Było cieple, nasiąknięte złotem, przyjemne popołudnie. W
obszernej bawialni na Złotym Brzegu siedziała Zuzanna Baker, tonąc
w aureoli własnego zadowolenia. Była już czwarta po południu i
Zuzanna, która pracowała zazwyczaj intensywnie od szóstej rano,
uważała, że zasłużyła na godzinkę odpoczynku i ploteczek. Była w
danej chwili najzupełniej szczęśliwa, bo nawet w kuchni dzisiaj
wszystko szło, jak z płatka. Dr. Jekyll nie był Mr. Hyde'em i nie
grał na jej nerwach, a z miejsca, na którem obecnie siedziała,
mogła ze swobodą obserwować przedmiot swej najwyższej dumy,
mianowicie gazon peonij, własne arcydzieło, kwitnących, jak żadne
peonje w Glen St. Mary nigdy nie kwitły. Były tam peonje purpurowe,
srebrzyste i białe, jak zimowy czyściutki śnieg. Zuzanna miała na sobie nową czarną jedwabną bluzkę, jakiej
nawet pani Marszałkowa Elliott nigdy nie nosiła, i biały,
nakrochmalony fartuch pięknie związany skrzyżowanemi taśmami
szerokości pięciu cali. Fartuchy takie też nieczęsto się widzi. Nic
dziwnego, że Zuzanna posiadała samopoczucie dobrze ubranej kobiety
i ze spokojem poczęła przeglądać numer "Codziennych Przedsięwzięć"
zabierając się do uważnego odczytania "Wiadomości" z Glen, które,
jak właśnie objaśniła ją panna Kornelja, zajmowały dzisiaj pół
kolumny i wspomniano w nich prawie o każdym mieszkańcu Złotego
Brzegu. Na tytułowej stronicy "Przedsięwzięć" widniał wielki
nagłówek artykułu o tem, że jakiś Arcyksiążę Ferdynand, czy ktoś
tam, został zamordowany w miejscowości noszącej śmieszną nazwę
Sarajewo. Lecz Zuzanna nie interesowała się tak mało ważnemi
sprawami, lubiła coś istotnie życiowego. O, tutaj były "Notatki z
Glen St. Mary". Zuzanna poprawiła się na krześle i poczęła
odczytywać jedną wiadomość po drugiej na głos, jakby pragnąc
wydobyć z tego jak najwięcej zadowolenia. Pani Blythe i gość jej, panna Kornelja (niestety, pani
Marszałkowa Elliott), gawędziły wpobliżu otwartych drzwi
prowadzących na werandę poprzez które wnikało chłodne rozkoszne
powietrze, przynosząc z ogrodu woń rozkwitłych kwiatów i echo
wesołych głosów od strony winnej altanki, gdzie znajdowali się
Rilla, panna Oliver i Władzio, prowadząc ożywioną rozmowę i śmiejąc
się wesoło. Gdziekolwiek była Rilla Blythe, tam musiał być
serdeczny wesoły śmiech. W bawialni znajdowała się jeszcze jedna żywa istota,
zwinięta w kłębek na kanapie, która posiadała bardzo silną
indywidualność i prawdopodobnie była jedyną żywą istotą, której
Zuzanna niecierpiała. Wszystkie koty są tajemnicze, lecz "Dr. Jekyll i Mr. Hyde"
(w skróceniu "Doc") był tajemniczy potrójnie. Był to kot o
podwójnej osobowości, albo, jak twierdziła Zuzanna, musiał być
opętany przez djabła. Coś niesamowitego istniało od samego początku
jego egzystencji. Przed czterema laty Rilla Blythe miała ukochanego
kociaka, białego jak śnieg, o czarnym ogonku, którego nazwala Jacek
Mróz. Zuzanna nie lubiła Jacka Mroza, chociaż nie umiała nigdy tej
swojej niechęci uzasadnić. - Proszę mi wierzyć na słowo, pani doktorowo, - mawiała
