Rezydencja - Lilith

Kup ebooka

36.90 zł
27.68 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

- Chciała zor­ga­ni­zo­wać tra­dy­cyjne ary­sto­kra­tyczne wa­ka­cje przed ślu­bem. Co­kol­wiek to, do cho­lery, zna­czy. Wszy­scy za­pro­szeni mogą przy­je­chać już na po­czątku czerwca. Tata płaci.

Je­cha­ły­śmy wła­śnie z Tu­ulą wy­na­ję­tym przez nią ci­tro­ënem z lot­ni­ska w Bu­da­pesz­cie do wę­gier­skiej re­zy­den­cji. Ro­ze­śmia­łam się, sły­sząc jej iro­niczny ton.

- Nie wo­leli cze­goś we Fran­cji albo An­glii? Za­pa­dła wieś gdzieś na Wę­grzech na­prawdę była ich pierw­szym wy­bo­rem? Okej, nad Ba­la­to­nem, ale to na­dal wę­gier­ska wieś - za­uwa­ży­łam roz­ba­wiona.

Moja przy­szła sze­fowa rzu­ciła mi szyb­kie spoj­rze­nie i się uśmiech­nęła.

- Je­stem pewna, że Armi i Fanny naj­chęt­niej wy­bra­łyby re­zy­den­cję ksią­żęcą w An­glii, ale my­ślę, że mo­głyby tym tro­chę wku­rzyć ta­tu­sia. Z całą pew­no­ścią je­ste­śmy tu ze względu na bu­dżet. Z Seppa ża­den książę, to zwy­kły Fin, który pro­wa­dzi bar­dzo do­brze pro­spe­ru­jącą sieć biur ra­chun­ko­wych. Ale jego żona uważa, że pie­nią­dze zro­biły z niej hra­binę. Córka rów­nież. A samo miej­sce jest uro­cze, to dwo­rek, który był let­nią re­zy­den­cją ja­kiejś ary­sto­kra­tycz­nej ro­dziny.

Tu­ula za­dzwo­niła do mnie za­le­d­wie przed ty­go­dniem z pro­po­zy­cją pracy, gdy czło­wiek, któ­rego wcze­śniej za­trud­niła, zre­zy­gno­wał. Dwór wy­na­jęło na lato bo­gate mał­żeń­stwo Mäki­ne­nów, a gwoź­dziem pro­gramu miał być ślub ich córki Fanny. Mia­łam po­ma­gać we wszyst­kim: go­to­wać, sprzą­tać, przy­go­to­wy­wać we­sele i kie­ro­wać miej­sco­wym per­so­ne­lem.

Zna­łam Tu­ulę dość do­brze, po­nie­waż przez wiele lat pra­co­wa­łam w jej fir­mie ca­te­rin­go­wej, a jej pro­po­zy­cja nie mo­gła na­dejść w lep­szym mo­men­cie. Wła­śnie ukoń­czy­łam stu­dia na kie­runku ga­stro­no­mia i sztuka ku­li­narna, ale chwi­lowo by­łam bez­ro­botna. Mia­łam przez lato po­dró­żo­wać ze swoim chło­pa­kiem, a po­tem z nim za­miesz­kać. Tylko że Tatu zmie­nił plany. Trzy ty­go­dnie temu po­in­for­mo­wał mnie, że mogę za­po­mnieć o wy­jeź­dzie, wspól­nym za­miesz­ka­niu i tak na­prawdę o nim. Spo­tkał mi­łość swo­jego ży­cia i nie by­łam to ja.

Nie mu­sia­łam się długo za­sta­na­wiać nad od­po­wie­dzią dla Tu­uli, ma­jąc do wy­boru dwo­rek nad Ba­la­to­nem albo sa­motne wy­le­wa­nie łez w cia­snym po­koju w aka­de­miku. Poza tym w wieku dwu­dzie­stu sied­miu lat by­łam już po pro­stu za stara na to dru­gie. Stu­dio­wa­łam tro­chę dłu­żej niż moi ko­le­dzy, po­nie­waż mu­sia­łam dużo pra­co­wać, żeby ja­koś zwią­zać ko­niec z koń­cem.

Przy­naj­mniej mo­głam le­czyć zła­mane serce i zruj­no­waną sa­mo­ocenę w ład­nym i cie­płym miej­scu. Cho­ciaż zna­la­złam się w dość nie­co­dzien­nej sy­tu­acji, by­łam pewna, że w tej pracy wiele się na­uczę. Poza ga­stro­no­mią stu­dio­wa­łam też za­rzą­dza­nie biz­ne­sem, po­nie­waż ma­rzy­łam o pro­wa­dze­niu wła­snego ma­łego ho­telu. Wpraw­dzie te­raz mia­łam za­rzą­dzać re­zy­den­cją i fi­nan­sami na or­ga­ni­za­cję we­sele, ale to było bez zna­cze­nia - za­wsze to ja­kaś prak­tyka.

- Duży jest te­raz tłok nad Ba­la­to­nem? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wiona, gdy zbli­ża­ły­śmy się do naj­więk­szego je­ziora w Eu­ro­pie Środ­ko­wej.

Tu­ula po­trzą­snęła głową tak ener­gicz­nie, że włosy jej się zwi­chro­wały. Był to nie lada wy­czyn, bo swoją rudą czu­prynę no­siła ściętą na krótko.

- Je­śli py­tasz o do­kładną liczbę, to nie mam po­ję­cia. Na wy­spie za­wsze jest spory ruch, nie­któ­rzy przy­jeż­dżają tylko na dzień albo dwa po­że­glo­wać. W tej chwili jest może od pięt­na­stu do dwu­dzie­stu osób, ale jedna grupa wy­je­chała dziś na kilka dni do Wied­nia. W każ­dym ra­zie to od nas za­leży, ile jest osób. Armi kom­plet­nie od­biło z ob­li­cze­niami, Fanny ma to w du­pie, Seppo cały czas gada przez te­le­fon, a Ilkka pa­trzy tak obo­jęt­nym i znu­dzo­nym wzro­kiem, że pew­nie w ogóle tego nie ogar­nia.

- To oni mają syna? My­śla­łam, że dwie córki.

- No i do­brze my­śla­łaś. Jenny jesz­cze jest w Bel­gii, pra­cuje tam jako au pair. Ilkka to pan młody.

- Chce się wże­nić do bo­ga­tej ro­dziny?

- Na to wy­gląda. Pro­wa­dzi jedno z biur ra­chun­ko­wych Seppa i bzyka się z jego córką.

- To chyba nie ma nic do rze­czy...

- Oczy­wi­ście, że nie. Ale fa­cet wy­daje się in­te­li­gentny, a Fanny nie. Może po pro­stu mu się po­doba.

Fanny była piękna. Ale była też cho­ler­nie mę­czącą, roz­piesz­czoną małą księż­niczką. Tu­ula od­wa­żyła się przy mnie po­wie­dzieć, co na­prawdę uwa­żała - znała mnie na tyle do­brze, że nie mu­siała wąt­pić w moją lo­jal­ność. Po­my­śla­łam z no­stal­gią, że ja też kie­dyś ucho­dzi­łam za pięk­ność. To było, za­nim w ży­ciu Tatu po­ja­wiła się Aino ze swo­imi psze­nicz­nymi wło­sami i wspa­nia­łymi opa­lo­nymi no­gami. Wtedy zmie­ni­łam zda­nie na swój te­mat. Wo­la­ła­bym ni­gdy nie wi­dzieć, jak szła pod rękę z moim by­łym chło­pa­kiem w cen­trum han­dlo­wym w Tam­pere. Kiedy ich spo­strze­głam, ucie­kłam za­wsty­dzona i scho­wa­łam się za sto­ja­kami w skle­pie odzie­żo­wym.

Gdy Tatu na­gle ze mną ze­rwał, a ja od­kry­łam Aino, moje dłu­gie wy­pie­lę­gno­wane brą­zowe włosy, duże nie­bie­sko­szare oczy i chło­pięca bu­dowa wy­dały mi się po pro­stu nie­cie­kawe. Może w re­zy­den­cji zna­la­złby się ktoś... kto­kol­wiek. Chło­piec od ba­senu, któ­rego błysz­czące brą­zowe oczy po­zwo­li­łyby mi od­pę­dzić zły na­strój i z któ­rym mo­gła­bym spę­dzać go­rące noce po pracy.

Na­gle roz­to­czył się przed nami wi­dok na tur­ku­sową ta­flę Ba­la­tonu, a ja na chwilę za­po­mnia­łem o chłop­cach od ba­senu, ary­sto­kra­tycz­nych wa­ka­cjach ro­dziny Mäki­ne­nów, a na­wet o Aino. Gło­śno da­wa­łam wy­raz swo­jemu za­chwy­towi, gdy ode­zwała się Tu­ula:

- Tak, tu jest pięk­nie, a co naj­waż­niej­sze, je­ste­śmy po tej lep­szej stro­nie je­ziora. Po po­łu­dnio­wej stro­nie, w Sió­fok, jest pełno ho­teli jesz­cze z cza­sów ko­muny. Na­dal stra­szą wy­glą­dem, mimo że zo­stały wy­re­mon­to­wane. Mia­steczko Ba­la­ton­füred jest na­prawdę piękne i znaj­duje się za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od po­sia­dło­ści. A jesz­cze ład­niej moim zda­niem jest w Ti­hany. To mała wio­ska na pół­wy­spie o tej sa­mej na­zwie.

