1. "Wieści z Glen" i takie tam...
W ciepłe, przesiąknięte słońcem popołudnie
Zuzanna Baker siedziała w dużym salonie domu na Złotym Brzegu,
rozkoszując się słodkim nicnierobieniem. Dochodziła szesnasta i Zuzanna,
która zaczynała krzątać się po domu już o świcie, uznała, że ma prawo
chwilkę poleniuchować i... poplotkować. Siedziała więc sobie w tym
najbardziej reprezentacyjnym pokoju w całym domu, bardzo zadowolona z życia i z siebie samej. I miała po temu powody, bo w kuchni od rana
wszystko układało się po jej myśli. Nawet przebrzydły Pan Hyde
przeobraził się dziś w łagodnego jak baranek Doktora Jekylla i nie
irytował jej, jak to miał w zwyczaju. Co więcej, usiadła sobie akuratnie
tak, by przez okno podziwiać obiekt swojej największej dumy: wielki,
pięknie utrzymany trawnik, na który w zeszłym roku przesadziła swoje
piwonie i one, te piwonie, nie tylko się przyjęły, ale i wybuchnęły
prawdziwą kaskadą wielokolorowych, oszałamiająco pachnących kwiatów.
Nikt inny w Glen St. Mary nie miał takich piwonii! I tak bajecznie
ubarwionych: od najczystszej bieli przez różne odcienie pudrowo
gołębiego różu, na soczystym cyklamenie kończąc.
Zuzanna czuła się niezwykle elegancko w swojej nowiutkiej bluzce z czarnego jedwabiu; przypuszczała, że nawet pani Elliot takich w swojej
szafie nie miała. Na tejże wytwornej bluzce krzyżowały się szelki
śnieżnobiałego, sztywnego od krochmalu fartucha; o takich fartuchach w Glen mało kto słyszał, o noszeniu nie mówiąc. Tak wystrojona Zuzanna,
jak przystało na kobietę dobrze ubraną i całkowicie tego świadomą,
nieśpiesznie sięgnęła po leżący na stole najnowszy numer lokalnego
magazynu "Nasze Sprawy Codzienne", by zajrzeć do swojej ulubionej
rubryki "Wieści z Glen". Gazetę przyniosła panna Kornelia,
podekscytowana faktem, że zamieszczono tam wielki na pół strony artykuł
o Złotym Brzegu, poświęcając kilka zdań każdemu z członków rodziny
Blythe'ów.
Na pierwszej stronie "Naszych Spraw" Zuzanna zauważyła bijący po oczach
tytuł artykułu informującego o tym, że kogoś zamordowano w jakimś
mieście w Europie, zabawnie nazywającym się Sarajewo. Chyba księcia
jakiegoś, Ferdynanda czy kogoś o podobnym imieniu. Temat ten wydał się
Zuzannie mało istotny i bardzo odległy od spraw, którymi ona sama żyła.
Morderstwa nigdy jej nie interesowały; zdecydowanie bardziej zajmowały
ją sprawy żywych. Przerzucała strony gazety, aż znalazła "Wieści z Glen", po czym usiadłszy wygodniej na krześle, zabrała się do ich
czytania. Na głos, żeby mieć z tego jak największą przyjemność.
W tym czasie pani Blythe w towarzystwie panny Kornelii - dla
wtajemniczonych pani Elliot, żony marszałka Elliota - usiadły sobie
nieopodal otwartych na oścież drzwi prowadzących na werandę. Chłodne
popołudniowe powietrze, pachnące kwiatami, wibrowało od okrzyków i śmiechów docierających z ogrodowej altanki. Panna Oliver przekomarzała
się tam z Rillą i Walterem, a wszyscy wiedzieli, że tam, gdzie pojawia
się Rilla Blythe, musi być głośno i wesoło.
W salonie słychać było jeszcze jeden dźwięk, a było to pochrapywanie,
wydobywające się ze śpiącego na sofie zwierzaka. Nawet teraz w tym
zwiniętym w kłębek kocie czuło się stanowczy charakter, z którym
Zuzannie niejednokrotnie przyszło się zmierzyć i z którego to powodu nie
cierpiała go jak żadnego innego stworzenia na świecie.
Jeśli koty jako takie w ogóle bywają trudne i mają swoje niezgłębione
tajemnice, to Doktor Jekyll i Pan Hyde, zwany przez domowników Dokiem,
był trudny i tajemniczy bardziej niż wszystkie inne koty razem wzięte.
Zgodnie ze swoim imieniem1 miał dwojaką naturę, co Zuzanna
określała dosadnie: "czart w niego wstępował i tyle". Od początku, od
kiedy pojawił się na Złotym Brzegu, miał w sobie coś głęboko
niepokojącego. Wtedy, cztery lata temu, w domu był inny kot. Należał do
Rilli, która świata poza nim nie widziała i białego kociaka z czarnym
ogonkiem nazwała po prostu Jack Frost2, nawiązując zapewne do
jego nieskazitelnie białego futerka. Zuzanna do Frosta serca nie miała,
sama nie wiedząc dlaczego.
- Ten kot to ladaco, huncwot i powsinoga - skarżyła się Ani. - Zobaczy
pani, że on jeszcze napyta sobie biedy!
- Dlaczego Zuzanna tak mu źle życzy? - dopytywała się zaciekawiona Ania.
- Ja mu niczego nie życzę - poprawiała ją stanowczym tonem Zuzanna. - Ja
to po prostu czuję!
Pozostali domownicy nie mieli takich złowróżbnych przewidywań co do
Jacka Frosta; przeciwnie, wręcz za nim przepadali. Kotek był grzeczny,
przymilny, łasił się do wszystkich, pomrukując rozkosznie, a przede
wszystkim był nieprawdopodobnie czyściutki: mył się tak często, że żadna
plamka, choćby nie wiadomo jak mocno chciała, nie miała szans, by
zbrukać jego śnieżnobiałe futerko.
I nagle, pewnego dnia, stało się coś niewyobrażalnego: Jack Frost...
okocił się!
Zuzanna nie kryła satysfakcji. Nie miała racji, gdy mówiła, że ten cwany
łobuz wywinie im jakiś numer?! Że tylko zgrywa takie białe niewiniątko?
Że kryje się w nim prawdziwy diabeł wcielony w kota? Oczywiście, że
mówiła, tylko że nikt jej nie słuchał! No, to teraz już wiedzą!
Rilla postanowiła zostawić sobie jednego z potomków Frosta: ładnego
kociaka o szaroburym futerku w jasnokremowe prążki, ze sterczącymi jak
maszty wydatnymi uszami. Mówiła do niego "moje Złociątko" i to imię
rzeczywiście pasowało do uroczego, figlującego po meblach zwierzątka,
które w tamtym czasie głęboko skrywało swój podły i złośliwy - zdaniem
Zuzanny - charakter. Bo Zuzannie wystarczał sam fakt, że kocię było
potomkiem tego przebrzydłego gałgana Jacka Frosta. Niczego dobrego po
takiej latorośli spodziewać się nie należało, ale złego - i owszem!
Na Złotym Brzegu te czarne prognozy Zuzanny dobrodusznie wykpiwano.
Wszyscy tak przywykli do myśli, że Jack Frost to "chłopak", że w dalszym
ciągu mówili o kotce jak o kocie, co jej absolutnie nie przeszkadzało, a bardzo śmieszyło gości, gdy pokazywano im "Jacka i jego kociaki" albo
gdy słyszeli, jak Rilla wysyła swoje Złociątko "do mamusi", żeby mu
"wymył uszy". Drażniło to Zuzannę.
- Słyszał to kto, żeby tak głupiemu kotu w głowie mieszać? - sarkała
zgorszona.
Ona, zwolenniczka ładu i porządku, o Jacku Froście mówiła per "ono" lub
nazywała go "białym hultajem".
Zimą następnego roku Jack Frost posilił się na dworze czymś niezdrowym i niedługo potem umarł.
Imię Złociątko wkrótce przestało pasować do złocistorudego, pręgowanego
kocura słusznych rozmiarów i zaczęto mu szukać innego. Nieco przydługie
zawołanie Doktor Jekyll i Pan Hyde wymyślił mu Walter, który w tym
czasie odkrył twórczość Stevensona. Gdy kot był rozespany, milusi,
łakomy pieszczot i bardzo "domowy", nazywali go Doktorem Jekyllem. A on
wyciągał się jak długi na sofie, dywanie albo gołej podłodze i tak
głaskany, drapany i pieszczony uruchamiał malutki, ukryty w nim
silniczek i zaczynał mruczeć. A mruczał jak żaden inny kot na świecie!
Doktor Blythe przysłuchiwał się przez chwilę kojącemu zmysły mruczeniu
Doca.
- Sam bym tak pomruczał - stwierdził wreszcie z westchnieniem. - Czyż
można doskonalej wyrazić zadowolenie i satysfakcję?
Trzeba przyznać, że Doc był urodziwy. Poruszał się z niedbałym, leniwym
wdziękiem, a gdy stawał w miejscu, z jego dostojnie znieruchomiałej
sylwetki emanowała pewność i głębokie poczucie własnej wspaniałości.