zazwyczaj złowróżbnie, - że z tego kota nic dobrego nie będzie. - Ale dlaczego Zuzanna tak sądzi? - pytała niejednokrotnie
pani Blythe. - Nie sądzę, tylko wiem, - brzmiała odpowiedź Zuzanny
pełna gwarancji. Co do innych mieszkańców Złotego Brzegu, to Jacek Mróz był
ich faworytem: bardzo czysty i dobrze wychowany, przytem nie
pozwolił nigdy, aby na jego białem futerku była choć najdrobniejsza
plamka. Posiadał niezwykle miły sposób mruczenia i łaszenia się,
jednem słowem potrafił zaskarbić sobie serca wszystkich. I nagle nieoczekiwana tragedja zawisła nad Złotym
Brzegiem. Jacek Mróz miał kocięta! Trudno byłoby opisać szalony triumf Zuzanny. Czyż nie
mówiła zawsze, że przyjdzie dzień, kiedy kot okaże się całkiem
czemś innem? Teraz wreszcie wszyscy się sami przekonali! Rilla zatrzymała jedno z kociąt, bardzo ładne, o burem
futerku, przecinanem pomarańczowemi pręgami, i o dużych atłasowych,
złocistych uszkach. Nazwała kociaka Złotko i imię to zdawało się
pasować najzupełniej do małego figlarnego stworzonka, które w
zaraniu swej młodości nie zdradzało się nigdy, że posiada ponure i
mściwe usposobienie. Zuzanna oczywiście ostrzegła całą rodzinę, że
niczego dobrego nie można się spodziewać po potomku tego
diabelskiego Jacka Mroza. Lecz ostrzeżenia Zuzanny zbywano tylko
śmiechem. Rodzina Blythe'ów tak nawykła uważać Jacka Mroza za
członka płci brzydkiej, że trudno jej było wyzbyć się tego
przyzwyczajenia. To też mówiono nadal o kotce, jak o stworzeniu
rodzaju męskiego, aczkolwiek stwarzało to sytuacje nader śmieszne.
Goście zazwyczaj otwierali szeroko oczy, gdy Rilla mówiła: "Jack i
jego kocięta", albo zwracała się poważnie do Złotka: "Idź do matki
i powiedz "mu", żeby ci wymył futerko". - To jest stanowczo nieprzyzwoite, pani doktorowo, -
mówiła Zuzanna z goryczą. Ona sama starała się pójść na kompromis,
mówiąc o Jacku "ono", albo "białe zwierzątko". Nikt z mieszkańców
Złotego Brzegu nie był zbytnio zrozpaczony, gdy następnej zimy
"ono" zostało otrute. Z biegiem czasu Złotko stało się już tak dorosłe, że
nadane mu imię jakoś dziwnie nie pasowało i Władzio, który właśnie
zaczytywał się książkami Stevensona, ochrzcił kota mianem "Dr.
Jekyll i Mr. Hyde". W swym nastroju Dr. Jekylla kot był senny,
pieszczotliwy, zadomowiony i bardzo lubił, gdy go głaskano, klepano
i pieszczono. Szczególnie lubił leżeć na grzbiecie z wyciągniętą
lśniącą szyją i mruczeć w sennem zadowoleniu. Mruczał zresztą
prześlicznie. Jeszcze nigdy na Złotym Brzegu nie było kota, któryby
tak stale i z takiem przejęciem mruczał. - Jedyna rzecz, jakiej zazdroszczę kotom, to mruczenie, -
mówił Dr. Blythe, przysłuchując się monotonnej melodii Doca. -
Mruczenie to wyraża całą pełnię zadowolenia. Doc był bardzo ładny. W każdym ruchu posiadał mnóstwo
gracji, a pozy jakie przybierał były pełne godności. Gdy wyciągał
swój długi puszysty ogon, siedząc na werandzie z wzrokiem utkwionym
w przestrzeni, państwo Blythe dochodzili do wniosku, że nawet
egipski Sfinks nie miał w swej postaci więcej tajemniczości i
wspaniałego majestatu. Gdy napadał go nastrój Mr. Hyde'a, co się przeważnie
zdarzało przed deszczem, lub wiatrem, stawał się dzikiem
stworzeniem o zmienionych oczach. Przeistoczenie to następowało
zawsze nieoczekiwanie. Zeskakiwał wtedy z kanapy z niepohamowanym
sykiem i wrzaskiem, gryząc i drapiąc każdego, kto usiłował go
udobruchać. Sierść Doca stawała się wtedy ciemniejsza, a oczy jego
połyskiwały diabelskim blaskiem. Było w nim coś, co przerażało,
lecz jednocześnie zachwycało swem demonicznem pięknem. Gdy
przeistoczenie następowało o zmierzchu, wszyscy mieszkańcy Złotego
Brzegu uczuwali dziwny lęk. W takich razach Doc stawał się
nieustraszonem stworzeniem i tylko Rilla broniła go, twierdząc, że
jest "taki piękny kot-włóczęga". Istotnie Doc w chwili szaleńczego
swego nastroju lubił się włóczyć. Dr. Jekyll lubił świeże mleko, Mr. Hyde na mleko nawet nie
patrzył i warczał ponuro nad kawałkiem mięsa. Dr. Jekyll schodził
po schodach tak cicho, że nikt kroków jego nawet dosłyszeć nie
mógł, krok Mr. Hyde'a był tak ciężki, jak stąpanie zmęczonego
człowieka. Niekiedy wieczorami, gdy Zuzanna zostawała sama w domu,
"drętwiała ze strachu", jak twierdziła, słysząc głośne kroki Doca.
Siadywał na środku kuchni ze straszliwym wzrokiem utkwionym w jej
twarzy i tak mógł siedzieć całemi godzinami. Poprostu działało to
jej na nerwy, lecz napróżno biedna Zuzanna chciała go z kuchni
wypędzić. Raz nawet ośmieliła się rzucić w Doca kawałkiem drzewa,
lecz wówczas bestja skoczyła na nią. Zuzanna wybiegła z
przestrachem i od tej pory nigdy już nie zaczynała z Mr. Hyde'em,
choć, gdy Doc popadał w nastrój Dr. Jekylla zdobywała się na tyle
odwagi, aby mu dać prztyczka w nos. - "Przyjaciele panny Flory Meredith, Jerzy Meredith i
James Blythe", - czytała Zuzanna, cedząc z zadowoleniem nazwiska
przez zęby, - "przed kilku tygodniami wrócili do domu z Redmond.
James Blythe, który otrzymał stopień naukowy w roku 1913, ukończył
właśnie pierwszy kurs medycyny". - Flora Meredith wyrosła na piękną dziewczynę, - zauważyła
panna Kornelja, pochylając się nad swoją robótką filet. - Naprawdę
trzeba podziwiać, jaka w tych dzieciach zaszła zmiana od chwili,
gdy Rozalja West zamieszkała na plebanji. Ludzie zapomnieli prawie
zupełnie ile dawniej dzieciaki przysparzały kłopotu. Aniu,
kochanie, pamiętasz, jak się dawniej zachowywały? Nie
przypuszczałam, aby Rozalja mogła mieć na nie taki wpływ. Jest
raczej ich przyjaciółką, niż macochą. Dzieciaki pokochały ją, a Una
poprostu uwielbia Rozalję. Stała się prawdziwą niewolnicą małego
Bolcia, nic dziwnego zresztą, bo to strasznie miły dzieciak. Ale
czy widziałaś kiedy, aby dziecko było tak podobne do ciotki, jak
Bolcio do Heleny? Ma takie same ciemne włosy i jest tak samo
uparty. Nie posiada ani odrobiny podobieństwa do Rozalji. Norman
Douglas utrzymuje żartem, że bocian przynosząc Bolcia miał na myśli
jego i Helenę i tylko przez omyłkę pozostawił go na plebanii. - Bolcio uwielbia Jima, - rzekła pani Blythe. - Gdy Jim
przychodni na plebanję, Bolcio chodzi za nim, jak przywiązany mały
psiak, przyglądając mu się z pod zmarszczonych czarnych brwi.
Jestem pewna, że niema takiej rzeczy, którejby dla Jima nie zrobił. - Czy z Jima i Flory będzie para? Pani Blythe uśmiechnęła się. Wiadome było wszystkim, że
panna Kornelja, która przed laty jeszcze tak niecierpiała mężczyzn,
teraz najchętniej łączyła młode pary. - Są tylko dobrymi przyjaciółmi, panno Kornelio. - Dobrymi przyjaciółmi, wierzaj mi, - rzekła panna
Kornelja dobitnie. - Wiem o wszystkiem, co wyprawia ta młodzież. - Nie wątpię, że Mary Vance stara się już o to, żeby pani
wiedziała, pani marszałkowo Elliott, - wtrąciła Zuzanna znacząco. -
Sądzę jednak, że wstyd mówić o małżeństwie takich dzieci. - Dzieci! Jim ma już dwadzieścia jeden lat, Flora
dziewiętnaście, - odparła panna Kornelja. - Nie należy zapominać,
Zuzanno, że my, stare, nie jesteśmy jedynemi dorosłemi osobami na
świecie. Skrzywdzona Zuzanna, która nie lubiła wszelkich docinków
na temat wieku, nie z próżności, lecz z obawy, że ludzie mogą
pomyśleć, iż jest już za stara do pracy, zabrała się na nowo do
czytania "Wiadomości". - "Karol Meredith i Shirley Blythe wrócili do domu w
zeszły piątek z Akademii Królewskiej. Domyślamy się, że Karol
zaangażowany zostanie do szkoły w Porcie na rok przyszły i jesteśmy
pewni, że wkrótce stanie się popularnym i jednym z najzdolniejszych
nauczycieli". - Skończył akademię, lecz Mr. Meredith i Rozalja pragną,
aby jesienią jechał do Redmond, Karol jednak chce sam zarabiać na
swoje dalsze wykształcenie. Dzielny z niego chłopak. - "Władysław Blythe, który od dwóch lat był nauczycielem w
Lowbridge, opuścił zajmowane stanowisko, - czytała Zuzanna. -
"Podobno zamierza na jesieni wyjechać do Redmond". - Czy Władzio jest już dość silny, aby wybrać się do
Redmond? - zagadnęła z niepokojem panna Kornelia. - Sądzimy, że nabierze sił do jesieni, - rzekła pani
Blythe. - Wypoczynek letni na świeżem powietrzu i słońcu dobrze mu
zrobi. - Febra jest trudną rzeczą do wyleczenia. - zauważyła
panna Kornelja z naciskiem, - tem bardziej, jeżeli ktoś jest tak
delikatny, jak Władzio. Sądzę, że lepiejby zrobił, gdyby odłożył
studja jeszcze na jeden rok. Ale on jest strasznie ambitny. Czy i
Di i Nan także wyjeżdżają? - Tak. Obydwie chcą udzielać lekcyj na przyszły rok, lecz
Gilbert uważa, że lepiej będzie, gdy jesienią wyjadą do Redmond. - Bardzo mnie to cieszy. Żywym przykładem będzie dla nich
Władzio, któremu nauka przyjdzie bez trudu. Przypuszczam, -
ciągnęła dalej panna Kornelja, zerkając na Zuzannę, - że po
naganie, którą otrzymałam przed pięciu minutami, nie popełnię
nietaktu twierdząc, iż Jurek Meredith robi oko do Nan. Zuzanna zdawała się nie słyszeć tej uwagi, a pani Blythe
zaśmiała się znowu. - Mam pełne ręce roboty z tymi chłopcami i dziewczętami,
nieprawdaż, droga panno Korneljo? Gdybym to wszystko brała poważnie
głowa by mi pękła. Trudno jeszcze wiedzieć, co będzie, gdy
dzieciaki dorosną. Gdy patrzę na tych dwóch moich wysokich synów,
dziwię się, że to ci sami chłopcy, których kołysałam, pieściłam i
śpiewałam im do snu. Czyż Jim nie był najmilszem dzieckiem w starym
Wymarzonym Domku? A teraz jest już prawie dorosłym mężczyzną,
zalecającym się do panien. - Wszyscy się starzejemy, - westchnęła panna Kornelja. - Przypomina mi zawsze o starości tylko jedna rzecz, -
uśmiechnęła się pani Blythe, - a mianowicie ręka, którą złamałam,
gdy Józia Payówna kazała mi przejść przez ogrodzenie Barrych na
Zielonem Wzgórzu. Jeszcze do dzisiaj czuję darcie na zmianę pogody.
Trudno twierdzić, że to jest reumatyzm, chociaż boli dotkliwie. Co
do dzieci, to zarówno moje, jak i Meredithów układają plany na
wesołe przepędzenie lata zanim wyjadą na studja. Wesoły z nich
narodek. Wprowadzają do domu mnóstwo wesołości i serdecznego
śmiechu. - Czy Rilla wstąpi na Akademię, jak Shirley wróci? - To jeszcze nie jest postanowione. Mam wrażenie, że
raczej nie. Przedewszystkiem ojciec twierdzi, że nie jest dość
silna, bo zbytnio wyrośnięta na swój wiek, ja znów chciałabym choć
jedno ze swych dzieci mieć przy sobie na przyszłą zimę. Z nudów
musiałybyśmy z Zuzanną kłócić się chyba codziennie. Zuzanna uśmiechnęła się słysząc te słowa. Bawiła ją sama
myśl, że mogłaby kłócić się z "kochaną panią doktorową"! - A Rilla sama, czy chce jechać? - zapytała panna
Kornelja. - Nie. Trzeba przyznać, że jedynie Rilla nie posiada
wygórowanej ambicji. Wolałabym, żeby była bardziej ambitna. Wesołe
przepędzenie czasu jest jej jedynym ideałem. - Dlaczegóżby miało być inaczej, pani doktorowo, -
zawołała Zuzanna, która nie mogła znieść, aby ktoś występował
przeciw młodym mieszkańcom Złotego Brzegu. - Młoda dziewczyna
powinna wesoło przepędzać czas, jabym nie była lepsza na jej
miejscu. Jeszcze zdąży nauczyć się łaciny i greki. - Chciałabym widzieć w niej odrobinę poczucia
odpowiedzialności, Zuzanno. Wiesz sama dobrze, że Rilla jest
strasznie próżna. - Ma do tego powody, - odparła Zuzanna - jest
najpiękniejszą dziewczyną w Glen St. Mary. Czy tamte z za Portu, te
wszystkie Mac Allisterówny, Crawfordówny i Elliottówny mogą się z
nią równać? Nie, pani doktorowo. Znam moje stanowisko, lecz nie
pozwolę nikomu oczerniać Rilli. Proszę to wziąć pod uwagę, pani
marszałkowo Elliott. Zuzanna znalazła wreszcie okazję do poróżnienia się z
panną Kornelją i ukarania jej za swatanie "dzieci". Z większem
jeszcze zadowoleniem zaczęła czytać dalej "Nowiny". - "Miller Douglas postanowił nie wyjeżdżać na Zachód.
Twierdzi, że stara wyspa Księcia Edwarda zupełnie mu wystarcza i
postanawia nadal gospodarować ze swą ciotką, panią Aleksandrową
Davis". Zuzanna spojrzała znacząco na pannę Kornelję. - Słyszałam, pani marszałkowo Elliott, że Miller zaleca
się do Mary Vance. Wycelowana strzała nie chybiła. Panna Kornelja spłonęła
rumieńcem. - Nigdybym na to nie pozwoliła, aby Miller Douglas kręcił
się koło Mary, - rzekła ostro. - Miller pochodzi z prostej rodziny.
Ojciec jego był najgorszym z Douglasów, nigdy się zresztą nie
liczył ze słowami, a matka należała do tej okropnej rodziny
Dillonów z Portu. - O ile słyszałam, pani Marszałkowo Elliott, to rodzice
Mary Vance też nie należeli do arystokracji. - Mary Vance otrzymała dobre wychowanie i jest skromną,
mądrą i zdolną dziewczyną, - odparła panna Kornelja. - Nie leci
wcale na Millera Douglasa, wierzajcie mi! Wie doskonale, co ja o
tem myślę, a dotychczas nigdy jeszcze nie okazywała mi
nieposłuszeństwa. - Niema powodu do zmartwień, pani Marszałkowo Elliott, bo
wiem, że pani Aleksandrowa Davis jest tak samo przeciwna temu,
twierdząc, że żaden z jej siostrzeńców nie poślubi nigdy takiej
osoby, jak Mary Vance. - Zuzanna umilkła, uważając się za
zwyciężczynię i zabrała się na nowo do czytania dziennika. - "Dowiadujemy się z przyjemnością, że panna Oliver
została zaangażowana na następny rok, jako nauczycielka. Panna
Oliver przepędzi wakacje w domu w Lowbridge". - Strasznie się cieszę, że Gertruda zostaje, - rzekła pani
Blythe. - Ogromnieby jej nam brakowało, ma przytem nadzwyczajny
wpływ na Rillę, która ją uwielbia. Są serdecznemi przyjaciółkami
mimo takiej różnicy wieku. - Słyszałam, że zamierza wyjść zamąż? - Owszem, mówiono o tem, ale zostało to odłożone jeszcze
na rok. - Któż jest tym młodzieńcem? - Robert Grant, młody adwokat z Charlottetown. Mam
nadzieję, że Gertruda będzie z nim szczęśliwa. Smutne miała życie,
przepełnione goryczą i dlatego jest taka wrażliwa. Pierwsza jej
młodość już minęła i obecnie jest sama jedna na świecie. Miłość,
która się zrodziła w jej sercu jest dla niej czemś tak
nieoczekiwanem, że chwilami nie śmie w nią wierzyć. Gdy ślub musiał
ulec zwłoce, wpadła w skrajną rozpacz, aczkolwiek nie było to winą
Mr. Granta. Zaszły pewne komplikacje w sprawach posiadłości jego
ojca, który umarł zeszłej zimy i syn nie może się ożenić, dopóki
wszystko nie zostanie załatwione. Mam wrażenie jednak, że Gertruda
przyjęła to za omen, uważając, że szczęście ją zawodzi. - Nie należy nigdy, pani doktorowo, liczyć zbytnio na
jednego mężczyznę, - zauważyła uroczyście Zuzanna. - Mr. Grant jest tak samo zakochany w Gertrudzie, jak ona
w nim, Zuzanno. To nie on ją zawiódł w tym wypadku, tylko złośliwy
los. Gertruda posiada w duszy dużo mistycyzmu i z tego powodu
ludzie nazywają ją przesądną. Ma dziwną wiarę w sny i trudno jej to
wyperswadować. Muszę przyznać, że niektóre jej sny... Ale broń
Boże, żeby Gilbert miał usłyszeć, że wypowiadam takie herezje. Co
takiego interesującego znalazłaś, Zuzanno? Zuzanna wydała głośny okrzyk. - Proszę posłuchać, pani doktorowo: "Mrs. Zofja Crawford
opuściła swój dom w Lowbridge i zamierza zamieszkać ze swą
siostrzenicą, panią Albertową Crawford". Przecież Zofja jest moją
kuzynką, pani doktorowo. Kłóciłyśmy się zawsze, będąc dziećmi,
która z nas ma wziąć ze szkoły niedzielnej kartę z napisem "Bóg
jest Miłością" i od tego czasu nigdyśmy ze sobą nie rozmawiały. A
teraz Zofja przyjeżdża tu, aby zamieszkać naprzeciw nas. - Powtórzycie dawne sprzeczki, Zuzanno. Chociaż uważam, że
w sąsiedztwie najlepsza jest zgoda. - Kuzynka Zofja zawsze rozpoczynała kłótnie, więc powinna
teraz pierwsza mnie przeprosić, pani doktorowo. - rzekła Zuzanna
wzniośle. - Jeżeli wyciągnie rękę do zgody, to jestem o tyle dobrą
chrześcijanką, aby tę rękę uścisnąć. Nie jest ona osobą wesołą i
przez całe życie słynęła z ponurego usposobienia. Jak ją widziałam
po raz ostatni, miała już twarz porządnie pooraną zmarszczkami.
Strasznie rozpaczała na pogrzebie pierwszego męża, lecz w niespełna
rok wyszła zamąż po raz drogi. Drugi jej mąż wypowiedział specjalne
kazanie zeszłej niedzieli w naszym kościele, twierdząc, że należy
kościół pięknie udekorować. - Przypomina mi to, że pan Pryor ogromnie nie lubi kwiatów
w kościele, - wtrąciła panna Kornelja. - Zawsze mówiłam, że będą
kłopoty, gdy ten człowiek przeprowadzi się tutaj z Lowbridge. Nigdy
nie będzie należał do starszyzny, powinni byliśmy o tem wiedzieć,
wierzajcie mi! Słyszałam, jak mówił, że jeżeli dziewczęta nadal
będą "ubierały ambonę temi chwastami", to on przestanie przychodzić
do kościoła. - Kościół inaczej wyglądał nim stary "Brodacz Księżycowy"
przybył do Glen i na pewno będzie wyglądał lepiej, jak on się
wreszcie stąd wyniesie, - rzekła Zuzanna. - Kto mu dał takie śmieszne przezwisko? - zapytała pani
Blythe. - Chłopcy z Lowbridge zawsze go tak nazywali, odkąd
pamiętam, pani doktorowo. Prawdopodobnie dlatego, że twarz ma
okrągłą i czerwoną i stale nosi bokobrody. Nie daj Boże, aby
usłyszał, że go tak nazywają. Pominąwszy jednak jego bokobrody,
pani doktorowo, sam on nie posiada odrobiny rozsądku i zawsze ma
jakieś głupie pomysły. Należy teraz do starszeństwa i podobno jest
bardzo religijny. Doskonale pamiętam te czasy, pani doktorowo, jak
przed dwudziestu laty pasał swoją krowę na cmentarzu w Lowbridge.
Zawsze przypominam sobie o tem, ile razy wygłasza kazanie. Wszystko
już wyczytałam z gazety, pozostałe wiadomości nie są ważne. Nigdy
nie interesowałam się sprawami zagranicznemi. Kto to jest ten
arcyksiążę, który został zamordowany? - Co to nas może obchodzić? - zauważyła panna Kornelja,
nie wiedząc o tem, że odpowiedź na jej pytanie los sam już
przygotowuje. - W krajach Bałkańskich zawsze muszą kogoś
zamordować. Taki jest normalny bieg rzeczy i naprawdę nie wiem
dlaczego nasze gazety drukują takie głupstwa. "Przedsięwzięcia"
stały się za bardzo sensacyjne. Ale muszę już iść do domu. Nie,
Aniu, nie zatrzymuj mnie na kolacji. Marszałek gotów byłby
pomyśleć, że beze mnie nie powinien jeść tego, co mu podadzą,
zresztą, jak każdy mężczyzna. Muszę już iść. Wszystkiego dobrego,
Aniu, kochanie. Jak się przedstawia sprawa z kotem? Ma znowu swój
napad? - Istotnie Doc w tej samej chwili skoczył pod nogi panny
Kornelji, parsknął w jej stronę, poczem wypadł przez okno. - O nie. Staje się tylko znowu Mr. Hyde'em, co oznacza, że
będziemy mieli deszcz jeszcze w nocy. Doc jest wspaniałym
barometrem. - Dzięki Bogu, że poszedł na włóczęgę, zamiast do mojej
kuchni, - rzekła Zuzanna. - Ja także pójdę zająć się kolacją.
Teraz, kiedy na Złotym Brzegu mamy tyle gości, przygotowanie
kolacji nie jest rzeczą tak łatwą.