrągłe, i już, już
zamierzam jej wyjaśnić, jakim trzeba być Czarnuchem, kiedy Kuchareczka
unosi zaciśniętą pięść. Wszystkie trzy przypadamy do ziemi i wyglądamy
ponad murkiem w dół. Do zaułka wchodzą trzy kukluxy.
Mają białe szaty i kaptury. Pierwszy jest wysoki, chudy i ma taką
wydatną grdykę, że stąd ją widać. Strzela oczami na wszystkie strony i niucha w powietrzu nochalem wielkim jak dziób. Dostrzega psie truchło i przemyka do niego, cały czas węsząc. Pozostałe dwa - jeden niski i tęgi,
drugi muskularny i szeroki w barach - zaraz do niego dołączają.
Od razu widzę, że coś jest z nimi nie tak. Nie chodzi o te głupawe
przebrania ani o to, że obwąchują poćwiartowanego, opalonego psa jak
normalny człowiek obwąchuje jedzenie na talerzu, poza tym dziwnie
chodzą, bardzo sztywno i takim szarpanym krokiem, mają też przyśpieszony
oddech, ale to wszystko zauważyłby każdy, kto ma oczy. Za to tylko
nieliczni - tacy jak ja, Sadie i Kuchareczka - potrafią dostrzec, jak
poruszają się ich twarze, naprawdę się poruszają, bezustannie krzywią
się, wykręcają, telepią, jak odbicia w tych śmiesznych lustrach, co to
je wystawiają w wesołych miasteczkach.
Pierwszy przypada do ziemi na czworaka. Kładzie dłonie na płask na
bruku, ugina nogi, stąpa na palcach stóp i przeciąga jęzorem po psim
trupie. Krew spływa mu na usta i brodę. Na dźwięk jego gardłowego
warknięcia włoski na karku stają mi dęba. A on tymczasem otwiera szeroko
usta, wgryza się w truchło, szarpie, wyrywa i połyka kawały psiego
mięsa. Pozostałe dwa - też na czworakach - doskakują do niego i cała
trójka żeruje.
A mój żołądek fika koziołki.
Zerkam na przykucniętą obok mnie Sadie. Już przyjęła pozycję do strzału:
Winnie wycelowana, oko pewne, oddech miarowy. Skończyło się gadanie,
skończyło się żucie. Kiedy ma strzelać, potrafi być spokojna jak
wiosenny deszczyk.
- Utrafisz stąd? - pyta szeptem Kuchareczka. - Podeszły bardzo blisko!
Sadie, nieruchoma jak posąg, nie odpowiada, tylko - w tej samej chwili,
w której na pochodzie strzelają fajerwerki - pociąga za spust. Kula
przelatuje tuż powyżej zgiętego łokcia kukluxa, trafia w ciało psa... i w to, co Kuchareczka w nim ukryła.
Przezwisko "Kuchareczka" pochodzi z czasów wojny, chociaż Cordy nie
zasłynęła z gotowania, w każdym razie nie z gotowania posiłków.
Francuscy żołnierze nauczyli ją robić ładunki do wysadzania w powietrze
Niemców i zawalania okopów - i dokładnie czymś takim nafaszerowała teraz
to truchło. Kiedy wystrzelony przez Sadie pocisk przebija psie mięso,
cały trup eksploduje!
Huk jest większy niż przy wybuchu butli gazowej. Zakrywam uszy i rozpłaszczam się na dachu. Kiedy wreszcie odważam się spojrzeć w dół,
widzę, że z psa została tylko czerwona plama. Kukluxy leżą nieruchomo.
Chudemu oderwało połowę twarzy. Ten mały nie ma ręki, a temu trzeciemu,
barczystemu, zmiażdżyło pierś.
- Na Boga, Cordy... - szepczę. - Coś ty za bombę tam wsadziła?
Stoi przede mną, szczerzy zęby w uśmiechu i podziwia swoje dzieło.
- Odpowiednią - mówi.
Nie sam proch powalił kukluxy. Pies był nafaszerowany srebrnymi
śrucinami i grudkami żelaza, to najlepsza mieszanka, żeby załatwić
upiora.
Z kieszeni spodni wyciągam zegarek w otwartej kopercie z boczną koronką.