Siadał też z wielką godnością, owijając dookoła siebie swój długi,
jedwabisty ogon, zapatrzony melancholijnie w jakiś odległy punkt, Ania i Gilbert mieli wrażenie, że dostąpili zaszczytu obserwowania nowego
wcielenia egipskiego Sfinksa. Tyle że bardziej nieodgadnionego.
Niestety, od czasu do czasu, zazwyczaj wtedy, gdy zanosiło się na burzę,
Doktor Jekyll przeistaczał się w upiornego Pana Hyde'a, a w jego
łagodnych, zaspanych oczach pojawiała się żądza mordu. Do tej
metamorfozy dochodziło zwykle bez żadnej zapowiedzi; nic nie wskazywało
na to, że w ciele Doca budził się demon. Parskając i plując gniewnie,
kot startował z sofy jak torpeda, drapiąc i gryząc po drodze wszystkie
ręce, wyciągnięte po to, by go zatrzymać i uspokoić. W oczach Doca
pojawiała się furia, a każdy futrzany włos na jego ciele stawał na
baczność. I choć bezpieczniej było wtedy zejść mu z drogi, ludzie
stawali jak wryci, zafascynowani tym czarcim urokiem szalejącego kota.
Choć gdy do tej metamorfozy dochodziło wieczorem, przyglądali się jej z lekka niepewnie, czując mrowienie na plecach. I tylko Rilla stawała w obronie pieklącego się Doca, tłumacząc wszystkim, że to kot wędrownik, a nie kot kanapowy i musi sobie w życiu radzić.
W rzeczy samej Doc "radził sobie" świetnie w zależności od tego, w jakiej wersji aktualnie występował. Jako Doktor Jekyll delektował się
świeżymi mleczkiem, ale gdy przeistaczał się w Pana Hyde'a, od spodka z mlekiem odwracał się z niesmakiem i pomrukiwał groźnie nad słuszną
porcją surowego mięsa. Doktor Jekyll po schodach pomykał jak ulotny
duszek, niemal nie dotykając stopni aksamitnymi łapkami, za to Pan Hyde
kroczył tak majestatycznie, że słychać było skrzypienie starych desek.
Tego jego trzeszczącego stąpania bała się bardzo Zuzanna, zwłaszcza gdy
była sama w domu; mówiła, że czuje, jak jej krew stygnie w żyłach ze
strachu. Co gorsze, upiorny Doc miał w zwyczaju siadać sztywno na środku
kuchni i wpatrywać się bez końca nieruchomymi bursztynowymi oczami w przemykającą pod ścianami struchlałą Zuzannę. I choć tłumaczyła sobie,
że to tylko kot i próbowała go ścierką z kuchni wygonić, kot nic sobie z tego wymachiwania i pokrzykiwania nie robił i dalej gapił się na nią jak
zaklęty. A gdy pewnego razu zdesperowana rzuciła w niego leżącym przy
kominku polanem, kocisko rzuciło się na nią jak pantera. Zuzanna
przerażona uciekła z kuchni i więcej już na Pana Hyde'a ręki nie
podniosła, ale gdy do jej królestwa wkraczał Doktor Jekyll, pozwalała
sobie pacnąć go lekko w nos.
Przyjaciółki i przyjaciele panny Faith i pana Geralda Meredithów oraz
pana Jamesa Blythe'a - czytała Zuzanna, z upodobaniem i wielką
dbałością artykułując wszystkie nazwiska - uradowali się niezmiernie z ich powrotu do domu na wakacje po pracowitym semestrze spędzonym na
uczelni w Redmond. Miło nam zawiadomić, że pan James Blythe, który w 1913 roku ukończył studia medyczne i uzyskał tytuł lekarza, odbył
właśnie swój pierwszy staż w szpitalu uniwersyteckim...
- Z tej naszej Faith wyrosła śliczna dziewczyna - wtrąciła panna
Kornelia, pochylona nad haftem, którym ozdabiała swoją nową robótkę. -
To naprawdę niezwykłe, jakie w rodzinie pastora zaszły zmiany, gdy
pojawiła się w niej Róża West. Pamiętacie, co ci mali Meredithowie
wyprawiali kiedyś?! Strach było popatrzeć w ich stronę, bo człowiek cuda
na kiju oglądał dzień w dzień! W życiu bym nie uwierzyła, że ta łagodna,
delikatna Róża tak je pięknie wychowa. Dzieciaki od razu ją
zaakceptowały, a Una świata poza nią nie widzi. No i jak pięknie zajmuje
się swoim braciszkiem; zresztą nic dziwnego, bo to naprawdę słodki
malec. A czy widziałaś kiedyś, Aniu, żeby siostrzeniec był tak podobny
do swojej ciotki, jak ten mały Bertie przypomina Helenę? Nie tylko
fizycznie, z włosów czy oczu, ale przede wszystkim charakterkiem. Taki
sam uparciuch! Ani trochę się nie wdał w Różę! Norman Douglas powiedział
mi kiedyś, śmiejąc się, że ten bocian, który go przyniósł, zabłądził i przez pomyłkę podrzucił maluszka na plebanii, zamiast u niego i Heleny.
- Bertie przepada za naszym Jimem - zauważyła Ania. - Zawsze, gdy Jim
zagląda na plebanię, nie odstępuje go na krok, chodzi, uczepiony jego
rękawa, jak mały piesek. Oczu z niego nie spuszcza.
- Myślisz, że Jim i Faith... no... że mają się ku sobie?
Ania uśmiechnęła się tajemniczo. Bawiła ją dociekliwość panny Kornelii,
która kiedyś była nieprzejednaną tępicielką mężczyzn, a dziś wkładała
wiele serca i starań w kojarzenie młodych ludzi w pary.
- Myślę, że są przyjaciółmi, panno Kornelio.
- Nawet jeśli - nie dawała za wygraną panna Kornelia - to wyjątkowo
bliskimi przyjaciółmi! Mam oczy i widzę, co tam się między nimi kroi.
- Że pani widzi i wie, to nie mamy wątpliwości - pozwoliła sobie na
uszczypliwość Zuzanna. - Toż Mary Vance na bieżąco o wszystkim panią
informuje. Ale to przecież jeszcze dzieci i nie wypada nawet tak ich już
swatać.
- Myślałaby kto! Dzieci! - prychnęła panna Kornelia. - Jim skończył
dwadzieścia jeden lat, a Faith niedługo będzie miała dziewiętnaście!
Dzieci rosną, droga Zuzanno; nie tylko ty i ja mamy już swoje lata.
Zuzanna umilkła urażona i wróciła do czytania gazety. Nie lubiła, gdy
ktoś wypominał jej wiek, obawiając się, że może być uznana za zbyt starą
do pracy.
Również Karol Meredith i Shirley Blythe zakończyli zajęcia w Akademii
Królewskiej i przyjechali do domu. Podobno Karol dostał propozycję
objęcia posady nauczyciela w szkole w Glen. To dobra wiadomość; nie
ulega wątpliwości, że będzie świetnym nauczycielem, a nasza młodzież go
od razu polubi.
- Będzie opowiadał dzieciakom o tym, jakie wspaniałe i cudowne są
muchy-plujki, karaluchy, mole i inne robactwo. - Panna Kornelia pokiwała
głową. - Słyszałam, że jego ojciec, znaczy pastor, i Róża chcieli, żeby
kontynuował studia w Redmond, ale on woli zacząć pracować. Chce się jak
najszybciej uniezależnić i sam zarobić na dalszą naukę. Zuch chłopak!
Walter Blythe - kontynuowała czytanie Zuzanna - przez ostatnie dwa
lata uczył dzieci w szkole w Lowbridge, a w tym roku zrezygnował, bo po
wakacjach zamierza rozpocząć studia w Redmond...
- Jesteście pewni, że to dobry pomysł? - Panna Kornelia popatrzyła z troską na Anię. - Wydobrzał już całkiem?
- Do jesieni na pewno mocno stanie na nogach - z uśmiechem zapewniła
Ania. - Słońce, świeże powietrze, odpoczynek i kuchnia Zuzanny na pewno
dobrze mu zrobią.
- Musi o siebie dbać - powiedziała poważnie panna Kornelia. - Z tyfusem
nie ma żartów, zwłaszcza gdy dopada kogoś tak delikatnego jak Walter.
Moim zdaniem, powinien z tymi studiami poczekać jeszcze z rok. No, ale
wszyscy wiemy, jaki on jest ambitny. A co z Nan i Di? One też
wyjeżdżają?
- Tak. Miały wprawdzie zamiar zostać w domu jeszcze przez rok i udzielać
korepetycji, ale Gilbert przekonał mnie, że powinny już po wakacjach
zacząć studia.
- Macie rację. - Panna Kornelia pokiwała głową. - Przy okazji będą miały
oko na Waltera i dopilnują, żeby się tam zanadto nie przepracowywał. Nie
wiem, czy mogę sobie pozwolić na taką uwagę - posłała wymowne spojrzenie
w kierunku Zuzanny - skoro co i rusz ktoś mnie tu poprawia i poucza, ale
zaryzykuję i powiem, że wszyscy widzą, jak Jerry Meredith wodzi
rozmarzonym wzrokiem za waszą Nan.
Zuzanna udała, że nie słyszy tych niesmacznych plotek, ale Ania
roześmiała się i machnęła ręką.
- Sama pani wie, jakie ja mam z tymi moimi dziewczynami i chłopakami
urwanie głowy! Ile problemów i rozterek, oczekiwań i rozczarowań! Gdybym
je wszystkie brała sobie do głowy, już dawno przewróciłabym się pod ich
naporem. Z trudem do mnie dociera, że już nie są dziećmi. Zwłaszcza gdy
patrzę na moich chłopców, tych najstarszych, jacy są wysocy, silni, nie
mogę uwierzyć, że to mój mały Jim i słodki Walter, których tuliłam w ramionach, nosiłam po domu, karmiłam łyżeczką i opowiadałam bajki przed
snem. Pamięta pani Jima, raczkującego po Wymarzonym Domku? A teraz ma
prawie dwa metry, patrzy na mnie z góry i uwodzi dziewczęta!
- Jak na razie nikt nie wynalazł jeszcze eliksiru młodości - stwierdziła
filozoficznie panna Kornelia. - Czas na każdym z nas odciska swoje
piętno.
- A mnie o starości przypomina tylko moje kolano, które mnie boli, gdy
pogoda się zmienia. Złamałam nogę jako dziewczynka, gdy Józia Pye
sprowokowała mnie do głupich popisów: wdrapałam się na dach domu i oczywiście z niego spadłam. A wracając do dzieci... Wiem, że zamierzają
nacieszyć się tymi ostatnimi beztroskimi wakacjami, zanim zaczną studia.
Zgrana z nich paczka! Wnoszą do tego domu tyle radości, śmiechu, tyle
młodej, zdrowej energii! Uwielbiam, gdy tu są!
- Rilla też pojedzie na studia, gdy Shirley skończy naukę?
- Jeszcze nie zdecydowaliśmy, ale chyba nie. Gilbert uważa, że nie
dojrzała jeszcze do tego, żeby zamieszkać poza domem. Fizycznie jest
dobrze rozwinięta, ale trochę brakuje jej poczucia odpowiedzialności i samodzielności. No i nie wyobrażam sobie zostać tu na zimę bez żadnego z nich. Z braku lepszych zajęć chyba bym się całymi dniami kłóciła z Zuzanną. - Spojrzała na nianię z miłością.
Zuzanna odwzajemniła jej czułe spojrzenie i pokręciła siwą głową z dezaprobatą. Jakże by ona mogła się kłócić ze swoją ukochaną "panią
doktorową"?!
- A Rilla? Ona w ogóle myśli o studiach? - zapytała panna Kornelia.
- Niespecjalnie - przyznała Ania. - Wygląda na to, że nasza najmłodsza
córka nie ma szczególnych aspiracji w tej materii. Trochę mnie to
martwi, bo ambicje warto w życiu mieć. A ona lubi się bawić. Nie ma w tym nic złego, oczywiście, pod warunkiem że to nie jest jedyny cel w życiu.
- A niby to dlaczego? - obruszyła się Zuzanna, która nie mogła znieść,
gdy w jej obecności ktoś miał jakieś pretensje do jej ukochanych dzieci.
- Jest młoda, a przywilejem młodości jest zabawa. Sama w tym wieku też
bym to wolała. Ma jeszcze czas, żeby ślęczeć nad książkami.
- Ja nie każę jej ślęczeć nad książkami, Zuzanno. Oczekuję tylko, żeby
zaczęła być odpowiedzialna za to, co robi, i za to, czego nie robi,
również. I żeby nie była taka skupiona na sobie, na swoim wyglądzie i tym, w co się ubrać. Poprzewracało jej się od tego w głowie.
- I nie bez powodu jest z siebie zadowolona. - Zuzanna wzruszyła
ramionami. - Jest śliczną dziewczyną; żadna inna w Glen St. Mary nie
dorównuje jej urodą! Niech się te wszystkie panny MacAllister, Crawford
i Elliot, z tej i z tamtej strony portu, schowają pod ziemię! Nie, pani
Aniu, niech się pani na mnie nie gniewa, ale ja się nie zgadzam, żeby
pani źle mówiła o Rilli. No, bo proszę tylko posłuchać, pani Elliot... -
Znów sięgnęła po gazetę i zadowolona, że ona też to i owo wie o sercowych problemach młodzieży, zaczęła czytać:
Miller Douglas zrezygnował z wyjazdu na Zachód. Postanowił zostać na
farmie swojej ciotki, pani Aleksandry Davis, i zająć się gospodarstwem...
- Chodzą słuchy - Zuzanna oderwała oczy od gazety i z satysfakcją
cedziła słowa - że Miller dał sobie spokój z tym wyjazdem nie dlatego,
że lubi grzebać w ziemi, tylko z powodu maślanych oczu, jakie robi do
niego Mary Vance.
Trafiony, zatopiony... Twarz panny Kornelii oblała się pąsem.
- Nie podoba mi się, że Miller Douglas kręci się koło Mary - przyznała
po chwili. - To byle jaka rodzina ci Douglasowie, z których on pochodzi.
Jego ojca uważali za czarną owcę, nigdy się do niego nie przyznawali, a matka jest jedną z tych Dillonów, którzy mieszkają z drugiej strony
portu; okropni ludzie, naprawdę!
- Jakby Mary Vance wywodziła się z jakiejś szlachty dworskiej! -
prychnęła półgłosem Zuzanna. Panna Kornelia miała jednak dobry słuch.
- Mary jest rozsądną, pracowitą dziewczyną, która ma dobrze poukładane w głowie i została dobrze przygotowana do życia. Wyjście za mąż na Millera
Douglasa oznaczałoby dla niej degrengoladę! Tak, a to gorsze niż
mezalians! Na szczęście Mary zna moją opinię o Millerze i na pewno nie
przyjdzie jej do głowy, żeby postąpić wbrew mojej woli.
- A ja znam opinię pani Aleksandry Davis o Mary i wiem, że ona nigdy nie
pozwoli, by jej siostrzeniec ożenił się z dziewczyną nie-wiadomo-skąd.
Tak że może pani spać spokojnie, pani marszałkowo! - oznajmiła Zuzanna z satysfakcją, że tym razem jej było na wierzchu, a to w dyskusjach z panią Elliot nie zdarzało się często. Poprawiła okulary na nosie i wróciła do lektury wiadomości.
Z zadowoleniem odnotowujemy, że po wakacjach pracę w naszej szkole
będzie kontynuowała pani Oliver. Życzymy jej dobrego wypoczynku w Lowbridge!
- Bardzo się cieszę, że Gertruda zostanie z nami! - Ania klasnęła w dłonie. - Naprawdę martwiłam się, że wyjedzie z Glen. Rilla ją bardzo
lubi i widzę, że Gertruda ma na nią dobry wpływ.
- Podobno wychodzi za mąż?
- Miała taki zamiar, ale chyba postanowili przełożyć datę ślubu.
- A kim jest szczęśliwy narzeczony?
- To Robert Grant z Charlottetown. Jest prawnikiem. Bardzo bym chciała,
żeby Gertruda była wreszcie szczęśliwa. Do tej pory niespecjalnie jej
się w życiu układało, przeżyła niejedno rozczarowanie i trochę była
zrażona do mężczyzn. Nie jest już młodą dziewczyną, a właściwie nie ma
żadnej rodziny. Nic dziwnego, że ta miłość, która spadła na nią jak grom
z jasnego nieba, trochę ją zaskoczyła i chyba zaniepokoiła. Ona sama
zdaje się nie wierzyć, że przytrafiło się jej coś tak niezwykłego. No i teraz, gdy okazało się, że muszą przełożyć ślub, przeraziła się, że to
koniec jej marzeń o szczęściu. Tymczasem powód jest dość banalny i zupełnie niezawiniony przez Roberta; chodzi o jakieś formalności
związane ze spadkiem po jego zmarłym niedawno ojcu. Pan Grant musi
wszystko wyjaśnić i chce to zrobić wcześniej, zanim się ożeni, żeby nie
mieszać do tego swojej narzeczonej, ale ona oczywiście uważa, że to
zapowiedź końca ich związku.
- Zawsze mówiłam, że kobieta nie powinna nigdy uzależniać się od jednego
tylko mężczyzny - wtrąciła Zuzanna tonem osoby doświadczonej, mającej za
sobą trzy małżeństwa i nieskończoną liczbę innych związków.
- Nie, Zuzanno, to nie jest tak, jak uważasz. - Ania zamyśliła się na
chwilę. - Jestem pewna, że Robert kocha Gertrudę i naprawdę chce się z nią ożenić, a to opóźnienie wynika z komplikacji, na które on nie ma
wpływu. A że Gertruda jest trochę przesądna i ma skłonność do
czarnowidztwa, to inna sprawa. Na przykład wierzy w sny! Próbowałam jej
tłumaczyć, że to bez sensu, choć muszę przyznać, że to, co jej się
czasami śni... Boże drogi, dobrze, że Gilbert tego nie słyszy! Co tam
jeszcze ciekawego znalazłaś, Zuzanno? - Zaniepokoiła się, bo Zuzanna
krzyknęła cicho, przejęta tym, co zobaczyła w rubryce towarzyskiej.
- Nie do wiary! Niech pani tylko posłucha, pani Aniu: Pani Zofia
Crawford wyjechała z Lowbridge, by zamieszkać w domu swojej
siostrzenicy, pani Albertowej Crawford. Przecież Zofia to moja krewna;
kiedyś jako małe dziewczynki pokłóciłyśmy się o to, która dostanie od
pastora święty obrazek z napisem "Bóg jest miłością", a miał tylko
jeden. Tak nam obu na nim zależało, że potem już ze sobą nie
rozmawiałyśmy. A teraz po latach ona zamierza przeprowadzić się do Glen
i zamieszkać w naszym sąsiedztwie!
- Jak znam życie, dawne antagonizmy nie wygasają tak łatwo, droga
Zuzanno. To niedobrze, bo sąsiedzi powinni się lubić, a nie wypominać
sobie jakieś dawne krzywdy.
- To nie ja, tylko Zofia zawsze wszczynała awantury i to ona powinna
pierwsza wyciągnąć rękę do zgody - oznajmiła z godnością Zuzanna. -
Jeśli mnie przeprosi, to jako dobra chrześcijanka przyjmę to jej
przyznanie się do winy. A musi pani wiedzieć, że Zofia ma najczęściej
zmarszczone brwi i uśmiech rzadko gości na jej twarzy. Całe życie taka
była: ponura i niezadowolona. Pewnie dlatego szybko się postarzała i pomarszczyła. Gdy zmarł jej pierwszy mąż, okropnie rozpaczała, ale tylko
przez parę miesięcy, bo po roku znowu była mężatką. No dobrze, co my tu
jeszcze mamy? Aha, piszą, że w zeszłym tygodniu nasz kościół był
wyjątkowo pięknie przystrojony kwiatami, a pastor wygłosił niezwykle
mądre kazanie...
- Ciekawe, co na to pan Pryor? - przerwała jej panna Kornelia. - On nie
cierpi kwiatów w kościele. Mówiłam wam, że jego przeprowadzka tutaj z Lowbridge ściągnie nam na głowę mnóstwo problemów. Wybranie go do Rady
Parafialnej to było bardzo nierozumne posunięcie i jeszcze się o tym
wszyscy przekonamy. Na własne uszy słyszałam jego pogróżki, że "jak
znowu zobaczy te chwasty na ambonie", to przestanie przychodzić na msze
do kościoła i że "zacznie się modlić w swoim ogródku".
- A ja pozwolę sobie zauważyć, że dobry Pan Bóg mieszkał w naszym
kościele, zanim pan Księżycowy Brodacz - jak go tu nazywają - nastał w Glen, to i bez jego obecności tam się obejdzie - wtrąciła Zuzanna.
- A skąd się wziął ten śmieszny przydomek? - zainteresowała się Ania.
- A to jeszcze w Lowbridge chłopaki go tak przezywali, pani Aniu. Pewnie
dlatego, że zawsze był pyzaty jak księżyc w pełni, a jak się zestarzał,
to sobie zapuścił te straszne bokobrody. Lepiej będzie, żeby nie
słyszał, jak na niego mówią za plecami. Bo to dziwoląg okropny, w dodatku z pomysłami nie z tej ziemi. Teraz należy do Rady Parafialnej, a ja pamiętam, jak dwadzieścia lat temu, w Lowbridge, pasł swoją krowę
gdzie? Na cmentarzu! No dobrze! Przeczytałam już wszystko, co zasługuje
na uwagę; na resztę szkoda czasu. Sprawy zagraniczne na przykład nigdy
mnie nie zajmowały. Jakiś arcyksiążę został zabity... Kto to taki?
- A cóż nam do tego? - uspokoiła ją panna Kornelia, nieświadoma, jak
szybko się przekona, iż bardzo się myli. - Na tych Bałkanach ciągle się
mordują; tak tam mają, tylko że to nie nasza sprawa, więc nie wiem, po
co w naszych gazetach w ogóle poświęca się miejsce takim nieważnym
wydarzeniom. Odnoszę wrażenie, że te nasze "Wieści" zrobiły się ostatnio
jakieś takie sensacyjne; walą po oczach tymi wielkimi tytułami o rzeczach, które w ogóle nas nie dotyczą. Ale, ale... Czas już na mnie.
Dziękuję, Aniu, ale nie zostanę na kolacji. Muszę wrócić do domu, bo
inaczej mój mąż uzna, że nie warto siadać do stołu. Mężczyźni tak mają,
niestety. Boże święty, Aniu droga, co się dzieje z tym kotem? Oszalał?!
Doc rzeczywiście zaczął się zachowywać nienormalnie: jak wystrzelony z katapulty spadł pod nogi panny Kornelii, wyszczerzył w jej stronę zęby,
po czym odbił się od podłogi i długim susem zniknął za otwartym oknem.
- Och, nie! Skoro Doc zmienił się w Pana Hyde'a, będzie lało jeszcze
dziś w nocy. Nie ma lepszego barometru niż on.
- Chwała Panu na wysokościach, że polazł wałęsać się po ogrodzie, a nie
po mojej kuchni! - Zuzanna złożyła ręce i z wdzięcznością popatrzyła na
sufit.
- Za to ja pójdę powałęsać się po naszej kuchni - zadeklarowała ochoczo
Ania. - Od kiedy w Złotym Brzegu mamy gościa za gościem, przygotowanie
kolacji to cała operacja!
2. Wczesnym świtem
Dom na Złotym Brzegu otaczał ze wszystkich
stron ogród, a zaraz za nim rozpościerały się leśne polany,
poprzerastane młodniakami i niewysokimi zagajnikami. W jednym z takich
cienistych gajów, w hamaku przywiązanym do dwóch młodych sosen, bujała
się Rilla Blythe. Na leżącym w pobliżu pniu przysiadła Gertruda Oliver,
a nieco dalej, w wysokiej trawie wyciągnął się jak długi Walter; na
poły śpiący i marzący, najpewniej o jakichś dawno minionych czasach, w które lubił się zapuszczać w wyobraźni.
W domu Rillę, najmłodszą z całego rodzeństwa, ciągle traktowano jak
małą dziewczynkę; nie dostrzegano, że dorosła i powoli stawała się młodą
dziewczyną. Niedługo miała skończyć piętnaście lat, ale już teraz
wzrostem dorównywała starszym siostrom. Dla Zuzanny była skończoną
pięknością. Rzeczywiście przyciągała wzrok dużymi, ładnie wykrojonymi
oczami w kolorze świeżego orzecha i gładką, jasną cerą, obsypaną
drobniutkimi, złotawymi piegami. Te oczy, dziecięce piegi i jasne, jakby
uniesione w niewypowiedzianym pytaniu brwi sprawiały, że wzbudzała w ludziach ciepłe, opiekuńcze uczucia: chciało się, zwłaszcza jeśli się
było młodym chłopakiem - wyjść naprzeciw temu malującemu się na jej
ładnej buzi zdziwieniu. I jeszcze te włosy, złotawokasztanowe, kręcące
się naturalnie, i delikatny, prawie niewidoczny meszek nad górną wargą,
wyglądający, jakby dobra wróżka musnęła niechcący buzię śpiącej w kołysce dziewczynki.
Rilla zdawała sobie sprawę z tego, że jest ładna, ale była rozsądnie
próżna, bo o mankamentach swojej urody też pamiętała. Wiedziała, że jej
twarz jest w porządku, ale figura pozostawiała to i owo do życzenia.
Kiedyś krągła i pyzata jak tłuściutki pączek, dziś Rilla była szczupłą,
a w niektórych partiach wręcz nieco za chudą dziewczyną, z racji swoich
długich rąk i nóg przezywana przez braci - nie, nie przez Waltera! -
Patyczakiem. Na szczęście z wiekiem jej ciało nabierało ładnych
krągłości, a lekkość ruchów sprawiała, że Rilla zdawała się raczej
przesuwać w powietrzu, niż chodzić. Jako najmłodsze dziecko w rodzinie
była trochę rozpieszczona, a od nadmiaru uwagi i czułości bliskich nieco
jej się poprzewracało w głowie, ale ogólnie rzecz biorąc, była miłą i bystrą dziewczyną, choć nie tak inteligentną jak jej starsze siostry,
Nan i Di.
Jako że właśnie skończył się rok szkolny, panna Oliver miała wyjechać na
wakacje, jednak zaproszona serdecznie przez rodziców Rilli, zdecydowała
się spędzić w ich domu pewien czas, dopóki nie wynajmie sobie w okolicy
jakiegoś pokoju. Ani i Gilbertowi zależało na zrobieniu przyjemności
najmłodszej córce, przeżywającej fazę oczarowania swoją nauczycielką.
Gertruda Oliver miała dopiero dwadzieścia osiem lat, ale życie zdążyło
już mocno dać jej w kość. Nie była uderzająco piękna, ale ładna i dobrze
zbudowana, o ciemnych, przygaszonych nutą goszczącego w nich na stałe
smutku oczach i ciemnych włosach, kaskadą spadających jej na ramiona i okalających jej szczupłą twarz nieco posępną ramą. I tylko jej usta,
odrobinę niesymetrycznie wykrojone, z jednym lekko uniesionym kącikiem,
sprawiały wrażenie, jakby przez cały czas uśmiechała się z lekką ironią.