Gdy sa­mo­chód za­czął się piąć w górę, moim oczom uka­zało się Ba­la­ton­füred oraz wiel­kie je­zioro mie­niące się w słońcu. Wkrótce po­tem Tu­ula skrę­ciła w lewo i prze­je­chała przez nie­wielką bramę na końcu pod­jazdu, pro­sto na dzie­dzi­niec du­żego kom­pleksu za­bu­do­wań. Zgod­nie z tym, co po­wie­działa moja przy­szła sze­fowa, bu­dy­nek po­cho­dził z ty­siąc sie­dem­set­nego roku. Był to duży, dwu­pię­trowy dwo­rek z bla­do­żół­tymi ścia­nami. Do­bu­do­wane do niego skrzy­dła były niż­sze, choć rów­nież dwu­pię­trowe. Ka­mienna brama sty­kała się z oboma skrzy­dłami, za­my­ka­jąc bru­ko­wany dzie­dzi­niec.

Tu­ula ob­je­chała sto­jącą na środku dzie­dzińca ładną fon­tannę i za­trzy­mała się przed fron­to­wym wej­ściem.

- Wy­pa­kuj te­raz rze­czy z sa­mo­chodu i za­nieś je do kuchni, nie bę­dziesz mu­siała się na­bie­gać - po­wie­działa. - Jest za głów­nymi scho­dami po le­wej. Ja za­par­kuję, a po­tem cię opro­wa­dzę.

Wy­sko­czy­łam z auta i chwy­ci­łam z ba­gaż­nika dużą wa­lizkę Sam­so­nite oraz wy­pchany po brzegi ple­cak. Za­rzu­ci­łam go na plecy nie bez wy­siłku i sta­łam przez chwilę, przy­glą­da­jąc się, jak Tu­ula opusz­cza dzie­dzi­niec. Za­chwia­łam się pod cię­ża­rem ba­gażu i na­wet nie za­uwa­ży­łam, że ktoś wy­cho­dzi przez otwarte drzwi. Kiedy ką­tem oka do­strze­głam ruch, pod­nio­słam głowę tak szybko, że cał­kiem stra­ci­łam rów­no­wagę. Pró­bo­wa­łam zna­leźć ba­lans i na­gle nie by­łam już pewna, czy ko­lana się pode mną ugięły pod wpły­wem ba­la­stu, który dźwi­ga­łam, czy fa­ceta, który sta­nął te­raz przede mną w słońcu.

Wy­star­czyło kilka se­kund, abym za­chłan­nie wo­dząc oczami po ciele męż­czy­zny, od­no­to­wała parę in­te­re­su­ją­cych szcze­gó­łów. Fa­cet był wy­soki i smu­kły, miał sze­ro­kie ra­miona i scho­dził ze scho­dów z iście ko­cią gra­cją. Rę­kawy wy­pusz­czo­nej luźno bia­łej ko­szuli miał pod­wi­nięte do łokci, dzięki czemu było wi­dać mu­sku­larne, cu­dow­nie opa­lone ra­miona.

Moje ciało na­tych­miast za­re­ago­wało tak, jak można się było spo­dzie­wać. Bo­le­sne pul­so­wa­nie w dole brzu­cha dało o so­bie znać, za­nim zdą­ży­łam do­trzeć wzro­kiem do twa­rzy nie­zna­jo­mego. Chci­wie wpa­try­wa­łam się w pół­dłu­gie ciem­no­brą­zowe włosy, lekko fa­lu­jące za uszami i opa­da­jące na biały koł­nie­rzyk, po­cią­głą twarz, pra­wie czarne oczy i pełne, wy­ra­zi­ste usta.

Wę­gier. Na sto pro­cent. Może... chło­pak od ba­senu. Niech to bę­dzie chło­pak od ba­senu albo ktoś w tym stylu... - mo­dli­łam się roz­ma­rzona, cho­ciaż gość wy­glą­dał na nieco po­nad trzy­dzie­ści lat. Czyli już nie taki chło­piec.

- Cześć. Sły­sza­łem, jak Tu­ula pod­jeż­dża. Po­trze­bu­jesz po­mocy? - za­py­tał.

A to nie­spo­dzianka! Męż­czy­zna miał tak eg­zo­tyczny wy­gląd, że ni­gdy, zwłasz­cza na Wę­grzech, nie przy­szłoby mi do głowy, że jest Fi­nem. Może jed­nak był jed­nym z go­ści we­sel­nych. Jed­nym z tych, któ­rzy przy­je­chali pa­so­ży­to­wać, jak to ujęła Tu­ula.

- No ra­czej... By­łoby miło. Ple­cak jest ku­rew­sko ciężki - burk­nę­łam nie­zbyt grzecz­nie.

Mia­łam ochotę dać so­bie kopa w dupę. Cho­ciaż ro­dzina Mäki­ne­nów nie na­le­żała do ary­sto­kra­cji i nie ży­li­śmy w dzie­więt­na­stym wieku, mimo wszystko nie po­win­nam prze­kli­nać jak ja­kiś La­poń­czyk przy do­piero co po­zna­nym go­ściu. Na swoje uspra­wie­dli­wie­nie mia­łam tylko to, że by­łam w szoku - na­prawdę za­sko­czył mnie wy­gląd męż­czy­zny. Co to była za... po­ra­ża­jąca uroda.

W jego oczach po­ja­wił się błysk, a usta wy­gięły w sek­so­wym uśmie­chu. Uniósł ciemne, ide­al­nie za­ry­so­wane brwi, a kiedy na chwilę od­wró­cił głowę w bok, zo­ba­czy­łam, że ma gar­baty nos. Wspa­niały, duży nos.

Prze­leć mnie!, krzy­czało moje ciało w de­spe­ra­cji. Do­brze, że nie na głos. Czy kie­dy­kol­wiek tak za­re­ago­wa­łam na Tatu?, za­sta­na­wia­łam się, obez­wład­niona, gdy męż­czy­zna zszedł po scho­dach i pod­szedł do mnie.

Bar­dzo bli­sko. Tak bli­sko, że mo­głam do­strzec, że jego źre­nice miały głę­boki ak­sa­mitny, ciem­no­brą­zowy od­cień. Po­chy­lił się tro­chę i uniósł ręce. Po­czu­łam się jak we śnie i przez chwilę by­łam pewna, że chce mnie po­ca­ło­wać. Roz­chy­li­łam usta, przy­mknę­łam po­wieki, a po­tem... po­czu­łam, jak ręce chwy­tają za ra­miączka ple­caka. Moje plecy do­znały ulgi, ale te­raz przy­gniótł mnie cię­żar za­wsty­dze­nia.

Kto w ogóle chciałby po­ca­ło­wać osobę, któ­rej imie­nia na­wet nie zna? Na pewno nie ja. I na pewno nie taki fa­cet. Bez wąt­pie­nia nie zwró­ciłby uwagi na ja­kąś tam ku­charkę... Tym ra­zem wy­mie­rzy­łam so­bie men­tal­nego kop­niaka. To­talna ze mnie idiotka.

- Dzię­kuję - po­wie­dzia­łam, ob­da­rza­jąc męż­czy­znę swoim naj­pięk­niej­szym uśmie­chem.

Wy­da­wało mi się, że nie­zna­jomy pa­trzy na mnie dłu­żej niż to ko­nieczne i prze­nosi cię­żar ciała z jed­nej stopy na drugą. Jakby się nad czymś za­sta­na­wiał. Mia­łam na­dzieję, że my­śli o mnie. I że są to wy­łącz­nie po­zy­tywne my­śli.

- Za­pro­wa­dzę cię do two­jego po­koju - po­wie­dział ni­skim, mięk­kim gło­sem, który za­wi­bro­wał gdzieś głę­boko we mnie. Za­rzu­cił ple­cak na ra­mię i chwy­cił wa­lizkę.

- Do­bra - wes­tchnę­łam. Po­sta­no­wi­łam tro­chę się zre­ha­bi­li­to­wać, to­wa­rzy­sząc męż­czyź­nie na scho­dach.

- Wspa­niale tu jest. Pra­co­wa­łam w róż­nych miej­scach, ale ni­gdy nie mia­łam oka­zji za­trud­nić się za gra­nicą, w do­datku na tak długo. A or­ga­ni­za­cja ślubu to na­prawdę cie­kawe wy­zwa­nie.

Ciemne oczy wpa­try­wały się we mnie.

- "Wy­zwa­nie" to rze­czy­wi­ście wła­ściwe słowo. Zo­ba­czymy, czy Seppo wy­trzyma do po­czątku sierp­nia, kiedy do­łą­czy do nas wię­cej lu­dzi i pra­cow­ni­ków. Wę­gry może i nie są dro­gim kra­jem, ale utrzy­ma­nie ca­łej ha­ła­stry przez po­nad dwa mie­siące i tak trzep­nie po kie­szeni - za­uwa­żył mój to­wa­rzysz z czar­nym hu­mo­rem.

- No to bar­dzo spryt­nie, że przy­je­cha­łeś tu­taj te­raz. Mo­żesz ko­rzy­stać z wszyst­kiego od po­czątku do końca.

Pod­kre­śli­łam słowo "wszyst­kiego", cho­ciaż na­wet nie wie­dzia­łam czemu. O co mi w ogóle cho­dziło? W oczach męż­czy­zny było coś oce­nia­ją­cego, ale nie mia­łam czasu się za­sta­no­wić co, bo do­tar­li­śmy do klatki scho­do­wej, a on po­kie­ro­wał mnie do po­koju (w lewo, do końca ko­ry­ta­rza w prawo i znów w prawo).

- Po­kój jest dość mały, ale znaj­dują są tam szafa, mały sto­lik oraz łóżko. Ła­zienkę znaj­dziesz na lewo od scho­dów.

- Skąd wiesz, który to mój po­kój? - za­py­ta­łam na­gle, za­sko­czona, że gość we­selny umiał mnie za­pro­wa­dzić we wła­ściwe miej­sce.

Zer­k­nę­łam przez drzwi i stwier­dzi­łam, że wszystko się zga­dza. Oprócz wy­mie­nio­nych cięż­kich, ciem­nych me­bli zo­ba­czy­łam pięk­nie ha­fto­wane opar­cie krze­sła i fo­tel po­kryty ciem­no­czer­woną kwie­ci­stą tka­niną. W oknach wi­siały ro­man­tyczne fi­ranki z bia­łej ko­ronki, a pod­łogę po­kry­wał ciem­no­czer­wony dy­wan.

Męż­czy­zna de­li­kat­nie mnie po­pchnął, by za­chę­cić mnie do wej­ścia, a kiedy zna­la­złam się w środku, po­czu­łam jego od­dech we wło­sach. Na prze­mian go­rące i zimne dresz­cze prze­szyły moje ciało. Szybko się od­wró­ci­łam. Sto­jący za mną męż­czy­zna zdą­żył już odło­żyć wa­lizkę i ple­cak i rzu­cił mi szybki uśmiech, który wy­peł­nił cie­płem całe moje ciało.

- Nie wiem. Ale wiem, że ten aku­rat jest pu­sty.

- Ale może jest dla ko­goś in­nego? - za­czę­łam nie­pew­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy wkrótce zjawi się Tu­ula, by za­pę­dzić mnie do piw­nicy.

- Bę­dzie nie­wielu sa­mot­nych go­ści. I przy­jadą znacz­nie póź­niej - od­po­wie­dział sta­now­czym gło­sem męż­czy­zna.

- A skąd ty to wiesz? - za­py­ta­łam nieco ostrzej. Wo­la­łam się nie pa­ko­wać w żadne kło­poty.

- Po­nie­waż sły­sza­łem, co mó­wią Fanny i Armi. Mogę się wy­da­wać nie­obecny, ale wszystko sły­szę. - Męż­czy­zna wy­cią­gnął rękę i w końcu się przed­sta­wił: - Ilkka Vah­to­kari. Pan młody w tym cyrku.

Kilka dni póź­niej przy­go­to­wy­wa­łam w kuchni trzy duże dzbanki mro­żo­nej her­baty. Zbli­żała się pora lun­chu, a pięt­na­ście osób w domu cze­kało przy stole na coś zim­nego do pi­cia. Czu­łam, jak pot zbiera mi się na czole i karku, po­nie­waż pa­no­wał upał, a w kuchni nie było kli­ma­ty­za­cji.

Źle tu­taj sy­pia­łam, cho­ciaż sy­pial­nie były kli­ma­ty­zo­wane. Wie­dzia­łam dla­czego, ale nie chcia­łam się do tego przy­znać, na­wet przed sobą. Uzna­łam, że by­łam po pro­stu zła, zra­niona i smutna z po­wodu na­głego ze­rwa­nia, a moje przy­gnę­bie­nie mo­gło spo­wo­do­wać różne skutki. Na przy­kład ten, o któ­rym nie chcia­łam my­śleć.

Tu­ula unio­sła brwi, gdy usły­szała, że Ilkka umie­ścił mnie na pię­trze, a wła­ści­wie obok wspól­nej sy­pialni na­rze­czo­nych. Po chwili jed­nak wzru­szyła ra­mio­nami.

- To chyba nie ma zna­cze­nia - stwier­dziła. - Je­śli wo­lisz, mo­żesz spać u mnie, na dole.

Po­my­śla­łam, że chęt­nie prze­pro­wa­dził­bym się do Tu­uli, na­wet je­śli to ozna­cza­łoby dzie­le­nie wspól­nego po­koju. Oba­wia­łam się tylko, że moje prze­no­siny mo­głyby wy­wo­łać zdu­mie­nie, a może na­wet nie­wy­godne py­ta­nia. A tych wo­la­łam unik­nąć, bo Armi na mój wi­dok przy stole na pierw­szej wspól­nej ko­la­cji po­wie­działa, że służba po­winna spać na dole. Na­prawdę wczu­wała się w rolę hra­biny.

Po tych sło­wach pięć­dzie­się­cio­let­nia blon­dynka spoj­rzała na Ilkkę, a po­tem na mnie - wła­śnie przy­nio­słam wino. Ilkka wy­glą­dał, jakby nic nie sły­szał, ale jego na­rze­czona za­częła ob­łud­nie szcze­bio­tać:

- Ilkka ma ta­kie do­bre serce! Co po­ra­dzić?

Męż­czy­zna wska­zał mi ge­stem, abym po­sta­wiła bu­telki na stole. Usły­sza­łam stłu­miony śmiech. Spoj­rza­łam na niego i zo­ba­czy­łam, że unosi drwiąco ką­ciki ust, przy­my­ka­jąc oczy.

- Czy ta dziew­czyna nie może nas ob­słu­żyć? - spy­tała Armi, gdy Ilkka na­le­wał wino jej i Fanny.

- Tu­ula i In­keri są w kuchni same. Na­prawdę nic mi się nie sta­nie, je­śli zajmę się wi­nem - mruk­nął Ilkka.

Armi zmarsz­czyła nos, ale nie sko­men­to­wała słów przy­szłego zię­cia. Do­piero po chwili ode­zwała się słod­kim gło­sem do swo­jego spo­co­nego oty­łego męża sie­dzą­cego na dru­gim końcu stołu:

- Seppo! Po­trze­bu­jemy wię­cej słu­żą­cych! Nie mo­żemy cze­kać tak długo, jak pier­wot­nie za­kła­da­li­śmy. Za­trud­nij kilka osób z wio­ski.

Seppo za­stygł w miej­scu jak za­jąc, który usły­szał zbli­ża­jące się nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Zo­ba­czymy - po­wie­dział ostroż­nie. - Je­śli się okaże, że nie da­jemy so­bie rady, wtedy ko­goś po­szu­kamy. I nie mó­wimy tu o słu­żą­cych, Armi.

- Ale co się nie zga­dza? Prze­cież ci lu­dzie nam służą - wtrą­ciła Fanny, pa­trząc na ojca nie­win­nie swo­imi du­żymi nie­bie­skimi oczami.

- One mają imiona! To Tu­ula i In­keri. I pra­cują. Ciężko! - Ilkka pra­wie krzyk­nął.

Przy stole za­pa­dła ci­sza. Spoj­rza­łam na męż­czy­znę tak, jak zde­cy­do­wa­nie nie po­win­nam, a po­tem po­spiesz­nie ode­szłam, czu­jąc, jak płoną mi po­liczki.

Kiedy wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści, sta­ra­łam się trzy­mać my­śli na wo­dzy i nie po­zwo­lić im zba­czać na te­mat, któ­rego za wszelką cenę mu­sia­łam uni­kać. Skon­cen­tro­wa­łam uwagę na dwóch ogrom­nych dzban­kach mro­żo­nej her­baty i pły­wa­ją­cych w niej pla­ster­kach cy­tryny. Chyba nie dam rady z dwoma na­raz, po­my­śla­łam. Ra­czej nie za­pra­co­wa­ła­bym so­bie na miano słu­żą­cej roku, gdy­bym tak się prze­wró­ciła i ob­lała lo­do­wa­tym na­po­jem na przy­kład Armi.

Tu­ula we­szła do kuchni, chwy­ciła pół­mi­sek z pa­nie­ro­wa­nym kur­cza­kiem i krzyk­nęła:

- Za­nieś im szybko tę her­batę! Dzbanki na stole są już pra­wie pu­ste.

Mimo po­śpie­chu za­cho­wa­łam spo­kój. Kiedy z tru­dem pod­no­si­łam je­den dzba­nek, usły­sza­łam, jak ktoś wcho­dzi do kuchni od strony domu. Za­ło­ży­łam, że to Tu­ula z ja­kie­goś po­wodu wy­dłu­żyła so­bie drogę i już mia­łam się od­wró­cić w stronę fron­to­wych drzwi pro­wa­dzą­cych na po­dwórko, gdy po­czu­łam ostry mę­ski za­pach i zda­łam so­bie sprawę, że się po­my­li­łam.

Za­mar­łam, wpa­tru­jąc się w trzy­many w dło­niach dzba­nek, usi­łu­jąc stłu­mić wzbie­ra­jące we mnie uczu­cia. Na próżno. Za­lała mnie fala bez­rad­nej żą­dzy, sza­lo­nej za­zdro­ści i cał­ko­wi­tej bez­sil­no­ści i bez reszty za­wład­nęła moim umy­słem. Za­mknę­łam oczy i na krótką chwilę da­łam upust fan­ta­zji. Tylko na chwilę.

Ilkka praw­do­po­dob­nie przy­szedł po dzbanki z mro­żoną her­batą. Już wcze­śniej przy­cho­dził z Seppo i kil­koma in­nymi męż­czy­znami po na­poje czy duże pół­mi­ski, aby nam po­móc. Te­raz jed­nak wy­obra­ża­łam so­bie, że przy­szedł po mnie. Tylko po mnie. Cho­ciaż był za­jęty i po­mimo tego, że moje włosy były spięte w nie­chlujny ku­cyk, a twarz bez grama ma­ki­jażu po­kry­wała war­stewka potu.

Kiedy czas mi­jał, a Ilkka się nie od­zy­wał, otwo­rzy­łam oczy, ale wciąż nie mo­głam się ru­szyć. Wie­dzia­łam, że męż­czy­zna stoi za mo­imi ple­cami, i cze­ka­łam, aż się­gnie po dzbanki z mro­żoną her­batą. Z każdą mi­ja­jącą se­kundą czu­łam co­raz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie. Za­ci­snę­łam usta, zmu­sza­jąc się do wy­rów­na­nia przy­spie­szo­nego od­de­chu, i usi­ło­wa­łam wy­my­ślić, co mo­gła­bym po­wie­dzieć, aby prze­rwać ten dziwny stan, w któ­rym się zna­la­złam.

Otwo­rzy­łam usta, lecz wy­do­było się z nich po­je­dyn­cze, zdy­szane słowo. To, które po­wta­rzało się w mo­ich snach.

- Ilkka.

Męż­czy­zna pod­szedł bli­żej. Tak bli­sko, że trą­cił czub­kiem buta moją ba­le­rinkę, a klatką pier­siową mu­snął mój ku­cyk. Na­gle jego opa­lone, dłu­gie ra­miona ob­jęły mnie w pa­sie, a duże dło­nie przy­kryły moje palce trzy­ma­jące dzba­nek. Gdy jego cie­pły do­tyk pie­ścił moją skórę, palce od­mó­wiły mi po­słu­szeń­stwa.

By­łam pewna, że za chwilę usły­szę brzęk tłu­czo­nego szkła i po­czuję, jak her­bata za­lewa mi stopy, ale Ilkka za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie. Splótł swoje palce z mo­imi, ręce przy­ci­snął do mo­ich przed­ra­mion i przy­cią­gnął mnie mocno do swo­jej klatki pier­sio­wej, ra­tu­jąc na­czy­nie.

Sły­sza­łam ci­chy od­dech męż­czy­zny i cze­ka­łam, aż coś po­wie albo się ode mnie od­su­nie. Kiedy przez nie­skoń­cze­nie dłu­gie se­kundy nic się nie wy­da­rzyło i sta­łam tak, przy­wie­ra­jąc do niego ple­cami, nie mo­głam już dłu­żej opie­rać się po­ku­sie.

Od­chy­li­łam się mocno i od­wró­ci­łam tak, że mój po­li­czek oparł się o przód ja­sno­nie­bie­skiej ko­szulki. Krę­ciło mi się w gło­wie. Wie­dzia­łam, że to nie­wła­ściwe, a jed­nak czu­łam, że wszystko jest jak trzeba. Gdy Ilkka po­chy­lił głowę, a jego usta wy­lą­do­wały naj­pierw na mo­ich wło­sach, a po­tem na uchu, nie tylko dzban­kowi gro­ził upa­dek.

Czu­łam, że moim cia­łem za­wład­nęło pier­wotne, bez­wa­run­kowe uczu­cie, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łam. Do­ma­gało się, abym się od­wró­ciła, ro­ze­brała sto­ją­cego za mną męż­czy­znę, uca­ło­wała każdy cen­ty­metr jego skóry, wzięła go w sie­bie od razu. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, że nie chcę po­żą­dać męż­czy­zny, który miał po­ślu­bić inną ko­bietę. Oczy­wi­ście, że nie chcia­łam. Ale moje ra­cjo­nalne pra­gnie­nia nie miały szans, gdy był przy mnie Ilkka.

A te­raz znaj­do­wał się tak bli­sko, że nie dało się tego wy­tłu­ma­czyć w ża­den ra­cjo­nalny spo­sób. Mógł mnie pu­ścić, gdy tylko ura­to­wał dzba­nek. Ale tego nie zro­bił. Wręcz prze­ciw­nie. Przy­ci­snął mnie do sie­bie jesz­cze moc­niej, jego usta pie­ściły pła­tek mo­jego ucha tak, że przy­mknę­łam po­wieki z roz­ko­szy.

- My­ślę o to­bie - wy­szep­tał. - Nic na to nie po­ra­dzę.

Grzeszna, grzeszna me­lo­dia, uwo­dzi­ciel­ska jak pieśń sy­reny, eks­plo­do­wała w mo­jej gło­wie. W dol­nej czę­ści ple­ców po­czu­łam, jak ku­tas męż­czy­zny pul­suje pod ciem­no­nie­bie­skimi let­nimi spodniami. Moja cipka za­częła pęcz­nieć i wil­got­nieć. Po­czu­łam mu­śnię­cie za­ka­za­nej przy­jem­no­ści, gdy za­ci­snę­łam przy­sło­nięte krótką czarną spód­niczką po­śladki jesz­cze moc­niej na męż­czyź­nie i po­ru­szy­łam bio­drami.

Ilkka sap­nął, przy­gryzł pła­tek mo­jego ucha, a po chwili gwał­tow­nie się cof­nął z dzban­kiem w dłoni, mó­wiąc szorstko:

- We­zmę też drugi.

Wła­śnie wtedy we­szła Tu­ula. Od­wró­ci­łam się do niej z od­ma­lo­wa­nym na twa­rzy po­czu­ciem winy. Ilkka się­gnął obok mnie, jego ręka po­now­nie do­tknęła mo­jego ra­mie­nia, a ja pra­wie pod­sko­czy­łam. Męż­czy­zna mruk­nął do Tu­uli, że przyj­dzie po resztę na­po­jów, ale moja prze­ło­żona je­dy­nie da­lej mi się przy­glą­dała. Kiedy Ilkka wy­szedł, Tu­ula po­wie­działa bez­na­mięt­nie, lecz sta­now­czo:

- Nie daj się mu uwieść. On zła­mie ci serce i na do­da­tek nas zwol­nią.

- Co? - wy­du­si­łam z tak źle uda­wa­nym obu­rze­niem, że pra­wie samą sie­bie roz­śmie­szy­łam.

Tu­ula po­ło­żyła ręce na swo­ich zgrab­nych bio­drach i wy­da­wało się, że jej ni­ska po­stura uro­sła o kilka cen­ty­me­trów, choć ko­bieta nie wy­glą­dała na roz­gnie­waną.

- Wiesz, co mam na my­śli. Ilkka może być znu­dzony i po pro­stu po­trze­bo­wać roz­rywki. Za­nim zro­bisz coś głu­piego, pa­mię­taj, że pra­cuje dla Seppo od sied­miu lat i spo­tyka się z Fanny od trzech. Mało praw­do­po­dobne, żeby zmie­nił plany na kilka ty­go­dni przed ślu­bem. Z jego wy­glą­dem ła­two jest zna­leźć ko­goś do to­wa­rzy­stwa, ale je­śli tego po­trze­buje, niech po­szuka w mie­ście, a nie w twoim łóżku.

Czu­łam, jak ob­le­wam się ru­mień­cem, który z każ­dym sło­wem Tu­uli scho­dził ni­żej na moją szyję i de­kolt. Prze­rwała na chwilę, po czym uśmiech­nęła się po­cie­sza­jąco i po­wie­działa:

- Wiem, że jest ci te­raz trudno. Ale nie bra­kuje tu sa­mot­nych fa­ce­tów. Nic nie stoi na prze­szko­dzie, że­byś wy­brała so­bie jed­nego z nich i tro­chę się za­ba­wiła.

Roz­dział 2

Na­stęp­nego ranka, gdy szy­ko­wa­łam się przed lu­strem w po­koju, za­le­wała mnie za­równo nie­na­wiść do sa­mej sie­bie, jak i prze­ra­ża­jąca złość. Fanny ję­czała w nocy jak kotka w rui, a od czasu do czasu do­łą­czał do niej ni­ski głos Ilkki, który coś mó­wił. Nie­na­wi­dzi­łam tego męż­czy­zny i swo­jej nędz­nie sła­bej na­tury, ale po­zwo­li­łam so­bie na brudne my­śli. Ta­kie, w któ­rych to wła­śnie ja by­łam na miej­scu jego blon­d­wło­sej na­rze­czo­nej, a on pie­przył mnie bez­wstyd­nie w kuchni, nie przej­mu­jąc się, że nas na­kryją.

Kiedy do­szłam do or­ga­zmu po raz trzeci, a od­głosy w są­sied­niej sy­pialni uci­chły, wró­ci­łam my­ślami do tego, co stało się dzi­siaj, pró­bu­jąc oce­nić sy­tu­ację tak obiek­tyw­nie, jak tylko mo­głam. Roz­wa­ża­łam w gło­wie różne opcje, ale za­wsze do­cho­dzi­łam do tego sa­mego wnio­sku. Tu­ula praw­do­po­dob­nie miała ra­cję. Dla Ilkki by­łam tylko roz­rywką. Od­skocz­nią. Za­uwa­żył moje nie­sto­sowne za­uro­cze­nie - co nie było trudne, skoro w jego to­wa­rzy­stwie tra­ci­łam zdrowy roz­są­dek - i wy­ko­rzy­stał je z wy­ra­cho­wa­niem.

Spoj­rza­łam gniew­nie na swoje od­bi­cie w lu­strze, za­ma­szy­ście szczot­ku­jąc włosy. Mu­sia­łam się ja­koś po­zbyć ob­se­sji na punk­cie Ilkki, a Tu­ula wy­my­śliła ge­nialne roz­wią­za­nie.

Wy­star­czyło się za­in­te­re­so­wać ja­kimś in­nym męż­czy­zną w willi. Sa­muli był ku­zy­nem Fanny i chyba moim rów­no­lat­kiem. No, może był kilka lat star­szy. Blon­dyn, śred­niego wzro­stu, w do­brej for­mie. Rów­nież przy­stojny. Hans był part­ne­rem biz­ne­so­wym Seppo. Roz­wod­nik po czter­dzie­stce. Wie­dzia­łam, bo pod­słu­cha­łam, jak mó­wił o swoim roz­wo­dzie przy stole. Wy­soki, szczu­pły, do­brze zbu­do­wany. Brą­zowe włosy lekko przy­pró­szone si­wi­zną.

Ża­den z nich nie dzia­łał na mnie tak jak Ilkka, ale to nie­ko­niecz­nie miało zna­cze­nie. Cią­głe na­pię­cie, w ja­kie męż­czy­zna wpra­wiał moje ciało, było już tak mę­czące, że rów­nie do­brze mo­gła­bym czer­pać ra­dość z nic nie­zna­czą­cej przy­gody z ja­kimś mi­łym i wol­nym go­ściem we­sel­nym. Ni­gdy wcze­śniej nie upra­wia­łam seksu bez zo­bo­wią­zań, ale nie z po­wodu ja­kichś za­sad mo­ral­nych, tylko dla­tego, że spo­ty­ka­łam się z Tatu przez sie­dem lat, a wcze­śniej przez trzy lata by­łam w związku z moim pierw­szym chło­pa­kiem. Z od­po­wied­nim na­sta­wie­niem mo­gła­bym przez całe lato do­brze się ba­wić, za­miast usy­chać z tę­sk­noty, ma­rząc o męż­czyź­nie, który że­nił się za nie­całe dwa mie­siące i flir­to­wał ze słu­żącą dla roz­rywki.

Po­sta­no­wi­łam naj­pierw sku­pić się na Han­sie. Kilka razy przy­ła­pa­łam go na tym, jak mi się przy­gląda, i cho­ciaż nie by­łam mi­strzy­nią uwo­dze­nia, trudno było nie roz­po­znać ta­kiego spoj­rze­nia. Spraw­dza­łam, gdzie Hans cho­dził w ciągu dnia, i po­dą­ża­łam za nim, je­śli był sam. Wy­soki, zgrabny męż­czy­zna o pra­wie czar­nych oczach czaił się gdzieś na dnie mo­jego umy­słu, ale po­sta­wi­łam mię­dzy nim a mną grubą ścianę. Może uda­łoby mi się cał­kiem o nim za­po­mnieć, gdy­bym mo­gła się zna­leźć w czy­ichś ra­mio­nach i nie po­zwa­lać wy­obraźni mie­szać się z rze­czy­wi­sto­ścią.

Na samą myśl o tym eks­tra­wa­ganc­kim pla­nie po­czu­łam mro­wie­nie w dole brzu­cha i za­czę­łam szyb­ciej od­dy­chać. Wie­czo­rem wzię­łam prysz­nic, a po­tem skrę­ci­łam wil­gotne włosy w piękny wę­zeł na czubku głowy. Za­ło­ży­łam szy­deł­ko­wane bi­kini w ko­lo­rze zła­ma­nej bieli i cienką białą ko­szulę, którą zo­sta­wi­łam do po­łowy roz­piętą. Dół bi­kini przy­kry­łam krótką błę­kitną spód­niczką, która pięk­nie fa­lo­wała wo­kół mo­ich nóg. Nie za­wra­ca­łam so­bie głowy na­kła­da­niem zbyt moc­nego ma­ki­jażu, po­nie­waż słońce i praca w kuchni szybko zruj­no­wa­łyby cały wy­si­łek. Zde­cy­do­wa­łam się jed­nak po­cią­gnąć rzęsy tu­szem, a usta błysz­czy­kiem, a także do­dać so­bie tro­chę ko­loru za po­mocą różu do po­licz­ków.

Po­ra­nek prze­bie­gał bez więk­szych dra­ma­tów, ale by­łam nie­po­ko­jąco świa­doma spoj­rze­nia Ilkki pie­ką­cego moją skórę jak opa­rze­nia od roz­grza­nej płyty pie­kar­nika, któ­rej nie­opatrz­nie do­tknę­łam pal­cami po­przed­niego dnia. Sta­now­czym ru­chem od­wró­ci­łam głowę w bok i po­dą­ży­łam za wzro­kiem Hansa. Przy śnia­da­niu zer­kał na mnie ukrad­kiem, a kiedy przy­ła­pa­łam go na go­rą­cym uczynku, ob­da­rzy­łam go za­chę­ca­ją­cym pro­mien­nym uśmie­chem.

Moje za­cho­wa­nie naj­wy­raź­niej na niego po­dzia­łało, po­nie­waż pod­czas lun­chu męż­czy­zna pa­trzył już na mnie otwar­cie, a kiedy na niego wpa­dłam, po­wie­dział, jakby mi­mo­cho­dem:

- Po lun­chu na pewno bę­dziesz miała tro­chę czasu. Je­śli masz ochotę, przyjdź po­pły­wać w ba­se­nie.

Uśmiech­ną­łem się sze­roko do Hansa i do­tarło do mnie, że moje za­cho­wa­nie jest dość mocno wy­ra­cho­wane jak na ko­goś, kto jesz­cze do nie­dawna oskar­żał o to samo Ilkkę. Zer­k­nę­łam ostroż­nie na drugi ko­niec stołu, ale Ilkka był po­grą­żony w roz­mo­wie z Armi i Fanny. A może się kłó­cili? Nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego.

Dla pew­no­ści po­pro­si­łam Tu­ulę o po­zwo­le­nie na pój­ście na ba­sen, ale sze­fowa nie wi­działa w tym nic złego.

- Ja też zro­bię so­bie wolne i wy­biorę się na za­kupy w mie­ście. Ty idź po­pły­wać. Ha­ru­jemy tu już od ty­go­dnia, a dziś nie mu­simy sprzą­tać.

Oży­wi­łam się na samą myśl o ba­se­nie i chwy­ci­łam czy­sty ręcz­nik, po czym uda­łam się na tyły domu. By­łam tak pod­eks­cy­to­wana, że nie pa­trzy­łam, do­kąd bie­gnę, do­póki nie do­tar­łam do wy­ło­żo­nego ka­fel­kami ba­senu. Tylko że wtedy było już bez­na­dziej­nie późno. Oka­zało się, że za­sta­łam na miej­scu tylko jedną osobę. Ilkkę.

Zo­ba­czy­łam pły­wa­ją­cego w du­żym ba­se­nie męż­czy­znę, on jed­nak mnie nie wi­dział. Gar­dło mi się ści­snęło, gdy spoj­rza­łam na oliw­kowe mię­śnie lśniące w wo­dzie i dłu­gie koń­czyny po­ru­sza­jące się bez wy­siłku. Za­sta­na­wia­łam się, co zro­bić, ale do­szłam do wnio­sku, że nie będę zmie­niać pla­nów. Zrzu­ci­łam spód­nicę i bluzkę i sta­nę­łam na brzegu ba­senu w bi­kini, które poza naj­bar­dziej stra­te­gicz­nymi miej­scami miało dość luźny ażu­rowy splot.

Kiedy Ilkka prze­stał pły­wać i chwy­cił dra­binkę ba­se­nową, mój wi­dok go za­sko­czył. Wpa­try­wa­li­śmy się w sie­bie przez chwilę, a mój wielki plan mógł za­raz wy­pa­ro­wać z mo­jej głowy.

- Co za zbieg oko­licz­no­ści - mruk­nę­łam, po czym do­da­łam: - Hans po­wie­dział, że można tu po­pły­wać.

Ilkka wy­szedł z wody i usiadł obok mnie. Sta­ra­łam się nie pa­trzeć, ale była to walka ska­zana na po­rażkę. Ob­ser­wo­wa­łam spod rzęs sie­dzą­cego obok mnie wy­so­kiego pół­na­giego męż­czy­znę o kla­sycz­nie pięk­nym pro­filu. Jego dłoń o smu­kłych pal­cach spo­czy­wała na ka­felku za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od mo­jego uda.

Na­pię­cie, które drę­czyło moje ciało przez cały dzień, na­brzmiało te­raz tak, że moje uda mocno się za­ci­snęły, a plecy wy­gięły w łuk. Czu­łam cie­płą wil­goć roz­cho­dzącą się po mo­jej cipce, wi­dzia­łam wy­pu­kłość tward­nie­ją­cych sut­ków pod ażu­rem trój­ką­tów bi­kini i ogni­ste skur­cze po­żą­da­nia w dole ple­ców. Kiedy Ilkka w końcu prze­mó­wił, by­łam za­sko­czona, jakby obu­dził mnie z głę­bo­kiego snu.

- Oczy­wi­ście, że mo­żesz ko­rzy­stać z ba­senu. Je­śli jesz­cze nie za­uwa­ży­łeś, nie po­doba mi się, że Armi trak­tuje was z wyż­szo­ścią - po­wie­dział spo­koj­nie męż­czy­zna.

- Fanny też nas tak trak­tuje - szep­nę­łam z fru­stra­cją.

- Fanny to Fanny - od­parł Ilkka, jakby to wszystko wy­ja­śniało.

Cze­ka­łam przez chwilę, żeby roz­wi­nął tę myśl, ale kiedy nic nie po­wie­dział, po­czu­łam się jesz­cze bar­dziej nie­swojo. Pró­bo­wa­łam sku­pić wzrok na wo­dzie, jed­nak moja głowa wciąż od­wra­cała się do sie­dzą­cego obok mnie męż­czy­zny w ja­skra­wo­czer­wo­nych spoden­kach ką­pie­lo­wych. Za­sta­na­wia­łam się, ja­kiego Ilkka ma pe­nisa. Wy­pu­ści­łam z płuc wstrzy­my­wane po­wie­trze i szu­ka­łam w gło­wie ja­kiejś ra­cjo­nal­nej my­śli.

- Nie lu­bię, kiedy się ze mną po­grywa - po­wie­dzia­łam w końcu wy­raź­nie ura­żo­nym gło­sem.

Na ba­se­nie znowu za­pa­dła ci­sza, a gdy od­wa­ży­łam się zer­k­nąć na pro­fil Ilkki, na­po­tka­łam nie pro­fil, lecz in­ten­sywne spoj­rze­nie czar­nych oczu. Męż­czy­zna lekko zmarsz­czył brwi, po czym od­po­wie­dział ci­chym, nie­mal piesz­czo­tli­wym gło­sem:

- Ja z tobą nie po­gry­wam. Ja... nie po­wi­nie­nem był nic mó­wić - oznaj­mił, a po­tem do­dał ci­cho: - Prze­pra­szam.

Włosy sta­nęły mi dęba i mia­łam roz­pacz­liwą na­dzieję, że po­jawi się ktoś, kto ura­tuje mnie przed za­gładą. Pró­bu­jąc wy­my­ślić coś neu­tral­nego do po­wie­dze­nia, w końcu zna­la­złam ła­twy te­mat.

- Po­dobno pro­wa­dzisz biuro ra­chun­kowe. Co stu­dio­wa­łeś? Eko­no­mię? - Gdy usły­sza­łam sie­bie, ciężko prze­łknę­łam ślinę. Mo­głam mó­wić rze­czowo, ale mój głos był ochry­pły i ciężki od czy­stej fi­zycz­nej żą­dzy. Czu­łam na so­bie wzrok Ilkki, ale upar­cie wpa­try­wa­łam się w wi­śnie ro­snące po dru­giej stro­nie ba­senu.

- Nie stu­dio­wa­łem eko­no­mii. Nie trzeba mieć stu­diów, by pro­wa­dzić księ­go­wość. Mam do­brą pa­mięć do liczb i od dziecka pra­co­wa­łem dla firmy trans­por­to­wej mo­jego ojca. Ni­gdy nie miał głowy do zaj­mo­wa­nia się fi­nan­sami, ale pró­bo­wał ogar­niać to sam. W końcu, gdy ro­dzinny biz­nes zmie­rzał do ban­kruc­twa, po­sta­no­wi­łem wziąć sprawy w swoje ręce.

Na­wet nie za­uwa­ży­łam, kiedy po­peł­ni­łam ko­lejny ra­dy­kalny błąd. Od­wró­ci­łam głowę i wzrok w stronę twa­rzy Ilkki. Moje wnę­trze za­pło­nęło ogniem po­żą­da­nia, aż przy­gry­złam wargę.

- Co w ta­kim ra­zie stu­dio­wa­łeś? - za­py­ta­łam po chwili. - A może je­steś sa­mo­ukiem?

Usta Ilkki roz­cią­gnęły się w psot­nym uśmie­chu.

- Znam się na za­rzą­dza­niu, ale dzięki wie­lo­let­niej prak­tyce za­wo­do­wej. Za­czą­łem też stu­dia z edu­ka­cji ar­ty­stycz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Aalto, ale prze­rwa­łem je dość dawno temu.

- Dla­czego, u li­cha? - wy­pa­li­łam, za­sko­czona i dia­bel­nie za­cie­ka­wiona.

- Dla­czego nie ukoń­czy­łem stu­diów? Bo je­stem re­ali­stą. Pro­wa­dze­nie firmy księ­go­wej jest do­brze płatne, ła­twe i... moje ży­cie by­łoby z pew­no­ścią trud­niej­sze, gdy­bym zo­stał na­uczy­cie­lem sztuk pla­stycz­nych albo ar­ty­stą. Pod wzglę­dem fi­nan­so­wym. I chyba pod każ­dym in­nym też.

- Czy to dla cie­bie ważne? Pie­nią­dze i sta­tus? - wy­rwało mi się. Szybko ugry­złam się w ję­zyk i wy­co­fa­łam się z ostat­niego py­ta­nia: - Prze­pra­szam, to nie moja sprawa. Nie od­po­wia­daj.

Ilkka uniósł brwi i prze­chy­lił głowę.

- Dla­czego nie, od­po­wiem. Tak, jedno i dru­gie jest dla mnie ważne. W pew­nym sen­sie tra­fi­łem do biura ra­chun­ko­wego, po­nie­waż Seppo jest zna­jo­mym mo­jego ojca, ale nie wiem, czy wy­trzy­mał­bym dłu­żej jako stu­dent, a co do­piero na­uczy­ciel o ni­skich do­cho­dach. Seppo obie­cał mi w tym roku sze­fo­stwo w re­gio­nie i...

Nie mo­głam się opa­no­wać. Wy­rwało mi się po­gar­dliwe prych­nię­cie, a Ilkka na­gle za­milkł. Spoj­rzał na mnie zmru­żo­nymi oczami, a jego wargi uło­żyły się w drwiący uśmiech.

- Co? Nie po­chwa­lasz tego? To źle być re­ali­stą?

Od­po­wiedź wy­szła z mo­ich ust, za­nim zdą­ży­łam się nad nią za­sta­no­wić:

- Re­ali­stą? My­ślę, że je­steś wy­ra­cho­wany. Uwa­żasz, że do­stał­byś taką po­sadę po trzy­dzie­stce, gdy­byś nie oże­nił się z Fanny? - Nie mo­głam uwie­rzyć wła­snym uszom. Wpa­dłam w pa­nikę. Jak tak da­lej pój­dzie, wy­lecę stąd z hu­kiem i przez resztę lata będę mu­siała za­do­wo­lić się pracą kel­nerki.

W ką­ci­kach ust Ilkki wciąż go­ścił chłodny uśmiech, a jego brwi unio­sły się wy­zy­wa­jąco.

- Czy re­alizm nie ozna­cza bra­nia pod uwagę wszyst­kich fak­tów, wy­ko­rzy­sty­wa­nia ich i ży­cia zgod­nie z nimi? Je­stem do­bry w tym, co ro­bię, i za­słu­guję na swoje sta­no­wi­sko, na­wet je­śli cho­dzę na skróty.

Za­czerp­nę­łam tchu.

- Więc przy­zna­jesz się do wszyst­kiego! Tak po pro­stu!

- Z ni­kim poza tobą nie je­stem aż tak szczery. Z ja­kie­goś po­wodu przy to­bie nie po­tra­fię trzy­mać ję­zyka za zę­bami. Ale co z tego? Wszy­scy od wie­ków ro­bią do­kładne tak jak ja - od­parł Ilkka ak­sa­mit­nym gło­sem.

Te­raz pa­trzy­łam na niego z re­zerwą i spo­dzie­wa­łam się, że moje za­in­te­re­so­wa­nie osłab­nie. Fa­ceci, któ­rzy roz­py­chają się łok­ciami, ni­gdy nie byli w moim ty­pie. Tak mi się w każ­dym ra­zie wy­da­wało. Ale mia­łam ża­ło­śnie małe do­świad­cze­nie. A w miarę upływu se­kund za­czy­nało wy­glą­dać na to, że to jed­nak jak naj­bar­dziej mój typ. Po­nie­waż moje ciało nie ochło­nęło ani odro­binę, a wręcz wy­da­wało się, że robi się co­raz go­rę­cej. Szu­ka­łam słów i sta­ra­łam się je wy­po­wia­dać jak naj­ła­god­niej.

- Ale je­śli je­steś tak uta­len­to­wany ar­ty­stycz­nie, że do­sta­łeś się na na­prawdę do­bry uni­wer­sy­tet... Cóż, my­ślę, że to po pro­stu wstyd. Stra­cić pa­sję na rzecz prag­ma­tycz­nego my­śle­nia. Dla pie­nię­dzy.

Twarz Ilkki na­brała nieco ła­god­niej­szego wy­razu i męż­czy­zna się uśmiech­nął. Na­stęp­nie wy­ja­śnił spo­koj­nym gło­sem:

- Moi ro­dzice wpo­ili mi coś zu­peł­nie in­nego. Mó­wili, że ry­so­wa­nie i ma­lo­wa­nie może być hobby, ale nie pracą. Sprze­ci­wia­łem się im przez ja­kiś czas, ale kiedy za­czą­łem pra­co­wać dla Seppo, zda­łem so­bie sprawę, że zy­skuję lep­szą pen­sję przy mniej­szym wy­siłku.

- Ni­gdy nie wy­rze­kła­bym się ma­rze­nia o ho­telu tylko dla­tego, że na po­czątku to może nie być do­cho­dowe albo... ni­gdy nie przy­nie­sie wiel­kich pie­nię­dzy. Chcę spró­bo­wać. Ab­so­lut­nie. A je­śli mi się nie uda, spró­buję po­now­nie - po­wie­dzia­łam sta­now­czo.

- Ma­rze­niami nie opłaci się ra­chun­ków - przy­znał Ilkka.

- Fakt. I nie utrzyma wy­ma­ga­ją­cej żony. A Fanny lubi świe­ci­dełka. Wróżę ci wielką ka­rierę z Fanny u boku.

Nie mo­głam uwie­rzyć we wła­sną aro­gan­cję. Kiedy już my­śla­łam, że uszła mi na su­cho, za­czę­łam kry­ty­ko­wać na­rze­czoną i ży­cie pry­watne Ilkki. Z prze­ra­że­niem za­sta­na­wia­łam się, gdzie może być Hans i czy nie by­łoby le­piej, gdy­bym po pro­stu uto­piła się w ba­se­nie. Po­czu­łam, że moje po­liczki płoną czer­wie­nią i przy­szło mi na myśl, że nie­po­trzeb­nie je ró­żo­wa­łam. Opu­ści­łam wzrok na ko­lana i pró­bo­wa­łam uło­żyć w my­ślach od­po­wied­nie prze­pro­siny.

Nie zdą­ży­łem jed­nak wcie­lić swo­ich pla­nów w ży­cie, gdy usły­sza­łem, jak Ilkka gło­śno prze­ciąga się obok mnie.

- To prawda. Pie­nią­dze otwie­rają wszyst­kie drzwi. Ty też mo­żesz pew­nego dnia od­kryć, że re­gu­larny i w miarę duży do­chód to fajna rzecz.

- Ech. Ale ja nie je­stem ar­tystką. Dla mnie to po pro­stu brzmi, jak­byś... się za­tra­cał - po­wie­dzia­łam, ostroż­nie do­bie­ra­jąc słowa.

- Wciąż two­rzę. A co naj­lep­sze, stać mnie na miesz­ka­nie z pra­cow­nią. Biuro ra­chun­kowe, które pro­wa­dzę, ma dużą re­nomę - prze­ko­ma­rzał się męż­czy­zna.

Nie da­łam się da­lej pro­wo­ko­wać.

- To nie to samo - za­uwa­ży­łam po pro­stu.

- Masz bar­dzo sta­now­cze po­glądy jak na słu­żącą - za­śmiał się Ilkka, spra­wia­jąc, że włosy znów sta­nęły mi dęba.

- My­śla­łem, że nie lu­bisz słowa "słu­żąca". Na­gle zmie­ni­łeś zda­nie, kiedy oka­zało się, że się z tobą nie zga­dzam? - wark­nę­łam gniew­nie.

- Nie. Tylko się dro­czy­łem. Lu­bię pa­trzeć, jak się zło­ścisz.

Ką­tem oka zo­ba­czy­łam, że Ilkka się po­ru­szył, i nie­spo­dzie­wa­nie po­czu­łam na karku jego dłoń, która za­częła wę­dro­wać w dół krę­go­słupa. Moje ciało sta­nęło w pło­mie­niach, a kro­cze mro­wiło i pu­chło tak bar­dzo, że nie mo­głam my­śleć o ni­czym in­nym, jak tylko o ro­ze­bra­niu się, na­szych na­gich cia­łach, zwie­rzę­cym sek­sie. Wes­tchnę­łam, wy­gię­łam plecy jesz­cze moc­niej i spoj­rza­łam za­mglo­nym wzro­kiem w czarne oczy Ilkki. Głowa męż­czy­zny przy­su­nęła się bli­żej, jego dłoń owi­nęła się wo­kół mo­jej na­giej ta­lii i już mia­łam na to wszystko po­zwo­lić, gdy z od­dali do­biegł nas ostry śmiech.

Od­su­nę­łam się od Ilkki, jego dłoń prze­stała mnie do­ty­kać, a ja bez za­sta­no­wie­nia wsko­czy­łam do ba­senu. Za­czerp­nę­łam po­wie­trza, gdy zna­la­złam się nad wodą, i za­mru­ga­łam, gdy ktoś za­nur­ko­wał tuż obok mnie. Kiedy Hans wy­pły­nął na po­wierzch­nię, uśmiech­nął się do mnie i rzu­cił:

- Ja­kie to szczę­ście, że Sa­muli nie wszedł do ba­senu ze swoim dmu­cha­nym ma­te­ra­cem. Za­jąłby nim całą prze­strzeń. Na szczę­ście ma­te­rac prze­cie­kał, więc mu­siał go za­nieść do domu.

- W po­rządku - od­po­wie­dzia­łem zdez­o­rien­to­wana.

Hans spoj­rzał na mnie z prze­chy­loną głową. Nie był tak po­stawny jak Ilkka, ale jego ciało było smu­kłe i wy­spor­to­wane - mu­sku­larne jak u bie­ga­cza dłu­go­dy­stan­so­wego. Sta­ra­łam się skon­cen­tro­wać na nim całą uwagę, co mi się udało, gdy szep­nął:

- Je­steś nie­grzeczną dziew­czynką, In­keri?

Moje oczy roz­sze­rzyły się i pra­wie za­po­mnia­łam o po­ru­sza­niu koń­czy­nami, by utrzy­mać się na wo­dzie.

- Co masz na my­śli? - za­py­ta­łam z tru­dem.

- Wi­dzia­łem, że ręka Ilkki... była przed chwilą tam, gdzie nie trzeba - mruk­nął do mnie ci­cho, tak by Ilkka nie usły­szał.

Moja mina zdra­dzała wszystko, bo w oczach Hansa po­ja­wił się zło­śliwy błysk. Pró­bo­wa­łam ra­to­wać swój ho­nor.

- On nie... ro­bił nic złego. Po pro­stu pró­bo­wał mnie po­cie­szyć.

Na grubo cio­sa­nej twa­rzy Hansa od­ma­lo­wał się dra­pieżny uśmiech.

- Ja też umiem po­cie­szać piękne dziew­czyny. Może na­wet le­piej niż fa­cet, który żeni się tego lata.

Po­czu­łam przy­jemne mro­wie­nie w dole brzu­cha, gdy uświa­do­mi­łam so­bie, że Ilkka na nas pa­trzy. Nie mia­łam wiel­kiego do­świad­cze­nia we flir­to­wa­niu, ale te­raz ogar­nęła mnie prze­można po­trzeba, by po­flir­to­wać z Han­sem.

- Mu­sisz mi po­ka­zać, jak to się robi. Chcia­ła­bym się prze­ko­nać, czy to sprawi, że po­czuję się le­piej - mruk­nę­łam pro­wo­ku­jąco i pod­pły­nę­łam tro­chę bli­żej.

Nie do końca zda­wa­łam so­bie sprawę z tego, co się dzieje, ale wi­dzia­łam przed sobą nie­bie­skie oczy Hansa, a po chwili po­czu­łam, jak jego ciało prze­ta­cza się za mną i przy­ci­ska mnie do kra­wę­dzi ba­senu. Chwy­ci­łam się po­rę­czy, po­czu­łam dłu­gie, umię­śnione ciało przy­ci­śnięte do mo­ich ple­ców i po­ślad­ków i usły­sza­łam ni­ski głos Hansa:

- Po­każmy Ilcce, co traci, trzy­ma­jąc się tej głu­piej gą­ski.

Po­czu­łam się jak ra­żona pio­ru­nem i od­wró­ci­łam wzrok w stronę Ilkki. Na­tych­miast na­po­tka­łam spoj­rze­niem parę czar­nych oczu, które uważ­nie mnie ob­ser­wo­wały. Ni­gdy nie zro­bi­łam ni­czego po­dob­nego, ale w tym dziw­nym sta­nie umy­słu in­stynk­tow­nie przy­su­nę­łam ty­łek do kro­cza Hansa i wpa­try­wa­łam się, dy­sząc lekko, w wy­ra­ża­jącą nie­za­do­wo­le­nie twarz Ilkki. Hans moc­niej oto­czył mnie ra­mio­nami, a po­tem, ku mo­jemu prze­ra­że­niu i jed­no­cze­śnie pod­nie­ce­niu, szarp­nął górę mo­jego bi­kini i strój wpadł do wody.

Nor­mal­nie by­ła­bym prze­ra­żona tym pu­blicz­nym strip­ti­zem, ale te­raz moja głowa była tak pełna Ilkki i Hansa i tak owład­nięta ca­łym tym bez­wstyd­nym spek­ta­klem, że nie mo­głam się po­wstrzy­mać od jęku. Dło­nie Hansa od­na­la­zły moje twarde jak skała sutki i ści­snęły je mocno. Usta Ilkki utwo­rzyły wą­ską li­nię, a jego oczy bły­snęły, co spra­wiło, że jesz­cze bar­dziej nie­cier­pli­wie wier­ci­łam się w ra­mio­nach dru­giego męż­czy­zny.

- Je­steś taka na­pa­lona. Wie­dzia­łem, że bę­dziesz tego po­trze­bo­wać. Je­steś te­raz w lep­szym na­stroju? - szep­nął Hans, do­ty­ka­jąc mo­jego po­liczka.

Jego dłoń ści­ska­jąca moją ta­lię bez wa­ha­nia wsu­nęła się pod dół mo­jego bi­kini i na­parła na moją cipkę. By­łam tak pod­nie­cona, że nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­bym miała or­gazm na miej­scu.

- O wiele le­piej - sap­nę­łam bez­rad­nie.

Przy­mknę­łam po­wieki, czu­jąc, jak pa­lec Hansa wsuwa się mię­dzy moje wargi sro­mowe, a druga ręka jesz­cze cia­śniej obej­muje moje piersi. Za­czę­łam ci­cho ję­czeć, wy­obra­ża­jąc so­bie co­raz bar­dziej roz­gnie­waną minę Ilkki i cie­sząc się z bez­czel­nego do­tyku dłoni Hansa na naj­bar­dziej in­tym­nych czę­ściach mo­jego ciała.

Męż­czy­zna chrząk­nął i od­cią­gnął mnie od kra­wę­dzi ba­senu.

- Co-co? - wes­tchnę­łam i otwo­rzy­łam oczy.

- Ilkka wy­szedł. Pew­nie wi­dział, jak się z tobą pie­przy­łem. Mo­żemy wyjść na brzeg. Nikt nie przyj­dzie przez ja­kiś czas. W każ­dym ra­zie nic mi o tym nie wia­domo.

Pa­lec Hansa śli­zgał się pod mo­imi majt­kami, a jego ręka pie­ściła moją pierś, aż do­tar­li­śmy do dra­binki. Wy­py­cha­jąc mnie na brzeg, ścią­gnął dół od mo­jego bi­kini.

- Co je­śli Armi... albo Fanny... - za­czę­łam, ale Hans mi prze­rwał.

- Obie są w mie­ście. Wła­śnie wy­cho­dziły, kiedy się tu wy­bie­ra­łem. A fa­ceci naj­wy­żej po­pa­trzą z za­zdro­ścią.

Jego słowa spra­wiły, że sta­łam się jesz­cze bar­dziej na­pa­lona. Ry­zyko, że ktoś nas przy­ła­pie, bez­wstydny do­tyk Hansa i co­raz re­al­niej­sza wi­zja ostrego rżnię­cia na brzegu ba­senu pul­so­wały we mnie jak go­rączka. By­łam tak pod­nie­cona, że nie mo­głam sta­nąć na nogi. Za­ta­cza­łam się na czwo­ra­kach po ka­fel­kach jak ranne zwie­rzę, ale nie uszłam da­leko, gdy usły­sza­łam za ple­cami:

- Cho­lera, twoja cipka lśni w słońcu od so­ków, skar­bie.

Jesz­cze nikt nie mó­wił do mnie w ten spo­sób, ale nie po­czu­łam się ura­żona. W końcu by­łam bez­wstydną dziwką i ma­rzy­łam o męż­czyź­nie, który za chwilę miał się oże­nić z inną ko­bietą. Kiedy prze­mie­rza­łam ba­sen na czwo­ra­kach, bez maj­tek, pło­nę­łam żą­dzą, któ­rej źró­dłem nie był sto­jący za mną męż­czy­zna.

Po­czu­łam dłoń Hansa na moim po­śladku, a po­tem jego pa­lec za­czął po­cie­rać moją na­brzmiałą, ocie­ka­jącą wil­go­cią cipkę. Moje koń­czyny za­częły drżeć i le­dwo sły­sza­łam po­le­ce­nia męż­czy­zny:

- Na­wet nie pró­buj wsta­wać. Lu­bię pa­trzeć, jak się czoł­gasz. Chodźmy na trawę, żeby się nie po­śli­zgnąć. - Głos Hansa stał się szorstki, a kiedy do­tar­łam do trawy, twarde dło­nie wy­lą­do­wały na mo­ich bio­drach i prze­wró­ciły mnie na plecy. Hans usa­do­wił się mię­dzy mo­imi udami i przez chwilę przy­glą­dał się mo­jemu ciału spod pół­przy­mknię­tych po­wiek. W mil­cze­niu po­chy­lił się nade mną, wpa­tru­jąc się w moje oczy, i za­czął mie­ścić rę­kami moje piersi. Jego ko­lano przy­ci­snęło się do mo­jego kro­cza, mnie wy­rwało się bło­gie "aaaach".

Smu­kłe palce po­cie­rały moje twarde sutki, ko­lano męż­czy­zny ryt­micz­nie na­pie­rało na mnie i za­nim się zo­rien­to­wa­łam, dy­sza­łam ciężko i za­pal­czy­wie po­cie­ra­łam cipką o nogę, która wnik­nęła mię­dzy moje uda.

- Śliczny trój­ką­cik, In­keri. Ale zgól to wszystko. Lu­bię li­zać młode gład­kie cipki.

Nie mo­głam wy­du­sić słowa. Wpa­try­wa­łam się tylko w pełne po­żą­da­nia oczy Hansa i czu­łam, jak jego druga ręka prze­suwa się po moim brzu­chu, gdy py­tał:

- Bie­rzesz pi­gułki? Czę­sto po­zwa­lasz so­bie na przy­godny seks?

Pa­lec Hansa do­tknął mo­jej łech­taczki, a ja jęk­nę­łam:

- Biorę... biorę pi­gułki. Ja... ni­gdy.

- Wie­rzę ci. Bo, kurwa, chcę - wark­nął i prze­wró­cił mnie na brzuch.

Uniósł moje bio­dra i uło­żył mnie w taki spo­sób, że le­ża­łam z głową i klatką pier­siową na ziemi, ale plecy mia­łam unie­sione, a ty­łek wy­pięty. Na środku ba­senu. Je­śli ktoś sie­dział przy stole w ja­dalni, dzie­lił go od nas tylko ni­ski ży­wo­płot. Można nas było zo­ba­czyć ze szczytu domu. Z ła­two­ścią.

Hans ob­jął dłońmi moje po­śladki i usta­wił się za mną, a ja po­czu­łam czu­bek jego ku­tasa w cipce, która chyba jesz­cze ni­gdy aż tak nie ocie­kała so­kami.

- Ale mo­kra mała dziwka. Ile razy zmie­niasz majtki w ciągu dnia? - szep­nął Hans na­mięt­nie i po­tarł gru­bym fiu­tem o moją szparkę.

- Bła­gam, po pro­stu pieprz mnie - ję­cza­łam jak jesz­cze ni­gdy w ży­ciu.

- I bę­dziesz bła­gać o wię­cej. Jak się te­raz czu­jesz? Wy­star­cza­jąco po­pra­wi­łem ci na­strój - spy­tał.

- Nie! - wy­dy­sza­łam.

Wle­pi­łam wzrok w górną kon­dy­gna­cję re­zy­den­cji. Tam, gdzie znaj­do­wał się po­kój Ilkki i Fanny. Po­czu­łam, jak gruby i długi ku­tas Hansa za­czyna pe­ne­tro­wać moją cia­sną, na­brzmiałą cipkę, a gdy dłoń męż­czy­zny zmiaż­dżyła moją szyję, moja po­chwa ści­snęła się gwał­tow­nie, a po­tem za­częła spa­zma­tycz­nie pul­so­wać. To wszystko było ta­kie dzi­kie. Dzi­kie i nie­grzeczne.

Hans za­uwa­żył moją re­ak­cję i jesz­cze moc­niej za­ci­snął dłoń na mo­jej szyi, pod­czas gdy jego druga ręka po­wę­dro­wała do mo­ich bio­der, a jego ku­tas do­tarł do mo­jego tyłka. Całe moje ciało za­drżało i na­par­łam na niego za­chłan­nie. Roz­chy­li­łam uda, za­ko­ły­sa­łem bio­drami jak ni­gdy, za­pal­czy­wie na­pie­ra­łam na męż­czy­znę, aż jęk­nął ochry­płym "ja pier­dolę!" i za­czął mnie pie­przyć. Mocno.

- O tak, moja śliczna ku­rewko. Ale je­steś cia­sna!

Za­ci­ska­łam się na nim z ca­łej siły, a męż­czy­zna ję­czał gło­śno, trzy­ma­jąc mnie mocno za szyję i bio­dra. Przy­spie­szył, cho­ciaż nie są­dzi­łam, że to w ogóle moż­liwe, a z mo­jego gar­dła wy­do­były się spa­zma­tyczne sap­nię­cia. W ciągu ostat­nich kilku dni roz­pa­li­łam w so­bie tyle sfru­stro­wa­nej żą­dzy, że by­łam go­towa w jed­nej chwili. Nie­grzeczne kom­ple­menty Hansa w mo­ich uszach i wście­kła twarz Ilkki wy­raź­nie za­pi­sana w mo­jej pa­mięci spra­wiły, że za­czę­łam się jesz­cze szyb­ciej po­ru­szać, gdy za­le­wa­jąca mnie roz­kosz na­ra­stała do nie­wia­ry­god­nego po­ziomu. Bio­dra Hansa wbi­jały się w mój ty­łek, jego gruby ku­tas wwier­cał się we mnie tak, że gło­śne ude­rze­nia mo­ich po­ślad­ków o jego pod­brzu­sze zda­wały się wszę­dzie od­bi­jać echem, a kiedy wsu­nął pa­lec w moją cipkę, a stam­tąd prze­su­nął go na moją łech­taczkę, nie wi­dzia­łam już ani nie sły­sza­łam nic poza dzi­ko­ścią na­szego seksu.

Obez­wład­nia­jąca przy­jem­ność eks­plo­do­wała w mo­jej cipce i roz­lała się po ca­łym ciele. Sta­łam się ucie­le­śnie­niem zwie­rzę­cej żą­dzy, gdy dra­pa­łam pa­znok­ciami su­chą trawę i sza­leń­czo po­cie­ra­łam po­licz­kiem i pier­siami o szorstką zie­mię, po­zwa­la­jąc, by nowo po­znany męż­czy­zna pie­przył mnie na środku re­zy­den­cji.

Usły­sza­łam za sobą ni­ski po­mruk, gar­dłowy jęk i w końcu Hans po­lu­zo­wał ucisk na mo­jej szyi. Wbił palce w moje bio­dra, jesz­cze raz we mnie wszedł i wy­dał z sie­bie gło­śne, pełne ulgi stęk­nię­cie. Mia­łam wra­że­nie, że ten dźwięk od­bił się echem po ca­łym moim wnę­trzu i jesz­cze spo­tę­go­wał mój or­gazm.

Po chwili Hans opadł na mnie tak, że się po­ło­ży­łam. Drża­łam pod nim, w moim mó­zgu pły­wały cha­otycz­nie mgli­ste my­śli o przy­jem­no­ści. Tak mgli­ste, że na­wet nie by­łam do końca pewna, kto mnie pie­przył - Hans czy Ilkka. Po­czu­łam, jak ku­tas we mnie za­czyna wiot­czeć, a sperma spływa mi po udach, i na­bra­łam ochoty, żeby zro­bić to jesz­cze raz. Wła­śnie tam i wła­śnie wtedy. Nie czu­łam się w pełni za­spo­ko­jona.

- Sa­muli wła­śnie tu był - oznaj­mił Hans za­do­wo­lo­nym gło­sem.

Na­wet się nie wzdry­gną­łem, cho­ciaż gdzieś z od­dali do­cho­dził do mnie głos roz­sądku, który per­swa­do­wał, że po­win­nam się wsty­dzić. Kiedy nic nie od­po­wie­dzia­łam, męż­czy­zna do­dał:

- Może pój­dziemy do two­jego po­koju i spę­dzimy ra­zem tro­chę czasu?

Uzna­łam, że to do­bry plan.

- W po­rządku - sap­nę­łam.

Kiedy Hans wstał i po­mógł mi się pod­nieść, jesz­cze nie­wiele wie­dzia­łam o świe­cie. Ale ten stan rze­czy zmie­nił się w jed­nej chwili. Od­wró­ci­łem się, by ze­brać swoje po­roz­rzu­cane ubra­nia, a wi­dząc ba­sen, przy­po­mnia­łam so­bie, co pra­wie się wy­da­rzyło, za­nim przy­szedł Hans.

Pa­trząc na miej­sce, gdzie jesz­cze przed chwilą sie­dzia­łam z Ilkką, po­czu­łam ukłu­cie tę­sk­noty. Za­mgle­nie po or­ga­zmie znik­nęło, a w mo­jej gło­wie po­ja­wiło się tylko jedno py­ta­nie: Jak coś, co było ta­kie do­bre i słuszne, mo­gło być ta­kie złe?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki