Rilla ze Złotego Brzegu (ekskluzywna edycja) - L. M. Montgomery

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I. Plotki z Glen i inne sprawy

ROZ­DZIAŁ I

Plotki z Glen i inne sprawy

Było cie­płe, uro­cze popo­łu­dnie ze zło­tymi chmu­rami wędru­ją­cymi po nie­bie. W obszer­nym salo­nie Zło­tego Brzegu Susan Baker sie­działa z ponurą satys­fak­cją uno­szącą się nad nią jak aure­ola. Docho­dziła czwarta, i Susan, która pra­co­wała bez prze­rwy od szó­stej rano, poczuła, że należy jej się godzina odpo­czynku i plo­te­czek. I była w tym momen­cie abso­lut­nie szczę­śliwa. W kuchni wszystko poszło jej dosko­nale. Dok­tor Jekyll nie prze­kształ­cił się w Mister Hyde'a1, nie odbiło się to więc na jej ner­wach, za to z miej­sca, gdzie usia­dła, widziała dumę swego serca - rabatkę piwo­nii, które sama posa­dziła i upra­wiała, kwit­nącą w spo­sób nie­ma­jący sobie rów­nych w Glen St Mary, z kwia­tami koloru szkar­łat­nego, srebr­no­ró­żo­wego i bia­łego jak śnieżny powiew zimo­wego wia­tru.

Susan miała na sobie nową, czarną jedwabną bluzkę, rów­nie wyszu­kaną jak stroje noszone przez panią Mar­shal­lową Elliott, do tego biały nakroch­ma­lony far­tuch wykoń­czony skom­pli­ko­waną koronką - wła­sno­ręcz­nie zro­bioną szy­deł­kiem - o sze­ro­ko­ści ponad pię­ciu cen­ty­me­trów, nie wspo­mi­na­jąc o pasu­ją­cej do niej wstawce. Dzięki temu Susan towa­rzy­szyło miłe poczu­cie dobrze ubra­nej kobiety, kiedy otwo­rzyła "Daily Enter­prise" i zaczęła czy­tać Zapi­ski z Glen, które - jak wła­śnie poin­for­mo­wała ją panna Kor­ne­lia - zaj­mo­wały pół kolumny i zawie­rały wzmiankę o pra­wie każ­dym miesz­kańcu Zło­tego Brzegu. Na pierw­szej stro­nie gazety wid­niał wielki czarny nagłó­wek infor­mu­jący, że jakiś arcy­książę Fer­dy­nand został zamor­do­wany w miej­scu o dziw­nej nazwie Sara­jewo, ale Susan nawet nie zatrzy­mała się nad tą nie­in­te­re­su­jącą i nie­istotną sprawą. Chciała zna­leźć coś naprawdę waż­nego. O, tra­fiła: Zapi­ski z Glen St Mary. Roz­sia­dła się wygod­nie i czy­tała każde słowo gło­śno, aby lepiej uchwy­cić sens.

Pani Bly­the i jej gość, panna Kor­ne­lia - ina­czej mówiąc pani Mar­shal­lowa Elliot - gawę­dziły bli­sko otwar­tych drzwi, które pro­wa­dziły na werandę. Prze­do­sta­wała się przez nie chłodna, miła bryza, przy­no­sząc falę kwiet­nych zapa­chów z ogrodu i rado­sne echo z obwie­szo­nego winem kącika, gdzie Rilla w towa­rzy­stwie panny Oli­ver i Wal­tera śmiali się i gawę­dzili. Wszę­dzie tam, gdzie poja­wiła się Rilla Bly­the, sły­chać było śmiech.

W salo­nie znaj­do­wał się jesz­cze jeden osob­nik, zwi­nięty na kana­pie, któ­rego nie można pomi­nąć, ponie­waż było to stwo­rze­nie o zauwa­żal­nej indy­wi­du­al­no­ści, a ponadto jedyna żywa postać naprawdę znie­na­wi­dzona przez Susan.

Wszyst­kie koty to tajem­ni­cze istoty, ale "Dok­tor Jekyll i Mister Hyde" - w skró­cie Dok - był pod tym wzglę­dem posta­cią wybitną. Był kotem o podwój­nej oso­bo­wo­ści lub też - jak twier­dziła Susan - jego duszę posiadł sza­tan. Zacząć należy od tego, że samo jego pocho­dze­nie było bar­dzo nie­ty­powe. Cztery lata wcze­śniej Rilla Bly­the miała uko­chane kociątko, białe jak śnieg, z czarną koń­cówką ogonka, które nazwała Jack Frost2. Susan nie lubiła tego kotka, cho­ciaż nie potra­fiła ni­gdy podać żad­nej sen­sow­nej przy­czyny dla­czego.

- Sama się pani prze­kona, pani dok­to­rowo kochana - zło­wiesz­czyła - ten kot to nic dobrego.

- Dla­czego tak myślisz? - pytała wtedy pani Bly­the.

- Nie myślę, wiem - było jedyną odpo­wie­dzią, na którą było stać Susan.

Wszy­scy pozo­stali miesz­kańcy Zło­tego Brzegu prze­pa­dali za nim. Był czy­sty, zadbany, na jego ślicz­nym bia­łym ubranku ni­gdy nie było widać naj­mniej­szej plamki. I jak roz­kosz­nie mru­czał, prze­cią­ga­jąc się! Do tego był bez­względ­nie uczciwy.

A potem w Zło­tym Brzegu nastą­piła domowa tra­ge­dia. Jac­kowi Fro­stowi przy­tra­fiły się kocięta! Triumf Susan był nie do opi­sa­nia. Czyż to nie ona zawsze utrzy­my­wała, że ten kot okaże się nie­bez­pieczną ilu­zją? A teraz sami się prze­ko­nali!

Rilla zacho­wała jedno z kociąt, bar­dzo ładne, z nie­zwy­kle błysz­czą­cym ciem­no­żół­tym futer­kiem w poma­rań­czowe pasy i z wiel­kimi oczami, także zło­tego koloru. Nazwała go Gol­die czyli Złotko, a imię to wyda­wało się wła­ściwe dla małego figla­rza, który w kocięc­twie w żaden spo­sób nie zapo­wia­dał okrop­nego cha­rak­teru, jaki wkrótce miał się ujaw­nić. Susan oczy­wi­ście ostrze­gała całą rodzinę, że po potomku dia­bo­licz­nego Jacka Fro­sta nie można spo­dzie­wać się nic dobrego, ale prze­po­wied­nie Kasan­dry, czyli Susan, pozo­sta­wiano bez spe­cjal­nej uwagi.

Bly­the'owie byli tak przy­zwy­cza­jeni do trak­to­wa­nia Jacka Fro­sta jako członka rodziny płci męskiej, że nie umieli zmie­nić swych oby­cza­jów. Cały czas więc zwra­cali się do kotki męskim imie­niem, cho­ciaż wynik czę­sto oka­zy­wał się śmieszny. Goście oka­zy­wali nie­małe zdzi­wie­nie, kiedy Rilla mówiła o niej "Jack i jego kocięta" i zwra­cała się z pole­ce­niem do Gol­diego: "Idź do matki i poproś, żeby umył ci futerko".

- To nie­przy­zwo­ite, pani dok­to­rowo kochana - zrzę­dziła Susan. Ona sto­so­wała kom­pro­mis, nazy­wa­jąc Jacka "ono" albo "biała bestia" i była jedy­nym domow­ni­kiem, który nie cier­piał, kiedy "ono" zostało otrute któ­rejś zimy.

Z każ­dym dniem oka­zy­wało się coraz wyraź­niej, że Złotko jest nie­od­po­wied­nim imie­niem dla poma­rań­czo­wego kociaka, dla­tego po upły­wie roku Wal­ter, który wła­śnie czy­tał opo­wia­da­nie Ste­ven­sona, zamie­nił je na Dok­tor Jekyll i Mister Hyde. W prze­obra­że­niu dok­tora Jekylla kot był senny, uczu­ciowy, lubił prze­by­wać w domu, sie­dząc na mięk­kiej poduszce, uwiel­biał piesz­czoty, pokle­py­wa­nia i opiekę. Szcze­gól­nie kochał leże­nie na ple­cach, gdy gła­dzono jego kre­mowe gar­dziołko. Wtedy mru­czał z sen­nym zado­wo­le­niem, a jego mru­czanda były nie­zwy­kłe. W Zło­tym Brzegu był to pierw­szy kot, który usta­wicz­nie mru­czał i robił to w abso­lut­nej eks­ta­zie.

- Jedyną rze­czą, jaką zazdrosz­czę temu kotu, są jego mru­czanda - zauwa­żył pew­nego dnia dok­tor Bly­the, słu­cha­jąc mru­kli­wej melo­dii Dok­torka. - To jedyny znany mi dźwięk ozna­cza­jący peł­nię zado­wo­le­nia.

Dok­to­rek był bar­dzo przy­stojny. Każdy jego ruch był pełen gra­cji. Przyj­mo­wał wspa­niałe pozy, kiedy ukła­dał długi ogon w ciem­niej­sze kręgi wokół nóg, sia­da­jąc na weran­dzie, żeby patrzeć w prze­strzeń prze­cią­głym spoj­rze­niem. Bly­the'owie mieli wra­że­nie, że ich kot jest rów­nie boski co egip­ski Sfinks.

Kiedy nacho­dził go nastrój Mister Hyde'a, co zda­rzało się zazwy­czaj przed desz­czem lub wia­trem, sta­wał się dzi­ku­sem z odmie­nio­nym wzro­kiem. Trans­for­ma­cja nacho­dziła go zawsze nagle. Naraz senne marze­nia koń­czyły się gwał­tow­nym sko­kiem i ostrym miauk­nię­ciem, a nie­rzadko i ugry­zie­niem przy­trzy­mu­ją­cej go lub piesz­czą­cej dłoni. Futro mu ciem­niało, a w oczach poja­wiał się dia­bo­liczny błysk. Można było dostrzec w nim jakąś nie­ziem­ską pięk­ność. Jeżeli zmiana nastę­po­wała wie­czo­rem, wszy­scy miesz­kańcy Zło­tego Brzegu zaczy­nali odczu­wać przed nim strach. W takich momen­tach był prze­ra­ża­jącą bestią i jedy­nym jego obrońcą sta­wała się wów­czas Rilla, zapew­nia­jąc wszyst­kich, że to prze­cież "miły kot myśliwy". W rze­czy samej, był myśli­wym.

Dok­tor Jekyll uwiel­biał świeże mleko. Mister Hyde nawet go nie doty­kał i war­czał nad mię­sem. Dok­tor Jekyll scho­dził cicho ze scho­dów, by nikt go nie sły­szał. Mister Hyde stą­pał ciężko jak wiel­ko­lud. Cza­sami wie­czo­rem, gdy Susan zosta­wała sama w domu, prze­ra­żał ją dźwięk tego stą­pa­nia. Sia­dał pośrodku kuchni, a jego okropne oczy utkwione były w nią nie­raz przez całą godzinę. Grał jej w ten spo­sób na ner­wach, jed­nakże Susan za bar­dzo się go oba­wiała, by ośmie­lić się wyrzu­cić go z kuchni. Kie­dyś pozwo­liła sobie rzu­cić w niego kijem, w odpo­wie­dzi na co gwał­tow­nie sko­czył ku niej. Ucie­kła do innego pomiesz­cze­nia i ni­gdy potem nie pró­bo­wała w żaden spo­sób reago­wać na Mister Hyde'a - cho­ciaż odgry­wała się za jego postępki na nie­win­nym Dok­torze Jekyllu, wyga­nia­jąc go podle ze swo­jego kró­le­stwa za każ­dym razem, gdy odwa­żył się wsta­wić nos do kuchni, i odma­wia­jąc mu sma­ko­wi­tych kąsków, po które przy­cho­dził.

- Przed kil­koma tygo­dniami liczni przy­ja­ciele panny Faith Mere­dith, Geralda Mere­ditha i Jamesa Bly­the'a - czy­tała Susan, roz­ko­szu­jąc się tymi nazwi­skami - ucie­szyli się bar­dzo z ich powrotu do domu z Red­mond Col­lege. James Bly­the, który ukoń­czył wydział huma­ni­styczny w 1913 roku, wła­śnie zdał egza­miny, koń­cząc pierw­szy rok medy­cyny.

- Faith Mere­dith jest chyba naj­pięk­niej­szą dziew­czyną, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łam - komen­to­wała panna Kor­ne­lia nad robótką. - Jestem zdu­miona, jak te dzieci roz­wi­nęły się od chwili, gdy Rose­mary West zamiesz­kała na ple­ba­nii. Wszy­scy pra­wie zapo­mnieli o ich psi­ku­sach z dzie­ciń­stwa. Aniu kochana, czy uda się zapo­mnieć kie­dy­kol­wiek, jak się zacho­wy­wali? Naprawdę, Rose­mary pora­dziła sobie z nimi w zadzi­wia­jący spo­sób! Bar­dziej z niej kole­żanka niż maco­cha. Wszy­scy ją kochają, a Una wręcz uwiel­bia. A jeżeli cho­dzi o tego małego Bruce'a, Una jest jego oddaną nie­wol­nicą. Oczy­wi­ście jest roz­koszny. Ale czy widzie­li­ście kie­dy­kol­wiek dziecko tak podobne do ciotki jak on do Ellen? Jest tak samo czar­niawy i sta­now­czy. Nie widać w nim nawet jed­nej cechy Rose­mary. Nor­man Douglas zawsze żar­tuje, że bocian niósł Bruce'a dla niego i Ellen i cał­kiem przez pomyłkę zatrzy­mał się na ple­ba­nii.

- Bruce uwiel­bia Jema - ode­zwała się pani Bly­the. - Ile razy się tu zja­wia, cho­dzi za nim cichutko jak wierny pie­sek, obser­wu­jąc każdy jego krok spod czar­nych brwi. Gotów jest zro­bić dla mego syna wszystko, jestem o tym prze­ko­nana.

- Czy zanosi się na to, że Jem i Faith będą parą?

Pani Bly­the uśmiech­nęła się. Wszyst­kim było wia­domo, że panna Kor­ne­lia, która kie­dyś całą ener­gię poświę­cała nie­na­wi­ści do męż­czyzn, na stare lata zabrała się za swa­ta­nie innych.

- Na razie są tylko zaprzy­jaź­nieni, panno Kor­ne­lio.

- Bar­dzo zaprzy­jaź­nieni, możesz mi uwie­rzyć - powie­działa sta­now­czo panna Kor­ne­lia. - Docho­dzą mnie słu­chy o wszyst­kim, co poczyna młode poko­le­nie.

- Nie wąt­pię, że przy­czy­nia się do tego Mary Vance, pani Mar­shal­lowo Elliot - zazna­czyła swoją obec­ność Susan - ale myślę, że to wstyd pró­bo­wać swa­tać dzieci.

- Dzieci! Jem ma dwa­dzie­ścia jeden lat, a Faith dzie­więt­na­ście - bun­to­wała się panna Kor­ne­lia. - Nie zapo­mi­naj, Susan, że my, sta­rzy, nie jeste­śmy jedy­nymi doro­słymi na tym świe­cie.

Obu­rzona Susan, która nie­na­wi­dziła jakiej­kol­wiek wzmianki doty­czą­cej jej wieku - nie z powodu próż­no­ści, ale z obawy, że ktoś mógłby uznać ją za zbyt starą do pracy - powró­ciła do swo­ich Zapi­sków.

- Karl Mere­dith i Shir­ley Bly­the wró­cili w zeszły pią­tek z Aka­de­mii Queen's. Wia­domo nam, że Karl zosta­nie dyrek­to­rem szkoły Har­bour Head w przy­szłym roku i można ocze­ki­wać, że będzie popu­lar­nym nauczy­cie­lem odno­szą­cym suk­cesy.

- W każ­dym razie na pewno będzie uczył dzieci wszyst­kiego, co należy wie­dzieć na temat chrząsz­czy - sko­men­to­wała panna Kor­ne­lia. - Skoń­czył już Queen's, a pan Mere­dith i Rose­mary chcieli, żeby jesie­nią kon­ty­nu­ował naukę w Red­mond, lecz Karl ma bar­dzo nie­za­leżny cha­rak­ter i zamie­rza zaro­bić część kwoty potrzeb­nej na uni­wer­sy­tet. Dobrze mu to zrobi.

- Wal­ter Bly­the, który naucza od dwóch lat w Low­bridge, zre­zy­gno­wał - czy­tała Susan. -Zamie­rza jesie­nią pójść na uni­wer­sy­tet w Red­mond.

- Czy Wal­ter jest już dosyć silny, by iść do Red­mond? - zanie­po­ko­iła się panna Kor­ne­lia.

- Mamy nadzieję, że do jesieni będzie w dobrej for­mie - uspo­ka­jała pani Bly­the. - Spo­kojne lato na świe­żym powie­trzu i słońcu dobrze mu zro­bią.

- Tyfus to cho­roba, po któ­rej z tru­dem wraca się do formy - wyra­ziła sta­now­czą opi­nię panna Kor­ne­lia - szcze­gól­nie, gdy miał tak ostry prze­bieg jak w przy­padku Wal­tera. Myślę, że dobrze by mu zro­biło opóź­nie­nie o rok pój­ścia na uni­wer­sy­tet, ale on jest taki ambitny. Czy Di i Nan także idą na dal­sze stu­dia?

- Tak. Obie chcą uczyć jesz­cze rok, lecz Gil­bert uważa, że lepiej, żeby jesie­nią zaczęły stu­dia w Red­mond.

- Cie­szy mnie to. Będą dbały o Wal­tera i pil­no­wały, by nie poświę­cał zbyt wiele czasu na naukę - kon­ty­nu­owała panna Kor­ne­lia, rzu­ca­jąc krzywe spoj­rze­nie na Susan - przy­pusz­czam, że po kry­tyce, z jaką spo­tka­łam się parę minut temu, nie będzie bez­piecz­nie zasu­ge­ro­wać, że Jerzy Mere­dith patrzy cie­lę­cym wzro­kiem na Nan.

Susan zigno­ro­wała tę uwagę, a pani Bly­the ponow­nie się zaśmiała.

- Kochana panno Kor­ne­lio, mam pełne ręce roboty z tymi wszyst­kimi chłop­cami i dziew­czy­nami durzą­cymi się w naj­bliż­szym sąsiedz­twie. Gdy­bym brała to poważ­nie, ta świa­do­mość powa­li­łaby mnie na kolana. Nie przej­muję się tym. Prawdę mówiąc, nie chcę przy­jąć do wia­do­mo­ści, że już wszy­scy doro­śli. Kiedy patrzę na moich doro­słych synów, zasta­na­wiam się, czy to oni byli kie­dyś tłu­ściut­kimi, słod­kimi nie­mow­lę­tami z dołecz­kami w policz­kach, które cało­wa­łam i tuli­łam, śpie­wa­jąc koły­sanki. Wydaje się, jakby to było zale­d­wie wczo­raj, panno Kor­ne­lio. Czy Jem nie był naj­słod­szym nie­mow­lę­ciem w sta­rym Wyma­rzo­nym Domku? A teraz ma licen­cjat i podobno amory mu w gło­wie!

- Wszy­scy się sta­rze­jemy - wes­tchnęła panna Kor­ne­lia.

- Jedyny organ, który wydaje mi się stary - powie­działa pani Bly­the - to kostka, którą zła­ma­łam, gdy Józia Pye wyzwała mnie do przej­ścia po kale­nicy domu Bar­rych w cza­sach dzie­ciń­stwa na Zie­lo­nym Wzgó­rzu. Odczu­wam bóle, kiedy wieje ze wschodu. Nie chcę uznać, że to reu­ma­tyzm, a ból jest dość nie­zno­śny. Co do dzieci, pla­nują wraz z Mere­di­thami rado­sne lato przed powro­tem na stu­dia jesie­nią. Są taką roz­bry­kaną gro­madką! Dom trzę­sie się od ich cią­głego śmie­chu.

- Czy Rilla poje­dzie do Queen's po powro­cie Shir­leya?

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wano. Wola­ła­bym tego unik­nąć. Gil­bert myśli, że nie jest jesz­cze dosyć silna - szybki wzrost ją nieco wycień­czył. Jest absur­dal­nie wysoka jak na dziew­czynkę, która nie ma jesz­cze pięt­na­stu lat. Wola­ła­bym, żeby została z nami. Strasz­nie byłoby spę­dzać następną zimę w domu bez nawet jed­nego z moich dzie­ciacz­ków. Musia­ła­bym toczyć boje z Susan, by nie dopu­ścić do nad­mier­nej mono­to­nii.

Susan uśmiech­nęła się na ten żart. Cóż to za pomysł - bój z panią dok­to­rową kochaną!

- A Rilla chce wyje­chać? - spy­tała panna Kor­ne­lia.

- Nie. Prawdę mówiąc, Rilla to jedyne moje dziecko pozba­wione ambi­cji. Szkoda, że nie ma jej choć tro­chę. Brak jej jakich­kol­wiek poważ­nych ide­ałów - jej jedyną aspi­ra­cją wydaje się dobra zabawa.

- A dla­cze­góż by nie, pani dok­to­rowo kochana?! - wykrzyk­nęła Susan, która nie tole­ro­wała nawet jed­nego nega­tyw­nego słowa na temat dzieci ze Zło­tego Brzegu, nawet z ust członka rodziny. - Dziew­czynka powinna dobrze się bawić i tego będę się trzy­mać! Będzie miała jesz­cze dosyć czasu na zasta­na­wia­nie się nad łaciną i greką.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć w niej cho­ciaż odro­binę poczu­cia odpo­wie­dzial­no­ści, Susan. A poza tym sama wiesz, że jest obrzy­dli­wie próżna.

- Ma powód do zaro­zu­mial­stwa - opo­no­wała Susan. - To naj­ład­niej­sza dziew­czyna w Glen St Mary. Czy myśli­cie, że któ­raś z rodzin po dru­giej stro­nie portu, takich jak MacAl­li­ste­ro­wie, Craw­for­do­wie czy Ellio­to­wie była w sta­nie nawet w ciągu czte­rech gene­ra­cji wydać na świat dziecko urody rów­na­ją­cej się Rilli? Nie udało im się! Nie, pani dok­to­rowo kochana, znam swoje miej­sce, ale nie pozwolę na kry­ty­ko­wa­nie Rilli. Pro­szę posłu­chać, pani Mar­shal­lowo Elliott. - Susan zna­la­zła naresz­cie oka­zję do wyrów­na­nia rachun­ków z panną Kor­ne­lią za jej zło­śli­wo­ści o spra­wach uczu­cio­wych dzieci. Prze­czy­tała notkę z praw­dziwą przy­jem­no­ścią:

"Mil­ler Douglas zde­cy­do­wał, że nie poje­dzie na zachód. Twier­dzi, że stara Wyspa Księ­cia Edwarda wystar­czy mu w zupeł­no­ści i będzie na­dal upra­wiał zie­mię swo­jej ciotki, pani Ale­ko­wej Davis" - spoj­rzała ostro na pannę Kor­ne­lię. - Sły­sza­łam, pani Mar­shal­lowo Elliot, że Mil­ler zaleca się do Mary Vance.

Ten strzał prze­bił zbroję panny Kor­ne­lii. Zaczer­wie­niła się.

- Nie pozwolę, żeby Mil­ler Douglas krę­cił się koło Mary - powie­działa sta­now­czo. - Pocho­dzi z bied­nej rodziny. Jego ojciec był swo­istym wyrzut­kiem w rodzi­nie Dougla­sów - w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie uzna­wali go za swo­jego, a matka pocho­dziła z tych okrop­nych Dil­lo­nów miesz­ka­ją­cych w pobliżu portu.

- Zdaje się, że gdzieś sły­sza­łam, pani Mar­shal­lowo Elliot, że rodzice Mary Vance też nie nale­żeli do ary­sto­kra­cji.

- Mary Vance otrzy­mała dobre wycho­wa­nie i jest ele­gancką, mądrą i zdolną dziew­czyną - odcięła się panna Kor­ne­lia. - Może­cie mi wie­rzyć, że na pewno nie pozwoli się porwać Mil­le­rowi Dougla­sowi! Zna moje zda­nie w tej spra­wie, a do tej pory ni­gdy nie zda­rzyło się jej być nie­po­słuszną.

- Nie przy­pusz­czam, żeby musiała pani się mar­twić, pani Mar­shal­lowo Elliot, gdyż pani Ale­kowa Davis jest abso­lut­nie prze­ciwna temu związ­kowi i twier­dzi, że jej sio­strze­niec ni­gdy nie poślubi takiej znajdy jak Mary Vance.

Susan znowu zamil­kła, czu­jąc, że zwy­cię­żyła w tym poje­dynku, po czym prze­szła do czy­ta­nia kolej­nej zapi­ski. - Z przy­jem­no­ścią dowie­dzie­li­śmy się, że panna Oli­ver została zatrud­niona jako nauczy­cielka na kolejny rok. Panna Oli­ver spę­dzi zasłu­żone waka­cje w swym domu w Low­bridge.

- Jestem bar­dzo zado­wo­lona, że Ger­truda zosta­nie na kolejny rok - sko­men­to­wała pani Bly­the. - Bar­dzo by nam jej bra­ko­wało. I ma taki świetny wpływ na Rillę, która ją wręcz bał­wo­chwal­czo uwiel­bia. Są kole­żan­kami mimo róż­nicy wieku.

- A ja sły­sza­łam, że miała wyjść za mąż?

- Zdaje się, że coś o tym mówiono, ale chyba odło­żono tę sprawę na przy­szły rok.

- Kim jest narze­czony?

- Robert Grant, młody praw­nik z Char­lot­te­town. Mam nadzieję, że Ger­truda będzie szczę­śliwa. Jej życie było pełne smutku i gory­czy, a więc z wielką wraż­li­wo­ścią odbiera każde nega­tywne doświad­cze­nie. Minęła już jej pierw­sza mło­dość, a jest sama na świe­cie. Ten nowy narze­czony zja­wił się w życiu Ger­trudy oce­niany jako ósmy cud świata, lecz z tru­dem przy­cho­dziło jej uwie­rzyć, że to może być trwały zwią­zek. Kiedy zde­cy­do­wano o prze­ło­że­niu ślubu na póź­niej­szy ter­min, popa­dła w roz­pacz, cho­ciaż z pew­no­ścią pan Grant nie zawi­nił. Powstały kom­pli­ka­cje przy roz­li­cza­niu spadku po jego ojcu, który zmarł ubie­głej zimy, nie może więc myśleć o ożenku, dopóki nie roz­plą­cze całej tej gma­twa­niny. Jed­nakże moim zda­niem, Ger­truda uznała to za zły omen i od razu popa­dła w roz­pacz, że ślub nie doj­dzie do skutku.

- Nie ma sensu, pani dok­to­rowo kochana, za bar­dzo pole­gać na męż­czyź­nie - zauwa­żyła uro­czy­ście Susan.

- Pan Grant jest rów­nie mocno zaan­ga­żo­wany w zwią­zek z Ger­trudą jak ona zako­chana w nim, Susan. Nie stra­ciła do niego zaufa­nia - oba­wia się po pro­stu zrzą­dze­nia losu. Tro­chę w tym misty­cy­zmu. Myślę, że nie­któ­rzy nazwa­liby to prze­sąd­no­ścią. Prze­dziw­nie wie­rzy w sny i nawet kpi­nami nie zdo­ła­li­śmy tego jej oduczyć. Jed­nakże muszę przy­znać, że nie­które z jej snów... ale, sza! Lepiej, żeby Gil­bert nie sły­szał tej here­zji. Co jesz­cze inte­re­su­ją­cego zna­la­złaś w gaze­cie, Susan?

Susan aż wykrzyk­nęła ze zdzi­wie­nia.

- Pro­szę tego posłu­chać, pani dok­to­rowo kochana: "Pani Zofia Craw­ford zre­zy­gno­wała z domu w Low­bridge i zamie­rza zamiesz­kać z żoną swego bra­tanka, panią Alber­tową Craw­ford". Pani dok­to­rowo kochana, prze­cież to moja wła­sna kuzynka Zofia! Pokłó­ci­ły­śmy się jesz­cze w dzie­ciń­stwie, wal­cząc o ozdo­bioną płat­kami róży kartkę ze szkółki nie­dziel­nej ze sło­wami "Bóg jest miło­ścią". Od tej pory nie zamie­ni­ły­śmy nawet słowa, a teraz zamieszka naprze­ciwko nas!

- Będziesz musiała pogo­dzić się z nią, Susan. Okrop­nie być skłó­co­nym z naj­bliż­szymi sąsia­dami.

- Kuzynka Zofia zaczęła sprzeczkę, więc niech pierw­sza wycią­gnie do mnie rękę na zgodę, pani dok­to­rowo kochana - powie­działa dum­nie Susan. - Jeżeli tak się sta­nie, to oczy­wi­ście jestem na tyle dobrą chrze­ści­janką, że jej to uła­twię. Nie jest to osoba rado­sna, całe życie była z niej beksa. Kiedy widzia­łam ją ostatni raz, miała twarz pokrytą co naj­mniej tysią­cami zmarsz­czek z powodu zmar­twień i złych prze­czuć. Strasz­nie roz­pa­czała na pogrze­bie pierw­szego męża, ale wyszła ponow­nie za mąż, nie odcze­kaw­szy nawet roku. Następna notka, jak widzę, opi­suje ostat­nią nie­dzielną mszę w naszym kościele i podaje, że kościół był pięk­nie ozdo­biony.

- Gdy o tym mowa, przy­po­mnia­łam sobie, że pan Pryor abso­lut­nie nie popiera kwia­tów w kościele - wspo­mniała panna Kor­ne­lia. - Od początku podej­rze­wa­łam, że po jego prze­pro­wadzce z Low­bridge nie zaznamy spo­koju. Nie powi­nien był zostać dopusz­czony do star­szy­zny - to był błąd i zoba­czy­cie same, że będziemy tego żało­wać! Sły­sza­łam jego groźbę, że "jeżeli dziew­czyny na­dal będą zaśmie­cać ambonę chwa­stami, prze­sta­nie cho­dzić do kościoła".

- Kościół świet­nie sobie radził, zanim Łysy Wąsacz poja­wił się w Glen, i - według mnie - pora­dzi sobie także dosko­nale po jego odej­ściu - zawy­ro­ko­wała Susan.

- Któż to wymy­ślił dla niego takie śmieszne prze­zwi­sko? - spy­tała pani Bly­the.

- Chłopcy z Low­bridge prze­zy­wali go tak zawsze, pani dok­to­rowo kochana. Pew­nie dla­tego, że ma taką czer­woną i okrą­głą twarz z grzywką i pia­sko­wymi wąsami ster­czą­cymi do góry. Jed­nakże lepiej nie nazy­wać go w oczy tym imie­niem. Z dru­giej strony, pani dok­to­rowo kochana, jest bar­dzo nie­roz­sąd­nym czło­wie­kiem z róż­nymi dziw­nymi pomy­słami. Należy teraz do star­szy­zny i w opi­nii wielu jest bar­dzo reli­gijny, ale pamię­tam, pani dok­to­rowo kochana, jak dwa­dzie­ścia lat temu zła­pano go na wypa­sie krowy na cmen­ta­rzu w Low­bridge. Tak, nie zapo­mnia­łam o tym i zawsze przy­po­mi­nam sobie tę scenę, kiedy widzę go roz­mo­dlo­nego na spo­tka­niu modli­tew­nym. No dobrze, skoń­czy­łam już czy­ta­nie notek i prawdę mówiąc, nie widzę innych istot­nych infor­ma­cji w tej gaze­cie. Nie inte­re­sują mnie spe­cjal­nie sprawy zagra­niczne. Co to za arcy­książę został zamor­do­wany?

- A cóż to nas obcho­dzi? - spy­tała panna Kor­ne­lia, nie­świa­doma zło­wiesz­czej odpo­wie­dzi na to pyta­nie, którą przy­go­to­wy­wał już los. - W pań­stwach bał­kań­skich co chwilę ktoś mor­duje lub jest mor­do­wany. To ich nor­malny stan. Uwa­żam, że nasze gazety nie powinny dru­ko­wać tak szo­ku­ją­cych wia­do­mo­ści. "Enter­prise" robi się zbyt sen­sa­cyj­nym pismem, dru­ku­jąc te wiel­kie nagłówki. Cóż, na mnie pora. Nie, Aniu kochana, nie proś, żebym została na kola­cji. Mar­shall przy­zwy­czaił się do myśli, że posi­łek beze mnie nie ma żad­nej war­to­ści - typowy męż­czy­zna. A więc bie­gnę. Lito­ści, Aniu kochana, co się dzieje z tym kotem? Czy ma jakiś napad? - te słowa spo­wo­do­wał Dok, który nagle sko­czył na dywan u stóp panny Kor­ne­lii, poło­żył po sobie uszy, zer­k­nął na nią, a następ­nie znikł, jed­nym gwał­tow­nym susem wyska­ku­jąc przez okno.

- O, nie! Po pro­stu zmie­nia się w Mister Hyde'a, co ozna­cza, że jesz­cze tego wie­czoru będzie padał deszcz lub wiał silny wiatr. Dosko­nały baro­metr!

- Cóż, jestem zado­wo­lona, że wybiegł wyczy­niać swoje beze­ceń­stwa na zewnątrz, nie nara­ża­jąc mojej kuchni na szkody - cie­szyła się Susan. - A teraz muszę zająć się kola­cją. Z tym tłu­mem zamiesz­ka­łym w Zło­tym Brzegu usta­wicz­nie trzeba pla­no­wać następny posi­łek.

ROZ­DZIAŁ II. Poranna rosa

ROZ­DZIAŁ II

Poranna rosa

Na zewnątrz klomb Zło­tego Brzegu był pełen zło­tych kałuż słońca i wabią­cych zacie­nio­nych miejsc. Rilla Bly­the huś­tała się na hamaku pod wielką sosną szkocką, Ger­truda Oli­ver sie­działa u jej stóp, a Wal­ter roz­cią­gnięty na tra­wie zatra­cił się w rycer­skim roman­sie, na któ­rego kar­tach ożyli na nowo dawni boha­te­ro­wie i pięk­no­ści minio­nych wie­ków.

Rilla była "maleń­stwem" rodziny Bly­the'ów i chro­nicz­nie obu­rzała się, ponie­waż nikt nie chciał uwie­rzyć, że doro­sła. Bra­ko­wało jej tak nie­wiele do pięt­na­stego roku życia, a wzro­stem dorów­ny­wała Di i Nan. Poza tym była rze­czy­wi­ście tak ładna, jak to opi­sała Susan. Miała wiel­kie, roz­ma­rzone orze­chowe oczy, mleczną skórę upstrzoną małymi zło­tymi pie­gami i deli­kat­nie zary­so­wane łuki brwi, nada­jące jej doro­słe pyta­jące spoj­rze­nie, które zachę­cało innych, a szcze­gól­nie chło­pa­ków w jej wieku do podej­mo­wa­nia prób udzie­le­nia odpo­wie­dzi. Włosy miała cie­płego ruda­wego brązu, a mały dołe­czek w gór­nej war­dze wyglą­dał tak, jakby pod­czas chrzcin zaprzy­jaź­niona wróżka uci­snęła ją w tym miej­scu palusz­kiem. Dziew­czynka była nieco próżna, czemu nie mogły zaprze­czyć nawet jej naj­lep­sze przy­ja­ciółki, i uwa­żała, że jej twarz jest nie naj­gor­sza, ale mar­twiła się figurą i wola­łaby nosić dłuż­sze sukienki. W daw­nych cza­sach w Doli­nie Tęczy Rilla była pulchna, a teraz odwrot­nie - nie­zwy­kle zeszczu­plała, co ude­rzało szcze­gól­nie w dłu­gich koń­czy­nach. Jem i Shir­ley dopro­wa­dzali ją do sza­leń­stwa, nazy­wa­jąc "Pającz­kiem". Mimo to zde­cy­do­wa­nie nie była nie­zręczna. Jej ruchy były pełne gra­cji, a idąc, zda­wała się tań­czyć. Była piesz­czoszką wszyst­kich, co nieco ją zepsuło, ale na­dal więk­szość uwa­żała, że Rilla Bly­the jest słodką dziew­czynką, cho­ciaż nie umywa się bły­sko­tli­wo­ścią do Nan i Di.

Panna Oli­ver, która wie­czo­rem miała wyje­chać na waka­cje, zamiesz­ki­wała od roku w Zło­tym Brzegu. Bly­the'owie zaofe­ro­wali jej pokój, żeby zro­bić przy­jem­ność Rilli nie­przy­tom­nie zako­cha­nej w swo­jej nauczy­cielce i goto­wej dzie­lić z nią pokój, gdyby inny nie był wolny. Ger­truda Oli­ver miała za sobą dwa­dzie­ścia osiem lat i życie pełne walki. Jej wygląd był ude­rza­jący. Smutne brą­zowe oczy w kształ­cie mig­da­łów, inte­li­gentne, nieco kpiar­skie usta i gęste masy czar­nych wło­sów dookoła głowy. Nie była ładna, lecz jej twarz miała pewien urok i wzbu­dzała zain­te­re­so­wa­nie tajem­ni­czo­ścią, zaś Rilla uzna­wała ją za fascy­nu­jącą mimo zda­rza­ją­cych się jej ponu­rych nastro­jów i cyni­zmu. Te nastroje zda­rzały się jed­nak tylko wtedy, gdy panna Oli­ver była zmę­czona. Przez cały czas sty­mu­lo­wała towa­rzy­stwo, dzięki czemu wesoła kom­pa­nia ze Zło­tego Brzegu zapo­mi­nała o jej wieku. Wal­ter i Rilla byli jej ulu­bień­cami, któ­rzy zwie­rzali jej się z tajem­nych marzeń i aspi­ra­cji. Wie­działa, że Rilla nie może docze­kać się uczest­ni­cze­nia w przy­ję­ciach, na któ­rych bywały Nan i Di, i cudow­nych wie­czo­ro­wych sukni, a także cze­goś rów­nie waż­nego, to zna­czy, sta­ra­ją­cych się! Oczy­wi­ście w licz­bie mno­giej! Co do Wal­tera, panna Oli­ver wie­działa, że napi­sał zbiór sone­tów Do Rosa­mundy, czyli Faith Mere­dith, i że jego celem było uzy­ska­nie pro­fe­sury z lite­ra­tury angiel­skiej w jakimś dużym col­lege'u. Wie­działa o jego peł­nym pasji zachwy­cie nad pięk­nem i rów­nie gwał­tow­nej nie­na­wi­ści do brzy­doty. Znała jego słabe i mocne strony.

Wal­ter był naj­przy­stoj­niej­szym z chłop­ców ze Zło­tego Brzegu. Panna Oli­ver z przy­jem­no­ścią nań patrzyła, doce­nia­jąc jego urodę. Takiego wła­śnie syna chcia­łaby kie­dyś mieć. Błysz­czące czarne włosy, pełne bla­sku ciem­no­szare oczy, nie­na­ganne rysy. I poeta w każ­dym calu! Ten zbiór sone­tów był naprawdę nie­zwy­kłym dzie­łem choćby dla­tego, że napi­sał go chło­piec zale­d­wie dwu­dzie­sto­letni. Panna Oli­ver nie była może obiek­tyw­nym kry­ty­kiem, ale zda­wała sobie sprawę, że Wal­ter Bly­the posiada nie­zwy­kły dar.

Rilla kochała Wal­tera całym ser­cem. Ni­gdy nie naigra­wał się z niej jak Jem i Shir­ley. Nie nazy­wał jej także Pającz­kiem. Mówił do niej Rilla-ma-Rilla - nawią­zu­jąc do jej peł­nego imie­nia Maryla. Otrzy­mała je po cioci Maryli z Zie­lo­nego Wzgó­rza, która - nie­stety - zmarła, zanim Rilla zdo­łała ją dobrze poznać i Rilli nie podo­bało się, gdyż uzna­wała je za sta­ro­modne i sztywne. Dla­czego nie zwra­cają się do niej pierw­szym imie­niem, Berta, które jest o wiele ład­niej­sze i pełne god­no­ści, zamiast tego nie­mą­drego Rilla?! Nie miała nic prze­ciwko wer­sji Wal­tera, ale nikt inny nie miał prawa tak jej nazy­wać, z wyjąt­kiem panny Oli­ver, która czy­niła to od czasu do czasu. Rilla-ma-Rilla wypo­wie­dziane śpiew­nym gło­sem Wal­tera było imie­niem pięk­nym jak szmer srebr­nego stru­myka. Odda­łaby życie za Wal­tera, gdyby to w czymś mu się przy­dało - jak wyznała pan­nie Oli­ver. Rilla uwiel­biała egzal­ta­cję jak więk­szość dziew­czyn w jej wieku, a naj­do­le­gliw­szą kro­plą gory­czy, którą nie­chęt­nie zno­siła, była myśl, że Wal­ter opo­wiada wię­cej swo­ich sekre­tów Di niż jej.

- Myśli, że jestem za mała, żeby zro­zu­mieć - lamen­to­wała z obu­rze­niem przy pan­nie Oli­ver - a ja prze­cież jestem doro­sła! I ni­gdy nie zdra­dzi­ła­bym jego sekretu nikomu, nawet pani, panno Oli­ver. Wyznaję pani wszyst­kie swoje tajem­nice. Była­bym nie­szczę­śliwa, gdy­bym ukryła jakiś sekret przed panią, naj­uko­chań­sza moja! Ale jego ni­gdy nie zdra­dzę. Mówię mu o wszyst­kim, nawet poka­zuję mu pamięt­nik. Dla­tego tak strasz­nie mnie boli, kiedy on ukrywa przede mną różne rze­czy. Poka­zuje mi wszyst­kie swoje wier­sze. Są wspa­niałe, panno Oli­ver! Och, trzyma mnie przy życiu jedy­nie nadzieja, że pew­nego dnia stanę się dla Wal­tera tym, co sio­stra Dorota dla Word­swor­tha. Word­sworth ni­gdy nie napi­sał wier­szy rów­nie pięk­nych jak Wal­ter, zresztą Ten­ny­sona także nie mogą się rów­nać.

- Tak dalece nie posu­nę­ła­bym się, acz obaj napi­sali wiele szmiry - powie­działa sucho panna Oli­ver. A potem, widząc ura­żoną minę Rilli, dodała pośpiesz­nie: - Moim zda­niem, Wal­ter zosta­nie pew­nego dnia wiel­kim poetą, a dora­sta­jąc, na pewno zyskasz wię­cej jego zaufa­nia.

- Kiedy w zeszłym roku leżał w szpi­talu chory na tyfus, sza­la­łam z nie­po­koju - wes­tchnęła Rilla z pewną dumą. - Ni­gdy mi nie powie­dziano, jak bar­dzo ciężki prze­bieg miała jego cho­roba. Dowie­dzia­łam się dopiero, gdy wró­cił do zdro­wia. Ojciec nie pozwo­lił mi o tym powie­dzieć. Jestem zado­wo­lona, że o tym nie wie­dzia­łam. Nie znio­sła­bym tej wia­do­mo­ści. Pła­ka­ła­bym co wie­czór w poduszkę. Ale cza­sami - kon­klu­do­wała Rilla z gory­czą (lubiła mówić z gory­czą, imi­tu­jąc w ten spo­sób pannę Oli­ver) - cza­sami myślę, że Wal­ter woli Ponie­działka niż mnie.

Ponie­dzia­łek był psem ze Zło­tego Brzegu, nazwa­nym tak, ponie­waż poja­wił się pew­nego ponie­działku, kiedy Wal­ter czy­tał Robin­sona Cru­soe. W rze­czy samej nale­żał do Jema, ale był też bar­dzo przy­wią­zany do Wal­tera. Teraz leżał z nosem wspar­tym na jego ramie­niu, macha­jąc gwał­tow­nie ogo­nem za każ­dym razem, gdy nie­obecny duchem Wal­ter go kle­pał. Ponie­dzia­łek nie był colie ani sete­rem czy też oga­rem lub nowo­fun­dlan­dem. Jak okre­ślił to Jem, był zwy­kłym kun­dlem, bar­dzo skun­dlo­nym - jak powie­dzie­liby nie­życz­liwi mu. Przy­znać należy, że wygląd Ponie­działka nie był jego mocną stroną. Los roz­rzu­cił przy­pad­kowo po żół­tym tuło­wiu czarne plamy, przy czym jedna z nich wyraź­nie zasła­niała oko. Uszy miał poszar­pane, gdyż pies czę­sto pró­bo­wał sił w hono­ro­wych wal­kach. Miał jed­nak jedną zaletę. Zda­wał sobie sprawę, że nie wszyst­kie psy są przy­stojne, mądre lub zwy­cię­skie, ale że każdy umie kochać. W środku jego skrom­nej postury ukryte było bar­dzo uczu­ciowe, lojalne, wierne psie serce. Patrzył swo­imi brą­zo­wymi oczami, z któ­rych, jak mógłby powie­dzieć jakiś teo­log, wydo­by­wała się praw­dziwa dusza. Kochany był przez wszyst­kich w Zło­tym Brzegu, nawet Susan nie była wyjąt­kiem, cho­ciaż jego godny potę­pie­nia zwy­czaj zakra­da­nia się do pokoju gościn­nego i spa­nia na tam­tej­szym łóżku sta­no­wił dla niej nie lada próbę.

Tego kon­kret­nego popo­łu­dnia Rilla nie miała powodu do narze­ka­nia.

- Czyż czer­wiec nie jest zachwy­ca­ją­cym mie­sią­cem? - spy­tała, patrząc w roz­ma­rze­niu na dale­kie srebrne chmurki zawie­szone spo­koj­nie nad Doliną Tęczy. - Tak świet­nie się bawi­li­śmy, a pogoda była wspa­niała. Pod każ­dym wzglę­dem per­fek­cyjna!

- A mnie się nie podoba - wes­tchnęła panna Oli­ver. - To zło­wiesz­cze. Per­fek­cyj­ność to dar nie­bios, rodzaj rekom­pen­saty za to, czym trzeba póź­niej zapła­cić. Tak czę­sto już byłam tego świad­kiem, że nie lubię, gdy ktoś mówi, że bawił się dosko­nale, choć prawdą jest, że czer­wiec jest fan­ta­styczny.

- Oczy­wi­ście bra­ko­wało nieco roz­rywki - powie­działa Rilla. - Jedyną nie­zwy­kłą rze­czą, jaka wyda­rzyła się w Glen w minio­nym roku, było omdle­nie panny Mead w kościele. Cza­sami chcia­ła­bym, żeby coś rów­nie dra­ma­tycz­nego zda­rzało się z więk­szą regu­lar­no­ścią.

- Nie powin­naś mieć takich pra­gnień, dra­ma­tyczne prze­ży­cia naj­czę­ściej koń­czą się gory­czą. Was wszyst­kich czeka rado­sne lato, a ja będę nudzić się w Low­bridge!

- Ale będziesz tu czę­sto wpa­dać, prawda? Myślę, że latem będzie się działo wiele, cho­ciaż jak zwy­kle nie będę dopusz­czona do wszyst­kiego. Czyż to nie straszne być uwa­żaną za małą dziew­czynkę, gdy dawno już nią nie jestem?

- Jesz­cze dużo wody upły­nie, zanim będziesz doro­sła, Rillo! Nie marz o przy­spie­sze­niu czasu i tak mija zbyt szybko. Już wkrótce roz­sma­ku­jesz się w życiu.

- Roz­sma­ko­wać się w życiu! Chcę jeść je peł­nymi łyż­kami. - Zaśmiała się Rilla. - Pra­gnę wszyst­kiego, wszyst­kiego, co może mieć dziew­czyna. W przy­szłym mie­siącu skoń­czę pięt­na­ście lat, a wtedy nikt nie będzie miał prawa powie­dzieć, że jestem dziec­kiem. Kie­dyś sły­sza­łam, że podobno lata życia od pięt­na­stego do dzie­więt­na­stego są naj­lep­sze dla dziew­czyn. Zamie­rzam w pełni z nich korzy­stać, wypeł­nić je zabawą!

- Nie ma sensu myśleć o tym, co chcesz zro­bić; możesz być pewna, że to ci nie wyj­dzie.

- Ale samo myśle­nie daje już wiele rado­ści! - wykrzyk­nęła Rilla.

- Nie myślisz o niczym tylko o zaba­wie, mała małpko - powie­działa wyro­zu­miale panna Oli­ver, dostrze­ga­jąc, że pod­bró­dek Rilli ma per­fek­cyjny kształt. - Ale z dru­giej strony pięt­na­ście lat to wła­ściwy moment. Nie masz zamiaru iść do col­lege'u jesie­nią?

- Nie, ani tej, ani żad­nej innej jesieni! Nie mam ochoty. Ni­gdy nie inte­re­so­wały mnie te wszyst­kie "-olo­gie", "-izmy", za któ­rymi tak sza­leją Nan i Di. I tak już pię­cioro z nas jest w col­lege'u. Powinno wystar­czyć. W każ­dej rodzi­nie musi być jeden głu­pek. I przy­staję na to, o ile okaże się ład­nym, popu­lar­nym i inte­re­su­ją­cym głup­kiem. Nie jestem bły­sko­tliwa. Nie mam żad­nego talentu i nawet nie wyobra­żasz sobie jakie to wygodne. Nie ocze­kują niczego ode mnie, więc nie muszę wysłu­chi­wać narze­kań. Nie nadaję się też na gospo­chę czy kucharkę. Nie­na­wi­dzę szy­cia i odku­rza­nia, a z faktu, że Susan nie zdo­łała nauczyć mnie wypie­ka­nia cia­ste­czek, wno­szę, że nikomu się to nie uda. Ojciec twier­dzi, że nie tru­dzę się ani nie przędę. W związku z tym muszę zostać kró­lewną - doszła do wnio­sku Rilla, znów się śmie­jąc.

- Jesteś zbyt młoda, Rillo, żeby porzu­cić naukę!

- Och, zimą będę stu­dio­wać z mamą lite­ra­turę. Przy­po­mni sobie swój licen­cjat. Na szczę­ście lubię czy­ta­nie. Nie patrz tak na mnie, kochana, z żało­ścią i dez­apro­batą! Nie umiem być poważna. Wszystko wydaje mi się takie różowe i tęczowe! W przy­szłym mie­siącu będę miała pięt­na­ście lat, a potem szes­na­ście, a póź­niej sie­dem­na­ście. Czy ist­nieje cokol­wiek bar­dziej zachwy­ca­ją­cego?

- Odpu­kaj w nie­ma­lo­wane drewno - powie­działa Ger­truda Oli­ver, ni to śmie­jąc się, ni to serio. - Odpu­kaj w nie­ma­lo­wane drewno, Rillo-ma-Rillo!

ROZ­DZIAŁ III. Weso­łość w świe­tle księ­życa

ROZ­DZIAŁ III

Weso­łość w świe­tle księ­życa

Rilla, która na­dal marsz­czyła powieki, zasy­pia­jąc, przez co zda­wało się, że śmieje się we śnie, ziew­nęła, prze­cią­gnęła się i uśmiech­nęła do Ger­trudy Oli­ver. Ta ostat­nia przy­była poprzed­niego wie­czora z Low­bridge i dała się prze­ko­nać, żeby zostać na tańce przy latarni w Czte­rech Wia­trach, które miały odbyć się naza­jutrz wie­czo­rem.

- Nowy dzio­nek puka do okna. Zasta­na­wiam się, co z sobą przy­nie­sie?

Pannę Oli­ver prze­szły dresz­cze. Ni­gdy nie witała ran­ków z entu­zja­zmem typo­wym dla Rilli. Żyła już dosyć długo, żeby wie­dzieć, że dzień może przy­nieść liczne przy­kro­ści.

- Naj­mil­sze, co może przy­nieść dzień to nie­ocze­ki­wane wyda­rze­nia - cią­gnęła dalej Rilla. - Wspa­niale obu­dzić się w taki złoty pora­nek i zasta­na­wiać, jaką nie­spo­dziankę przy­nie­sie. Zazwy­czaj marzę przez dzie­sięć minut, zanim wstanę, wyobra­ża­jąc sobie mnó­stwo wspa­nia­łych rze­czy, które mogą przy­tra­fić mi się przed zmierz­chem.

- Mam nadzieję, że dzi­siaj nastąpi coś nie­ocze­ki­wa­nego - powie­działa Ger­truda. - Mam nadzieję, że poczta przy­nie­sie wia­do­mość o tym, że nie doszło do wojny mię­dzy Niem­cami i Fran­cją.

- O tak - odpo­wie­działa zdaw­kowo Rilla. - W prze­ciw­nym przy­padku nastąpi coś okrop­nego. Ale to prze­cież nie będzie dla nas miało żad­nego zna­cze­nia, prawda? Myślę, że wojna byłaby pod­nie­ca­jąca. Taka była wojna bur­ska, jak nie­któ­rzy twier­dzą. Ale ja oczy­wi­ście nie­wiele z tego pamię­tam. Panno Oli­ver, czy mam dziś wie­czo­rem wło­żyć białą suk­nię, czy nową zie­loną? Zie­lona jest o wiele ład­niej­sza, oczy­wi­ście, ale oba­wiam się, że pod­czas zabawy na brzegu morza może ulec znisz­cze­niu. Czy ucze­sze mnie pani mod­nie? Żadna z dziew­cząt z Glen nie robi tej nowej fry­zury, więc na pewno wzbu­dzę sen­sa­cję.

- Jak udało ci się prze­ko­nać mamę, żeby pozwo­liła ci iść na tańce?

- O, to Wal­ter ją namó­wił. Wie­dział, że serce by mi pękło, gdy­bym nie poszła. To pierw­sze doro­słe przy­ję­cie, w któ­rym uczest­ni­czę, panno Oli­ver. Całymi nocami leża­łam, nie śpiąc i roz­my­śla­jąc. A dziś rano na widok słońca ogar­nął mnie taki nastrój, że chciało mi się krzy­czeć z rado­ści. Oby tylko wie­czo­rem nie padało! Chyba zary­zy­kuję i włożę zie­loną sukienkę. To prze­cież moje pierw­sze przy­ję­cie! Chcę wyglą­dać jak naj­le­piej! Poza tym jest nieco dłuż­sza od bia­łej. Włożę też srebrne pan­to­felki, które pani Ford przy­słała mi na Boże Naro­dze­nie, a do tej pory nie mia­łam oka­zji ich nosić. Są nad­zwy­czaj uro­kliwe. Och, panno Oli­ver, mam nadzieję, że ktoś poprosi mnie do tańca. Ina­czej umrę ze wstydu - naprawdę! Jeśli nikt mnie nie poprosi do tańca i będę musiała sie­dzieć pod ścianą przez cały wie­czór! Oczy­wi­ście Karl i Jerzy jako syno­wie pastora nie mogą tań­czyć, w prze­ciw­nym przy­padku mogła­bym liczyć na to, że ura­tują mnie przed hańbą.

- Będziesz miała mnó­stwo part­ne­rów, przyjdą wszy­scy chłopcy miesz­ka­jący przy por­cie. Będzie ich dużo wię­cej niż dziew­cząt.

- Jak to dobrze, że nie jestem córką pastora - śmiała się Rilla. - Biedna Faith jest wście­kła, ale nie odważy się zatań­czyć wie­czo­rem. Una, oczy­wi­ście, ma to w nosie; ni­gdy nie zale­żało jej na tań­cach. Ktoś pocie­szał Faith, że w kuchni będą cią­gutki dla osób, które nie tań­czą. Szkoda, że nie widziała pani reak­cji na jej twa­rzy. Przy­pusz­czam, że razem z Jemem przez więk­szość wie­czoru będą sie­dzieć na ska­łach. Sły­szała pani, że wszy­scy mamy zejść do malut­kiej zatoki poni­żej daw­nego Wyma­rzo­nego Domu, a potem popły­nąć do latarni mor­skiej? Czyż nie będzie to coś nie­ziem­skiego?

- W wieku pięt­na­stu lat też opi­sy­wa­łam wszystko w super­la­ty­wach - sark­nęła panna Oli­ver. - Przy­znam, że przy­ję­cie zapo­wiada się bar­dzo przy­jem­nie dla mło­dych. Ja na pewno będę się nudzić. Żaden z tych dzie­cia­ków nie zechce zatań­czyć z taką starą panną jak ja! Może Jem i Wal­ter popro­szą mnie raz z lito­ści. Nie możesz więc ocze­ki­wać, że będę cie­szyć się na to przy­ję­cie z wzru­sza­ją­cym zachwy­tem tak typo­wym dla cie­bie.

- Czy nie bawiła się pani dobrze na swoim pierw­szym przy­ję­ciu, panno Oli­ver?

- Nie. Było to w cięż­kich dla mnie cza­sach. Byłam obdarta i zanie­dbana, i nikt nie popro­sił mnie do tańca z wyjąt­kiem jed­nego chłopca, jesz­cze bar­dziej zanie­dba­nego i obdar­tego niż ja. Był tak nie­zgrabny, że byłam mu nie­zwy­kle nie­chętna, i widząc to, już wię­cej mnie nie popro­sił. Nie mia­łam praw­dzi­wej mło­do­ści, Rillo. To smutna strata. Chcę, żebyś ty prze­ży­wała to wszystko wspa­niale w pełni szczę­ścia. I mam nadzieję, że twoje pierw­sze przy­ję­cie okaże się praw­dziwą przy­jem­no­ścią godną zapa­mię­ta­nia na całe życie.

- Ubie­głej nocy śniło mi się, że w samym środku przy­ję­cia zauwa­ży­łam, że mam na sobie kimono i ranne pan­to­fle - wes­tchnęła Rilla. - Obu­dzi­łam się z jękiem prze­ra­że­nia.

- Mówiąc o snach, mnie przy­tra­fił się bar­dzo dziwny - zauwa­żyła z roz­tar­gnie­niem panna Oli­ver. - Był jak żywy, co cza­sami mnie spo­tyka. Ten sen róż­nił się od zwy­czaj­nych snów, gdyż był jasno zary­so­wany i rze­czy­wi­sty jak życie.

- Co się pani przy­śniło?

- Sta­łam na schod­kach werandy, tutaj, w Zło­tym Brzegu, patrząc ponad polami na Glen. Nagle w dużej odle­gło­ści zoba­czy­łam długą, srebrną, błysz­czącą falę roz­bi­ja­jącą się na brzegu. Pod­cho­dziła coraz bli­żej i bli­żej w postaci postę­pu­ją­cych za sobą małych spie­nio­nych fal, podob­nych do tych, które od czasu do czasu roz­bi­jają się na piasz­czy­stym brzegu. Poły­kały Glen. Pomy­śla­łam, że na pewno nie dotrą do Zło­tego Brzegu, jed­nakże zbli­żały się nie­ustę­pli­wie tak szybko, że zanim zdo­ła­łam się ruszyć lub krzyk­nąć, kolejne roz­biły się u moich stóp i wszystko zato­piły. Nie zostało nic, tylko burzowa woda w miej­scu, gdzie kie­dyś ist­niało Glen. Pró­bo­wa­łam cof­nąć się i zoba­czy­łam, że krańce mojej sukni zmo­czyła krew, i wtedy obu­dzi­łam się, drżąc. Nie podoba mi się ten sen. Miał jakieś ponure zna­cze­nie. Nale­żał do tych peł­nych reali­zmu snów, które zawsze się spraw­dzają.

- Mam nadzieję, że to nie zna­czy, że ze wschodu nad­ciąga burza, żeby zmar­no­wać przy­ję­cie - zamru­czała Rilla.

- Nie­na­pra­wialna pięt­na­sto­latka! - zaopi­nio­wała sucho panna Oli­ver. - Nie, Rillo-ma-Rillo, nie przy­pusz­czam, by mój sen naprawdę prze­po­wia­dał tak straszne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Od kilku dni w Zło­tym Brzegu zauwa­żalne było napię­cie. Jedy­nie Rilla zaab­sor­bo­wana swoją doj­rze­wa­jącą doro­sło­ścią była go nie­świa­doma. Dok­tor Bly­the wyglą­dał coraz poważ­niej, i czy­ta­jąc codzienną gazetę, wygła­szał coraz mniej komen­ta­rzy. Jem i Wal­ter gorąco inte­re­so­wali się przy­no­szo­nymi wia­do­mo­ściami. Wie­czo­rem Jem odszu­kał Wal­tera, by podzie­lić się z nim swoim pod­nie­ce­niem.

- Słu­chaj, Niemcy wypo­wie­dzieli wojnę Fran­cji! To ozna­cza, że Anglia praw­do­po­dob­nie też włą­czy się do wojny, a jeżeli to nastąpi, wów­czas nadej­dzie Szczu­ro­łap3 z two­ich daw­nych wyobra­żeń!

- To nie były wyobra­że­nia - powoli arty­ku­ło­wał myśli Wal­ter. - To było prze­czu­cie, wizja, Jem; naprawdę widzia­łem go przez moment owego wie­czoru dawno temu. A jeżeli Anglia przy­łą­czy się do wojny?

- Cóż, będziemy musieli wszy­scy zgło­sić się na pomoc! - wykrzyk­nął rado­śnie Jem. - Nie mogli­by­śmy prze­cież zosta­wić jej samej w tej walce, ale ty nie możesz zacią­gnąć się do woj­ska. Nie wró­ci­łeś jesz­cze do formy po tyfu­sie. Szkoda, prawda?

Wal­ter nie odpo­wie­dział, czy mu szkoda. Patrzył w mil­cze­niu na Glen i błę­kit portu poni­żej.

- "Jeste­śmy wil­czę­tami - musimy gryźć i dra­pać pazu­rami dla ojczy­zny naszej chwały" - kon­ty­nu­ował rado­śnie Jem, krę­cąc swoje rude loki sil­nymi, szczu­płymi pal­cami, które zda­niem ojca były typowe dla uro­dzo­nego chi­rurga. - Ależ to byłaby przy­goda! Oba­wiam się jed­nak, że Grey lub inni starcy posta­rają się wszystko zała­tać w ostat­niej chwili. Najemy się wstydu, jeżeli zosta­wią Fran­cję w potrze­bie. Jeżeli nie, prze­ży­jemy nie­zwy­kłe przy­gody. No, chyba już pora przy­go­to­wać się na to przy­ję­cie pod latar­nią.

Jem wyszedł, pogwiz­du­jąc "Stu szczu­ro­ła­pów i ja", a Wal­ter na chwilę zamarł w mil­cze­niu. Na jego czole poja­wiła się zmarszczka. Wszystko to nade­szło z gwał­tow­no­ścią czar­nej, burzo­wej chmury. Kilka dni wcze­śniej nikt nie myślał o czymś takim. Co za absurd! Prze­cież można zna­leźć jakieś wyj­ście! Wojna to dia­bel­skie, straszne wyda­rze­nie, zbyt okropne i nie­na­wistne, aby zda­rzyć się cywi­li­zo­wa­nym naro­dom w dwu­dzie­stym wieku! Już sama myśl o tym była tak zło­wiesz­cza, że uniesz­czę­śli­wiała Wal­tera, rzu­ca­jąc piętno na piękno życia. "Odma­wiam myśle­nia o tym. Wyrzucę te myśli ze swego umy­słu. Spójrzmy, jak piękne jest Glen w sierp­nio­wej doj­rza­ło­ści, z całym łań­cu­chem sta­rych gospo­darstw, upra­wia­nych łąk, spo­koj­nych ogro­dów. A niebo na zacho­dzie sta­nowi wielką złotą perłę. Daleko w por­cie poja­wiło się świa­tło księ­życa, powie­trze jest pełne wytwor­nych dźwię­ków, gwiz­dów sen­nego rudzika, cudow­nego, smęt­nego szeptu wia­tru miesz­ka­ją­cego w drze­wach, szmeru osik, szep­czą­cych i potrzą­sa­ją­cych deli­kat­nymi list­kami w kształ­cie ser­du­szek, śmie­chu mło­dzieży docho­dzą­cego z pokoju, gdzie dziew­częta przy­go­to­wy­wały się do tań­ców. Świat opa­no­wał cza­ru­jący urok dźwięku i koloru. Będzie myślał tylko o tym i o głę­bo­kiej rado­ści, jaką mu dawały. "W każ­dym razie nikt nie będzie żądał, bym jechał na wojnę - pomy­ślał. - Jak mówi Jem "zawdzię­czam to tyfu­sowi".

Rilla wychy­lała się z okna, ubrana już na tańce. Żółty bra­tek wyśli­zgnął się z jej wło­sów i osu­nął na zie­mię jak spa­da­jąca złota gwiazda. Na darmo pró­bo­wała go zła­pać, ale miała prze­cież ich wię­cej. Panna Oli­ver wplo­tła z nich mały wia­nek we włosy dziew­czynki.

- Jest tak cudow­nie spo­koj­nie, czyż to nie wspa­niałe? Noc zapo­wiada się dosko­nale. Niech pani posłu­cha, panno Oli­ver, sły­szę wyraź­nie dzwonki w Doli­nie Tęczy. Wiszą tam już ponad dzie­sięć lat.

- Ich wietrzne kuranty zawsze koja­rzą mi się z nie­biań­ską muzyką, jaką Adam i Ewa sły­szeli w Ede­nie Mil­tona - odparła panna Oli­ver.

- Tak świet­nie bawi­li­śmy się w Doli­nie Tęczy w dzie­ciń­stwie - roz­ma­rzyła się Rilla.

Teraz już nikt nie bawił się w Doli­nie Tęczy. Była bar­dzo cicha w let­nie wie­czory. Wal­ter lubił cho­dzić tam poczy­tać, Jem i Faith odby­wali randki, Jerzy i Nan spę­dzali czas na nie­koń­czą­cych się kłót­niach i dys­ku­sjach na temat poważ­nych zagad­nień, co wyda­wało się ich ulu­bioną metodą zale­ca­nia się. A Rilla miała tam swoje miej­sce, gdzie lubiła sie­dzieć i marzyć w samot­no­ści.

- Muszę przed wyj­ściem pobiec do kuchni i poka­zać się Susan. Nie wyba­czy­łaby mi, gdy­bym o tym zapo­mniała.

Rilla wpa­dła do ocie­nio­nej kuchni Zło­tego Brzegu, gdzie Susan pro­za­icz­nie cero­wała skar­pety, i roz­świe­tliła ją swą urodą. Miała na sobie zie­loną sukienkę ozdo­bioną małymi różo­wymi sto­krot­kami, srebrne poń­czo­chy i pan­to­felki, we wło­sach i przy szyi upięte złote bratki. Była tak śliczna, młoda i roz­sie­wała wokół taki blask, że nawet kuzynka Zofia Craw­ford nie mogła powstrzy­mać zachwytu, a kuzynka Zofia Craw­ford znana była z tego, że podzi­wia nie­wiele ziem­skich rze­czy. Kuzynka Zofia i Susan zała­go­dziły czy raczej zapo­mniały o swo­jej sta­rej sprzeczce, kiedy ta pierw­sza zamiesz­kała w Glen i zaczęła czę­sto wpa­dać wie­czo­rami z sąsiedzką wizytą. Susan nie zawsze witała ją rado­śnie, ponie­waż kuzynka Zofia nie była rado­sną towa­rzyszką.

- Nie­które osoby odwie­dzają, a nie­które odby­wają wizy­ta­cję, pani dok­to­rowo kochana - sko­men­to­wała kie­dyś Susan, suge­ru­jąc, że to ostat­nie okre­śle­nie doty­czy kuzynki Zofii.

Kuzynka Zofia miała długą, bladą, pomarsz­czoną twarz, cienki nos, wąskie usta i bar­dzo dłu­gie, szczu­płe, blade dło­nie, zazwy­czaj zło­żone z rezy­gna­cją na podołku sukni z czar­nego per­kalu. Cała była długa, wąska i blada. Patrzyła żałob­nym wzro­kiem na Rillę Bly­the i ze smut­kiem spy­tała:

- Czy te wszyst­kie włosy są twoje wła­sne?

- Oczy­wi­ście - obu­rzyła się Rilla.

- To dobrze! - wes­tchnęła kuzynka Zofia. - Cho­ciaż może byłoby lepiej, gdyby nie były. Taka chmura wło­sów wyczer­puje cał­ko­wi­cie siły żywotne. To dowód gruź­licy, jak sły­sza­łam. Mam jed­nak nadzieję, że cie­bie to nie spo­tka. Sły­sza­łam, że dziś wie­czo­rem idzie­cie na tańce; podobno nawet chłopcy pastora, cho­ciaż mam nadzieję, że jego córki do tego się nie posuną. No cóż, tańce nie były ni­gdy moją pasją. Zna­łam dziew­czynę, która zmarła na par­kie­cie. Nie poj­muję, jak można tań­czyć, usły­szaw­szy tę histo­rię!

- Czy powró­ciła do tań­ców? - spy­tała z roz­tar­gnie­niem Rilla.

- Powie­dzia­łam prze­cież, że padła nie­żywa. Oczy­wi­ście, że ni­gdy już nie tań­czyła, biedne stwo­rze­nie. Pocho­dziła z rodziny Kir­ków z Low­bridge. Ale chyba tak nie pój­dziesz z gołą szyją, co?

- Wie­czór jest gorący - pro­te­sto­wała Rilla. - Ale założę szal, kiedy popły­niemy wodą.

- Pamię­tam łódź, którą pły­nęli mło­dzi po por­cie czter­dzie­ści lat temu w noc iden­tyczną jak dzi­siej­sza - cią­gnęła ponuro kuzynka Zofia. - Łódź prze­wró­ciła się i wszy­scy zato­nęli, co do jed­nego. Mam nadzieję, że coś takiego nie przy­trafi się wam dziś wie­czo­rem. Czy sto­su­jesz jakieś środki na piegi? Wiem, że sok z pla­ta­nów czyni cuda.

- Rze­czy­wi­ście, kuzynko Zofio, możesz być spe­cja­listką od pie­gów - Susan ruszyła na pomoc Rilli. - Nie zna­łam dziew­czyny rów­nie pie­go­wa­tej co ty. Rilla ma piegi jedy­nie latem, a twoje trzy­mały się nie­odmien­nie przez cały rok. A poza tym nie mia­łaś takiego kolo­rytu twa­rzy jak ona. Rillo, wyglą­dasz naprawdę ślicz­nie, a ucze­sa­nie pod­kre­śla twą urodę! Ale chyba nie pój­dziesz do portu w tych pan­to­fel­kach, co?

- O, nie. Do portu pój­dziemy w sta­rych butach, nio­sąc w rękach pan­to­felki. Czy podoba ci się moja sukienka, Susan?

- Przy­po­mina mi sukienkę, którą nosi­łam, będąc dziew­czynką - wes­tchnęła kuzynka Zofia, zanim Susan zdą­żyła odpo­wie­dzieć. - Była zie­lona z różo­wymi kwiat­kami i z fal­ba­nami od talii do samego dołu. Nie nosi­ły­śmy ską­pych sukie­nek jak dzi­siej­sze dziew­częta - prawdą jest, że czasy zmie­niły się, ale oba­wiam się, że nie idzie ku lep­szemu. Roz­dar­łam ją owej nocy, a do tego ktoś wylał na mnie fili­żankę her­baty, kom­plet­nie ruj­nu­jąc sukienkę. Ale mam nadzieję, że nic takiego nie przy­trafi się two­jej. Jestem zda­nia, że powinna być nieco dłuż­sza. Twoje nogi są tak strasz­nie dłu­gie i chude.

- Pani dok­to­rowa Bly­the nie zga­dza się, żeby małe dziew­czynki ubie­rały się jak doro­słe - powie­działa Susan sztywno z zamia­rem wetknię­cia szpili kuzynce Zofii. Ale Rilla poczuła się obra­żona. Mała dziew­czynka, coś takiego! Wyśli­zgnęła się z kuchni roz­gnie­wana. "Następ­nym razem nie pójdę poka­zać się Susan. Prze­cież ona nie uważa nikogo za doro­słego, dopóki nie skoń­czy sześć­dzie­się­ciu lat! A ta okropna kuzynka Zofia z kąśli­wymi uwa­gami o pie­gach i nogach! Jakie prawo ma ta stara tyczka do kry­ty­ko­wa­nia kogoś, że jest długi i chudy?". Rilla miała wra­że­nie, że chmury zakryły i popsuły całą radość z wie­czoru poza domem. Chciało jej się usiąść i zapła­kać.

Ale kiedy zna­la­zła się wśród rado­snego tłumu zmie­rza­ją­cego do latarni w Czte­rech Wia­trach, wró­cił jej dobry humor.

Dzieci Bly­the'ów wyszły ze Zło­tego Brzegu w towa­rzy­stwie melan­cho­lij­nych sko­wy­tów Ponie­działka, któ­rego zamknięto w sto­dole, aby unik­nąć jego towa­rzy­stwa. Po dro­dze wstą­piły po Mere­di­thów i wraz z kolej­nymi mło­dymi oso­bami poszły drogą pro­wa­dzącą do sta­rego portu. Mary Vance, wspa­niała, w błę­kit­nej kre­pie i z koron­kową narzutką, wyszła z domu panny Kor­ne­lii i dołą­czyła do Rilli i panny Oli­ver, które szły razem, lecz nie przy­wi­tały jej szcze­gól­nie cie­pło. Rilla nie prze­pa­dała za Mary Vance. Ni­gdy nie zapo­mniała upo­ko­rze­nia, jakie prze­żyła, gdy Mary goniła ją przez całą wieś, gro­żąc suszoną rybą w ręce. Prawdę mówiąc, Mary Vance nie cie­szyła się szcze­gólną sym­pa­tią w tej gru­pie, na­dal jed­nak dobrze bawili się w jej towa­rzy­stwie. Miała ostry język, który sty­mu­lo­wał.

- Mary Vance to nasz zły nałóg. Nie możemy żyć bez niej, mimo że dopro­wa­dza nas do furii - wyznała kie­dyś Di Bly­the.

Wśród dużej, wspól­nie idą­cej grupy utwo­rzyły się pary. Jem szedł z Faith Mere­dith oczy­wi­ście, a Jerzy Mere­dith z Nan Bly­the. Di i Wal­ter masze­ro­wali razem zagłę­bieni w poufną roz­mowę, czego zazdro­ściła im Rilla.

Karl Mere­dith szedł z Mirandą Pryor, raczej by zro­bić na złość Joemu Mil­grave niż dla jakiej­kol­wiek innej poważ­nej przy­czyny. Wszy­scy wie­dzieli, że Joe sza­leje za Mirandą, lecz nie­śmia­łość unie­moż­li­wia mu oka­zy­wa­nie uczuć. Joe mógłby zebrać całą odwagę i iść obok Mirandy, gdyby noc była ciemna, ale w tej chwili, w świe­tle księ­życa nie czuł się na siłach, by to zro­bić. Tak więc wlókł się za pro­ce­sją i w myślach obrzu­cał Karla Mere­ditha sło­wami, któ­rych nie wypada wypo­wie­dzieć na głos. Miranda była córką Łysego Wąsa­cza; wpraw­dzie nie wzbu­dzała takiej anty­pa­tii jak ojciec, jed­nakże nikt spe­cjal­nie za nią nie prze­pa­dał. Była blada, pospo­lita i usta­wicz­nie ner­wowo chi­cho­tała. Miała włosy srebr­no­blond i wiel­kie oczy koloru chiń­skiej por­ce­lany, które już od dzie­ciń­stwa wyglą­dały, jakby stale była prze­ra­żona. Ni­gdy z tego nie wyro­sła. Wola­łaby, aby towa­rzy­szył jej Joe niż Karl, z któ­rym nie czuła się spe­cjal­nie swo­bod­nie, jed­nakże spa­cer u boku chłopca z col­lege'u można było poczy­ty­wać sobie za zaszczyt, a do tego jesz­cze był on synem pastora.

Shir­ley Bly­the szedł z Uną Mere­dith i oboje mil­czeli, ponie­waż odpo­wia­dało to ich natu­rze. Shir­ley miał szes­na­ście lat, był wraż­li­wym, myślą­cym, spo­koj­nym chłop­cem z dużą dozą spo­koj­nego humoru. Cią­gle jesz­cze był "małym śnia­dym chłop­cem" Susan - miał brą­zowe włosy, takież oczy i jasno­brą­zową cerę. Lubił cho­dzić z Uną Mere­dith, ponie­waż nie zmu­szała go do roz­mowy ani też nie musiał zno­sić jej gawę­dze­nia. Una była na­dal tą samą słodką i nie­śmiałą dziew­czynką, jaką pozna­li­ście w Doli­nie Tęczy, a jej wiel­kie, ciem­no­błę­kitne oczy były na­dal roz­ma­rzone i tęskne. Sta­ran­nie ukry­wała uczu­cie do Wal­tera Bly­the'a, któ­rego nikt się nie domy­ślał oprócz Rilli. Rilli podo­bało się to i bar­dzo chcia­łaby, aby Wal­ter odwza­jem­nił uczu­cie Uny. Wolała ją od Faith, któ­rej piękno i pew­ność sie­bie usu­wały w cień inne dziew­częta, a to Rilli ni­gdy się nie podo­bało.

Lecz teraz była po pro­stu szczę­śliwa. Cudow­nie było wędro­wać z przy­ja­ciółmi tą ciemną, błysz­czącą drogą z małymi jodłami i świer­kami, któ­rych bal­sam ota­czał ich żywicz­nym zapa­chem.

Łąki refleksu sło­necz­nego zachodu poja­wiły się za wzgó­rzami, przed nimi błysz­czały wody portu. W pobli­skim kościółku ode­zwał się dzwon, a bło­gie dźwięki powoli cichły wokół ciem­nie­ją­cych, fio­le­to­wych miejsc. Zatokę na­dal ota­czała sre­brzy­sto­nie­bie­ska poświata. Wszystko było wspa­niałe - czy­ste powie­trze z lek­kim posma­kiem soli, bal­sa­miczny zapach jodeł, śmiech mło­dzieży. Rilla kochała życie, jego blask i inten­syw­ność. Kochała dźwięki muzyki, szmer rado­snej roz­mowy. Chcia­łaby tak iść w nie­skoń­czo­ność tą drogą w sre­brze i cie­niu. Miało to być jej pierw­sze przy­ję­cie i zamie­rzała je wspa­niale wyko­rzy­stać. Wolna była od wszel­kich zmar­twień - już nie myślała nawet o pie­gach i za dłu­gich nogach, o niczym, oprócz nie­opusz­cza­ją­cego ją lęku, że nikt nie poprosi jej do tańca. Sam fakt życia i zbli­ża­nia się do pięt­nastki wystar­czał, by dać jej peł­nię zado­wo­le­nia. Rilla wcią­gnęła dłu­gie wes­tchnie­nie zachwytu i wstrzy­mała ze zdzi­wie­nia oddech. Jem opo­wia­dał jakąś histo­rię Faith - coś, co zda­rzyło się na woj­nie bał­kań­skiej.

- Lekarz stra­cił obie nogi - były zmiaż­dżone - po czym pozo­sta­wiony na polu, gdzie cze­kała go tylko śmierć, czoł­gał się od czło­wieka do czło­wieka, sta­ra­jąc się pomóc ran­nym w cier­pie­niu, dopóki mógł. Nawet przez moment nie myślał o sobie. Obwią­zy­wał ban­da­żem nogę ran­nego, kiedy stra­cił przy­tom­ność. Tam ich zna­leźli; mar­twe dło­nie leka­rza na­dal przy­trzy­my­wały ban­daż. Zatrzy­mał krwa­wie­nie i ura­to­wał życie ran­nego. To jest boha­ter, prawda, Faith? Mówię ci, kiedy to czy­ta­łem...

Jem i Faith odda­lili się, a ich głosy stały się nie­sły­szalne. Ger­truda Oli­ver zadrżała. Rilla uści­snęła jej ramię ze współ­czu­ciem.

- Ależ to było straszne, panno Oli­ver! Nie rozu­miem, dla­czego Jem opo­wiada takie okropne rze­czy, kiedy wszy­scy idziemy na zabawę.

- Uwa­żasz, że to straszne, Rillo? A ja myślę, że to cudowne, piękne. Ta histo­ria powo­duje, że każdy wąt­piący w czło­wieka powi­nien się zawsty­dzić. To, co zro­bił ten lekarz, sta­nowi przy­kład odda­nia rów­nego boskiemu. Pomyśl, jak ludz­kość reaguje na ideał samo­po­świę­ce­nia. Co do mojego drże­nia, nie wiem, co je spo­wo­do­wało. Wie­czór jest prze­cież cie­pły. Być może ktoś spa­ce­ruje po ciem­nym miej­scu, prze­zna­czo­nym mi na grób. Takie obja­śnie­nie podałby stary prze­sąd. Cóż, nie będę o tym myśleć teraz, przy tej uro­czej oka­zji. Wiesz, Rillo, kiedy nad­cho­dzi pora nocna, cie­szę się, że miesz­kam na wsi. Znam praw­dziwy urok nocy na wsi, o któ­rym miesz­czu­chy nie mają poję­cia. Każda noc na wsi jest piękna, nawet w towa­rzy­stwie burzy. Prze­pa­dam za noc­nymi burzami na tym pra­sta­rym wybrzeżu zatoki. Nato­miast dzi­siej­sza noc wydaje się być aż zbyt piękna. To noc mło­do­ści, marzeń, i tro­chę się jej boję.

- Czuję, jakby to wszystko było też moim udzia­łem - powie­działa Rilla.

- O tak, jesteś dosyć młoda, by nie oba­wiać się per­fek­cyj­no­ści. No, już doszli­śmy do Wyma­rzo­nego Domu. Tego lata wydaje się samotny, For­do­wie nie przy­je­chali?

- Pań­stwo For­do­wie i Per­sis nie przy­je­chali, ale zja­wił się Ken­neth. Zatrzy­mał się u krew­nych swo­jej mamy w pobliżu portu. Nie­wiele się z nim widy­wa­li­śmy tego lata. Jest tro­chę ułomny, więc nie może daleko cho­dzić.

- Ułomny? Co mu się stało?

- Ubie­głej jesieni zła­mał nogę w kostce pod­czas meczu pił­kar­skiego i pra­wie całą zimę leżał. Od tego czasu utyka, acz przy­znać trzeba, że stan mu się popra­wia i wydaje się, iż nie­długo wróci do formy. Był w Zło­tym Brzegu zale­d­wie dwu­krot­nie.

- Ethel Reese osza­lała na jego punk­cie - wtrą­ciła się Mary Vance. - Kiedy cho­dzi o niego, traci zupeł­nie roz­są­dek. Po ostat­nim wie­czo­rze modli­tew­nym odpro­wa­dził ją z kościółka przy por­cie do domu. Nie wyobra­żasz sobie, jakie miny stroi od tego czasu! Jakby chło­pak z Toronto, taki jak Ken Ford, mógł rze­czy­wi­ście mieć jakieś zamiary wobec wiej­skiej dziew­czyny w rodzaju Ethel!

Rilla zaru­mie­niła się. Nie dbała o to, że Ken­neth Ford odpro­wa­dził Ethel Reese, mógł to zro­bić nawet kil­ka­na­ście razy! Nic, co on robi, nie ma dla niej zna­cze­nia. Prze­cież jest od niej całe wieki star­szy. Przy­jaźni się z Nan i Di, a także z Faith. A na nią, Rillę, patrzy zawsze jak na dziecko, któ­rego się nie dostrzega, chyba że z zamia­rem prze­ko­ma­rza­nia się. Poza tym nie­na­wi­dziła Ethel Reese, zresztą z wza­jem­no­ścią. Ethel Reese stała się jej wro­giem od czasu, gdy Wal­ter stłukł Dana na kwa­śne jabłko w cza­sach Doliny Tęczy. Ale dla­czego kto­kol­wiek ma uwa­żać, że byłaby meza­lian­sem dla Ken­netha Forda tylko dla­tego, że mieszka na wsi? Co do Mary Vance, straszna z niej plot­kara, która nie ma zupeł­nie o czym mówić, a tylko roz­siewa plotki. Czy to ważne, kto kogo odpro­wa­dzał?!

Przy nie­wiel­kim pomo­ście na brzegu portu poni­żej Wyma­rzo­nego Domu zacu­mo­wano dwie łodzie. Kapi­ta­nem jed­nej miał być Jem Bly­the, dru­giej Joe Mil­grave, który wie­dział wszystko o łodziach i bar­dzo pra­gnął wyka­zać się przed Mirandą Pryor. Urzą­dzili wyścigi i łódź Joego wygrała. Nad­pły­wały kolejne łodzie z oko­lic portu i dru­giego brzegu od strony zachod­niej. Zewsząd sły­chać było śmiech. Wielka, biała wieża latarni Czte­rech Wia­trów jaśniała świa­tłem roz­le­wa­ją­cym się z obro­to­wej lampy błysz­czą­cej ze szczytu. Krewni latar­nika, rodzina z Char­lot­te­town, spę­dzali tu lato i to oni urzą­dzali przy­ję­cie, na które zapro­szono całą mło­dzież z Czte­rech Wia­trów i Glen St Mary, a także z oko­lic portu. Kiedy łódź Jema prze­pły­nęła pod latar­nią mor­ską, Rilla szybko zdjęła buty i wło­żyła srebrne pan­to­felki, kry­jąc się przed wzro­kiem panny Oli­ver. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, by powie­dzieć jej, że na schod­kach wycię­tych w ska­łach, a pro­wa­dzą­cych do latarni, prze­bywa wielu chłop­ców trzy­ma­ją­cych chiń­skie lata­renki, więc zde­cy­do­wała, że nie będzie wcho­dzić po nich w cięż­kich butach, które matka kazała jej wziąć na drogę. Pan­to­felki uwie­rały nie­mi­ło­sier­nie, ale nikt by się tego nie domy­ślił, kiedy Rilla z uśmie­chem wbie­gała po schod­kach; jej ciemne oczy, błysz­czące i pełne pytań, ani rumiane kre­mowe policzki zabar­wione pogłę­bia­ją­cym się kolo­rem nie ujaw­niły bólu. Ledwo wspięła się po scho­dach, pewien chło­piec z dru­giej strony portu zapro­sił ją do tańca i w następ­nym momen­cie zna­leźli się w pawi­lo­nie z estradą, który wybu­do­wano w pobliżu morza. Było to prze­śliczne miej­sce przy­kryte dachem z gałęzi jodeł i obwie­szone lata­ren­kami. Za nim roz­po­ście­rało się morze, całe w bla­sku, na lewo lśniły w świe­tle księ­życa piasz­czy­ste wydmy, zatoczki i zagłę­bie­nia, zaś na prawo widoczne było ska­li­ste wybrzeże z atra­men­to­wymi cie­niami i kry­sta­licz­nymi zatocz­kami. Rilla z part­ne­rem uno­sili się wśród tan­ce­rzy. Wydała głę­bo­kie wes­tchnie­nie zachwytu. Ned Burr z gór­nego Glen grał cza­ro­dziej­ską muzykę na swo­ich skrzyp­kach; brzmiały jak magiczny flet ze sta­rego opo­wia­da­nia, który zmu­szał wszyst­kich słu­cha­czy do tańca. Bryza z zatoki była chłodna i świeża, świa­tło księ­życa, białe i cudowne, pokry­wało całą oko­licę! To było życie, zachwy­ca­jące życie! Rilla czuła, jak uskrzy­dliły się jej stopy i dusza.