Sprawdzam godzinę.
- Idźcie z Sadie po wóz. Ja przygotuję je do transportu. - Ruchem głowy
wskazuję kukluxy. - Tylko szybko, mamy mało czasu.
- Dlaczego ja mam iść po auto? - jęczy Sadie.
- Nie chcemy, żeby wsiurka z wielką giwerą kręciła siem po ulicach -
odparowuje Kuchareczka i zrzuca jeden koniec liny z krawędzi dachu.
Nie zamierzam wysłuchiwać skarg Sadie, zawsze ma ich aż nadto. Łapię
linę i schodzę. Starałyśmy się jak najlepiej kryć z tym, co planujemy,
ale jeśli ktoś tu teraz zajrzy i znajdzie trzy nieżywe kukluxy i trzy
kolorowe kobiety... No, będą kłopoty.
Jestem w połowie drogi do ziemi, kiedy Sadie woła:
- One siem ruszajom!
- Nie truj - słyszę z góry głos Kuchareczki - tylko wskakuj na linę i jedziemy z tym...
- Ale ja nie żartujem - upiera się Sadie. - Kukluxy siem ruszajom.
Co ona wygaduje? Mocniej oplatam linę nogami, wykręcam się w bok, patrzę
w dół... Serce na chwilę przestaje mi bić. Kukluxy faktycznie się
poruszają! Mięśniak siada i obmacuje zapadniętą klatę. Tęgi też się
wierci, patrzy na kikut oderwanej ręki. A chudy pierwszy zrywa się na
nogi. Nie ma połowy twarzy, widać przezierającą pod spodem kość.
Rozgląda się zdrowym okiem, w końcu dostrzega mnie, a wtedy rozdziawia
usta i wydaje z siebie wrzask, który nie ma w sobie nic ludzkiego. Już
wiem, że jest źle.
Po zaułku niesie się obrzydliwe trzeszczenie kości i chrzęst napinanych
mięśni. Chudy rośnie w oczach, skóra pruje się na nim i pęka z taką samą
łatwością jak opinająca go biała szata. Tego, co pojawia się na jego
miejscu, nie da się już nazwać człowiekiem. Ma co najmniej dziewięć stóp
wzrostu, nogi zgięte ku tyłowi w sposób typowy dla zwierzęcia, tułów
wydłużony i dwa razy szerszy niż u przeciętnego mężczyzny. Wyrastające
mu z barków grubokościste, umięśnione ręce sięgają do samej ziemi. Ale
najdziwniejsza i tak jest głowa - wydłużona, obła, zakończona kościanym
szpicem.
To kuklux. Prawdziwy kuklux. Każdy skrawek jego ciała jest biały jak
kość, włącznie ze szponami, które wyglądają jak zakrzywione sztylety
wyrzeźbione z kłów słonia. Tylko oczy są inne. Powinno ich być
sześcioro: czerwone paciorki w czarnych obwódkach normalnie są
rozmieszczone po trzy na bokach tego wydłużonego łba, ale ponieważ to
właśnie jemu bomba Kuchareczki oderwała pół twarzy, zostały tylko trzy -
i wszystkie trzy wpatrują się w tej chwili we mnie. To, co na wydłużonym
pysku uchodzi za usta, rozchyla się i odsłania gniazdo zębów jak lodowe
szpikulce.
Tuż przed tym, jak kuklux rzuca się na mnie.
Wolałabym zapomnieć scenę, w której kuklux próbuje dopaść mnie wiszącą
na linie przy ścianie magazynu.
Słyszę łoskot wystrzału: kula trafia go w bark. Druga przebija mu pierś.
Zerkam do góry i widzę Sadie: wygląda jak Stagecoach Mary na zdjęciu,
które kiedyś widziałam. Łuski furkoczą w powietrzu, kiedy przeładowuje.
Trafia kukluxa jeszcze dwukrotnie, zanim musi ponownie napełnić
magazynek, ale i tak go nie zabija: potwór zatacza się w tył -
zakrwawiony, cierpiący i wściekły jak wszyscy diabli.
Dzięki Sadie zyskałam kilka bezcennych sekund. Kuchareczka woła mnie z góry i wyciąga rękę, ale ja wiem, że nie zdążę się wspiąć, zanim kuklux
mnie dopadnie. Szukam rozpaczliwie ratunku i mój wzrok pada na okno.
Zsuwam się po linie, szorstkie włókna parzą mi dłonie. Błagam, niech
będzie otwarte!
Otwarte nie jest, ale niewiele brakuje, żebym zawołała: "Alleluja!",
kiedy odkrywam, że w jednej połówce brakuje szyby. Ręką łapię się górnej
krawędzi, jednym brązowym oxfordem staję na dolnej. Z góry słyszę
krzyki, kątem oka widzę, jak kuklux rozpędza się i skacze w moją stronę
z wyciągniętymi szponami i rozdziawioną paszczą.
Przepycham się przez otwór i prawie wpadam do wnętrza tuż przed tym, jak
kuklux zderza się ze ścianą. Wydłużony pysk wybija ocalałą szybę, zęby
kłapią w powietrzu. Znów odzywa się sztucer Sadie. Potwór ryczy z bólu,
zwraca wzrok ku górze, wbija pazury w ceglany mur i zaczyna się wspinać.
Patrzę na to wszystko, leżąc na beli bawełny. Miałam szczęście. Gdybym
wylądowała na drewnianej posadzce, nieźle bym się poharatała, ale upadek
i tak cholernie boli. Chwilę trwa, zanim sturlam się w bok i stanę na
nogi. Jestem cała poobijana. Gdyby nie słońce, które świeci przez okna,
w środku byłoby ciemno. Jest też gorąco i duszno, potrząsam głową, żeby
trochę oprzytomnieć. Nie słychać więcej strzałów, ale wiem, że na dachu
toczy się teraz walka. Muszę wejść na górę, pomóc Kuchareczce i Sadie,
muszę...
Aż podskakuję, gdy coś ciężkiego uderza w drzwi magazynu. Czyżby wśród
fajerwerków i ogólnego zgiełku ktoś w końcu usłyszał hałas i przyszedł
sprawdzić, co się dzieje? Drugie uderzenie jest tak potężne, że drzwi
niemal się wybrzuszają, a ja już wiem, że to nie człowiek. Jedyną
istotą, która ma dość siły, żeby zrobić coś takiego, jest...
Wyłamane przy zawiasach wrota upadają na ziemię, zanim zdążę dokończyć
tę myśl. Do środka wpada światło dnia, a wraz z nim potwory: pozostałe
dwa kukluxy. Moje szczęście się skończyło.
Łatwo je rozpoznać. Jednemu brakuje ręki, drugi - chyba największy,
jakiego w życiu widziałam - ma widoczne wgniecenie w białej piersi.
Węszą w powietrzu. Szukają. Mimo sześciorga oczu kukluxy mają słaby
wzrok, za to węch czulszy niż najlepszy pies myśliwski. Moje serce zdąża
uderzyć dwa razy, zanim złowią mój zapach i już pędzą w moją stronę na
czterech łapach. Stałam się zwierzyną.
Ale - jak już wcześniej wspomniałam - ja poluję na potwory.
I mam miecz, który śpiewa.
Pojawia się znikąd, przywołany mocą myśli i na wpół wyszeptanej modlitwy
materializuje się w mojej wyciągniętej dłoni. Ze srebrnej rękojeści
snuje się dym, który spływa jak czarny olej, ścieka i znika bez śladu.
Płaskie, liściokształtne ostrze, które po sobie zostawia, jest ciut
ponad dwa razy krótsze ode mnie. Misterny grawerunek zdobi ciemne
żelazo. Jak zwykle, kiedy przywołuję miecz, przed oczami tańczą mi
wizje: mężczyzna wydobywa srebro w kopalni w Peru - jest bosy, stopy ma
pozdzierane do krwi; kobieta w ładowni statku niewolniczego krzyczy i ocieka porodową krwią; chłopiec nurza się po pierś w ryżu rosnącym
gdzieś w Karolinach.
I jeszcze ta dziewczyna. Zawsze ta sama. Siedzi w jakimś ciemnym
miejscu, drży na całym ciele i przerażona wpatruje się we mnie szeroko
otwartymi oczami. Jej przytłaczający, przemożny strach jest jak czarne
jezioro, które grozi mi jakimś okrutnym namaszczeniem, makabrycznym
chrztem.
"Odejdź!", szepczę. Dziewczyna odchodzi.
Nie licząc jej, wizje za każdym razem wyglądają inaczej. Ludzie
nieżyjący od Bóg wie jak dawna. Miecz przyciąga ich duchy, a ja słyszę
wtedy ich śpiew: różne języki łączą się w harmonii, która oblewa mnie
całą i osadza się na mojej skórze. Śpiew każe tym, których dusze miecz
spętał - wodzom i królom, którzy sprzedawali tamtych ludzi w niewolę -
przywołać starych afrykańskich bogów, by ci powstali i tańczyli w rytm
tej pieśni.
To wszystko dzieje się w mgnieniu oka i już unoszę trzymany oburącz
miecz na spotkanie kukluxów. Jest naprawdę duży, ale - jak zawsze -
doskonale wyważony, jakby stworzony specjalnie dla mnie. Czarne żelazo
eksploduje światłem, jakby któryś z tych afrykańskich bogów otworzył
lśniące oko.
Pierwszy kuklux, oślepiony, staje jak wryty i wyciąga ocalałą rękę, żeby
zgasić olśniewającą gwiazdkę. Cofam się tanecznym krokiem w rytm śpiewów
dudniących mi w głowie, daję im się prowadzić, biorę zamach i tnę. Miecz
wrzyna się w ciało i kość jak w twarde mięso. Kuklux wrzeszczy z bólu:
właśnie stracił drugą rękę. Od razu wymierzam mu kolejny cios, w odsłoniętą szyję. Pada ciężko, krztusząc się tryskającą ciemną krwią.
Drugi potwór, większy, włazi na niego, żeby mnie dosięgnąć. Słychać
głośny trzask: chyba właśnie pękł kręgosłup tego rannego.
Jeden z głowy.
Ale ten wielki jest tuż-tuż, i właśnie się na mnie rzuca. Uskakuję w bok, żeby mnie nie zmiażdżył, a przy tym udaje mi się go solidnie
chlasnąć. Wyje z bólu, ale atakuje ponownie i kłapie pyskiem o włos od
mojej ręki. Robię unik i cofam się głębiej w bawełniany labirynt.
Skręcam raz, drugi, wciskam się między dwie bele i nieruchomieję.
Słyszę, jak kuklux rozdziera bawełnę pazurami. Szuka mnie. Mój miecz na
szczęście zgasł, ale długo nie będę mogła się tak chować. Muszę znów
stać się myśliwym. Zakończyć to.
"No dalej, Bracie Króliku", ponagla mnie mój brat. "Wymyśl jakąś
sztuczkę, żeby oszukać Brata Niedźwiedzia".
Wyjmuję z kieszeni zegarek, całuję go i ciskam po drewnianej podłodze w kąt. Kuklux okręca się w miejscu i rzuca w stronę dźwięku. Ja przez ten
czas wspinam się na stos bawełny i biegnę, przeskakując z beli na belę,
do miejsca, w którym pochylony obwąchuje zegarek - a potem rozdeptuje go
szponiastą stopą.
Teraz jestem naprawdę wkurzona.
Z głośnym wrzaskiem skaczę na niego z góry. Śpiewy w mojej głowie są
ogłuszające.
Ląduję na grzbiecie stwora, miecz wchodzi w jego ciało u nasady karku.
Zanim zdąży mnie zrzucić, łapię się twardych wyrostków na wydłużonym
łbie i z całej siły pcham ostrze do góry i w głąb. Kuklux wzdryga się i osuwa bezwładnie na pysk, jakby nagle wszystkie kości zmieniły mu się w galaretę. Upadam razem z nim, uważam tylko, żeby nie znaleźć się pod
spodem. Cały czas ściskam srebrną rękojeść miecza. Łapię oddech i sprawdzam, czy nic sobie nie złamałam. Wreszcie wstaję, przydeptuję
grzbiet martwej bestii i wyciągam miecz. Ciemna krew skwierczy na
czarnym żelazie jak woda na rozgrzanej patelni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki