Rilla ze Złotego Brzegu - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

19.90 zł
16.52 zł (15,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. "Wie­ści z Glen" i takie tam...

W cie­płe, prze­siąk­nięte słoń­cem popo­łu­dnie Zuzanna Baker sie­działa w dużym salo­nie domu na Zło­tym Brzegu, roz­ko­szu­jąc się słod­kim nic­nie­ro­bie­niem. Docho­dziła szes­na­sta i Zuzanna, która zaczy­nała krzą­tać się po domu już o świ­cie, uznała, że ma prawo chwilkę pole­niu­cho­wać i... poplot­ko­wać. Sie­działa więc sobie w tym naj­bar­dziej repre­zen­ta­cyj­nym pokoju w całym domu, bar­dzo zado­wo­lona z życia i z sie­bie samej. I miała po temu powody, bo w kuchni od rana wszystko ukła­dało się po jej myśli. Nawet prze­brzy­dły Pan Hyde prze­obra­ził się dziś w łagod­nego jak bara­nek Dok­tora Jekylla i nie iry­to­wał jej, jak to miał w zwy­czaju. Co wię­cej, usia­dła sobie aku­rat­nie tak, by przez okno podzi­wiać obiekt swo­jej naj­więk­szej dumy: wielki, pięk­nie utrzy­many traw­nik, na który w zeszłym roku prze­sa­dziła swoje piwo­nie i one, te piwo­nie, nie tylko się przy­jęły, ale i wybuch­nęły praw­dziwą kaskadą wie­lo­ko­lo­ro­wych, osza­ła­mia­jąco pach­ną­cych kwia­tów. Nikt inny w Glen St. Mary nie miał takich piwo­nii! I tak bajecz­nie ubar­wio­nych: od naj­czyst­szej bieli przez różne odcie­nie pudrowo gołę­biego różu, na soczy­stym cykla­me­nie koń­cząc.

Zuzanna czuła się nie­zwy­kle ele­gancko w swo­jej nowiut­kiej bluzce z czar­nego jedwa­biu; przy­pusz­czała, że nawet pani Elliot takich w swo­jej sza­fie nie miała. Na tejże wytwor­nej bluzce krzy­żo­wały się szelki śnież­no­bia­łego, sztyw­nego od kroch­malu far­tu­cha; o takich far­tu­chach w Glen mało kto sły­szał, o nosze­niu nie mówiąc. Tak wystro­jona Zuzanna, jak przy­stało na kobietę dobrze ubraną i cał­ko­wi­cie tego świa­domą, nie­śpiesz­nie się­gnęła po leżący na stole naj­now­szy numer lokal­nego maga­zynu "Nasze Sprawy Codzienne", by zaj­rzeć do swo­jej ulu­bio­nej rubryki "Wie­ści z Glen". Gazetę przy­nio­sła panna Kor­ne­lia, pod­eks­cy­to­wana fak­tem, że zamiesz­czono tam wielki na pół strony arty­kuł o Zło­tym Brzegu, poświę­ca­jąc kilka zdań każ­demu z człon­ków rodziny Bly­the'ów.

Na pierw­szej stro­nie "Naszych Spraw" Zuzanna zauwa­żyła bijący po oczach tytuł arty­kułu infor­mu­ją­cego o tym, że kogoś zamor­do­wano w jakimś mie­ście w Euro­pie, zabaw­nie nazy­wa­ją­cym się Sara­jewo. Chyba księ­cia jakie­goś, Fer­dy­nanda czy kogoś o podob­nym imie­niu. Temat ten wydał się Zuzan­nie mało istotny i bar­dzo odle­gły od spraw, któ­rymi ona sama żyła. Mor­der­stwa ni­gdy jej nie inte­re­so­wały; zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zaj­mo­wały ją sprawy żywych. Prze­rzu­cała strony gazety, aż zna­la­zła "Wie­ści z Glen", po czym usiadł­szy wygod­niej na krze­śle, zabrała się do ich czy­ta­nia. Na głos, żeby mieć z tego jak naj­więk­szą przy­jem­ność.

W tym cza­sie pani Bly­the w towa­rzy­stwie panny Kor­ne­lii - dla wta­jem­ni­czo­nych pani Elliot, żony mar­szałka Elliota - usia­dły sobie nie­opo­dal otwar­tych na oścież drzwi pro­wa­dzą­cych na werandę. Chłodne popo­łu­dniowe powie­trze, pach­nące kwia­tami, wibro­wało od okrzy­ków i śmie­chów docie­ra­ją­cych z ogro­do­wej altanki. Panna Oli­ver prze­ko­ma­rzała się tam z Rillą i Wal­te­rem, a wszy­scy wie­dzieli, że tam, gdzie poja­wia się Rilla Bly­the, musi być gło­śno i wesoło.

W salo­nie sły­chać było jesz­cze jeden dźwięk, a było to pochra­py­wa­nie, wydo­by­wa­jące się ze śpią­cego na sofie zwie­rzaka. Nawet teraz w tym zwi­nię­tym w kłę­bek kocie czuło się sta­now­czy cha­rak­ter, z któ­rym Zuzan­nie nie­jed­no­krot­nie przy­szło się zmie­rzyć i z któ­rego to powodu nie cier­piała go jak żad­nego innego stwo­rze­nia na świe­cie.

Jeśli koty jako takie w ogóle bywają trudne i mają swoje nie­zgłę­bione tajem­nice, to Dok­tor Jekyll i Pan Hyde, zwany przez domow­ni­ków Dokiem, był trudny i tajem­ni­czy bar­dziej niż wszyst­kie inne koty razem wzięte. Zgod­nie ze swoim imie­niem1 miał dwo­jaką naturę, co Zuzanna okre­ślała dosad­nie: "czart w niego wstę­po­wał i tyle". Od początku, od kiedy poja­wił się na Zło­tym Brzegu, miał w sobie coś głę­boko nie­po­ko­ją­cego. Wtedy, cztery lata temu, w domu był inny kot. Nale­żał do Rilli, która świata poza nim nie widziała i bia­łego kociaka z czar­nym ogon­kiem nazwała po pro­stu Jack Frost2, nawią­zu­jąc zapewne do jego nie­ska­zi­tel­nie bia­łego futerka. Zuzanna do Fro­sta serca nie miała, sama nie wie­dząc dla­czego.

- Ten kot to ladaco, hun­cwot i powsi­noga - skar­żyła się Ani. - Zoba­czy pani, że on jesz­cze napyta sobie biedy!

- Dla­czego Zuzanna tak mu źle życzy? - dopy­ty­wała się zacie­ka­wiona Ania.

- Ja mu niczego nie życzę - popra­wiała ją sta­now­czym tonem Zuzanna. - Ja to po pro­stu czuję!

Pozo­stali domow­nicy nie mieli takich zło­wróżb­nych prze­wi­dy­wań co do Jacka Fro­sta; prze­ciw­nie, wręcz za nim prze­pa­dali. Kotek był grzeczny, przy­milny, łasił się do wszyst­kich, pomru­ku­jąc roz­kosz­nie, a przede wszyst­kim był nie­praw­do­po­dob­nie czy­ściutki: mył się tak czę­sto, że żadna plamka, choćby nie wia­domo jak mocno chciała, nie miała szans, by zbru­kać jego śnież­no­białe futerko.

I nagle, pew­nego dnia, stało się coś nie­wy­obra­żal­nego: Jack Frost... oko­cił się!

Zuzanna nie kryła satys­fak­cji. Nie miała racji, gdy mówiła, że ten cwany łobuz wywi­nie im jakiś numer?! Że tylko zgrywa takie białe nie­wi­niątko? Że kryje się w nim praw­dziwy dia­beł wcie­lony w kota? Oczy­wi­ście, że mówiła, tylko że nikt jej nie słu­chał! No, to teraz już wie­dzą!

Rilla posta­no­wiła zosta­wić sobie jed­nego z potom­ków Fro­sta: ład­nego kociaka o sza­ro­bu­rym futerku w jasno­kre­mowe prążki, ze ster­czą­cymi jak maszty wydat­nymi uszami. Mówiła do niego "moje Zło­ciątko" i to imię rze­czy­wi­ście paso­wało do uro­czego, figlu­ją­cego po meblach zwie­rzątka, które w tam­tym cza­sie głę­boko skry­wało swój podły i zło­śliwy - zda­niem Zuzanny - cha­rak­ter. Bo Zuzan­nie wystar­czał sam fakt, że kocię było potom­kiem tego prze­brzy­dłego gał­gana Jacka Fro­sta. Niczego dobrego po takiej lato­ro­śli spo­dzie­wać się nie nale­żało, ale złego - i ow­szem!

Na Zło­tym Brzegu te czarne pro­gnozy Zuzanny dobro­dusz­nie wykpi­wano. Wszy­scy tak przy­wy­kli do myśli, że Jack Frost to "chło­pak", że w dal­szym ciągu mówili o kotce jak o kocie, co jej abso­lut­nie nie prze­szka­dzało, a bar­dzo śmie­szyło gości, gdy poka­zy­wano im "Jacka i jego kociaki" albo gdy sły­szeli, jak Rilla wysyła swoje Zło­ciątko "do mamusi", żeby mu "wymył uszy". Draż­niło to Zuzannę.

- Sły­szał to kto, żeby tak głu­piemu kotu w gło­wie mie­szać? - sar­kała zgor­szona.

Ona, zwo­len­niczka ładu i porządku, o Jacku Fro­ście mówiła per "ono" lub nazy­wała go "bia­łym hul­ta­jem".

Zimą następ­nego roku Jack Frost posi­lił się na dwo­rze czymś nie­zdro­wym i nie­długo potem umarł.

Imię Zło­ciątko wkrótce prze­stało paso­wać do zło­ci­sto­ru­dego, prę­go­wa­nego kocura słusz­nych roz­mia­rów i zaczęto mu szu­kać innego. Nieco przy­dłu­gie zawo­ła­nie Dok­tor Jekyll i Pan Hyde wymy­ślił mu Wal­ter, który w tym cza­sie odkrył twór­czość Ste­ven­sona. Gdy kot był roze­spany, milusi, łakomy piesz­czot i bar­dzo "domowy", nazy­wali go Dok­torem Jekyl­lem. A on wycią­gał się jak długi na sofie, dywa­nie albo gołej pod­ło­dze i tak gła­skany, dra­pany i piesz­czony uru­cha­miał malutki, ukryty w nim sil­ni­czek i zaczy­nał mru­czeć. A mru­czał jak żaden inny kot na świe­cie!

Dok­tor Bly­the przy­słu­chi­wał się przez chwilę koją­cemu zmy­sły mru­cze­niu Doca.

- Sam bym tak pomru­czał - stwier­dził wresz­cie z wes­tchnie­niem. - Czyż można dosko­na­lej wyra­zić zado­wo­le­nie i satys­fak­cję?

