Rozdział 2
Kai przyjechał pod redakcję punktualnie o dziesiątej. Verena i Carl czekali na niego przed drzwiami w towarzystwie głupkowato uśmiechniętego Rolfa. Na jego widok Oshiro automatycznie ściągnął brwi. Nie spodobało mu się ponowne spotkanie z kimś, kto już jednym słowem potrafił wywołać gniew. Zdawało się, że był też kulą u nogi dla pozostałych osób.
Gdy łowca wysiadł z samochodu, Rolf powiódł po nim przeciągłym spojrzeniem, od niechcenia gasząc butem papierosa. Kai doskonale wiedział, że część śladów po walce rozegranej poprzedniego dnia wciąż była widoczna na jego ciele, a trochę pogardliwa mina dziennikarza wskazywała, co o tym myślał. Najpewniej miał o lekarzu tak samo złą opinię jak Uwe Hartmann.
- No, no... wpadłaś w złe towarzystwo - ocenił Rolf, cmokając ustami i zerkając wymownie na Verenę.
- Chyba w dniu, w którym poznałam ciebie - odwarknęła z irytacją.
Rolf zarechotał, jakby jej komentarz był najzabawniejszą rzeczą, jaką usłyszał na swój temat w ostatnim czasie. Kai i Carl wymienili tylko spojrzenia. Ignorując obecność dziennikarza, zapakowali niezbędne bagaże do samochodu. Verena zamierzała wsiąść do auta, ale Rolf przytrzymał ręką drzwi, by nie mogła ich otworzyć.
- Ty jesteś ślepa? Typ wygląda, jakby zderzył się z ciężarówką - szepnął konspiracyjnie, zerkając na lekarza ukradkiem.
- Nic ci do tego.
- Mały zakład? Udowodnię ci, że to jakiś popapraniec.
- Nie będę się z tobą o nic zakładać. I trzymaj się od nas wszystkich z daleka. Po co ciągle się czepiasz?
Rolf tylko uśmiechnął się pod nosem. Nie zamierzał się tłumaczyć, bo w końcu zdjął rękę z drzwi, pozwalając dziennikarce wejść do auta. Powiódł jeszcze pogardliwym spojrzeniem po mężczyznach, którzy także zajęli swoje miejsca. Kai odjechał, nawet się na niego nie oglądając, a Verena opadła ciężko na oparcie. Odczuwała ulgę, wiedząc, że przez najbliższe dni nie będzie musiała się z nim widywać.
- Przepraszam za niego - mruknęła.
- Nie masz za co, nie jesteś jego nianią. Nie odpowiadasz za to, jak zachowuje się obcy dorosły facet - zauważył Oshiro.
- To dupek, któremu coś padło na mózg, odkąd pojawili się odmieńcy - podsumował dobitnie Carl.
Przeniósł wzrok na kota. Nie wydawał się zbyt zadowolony z tego, że Kai założył mu szelki i przypiął krótką smyczą do transportera, solidnie ograniczając swobodę. Ku zadowoleniu właściciela, Garrus już jakiś czas temu zrezygnował z podgryzania swojej uprzęży i miauczenia.
- Nie sądziłem, że zabierzesz z nami kota - zauważył fotograf i pogłaskał zwierzątko. Po chwili rozległo się zadowolone mruczenie, które nawet na jego zszargane nerwy działało kojąco. Żałował jedynie, że jego syn najpewniej nigdy nie będzie już mógł zaznać tak drobnej przyjemności, jak wsłuchiwanie się w głęboki, uspokajający dźwięk.
- Nie mam go z kim zostawić, skoro Joachim jest w szpitalu, a nie chciałem, by był sam. W końcu nigdy nie wiadomo, czy nasza wycieczka się nie przedłuży.
- Chcesz zabrać Garrusa na spotkanie z tym malarzem? - upewniła się Verena.
- Nie, na ten czas zostawię go w hotelu.
- Ma na imię Garrus? - powtórzył Carl i na jego ustach pojawił się uśmiech. - Grałeś w Mass Effect!
- Dawno temu - przyznał Kai.
- Ja też dawno. Najlepsza seria, jaką znam. Klasyka. Verena, a ty?
- Nie znam. Ale możesz mi o niej opowiedzieć coś więcej - zachęciła, żywiąc odrobinę nadziei, że dobre wspomnienia chociaż na chwilę poprawią ponury nastrój Carla.
Przeliczyła się. Choć fotograf zaczął swoją opowieść z werwą, już po kilku zdaniach przeszło mu przez myśl, że gry komputerowe mogą okazać się kolejną rzeczą, której nigdy nie pozna jego syn. Nie będzie mógł wrócić do domu, zakosztować normalnego życia i bawić się tak, jak jego ojciec za młodu. Uświadomiwszy to sobie, Carl urwał i z ciężkim sapnięciem pogrążył się we własnych rozmyślaniach.
- Spróbuję namówić Wolfa, żeby nakazał nam oddać Tobiasa... na początek na weekend - zadeklarował Kai, domyślając się, co mogło trapić znajomego. Fotograf w jednej chwili poderwał głowę, a nadzieja zalśniła w jego oczach.
- Myślisz, że mógłby to zrobić?
- Przekonam go - zapewnił Oshiro, choć wiedział, że wystarczyłaby odrobina mocy i chęci Ravherda, by załatwić to jeszcze szybciej. - Ale to dopiero w przyszłym tygodniu. Ten weekend może być ciężki.
- Będę ci dozgonnie wdzięczny! - wykrzyknął Carl. - Chyba czytasz mi w myślach.
- Nie muszę tego robić. Ale wiesz, to nie znaczy, że on wyzdrowieje i będzie mógł wrócić do ciebie na zawsze. Choć wiele osób nad tym pracuje, więc może pewnego dnia...
- Dziękuję, poczekam, ile będzie trzeba. Jesteś aniołem.
Kai uśmiechnął się nieznacznie, doskonale wiedząc, że do anioła było mu naprawdę daleko. Odwrócił się lekko w stronę Carla i to okazało się błędem. Zaraz potem zacisnął zęby, żeby nie jęknąć i pospiesznie wrócił do jak najbardziej komfortowej pozycji. Leki przeciwbólowe stanowczo nie wystarczały, aby całkowicie uśmierzyć rozdzierające kłucie w boku.
Poprzedniego wieczoru podczas odwiedzin u Joachima i Lisy zdecydował się w końcu na wykonanie prześwietlenia. Spojrzenia ludzi pracujących na ostrym dyżurze jasno powiedziały mu, co myśleli o jego niefrasobliwych podróżach i zwlekaniu z fachową oceną złamania. W trakcie badań okazało się jednak, że pękło tylko jedno z żeber, co przyniosło lekarzowi pewną ulgę.
Mógł jedynie żałować, że to uszkodzenie wymaga od niego ciągłego myślenia o tym, jakich ruchów nie wykonywać. Pomimo wypicia sporej ilości krwi oraz połknięcia wielu leków był pewien, że od poprzedniego dnia nic się nie zmieniło. Najwyraźniej wyjątkowa regeneracja łowców nie działała aż tak dobrze na złamania.
Podróż z Berlina do Monachium zajmowała tyle czasu, że cały wyjazd został zaplanowany na trzy dni. Po drodze Kai wysłuchał relacji dziennikarzy na temat porannych ustaleń z szefem, dotyczących tak prozaicznych spraw jak rachunek za paliwo. Kontrast pomiędzy jego zmartwieniami a tym, co trapiło zwykłych ludzi, wydał mu się w tym momencie wprost uderzający.
Zauważył, że Verena przez całą drogę przyglądała mu się z napięciem. Kiedy dostrzegła paczkę z lekami przeciwbólowymi, jej spojrzenie stało się jeszcze bardziej zaniepokojone. Oshiro westchnął i nim o cokolwiek zapytała, mruknął:
- Nie zwracaj na to uwagi.
- Kai, przestań zgrywać twardziela. Wszyscy widzimy, jak wyglądasz. Wczoraj ledwo stałeś na nogach. Jesteś absolutnie pewien, że nie chcesz odpocząć, zamiast chodzić z nami do tego malarza? Kiedy ty ostatnio spałeś przez całą noc?
- W szpitalu po postrzale. Wyspałem się na zapas na kilka lat. I nie, nie chcę odpoczywać. Nie jadę z wami po to, żeby siedzieć w hotelu.
- Wiem, ale twoje zdrowie jest ważniejsze niż malarz i jego odmieńcy.
- Jeśli to rzeczywiście jego odmieńcy, będziecie w niebezpieczeństwie, idąc tam sami - przypomniał dobitnie. - W takim przypadku tym bardziej nie mogę wam na to pozwolić.
- Obiecaj chociaż, że nie będziesz się nadwyrężał.
- Nie składam obietnic, których najpewniej nie dotrzymam.
Verena skrzyżowała ręce na piersi, łącząc w tym geście upór i zrezygnowanie. Wiedziała, że nie uda się jej przekonać łowcy do czegoś, czego sam nie chciał, nawet gdyby miało się to przyczynić do poprawy jego zdrowia. Irytowało ją, że zdawał się zupełnie nie dbać o to, jak bardzo wyniszczający tryb życia prowadził. Nie wątpiła też, że zupełnie nie odpowiadała mu okazywana troska, bo w jednej chwili ściągnął brwi i przybrał ostrzegawczą postawę kogoś, kto uważa przyjazne zachowanie za zbędne. Ostatecznie nie dodała już ani słowa, po prostu czekając, aż Kai na nowo się rozluźni.
Monachium powitało ich słonecznym niebem i przejrzystym powietrzem na przekór ponurej atmosferze, która panowała wśród jego mieszkańców. Położone u stóp bawarskich Alp odznaczało się zachwycającą architekturą i widokami, które zapierały dech w piersiach. Pomimo że nie przybyli tu w celach turystycznych, obsługa hotelu natychmiast zapewniła, że góry będą mogli podziwiać z kilku punktów widokowych rozsianych po całej stolicy Bawarii.
Jednym z nich był taras na dachu budynku, w którym się zatrzymali. Verena zjawiła się tam pierwsza i natychmiast przyznała rację pracownikom hotelu. Panorama miasta i wznoszące się w oddali góry tworzyły niezwykły krajobraz. Zdawał się wręcz sielankowy, gdyż na urokliwym tle nie było żadnego odmieńca. Popołudniowe słońce zalewało okolicę pomarańczowo-złotymi promieniami, zachęcając do bardziej optymistycznego spojrzenia na świat.
Kai przyszedł niedługo później i przystanął obok Vereny, by również nacieszyć oczy tym rzadkim widokiem. Kątem oka dostrzegł, że kobieta natychmiast skoncentrowała wzrok na nim. Również na nią zerknął.
- Pięknie tu - oceniła i uśmiechnęła się lekko. - Aż żałuję, że będziemy tu tak krótko.
- Może kiedyś jeszcze nadarzy się okazja, żebyś tu przyjechała. Na przykład na urlop.
- A ty?
- Dobrze wiesz, że nie wiadomo, co będzie ze mną za kilka dni. Nawet nie wiem, jak skończy się to połączenie z Ravherdem. A potem może czeka mnie kolejne wyzwanie, na przykład wojna wszystkich Ghardhur. Mogę jej nawet nie przeżyć, Vereno. Wolę nic nie planować.
Głos Oshiro był absolutnie spokojny, pogodzony z losem. Złote oczy wypełniły jednak zamyślenie i smutek. W tym optymistycznym otoczeniu, w którym się znaleźli, stanowiły mroczny kontrast z blaskiem słońca. Była w nich mądrość człowieka, który już raz przeszedł przez piekło, a teraz zamierzał wkroczyć do niego ponownie. Tym razem na własne życzenie.
Dziennikarka poczuła, jak serce się jej ścisnęło na myśl o tym, że Kai miałby umrzeć. Ocierał się o śmierć każdego dnia: gdy spotykał odmieńców i toczył walki z innymi łowcami, ale także wówczas, gdy był blisko policjantów, którzy mogli odkryć jego tożsamość. Verena nie miała pewności czy kula, która go trafiła, była tylko nieszczęśliwym rykoszetem, czy ktoś wymierzył do niego specjalnie z sobie tylko znanego powodu.
Wspięła się na palce, przytrzymując łowcę lekko za ręce, jakby to mogło go zatrzymać przed wycofaniem się poza jej zasięg. Chciała go pocałować, ale znała Kaia już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że zanadto naciskając, może go tylko bardziej zniechęcić. Widziała w jego oczach wątpliwość względem tego, co planowała. Napięcie na jego twarzy zdradzało, że mógł ją w każdej chwili odepchnąć - nawet jeśli nie dosłownie, to emocjonalnie.
Jedyne, na co się zdecydowała, to delikatne muśnięcie jego policzka. Nawet tak drobny gest sprawił, że Kai zacisnął mocniej szczękę. Nie odsunął się, ale też w żaden sposób nie odwzajemnił. Równie dobrze mogłaby całować posąg, byłby tak samo niewzruszony i chłodny.
- Chcę, żebyś przeżył - szepnęła. - I żebyśmy spędzili tu urlop we dwoje. Zimą albo w przyszłym roku. Normalny urlop, a nie zwolnienie lekarskie z jakiegokolwiek powodu.
- Snując plany, możesz się poważnie rozczarować.
- Snując plany, mam do czego dążyć - poprawiła. - Do jakiegoś rodzaju normalności, która jeszcze pozwala mi wierzyć, że pewnego dnia będziemy tylko wspominać te ponure chwile z odmieńcami.
- Nawet jeśli przeminą odmieńcy, najpewniej nigdy nie przestanę być rhiide. Zawsze będę pragnął krwi, a moje życie będzie usłane trupami.
- Przeszkadza ci to w spędzeniu ze mną urlopu w Monachium?
- Pamiętaj, że ja będę go spędzał także z Ravherdem. Zdaje się, że spędzę z nim całe życie, ilekolwiek by go nie pozostało. Nie jestem przekonany, czy to towarzystwo, którego naprawdę chcesz.
Ghardhur nie był osobą, u boku której specjalnie chciała przebywać, ale podejrzewała, że będzie musiała zaakceptować jego obecność, jeśli w ogóle chciała spotykać się z Kaiem. Powoli skinęła głową. Zobaczyła, że Oshiro pohamował zrezygnowane westchnienie i skrzywił się lekko. Gdy otworzyła usta, by coś dodać, tylko pokręcił głową. Łagodnie pociągnął ją w kierunku najbliższego stolika. Nie umknęło jej, że zajął przy nim miejsce z nadzwyczajną ostrożnością.
Hotel pracował w ograniczonym zakresie. Większość mebli złożono i odstawiono na bok. Nawet te, które pozostały dostępne dla gości, były obecnie puste, a obsługa nie zaglądała na górę, jeśli nie musiała. Spora ilość miejsca na dachu budynku zachęcała do przechadzania się po nim i oglądania panoramy miasta z każdej strony, ale Verena podejrzewała, że Kai nie miał na to ochoty. Wyglądał jak ktoś, kto nie wie, czy lepiej byłoby się teraz położyć, stać, czy siedzieć. Kiedy sięgnął po kolejne leki przeciwbólowe, kobieta krytycznie pokręciła głową.
- Poprzednia tabletka już dawno przestała działać - zapewnił Kai.
- Przecież nic nie mówię - mruknęła, wiedząc, że Oshiro nie chciałby, aby okazywała za wiele troski. Temat wspólnego spędzania czasu też nie był mu na rękę, więc zagadnęła: - Jak myślisz, co z Carlem? Długo nie przychodzi.
- Dajmy mu jeszcze kwadrans, jak się nie pojawi, sprawdzę, czy jest w pokoju.
- Boję się o niego. Widzę, że jest mu ciężko po tym, jak Rosalie i Tobias zostali zamknięci. Jesteś pewien, że się z tego powodu nie zmieni?
- Na pewno nie za sprawą Ravherda, ale podejrzewam, że ktoś inny wciąż mógłby to zrobić. W końcu większość z nich to wrogowie.
- Myślisz, że da się go jakoś przed nimi wszystkimi ochronić?
- Mogę wybrać tylko jedną osobę, żeby oddała mi krew w czasie połączenia. Zgodziłaś się, więc jego mogę co najwyżej zmienić w łowcę. Albo raczej Ravherd musiałby to zrobić, a już się spodziewam, jaki będzie chętny. Przemyślę to jednak. Może to najlepsze z rozwiązań. Mógłby przynajmniej zapanować nad Tobiasem. Choć przyznam, że trudno mi go sobie wyobrazić w tej roli.
- Mnie w sumie też - przyznała Verena i zaśmiała się cicho na myśl, że Carl mógłby zacząć polować na ludzi. - Ale wolę go jako mało przekonywującego łowcę niż kogoś załamanego.
- Pamiętam, jak jeszcze miesiąc temu nie mogłaś przeboleć, że ktoś jest łowcą.
- Sporo się zmieniło od tamtego czasu - zgodziła się Verena. - Na przykład bliżej poznałam ciebie. Teraz nawet znacznie lepiej rozumiem, jak to jest. Ale nadal żałuję, jeśli ktoś jest takim zwykłym odmieńcem, dla którego nie ma ratunku.
Lekarz przytaknął, zgadzając się z nią w dużej mierze. W tym momencie zobaczyli wchodzącego na taras Carla, więc wszelkie obawy odeszły w zapomnienie. Fotograf był cały i zdrowy. Pomimo kiepskiego nastroju nawet on dostrzegł, w jak zachwycającym miejscu się znaleźli, bo pozwolił sobie na kilka zdjęć panoramy miasta. Potem obrócił się i niespodziewanie uwiecznił także Verenę z Kaiem.
- Obiecuję, że nie będę tego nigdzie wykorzystywał - zapewnił łowcę. - To tylko dla nas. Odrobina normalności w zwariowanym świecie.
- Niech będzie - westchnął Oshiro, choć zdawało się, że w ogóle nie był zadowolony z fotografii. - Ale nie dawaj tego nikomu.
Carl gorliwie pokiwał głową i pstryknął jeszcze kilkakrotnie. Verena nie omieszkała zabrać mu na chwilę aparatu, by zrobić zdjęcie również jemu, kiedy wreszcie usiadł nieopodal Kaia. Zaraz potem zamarła na kilka sekund zdziwiona tym, co widzi na fotografii. Podsunęła aparat do mężczyzn, ale tylko Oshiro zareagował. W tle, na dachu innego budynku, dostrzegalna była mroczna mgła poprzecinana błękitnymi i srebrnymi punktami. Pomimo że pozostała bezkształtna i pozbawiona twarzy, zdawała się ich obserwować.
- To Aghardhi. Ostatnio był niegroźny - wyjaśnił Kai i obejrzał się w jego stronę. - Ale nie wiem, co tu robi, więc tym bardziej miejcie się na baczności.
- Najgorsze, że ja nic nie widzę tam, gdzie wy widzicie - stwierdził Carl. - O kim mowa?
- O innym Ghardhur, którego ostatnio spotkałem.
Mrok uniósł się w powietrze, a Kai wstał ze swojego miejsca. Verena natychmiast przysunęła się do niego, więc objął ją lekko ramieniem. Wyczuł jej napięcie, ale i ulgę, gdy mogła przylgnąć do jego boku. Carl pozostał na krześle.
Oshiro dostrzegł w tej samej chwili także pracownicę hotelu, która zajrzała na taras z propozycją przyniesienia im posiłku lub napojów. Po jej obojętnym spojrzeniu i neutralnym zachowaniu domyślał się, że podobnie jak fotograf nie była świadoma czającego się nieopodal zagrożenia. Po odebraniu zamówień dziewczyna zdążyła się oddalić, nim Ghardhur wylądował na tarasie.
Kai doskonale pamiętał, że istoty nie odzywały się do łowców, którzy nie należeli do nich. Wciąż nie uzyskał odpowiedzi, jak Martina komunikowała się z Aghardhi, ale podejrzewał, że zagadka może się za chwilę rozwiązać. Jakby czytając w jego myślach, Ravherd szepnął:
Tak naprawdę to za sprawą mocy podłączonego do niej Sergharda mogła się z nim komunikować. Później ja też dam ci możliwość rozmawiania z innymi Ghardhur. W zasadzie dostaniesz ją automatycznie. Przy czym Aghardhi był ich więźniem, to dodatkowo zwiększyło jej możliwości względem niego. Może też powinniśmy go pochwycić.
Gdyby Kai mógł, może popatrzyłby na swojego rozmówcę gniewnie. Ravherd był jak zawsze tuż obok, czekając tylko na moment, aby się wtrącić. Bez wątpienia podsłuchał też całą rozmowę z Vereną, a najpewniej dodatkowo przeczytał sobie myśli, które wówczas pojawiły się w głowie Oshiro. Na skarcenie go za to zachowanie nie było jednak czasu.
Aghardhi zatrzymał się przy Carlu i otoczył go mrokiem, w jednej chwili wywołując ciarki na zgrzanym ciele fotografa. Kai wolną ręką sięgnął po broń, ale wtedy dłonie znajomego uniosły się w górę w pokojowym geście. Oczy miał oszołomione i półprzymknięte, a jego głos zabrzmiał głucho, gdy stwierdził:
- Przyszedłem tylko porozmawiać. Nie przejmę go na stałe.
- Cieszy mnie to - odparł suchym tonem Oshiro. - Więc o co chodzi?
- Podobno chcesz wiedzieć, ilu nas przetrwało.
Kai skinął głową. Czuł się nieswojo, rozmawiając z Carlem, przez którego przemawiał Aghardhi. Jedną dłoń wciąż miał na rękojeści pistoletu, choć zdawało się, że nie będzie potrzebny. Drugą lekko przesunął po ramieniu Vereny, chcąc dodać jej otuchy. W bezpośredniej bliskości Ghardhur, nawet potencjalnie przyjaznego, nie czuła się zbyt pewnie.
- Dziewięciu - wyjaśniła w końcu istota. - Jednym z tych, którzy wciąż pozostali, jest Hemrith. I jeszcze dwie kobiety, których nie znasz. Iriadha oraz Hirdhis. Nie pytaj mnie, jak się zachowają, tego nie wiem.
- Dzięki za tyle, ile wiesz. To i tak więcej, niż powiedział mi Ravherd.
- Nie mam powodu zachowywać się wobec was wrogo - zapewnił Aghardhi. - Nigdy nie miałem, podczas spotkania z Serghardem także. I nie musisz jej tak trzymać - dodał, wskazując na Verenę. - Nie zrobię jej krzywdy.
- Widziałem cię nad Lisą - przypomniał Kai i nie cofnął ręki z ramienia dziennikarki. Ona także się nie odsunęła, co sprawiło, że na ustach Carla pojawił się nienaturalnie wyglądający uśmiech. Rozbawiona istota najwyraźniej nie panowała idealnie nad jego mimiką.
- Nie zrobiłem jej nic poważnego, pomimo że miałem zabić i ją, i jej ojca - odparł cicho Gharhur. - Mogłem być bardziej brutalny. Gdybym chciał wykonać tamten rozkaz, nie mógłbyś ich odratować. Nie miałbyś do kogo wzywać karetki. Powinieneś się cieszyć, że ja się nimi zająłem, a nie Serghard osobiście. Albo Bhero.
Oshiro poczuł, jak Verena spięła się jeszcze bardziej na wspomnienie istoty, którą kiedyś spotkała. Czuła obrzydzenie, ilekroć w jej pamięci ponownie pojawiały się mięsiste wytwory, lepka ciecz i zimne dłonie, sunące po ciele bez względu na jej niechęć. Popatrzyła z niepokojem na Ghardhur przemawiającego przez kolegę i wreszcie zdecydowała się zapytać:
- Wiesz, czy będzie chciał wrócić?
- Na pewno, jak skończy się bawić z innymi osobami - stwierdził obojętnie Aghardhi. - On nie odpuszcza. On tylko pozwala, abyś poczuła się pewniej, by potem cieszyć się twoim upadkiem. Może nawet waszym wspólnym, o ile zdoła sprawić, że twój łowca będzie bezsilny.
Verena nie potrzebowała wizji zesłanej przez Ghardhur, by wyobrazić sobie, jak mogłoby to wyglądać. Kai bywał osłabiony, a po ostatniej walce przekonali się, że mimo pewności siebie nie był niezwyciężony. Zawsze upatrywała w nim swojego ratunku, ale za którymś razem mogło się nie udać. Nie chciałaby nigdy znaleźć się w sytuacji, w której wrogie istoty wykorzystałyby ją do udowodnienia mu, jak łatwo mógł przegrać i jak niewiele znaczył w porównaniu z ich potęgą. Jego porażki nie chciała tak samo mocno, jak tego, by stać się bezbronną ofiarą.
Czuła, jak palce Oshiro mimowolnie zacisnęły się mocniej na jej ramieniu. Gniew potrafił ogarnąć go równie szybko, jak ją obawy. Przynosił ze sobą siłę, którą łowca ledwie hamował, balansując na granicy bólu. Nie zwróciła mu uwagi, odbierając to jako jeden z niewielu przejawów jego rzeczywistej troski.
- Jeszcze jakieś ważne informacje? - zapytał Kai rzeczowo. W głosie zachował spokój, którego brakowało w drobnych gestach. - Ostrzeżenia przed Bhero nie są mi potrzebne, sam się domyślam, czego chce. Nie dostanie - podkreślił. Dla Vereny te dwa słowa znaczyły więcej, niż milion innych, które mogłaby usłyszeć od jakiegokolwiek mężczyzny.
- W najbliższym czasie spodziewaj się wielu przemian. Nikt z nich nie odpuści - odparł jego rozmówca, ignorując kwestię tego, czy ich wspólny wróg mógł osiągnąć swoje cele. Przesunął wzrokiem po dziennikarce, ale nawet jeśli wiedział, o czym teraz myślała, nie zamierzał do tego nawiązywać.
- Także nie planuję odpuszczać - stwierdził z przekonaniem łowca. - A ty?
- Nie popieram budowania armii i chłeptania krwi z kogo popadnie, to się nie zmieniło przez te lata - westchnął Aghardhi. - Ale jeśli nie będę miał wyboru, może to zrobię. Jednak dopóki nikt mnie do tego nie zmusi, nie zobaczysz moich odmieńców.
- Gdy już cię do tego zmuszą, stań po naszej stronie.
- Do ciebie nic nie mam, ale strona Ravherda nigdy nie była moją. On upaja się zabijaniem i krwią, ja nie. Nic dziwnego, że przyjaźnił się kiedyś z Serghardem, a nie ze mną i Hemrithem.
Kai udał, że taka nowina wcale nie jest dla niego zaskakująca. Jego towarzysz milczał, nie spiesząc się do wyjaśnień, pomimo swoich wcześniejszych zapewnień, że nie wie zbyt wiele o żadnym z Ghardhur. Oshiro już wcześniej podejrzewał, że został okłamany, a wszystkie obecne walki stanowiły jedynie kontynuację wcześniejszych relacji.
- Tak czy inaczej, niezależnie od tego, co się później wydarzy - ciągnął Aghardhi - teraz nie masz we mnie wroga. Obecnie jestem tylko przeciwko Serghardowi.
Zaczął się wycofywać, sprawiając, że wyraz twarzy Carla powoli stał się bardziej naturalny. Łowca podejrzewał, że może nie mieć już zbyt wielu okazji do rozmów z Ghardhur, więc pospiesznie zapytał:
- Wiesz, co sprawiło, że tak niespodziewanie zapadliście w swój dziwny letarg podczas poprzedniej wojny?
- Nie. Trudno mi ocenić, czy ktokolwiek z nas to wie.
Mrok uwolnił fotografa, który osunął się niemal bezwładnie na stolik. Zamigotał jeszcze błękitem, oddalając się z tarasu, po czym rozpłynął w powietrzu, jakby rozwiał go nagły podmuch. Verena wypuściła przeciągle powietrze, z ulgą odnotowując, że Carl podparł się łokciami o blat i ostrożnie wyprostował. Potrząsnął głową w oszołomieniu i po chwili skoncentrował wzrok na nich. Uśmiechnął się przepraszająco.
- Nie umiałem się przed tym bronić - wyjaśnił skruszonym tonem.
- Nic się nie stało, nie był wrogi - pocieszył go Kai, dopiero teraz zabierając dłoń z rękojeści broni. - Trzymasz się?
- Tak, jestem trochę wypompowany, ale kawa powinna zaraz postawić mnie na nogi.
Verena poczuła, że palce lekarza powoli się rozprostowują, pozostawiając tylko mrowiące miejsce na jej ramieniu. Zrobił to, nim zdecydowała się go przytrzymać albo cokolwiek powiedzieć. Spojrzenie, które jej rzucił, nakazywało milczenie. Czegokolwiek nie poczuł, nie chciał o tym rozmawiać, więc skinęła głową, szanując jego decyzję. Skoro chciał udawać zupełnie neutralnego, zamierzała się na to chwilowo zgodzić.
Na kawę musieli jeszcze trochę poczekać. Gdy wreszcie kelnerka przybyła do nich z napojami, Oshiro tylko zmierzył ją chłodnym wzrokiem, aż spłonęła rumieńcem. Wymruczała przeprosiny, tłumacząc się chwilowym brakiem prądu, po czym umknęła z dachu, jakby ścigali ją odmieńcy.
Przesiedzieli na tarasie jeszcze kilka godzin, powoli się rozluźniając. Zamówili tam również kolację, ciesząc się ze spokoju, jaki zapanował po odejściu Aghardhi. Jeśli w hotelu przebywali jeszcze inni goście, nie pojawili się nawet na moment, dzięki czemu Kai, Verena i Carl mogli swobodnie przedyskutować zarówno to, czego dowiedzieli się od Ghardhur, jak też powrócić do wcześniejszych tematów. Ravherd się nie odzywał, nawet zagadnięty przez Oshiro, czy zamierza jakoś skomentować kwestię swojej dawnej przyjaźni z Serghardem.
Ze swojego miejsca mieli doskonały punkt obserwacyjny, z którego wieczorem udało im się zobaczyć trzy przemiany. Sielankowa atmosfera od razu stała się bardziej mroczna, dobitnie przypominając, że spokojne czasy są za nimi. Fotograf i dziennikarka wydali się nimi odrobinę przejęci, ale lekarz tylko wzruszył ramionami. Nie umiał nawet ocenić, czy to jego własny Ghardhur, czy inny zdecydował się na stworzenie swoich odmieńców. Według Kaia nie miało to też szczególnego znaczenia. Ludzie w najbliższym czasie mieli po prostu ginąć, również z jego ręki. Takie było ich przeznaczenie, którego nie zamierzał zmieniać.
Pożegnał się z Carlem i Vereną dopiero późnym wieczorem, obiecując, że szybko wróci i stale będzie pod telefonem. Nie zatrzymali go, choć kobieta wolałaby, aby pozostał przez całą noc w hotelu. Sam jednak dobrze wiedział, że potrzebuje kolejnych litrów krwi, aby jak najszybciej powrócić do pełni zdrowia. Monachium, w którym do tej pory nie wyczuł żadnego łowcy, wydawało się wręcz idealnym terenem do polowań.
Przemierzał jego ulice, wypatrując wrogów i ofiar. Kierował się jedynie przeczuciem, nie przywiązując wagi do tego, w którą stronę zmierza. Nazwy ulic i placów pogrążonych w półmroku nie miały dla niego znaczenia. Pierwszego odmieńca dopadł blisko wejścia do wiekowej kamienicy, dzięki czemu mógł ukryć się z nim w podcieniu bramy. Drugi stał przy jednej z uliczek prowadzących do Hirschgarten. W parku też ich nie brakowało, jakby czekali tu na łatwe ofiary, czając się w zacienionych miejscach między krzewami.
Wystarczyła chwila, by przekonać się, iż to podejrzenie było słuszne. Do Hirschgarten wtoczyła się trójka chłopaków około osiemnastu lat. Pozostawili za sobą ślad w postaci drogi usłanej śmieciami. Szli z butelkami alkoholu w rękach, rechocząc na całe gardło. Jeden z nich zatrzymał się tylko na moment, by opróżnić pęcherz pod domkiem stojącym na placu zabaw dla dzieci.
Lekarz pokręcił głową z niedowierzaniem i obrzydzeniem. Przez głowę przemknęło mu nawet, że policji jak zawsze zabrakło tam, gdzie była akurat potrzebna.
Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien ratować chłopaków przed czekającymi już w pobliżu odmieńcami. Swoim wyczulonym słuchem mógł wyłapać ciche powarkiwania i szelest, gdy odwracali się w stronę przyszłych ofiar. Chwilę jego wahania przeciął kolejny rechot, a potem głośne uderzenie, gdy jeden z młodzieńców z sobie tylko znanych powodów uderzył w dziecięce drabinki butelką, rozbijając ją na drobne kawałki. Dwóch pozostałych poszło za jego przykładem, roztrzaskując swoje o ziemię w pobliżu ławki. Czuli się zupełnie bezkarni.
Hołota, podsumował Kai dobitnie, widząc, że po opróżnieniu paczki papierosów, również cisnęli ją na trawę.
Kolejne butelki alkoholu już zostały wyjęte. Żaden z młodych ludzi nie dostrzegł, że pierwsi odmieńcy wybiegli z parkowego gąszczu. Dopiero przeciągłe warknięcie zwróciło uwagę jednego z nich. Zamachnął się butelką na atakującą istotę, ale to jej nie zatrzymało. Wytrąciła alkohol z dłoni swojej ofiary i dopadła do jej gardła, w jednej chwili zmieniając okrzyk w zduszone charczenie.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.