Rozdział 2
Anna Klara
Sypialnię na piętrze zalało słońce wdzierające się przez oszkloną ścianę zwężającą się ku górze w kształt trójkąta. Widok na zielony pagórek schodzący łagodnie do jeziora obwiedzionego linią trzciny odcinającą się od wody był jak żywcem wyjęty z perfekcyjnego landszaftu. Anna Klara przeciągnęła się i odgarnęła muślinową pościel w rustykalny wzór, pasujący stylem do wiejskiego domu. Zapowiadał się przepiękny dzień. Pewnie wybiorą się na łódkę i wpadną na rybkę do którejś z ich ulubionych okolicznych knajp, w sezonie obleganych przez takich jak oni okołowarszawskich miłośników Mazur. Teraz doceniała, że Andrzej niemal ją zmusił, żeby jednak przyjechali tu na weekend. W pierwszej chwili nie miała ochoty na całe to zamieszanie związane z pakowaniem i przyjazdem do domu, w którym nie byli od dawna. Wolała wyskoczyć na gotowe do hotelu i nie kiwnąć palcem przez cały wyjazd. Ale teraz, już na miejscu, przypomniała sobie, jak dobrze można było się tu poczuć.
Widok z okna był dosłownie jak kroplówka relaksu podłączona przez oczy bezpośrednio do mózgu. Był też, w połączeniu z własną linią brzegową jeziora, istotną częścią składową absurdalnej ceny, którą zapłacili za ten dom dwa lata temu. To była zachcianka Andrzeja, ona nie widziała większego sensu kupowania domu, do którego będą jeździć pewnie parę razy w roku. Ale jej mąż, prawdopodobnie w utajonym postępującym kryzysie wieku średniego, odkrył w sobie pasję motorowodniaka i na ostatnie przed pięćdziesiątką urodziny sprawił sobie szpanerską sportową łódkę, model, którego nie miał jeszcze nikt w Polsce. Motorówka była wodowana na Mazurach, więc Andrzej postanowił, że dokupi do niej też dom - nic specjalnego, tak tylko żeby mogli sobie spontanicznie wyskoczyć popływać i czuć się swobodnie. Choć Anna Klara miała swoje zdanie na temat tego pomysłu, jako mądra żona wiedziała, kiedy nie ma sensu otwierać ust. Musiałaby upaść na głowę, żeby wyliczać mu niekoniecznie najbardziej trafione wydatki. Niech każdy bawi się zabawkami, jakie lubi. Nikomu tym krzywdy nie robił.
Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy do jej uszu dobiegł lekko zmieniający natężenie warkot. Andrzejek już szalał z kosiarką. Kolejna zabawka dużego chłopca. Chociaż jej mąż opłacał armię fachowców od takich spraw - zarówno w Konstancinie, jak i tutaj, a także w każdej innej należącej do nich nieruchomości - lubił też od czasu do czasu pobrudzić sobie ręce pracami w rodzaju wyczyszczenia basenu czy innej rynny albo właśnie skoszenia terenu. To był jego sposób na okazanie troski rodzinie. Facet, który nie umiał samodzielnie wykonać wszystkich podstawowych prac remontowo-porządkowych we własnym domu, był w jego oczach miękką fają. Wiadomo, można wynająć do tego ludzi, jeśli ma się takie życzenie, ale umieć trzeba.
Mimo że pod skroniami pulsował jej lekki ból głowy - najwyraźniej efekt wymknięcia się spod kontroli liczby drinków wypitych wczoraj na tarasie z tym wartym miliony widokiem - energicznie wyskoczyła z łóżka. Nie chciała dłużej kisić się w pościeli. Na bosaka zeszła na dół, do połączonego z kuchnią salonu z bielonymi ścianami i drewnianym stropem. Prostota tego pomieszczenia okazywała się w jakiś sposób kojąca. Już sam fakt, że byli tu całkiem sami, bez żadnego personelu do pomocy, był miłą odmianą.
Stwierdziła, że z prawdziwą przyjemnością przygotuje śniadanie. Jajecznica na maśle ze szczypiorkiem, chrupiący chleb, pomidory - i już. Na samą myśl pociekła jej ślinka. To będzie duuużo kalorii, ale walić dietę. W pewnych tematach Anna Klara była rewolucjonistką w swoim kręgu towarzyskim. Naturalnie, znaczącą część jej czasu pochłaniały czynności konieczne do osiągnięcia i utrzymania maksymalnie atrakcyjnej wersji siebie. Wygląd jak milion dolarów był podstawowym obowiązkiem konstancińskiej żony, a jedynym akceptowalnym stanem dla kobiet z jej środowiska - nieskazitelność. Tak jak żaden szanujący się facet z odpowiednim statusem nie wsiądzie do rodzinnego samochodu popularnej marki, tak też nie weźmie sobie do domu steranej życiem baby. A więc te, które miały ambicje i możliwości, by wejść do tego świata, nie miały lekko. Zero taryfy ulgowej. Idealnie gładka, pozbawiona porów i zmatowiona cera o jednolitym, lekko muśniętym słońcem kolorycie. Zęby obowiązkowo zrobione, nawet jeśli własne były bez zarzutu. Rysy twarzy dopasowane do indywidualnych preferencji - wśród mężów i partnerów wielu gustowało w stylu na modelkę z Instagrama, ale nie brakowało też takich, którzy preferowali dużo bardziej elegancki, choć wymagający nie mniej wysiłków efekt naturalności. Nie zdarzały się luźniejsze momenty, kiedy można było sobie odrobinę odpuścić. Czujność obowiązywała non stop, jak u hollywoodzkiej gwiazdy, która nie może sobie pozwolić na zrobione z ukrycia zdjęcia paparazzi w kompromitującej sytuacji. Dla kobiety Konstancina byłoby to przyłapanie jej w stanie, w którym jakikolwiek element jej wyglądu można byłoby uznać za nieperfekcyjny. Szczupła sylwetka zajmowała w hierarchii ważności wymaganego wyglądu miejsce na podium. Choć sama szczupłość to było za mało. Nawet dziewczyny obdarzone przez naturę dobrymi genami nie odważyłyby się nie wyciskać siódmych potów na fitnessie. Zapuścić się nietrudno, a poza tym nie wystarczało być chudą - trzeba było wyglądać jak modelka z katalogu sportowych kostiumów kąpielowych, z zaznaczonymi mięśniami i smukłym, sprężystym ciałem. Każda z nich była pod opieką zespołu specjalistów składającego się co najmniej z trenera personalnego i coacha dietetycznego, a większość regularnie jeździła też na mordercze obozy fitnessowych celebrytek, z których wracało się wyżyłowaną na dobrych parę tygodni.
Na tym tle Anna Klara mogła uchodzić za buntowniczkę. Oczywiście przez większość czasu trzymała dietę i starała się ćwiczyć najregularniej, jak tylko było ją na to stać. Generalnie rzecz biorąc, trzymała fason i była w formie, w jej przypadku trudno było jednak mówić o katowaniu się. Pozwalała sobie na dietetyczne grzechy i uwielbiała dobrze zjeść. Nigdy nie była typem suchotnicy i nie wpadała w rozpacz, jeśli nieco bardziej zaokrągliła się tu czy tam. Andrzej też był zagorzałym fanem jej kobiecych kształtów. Gdyby nagle coś jej odbiło i postawiła sobie za cel doprowadzenie swojej sylwetki do anorektycznego wyglądu - podobnie jak to zrobiło wiele jej koleżanek - pewnie by ją pogonił.
Już ponad rok temu kuchnia w ich domu dostała wytyczne stworzone dla niej i dla Andrzeja na podstawie indywidualnych analiz dietetycznych. Redukcja kaloryczna plus nacisk na zwiększony udział produktów roślinnych (u niej) i na wspieranie układu krwionośnego (u niego). Jako świadomi nowocześni ludzie dbali nie tylko o prezencję wymaganą u ludzi z ich statusem, ale również o zdrowie i planetę. Nie było się do czego przyczepić. Byli też jednak po prostu ludźmi. Ich dieta nie była nawet niesmaczna, w końcu gotował dla nich szef kuchni z międzynarodowym doświadczeniem. Ale ile można jeść zdrowe kasze, chude mięso, musy z topinamburu czy steki z kalafiora, choćby były przyrządzone najpyszniej, jak to możliwe? Dlatego od czasu do czasu bezwstydnie rzucali się na ociekające tłuszczem, rozkosznie kaloryczne jedzenie. I nie wstydzili się tego. Znając życie, cały ten weekend to będzie jeden wielki nieprzerwany cheat day. Rozpoczną go królewską jajecznicą. Z nieprzyzwoitą ilością masła.
Bez pośpiechu szykowała składniki na śniadanie. Wiejskie ekoprodukty, zakupione dla nich na wyjazd przez pracowników na mokotowskim bazarku, przywieźli ze sobą, bo nie chcieli tracić czasu na zakupy na miejscu. Krzątając się między lodówką, wyspą kuchenną i blatem, Anna Klara widziała przez okno Andrzeja przemierzającego działkę na minitraktorku w swoim ulubionym wytartym T-shircie z głupim napisem, który jej zdaniem już dawno powinien wylądować w śmietniku. Powietrze było rozświetlone słońcem, niebo bez jednej chmurki. Kiedy on też zobaczył ją w oknie, twarz rozpromieniła mu się w uśmiechu. Skierował kosiarkę ku domowi. Z nonszalancką pewnością manewrował pojazdem. Anna Klara widziała pracę mięśni jego mocnych ramion, kiedy prowadził. Poczuła to miłe ciepełko. Był jaki był, ale wciąż to mieli. Kręcili się nawzajem jak cholera. Wyjęła z lodówki butelkę szampana. Nie zaszkodzi zwieńczyć porannej uczty bąbelkami. Podeszła do okna. Upewniła się, że Andrzej ją widzi, i opuściła koronkowe ramiączko koszulki, tak by odsłonić pierś. Przechyliła głowę, odpięła spinkę i pozwoliła włosom opaść swobodnie na ramiona. Traktorek zatrzymał się z gwałtownym szarpnięciem. Jej mąż nie należał do skomplikowanych. Jest akcja, jest łatwa do przewidzenia reakcja. W wielu sytuacjach to było dobre. Na przykład takich jak ta. Andrzej nie spuszczał z żony wzroku. Usiadł wygodniej na swoim krzesełku i położył rękę na kroczu. Anna Klara przygryzła wargę. Załaskotało ją w podbrzuszu. Wiedziała, że uruchamia maszynę, która już się nie zatrzyma. Cóż, śniadanie trochę się jeszcze opóźni.
I wtedy się zaczęło - ale zupełnie nie to, czego się spodziewała. Kiedy już opuszczała drugie ramiączko, żeby całkiem zrzucić z siebie koszulkę, zobaczyła ich. W ostatniej chwili zatrzymała opadający materiał i się zakryła. Zamachała nerwowo do Andrzeja, który siedział plecami do dwóch mężczyzn zbliżających się od strony bramy. W zasadzie nie mieli prawa pojawić się na ich na prywatnym terenie, ale nie miała czasu się zastanowić, jak to się stało, że zostali wpuszczeni przez ochronę. Jej reakcja na szczęście była wystarczająco paniczna, żeby powstrzymać Andrzeja przed pójściem dalej i na przykład wsunięciem dłoni w spodnie akurat wtedy, gdy intruzi do niego dotrą. Jej mąż w porę zorientował się, że coś jest nie tak. Wstał, od razu w instynktownie czujnej pozycji obrońcy domu. Od tego momentu wszystko zapisało się w pamięci Anny Klary w najdrobniejszych szczegółach, jak film oglądany zbyt wiele razy. Jeden z mężczyzn był młody, w okularach pilotkach, drugi wyraźnie starszy. Typ surowego, ale sprawiedliwego tatusia. Zauważyła, że obaj na wysokości piersi mają przyczepione do ubrania odznaki ze srebrną gwiazdą - wyglądały na policyjne. Od razu zrozumiała, że stało się coś złego. Po sposobie, w jaki podchodzili do jej męża, delikatnie zgarbieni, w prawie niezauważalny sposób usztywnieni, widać było, że to nie jest wizyta w sprawie niezapłaconego mandatu. Annie Klarze ścisnął się żołądek. W tym momencie poczuła, że ich życie właśnie się zmienia w nieodwracalny sposób.
Spodziewała się raczej, że Andrzej bez jej wiedzy skręcił jakieś większe lody i że idą po niego, żeby zamknąć go w pierdlu na jakieś dziesięć lat. Biznesy jej męża były jego sprawą. Jako król nakrętek z firmą zarejestrowaną na Cyprze zarabiał na tyle dobrze, żeby mieć swobodnie wejście na finansowe salony, i na tyle cicho, żeby nikt się go nie czepiał. Spokojnie mieścił się w kategorii poważanego przedsiębiorcy, a o szczegóły operacji biznesowych, które doprowadziły go do tego statusu, nikt - łącznie z Anną Klarą - nie pytał. Tym zajmowali się dyskretni doradcy zasilający działającą w cieniu branżę nierejestrowanego konsultingu, dzięki którym interesy Andrzeja i jemu podobnych pęczniały i pomnażały zyski - w granicach prawa lub nieco poza nimi. Zwykle wszystko szło gładko, Anna Klara miała spore zaufanie do instynktu i biznesowego sprytu męża i nie zaprzątała sobie głowy zamartwianiem się, że może on przekroczyć granicę ciut za bardzo i że coś pójdzie nie tak. Tyle tylko, że nigdy nikogo nie można być pewnym na sto procent. I może właśnie się o tym przekonywała.
Andrzej zeskoczył z kosiarki. Stanął naprzeciw policjantów. Wyglądał trochę jak bokser przed walką. Ten starszy coś do niego przez chwilę mówił. Anna Klara poczuła, że powietrze zgęstniało tak, że prawie nie sposób było oddychać. Kiedy zobaczyła, jak Andrzej rzuca się na policjanta tatuśka z pięściami, a ten mimo pokaźnych rozmiarów brzucha sprawnym chwytem wykręca mu ręce i unieszkodliwia go, wybiegła z domu. Zbliżając się do nich, widziała, jak Andrzej wściekle się wyrywa, a policjant usiłuje go przekrzyczeć.
- Człowieku, opanuj się! Nie potrzebujesz jeszcze kłopotów za czynną napaść na funkcjonariusza!
- Uspokój się, Andrzej. - Dobiegła do nich.
Ledwo było ją słychać przez krzyki ich obu. A jednak gdy to powiedziała, wszystko ucichło, jakby ktoś uciął odgłosy kłótni ostrym nożem. Zobaczyła z bliska twarz męża i przerażenie zjadło ją całą. Była fioletowa, nabrzmiała, jakby skóra miała zaraz pęknąć, zalana potem i chyba łzami.
- Filip... - wycharczał. - Zabili Filipa.
Wszystko straciło ostrość. Głosy dobiegały do niej jak ze studni. Osunęła się na ziemię, a młodszy policjant pochylił się nad nią i dopytywał, czy go słyszy. Słyszała, ale nie potrafiła mu odpowiedzieć. Pomógł jej wstać i zaprowadził ją do domu. Potem jej głowę wypełniła ciemność. Umysł odłączył się na jakiś czas, odmawiając przetwarzania tego, co usłyszała. A później było już tylko gorzej.
Kiedy oprzytomniała, leżała na kanapie w salonie, a przy niej siedział ten młody. Wzdrygnął się, kiedy szybkim ruchem podniosła się do pozycji siedzącej. Powrót świadomości był jak uderzenie ciężkim kijem w głowę. Andrzej z kolei przełączył się już na tryb działania. Miotał się po domu, w wirze wykonywania telefonu za telefonem, dowiadywania się, co i gdzie trzeba zrobić.
Dreszcze wstrząsały jej ciałem. Było jej na przemian lodowato zimno i piekielnie gorąco. Sama nie zwróciłaby na to uwagi, ale zmieszany wzrok chłopaka siedzącego obok uświadomił jej, że wciąż ma na sobie tylko jedwabną bieliźnianą koszulkę, w której spała. Choć nie była ani trochę wstydliwa, skrzyżowała ręce na piersiach.
- Kto? Kto to zrobił? - Udało jej się wydobyć głos mimo ściśniętego gardła.
Andrzej natychmiast przyskoczył do nich.
- Macie nam powiedzieć - zwrócił się do policjanta. - To nasze pierdolone prawo dowiedzieć się, kto zabił nam syna! - Z każdym kolejnym słowem coraz bardziej podnosił głos.
Chłopak przełknął ślinę. Widać było, że sytuacja go przerasta.
- Trwają czynności. Będą państwo informowani o każdym etapie postępowania. W tej chwili nie możemy jeszcze nic potwierdzić.
- Kurwa! Wsadź se w dupę te gówniane formułki! Muszę wiedzieć! - Podszedł do niego zbyt blisko. Prawie dotykali się kolanami. Celował w niego palcem wskazującym. - Znam wszystkich ważnych ludzi w tym kraju, rozumiesz? Parę moich telefonów i wylatujesz z roboty. - By uwiarygodnić groźbę, zamachał mu przed oczami iPhone'em.
Młody wyglądał, jakby miał się rozpłakać.
- Daj mu spokój - powiedziała Anna Klara, ale nie dlatego, że było jej go szkoda. Po prostu wiedziała, że w ten sposób nic z niego nie wyciśnie.
Andrzej kopnął w kanapę i wyszedł do kuchni. Anna Klara i policjant zostali sami. Przysunęła się trochę bliżej niego. Wyczekała, aż na nią zerknie.
- Co tam się stało? - Błagała go spojrzeniem. Jak mógłby jej odmówić w takiej sytuacji?
Pokręcił głową przecząco. Mimo to nie spuszczała z niego wzroku.
- Musi mi pan powiedzieć.
Anna Klara umiała kontrolować emocje. Nie była oazą spokoju, co to, to nie. Ale do perfekcji opanowała zarządzanie nimi - jeśli jej wewnętrzny głos mówił, że awantura będzie jej na rękę, rozpętywała burzę z piorunami. Jeśli zaś w podobnej sytuacji lepszym wyjściem wydawało jej się pokonanie przeciwnika spokojem, umiała go przeczekać, nie pokazując po sobie złości. Ale nie teraz. Teraz jej trzęsący się, płaczliwy głos nie był grą na potrzeby sytuacji. Nawet gdyby bardzo chciała, nie potrafiłaby go stłumić.
Policjant jednak tylko patrzył na nią ze współczuciem. Kiedy zrozumiała, że jej też nic nie powie, jakiś przewód odłączył jej się w głowie. Zdzieliła go w twarz. Podniósł się w jednej chwili i ustawił w obronnej pozycji, na wypadek gdyby to nie był koniec. Pojawił się Andrzej.
- Co jest?! - Był tak nabuzowany, że niewiele było trzeba, żeby też kogoś pobił.
- Jeśli się nie uspokoicie, przestaniemy się z wami patyczkować. - Niepewny siebie małolat zniknął. Zrozumiała, że przegrała. Jej atak go wzmocnił. Ze zrozpaczonych rodziców, którym należały się zrozumienie i wsparcie, stali się agresorami, z którymi umiał sobie radzić.
- Andrzej, zrób coś. - Skapitulowała. Obezwładniła ją niemoc. Nie mogła ustać na nogach, ale nie mogła też siedzieć ani leżeć. Przywarła do męża. To był ich pierwszy fizyczny kontakt, od kiedy zaczął się ten koszmar, i chyba obojgu przyniósł odrobinę ulgi.
Anna Klara spróbowała zebrać myśli. Przyjechali tu, zostawiwszy Filipowi dom na weekend. Ich syn poprzedniej nocy urządzał długo wyczekiwaną imprezę z okazji rozpoczęcia wakacji, a dziś miał wyruszyć z paczką znajomych na kite'y na Fuerteventurę. A teraz... Nie żył. Jej dziecka nie było. Wbiła paznokieć w skórę z całą siłą, jaką mogła z siebie wykrzesać. Gdyby nie to, zaczęłaby wrzeszczeć.
Zjawił się drugi policjant, co wyraźnie przyniosło młodemu ulgę. Porozumieli się wzrokiem.
- Może usiądziemy? - Starszy wskazał stół kuchenny. Przejął dowodzenie i w tej chwili wszystkim było to na rękę.
Andrzej obrzucił Annę Klarę spojrzeniem, jakby dopiero teraz ją zobaczył. Zmarszczył brwi.
- Masz. - Rzucił jej pled, którym się okryła.
Usiedli. Policjanci po jednej, oni po drugiej stronie stołu.
- Proszę przyjąć wyrazy współczucia. To niewyobrażalna strata - mówił ten starszy, nie unikając przy tym ich wzroku, co mimo wszystko wprowadzało jakiś iluzoryczny element porządku w całej tej potwornej sytuacji.
- Zacznijmy jeszcze raz, jak należy. Jestem komisarz Mróz, a to starszy sierżant Warecki. - Kiwnął głową w bok. - Wiem, że to nie musi państwa interesować, ale proszę mi wierzyć, dla nas to też nie jest łatwe. Mój młodszy kolega... - Westchnął cicho. - To nie jest żadne usprawiedliwienie, ale w tych okolicznościach nawet doświadczony śledczy może się pogubić, to nie jest zwykła sprawa.
Młody spuścił wzrok. Wyraźnie nie miał zamiaru kwestionować słów starszego kolegi.
- Czy my się tu, kurwa, na pogaduszki zebraliśmy? - Andrzej nie wytrzymał chwilowego uspokojenia atmosfery.
Anna Klara wzdrygnęła się, wytrącona z odrętwienia.
Komisarz Mróz popatrzył na mężczyznę ze zrozumieniem. Przyjął do wiadomości komunikat, ale zignorował jego agresywną formę.
- Okej. Przejdźmy do rzeczy. Proszę państwa, na tym etapie wiemy jeszcze naprawdę niewiele. To bardzo ważne, żebyśmy się zrozumieli: możemy mówić tylko o potwierdzonych ustaleniach. Nie chodzi o ukrywanie czegokolwiek przed wami. - Komisarz sprawiał wrażenie jednocześnie przejętego i spokojnego. Kogoś, kto wie, co mówi. Trudno było nie wierzyć w jego dobrą wolę, kiedy tak siedział przed nimi i opowiadał, a w jego głosie nie słychać było wahania.
- Wasz syn został znaleziony w basenie z obrażeniami ciała wskazującymi na pobicie.
Anna Klara zaczęła się trząść i nawet nie próbowała nad tym zapanować.
- Ratownicy pogotowia stwierdzili zgon. Przyczyna śmierci zostanie wyjaśniona po przeprowadzeniu sekcji. Dobrze byłoby, gdyby któreś z państwa mogło z nami od razu pojechać na identyfikację. Przykro mi, ale nie możemy tego pominąć.
- Pojadę - rzucił Andrzej, jakby chodziło o odhaczenie najbardziej upierdliwej sprawy z listy zadań na ten dzień.
- Dziękuję. Kolejna kwestia. Tak, mamy osobę zatrzymaną w związku z tą sprawą. Ale za wcześnie na wnioski. Nie wiemy jeszcze, co tam zaszło.
Andrzej zacisnął pięści.
- Kto to? - wydusił zachrypniętym głosem.
- Rozumiem państwa emocje. - Komisarz pochylił się nad stołem, jakby w ten sposób lepiej mogło do nich dotrzeć to, co mówił. - Ale musimy pamiętać, że nie ustaliliśmy jeszcze kwalifikacji zdarzenia. Nie wiemy, czy mamy do czynienia z zabójstwem, czy z wypadkiem. - Zawiesił na chwilę głos i w ledwo zauważalny sposób obniżył jego ton. - To była dość huczna impreza. Mają państwo tego świadomość, prawda? Dużo alkoholu, potwierdziliśmy też ślady narkotyków...
Andrzej zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że przewrócił krzesło.
- Nie pozwolę na to! Zaraz załatwię dojście do kogoś na tyle wysoko, żeby ustawił was jak należy. Miśka, zrób panom kawy albo coś, żeby ich fatyga nie poszła na marne. - Machnął do żony i wyszedł na dwór, trzaskając drzwiami.
Jego wybuchy furii nie były dla Anny Klary niczym nowym, w tych okolicznościach zadziałały jednak na nią dużo gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Do tych wszystkich emocji, których nawet nie umiałaby nazwać, a które ją teraz przygniatały, dołączył jeszcze sączący się strumień irytacji na męża.
- Jest zdenerwowany - rzuciła nie dlatego, że czuła potrzebę usprawiedliwiania go przed śledczymi, ale chyba bardziej po to, by usłyszeć swój głos i spróbować odzyskać choćby złudzenie panowania nad sytuacją.
Obaj mężczyźni skwapliwie przytaknęli, chcąc okazać pełne zrozumienie.
Anna Klara spróbowała przebić się przez szum we własnej głowie, utrudniający jej formułowanie składnych myśli. Skup się! Skup!
- Rozumiem, co pan powiedział. - Starała się utrzymać wzrok na jednym punkcie. Teraz na przykład na bujnych, zrośniętych brwiach komisarza Mroza. To pomagało jej się skoncentrować. - Nie wiadomo, co się z nim stało. Tak, rozumiem to.
Policjant pokiwał głową z powagą, a jego ulga przybrała niemal materialną formę. Udało mu się dobić przynajmniej do jej rozsądku.
- Ale ta druga osoba... Nie zatrzymywalibyście jej przecież bez powodu? - Ostatnie słowa wbrew jej woli zabrzmiały piskliwie.
- Ten drugi chłopak sam zgłosił się na posterunek policji. Też ma obrażenia. Jego wyjaśnienia są nieskładne. W chwili zatrzymania nie był jeszcze trzeźwy. Chcę podkreślić - spojrzał jej w oczy - że zanim nie potwierdzimy jakiejkolwiek z możliwych wersji wydarzeń, uznanie go za sprawcę jest przedwczesne.
- Kto to? Proszę mi powiedzieć. Proszę. - Łzy pociekły jej z oczu. Byłby to zapewne jeden ze skuteczniejszych możliwych sposobów na zmiękczenie serca komisarza, ale to nie była strategia. Nie było żadnej strategii. Po prostu czysta rozpacz.
Mróz cały czas patrzył Annie Klarze w oczy. Miał zmęczone, ale szczere spojrzenie.
- Jędrzej Stawski. Znany państwu, prawda?
Anna Klara patrzyła na komisarza, ale nie widziała już ani jego twarzy, ani niczego poza rozmytym tłem zlewającym się z jego sylwetką.
Oczywiście, że znali Jędrzeja Stawskiego. Znali go bardzo dobrze.