Trzeba przy­znać, że Doc był uro­dziwy. Poru­szał się z nie­dba­łym, leni­wym wdzię­kiem, a gdy sta­wał w miej­scu, z jego dostoj­nie znie­ru­cho­mia­łej syl­wetki ema­no­wała pew­ność i głę­bo­kie poczu­cie wła­snej wspa­nia­ło­ści. Sia­dał też z wielką god­no­ścią, owi­ja­jąc dookoła sie­bie swój długi, jedwa­bi­sty ogon, zapa­trzony melan­cho­lij­nie w jakiś odle­gły punkt, Ania i Gil­bert mieli wra­że­nie, że dostą­pili zaszczytu obser­wo­wa­nia nowego wcie­le­nia egip­skiego Sfinksa. Tyle że bar­dziej nie­od­gad­nio­nego.

Nie­stety, od czasu do czasu, zazwy­czaj wtedy, gdy zano­siło się na burzę, Dok­tor Jekyll prze­ista­czał się w upior­nego Pana Hyde'a, a w jego łagod­nych, zaspa­nych oczach poja­wiała się żądza mordu. Do tej meta­mor­fozy docho­dziło zwy­kle bez żad­nej zapo­wie­dzi; nic nie wska­zy­wało na to, że w ciele Doca budził się demon. Par­ska­jąc i plu­jąc gniew­nie, kot star­to­wał z sofy jak tor­peda, dra­piąc i gry­ząc po dro­dze wszyst­kie ręce, wycią­gnięte po to, by go zatrzy­mać i uspo­koić. W oczach Doca poja­wiała się furia, a każdy futrzany włos na jego ciele sta­wał na bacz­ność. I choć bez­piecz­niej było wtedy zejść mu z drogi, ludzie sta­wali jak wryci, zafa­scy­no­wani tym czar­cim uro­kiem sza­le­ją­cego kota. Choć gdy do tej meta­mor­fozy docho­dziło wie­czo­rem, przy­glą­dali się jej z lekka nie­pew­nie, czu­jąc mro­wie­nie na ple­cach. I tylko Rilla sta­wała w obro­nie pie­klą­cego się Doca, tłu­ma­cząc wszyst­kim, że to kot wędrow­nik, a nie kot kana­powy i musi sobie w życiu radzić.

W rze­czy samej Doc "radził sobie" świet­nie w zależ­no­ści od tego, w jakiej wer­sji aktu­al­nie wystę­po­wał. Jako Dok­tor Jekyll delek­to­wał się świe­żymi mlecz­kiem, ale gdy prze­ista­czał się w Pana Hyde'a, od spodka z mle­kiem odwra­cał się z nie­sma­kiem i pomru­ki­wał groź­nie nad słuszną por­cją suro­wego mięsa. Dok­tor Jekyll po scho­dach pomy­kał jak ulotny duszek, nie­mal nie doty­ka­jąc stopni aksa­mit­nymi łap­kami, za to Pan Hyde kro­czył tak maje­sta­tycz­nie, że sły­chać było skrzy­pie­nie sta­rych desek. Tego jego trzesz­czą­cego stą­pa­nia bała się bar­dzo Zuzanna, zwłasz­cza gdy była sama w domu; mówiła, że czuje, jak jej krew sty­gnie w żyłach ze stra­chu. Co gor­sze, upiorny Doc miał w zwy­czaju sia­dać sztywno na środku kuchni i wpa­try­wać się bez końca nie­ru­cho­mymi bursz­ty­no­wymi oczami w prze­my­ka­jącą pod ścia­nami stru­chlałą Zuzannę. I choć tłu­ma­czyła sobie, że to tylko kot i pró­bo­wała go ścierką z kuchni wygo­nić, kot nic sobie z tego wyma­chi­wa­nia i pokrzy­ki­wa­nia nie robił i dalej gapił się na nią jak zaklęty. A gdy pew­nego razu zde­spe­ro­wana rzu­ciła w niego leżą­cym przy kominku pola­nem, koci­sko rzu­ciło się na nią jak pan­tera. Zuzanna prze­ra­żona ucie­kła z kuchni i wię­cej już na Pana Hyde'a ręki nie pod­nio­sła, ale gdy do jej kró­le­stwa wkra­czał Dok­tor Jekyll, pozwa­lała sobie pac­nąć go lekko w nos.

Przy­ja­ciółki i przy­ja­ciele panny Faith i pana Geralda Mere­di­thów oraz pana Jamesa Bly­the'a - czy­tała Zuzanna, z upodo­ba­niem i wielką dba­ło­ścią arty­ku­łu­jąc wszyst­kie nazwi­ska - ura­do­wali się nie­zmier­nie z ich powrotu do domu na waka­cje po pra­co­wi­tym seme­strze spę­dzo­nym na uczelni w Red­mond. Miło nam zawia­do­mić, że pan James Bly­the, który w 1913 roku ukoń­czył stu­dia medyczne i uzy­skał tytuł leka­rza, odbył wła­śnie swój pierw­szy staż w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim...

- Z tej naszej Faith wyro­sła śliczna dziew­czyna - wtrą­ciła panna Kor­ne­lia, pochy­lona nad haftem, któ­rym ozda­biała swoją nową robótkę. - To naprawdę nie­zwy­kłe, jakie w rodzi­nie pastora zaszły zmiany, gdy poja­wiła się w niej Róża West. Pamię­ta­cie, co ci mali Mere­di­tho­wie wypra­wiali kie­dyś?! Strach było popa­trzeć w ich stronę, bo czło­wiek cuda na kiju oglą­dał dzień w dzień! W życiu bym nie uwie­rzyła, że ta łagodna, deli­katna Róża tak je pięk­nie wychowa. Dzie­ciaki od razu ją zaak­cep­to­wały, a Una świata poza nią nie widzi. No i jak pięk­nie zaj­muje się swoim bra­cisz­kiem; zresztą nic dziw­nego, bo to naprawdę słodki malec. A czy widzia­łaś kie­dyś, Aniu, żeby sio­strze­niec był tak podobny do swo­jej ciotki, jak ten mały Ber­tie przy­po­mina Helenę? Nie tylko fizycz­nie, z wło­sów czy oczu, ale przede wszyst­kim cha­rak­ter­kiem. Taki sam upar­ciuch! Ani tro­chę się nie wdał w Różę! Nor­man Douglas powie­dział mi kie­dyś, śmie­jąc się, że ten bocian, który go przy­niósł, zabłą­dził i przez pomyłkę pod­rzu­cił maluszka na ple­ba­nii, zamiast u niego i Heleny.

- Ber­tie prze­pada za naszym Jimem - zauwa­żyła Ania. - Zawsze, gdy Jim zagląda na ple­ba­nię, nie odstę­puje go na krok, cho­dzi, ucze­piony jego rękawa, jak mały pie­sek. Oczu z niego nie spusz­cza.

- Myślisz, że Jim i Faith... no... że mają się ku sobie?

Ania uśmiech­nęła się tajem­ni­czo. Bawiła ją docie­kli­wość panny Kor­ne­lii, która kie­dyś była nie­prze­jed­naną tępi­cielką męż­czyzn, a dziś wkła­dała wiele serca i sta­rań w koja­rze­nie mło­dych ludzi w pary.

- Myślę, że są przy­ja­ciółmi, panno Kor­ne­lio.

- Nawet jeśli - nie dawała za wygraną panna Kor­ne­lia - to wyjąt­kowo bli­skimi przy­ja­ciółmi! Mam oczy i widzę, co tam się mię­dzy nimi kroi.

- Że pani widzi i wie, to nie mamy wąt­pli­wo­ści - pozwo­liła sobie na uszczy­pli­wość Zuzanna. - Toż Mary Vance na bie­żąco o wszyst­kim panią infor­muje. Ale to prze­cież jesz­cze dzieci i nie wypada nawet tak ich już swa­tać.

- Myśla­łaby kto! Dzieci! - prych­nęła panna Kor­ne­lia. - Jim skoń­czył dwa­dzie­ścia jeden lat, a Faith nie­długo będzie miała dzie­więt­na­ście! Dzieci rosną, droga Zuzanno; nie tylko ty i ja mamy już swoje lata.

Zuzanna umil­kła ura­żona i wró­ciła do czy­ta­nia gazety. Nie lubiła, gdy ktoś wypo­mi­nał jej wiek, oba­wia­jąc się, że może być uznana za zbyt starą do pracy.

Rów­nież Karol Mere­dith i Shir­ley Bly­the zakoń­czyli zaję­cia w Aka­de­mii Kró­lew­skiej i przy­je­chali do domu. Podobno Karol dostał pro­po­zy­cję obję­cia posady nauczy­ciela w szkole w Glen. To dobra wia­do­mość; nie ulega wąt­pli­wo­ści, że będzie świet­nym nauczy­cie­lem, a nasza mło­dzież go od razu polubi.

- Będzie opo­wia­dał dzie­cia­kom o tym, jakie wspa­niałe i cudowne są muchy-plujki, kara­lu­chy, mole i inne robac­two. - Panna Kor­ne­lia poki­wała głową. - Sły­sza­łam, że jego ojciec, zna­czy pastor, i Róża chcieli, żeby kon­ty­nu­ował stu­dia w Red­mond, ale on woli zacząć pra­co­wać. Chce się jak naj­szyb­ciej unie­za­leż­nić i sam zaro­bić na dal­szą naukę. Zuch chło­pak!

Wal­ter Bly­the - kon­ty­nu­owała czy­ta­nie Zuzanna - przez ostat­nie dwa lata uczył dzieci w szkole w Low­bridge, a w tym roku zre­zy­gno­wał, bo po waka­cjach zamie­rza roz­po­cząć stu­dia w Red­mond...

- Jeste­ście pewni, że to dobry pomysł? - Panna Kor­ne­lia popa­trzyła z tro­ską na Anię. - Wydo­brzał już cał­kiem?

- Do jesieni na pewno mocno sta­nie na nogach - z uśmie­chem zapew­niła Ania. - Słońce, świeże powie­trze, odpo­czy­nek i kuch­nia Zuzanny na pewno dobrze mu zro­bią.

- Musi o sie­bie dbać - powie­działa poważ­nie panna Kor­ne­lia. - Z tyfu­sem nie ma żar­tów, zwłasz­cza gdy dopada kogoś tak deli­kat­nego jak Wal­ter. Moim zda­niem, powi­nien z tymi stu­diami pocze­kać jesz­cze z rok. No, ale wszy­scy wiemy, jaki on jest ambitny. A co z Nan i Di? One też wyjeż­dżają?

- Tak. Miały wpraw­dzie zamiar zostać w domu jesz­cze przez rok i udzie­lać kore­pe­ty­cji, ale Gil­bert prze­ko­nał mnie, że powinny już po waka­cjach zacząć stu­dia.

- Macie rację. - Panna Kor­ne­lia poki­wała głową. - Przy oka­zji będą miały oko na Wal­tera i dopil­nują, żeby się tam zanadto nie prze­pra­co­wy­wał. Nie wiem, czy mogę sobie pozwo­lić na taką uwagę - posłała wymowne spoj­rze­nie w kie­runku Zuzanny - skoro co i rusz ktoś mnie tu popra­wia i poucza, ale zary­zy­kuję i powiem, że wszy­scy widzą, jak Jerry Mere­dith wodzi roz­ma­rzo­nym wzro­kiem za waszą Nan.

Zuzanna udała, że nie sły­szy tych nie­smacz­nych plo­tek, ale Ania roze­śmiała się i mach­nęła ręką.

- Sama pani wie, jakie ja mam z tymi moimi dziew­czy­nami i chło­pa­kami urwa­nie głowy! Ile pro­ble­mów i roz­te­rek, ocze­ki­wań i roz­cza­ro­wań! Gdy­bym je wszyst­kie brała sobie do głowy, już dawno prze­wró­ci­ła­bym się pod ich napo­rem. Z tru­dem do mnie dociera, że już nie są dziećmi. Zwłasz­cza gdy patrzę na moich chłop­ców, tych naj­star­szych, jacy są wysocy, silni, nie mogę uwie­rzyć, że to mój mały Jim i słodki Wal­ter, któ­rych tuli­łam w ramio­nach, nosi­łam po domu, kar­mi­łam łyżeczką i opo­wia­da­łam bajki przed snem. Pamięta pani Jima, racz­ku­ją­cego po Wyma­rzo­nym Domku? A teraz ma pra­wie dwa metry, patrzy na mnie z góry i uwo­dzi dziew­częta!

- Jak na razie nikt nie wyna­lazł jesz­cze elik­siru mło­do­ści - stwier­dziła filo­zo­ficz­nie panna Kor­ne­lia. - Czas na każ­dym z nas odci­ska swoje piętno.

- A mnie o sta­ro­ści przy­po­mina tylko moje kolano, które mnie boli, gdy pogoda się zmie­nia. Zła­ma­łam nogę jako dziew­czynka, gdy Józia Pye spro­wo­ko­wała mnie do głu­pich popi­sów: wdra­pa­łam się na dach domu i oczy­wi­ście z niego spa­dłam. A wra­ca­jąc do dzieci... Wiem, że zamie­rzają nacie­szyć się tymi ostat­nimi bez­tro­skimi waka­cjami, zanim zaczną stu­dia. Zgrana z nich paczka! Wno­szą do tego domu tyle rado­ści, śmie­chu, tyle mło­dej, zdro­wej ener­gii! Uwiel­biam, gdy tu są!

- Rilla też poje­dzie na stu­dia, gdy Shir­ley skoń­czy naukę?

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­li­śmy, ale chyba nie. Gil­bert uważa, że nie doj­rzała jesz­cze do tego, żeby zamiesz­kać poza domem. Fizycz­nie jest dobrze roz­wi­nięta, ale tro­chę bra­kuje jej poczu­cia odpo­wie­dzial­no­ści i samo­dziel­no­ści. No i nie wyobra­żam sobie zostać tu na zimę bez żad­nego z nich. Z braku lep­szych zajęć chyba bym się całymi dniami kłó­ciła z Zuzanną. - Spoj­rzała na nia­nię z miło­ścią.

Zuzanna odwza­jem­niła jej czułe spoj­rze­nie i pokrę­ciła siwą głową z dez­apro­batą. Jakże by ona mogła się kłó­cić ze swoją uko­chaną "panią dok­to­rową"?!

- A Rilla? Ona w ogóle myśli o stu­diach? - zapy­tała panna Kor­ne­lia.

- Nie­spe­cjal­nie - przy­znała Ania. - Wygląda na to, że nasza naj­młod­sza córka nie ma szcze­gól­nych aspi­ra­cji w tej mate­rii. Tro­chę mnie to mar­twi, bo ambi­cje warto w życiu mieć. A ona lubi się bawić. Nie ma w tym nic złego, oczy­wi­ście, pod warun­kiem że to nie jest jedyny cel w życiu.

- A niby to dla­czego? - obru­szyła się Zuzanna, która nie mogła znieść, gdy w jej obec­no­ści ktoś miał jakieś pre­ten­sje do jej uko­cha­nych dzieci. - Jest młoda, a przy­wi­le­jem mło­do­ści jest zabawa. Sama w tym wieku też bym to wolała. Ma jesz­cze czas, żeby ślę­czeć nad książ­kami.

- Ja nie każę jej ślę­czeć nad książ­kami, Zuzanno. Ocze­kuję tylko, żeby zaczęła być odpo­wie­dzialna za to, co robi, i za to, czego nie robi, rów­nież. I żeby nie była taka sku­piona na sobie, na swoim wyglą­dzie i tym, w co się ubrać. Poprzew­ra­cało jej się od tego w gło­wie.

- I nie bez powodu jest z sie­bie zado­wo­lona. - Zuzanna wzru­szyła ramio­nami. - Jest śliczną dziew­czyną; żadna inna w Glen St. Mary nie dorów­nuje jej urodą! Niech się te wszyst­kie panny MacAl­li­ster, Craw­ford i Elliot, z tej i z tam­tej strony portu, scho­wają pod zie­mię! Nie, pani Aniu, niech się pani na mnie nie gniewa, ale ja się nie zga­dzam, żeby pani źle mówiła o Rilli. No, bo pro­szę tylko posłu­chać, pani Elliot... - Znów się­gnęła po gazetę i zado­wo­lona, że ona też to i owo wie o ser­co­wych pro­ble­mach mło­dzieży, zaczęła czy­tać:

Mil­ler Douglas zre­zy­gno­wał z wyjazdu na Zachód. Posta­no­wił zostać na far­mie swo­jej ciotki, pani Alek­san­dry Davis, i zająć się gospo­dar­stwem...

- Cho­dzą słu­chy - Zuzanna ode­rwała oczy od gazety i z satys­fak­cją cedziła słowa - że Mil­ler dał sobie spo­kój z tym wyjaz­dem nie dla­tego, że lubi grze­bać w ziemi, tylko z powodu maśla­nych oczu, jakie robi do niego Mary Vance.

Tra­fiony, zato­piony... Twarz panny Kor­ne­lii oblała się pąsem.

- Nie podoba mi się, że Mil­ler Douglas kręci się koło Mary - przy­znała po chwili. - To byle jaka rodzina ci Dougla­so­wie, z któ­rych on pocho­dzi. Jego ojca uwa­żali za czarną owcę, ni­gdy się do niego nie przy­zna­wali, a matka jest jedną z tych Dil­lo­nów, któ­rzy miesz­kają z dru­giej strony portu; okropni ludzie, naprawdę!

- Jakby Mary Vance wywo­dziła się z jakiejś szlachty dwor­skiej! - prych­nęła pół­gło­sem Zuzanna. Panna Kor­ne­lia miała jed­nak dobry słuch.

- Mary jest roz­sądną, pra­co­witą dziew­czyną, która ma dobrze poukła­dane w gło­wie i została dobrze przy­go­to­wana do życia. Wyj­ście za mąż na Mil­lera Douglasa ozna­cza­łoby dla niej degren­go­ladę! Tak, a to gor­sze niż meza­lians! Na szczę­ście Mary zna moją opi­nię o Mil­le­rze i na pewno nie przyj­dzie jej do głowy, żeby postą­pić wbrew mojej woli.

- A ja znam opi­nię pani Alek­san­dry Davis o Mary i wiem, że ona ni­gdy nie pozwoli, by jej sio­strze­niec oże­nił się z dziew­czyną nie-wia­domo-skąd. Tak że może pani spać spo­koj­nie, pani mar­szał­kowo! - oznaj­miła Zuzanna z satys­fak­cją, że tym razem jej było na wierz­chu, a to w dys­ku­sjach z panią Elliot nie zda­rzało się czę­sto. Popra­wiła oku­lary na nosie i wró­ciła do lek­tury wia­domości.

Z zado­wo­le­niem odno­to­wu­jemy, że po waka­cjach pracę w naszej szkole będzie kon­ty­nu­owała pani Oli­ver. Życzymy jej dobrego wypo­czynku w Low­bridge!

- Bar­dzo się cie­szę, że Ger­truda zosta­nie z nami! - Ania kla­snęła w dło­nie. - Naprawdę mar­twi­łam się, że wyje­dzie z Glen. Rilla ją bar­dzo lubi i widzę, że Ger­truda ma na nią dobry wpływ.

- Podobno wycho­dzi za mąż?

- Miała taki zamiar, ale chyba posta­no­wili prze­ło­żyć datę ślubu.

- A kim jest szczę­śliwy narze­czony?

- To Robert Grant z Char­lot­te­town. Jest praw­ni­kiem. Bar­dzo bym chciała, żeby Ger­truda była wresz­cie szczę­śliwa. Do tej pory nie­spe­cjal­nie jej się w życiu ukła­dało, prze­żyła nie­jedno roz­cza­ro­wa­nie i tro­chę była zra­żona do męż­czyzn. Nie jest już młodą dziew­czyną, a wła­ści­wie nie ma żad­nej rodziny. Nic dziw­nego, że ta miłość, która spa­dła na nią jak grom z jasnego nieba, tro­chę ją zasko­czyła i chyba zanie­po­ko­iła. Ona sama zdaje się nie wie­rzyć, że przy­tra­fiło się jej coś tak nie­zwy­kłego. No i teraz, gdy oka­zało się, że muszą prze­ło­żyć ślub, prze­ra­ziła się, że to koniec jej marzeń o szczę­ściu. Tym­cza­sem powód jest dość banalny i zupeł­nie nie­za­wi­niony przez Roberta; cho­dzi o jakieś for­mal­no­ści zwią­zane ze spad­kiem po jego zmar­łym nie­dawno ojcu. Pan Grant musi wszystko wyja­śnić i chce to zro­bić wcze­śniej, zanim się ożeni, żeby nie mie­szać do tego swo­jej narze­czo­nej, ale ona oczy­wi­ście uważa, że to zapo­wiedź końca ich związku.

- Zawsze mówi­łam, że kobieta nie powinna ni­gdy uza­leż­niać się od jed­nego tylko męż­czy­zny - wtrą­ciła Zuzanna tonem osoby doświad­czo­nej, mają­cej za sobą trzy mał­żeń­stwa i nie­skoń­czoną liczbę innych związ­ków.