Cała jej twarz, ten nieodgadniony uśmiech i melancholijne spojrzenie,
przyciągały uwagę, bo były wyrazem jakiejś mrocznej tajemnicy, którą
młoda kobieta w sobie nosiła.
Rilla nie zagłębiała się w tajemnice panny Gertrudy; wielbiła ją bez
zastrzeżeń. Nawet pewna emocjonalna niestabilność i zmienne nastroje
nauczycielki wcale dziewczynce nie przeszkadzały, a popadanie jej
przyjaciółki w posępną depresję traktowała jako naturalną cechę tak
niezwykłej osobowości.
Trzeba jednak przyznać, że nastrój panny Gertrudy załamywał się jedynie
wtedy, gdy była wyczerpana, a to nie zdarzało się często. Zwykle była
pogodna i wesoła, toteż młodzi Blythe'owie czasami nie pamiętali, że
współtowarzyszka ich zabaw i żartów jest od nich znacznie starsza.
Najbliższe relacje łączyły ją z Rillą i Walterem, którzy nie tylko ją
bardzo lubili, ale i ufali, zdradzając jej różne swoje sekrety i marzenia. Dlatego Gertruda wiedziała, że Rilla najbardziej na świecie
chciałaby - kiedyś... niedługo... - prowadzić ożywione życie towarzyskie,
chodzić na tańce, przyjęcia i różne spotkania, na których kobiety
występują w pięknych sukniach i makijażu. Tak jak bawiły się Nan i Di,
otoczone adoratorami, których Rilla też im zazdrościła.
- Ach, i żebym koniecznie mogła o nich kiedyś mówić w liczbie mnogiej! -
przyznawała się, zawstydzona, do swoich tęsknot.
Od Waltera panna Oliver dowiedziała się, że jest on autorem kilku
pięknych sonetów miłosnych, zapisanych w zeszycie pod mylącym tytułem
"Do Róży"; mylącym, bo wiersze są adresowane do Faith Meredith. Wyznał
jej też, że jego marzeniem jest, by kiedyś, w przyszłości, pokierować
katedrą literatury angielskiej na jakiejś uczelni. Poza tym Gertruda
wiedziała, że Walter jest miłośnikiem piękna pod każdą postacią,
natomiast rzeczy brzydkie i byle jakie budzą jego nieskrywaną niechęć.
Można zatem uznać, że nauczycielka siostry poznała nie tylko pragnienia
młodego człowieka, ale i jego kompleksy i słabości.
Walter, który był wyjątkowo urodziwym chłopcem, wzbudzał w pannie Oliver
macierzyńskie uczucia: patrząc na niego, myślała w skrytości ducha, że
chciałaby mieć kiedyś takiego ładnego, mądrego i wrażliwego syna. Bo jej
ulubieniec, ciemnowłosy, szarooki, o bardzo regularnych rysach twarzy,
był zdecydowanie najprzystojniejszym z trzech chłopaków ze Złotego
Brzegu. No i ten nimb młodego poety! Przeczytała jego sonety i musiała
przyznać, że jak na dwudziestoletniego chłopaka poradził sobie z miłosną
liryką naprawdę świetnie. Nie trzeba było specjalnie znać się na poezji
- a ona się nie znała - by wyczuć w tych strofach niezwykły talent.
Także Rilla była ogromnie przywiązana do Waltera. W przeciwieństwie do
pozostałych braci, Jima i Shirleya, on nigdy nie stroił sobie z niej
żartów ani nie przezywał jej Patyczakiem. Znalazł dla niej inny
przydomek: Rilla-ma-Rilla - od jej pełnego imienia Marilla, które
dostała na pamiątkę ciotki Maryli z Zielonego Wzgórza. Jej samej nie
pamiętała, bo ciocia Maryla zmarła, gdy Rilla była jeszcze dzieckiem.
Gdy podrosła, imię Marilla wydawało jej się staroświeckie i pretensjonalne. Sto razy bardziej wolałaby nazywać się na przykład
Berta, bo to imię od razu wzbudzało stosowny respekt, było poważne i godne. Przydomek nadany jej przez Waltera brzmiał lepiej, ale i tak
tylko jemu i pannie Gertrudzie pozwalała tak się do siebie zwracać.
Zwłaszcza gdy to brat wypowiadał jej nowe imię, Rilla słyszała w nim
szemranie strumienia, coś melodyjnego i nieuchwytnego.
Zwierzyła się kiedyś pannie Gertrudzie, że kocha Waltera tak mocno, iż
nie zawahałaby oddać za niego życie, gdyby miało mu to w czymś pomóc. Bo
Rilla, tak jak większość jej koleżanek-nastolatek, miała skłonność do
egzaltacji. I w tej egzaltacji miała Walterowi za złe, że to Di zwierza
się częściej niż jej.
- On myśli, że ja jestem za młoda, żeby różne sprawy rozumieć - pożaliła
się kiedyś swojej starszej przyjaciółce. - A ja przecież wszystko
rozumiem! I umiem dochować tajemnicy! Nikomu bym nie powiedziała, nawet
pani! Bo gdy opowiadam pani o sobie, to co innego, a jego sekrety byłyby
święte! Za to ja mu mówię wszystko, nawet mu swój pamiętnik pokazałam! I dlatego mi przykro, gdy on tak milczy, gdy tak patrzy na mnie i nic nie
mówi. Tylko swoje wiersze mi czasami daje do przeczytania. Są wspaniałe,
prawda? Ale to nic; ja ciągle mam nadzieję, że kiedyś będę dla Waltera
kimś takim, jak Dora Wordsworth była dla swojego brata. A przecież gdzie
tam poezjom Wordswortha do wierszy Waltera?! Nawet Tennyson nie może z nim konkurować!
- No, nie wiem... - uśmiechnęła się panna Oliver. - To wybitni poeci,
którzy napisali wiele znakomitych... - urwała, widząc pełne urazy
niedowierzanie w oczach Rilli. - Kochanie, jestem pewna, że twój brat
będzie kiedyś sławnym poetą, a ty za jakiś czas staniesz się osobą,
której będzie się zwierzał najchętniej.
- Kiedy w zeszłym roku zachorował i leżał w szpitalu, mało nie oszalałam
ze strachu - przypomniała Rilla. - Tak się o niego bałam... Tata nie
pozwalał im mówić mi, co się dzieje z Walterem, i miał rację. Chyba bym
tego nie przeżyła. Każdego wieczora, zanim zasnęłam, długo płakałam.
Chociaż czasami mam takie wrażenie... - ton głosu Rilli stał się lekko
zgorzkniały i nadąsany; bez wątpienia zapożyczyła tę manierę od swojej
nauczycielki - ...no więc odnoszę wrażenie, że to Wtorek jest dla Waltera
najważniejszy, a nie ja.
Wtorek zaliczał się do psiej czeredy mieszkającej na Złotym Brzegu.
Pojawił się w domu właśnie we wtorek, a że Walter akurat pochłaniał
Robinsona Cruzoe, kwestia imienia rozwiązała się niejako sama. Choć
był psem Jima, to i Walter był bliski jego psiemu sercu. Najbardziej
lubił układać się przy chłopcu, gdy ten tylko gdzieś usiadł. Wtorek
mościł się wtedy przy nim i wsuwał pysk pod ramię Waltera. Zasypiał w tej pozycji, ale wystarczyło, że chłopiec go pogłaskał, a ogon psa
natychmiast zaczynał najpierw drżeć, a potem kręcić młynka.
Wtorek nie był owczarkiem szkockim ani seterem, ani pudlem. Prawda
jednak była taka, że wszystkich tych cech można było się w nim doszukać,
ponieważ był to pies "prawdziwie wielorasowy", jak go określał Jim, albo
"niewątpliwie kundlowaty", jak wyrokowali różni złośliwcy. W istocie
Wtorek nie zachwycał psią urodą: po żółtawoburym grzbiecie rozlewały się
czarne łaty, z których jedna, większa od innych, wylała się aż na pysk i otoczyła oko ciemną obręczą. Uszy miał sterczące, ale dziwnie nierówne,
postrzępione na końcach, bo Wtorek dawał się wciągać w uliczne burdy, a z tych krwawych niekiedy zapasów zdarzało mu się wracać do domu mocno
pokiereszowanym. Tak więc choć urodziwy szczególnie nie był, za to miał
wielkie i gorące psie serce: wierne, lojalne i gotowe do największych
poświęceń. Nikt, kto zajrzałby w bursztynowe oczy Wtorka, nie miałby
najmniejszych wątpliwości, że psy mają dusze, bo Wtorkowa dusza odbijała
się w jego wiernym spojrzeniu. Nic dziwnego, że cała rodzina Wtorka
hołubiła i rozpieszczała; nawet Zuzanna podtykała mu smaczne kąski, choć
nieraz jej podpadł, włażąc bez pozwolenia do jej pokoju i pakując swój
skołtuniony zadek do jej łóżka.
Szczęśliwie Rilla tego dnia nie zamierzała ulegać smutkom ani wdawać się
w niepotrzebne spory.
- Prawda, że czerwiec w tym roku był śliczny? - zapytała rozmarzonym
głosem ze swojego hamaka, śledząc wzrokiem puchate obłoki, przesuwające
się po niebie nad Doliną Tęczy. - Pogoda była wspaniała i wszystko się
tak jakoś dobrze układało... - wyliczała sennie. - Było pięknie i cudnie,
i wspaniale...
- A ja mam zawsze złe przeczucia, jak się wszystko tak wspaniale układa
- westchnęła panna Gertruda. - Przekonałam się wiele razy, że taki dobry
czas to forma rekompensaty od Pana Boga za zło, które ma się lada chwila
wydarzyć. I zawsze czuję lęk, gdy słyszę, że ludzie chwalą czas i mówią,
że dobrze im się żyje. Co nie zmienia faktu, że czerwiec był naprawdę
uroczy w tym roku.
- Uroczy tak - zgodziła się Rilla - choć nie za bardzo ekscytujący.
Prawdę mówiąc, był całkiem nudny. Jedynym sensacyjnym wydarzeniem było
omdlenie panny Meade podczas mszy! Tak bym chciała czasami, żeby stało
się coś niezwykłego; coś takiego, żeby wszyscy mieli o czym rozmawiać
przez następne miesiące.
- Daj spokój, Rillo. Lepiej nie oczekiwać od losu takich niespodzianek.
To, co dramatyczne, zwykle oznacza czyjeś cierpienie i łzy. Wystarczy,
że będziecie tu mieli słoneczne i gwarne lato, podczas gdy ja będę się
nudziła w Lowbridge.
- Przecież nie będzie pani całe lato siedziała w domu! Słyszałam, że
mają być różne zabawy i pikniki, w których ja oczywiście nie będę mogła
uczestniczyć, bo moi rodzice traktują mnie ciągle jak dziecko!
- Jeszcze się zdążysz nabawić, wytańczyć i najeździć na pikniki, Rillo -
pocieszyła ją panna Gertruda. - Masz na to całe życie. A na razie ciesz
się swoim dzieciństwem, kochanie, takim szczęśliwym i beztroskim. Ono
naprawdę trwa krótko i mija nie wiadomo kiedy. Jeszcze zdążysz się nabyć
dorosłą osobą!
- Ale ja bym bardzo chciała już teraz... zaraz być dorosła. Zobaczyć, jak
to wtedy jest. Spróbować różnych rzeczy, których teraz nie wolno mi
robić. Za niecały miesiąc skończę piętnaście lat. To chyba oznacza, że
już nie jestem małą dziewczynką, prawda? Podobno okres między piętnastym
a dziewiętnastym rokiem życia to najlepszy czas w życiu kobiety! - Rilla
znowu popadła we właściwą sobie egzaltację. - Jeśli to prawda, to ja się
postaram, żeby to był wyjątkowo udany czas w moim życiu i w całości
zamierzam przeznaczyć go na zabawę.
- Coś ci powiem, skarbie: nie planuj! Jest takie powiedzenie: jeśli
chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.
- Ten, kto je wymyślił, na pewno nie miał na myśli planu zabaw! -
upierała się Rilla.
- A tobie tylko zabawy w głowie! - Panna Oliver pokręciła głową z dezaprobatą. - Masz dopiero, a nie aż piętnaście lat, głuptasie! A co ze
szkołą. Zamierzasz jesienią podjąć gdzieś naukę?
- W życiu! - roześmiała się Rilla. - Ani tej, ani żadnej następnej!
Skończyłam z nauką! Nie interesują mnie te różne "izmy" i "logie".
Zostawiam to Nan i Di. Z naszej szóstki pięcioro studiuje; myślę, że to
dość jak na jedną rodzinę. Ktoś w niej musi być niewykształcony, prawda?
Spokojnie mogę być niedouczona; wystarczy mi, że będę ładna, zgrabna i że będę miała wzięcie. Nie zależy mi na tym, żeby uchodzić za
inteligentną. Nie jestem szczególnie zdolna i bardzo się z tego cieszę.
Tak jest zdrowiej, bo nikt nie ma wobec mnie żadnych oczekiwań. Ale żeby
było jasne: nie ciągnie mnie też do szycia, uprawiania ogrodu i zajmowania się kuchnią. Nie lubię sprzątać ani gotować, a biedna Zuzanna
już zwątpiła, że kiedykolwiek nauczę się piec jej popisowe ciasteczka.
Tata mówi o mnie, że ja jestem taka, co to "nie sieje, nie orze, tylko
czeka, aż mu wyrośnie zboże". Aha, i jeszcze, że należę do wąskiej grupy
niedotykalskich, co to "ty mnie nie rusz, bo ja mam kapelusz!" - Teraz
już Rilla śmiała się głośno i serdecznie.
- Myślę, że trochę za wcześnie pożegnałaś się ze szkołą, Rillo -
zauważyła spokojnie panna Oliver.
- No dobrze, mama obiecała, że przerobi ze mną w zimie podręcznik o literaturze angielskiej. Przypomni sobie to, co studiowała; przecież
była kiedyś nauczycielką. Cieszę się, bo lubię czytać. Niech się pani
tak nie przejmuje moim nieuctwem! Jak ja mogę być poukładana i zorganizowana, gdy świat wokół mnie jest taki kolorowy i roztańczony?!
Proszę pomyśleć: w przyszłym roku skończę szesnaście lat, a za dwa lata
będę miała siedemnaście! Czy jest coś bardziej ekscytującego na świecie?
- Odpukaj! - poleciła jej panna Gertruda, usiłując zachować powagę. -
Nie kuś losu! Odpukaj na wszelki wypadek, Rillo-ma-Rillo! W niemalowane
drewno!
3. Tańcząc w blasku księżyca
Rilla przeciągnęła się leniwie i ziewnęła,
a potem posłała pannie Oliver jeden ze swoich wielu wciąż obecnych na
jej ładnej buzi uśmiechów. Panna Gertruda przyjechała do nich wczoraj z Lowbridge, bo nazajutrz w latarni na Przystani Czterech Wiatrów miała
się odbyć zabawa taneczna.
- Tak się cieszę na jutro! - Dziewczynka klasnęła w ręce. - Zawsze mam
gdzieś w środku taki miły niepokój, co się wydarzy następnego dnia. Bo
przecież może... wszystko, prawda?
Gertruda drgnęła lekko, bo niepokój, z jakim ona oczekiwała każdego
nowego dnia, wcale nie był miły. Tyle razy już się przekonała, że świt z reguły podrzuca jej kłopoty i nowe problemy.
Rilla nie zauważyła, że nauczycielka posmutniała lekko.
- Bo ja tak sobie myślę, że w każdym nowym dniu najpiękniejsze jest to,
że nie wiemy, jaki będzie - kontynuowała. - Budzimy się rano, za oknem
wstaje słońce i obiecuje, że będzie pięknie i ciepło, a my sobie leżymy
i zastanawiamy się, co dobrego albo nieoczekiwanego nas dziś spotka. Ja
w każdym razie lubię tak sobie poleżeć i powyobrażać, co takiego
ekscytującego może się w ciągu dnia wydarzyć.
- Obawiam się, że ekscytujące mogą się dziś okazać wieści o wojnie -
zauważyła sucho panna Gertruda. - Francuzi i Niemcy przestali się
przyjaźnić.
Rilla natychmiast posmutniała.
- Tak, wiem... - Pokiwała głową zmartwiona. - To byłoby okropne, gdyby
wojna naprawdę wybuchła. Na szczęście to nie nasza sprawa, prawda? Jak
pani myśli, którą sukienkę mam włożyć jutro: białą czy zieloną, tę nową?
Ta zielona jest prześliczna, ale może szkoda jej na taką wiejską zabawę?
Nie chciałabym jej zniszczyć! A uczesze mnie pani? Chciałabym jakoś tak
inaczej niż zwykle, żeby wszystkie dziewczyny z tymi warkoczami upiętymi
na czubku głowy... Wie pani... żeby mi zazdrościły!
- Mama pozwoliła ci iść na zabawę? - zdziwiła się panna Oliver. -
Naprawdę? Jak ją przekonałaś?
- Walter mi pomógł. Powiedziałam mu, że się zapłaczę na śmierć, jeśli
każą mi zostać w domu. Przecież ja jeszcze nigdy nie byłam na takiej
dorosłej zabawie, panno Gertrudo! Nie mogę spać w nocy, tak się cieszę
na te tańce! - entuzjazmowała się Rilla. - Martwiłam się tylko o pogodę,
więc jak dziś rano zobaczyłam, że świeci słońce, to aż podskoczyłam do
góry ze szczęścia. Gdyby jutro lało, to... to byłoby okropne. - Dziewczyna
aż się wzdrygnęła. - W tej sytuacji zdecyduję się chyba jednak na tę
zieloną. Przecież to moja pierwsza prawdziwa zabawa! No i będą do niej
pasowały moje nowe buty. Są błyszczące, takie srebrzyste; no, przepiękne
po prostu! Dostałam je na gwiazdkę od pani Ford. Jeszcze ich do tej pory
ani razu nie włożyłam! Och, panno Gertrudo! Mam nadzieję, że ktoś mnie
poprosi do tańca. Chybabym umarła z rozpaczy, gdyby nikt nie chciał ze
mną zatańczyć i całą zabawę siedziałabym na ławce! Szkoda, że Jerry i Karol nie tańczą, bo synom pastora chyba nie wypada, prawda? No to z nimi nie potańczę, niestety!
- Jestem pewna, że nie będziesz siedziała na ławce - uspokoiła ją panna
Oliver. - Przyjdzie młodzież z portu, a przecież dziewcząt jest w tej
okolicy mniej niż chłopców.
- Jak ja się cieszę, że mój tata nie jest pastorem! - roześmiała się
nagle Rilla. - Pewnie byłabym dziś tak samo zła jak Faith, bo Unie chyba
nie zależy na tańcach. W każdym razie widziałam dziś minę Faith, gdy
usłyszała, że nietańczące dziewczyny też są zaproszone, bo trzeba
przygotować poczęstunek. Ależ była wściekła! Jak ją znam, pójdzie z Jimem na plażę i tam będą siedzieć na skałach i wpatrywać się w morze.
Słyszałam, że po tańcach wybierzemy się całą gromadą aż do tego
strumienia, który płynie obok Wymarzonego Domku, a potem wsiądziemy do
łodzi i popłyniemy do latarni morskiej! Wyobraża pani sobie, jakie to
będzie cudne?! - Policzki Rilli płonęły z emocji.
- Jak się ma piętnaście lat, to wszystko wydaje się człowiekowi "cudne"
- stwierdziła panna Oliver z lekką ironią. - To, co dla was będzie
cudne, mnie pewnie wyda się nudne. Bo i któż poprosi do tańca panią
nauczycielkę? Co najwyżej Jim i Walter, każdy jeden raz, bo są grzeczni
i dobrze wychowani. Nawet nie będzie tam z kim porozmawiać. Dlatego
wybacz, kochanie, ale perspektywa zabawy nie nastraja mnie tak
optymistycznie jak ciebie.
- A jak to było na pani pierwszym balu? - zainteresowała się Rilla.
- Pamiętam, że to było straszne doświadczenie! - Młoda kobieta pokręciła
głową. - Byłam bardzo nieśmiałą dziewczyną, a do tańca poprosił mnie
tylko jeden kolega, tak się składa, że równie nieśmiały jak ja. Byłam na
niego zła, że jest taki nieporadny i gamoniowaty, a on to chyba wyczuł,
bo potem, przez resztę zabawy, omijał mnie z daleka. Wiesz, Rillo, moje
dzieciństwo było bardzo ponurym czasem w moim życiu, dlatego tak się
cieszę, że tobie to nie grozi. Bardzo bym chciała, żeby ten wieczór był
dla ciebie wyjątkowy i żebyś tę swoją pierwszą zabawę wspominała ze
wzruszeniem przez całe życie.
- Wczoraj miałam okropny sen - przypomniała sobie Rilla. - Śniło mi się,
że poszłam na tańce, ale dopiero tam, na sali, zobaczyłam, że
zapomniałam się ubrać: miałam na sobie nocną koszulę i kapcie. Obudziłam
się cała spocona ze strachu, że to prawda.
- Ja też miewam takie przerażające sny - powiedziała panna Gertruda
cicho, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. - I to regularnie.
Najgorsze jest to, że wszystko w nich jest tak przeraźliwie
realistyczne...
- Jaki to sen? - Rilla patrzyła na nauczycielka zafascynowana.
- Śni mi się, że stoję tu, na waszej werandzie, i patrzę tam - pokazała
ręką - na te pola za Glen. I nagle widzę, że z daleka zbliża się do
miasteczka wysoka, spieniona fala, która stopniowo zalewa najpierw te
pola, a potem również Glen znika w jej odmętach. A ja stoję jak
zaczarowana i jedyna myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to przekonanie,
że do Złotego Brzegu ta woda na pewno nie dotrze. Na próżno, bo już po
chwili fala dociera do schodów i szybko podnosi się wyżej i wyżej...
Próbuję stamtąd uciec, gdy nagle zauważam, że moja sukienka wygląda tak,
jakby to nie woda ją zmoczyła, tylko krew... I wtedy się budzę...
Przerażona, trzęsę się ze strachu do rana. Boję się takich snów, bo one
zwykle zapowiadają coś złego.
Rilla z niepokojem popatrzyła na zachmurzone niebo.
- Coś złego? - zmartwiła się. - Oby tylko nie burzę! Bo gotowi są z jej
powodu odwołać zabawę!
- Dzieciak z ciebie, Rillo-ma-Rillo! - Panna Oliver popatrzyła na nią z politowaniem. - Nic aż tak złego na pewno się nie wydarzy.
W rzeczy samej na Złotym Brzegu od jakiegoś czasu dawało się wyczuć
pewien niepokój, tylko Rilla, zaaferowana własnymi, dziewczyńskimi
problemami, zdawała się tego nie zauważać. Doktor Blythe stał się
małomówny i tylko wzdychał posępnie, przekładając strony czytanej
gazety. Za to chłopcy, Jim i Walter, wprost chłonęli wieści dostarczane
przez gazety.
Wieczorem Jim poszukał Waltera, by podzielić się z nim nowiną, którą
właśnie usłyszał.
- Niemcy wypowiedzieli wojnę Francuzom! - zawołał, łapiąc się za głowę.
- Człowieku! Wiesz, co to znaczy? To znaczy, że Anglia pewnie też się
przyłączy, a skoro tak, to twój wymyślony Szczurołap już szykuje się do
drogi!
- On nie jest wymyślony - poprawił go spokojnie Walter. - Ja...
przeczuwam, że on istnieje. Jim, ja go naprawdę wtedy, przed laty,
zobaczyłem, jak stał na skraju Doliny Tęczy. - Milczał przez chwilę, a potem zapytał z wahaniem: - Serio myślisz, że Anglia też weźmie udział w tej wojnie?
- Serio, nie serio, i tak wszyscy pobiegniemy na pomoc naszej "siwej
rodzicielce" z dalekiej Północy - roześmiał się Jim. - Nie zostawimy jej
przecież na pastwę losu, co? No, wszyscy jak wszyscy... - Popatrzył na
brata wymownie. - Rekonwalescenci po tyfusie zostaną w domu, by się do
końca wykurować. Szkoda ci, co?
Walter nie odpowiedział na tę zaczepkę, zapatrzony w jakiś odległy punkt
daleko na horyzoncie.
- My jesteśmy jak te młode wilki! - Jimowi wcale nie przeszkadzało
milczenie brata. Zwichrzył sobie swoją płową czuprynę szczupłą, zwinną
dłonią "stworzoną do tego, by operować" - jak określał to ojciec. - Ale
się będzie działo! Zanim to jednak nastąpi, zaczną się podchody i negocjacje, bo przecież te stare pryki, jak Grey, będą się asekurowali
na wszystkie strony. Niech sobie podchodzą do tego jak pies do jeża,
byleby stanęli na wysokości zdania. Nie mogą zawieść sojusznika, bo
Francuzi by im tego nie darowali! Zanim to jednak nastąpi, pora chyba
się zbierać na te tańce w latarni. - Powiedziawszy to, odwrócił się na
pięcie i poszedł do domu, pogwizdując starą piosenkę Ich było stu, na
kobzach grali, a ja byłem sam...
Pozostawiony sam sobie i własnym myślom Walter stał przez chwilę
nieruchomo, wciąż oszołomiony tą straszną wieścią o wojnie. Jak to
możliwe, że jeszcze parę minut wcześniej taka myśl nawet nie zaświtałaby
w jego głowie? Wojna? Wojna to barbarzyński obyczaj, a na takie nie ma
miejsca w dwudziestym wieku! Nie wolno do niej dopuścić i na pewno
mądrzy przywódcy nie pozwolą, by do takich straszliwych krwawych zmagań
dochodziło teraz między cywilizowanymi narodami.
Uspokoiwszy w ten sposób własne obawy i stłumiwszy nagły niepokój,
Walter z ulgą powrócił do świata i życia, które były mu bliskie, bo jak
mało kto potrafił zachwycać się urodą jednego i drugiego. Wojna nie
przystawała do tego sierpniowego, ciepłego wieczoru, opadającego powoli
na odpoczywające po letnim upale Glen, pełne starych domostw z cienistymi werandami, uginających się pod ciężarem owoców sadów i barwnych, ukwieconych bajecznie ogrodów. Różowopopielate niebo
połyskiwało perłowo w miejscach, w których przetaczała się po nim
złocista kula zachodzącego słońca, ustępującego miejsca srebrzącemu się
nieśmiało nad przystanią księżycowi. Cichnące pogwizdywanie drozdów
mieszało się w powietrzu z szumem poruszanych przez wieczorny wiatr
drzew i dolatującymi z pootwieranych okien śmiechami strojących się na
tańce dziewcząt.
Przynajmniej dadzą mi spokój i nie będą ciągnęli do latarni. Okazuje
się, że chorowanie na tyfus ma też swoje dobre strony - pomyślał i nie
wiadomo dlaczego zrobiło mu się smutno.
Tymczasem Rilla zdążyła się już przebrać i teraz wychyliła się przez
okno w swoim pokoju. Z jej misternie upiętych włosów wysunął się mały,
żółty bratek i pofrunął w dół, znikając w wysokiej trawie. Przez chwilę
myślała, żeby zejść na dół i go poszukać, ale zaraz przypomniała sobie,
że ma ich dużo powpinanych we włosy przez pannę Oliver.
- Jak cicho! - Głęboko nabrała powietrza do płuc. - To będzie piękna,
ciepła noc. Jest tak spokojnie, że słychać nasze dzwonki, porozwieszane
w Dolinie Tęczy. Kiedy my je tam poprzyczepialiśmy? Chyba z dziesięć lat
temu!
- Tak, a kiedy wiatr nimi porusza, zdaje mi się, że słyszę tę samą
muzykę, o której pisał Milton w Raju utraconym3.
- Ja pamiętam tylko, jak w dzieciństwie szaleliśmy w Dolinie Tęczy -
powiedziała Rilla i jej buzię rozjaśnił rozmarzony uśmiech.
Teraz po Dolinie Tęczy nie biegały już żadne dzieci; wszystkie dorosły.
Wieczorami było tam cicho i zwykle pusto, więc Walter zachodził tam, by
sobie poczytać w spokoju. Od czasu do czasu Jim i Faith umawiali się na
polanie na swoje randki albo Nan i Jerry siadywali na starym, zwalonym
pniu i dyskutowali z zapałem, bo te wspólne tematy były najwyższą formą
ich wzajemnego sobą oczarowania. Rilla też miała w dolinie swoje
ulubione miejsce, gdzie lubiła się zaszyć, gdy chciała pobyć sama.
- Zanim wyjdziemy, muszę zajrzeć do kuchni. Zuzanna nie darowałaby mi,
gdybym nie pokazała jej, jak wyglądam.
Zbiegła lekko po schodach i pomknęła do pogrążającej się o tej porze w mroku kuchni, w której Zuzanna była zajęta jakimś szyciem. Czuła się
śliczna i chciała, żeby ukochana niania mogła się nią pozachwycać. W jasnozielonej, szyfonowej sukience, z przypiętym do paska bukiecikiem
bladoróżowych stokrotek, w popielatych pantoflach z nabłyszczanej
skórki, wyglądała jak zwiewny obłoczek. I jeszcze te bratki, którymi
panna Gertruda ozdobiła jej upięte do góry włosy; z misternego koka na
czubku głowy tu i ówdzie wysuwały się niesforne loki... Wyglądała tak
ładnie i świeżo, tak radośnie, że nawet pijąca w kuchni herbatę kuzynka
Zuzanny, Zofia Crawford, popatrzyła na nią z prawdziwym upodobaniem, co
było o tyle niezwykłe, że Zofii mało co na tym świecie się podobało.
Zofia i Zuzanna pogodziły się jakiś czas temu, gdy pani Crawford
przeprowadziła się do Glen i zaczęła odwiedzać swoją kuzynkę na Złotym
Brzegu. Zuzanna nie zawsze się z tych wizyt cieszyła, bo obcowanie z Zofią - osobą z jednej strony wścibską, z drugiej dość humorzastą - nie
było łatwe ani przyjemne. Gdy Ania zapytała kiedyś Zuzannę, skąd jej
rezerwa wobec krewnej, ta odpowiedziała krótko:
- Jedni ludzie przychodzą z wizytą, a inni przeprowadzają wizytację.
Popatrzyła przy tym tak wymownie, że pani Blythe nie miała wątpliwości,
czym są w jej oczach odwiedziny Zofii.
Zofia Crawford była chuda i długa; zresztą wszystko w niej wydawało się
długie: cienki nos, wąskie wargi, patykowate nogi i zdające się nie mieć
końca chude ręce, które z rezygnacją splatała na zapadniętej klatce
piersiowej z niewidocznym biustem. Cała była też blada, jakby trudy
życia wypłukały z niej wszystkie kolory. Popatrzyła na Rillę wyblakłymi
oczami i zapytała ją raczej smętnie niż z zaciekawieniem:
- To pani włosy? Prawdziwe?
- Oczywiście! - obruszyła się Rilla.
- To niedobrze! - zawyrokowała Zofia, kręcąc posępnie głową, upstrzoną
cienkimi loczkami w mysim kolorze. - Taka gęstwina włosów ujmuje
człowiekowi sił, a brak sił to wiadomo: gruźlica. Nie mówię od razu, że
pani jest chora, ale lepiej uważać. Obciąć albo co. Słyszałam, że się
wybieracie na potańcówkę. Podobno nawet chłopaki od pastora odgrażają
się, że będą tańczyć. Oni to niech tam, ale dziewczynom z plebanii nie
wypada. Ja się nigdy do tańca nie rwałam, bo kiedyś jedna taka, co to ją
dobrze znałam, wzięła i umarła w czasie tańca. No i jak tu iść w tany,
jak człowiek wie, czym to grozi?
- No i co? - zapytała Rilla niezbyt grzecznie. - Potem już nie tańczyła?
- Jak miała tańczyć, skoro umarła? - zirytowała się Zofia. - Umarli nie
tańczą, prawda? Pochodziła z Lowbridge i tam ją pochowali. Niech pani
osłoni sobie szyję.
- Teraz? Przecież jest ciepło. Zawiążę sobie chustkę, gdy będziemy
płynęli łodzią do latarni.
- Jak pani sobie chce. Tylko niech pani uważa na tej łodzi! Czterdzieści
lat temu, pamiętam jak dziś, też młodzi wybrali się na przejażdżkę
łódką. Cała ich gromada się do niej napakowała. Za dużo ich było; łódź
nie dała rady i wszyscy poszli na dno. Wszyscy! Oby dziś tak samo się
nie stało! Nie próbowała pani czymś sobie tych piegów wywabić? Radzę
pani jakimś sokiem je nacierać, byle kwaśnym.
- No, kto jak kto, ale ty na piegach znasz się wyśmienicie, Zofio -
wtrąciła się pospiesznie Zuzanna, widząc minę Rilli. - Pamiętam
przecież, że jako młoda dziewczyna byłaś nakrapiana jak indycze jajo!
Przez cały rok, a nasza Rilla ma je tylko w lecie, od słońca! Nie
przejmuj się nią, kochanie. Wyglądasz jak prawdziwa księżniczka,
zwłaszcza z tymi upiętymi włosami. - Zerknęła w dół i dostrzegła na
nogach Rilli srebrne pantofle. - Ale w tych butach chyba się nie
wybierasz na plażę, co?
- Oczywiście, że nie - uspokoiła ją Rilla. - Wszystkie idziemy w wygodnych butach; dopiero na miejscu się przebierzemy. Jak moja
sukienka, Zuzanno? - Obróciła się dookoła własnej osi, a wokół niej
zafalowała zielona mgła.
Zuzanna już miała pochwalić sukienkę, ale Zofia ją uprzedziła.
- Też miałam taką - powiedziała z westchnieniem. - Była zielona,
przystrojona kwiatami i szeleściła falbanami, gdy szłam. Bo suknia
musiała mieć falbany, żeby ukryć ciało, które pod nią było. Nie to, co
teraz, kiedy panny biegają w obcisłych trykotach i pokazują, czym ich
Pan Bóg obdarzył. Ten świat schodzi na manowce; tyle wam powiem! No i na
tej mojej pierwszej zabawie tańcującej zaczepiłam falbaną o jakiś gwóźdź
i ją głęboko rozdarłam. A potem, jakby tego było mało, wpadłam na kogoś,
kto pił herbatę, i ta herbata znalazła się na mojej sukni. Tak że jak
wróciłam do domu, to z mojej kreacji zostały strzępy. Niech pani uważa
na swoją sukienkę! - Zofia ostrzegawczo pokiwała palcem i jeszcze raz
zlustrowała Rillę bacznym spojrzeniem. - A nie powinna być trochę
dłuższa? Nogi ma pani takie chude i ciągną się do samej ziemi...
Zuzanna popatrzyła na kuzynkę z głęboką dezaprobatą.
- Rilla jest jeszcze dziewczynką, a w tym domu dziewczynki nie chodzą w sukienkach do ziemi - oznajmiła tonem pełnym urazy, jakby to ją
osobiście dotknęły cierpkie uwagi Zofii.
Rilla też była urażona, ale słowami Zuzanny. Dziewczynka! Też wymyśliła!
Opuściła kuchnię dotknięta w swojej piętnastoletniej godności, prawie
zła. Ależ ta Zuzanna jest! Niby stara, a nic nie rozumie. Naprawdę jej
się wydaje, że nie można być d o r o s ł y m, dopóki nie skończy się
sześćdziesięciu lat? I jeszcze ta jej pociotka Zofia! Jak ona śmiała tak
komentować jej piegi i chude nogi?! Jakby sama była Bóg wie jaką
pięknością! A wygląda jak ta żerdź, które Zuzanna ustawia w warzywniku
do podtrzymywania fasoli!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki