Rezydenci. Opowiadania i nowele z niedawnej przeszłości - Wincenty Łoś

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Jednym z quasi rezydentów i wiecznych partnerów bezikowych mojej drugiej ciotki, która mieszkała w Krakowie, był między innymi i tak zwany "baron".

Czy był baronem, czy nie, nikt nie dochodził.

Nazywał się "von Culner", liczył lat pięćdziesiąt, miał liczną rodzinę w kraju naszym, liczniejszą za granicą i żył spokojnie i wygodnie z renty, którą mu rodzina wypłacała.

Tak sam o sobie twierdził.

Baron miał na imię Józef; rodzina, jak znów twierdził, nazywała go Józefim, a partnerzy bezikowi mej ciotki, zdrabniając pieszczotliwie, zwali go "baronem Fifi".

Że zaś ze dwadzieścia lat przeważnie żył w tym kółku bezikowym, znano go w całym Krakowie pod nazwiskiem "barona Fifi".

Średniego wzrostu, chudy na twarzy, z dużym niemieckim nosem, z ogolonym wąsem a rzadkimi faworytami, miał w swych rysach dużo typu.

Włosy jego były blond i gdzie niegdzie tylko przeglądały srebrne nitki.

Duża łysina świeciła nad czołem i odbijała przy żywych jeszcze i siwych oczach.

Chód miał prędki, jakby się gdzieś zawsze spieszył, choć rzeczywiście nigdzie mu nigdy pilno nie było.

A gadułą był niepospolitym; często przychodził na bezika pierwszy, i czekając aż wszyscy się zeszli, rozpowiadał mojej ciotce niestworzone rzeczy: o sukcesach swej młodości, o bogactwach swej rodziny i swoich, o arystokratycznych swych stosunkach i przeróżnych rzeczach.

- Bredzisz baron! - odpowiadała ciotka, gdy już na schodach słyszała kroki nadchodzących partnerów i przyjaciół.

Ciekawa to i tajemnicza była osobistość. Lata już, jak siedział w Krakowie, a nikt nie mógł dociec jego osobistych stosunków.

Zajmował dość obszerne i z komfortem urządzone, a nawet w dzieła sztuki przybrane mieszkanie, a z drugiej strony, ubrania jego były bardzo wyszarzane i staromodne.

Partnerzy mojej ciotki: pan sędzia, pułkownik i konsyliarz, radzili nieraz, gdy się bez barona zeszli, nad nadzwyczajnością faktu, że w pugilaresie barona nigdy więcej nie było nad siedem lub osiem guldenów.

Czasem z tej sakramentalnej kwoty przegrał trzy, lub dwa - została więc tylko piątka.

Jakież wszystkich było zdziwienie, gdy na drugi dzień baron, by schować wygranego guldena, wyjmował pugilares, w którym prócz piątki niebieskiej lśniły dwa renskowe papierki.

Na trzy gorące letnie miesiące wyjeżdżał, ale nikt nigdy nie wiedział dokąd.

Bo ciotce mej mówił, że jedzie do Berlina; pułkownikowi fanfaronował, że do wód dla zdrowia; a konsyliarzowi w sekrecie powiedział, że po spadek do Szwecji.

Bo jakieś rodzinne stosunki wiązały go i ze Szwecją.

Wracał we wrześniu: zaraz pierwszego dnia zjawiał się u ciotki, i jak gdyby ich stosunki żadnej nie uległy przerwie, zaczynał od ostatnim bezikiem przerwanej konwersacji.

I znowu, próżno ciotka z partnerami łamali sobie głowy, gdzie baron przebył lato, bo nikt prawdy dowiedzieć się nie mógł.

Wszystkim razem oznajmiał, że był u krewnych na wsi, a każdemu z osobna opowiadał co innego.

Stąd powstawała niekończąca się nigdy przyczyna, do rozmowy ożywionej między mą ciotką a partnerami, gdy czasem wypadkowo baron Fifi się spóźnił, lub na bezika nie przybył.

Czasem najżywszy z nich pułkownik, zaczepił barona, i wtedy wszyscy na niego napadali, a ciotka moja gorzkie mu czyniła wyrzuty, że nawet do niej nie ma zaufania.

Baron znosił wszystkie pociski i milczał, jak zaklęty.

To milczenie powiększało jeszcze rozdrażnienie starych przyjaciół i automatów. Napadali na barona, przycinali mu, krzyczeli, srożyli się i grozili, wymyślali i drwili; baron milczał i nogą tylko kiwał.

Bo w takich razach przyzwyczajeniem barona było, nogą założoną gorączkowo poruszać.

Ciotka moja zniecierpliwiona, odzywała się wtedy, udając zdenerwowanie:

- Baronie! Ta noga! Ta noga!

Baron się zrywał i chciał wychodzić, ale mu nie pozwalano; zatrzymywano go i proszono, i nieraz przemocą do bezika zasadzano.

Tak sobie żyli i tak się do siebie przyzwyczaili, że formalnemu nieszczęściu się równało, gdy pułkownik dostał reumatyzmu, lub baron położył się na katar.

Obaj bowiem mieli najdelikatniejsze zdrowie, choć najmłodszymi byli w tym zgromadzeniu.

Najczęściej też któryś z nich chybiał.

Wtedy przychodziła wieczorem do mej ciotki kartka, na której stało tylko: "Reumatyzm mi dokucza", lub: "Mam katar", albo też: "Jestem niedysponowany i nie opuszczam mieszkania".

Ciotka rozpaczała, ale krótko, bo wnet schodziła się reszta i rozmowa niezwykle się ożywiała, dzięki nieobecności jednego z automatów, którego wtedy niemiłosiernie nicowano.

Bezik jednak prawie nigdy nie ulegał przerwie, skoro istniał zapasowy bezikowicz, a w annałach ciotki pamiętnymi były dnie, w których dwóch naraz zasłabło.

Tak zapewne byłby bezik ciotki, żadnej nie uległ, Bóg wie jak długo, zmianie dekoracji, gdyby nie nadzwyczajny wypadek w spokojnym i niczym nie zamąconym życiu barona.

Działo się to późną jesienią; mróz skrzypiał pod nogami przechodniów na ulicach. Po jednemu schodzili się bezikowicze, jak ich nazywała ciotka.

Zeszli się w komplecie, a tak wyglądali zziębnięci, że ciotka kazała wcześniej podać herbatę. Zwykle podawano ją w środku wieczoru.

W salonie, w kącie przy piecu zasiedli wszyscy. Dnia tego na mecenasa przyszła tak zwana "zapaśna kolejka". Usiadł on więc za stołkiem barona niby z gazetą w ręku, której jednak nie czytał, bo go więcej zajmowały karty i animusz obok siedzącej ciotki.

Około godziny ósmej dzwonek w przedpokoju zelektryzował wszystkich.

- Kto to być może o tej godzinie? - odezwała się ciotka, odkładając karty.

- Żeby nie jakie licho? - wtrącił pułkownik. Wszyscy byli zaciekawieni.

Stary służący wszedł do salonu powłócząc nogami, i wręczył baronowi list, dodając z powagą i namaszczeniem:

- Przyszedł wieczorną pocztą.

Baron wyglądał przerażony; przewracał list na wszystkie strony.

- Od kogóż? - zapytała ciotka.

- Żebym wiedział! - westchnął baron, a wyglądał zastraszony i zaciekawiony.

Przerwano bezik i zaczęto oglądać kopertę, która przychodziła z Paryża.

- Z Paryża! - jednogłośnie zawyrokowano i oddano list baronowi, który ściągał na siebie wszystkich uwagę i tą korespondencja ogromnie na razie zrobił się interesującym.

Baron tymczasem rozerwał kopertę i czytał, a wszyscy wlepili oczy w twarz jego.

Ta twarz ulegała dziwnym zmianom, bo najpierw malowało się na niej zaciekawienie, później smętne rozmarzenie, wreszcie formalne rozczulenie.

Ciotka i bezikowicze umierali z ciekawości.

Baron list skończył i dwie łzy spłynęły po jego chudych policzkach.

Zaciekawienie partnerów doszło do kulminacyjnego punktu.

Oparci łokciami o stół, zaparłszy oddech, z oczami wlepionymi w twarz barona Fifi, czekali.

Wreszcie mej ciotce brakło cierpliwości i przerwała rozczulenie barona.

- No co? Co? - zawołała.

Baron otarł łzy, utarł z wielkim hałasem nosa dużą kolorową chustką i powoli ją zwijając, mówił głosem zmienionym:

- Nie do uwierzenia, moi państwo... mój poczciwy, nieodżałowany Schippenberg... przyjaciel... kolega... Adela! Adela!... co to się dzieje... Mój Boże!

Baron westchnął, jeszcze raz otarł suche już oczy i z uroczystością list składał.

Ciotce było tego za wiele; z oburzeniem zawołała:

- Cóż więc? Cóżeś się baron tak rozmazał? Skoro to taki sekret, po co nas było rozczulać jakimś Schip...

- Schippenbergiem! - wtrącił także zirytowany sędzia.

- I Adelą! - dodał pułkownik.

- Sekreta! Baron ma sekreta! - mruczała ciotka.

- Proszę... bardzo proszę... - bąkał konsyliarz. Baron wreszcie, widząc z miny ciotki i partnerów, że może być z nim krucho, list nazad rozwinął i jakby, do czytania się zabierał.

- No, czytaj baroniuniu! - odezwała się ciotka. Chwilę krótką milczenia przerwał już baron, czytając:

"Kochany baronie"!...

- Któż to pisze? - przerwał sędzia, lubiący wiedzieć wszystko dokładnie.

- To Adela! - zniecierpliwił się baron.

- Adela Patti! do diabła! czy co? - wystrzelił konsyliarz.

- Jak tak, to nie będę czytał - odparł baron i list na powrót złożył.

Chwila przestrachu zapanowała, wszyscy umilkli, tylko ciotka, znając wszystkie słabe strony barona, spokojnie go zagadnęła, widząc że zwykłym sposobem nic nie poradzi; baron bowiem był niezwykle rozdrażniony.

- No, czytaj baroniuniu i podziel się smutkiem z przyjaciółmi.

Te słowa magiczny wywarły wpływ; baron list znów rozwinął i zaczął:

- Pisze do mnie hrabianka Adela Schippenberg, córka mego nieodżałowanego przyjaciela i... kolegi...

- Me rozczulaj się baronie - przerwał pułkownik - tylko czytaj.

Baron wreszcie czytał, udając więcej rozczulenie niż mu rzeczywiście ulegając, a wszyscy słuchali z nieopisaną uwaga.

List był tej treści:

"Kochany baronie! Piszę do ciebie, jako do jedynego przyjaciela nieodżałowanego mego ojca. Ojciec mój oddał przed dwoma tygodniami ducha Bogu, a ostatnie słowa jego przepisuję ci dosłownie, mój jedyny opiekunie..."

Tu konsyliarz się zakrztusił, jakby usiłował powstrzymać śmiech. Baron spojrzał na niego z podejrzeniem, lecz zachęcony przez ciotkę bardzo zaciekawioną, dalej czytał:

- Mój jedyny opiekunie - powtórzył baron i ciągnął płynnie i z dumą - ojciec mój w godzinie śmierci tak słabym głosem mi powiedział: "W Krakowie żyje mój jedyny i najlepszy przyjaciel, baron v. Culwer, człowiek wyższego rozumu i najlepszego serca, wykształcony i wielce obyty. Jemu polecam mój skarb, moja najdroższą córkę. Do niego ci się radzę udać w każdym ważnym wypadku życia i byłbym najszczęśliwszy, gdybym dziś, umierając, mógł temu niezrównanemu przyjacielowi oddać w opiekę twoje życie". Tu ojciec mój osłabł, spojrzał w niebo, złożył jakby do modlitwy ręce, westchnął i umarł.

- Patrzcie! - przerwał baron, pokazując list wszystkim, i duże na nim plamy z wody zmieszanej z atramentem niebieskim - patrzcie! płakała biedna, pisząc to i opisując śmierć przyjaciela mego!

Wszyscy uważnie rzucili okiem na dwie plamy i słuchali, bo baron dalej czytał:

"Zostałam sama! samą jedną na tym świecie i mam tylko ciebie baronie, który nie zawiedziesz zaufania, jakie mój ojciec w tobie położył. Z trudnością dowiedziałam się, że baron stale mieszka w Krakowie - i dopiero, przerzuciwszy wszystkie listy mego ś. p. ojca, znalazłam jeden krótki, temu lat piętnaście do niego adresowany. Będę oczekiwała z niecierpliwością twojej odpowiedzi, baronie; będę szczęśliwą, gdy mi doniesiesz, że przyjaźń, jaką żywiłeś dla mego ojca, na mnie przelewasz. Mam nadzieję, że zechcesz utrzymywać ze raną stałą korespondencję i przynajmniej listownie zastąpisz mi swym światłym rozumem, mego nieodżałowanego ojca. Dzisiaj, cała pod wrażeniem świeżego nieszczęścia, kończę pismo moje i proszę cię baronie, nie zapomnij o córce twego przyjaciela, która jakkolwiek cię nie zna, żywi względem ciebie uczucia serdeczne i szczere.

Adela hrabianka Schippenberg".

Baron znowu się rozczulił i ocierał oczy wśród głuchego milczenia.

Wszyscy z nadzwyczajną uwagą mu się przypatrywali; wydawał im się zupełnie innym.

Ten hrabia Schippenberg, powierzający baronowi Fifi swą córkę, mieszkającą w Paryżu, uczynił go niezmiernie interesującym.

Wszyscy milczeli i rozważali.

Baron wstał i pod pozorem nadmiaru rozczulenia i emocji, pożegnał ciotkę i przyjaciół.

Uroczyście odprowadzili go do przedpokoju, a ciotka wychodzącemu jeszcze szepnęła:

- Me martw się baroniuniu!

Gdy tenże już wyszedł, bezikowicze nazad usiedli, ale się nie wzięli do kart.

Dumali nad baronem i tym listem z Paryża. Pierwszy odezwał się konsyliarz.

- Tak mamy, jak na dłoni, że baron jest rzeczywiście baronem.

- Nie ma dowodów! - wtrącił sędzia, rozpierając się w fotelu.

- Niedowiarek z pana! - zawołała ciotka - cóż znowu? jasne jak słońce!

- To żaden dowód, mości dobrodziejko - sapał sędzia.

- Ta Adela, ha... słowo generalskie... - mruczał pułkownik - ha... może to i jaka posażna i niebrzydka panna.

- I posażna! - zaśmiał się konsyliarz.

- Hrabianka, ha... ha... wszystko być może - konkludowała ciotka - takeście za nic, mieli mego baroniunia, a patrzcie! widzicie! Który z was ma takie stosunki i przyjaźnie? gotów jeszcze... A wyście zawsze mówili, że baron fanfaronuje ze swymi hrabiami. A co? pokażcie mi, który... ja znam... słyszałam... hrabiowie Schippenberg... wielka familia... słyszałam!

- Baron Fifi opiekunem! - zaśmiał się złośliwy konsyliarz i ruszył z miejsca.

Dnia tego, nie dokończywszy bezika, opuścili partnerzy ciotkę, bo z Mariackiej wieży, jak gromy, sypały się uderzenia dziesiątej godziny.

- Baron Fifi! - mruczał każdy pod nosem, dążąc do domu.

- Baron Fifi opiekunem! - śmiał się szydersko konsyliarz, któremu to wszystko wydawało się arcyzabawnym - niech go dunder świstnie!