- Nie, Zuzanno, to nie jest tak, jak uwa­żasz. - Ania zamy­śliła się na chwilę. - Jestem pewna, że Robert kocha Ger­trudę i naprawdę chce się z nią oże­nić, a to opóź­nie­nie wynika z kom­pli­ka­cji, na które on nie ma wpływu. A że Ger­truda jest tro­chę prze­sądna i ma skłon­ność do czar­no­widz­twa, to inna sprawa. Na przy­kład wie­rzy w sny! Pró­bo­wa­łam jej tłu­ma­czyć, że to bez sensu, choć muszę przy­znać, że to, co jej się cza­sami śni... Boże drogi, dobrze, że Gil­bert tego nie sły­szy! Co tam jesz­cze cie­ka­wego zna­la­złaś, Zuzanno? - Zanie­po­ko­iła się, bo Zuzanna krzyk­nęła cicho, prze­jęta tym, co zoba­czyła w rubryce towa­rzy­skiej.

- Nie do wiary! Niech pani tylko posłu­cha, pani Aniu: Pani Zofia Craw­ford wyje­chała z Low­bridge, by zamiesz­kać w domu swo­jej sio­strze­nicy, pani Alber­to­wej Craw­ford. Prze­cież Zofia to moja krewna; kie­dyś jako małe dziew­czynki pokłó­ci­ły­śmy się o to, która dosta­nie od pastora święty obra­zek z napi­sem "Bóg jest miło­ścią", a miał tylko jeden. Tak nam obu na nim zale­żało, że potem już ze sobą nie roz­ma­wia­ły­śmy. A teraz po latach ona zamie­rza prze­pro­wa­dzić się do Glen i zamiesz­kać w naszym sąsiedz­twie!

- Jak znam życie, dawne anta­go­ni­zmy nie wyga­sają tak łatwo, droga Zuzanno. To nie­do­brze, bo sąsie­dzi powinni się lubić, a nie wypo­mi­nać sobie jakieś dawne krzywdy.

- To nie ja, tylko Zofia zawsze wsz­czy­nała awan­tury i to ona powinna pierw­sza wycią­gnąć rękę do zgody - oznaj­miła z god­no­ścią Zuzanna. - Jeśli mnie prze­prosi, to jako dobra chrze­ści­janka przyjmę to jej przy­zna­nie się do winy. A musi pani wie­dzieć, że Zofia ma naj­czę­ściej zmarsz­czone brwi i uśmiech rzadko gości na jej twa­rzy. Całe życie taka była: ponura i nie­za­do­wo­lona. Pew­nie dla­tego szybko się posta­rzała i pomarsz­czyła. Gdy zmarł jej pierw­szy mąż, okrop­nie roz­pa­czała, ale tylko przez parę mie­sięcy, bo po roku znowu była mężatką. No dobrze, co my tu jesz­cze mamy? Aha, piszą, że w zeszłym tygo­dniu nasz kościół był wyjąt­kowo pięk­nie przy­stro­jony kwia­tami, a pastor wygło­sił nie­zwy­kle mądre kaza­nie...

- Cie­kawe, co na to pan Pryor? - prze­rwała jej panna Kor­ne­lia. - On nie cierpi kwia­tów w kościele. Mówi­łam wam, że jego prze­pro­wadzka tutaj z Low­bridge ścią­gnie nam na głowę mnó­stwo pro­ble­mów. Wybra­nie go do Rady Para­fial­nej to było bar­dzo nie­ro­zumne posu­nię­cie i jesz­cze się o tym wszy­scy prze­ko­namy. Na wła­sne uszy sły­sza­łam jego pogróżki, że "jak znowu zoba­czy te chwa­sty na ambo­nie", to prze­sta­nie przy­cho­dzić na msze do kościoła i że "zacznie się modlić w swoim ogródku".

- A ja pozwolę sobie zauwa­żyć, że dobry Pan Bóg miesz­kał w naszym kościele, zanim pan Księ­ży­cowy Bro­dacz - jak go tu nazy­wają - nastał w Glen, to i bez jego obec­no­ści tam się obej­dzie - wtrą­ciła Zuzanna.

- A skąd się wziął ten śmieszny przy­do­mek? - zain­te­re­so­wała się Ania.

- A to jesz­cze w Low­bridge chło­paki go tak prze­zy­wali, pani Aniu. Pew­nie dla­tego, że zawsze był pyzaty jak księ­życ w pełni, a jak się zesta­rzał, to sobie zapu­ścił te straszne boko­brody. Lepiej będzie, żeby nie sły­szał, jak na niego mówią za ple­cami. Bo to dzi­wo­ląg okropny, w dodatku z pomy­słami nie z tej ziemi. Teraz należy do Rady Para­fial­nej, a ja pamię­tam, jak dwa­dzie­ścia lat temu, w Low­bridge, pasł swoją krowę gdzie? Na cmen­ta­rzu! No dobrze! Prze­czy­ta­łam już wszystko, co zasłu­guje na uwagę; na resztę szkoda czasu. Sprawy zagra­niczne na przy­kład ni­gdy mnie nie zaj­mo­wały. Jakiś arcy­książę został zabity... Kto to taki?

- A cóż nam do tego? - uspo­ko­iła ją panna Kor­ne­lia, nie­świa­doma, jak szybko się prze­kona, iż bar­dzo się myli. - Na tych Bał­ka­nach cią­gle się mor­dują; tak tam mają, tylko że to nie nasza sprawa, więc nie wiem, po co w naszych gaze­tach w ogóle poświęca się miej­sce takim nie­waż­nym wyda­rze­niom. Odno­szę wra­że­nie, że te nasze "Wie­ści" zro­biły się ostat­nio jakieś takie sen­sa­cyjne; walą po oczach tymi wiel­kimi tytu­łami o rze­czach, które w ogóle nas nie doty­czą. Ale, ale... Czas już na mnie. Dzię­kuję, Aniu, ale nie zostanę na kola­cji. Muszę wró­cić do domu, bo ina­czej mój mąż uzna, że nie warto sia­dać do stołu. Męż­czyźni tak mają, nie­stety. Boże święty, Aniu droga, co się dzieje z tym kotem? Osza­lał?!

Doc rze­czy­wi­ście zaczął się zacho­wy­wać nie­nor­mal­nie: jak wystrze­lony z kata­pulty spadł pod nogi panny Kor­ne­lii, wyszcze­rzył w jej stronę zęby, po czym odbił się od pod­łogi i dłu­gim susem znik­nął za otwar­tym oknem.

- Och, nie! Skoro Doc zmie­nił się w Pana Hyde'a, będzie lało jesz­cze dziś w nocy. Nie ma lep­szego baro­me­tru niż on.

- Chwała Panu na wyso­ko­ściach, że polazł wałę­sać się po ogro­dzie, a nie po mojej kuchni! - Zuzanna zło­żyła ręce i z wdzięcz­no­ścią popa­trzyła na sufit.

- Za to ja pójdę powa­łę­sać się po naszej kuchni - zade­kla­ro­wała ocho­czo Ania. - Od kiedy w Zło­tym Brzegu mamy gościa za gościem, przy­go­to­wa­nie kola­cji to cała ope­ra­cja!

2. Wcze­snym świ­tem

Dom na Zło­tym Brzegu ota­czał ze wszyst­kich stron ogród, a zaraz za nim roz­po­ście­rały się leśne polany, poprze­ra­stane młod­nia­kami i nie­wy­so­kimi zagaj­ni­kami. W jed­nym z takich cie­ni­stych gajów, w hamaku przy­wią­za­nym do dwóch mło­dych sosen, bujała się Rilla Bly­the. Na leżą­cym w pobliżu pniu przy­sia­dła Ger­truda Oli­ver, a nieco dalej, w wyso­kiej tra­wie wycią­gnął się jak długi Wal­ter; na poły śpiący i marzący, naj­pew­niej o jakichś dawno minio­nych cza­sach, w które lubił się zapusz­czać w wyobraźni.

W domu Rillę, naj­młod­szą z całego rodzeń­stwa, cią­gle trak­to­wano jak małą dziew­czynkę; nie dostrze­gano, że doro­sła i powoli sta­wała się młodą dziew­czyną. Nie­długo miała skoń­czyć pięt­na­ście lat, ale już teraz wzro­stem dorów­ny­wała star­szym sio­strom. Dla Zuzanny była skoń­czoną pięk­no­ścią. Rze­czy­wi­ście przy­cią­gała wzrok dużymi, ład­nie wykro­jo­nymi oczami w kolo­rze świe­żego orze­cha i gładką, jasną cerą, obsy­paną drob­niut­kimi, zło­ta­wymi pie­gami. Te oczy, dzie­cięce piegi i jasne, jakby unie­sione w nie­wy­po­wie­dzia­nym pyta­niu brwi spra­wiały, że wzbu­dzała w ludziach cie­płe, opie­kuń­cze uczu­cia: chciało się, zwłasz­cza jeśli się było mło­dym chło­pa­kiem - wyjść naprze­ciw temu malu­ją­cemu się na jej ład­nej buzi zdzi­wie­niu. I jesz­cze te włosy, zło­ta­wo­kasz­ta­nowe, krę­cące się natu­ral­nie, i deli­katny, pra­wie nie­wi­doczny meszek nad górną wargą, wyglą­da­jący, jakby dobra wróżka musnęła nie­chcący buzię śpią­cej w koły­sce dziew­czynki.

Rilla zda­wała sobie sprawę z tego, że jest ładna, ale była roz­sąd­nie próżna, bo o man­ka­men­tach swo­jej urody też pamię­tała. Wie­działa, że jej twarz jest w porządku, ale figura pozo­sta­wiała to i owo do życze­nia. Kie­dyś krą­gła i pyzata jak tłu­ściutki pączek, dziś Rilla była szczu­płą, a w nie­któ­rych par­tiach wręcz nieco za chudą dziew­czyną, z racji swo­ich dłu­gich rąk i nóg prze­zy­wana przez braci - nie, nie przez Wal­tera! - Paty­cza­kiem. Na szczę­ście z wie­kiem jej ciało nabie­rało ład­nych krą­gło­ści, a lek­kość ruchów spra­wiała, że Rilla zda­wała się raczej prze­su­wać w powie­trzu, niż cho­dzić. Jako naj­młod­sze dziecko w rodzi­nie była tro­chę roz­piesz­czona, a od nad­miaru uwagi i czu­ło­ści bli­skich nieco jej się poprzew­ra­cało w gło­wie, ale ogól­nie rzecz bio­rąc, była miłą i bystrą dziew­czyną, choć nie tak inte­li­gentną jak jej star­sze sio­stry, Nan i Di.

Jako że wła­śnie skoń­czył się rok szkolny, panna Oli­ver miała wyje­chać na waka­cje, jed­nak zapro­szona ser­decz­nie przez rodzi­ców Rilli, zde­cy­do­wała się spę­dzić w ich domu pewien czas, dopóki nie wynaj­mie sobie w oko­licy jakie­goś pokoju. Ani i Gil­ber­towi zale­żało na zro­bie­niu przy­jem­no­ści naj­młod­szej córce, prze­ży­wa­ją­cej fazę ocza­ro­wa­nia swoją nauczy­cielką.

Ger­truda Oli­ver miała dopiero dwa­dzie­ścia osiem lat, ale życie zdą­żyło już mocno dać jej w kość. Nie była ude­rza­jąco piękna, ale ładna i dobrze zbu­do­wana, o ciem­nych, przy­ga­szo­nych nutą gosz­czą­cego w nich na stałe smutku oczach i ciem­nych wło­sach, kaskadą spa­da­ją­cych jej na ramiona i oka­la­ją­cych jej szczu­płą twarz nieco posępną ramą. I tylko jej usta, odro­binę nie­sy­me­trycz­nie wykro­jone, z jed­nym lekko unie­sio­nym kąci­kiem, spra­wiały wra­że­nie, jakby przez cały czas uśmie­chała się z lekką iro­nią. Cała jej twarz, ten nie­od­gad­niony uśmiech i melan­cho­lijne spoj­rze­nie, przy­cią­gały uwagę, bo były wyra­zem jakiejś mrocz­nej tajem­nicy, którą młoda kobieta w sobie nosiła.

Rilla nie zagłę­biała się w tajem­nice panny Ger­trudy; wiel­biła ją bez zastrze­żeń. Nawet pewna emo­cjo­nalna nie­sta­bil­ność i zmienne nastroje nauczy­cielki wcale dziew­czynce nie prze­szka­dzały, a popa­da­nie jej przy­ja­ciółki w posępną depre­sję trak­to­wała jako natu­ralną cechę tak nie­zwy­kłej oso­bo­wo­ści.

Trzeba jed­nak przy­znać, że nastrój panny Ger­trudy zała­my­wał się jedy­nie wtedy, gdy była wyczer­pana, a to nie zda­rzało się czę­sto. Zwy­kle była pogodna i wesoła, toteż mło­dzi Bly­the'owie cza­sami nie pamię­tali, że współ­to­wa­rzyszka ich zabaw i żar­tów jest od nich znacz­nie star­sza. Naj­bliż­sze rela­cje łączyły ją z Rillą i Wal­te­rem, któ­rzy nie tylko ją bar­dzo lubili, ale i ufali, zdra­dza­jąc jej różne swoje sekrety i marze­nia. Dla­tego Ger­truda wie­działa, że Rilla naj­bar­dziej na świe­cie chcia­łaby - kie­dyś... nie­długo... - pro­wa­dzić oży­wione życie towa­rzy­skie, cho­dzić na tańce, przy­ję­cia i różne spo­tka­nia, na któ­rych kobiety wystę­pują w pięk­nych suk­niach i maki­jażu. Tak jak bawiły się Nan i Di, oto­czone ado­ra­to­rami, któ­rych Rilla też im zazdro­ściła.

- Ach, i żebym koniecz­nie mogła o nich kie­dyś mówić w licz­bie mno­giej! - przy­zna­wała się, zawsty­dzona, do swo­ich tęsk­not.

Od Wal­tera panna Oli­ver dowie­działa się, że jest on auto­rem kilku pięk­nych sone­tów miło­snych, zapi­sa­nych w zeszy­cie pod mylą­cym tytu­łem "Do Róży"; mylą­cym, bo wier­sze są adre­so­wane do Faith Mere­dith. Wyznał jej też, że jego marze­niem jest, by kie­dyś, w przy­szło­ści, pokie­ro­wać kate­drą lite­ra­tury angiel­skiej na jakiejś uczelni. Poza tym Ger­truda wie­działa, że Wal­ter jest miło­śni­kiem piękna pod każdą posta­cią, nato­miast rze­czy brzyd­kie i byle jakie budzą jego nie­skry­waną nie­chęć. Można zatem uznać, że nauczy­cielka sio­stry poznała nie tylko pra­gnie­nia mło­dego czło­wieka, ale i jego kom­pleksy i sła­bo­ści.

Wal­ter, który był wyjąt­kowo uro­dzi­wym chłop­cem, wzbu­dzał w pan­nie Oli­ver macie­rzyń­skie uczu­cia: patrząc na niego, myślała w skry­to­ści ducha, że chcia­łaby mieć kie­dyś takiego ład­nego, mądrego i wraż­li­wego syna. Bo jej ulu­bie­niec, ciem­no­włosy, sza­ro­oki, o bar­dzo regu­lar­nych rysach twa­rzy, był zde­cy­do­wa­nie naj­przy­stoj­niej­szym z trzech chło­pa­ków ze Zło­tego Brzegu. No i ten nimb mło­dego poety! Prze­czy­tała jego sonety i musiała przy­znać, że jak na dwu­dzie­sto­let­niego chło­paka pora­dził sobie z miło­sną liryką naprawdę świet­nie. Nie trzeba było spe­cjal­nie znać się na poezji - a ona się nie znała - by wyczuć w tych stro­fach nie­zwy­kły talent.

Także Rilla była ogrom­nie przy­wią­zana do Wal­tera. W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych braci, Jima i Shir­leya, on ni­gdy nie stroił sobie z niej żar­tów ani nie prze­zy­wał jej Paty­cza­kiem. Zna­lazł dla niej inny przy­do­mek: Rilla-ma-Rilla - od jej peł­nego imie­nia Marilla, które dostała na pamiątkę ciotki Maryli z Zie­lo­nego Wzgó­rza. Jej samej nie pamię­tała, bo cio­cia Maryla zmarła, gdy Rilla była jesz­cze dziec­kiem. Gdy pod­ro­sła, imię Marilla wyda­wało jej się sta­ro­świec­kie i pre­ten­sjo­nalne. Sto razy bar­dziej wola­łaby nazy­wać się na przy­kład Berta, bo to imię od razu wzbu­dzało sto­sowny respekt, było poważne i godne. Przy­do­mek nadany jej przez Wal­tera brzmiał lepiej, ale i tak tylko jemu i pan­nie Ger­tru­dzie pozwa­lała tak się do sie­bie zwra­cać. Zwłasz­cza gdy to brat wypo­wia­dał jej nowe imię, Rilla sły­szała w nim szem­ra­nie stru­mie­nia, coś melo­dyj­nego i nie­uchwyt­nego.

Zwie­rzyła się kie­dyś pan­nie Ger­tru­dzie, że kocha Wal­tera tak mocno, iż nie zawa­ha­łaby oddać za niego życie, gdyby miało mu to w czymś pomóc. Bo Rilla, tak jak więk­szość jej kole­ża­nek-nasto­la­tek, miała skłon­ność do egzal­ta­cji. I w tej egzal­ta­cji miała Wal­te­rowi za złe, że to Di zwie­rza się czę­ściej niż jej.

- On myśli, że ja jestem za młoda, żeby różne sprawy rozu­mieć - poża­liła się kie­dyś swo­jej star­szej przy­ja­ciółce. - A ja prze­cież wszystko rozu­miem! I umiem docho­wać tajem­nicy! Nikomu bym nie powie­działa, nawet pani! Bo gdy opo­wia­dam pani o sobie, to co innego, a jego sekrety byłyby święte! Za to ja mu mówię wszystko, nawet mu swój pamięt­nik poka­za­łam! I dla­tego mi przy­kro, gdy on tak mil­czy, gdy tak patrzy na mnie i nic nie mówi. Tylko swoje wier­sze mi cza­sami daje do prze­czy­ta­nia. Są wspa­niałe, prawda? Ale to nic; ja cią­gle mam nadzieję, że kie­dyś będę dla Wal­tera kimś takim, jak Dora Word­sworth była dla swo­jego brata. A prze­cież gdzie tam poezjom Word­swortha do wier­szy Wal­tera?! Nawet Ten­ny­son nie może z nim kon­ku­ro­wać!

- No, nie wiem... - uśmiech­nęła się panna Oli­ver. - To wybitni poeci, któ­rzy napi­sali wiele zna­ko­mi­tych... - urwała, widząc pełne urazy nie­do­wie­rza­nie w oczach Rilli. - Kocha­nie, jestem pewna, że twój brat będzie kie­dyś sław­nym poetą, a ty za jakiś czas sta­niesz się osobą, któ­rej będzie się zwie­rzał naj­chęt­niej.

- Kiedy w zeszłym roku zacho­ro­wał i leżał w szpi­talu, mało nie osza­la­łam ze stra­chu - przy­po­mniała Rilla. - Tak się o niego bałam... Tata nie pozwa­lał im mówić mi, co się dzieje z Wal­te­rem, i miał rację. Chyba bym tego nie prze­żyła. Każ­dego wie­czora, zanim zasnę­łam, długo pła­ka­łam. Cho­ciaż cza­sami mam takie wra­że­nie... - ton głosu Rilli stał się lekko zgorzk­niały i nadą­sany; bez wąt­pie­nia zapo­ży­czyła tę manierę od swo­jej nauczy­cielki - ...no więc odno­szę wra­że­nie, że to Wto­rek jest dla Wal­tera naj­waż­niej­szy, a nie ja.

Wto­rek zali­czał się do psiej cze­redy miesz­ka­ją­cej na Zło­tym Brzegu. Poja­wił się w domu wła­śnie we wto­rek, a że Wal­ter aku­rat pochła­niał Robin­sona Cru­zoe, kwe­stia imie­nia roz­wią­zała się nie­jako sama. Choć był psem Jima, to i Wal­ter był bli­ski jego psiemu sercu. Naj­bar­dziej lubił ukła­dać się przy chłopcu, gdy ten tylko gdzieś usiadł. Wto­rek mościł się wtedy przy nim i wsu­wał pysk pod ramię Wal­tera. Zasy­piał w tej pozy­cji, ale wystar­czyło, że chło­piec go pogła­skał, a ogon psa natych­miast zaczy­nał naj­pierw drżeć, a potem krę­cić młynka.

Wto­rek nie był owczar­kiem szkoc­kim ani sete­rem, ani pudlem. Prawda jed­nak była taka, że wszyst­kich tych cech można było się w nim doszu­kać, ponie­waż był to pies "praw­dzi­wie wie­lo­ra­sowy", jak go okre­ślał Jim, albo "nie­wąt­pli­wie kun­dlo­waty", jak wyro­ko­wali różni zło­śliwcy. W isto­cie Wto­rek nie zachwy­cał psią urodą: po żół­ta­wo­bu­rym grzbie­cie roz­le­wały się czarne łaty, z któ­rych jedna, więk­sza od innych, wylała się aż na pysk i oto­czyła oko ciemną obrę­czą. Uszy miał ster­czące, ale dziw­nie nie­równe, postrzę­pione na koń­cach, bo Wto­rek dawał się wcią­gać w uliczne burdy, a z tych krwa­wych nie­kiedy zapa­sów zda­rzało mu się wra­cać do domu mocno pokie­re­szo­wa­nym. Tak więc choć uro­dziwy szcze­gól­nie nie był, za to miał wiel­kie i gorące psie serce: wierne, lojalne i gotowe do naj­więk­szych poświę­ceń. Nikt, kto zaj­rzałby w bursz­ty­nowe oczy Wtorka, nie miałby naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że psy mają dusze, bo Wtor­kowa dusza odbi­jała się w jego wier­nym spoj­rze­niu. Nic dziw­nego, że cała rodzina Wtorka hołu­biła i roz­piesz­czała; nawet Zuzanna pod­ty­kała mu smaczne kąski, choć nie­raz jej pod­padł, wła­żąc bez pozwo­le­nia do jej pokoju i paku­jąc swój skoł­tu­niony zadek do jej łóżka.

Szczę­śli­wie Rilla tego dnia nie zamie­rzała ule­gać smut­kom ani wda­wać się w nie­po­trzebne spory.

- Prawda, że czer­wiec w tym roku był śliczny? - zapy­tała roz­ma­rzo­nym gło­sem ze swo­jego hamaka, śle­dząc wzro­kiem puchate obłoki, prze­su­wa­jące się po nie­bie nad Doliną Tęczy. - Pogoda była wspa­niała i wszystko się tak jakoś dobrze ukła­dało... - wyli­czała sen­nie. - Było pięk­nie i cud­nie, i wspa­niale...

- A ja mam zawsze złe prze­czu­cia, jak się wszystko tak wspa­niale układa - wes­tchnęła panna Ger­truda. - Prze­ko­na­łam się wiele razy, że taki dobry czas to forma rekom­pen­saty od Pana Boga za zło, które ma się lada chwila wyda­rzyć. I zawsze czuję lęk, gdy sły­szę, że ludzie chwalą czas i mówią, że dobrze im się żyje. Co nie zmie­nia faktu, że czer­wiec był naprawdę uro­czy w tym roku.

- Uro­czy tak - zgo­dziła się Rilla - choć nie za bar­dzo eks­cy­tu­jący. Prawdę mówiąc, był cał­kiem nudny. Jedy­nym sen­sa­cyj­nym wyda­rze­niem było omdle­nie panny Meade pod­czas mszy! Tak bym chciała cza­sami, żeby stało się coś nie­zwy­kłego; coś takiego, żeby wszy­scy mieli o czym roz­ma­wiać przez następne mie­siące.

- Daj spo­kój, Rillo. Lepiej nie ocze­ki­wać od losu takich nie­spo­dzia­nek. To, co dra­ma­tyczne, zwy­kle ozna­cza czy­jeś cier­pie­nie i łzy. Wystar­czy, że będzie­cie tu mieli sło­neczne i gwarne lato, pod­czas gdy ja będę się nudziła w Low­bridge.

- Prze­cież nie będzie pani całe lato sie­działa w domu! Sły­sza­łam, że mają być różne zabawy i pik­niki, w któ­rych ja oczy­wi­ście nie będę mogła uczest­ni­czyć, bo moi rodzice trak­tują mnie cią­gle jak dziecko!

- Jesz­cze się zdą­żysz naba­wić, wytań­czyć i najeź­dzić na pik­niki, Rillo - pocie­szyła ją panna Ger­truda. - Masz na to całe życie. A na razie ciesz się swoim dzie­ciń­stwem, kocha­nie, takim szczę­śli­wym i bez­tro­skim. Ono naprawdę trwa krótko i mija nie wia­domo kiedy. Jesz­cze zdą­żysz się nabyć doro­słą osobą!

- Ale ja bym bar­dzo chciała już teraz... zaraz być doro­sła. Zoba­czyć, jak to wtedy jest. Spró­bo­wać róż­nych rze­czy, któ­rych teraz nie wolno mi robić. Za nie­cały mie­siąc skoń­czę pięt­na­ście lat. To chyba ozna­cza, że już nie jestem małą dziew­czynką, prawda? Podobno okres mię­dzy pięt­na­stym a dzie­więt­na­stym rokiem życia to naj­lep­szy czas w życiu kobiety! - Rilla znowu popa­dła we wła­ściwą sobie egzal­ta­cję. - Jeśli to prawda, to ja się posta­ram, żeby to był wyjąt­kowo udany czas w moim życiu i w cało­ści zamie­rzam prze­zna­czyć go na zabawę.

- Coś ci powiem, skar­bie: nie pla­nuj! Jest takie powie­dze­nie: jeśli chcesz roz­śmie­szyć Pana Boga, opo­wiedz mu o swo­ich pla­nach.

- Ten, kto je wymy­ślił, na pewno nie miał na myśli planu zabaw! - upie­rała się Rilla.

- A tobie tylko zabawy w gło­wie! - Panna Oli­ver pokrę­ciła głową z dez­apro­batą. - Masz dopiero, a nie aż pięt­na­ście lat, głup­ta­sie! A co ze szkołą. Zamie­rzasz jesie­nią pod­jąć gdzieś naukę?

- W życiu! - roze­śmiała się Rilla. - Ani tej, ani żad­nej następ­nej! Skoń­czy­łam z nauką! Nie inte­re­sują mnie te różne "izmy" i "logie". Zosta­wiam to Nan i Di. Z naszej szóstki pię­cioro stu­diuje; myślę, że to dość jak na jedną rodzinę. Ktoś w niej musi być nie­wy­kształ­cony, prawda? Spo­koj­nie mogę być nie­do­uczona; wystar­czy mi, że będę ładna, zgrabna i że będę miała wzię­cie. Nie zależy mi na tym, żeby ucho­dzić za inte­li­gentną. Nie jestem szcze­gól­nie zdolna i bar­dzo się z tego cie­szę. Tak jest zdro­wiej, bo nikt nie ma wobec mnie żad­nych ocze­ki­wań. Ale żeby było jasne: nie cią­gnie mnie też do szy­cia, upra­wia­nia ogrodu i zaj­mo­wa­nia się kuch­nią. Nie lubię sprzą­tać ani goto­wać, a biedna Zuzanna już zwąt­piła, że kie­dy­kol­wiek nauczę się piec jej popi­sowe cia­steczka. Tata mówi o mnie, że ja jestem taka, co to "nie sieje, nie orze, tylko czeka, aż mu wyro­śnie zboże". Aha, i jesz­cze, że należę do wąskiej grupy nie­do­ty­kal­skich, co to "ty mnie nie rusz, bo ja mam kape­lusz!" - Teraz już Rilla śmiała się gło­śno i ser­decz­nie.

- Myślę, że tro­chę za wcze­śnie poże­gna­łaś się ze szkołą, Rillo - zauwa­żyła spo­koj­nie panna Oli­ver.

- No dobrze, mama obie­cała, że prze­robi ze mną w zimie pod­ręcz­nik o lite­ra­tu­rze angiel­skiej. Przy­po­mni sobie to, co stu­dio­wała; prze­cież była kie­dyś nauczy­cielką. Cie­szę się, bo lubię czy­tać. Niech się pani tak nie przej­muje moim nie­uc­twem! Jak ja mogę być poukła­dana i zor­ga­ni­zo­wana, gdy świat wokół mnie jest taki kolo­rowy i roz­tań­czony?! Pro­szę pomy­śleć: w przy­szłym roku skoń­czę szes­na­ście lat, a za dwa lata będę miała sie­dem­na­ście! Czy jest coś bar­dziej eks­cy­tu­ją­cego na świe­cie?

- Odpu­kaj! - pole­ciła jej panna Ger­truda, usi­łu­jąc zacho­wać powagę. - Nie kuś losu! Odpu­kaj na wszelki wypa­dek, Rillo-ma-Rillo! W nie­ma­lo­wane drewno!

3. Tań­cząc w bla­sku księ­życa

Rilla prze­cią­gnęła się leni­wie i ziew­nęła, a potem posłała pan­nie Oli­ver jeden ze swo­ich wielu wciąż obec­nych na jej ład­nej buzi uśmie­chów. Panna Ger­truda przy­je­chała do nich wczo­raj z Low­bridge, bo naza­jutrz w latarni na Przy­stani Czte­rech Wia­trów miała się odbyć zabawa taneczna.

- Tak się cie­szę na jutro! - Dziew­czynka kla­snęła w ręce. - Zawsze mam gdzieś w środku taki miły nie­po­kój, co się wyda­rzy następ­nego dnia. Bo prze­cież może... wszystko, prawda?

Ger­truda drgnęła lekko, bo nie­po­kój, z jakim ona ocze­ki­wała każ­dego nowego dnia, wcale nie był miły. Tyle razy już się prze­ko­nała, że świt z reguły pod­rzuca jej kło­poty i nowe pro­blemy.

Rilla nie zauwa­żyła, że nauczy­cielka posmut­niała lekko.

- Bo ja tak sobie myślę, że w każ­dym nowym dniu naj­pięk­niej­sze jest to, że nie wiemy, jaki będzie - kon­ty­nu­owała. - Budzimy się rano, za oknem wstaje słońce i obie­cuje, że będzie pięk­nie i cie­pło, a my sobie leżymy i zasta­na­wiamy się, co dobrego albo nie­ocze­ki­wa­nego nas dziś spo­tka. Ja w każ­dym razie lubię tak sobie pole­żeć i powy­obra­żać, co takiego eks­cy­tu­ją­cego może się w ciągu dnia wyda­rzyć.

- Oba­wiam się, że eks­cy­tu­jące mogą się dziś oka­zać wie­ści o woj­nie - zauwa­żyła sucho panna Ger­truda. - Fran­cuzi i Niemcy prze­stali się przy­jaź­nić.

Rilla natych­miast posmut­niała.

- Tak, wiem... - Poki­wała głową zmar­twiona. - To byłoby okropne, gdyby wojna naprawdę wybu­chła. Na szczę­ście to nie nasza sprawa, prawda? Jak pani myśli, którą sukienkę mam wło­żyć jutro: białą czy zie­loną, tę nową? Ta zie­lona jest prze­śliczna, ale może szkoda jej na taką wiej­ską zabawę? Nie chcia­ła­bym jej znisz­czyć! A ucze­sze mnie pani? Chcia­ła­bym jakoś tak ina­czej niż zwy­kle, żeby wszyst­kie dziew­czyny z tymi war­ko­czami upię­tymi na czubku głowy... Wie pani... żeby mi zazdro­ściły!

- Mama pozwo­liła ci iść na zabawę? - zdzi­wiła się panna Oli­ver. - Naprawdę? Jak ją prze­ko­na­łaś?

- Wal­ter mi pomógł. Powie­dzia­łam mu, że się zapła­czę na śmierć, jeśli każą mi zostać w domu. Prze­cież ja jesz­cze ni­gdy nie byłam na takiej doro­słej zaba­wie, panno Ger­trudo! Nie mogę spać w nocy, tak się cie­szę na te tańce! - entu­zja­zmo­wała się Rilla. - Mar­twi­łam się tylko o pogodę, więc jak dziś rano zoba­czy­łam, że świeci słońce, to aż pod­sko­czy­łam do góry ze szczę­ścia. Gdyby jutro lało, to... to byłoby okropne. - Dziew­czyna aż się wzdry­gnęła. - W tej sytu­acji zde­cy­duję się chyba jed­nak na tę zie­loną. Prze­cież to moja pierw­sza praw­dziwa zabawa! No i będą do niej paso­wały moje nowe buty. Są błysz­czące, takie sre­brzy­ste; no, prze­piękne po pro­stu! Dosta­łam je na gwiazdkę od pani Ford. Jesz­cze ich do tej pory ani razu nie wło­ży­łam! Och, panno Ger­trudo! Mam nadzieję, że ktoś mnie poprosi do tańca. Chy­ba­bym umarła z roz­pa­czy, gdyby nikt nie chciał ze mną zatań­czyć i całą zabawę sie­dzia­ła­bym na ławce! Szkoda, że Jerry i Karol nie tań­czą, bo synom pastora chyba nie wypada, prawda? No to z nimi nie potań­czę, nie­stety!

- Jestem pewna, że nie będziesz sie­działa na ławce - uspo­ko­iła ją panna Oli­ver. - Przyj­dzie mło­dzież z portu, a prze­cież dziew­cząt jest w tej oko­licy mniej niż chłop­ców.

- Jak ja się cie­szę, że mój tata nie jest pasto­rem! - roze­śmiała się nagle Rilla. - Pew­nie była­bym dziś tak samo zła jak Faith, bo Unie chyba nie zależy na tań­cach. W każ­dym razie widzia­łam dziś minę Faith, gdy usły­szała, że nie­tań­czące dziew­czyny też są zapro­szone, bo trzeba przy­go­to­wać poczę­stu­nek. Ależ była wście­kła! Jak ją znam, pój­dzie z Jimem na plażę i tam będą sie­dzieć na ska­łach i wpa­try­wać się w morze. Sły­sza­łam, że po tań­cach wybie­rzemy się całą gro­madą aż do tego stru­mie­nia, który pły­nie obok Wyma­rzo­nego Domku, a potem wsią­dziemy do łodzi i popły­niemy do latarni mor­skiej! Wyobraża pani sobie, jakie to będzie cudne?! - Policzki Rilli pło­nęły z emo­cji.

- Jak się ma pięt­na­ście lat, to wszystko wydaje się czło­wie­kowi "cudne" - stwier­dziła panna Oli­ver z lekką iro­nią. - To, co dla was będzie cudne, mnie pew­nie wyda się nudne. Bo i któż poprosi do tańca panią nauczy­cielkę? Co naj­wy­żej Jim i Wal­ter, każdy jeden raz, bo są grzeczni i dobrze wycho­wani. Nawet nie będzie tam z kim poroz­ma­wiać. Dla­tego wybacz, kocha­nie, ale per­spek­tywa zabawy nie nastraja mnie tak opty­mi­stycz­nie jak cie­bie.

- A jak to było na pani pierw­szym balu? - zain­te­re­so­wała się Rilla.

- Pamię­tam, że to było straszne doświad­cze­nie! - Młoda kobieta pokrę­ciła głową. - Byłam bar­dzo nie­śmiałą dziew­czyną, a do tańca popro­sił mnie tylko jeden kolega, tak się składa, że rów­nie nie­śmiały jak ja. Byłam na niego zła, że jest taki nie­po­radny i gamo­nio­waty, a on to chyba wyczuł, bo potem, przez resztę zabawy, omi­jał mnie z daleka. Wiesz, Rillo, moje dzie­ciń­stwo było bar­dzo ponu­rym cza­sem w moim życiu, dla­tego tak się cie­szę, że tobie to nie grozi. Bar­dzo bym chciała, żeby ten wie­czór był dla cie­bie wyjąt­kowy i żebyś tę swoją pierw­szą zabawę wspo­mi­nała ze wzru­sze­niem przez całe życie.

- Wczo­raj mia­łam okropny sen - przy­po­mniała sobie Rilla. - Śniło mi się, że poszłam na tańce, ale dopiero tam, na sali, zoba­czy­łam, że zapo­mnia­łam się ubrać: mia­łam na sobie nocną koszulę i kap­cie. Obu­dzi­łam się cała spo­cona ze stra­chu, że to prawda.

- Ja też mie­wam takie prze­ra­ża­jące sny - powie­działa panna Ger­truda cicho, patrząc przed sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. - I to regu­lar­nie. Naj­gor­sze jest to, że wszystko w nich jest tak prze­raź­li­wie reali­styczne...

- Jaki to sen? - Rilla patrzyła na nauczy­cielka zafa­scy­no­wana.

- Śni mi się, że stoję tu, na waszej weran­dzie, i patrzę tam - poka­zała ręką - na te pola za Glen. I nagle widzę, że z daleka zbliża się do mia­steczka wysoka, spie­niona fala, która stop­niowo zalewa naj­pierw te pola, a potem rów­nież Glen znika w jej odmę­tach. A ja stoję jak zacza­ro­wana i jedyna myśl, jaka mi przy­cho­dzi do głowy, to prze­ko­na­nie, że do Zło­tego Brzegu ta woda na pewno nie dotrze. Na próżno, bo już po chwili fala dociera do scho­dów i szybko pod­nosi się wyżej i wyżej... Pró­buję stam­tąd uciec, gdy nagle zauwa­żam, że moja sukienka wygląda tak, jakby to nie woda ją zmo­czyła, tylko krew... I wtedy się budzę... Prze­ra­żona, trzęsę się ze stra­chu do rana. Boję się takich snów, bo one zwy­kle zapo­wia­dają coś złego.

Rilla z nie­po­ko­jem popa­trzyła na zachmu­rzone niebo.

- Coś złego? - zmar­twiła się. - Oby tylko nie burzę! Bo gotowi są z jej powodu odwo­łać zabawę!

- Dzie­ciak z cie­bie, Rillo-ma-Rillo! - Panna Oli­ver popa­trzyła na nią z poli­to­wa­niem. - Nic aż tak złego na pewno się nie wyda­rzy.

W rze­czy samej na Zło­tym Brzegu od jakie­goś czasu dawało się wyczuć pewien nie­po­kój, tylko Rilla, zaafe­ro­wana wła­snymi, dziew­czyń­skimi pro­ble­mami, zda­wała się tego nie zauwa­żać. Dok­tor Bly­the stał się mało­mówny i tylko wzdy­chał posęp­nie, prze­kła­da­jąc strony czy­ta­nej gazety. Za to chłopcy, Jim i Wal­ter, wprost chło­nęli wie­ści dostar­czane przez gazety.

Wie­czo­rem Jim poszu­kał Wal­tera, by podzie­lić się z nim nowiną, którą wła­śnie usły­szał.

- Niemcy wypo­wie­dzieli wojnę Fran­cu­zom! - zawo­łał, łapiąc się za głowę. - Czło­wieku! Wiesz, co to zna­czy? To zna­czy, że Anglia pew­nie też się przy­łą­czy, a skoro tak, to twój wymy­ślony Szczu­ro­łap już szy­kuje się do drogi!

- On nie jest wymy­ślony - popra­wił go spo­koj­nie Wal­ter. - Ja... prze­czu­wam, że on ist­nieje. Jim, ja go naprawdę wtedy, przed laty, zoba­czy­łem, jak stał na skraju Doliny Tęczy. - Mil­czał przez chwilę, a potem zapy­tał z waha­niem: - Serio myślisz, że Anglia też weź­mie udział w tej woj­nie?

- Serio, nie serio, i tak wszy­scy pobie­gniemy na pomoc naszej "siwej rodzi­cielce" z dale­kiej Pół­nocy - roze­śmiał się Jim. - Nie zosta­wimy jej prze­cież na pastwę losu, co? No, wszy­scy jak wszy­scy... - Popa­trzył na brata wymow­nie. - Rekon­wa­le­scenci po tyfu­sie zostaną w domu, by się do końca wyku­ro­wać. Szkoda ci, co?

Wal­ter nie odpo­wie­dział na tę zaczepkę, zapa­trzony w jakiś odle­gły punkt daleko na hory­zon­cie.

- My jeste­śmy jak te młode wilki! - Jimowi wcale nie prze­szka­dzało mil­cze­nie brata. Zwi­chrzył sobie swoją płową czu­prynę szczu­płą, zwinną dło­nią "stwo­rzoną do tego, by ope­ro­wać" - jak okre­ślał to ojciec. - Ale się będzie działo! Zanim to jed­nak nastąpi, zaczną się pod­chody i nego­cja­cje, bo prze­cież te stare pryki, jak Grey, będą się ase­ku­ro­wali na wszyst­kie strony. Niech sobie pod­cho­dzą do tego jak pies do jeża, byleby sta­nęli na wyso­ko­ści zda­nia. Nie mogą zawieść sojusz­nika, bo Fran­cuzi by im tego nie daro­wali! Zanim to jed­nak nastąpi, pora chyba się zbie­rać na te tańce w latarni. - Powie­dziaw­szy to, odwró­cił się na pię­cie i poszedł do domu, pogwiz­du­jąc starą pio­senkę Ich było stu, na kob­zach grali, a ja byłem sam...

Pozo­sta­wiony sam sobie i wła­snym myślom Wal­ter stał przez chwilę nie­ru­chomo, wciąż oszo­ło­miony tą straszną wie­ścią o woj­nie. Jak to moż­liwe, że jesz­cze parę minut wcze­śniej taka myśl nawet nie zaświ­ta­łaby w jego gło­wie? Wojna? Wojna to bar­ba­rzyń­ski oby­czaj, a na takie nie ma miej­sca w dwu­dzie­stym wieku! Nie wolno do niej dopu­ścić i na pewno mądrzy przy­wódcy nie pozwolą, by do takich strasz­li­wych krwa­wych zma­gań docho­dziło teraz mię­dzy cywi­li­zo­wa­nymi naro­dami.

Uspo­ko­iw­szy w ten spo­sób wła­sne obawy i stłu­miw­szy nagły nie­po­kój, Wal­ter z ulgą powró­cił do świata i życia, które były mu bli­skie, bo jak mało kto potra­fił zachwy­cać się urodą jed­nego i dru­giego. Wojna nie przy­sta­wała do tego sierp­nio­wego, cie­płego wie­czoru, opa­da­ją­cego powoli na odpo­czy­wa­jące po let­nim upale Glen, pełne sta­rych domostw z cie­ni­stymi weran­dami, ugi­na­ją­cych się pod cię­ża­rem owo­ców sadów i barw­nych, ukwie­co­nych bajecz­nie ogro­dów. Różo­wo­po­pie­late niebo poły­ski­wało per­łowo w miej­scach, w któ­rych prze­ta­czała się po nim zło­ci­sta kula zacho­dzą­cego słońca, ustę­pu­ją­cego miej­sca sre­brzą­cemu się nie­śmiało nad przy­sta­nią księ­ży­cowi. Cich­nące pogwiz­dy­wa­nie droz­dów mie­szało się w powie­trzu z szu­mem poru­sza­nych przez wie­czorny wiatr drzew i dola­tu­ją­cymi z pootwie­ra­nych okien śmie­chami stro­ją­cych się na tańce dziew­cząt.

Przy­naj­mniej dadzą mi spo­kój i nie będą cią­gnęli do latarni. Oka­zuje się, że cho­ro­wa­nie na tyfus ma też swoje dobre strony - pomy­ślał i nie wia­domo dla­czego zro­biło mu się smutno.

Tym­cza­sem Rilla zdą­żyła się już prze­brać i teraz wychy­liła się przez okno w swoim pokoju. Z jej mister­nie upię­tych wło­sów wysu­nął się mały, żółty bra­tek i pofru­nął w dół, zni­ka­jąc w wyso­kiej tra­wie. Przez chwilę myślała, żeby zejść na dół i go poszu­kać, ale zaraz przy­po­mniała sobie, że ma ich dużo powpi­na­nych we włosy przez pannę Oli­ver.

- Jak cicho! - Głę­boko nabrała powie­trza do płuc. - To będzie piękna, cie­pła noc. Jest tak spo­koj­nie, że sły­chać nasze dzwonki, poroz­wie­szane w Doli­nie Tęczy. Kiedy my je tam poprzy­cze­pia­li­śmy? Chyba z dzie­sięć lat temu!

- Tak, a kiedy wiatr nimi poru­sza, zdaje mi się, że sły­szę tę samą muzykę, o któ­rej pisał Mil­ton w Raju utra­co­nym3.

- Ja pamię­tam tylko, jak w dzie­ciń­stwie sza­le­li­śmy w Doli­nie Tęczy - powie­działa Rilla i jej buzię roz­ja­śnił roz­ma­rzony uśmiech.

Teraz po Doli­nie Tęczy nie bie­gały już żadne dzieci; wszyst­kie doro­sły. Wie­czo­rami było tam cicho i zwy­kle pusto, więc Wal­ter zacho­dził tam, by sobie poczy­tać w spo­koju. Od czasu do czasu Jim i Faith uma­wiali się na pola­nie na swoje randki albo Nan i Jerry sia­dy­wali na sta­rym, zwa­lo­nym pniu i dys­ku­to­wali z zapa­łem, bo te wspólne tematy były naj­wyż­szą formą ich wza­jem­nego sobą ocza­ro­wa­nia. Rilla też miała w doli­nie swoje ulu­bione miej­sce, gdzie lubiła się zaszyć, gdy chciała pobyć sama.

- Zanim wyj­dziemy, muszę zaj­rzeć do kuchni. Zuzanna nie daro­wa­łaby mi, gdy­bym nie poka­zała jej, jak wyglą­dam.

Zbie­gła lekko po scho­dach i pomknęła do pogrą­ża­ją­cej się o tej porze w mroku kuchni, w któ­rej Zuzanna była zajęta jakimś szy­ciem. Czuła się śliczna i chciała, żeby uko­chana nia­nia mogła się nią poza­chwy­cać. W jasno­zie­lo­nej, szy­fo­no­wej sukience, z przy­pię­tym do paska bukie­ci­kiem bla­do­ró­żo­wych sto­kro­tek, w popie­la­tych pan­to­flach z nabłysz­cza­nej skórki, wyglą­dała jak zwiewny obło­czek. I jesz­cze te bratki, któ­rymi panna Ger­truda ozdo­biła jej upięte do góry włosy; z mister­nego koka na czubku głowy tu i ówdzie wysu­wały się nie­sforne loki... Wyglą­dała tak ład­nie i świeżo, tak rado­śnie, że nawet pijąca w kuchni her­batę kuzynka Zuzanny, Zofia Craw­ford, popa­trzyła na nią z praw­dzi­wym upodo­ba­niem, co było o tyle nie­zwy­kłe, że Zofii mało co na tym świe­cie się podo­bało.

Zofia i Zuzanna pogo­dziły się jakiś czas temu, gdy pani Craw­ford prze­pro­wa­dziła się do Glen i zaczęła odwie­dzać swoją kuzynkę na Zło­tym Brzegu. Zuzanna nie zawsze się z tych wizyt cie­szyła, bo obco­wa­nie z Zofią - osobą z jed­nej strony wścib­ską, z dru­giej dość humo­rza­stą - nie było łatwe ani przy­jemne. Gdy Ania zapy­tała kie­dyś Zuzannę, skąd jej rezerwa wobec krew­nej, ta odpo­wie­działa krótko:

- Jedni ludzie przy­cho­dzą z wizytą, a inni prze­pro­wa­dzają wizy­ta­cję.

Popa­trzyła przy tym tak wymow­nie, że pani Bly­the nie miała wąt­pli­wo­ści, czym są w jej oczach odwie­dziny Zofii.

Zofia Craw­ford była chuda i długa; zresztą wszystko w niej wyda­wało się dłu­gie: cienki nos, wąskie wargi, paty­ko­wate nogi i zda­jące się nie mieć końca chude ręce, które z rezy­gna­cją spla­tała na zapad­nię­tej klatce pier­sio­wej z nie­wi­docz­nym biu­stem. Cała była też blada, jakby trudy życia wypłu­kały z niej wszyst­kie kolory. Popa­trzyła na Rillę wybla­kłymi oczami i zapy­tała ją raczej smęt­nie niż z zacie­ka­wie­niem:

- To pani włosy? Praw­dziwe?

- Oczy­wi­ście! - obru­szyła się Rilla.

- To nie­do­brze! - zawy­ro­ko­wała Zofia, krę­cąc posęp­nie głową, upstrzoną cien­kimi locz­kami w mysim kolo­rze. - Taka gęstwina wło­sów ujmuje czło­wie­kowi sił, a brak sił to wia­domo: gruź­lica. Nie mówię od razu, że pani jest chora, ale lepiej uwa­żać. Obciąć albo co. Sły­sza­łam, że się wybie­ra­cie na potań­cówkę. Podobno nawet chło­paki od pastora odgra­żają się, że będą tań­czyć. Oni to niech tam, ale dziew­czy­nom z ple­ba­nii nie wypada. Ja się ni­gdy do tańca nie rwa­łam, bo kie­dyś jedna taka, co to ją dobrze zna­łam, wzięła i umarła w cza­sie tańca. No i jak tu iść w tany, jak czło­wiek wie, czym to grozi?

- No i co? - zapy­tała Rilla nie­zbyt grzecz­nie. - Potem już nie tań­czyła?

- Jak miała tań­czyć, skoro umarła? - ziry­to­wała się Zofia. - Umarli nie tań­czą, prawda? Pocho­dziła z Low­bridge i tam ją pocho­wali. Niech pani osłoni sobie szyję.

- Teraz? Prze­cież jest cie­pło. Zawiążę sobie chustkę, gdy będziemy pły­nęli łodzią do latarni.

- Jak pani sobie chce. Tylko niech pani uważa na tej łodzi! Czter­dzie­ści lat temu, pamię­tam jak dziś, też mło­dzi wybrali się na prze­jażdżkę łódką. Cała ich gro­mada się do niej napa­ko­wała. Za dużo ich było; łódź nie dała rady i wszy­scy poszli na dno. Wszy­scy! Oby dziś tak samo się nie stało! Nie pró­bo­wała pani czymś sobie tych pie­gów wywa­bić? Radzę pani jakimś sokiem je nacie­rać, byle kwa­śnym.

- No, kto jak kto, ale ty na pie­gach znasz się wyśmie­ni­cie, Zofio - wtrą­ciła się pospiesz­nie Zuzanna, widząc minę Rilli. - Pamię­tam prze­cież, że jako młoda dziew­czyna byłaś nakra­piana jak indy­cze jajo! Przez cały rok, a nasza Rilla ma je tylko w lecie, od słońca! Nie przej­muj się nią, kocha­nie. Wyglą­dasz jak praw­dziwa księż­niczka, zwłasz­cza z tymi upię­tymi wło­sami. - Zer­k­nęła w dół i dostrze­gła na nogach Rilli srebrne pan­to­fle. - Ale w tych butach chyba się nie wybie­rasz na plażę, co?

- Oczy­wi­ście, że nie - uspo­ko­iła ją Rilla. - Wszyst­kie idziemy w wygod­nych butach; dopiero na miej­scu się prze­bie­rzemy. Jak moja sukienka, Zuzanno? - Obró­ciła się dookoła wła­snej osi, a wokół niej zafa­lo­wała zie­lona mgła.

Zuzanna już miała pochwa­lić sukienkę, ale Zofia ją uprze­dziła.

- Też mia­łam taką - powie­działa z wes­tchnie­niem. - Była zie­lona, przy­stro­jona kwia­tami i sze­le­ściła fal­ba­nami, gdy szłam. Bo suk­nia musiała mieć fal­bany, żeby ukryć ciało, które pod nią było. Nie to, co teraz, kiedy panny bie­gają w obci­słych try­ko­tach i poka­zują, czym ich Pan Bóg obda­rzył. Ten świat scho­dzi na manowce; tyle wam powiem! No i na tej mojej pierw­szej zaba­wie tań­cu­ją­cej zacze­pi­łam fal­baną o jakiś gwóźdź i ją głę­boko roz­dar­łam. A potem, jakby tego było mało, wpa­dłam na kogoś, kto pił her­batę, i ta her­bata zna­la­zła się na mojej sukni. Tak że jak wró­ci­łam do domu, to z mojej kre­acji zostały strzępy. Niech pani uważa na swoją sukienkę! - Zofia ostrze­gaw­czo poki­wała pal­cem i jesz­cze raz zlu­stro­wała Rillę bacz­nym spoj­rze­niem. - A nie powinna być tro­chę dłuż­sza? Nogi ma pani takie chude i cią­gną się do samej ziemi...

Zuzanna popa­trzyła na kuzynkę z głę­boką dez­apro­batą.

- Rilla jest jesz­cze dziew­czynką, a w tym domu dziew­czynki nie cho­dzą w sukien­kach do ziemi - oznaj­miła tonem peł­nym urazy, jakby to ją oso­bi­ście dotknęły cierp­kie uwagi Zofii.

Rilla też była ura­żona, ale sło­wami Zuzanny. Dziew­czynka! Też wymy­śliła! Opu­ściła kuch­nię dotknięta w swo­jej pięt­na­sto­let­niej god­no­ści, pra­wie zła. Ależ ta Zuzanna jest! Niby stara, a nic nie rozu­mie. Naprawdę jej się wydaje, że nie można być d o r o s ł y m, dopóki nie skoń­czy się sześć­dzie­się­ciu lat? I jesz­cze ta jej pociotka Zofia! Jak ona śmiała tak komen­to­wać jej piegi i chude nogi?! Jakby sama była Bóg wie jaką pięk­no­ścią! A wygląda jak ta żerdź, które Zuzanna usta­wia w warzyw­niku do pod­trzy­my­wa­nia fasoli!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki