Prolog
Sara nudziła się jak mops. Powinna była się już dawno przyzwyczaić do
dziur w planie lekcji, a jednak dzisiejsze okienko między fizyką a polskim wyjątkowo ją rozleniwiło.
Siedziała w największej i najjaśniejszej sali w całej szkole, w wielkim
kremowym fotelu, nogi trzymała na podnóżku haftowanym w wielkie, trochę
dziwacznie powyginane niezapominajki, nad głową tańczyły jej cienie
wielkich liści. Biblioteka w jej szkole pełna była najrozmaitszych
roślin, rycin, obrazów, puchatych poduszek, dziwacznych rzeźb, które
niczego nie przedstawiały, oraz kopii wybitnych dzieł artystycznych -
istny misz-masz.
Zakrywając usta zwiniętą w pięść dłonią, Sara ziewnęła. Kiedy otworzyła
oczy, zobaczyła, że przy półce z książkami o malarstwie stoi Tempera.
Była w swoim cudacznym, upstrzonym farbami fartuchu, na głowie miała
upięty wysoki turkusowy turban. Popatrzyła na Sarę i zmarszczyła czoło.
Wanda Myjak-Tokaczewska, czyli Tempera, była jedyną osobą w szkole,
której Sara naprawdę nie lubiła. Ponura, złośliwa, o wszystko się
wiecznie czepiająca nauczycielka plastyki i historii sztuki. Sara w swojej antypatii nie była odosobniona - za Temperą nikt nie przepadał.
Na szczęście szybko wyszła z biblioteki.
Sara znów ziewnęła, prześlizgując się wzrokiem po zapchanych dziwacznymi
przedmiotami regałach.
Wszystko było takie nudne, oklepane i beznadziejnie pospolite. Kiedy
zaczynała naukę przy Kociej, to właśnie oryginalny, odbiegający od
instytucji szkoły wystrój biblioteki zrobił na niej największe wrażenie.
Jeszcze dziś pamięta, jak stanęła na progu i z niedowierzaniem patrzyła
na ludzi, którzy w najprzeróżniejszych pozycjach zajmowali dziwne
krzesła, fotele, parapety i grube poduchy na podłodze. W porównaniu z jej starą osiedlową podstawówką to było coś. Sara uśmiechnęła się wtedy
na myśl, jakie miny mieliby koledzy z klasy, gdyby zobaczyli tę jej nową
szkołę. Chciała ich tu wtedy przyprowadzić. "Niech mi zazdroszczą" -
myślała. To były piękne czasy, kiedy pragnęła się pochwalić całemu
światu, że nareszcie znalazła się w należnym jej miejscu.
Teraz, po trzech latach chodzenia do szkoły na Kociej, nic jej już tutaj
nie interesowało. Wnętrza wydawały się męczące, bo oryginalność też może
się znudzić. Nawet szatnie były tu wystylizowane - każda na inny kraj.
Jej była meksykańska. Sara nie mogła już patrzeć na sombrera i ręcznie
tkane brzydkie dywaniki.
Ich klasa (o profilu plastyczno-pisarskim) liczyła tylko siedem osób.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyła tych ludzi, wydali jej się cudownie
wyjątkowi. Dziś już tak nie myślała. Rozejrzała się po bibliotece - byli
tu prawie wszyscy.
Mateusz siedział w wielkim białym fotelu, ale równie dobrze mógłby
siedzieć na drewnianej ławeczce w sali gimnastycznej, bo zgarbił się tak
bardzo, że niemal dotykał nosem książki. Był stypendystą - jedną z czterech osób w szkole, które nie płaciły czesnego, a przyjęto je dla
podniesienia poziomu. Mateusz interesował się botaniką. Był bardzo
lubiany, chociaż często mówił dziwne, kompletnie niezrozumiałe rzeczy.
Iza i Angelika (nazywana w szkole Koronką), oparte o siebie plecami,
siedziały na zarzuconym masą poduszek parapecie. Obie z nosami w zeszytach - chyba uczyły się słówek, bo charakterystycznie kiwały
głowami i obie, jakby się umówiły, gryzły ołówki. Sara żadnej z nich
specjalnie nie lubiła. Iza była córką właściciela fabryki butów Burzak,
Koronka zaś córką właścicielki znanej firmy kosmetycznej Lace. Miła i grzeczna, zdaniem Sary stuprocentowo nijaka.
Sara znów zerknęła na wielkie, wyścielone poduchami parapety. Ostatni
zajmowała ostentacyjnie objęta para: Laura i Łukasz. Sara uważała, że
teatralnie obnoszą się z tą swoją miłością, a tak naprawdę wcale do
siebie nie pasują. Jakiś czas temu stwierdziła, że Łukasz jest całkiem
interesującym chłopakiem, ale nie zamierzała wchodzić Laurze w paradę.
Nikomu ani słówkiem się nie przyznała, że Łukasz zrobił w jej sercu
spore zamieszanie. Trudno. Na pewno nie będzie o niego zabiegać. Mogła
co najwyżej sobie pomarzyć, że może kiedyś, w następnym wcieleniu...
Teraz Sara odwróciła wzrok, nie mogąc znieść, jak dziobek w dziobek
jedzą jedną gruszkę.
Sara czuła się samotna, sto razy bardziej wolała jednak to, niż żeby
ktokolwiek na świecie się zorientował, że widzi w Łukaszu nie tylko
kolegę z klasy.
W bibliotece z klasy Sary brakowało jedynie Sylwii. Może była w kafejce
Pod Minogą, w skrócie nazywanej przez uczniów Minogą, a może Tempera
wytykała jej błędy w pracy zaliczeniowej albo maglowała ją Pijawka? A może po prostu siedziała na korytarzu i słuchała MP3? W każdym razie tu
jej nie było.
Sara dyskretnie ziewnęła. Nie chciało jej się patrzeć na tych ludzi,
zresztą wszystkich tutaj znała i wszyscy znali ją. Cała szkoła była jak
wielokrotnie przeczytana, nudna, niezbyt ambitna i na dodatek cienka
książka - Sara znała ją na wyrywki. Miała dość ludzi z klasy, ze szkoły,
z tego miasta i z tej planety.
Spojrzała na zegarek.
"Pół godziny do polskiego. Chyba pójdę się napić czekolady" -
postanowiła. Wsadziła nogi w rozsznurowane szerokie adidasy i cicho,
żeby nie przeszkadzać uczącym się, wyszła na korytarz.
Tuż za drzwiami zobaczyła starszego, z trzeciej klasy liceum, kolegę -
Ludwika Sawickiego. W ich szkole trudno było wyróżnić się wyglądem
zewnętrznym, bo wszyscy nosili beznadziejne niebieskie marynarki, ale
Ludwikowi zawsze się to udawało. Na przykład teraz miał na sobie długi
jaskrawożółty szalik. No i oczywiście fryzura Ludwika była nawet jak na
taką oryginalną szkołę dość niezwykła: na jednej części czaszki włosy
czarne, półdługie, na drugiej - krótko obcięte z nieznacznymi blond
pasemkami. Ludwik zapewne się sobie podobał, skoro z zadowoleniem
paradował z czymś tak cudacznym na głowie. Według Sary wyglądał, jakby
fryzjer wyrzucił go z fotela w połowie zabiegu.
- ...czy to dla ciebie nie ma znaczenia? Nie mów mi nigdy więcej o żadnym
wyborze. Czy nie rozumiesz, że jesteś jedynym lub, jeśli wolisz,
wszystkim, co mnie trzyma przy życiu? Nie chcę nawet o nim słyszeć. Rób,
co chcesz. Przyjeżdżam dziś i koniec... Jak chcesz, ale jak się zabiję, to
będę cię straszyć po nocach... Dlaczego uważasz, że sobie poradzę?
Sara bez skrępowania stanęła koło Ludwika i uniosła brwi. Niech widzi,
że ona wszystko słyszy i nic z tego nie rozumie.
- Nie chcę tego słuchać! Przyjadę do ciebie zaraz po szkole. - Ludwik
rozejrzał się po korytarzu. - Cześć, Sarka. Za sekundę rozładuje mi się
komórka. Zobacz, może czyjaś już się naładowała - powiedział.
Uścisnęli się z Sarą serdecznie i cmoknęli przepisowe trzy razy.
Sara ani myślała latać po korytarzu i sprawdzać, czyja komórka już się
naładowała. O wiele ciekawsze było się dowiedzieć, z kim i o czym
rozmawiał Ludwik.
Wszystko, co wiązało się z Ludwikiem, było samo w sobie ciekawe, bo nie
należał on do osób tuzinkowych. Żeby jednak być szczerym - Sara
najbardziej lubiła go za to, że on lubił ją i manifestował to na każdym
kroku, a konkretnie na przerwach, bo po szkole jakoś nigdy się nie
spotykali. Zawsze do niej zagadywał, chociaż - jak na przykład teraz -
miał obok koleżanki ze swojej klasy. Był sporo starszy, a zachowywał się
tak, jakby byli od zawsze kumplami. Czasem też rzucił Sarze tak
serdeczny i oryginalny komplement, że po prostu nie mogła go nie lubić.
Poza tym klasa Sary była rozpaczliwie mała i cudownie było mieć jakichś
znajomych poza nią.
- Co się dzieje? - zapytała, udając umiarkowane zainteresowanie.
- Nic. Patrz, ta już naładowana.
Ludwik wyjął z plecaka zeszyt, wyrwał kartkę i napisał:
Twoja bateria już się naładowała. Kładę komórkę na podłodze, bo
drewniana. Dzięki za udostępnienie. Ludwiś
Cudzą komórkę położył na kartce, a swoją podłączył do ładowarki.
Na korytarzu była masa gniazdek. W kilku ładowały się telefony, obok
kilku innych leżały już naładowane komórki i zawsze koło nich kartki.
Taki panował tu zwyczaj. Komórki ładowało się w szkole. Nigdy żadna nie
zginęła, nie została zdeptana, zgubiona. To też Sarę denerwowało - że w ich szkole nawet głupiej komórki nikt sobie nie przywłaszczy.
- Dziś lasagna szpinakowa albo paella z frutti di mare. Zjemy coś?
- Ja nie. Chociaż wiesz, czekolady tobym się napiła.
- To chodź. Mamy jeszcze masę czasu - powiedział Ludwik, jakby do
następnej lekcji było co najmniej kilka godzin.
Poczekali, aż gęsta lśniąca czekolada z automatu napełni ręcznie
malowane filiżanki, i w milczeniu usiedli przy stoliku pod oknem.
- Z kim gadałeś? - zapytała Sara, nie patrząc na Ludwika.
- Z moją babą - odparł wesoło Ludwik.
- Jakieś kłopoty?
- Żadnych.
Ludwik wziął łyżeczkę i zaczął pukać w skórkę, która powstała na
powierzchni czekolady. Sara spojrzała na niego uważnie.
Tomasz Ludwik Sawicki nawet z tym czymś zamiast włosów był zdecydowanie
interesującym chłopakiem. Gdyby Ludwik zobaczył w niej dziewczynę,
czułaby się przeszczęśliwa. Tak, to był chłopak w sam raz dla niej.
Inteligentny, miły, przystojny, zwariowany. Sara z przyjemnością
oznajmiłaby wszystkim, że chodzi z Ludwikiem. Może nawet wygryźliby
Łukaszka z jego Laurą i niepodzielnie zawładnęliby ich stałym miejscem w Minodze - parapetem w oknie wykuszowym. Tak by było, gdyby tylko Ludwik
myślał podobnie jak ona. Niestety, najwyraźniej w ogóle nie podzielał
jej marzeń. Zawsze był wobec niej miły, serdeczny, nawet wylewny, ale to
wszystko nie wykraczało poza przyjaźń. Nigdy nie zbliżyli się do
granicy, gdzie przyjaźń się kończy, a zaczyna coś o wiele bardzie
ekscytującego. Sara nie miała złudzeń - jego myśli i serce były gdzieś
bardzo daleko, przy jakiejś innej dziewczynie... przy jego babie, jak się
wyraził.
- Co masz teraz? - zapytała, żeby tylko coś powiedzieć.
- Przedmioty nieścisłe - odparł Ludwik.
Sara kiwnęła głową. Sama też była fanką przedmiotów nieścisłych, może z wyjątkiem sztuki, ale to nie z powodu przedmiotu, tylko nauczycielki.
- Jakie masz zadanie tygodniowe? - zrewanżował się równie mało pomysłowo
Ludwik.
- Liść, który wczoraj nie istniał - odparła Sara, czując, że Ludwik
zmusza się do tej rozmowy, myślami będąc kilka lat świetlnych stąd.
- I co robisz? Piszesz, rysujesz? Fotografia? Słuchowisko?
- Rzeźba w drewnie albo ręcznie malowana bombka. - Sara się roześmiała.
- Dobre, bardzo dobre - powiedział Ludwik bez zainteresowania,
zanurzając łyżeczkę w czekoladzie.
- Idę. Mam moduł polaka. - Sara włożyła swoją filiżankę do zmywarki.
Wychodząc, zobaczyła, że tymczasem w Minodze zjawił się też Mateusz.
Zanim zdążyła otworzyć usta, szepnął:
- Zagadka. O czym Sara rozmawia z tym cudakiem? O inicjacji aktywności
replikacyjnej w korzeniu zarodkowym? Bynajmniej. Więc o czym? Milczą
dzieje.
Zanim Sara zdążyła opanować mruganie powiekami, Mateusz włożył sztućce
do zmywarki i nie oglądając się, wyszedł.
- Dziwak.
Spojrzała na zegarek. Cztery minuty do polaka. Strasznie długo. Na
polaku zawsze lepiej niż na przerwie. Przynajmniej coś się dzieje i czas
się tak koszmarnie nie dłuży. Poza tym każde spotkanie z Bystrą to było
coś, dla czego warto było tkwić w tym tłumie wciśniętych w niebieskie
garniturki dziwaków.
Idąc do pracowni polonistycznej, rzuciła okiem na słup ogłoszeniowy na
środku korytarza.
Sprzedam się - Świnia.
Znała już ten dowcip i wcale jej nie rozśmieszył.
*
Brahmaputra od razu ją poznał. Swoim dziwnym, kolebiącym się krokiem
podbiegł do siatki, wskoczył na jeden z wielu pieńków, które ojciec
ustawił tu dla niego i jego stada, i zaczął radośnie piać.
Otworzyła skrzynkę z karmą. Zauważyła, że ojciec nasypał jakiejś nowej
mieszanki, więc nabrała sporą garść i sypnęła do kurzego kojca.
Otrzepała ręce i zapisała na wiszącym nad pojemnikiem z karmą
skoroszycie, ile i o której godzinie dała kurom. W kajecie były wpisy
tylko trzech osób: najwięcej ojca, troszkę mniej Maszy i zaledwie kilka
jej samej. Wpisów mamy i Januarego nie było w ogóle.
Brahmaputra zeskoczył z pieńka, ale nie rzucił się na jedzenie jak jakiś
prostacki kogut. Dostojnie przechadzał się między swoimi samicami. Co
jakiś czas mocno grzebnął nogą i wtedy samice dziobały w tym miejscu.
To było hobby ojca.
Sara przez chwilę patrzyła.
Koguta brahmaputrę lubiła chyba najmniej. Był największy z hodowanych
przez ojca kur. W słoneczny dzień wyglądał jak zrobiony z miedzi. Cały
jego korpus pokrywały pióra tak intensywnie pomarańczowe jak nagietki.
Ogon miał wielki, czarny, przetykany różnymi kolorami. Korale i grzebień
były idealnie doskonałe. Samice brahmaputry prezentowały się też nie
najgorzej, bo ojciec Sary wkładał serce w ich hodowlę.
Minęła kojec z kochanem niebieskim. Nie lubiła go, bo był agresywny.
Siedział w kojcu sam, bo atakował nawet samice swojego gatunku. Według
Sary ojciec powinien się go pozbyć, ale kupił go za bajońską sumę i nawet słyszeć o tym nie chciał. Kochan od razu zauważył Sarę. Łypnął na
nią czarnym okiem, rozpędził się i z impetem wpadł na siatkę. Sara
postukała się w głowę.
Nie lubiła kur. Uważała, że to głupie i brudne stworzenia. No, może poza
kurami jedwabistymi. Ojciec miał ich osiem i te Sara nawet troszkę
lubiła. Owszem, były głupie, bo za każdym razem gdy ktoś do nich
wchodził, w panice uciekały, jakby pierwszy raz widziały człowieka.
Kiedy się jednak jakimś cudem je złapało, były tak miłe w dotyku, że
ojcu zdarzało się przez cały film siedzieć przed telewizorem z kurą
jedwabistą na kolanach i ją głaskać. Oczywiście kura nie była takim
sposobem spędzania wolnego czasu zachwycona, a jeszcze mniej zachwycało
to mamę.
Od czasu do czasu Sara zmuszała się, żeby nakarmić kury, zajrzeć do nich
lub porozmawiać o nich z ojcem. Rzecz jasna, robiła to wyłącznie dla
ojca i wybierała takie momenty, żeby jej nie widziała mama, która nie
znosiła kur.
Sara zobaczyła, że w pomieszczeniu weterynaryjnym pali się światło -
ojciec był z kurami.
- Cześć, kochanie. No, zobacz... Dwie sumatry mi padły. Chyba źle ustawiam
wilgotność w klujniku.
- Nie martw się. - Sara włożyła biały kitel. - A co im było?
- Zmarły podczas wykluwania.
- Przykro mi - powiedziała Sara. Już się przyzwyczaiła. Teraz nie
chciało jej się po raz kolejny pocieszać ojca, więc szybko zmieniła
temat. - Wiesz, co było dziś na polskim? Bystra kazała nam napisać na
dwie strony o najbardziej obrzydliwej rzeczy, jaka nam się w życiu
przydarzyła albo jaką na własne oczy widzieliśmy.
- Co ty powiesz? - mruknął ojciec, manipulując przy wielkim sicie do
przesiewania karmy dla piskląt.
- Inteligentny temat, prawda? Najpierw wszyscy się śmiali, a potem
zrobiło się w klasie nadzwyczaj cicho. To było okropne - tak opisywać
obrzydliwości. I jak już wszyscy skończyli, to wiesz, co Bystra zrobiła?
- Hm?
- Zebrała prace i wszystkie włożyła do niszczarki, a potem napisała na
tablicy: "Kulturalny człowiek może opisać obrzydliwości, ale nigdy ich
nie czyta". Dobre, co? I oczywiście zabroniła nam komukolwiek mówić, co
opisaliśmy, bo to brak taktu.
- Tak? A o czym napisałaś?
- Tato, znów mnie nie słuchałeś...
- Kochanie, bo zobacz: czy ta sebrytka nie ma czasem początków
świerzbowca na nogach?
Świerzbowce na nogach kur powodowały szare kalafiorowate rozrosty, w sam
raz do opisu, który poleciła im dziś Bystra. Za nic w świecie Sara nie
obejrzałaby czegoś takiego z bliska. Tę przyjemność zostawiała ojcu.
Objęła go, pocałowała w policzek, zdjęła kitel i ochraniacze na buty,
umyła ręce i wyszła z kompleksu kurników, który ojciec szumnie nazywał
bażanciarnią.
*
Przed domem zobaczyła starego, rozklekotanego malucha. Miał szary dach,
bordową maskę, drzwiczki z jednej strony białe, a z drugiej zielone. Jej
brat jest w domu.
Zadzwoniła do drzwi. Poczekała, aż Masza jej otworzy. Obdarowała ją
szerokim, serdecznym uśmiechem, poszła do łazienki, jeszcze raz umyła
ręce, przeczesała się, pociągnęła usta błyszczykiem i weszła do salonu.
- Wychodzisz gdzieś? - zagadnęła brata.
- Uhm - odparł January.
- Grasz mecz? - zapytała, chociaż nie miała pojęcia, czy jej brat w ogóle zajmuje się jakimkolwiek sportem.
- Nie - warknął January.
- Obejrzymy coś wieczorem?
- Nienawidzę telewizyjnej zgnilizny.
- A dziś nie masz francuskiego?
- Nie. Ty masz. Cześć!
- Cześć!
Sara popatrzyła na brata: wypłowiała bluza, rozdeptane buty, strzępiące
się spodnie. Westchnęła.
*
Mama siedziała w swoim gabinecie przy wielkim biurku z drewna
orzechowego i czytała. Gdy tylko Sara weszła, mama zamknęła książkę.
Woda dla słoni - przeczytała Sara.
- Kochanie moje... - Mama wyciągnęła do Sary ramiona. - Masza zrobiła
eskalopki.
- Nie jestem głodna. Wypiłam chyba za dużo czekolady.
- Czekolady? Widocznie brakowało ci żelaza. A może to było obniżenie
nastroju? Masz jakieś problemy?
- Nie. - Sara się skrzywiła i ciężko osunęła się na ogromny, obity
grubym pluszem w wielkie kwiaty fotel. - Nic mi nie jest. Tylko tak...
czuję, że to wszystko jest bez sensu...
- Kochanie, od kiedy masz takie myśli?
- Nie wiem od kiedy. Nieważne zresztą... - zreflektowała się Sara.
Już kilka razy popełniła ten błąd. Zwierzyła się mamie z jakichś
chwilowych problemów i zawsze kończyło się tym samym.
- To znaczy, że trwa już od jakiegoś czasu? Zgłaszałaś to w szkole?
- Nie... nic mi nie jest...
- Co najbardziej ci w szkole przeszkadza?
- Wszyscy są tacy niebiescy. - Sara się zaśmiała, a widząc minę mamy,
szybko dodała: - Dziś w szkole Iza opowiadała fajną historyjkę. U jej
młodszej siostry wprowadzono mundurki jaskrawozielone. Tego dnia
dzieciaki, w tym jej siostra, przez cały dzień biegały od nauczyciela do
nauczyciela, mówiąc: "Proszę pani, ten w zielonym mnie uderzył".
Śmieszne, prawda?
- Nudzisz się. Unikasz rozmowy na poważny temat. Uciekasz w jakieś cudze
anegdotki. To wszystko nie wygląda dobrze. Zaraz coś z tym zrobimy -
powiedziała mama, siadając przy stoliku komputerowym pod oknem.
Otworzyła swój biały laptop i przez chwilę stukała w klawisze. - I po
kłopocie! - Podeszła do córki i wzięła ją w ramiona. - Umówiłam cię do
pani Nowak.
Radość w oczach mamy była tak wielka, że Sara skrzywiła się tylko,
myśląc o tym, za jakie grzechy znów ma być maglowana przez Pijawkę.
"Trudno. Sama sobie jestem winna, ale to już ostatni raz. Człowiek uczy
się na błędach, prawda?"
Rozdział pierwszy
Był wieczór, godzina za dwanaście ósma. Mama poszła na swój zwykły
spacer, ojciec w saloniku przeglądał jakąś książkę i coś sobie notował.
January jeszcze nie wrócił. Masza skończyła pracę i była w swojej części
domu. Za oknem Gabriel - ich ogrodnik, mechanik, hydraulik, wartownik i czasem kelner w jednej osobie - krzątał się przy samochodzie mamy, a Sara siedziała po turecku na swym wielkim łóżku i trzymała w ręku
zdjęcie swojej starej klasy z podstawówki.
Kolejno kładła palec na każdej twarzy, wymawiała imię i nazwisko danej
osoby, po czym przypominała sobie, gdzie ta osoba mieszkała, czym się
interesowała, z czego była dobra, a z czego słaba i wszystko, co tylko o niej pamiętała.
To były czasy! Stare, ponure gmaszysko przy Drewnianej numer osiem.
Szkoła imienia Stanisława Staszica. Solidny patron, zaniedbane boisko,
ciemne jak jaskinie szatnie, obskurna stołówka z ceratowymi obrusami,
opryskliwa, ciągle wrzeszcząca woźna...
Sara się rozrzewniła. Przypomniała sobie, jak raz zeszła do szatni i okazało się, że ma pociętą nożem kurtkę. Najpierw skrzyczała ją woźna,
że na pewno sama to sobie zrobiła, żeby wyłudzić odszkodowanie, a potem
zdenerwowana wychowawczyni. Wreszcie Michał Wolny, jeden z bliźniaków w jej klasie, przyznał się, że to on pociął jej kurtkę, i jego mama
przyszła Sarę przepraszać...
Odkąd uczyła się przy Kociej, ani razu z nikim nie pogadała sobie tak od
serca, że ktoś ma wielki tyłek, brzydką cerę, jest głupi, nie myje się
albo ma zeza. Chętnie poszłaby do szkoły, w której nauczyciele czasem
chorują, ktoś narozrabia, coś idzie niezgodnie z wywieszonym na
korytarzu planem, lekcje przeciekają przez palce, a bycie fajnym
oznacza, że za bardzo nie przykładasz się do nauki. Cudowne czasy...
"Nigdy nie wrócą" - pomyślała z żalem Sara.
Na spotkaniu z ich szkolną terapeutką, Pijawką, rozmawiały o tym, że
Sara nie może patrzeć na ludzi ze swojej szkoły, że wszyscy są tacy
ohydnie grzeczni, mili i mdli. Sara trochę się wzruszyła, wspominając
czasy nauki w publicznej podstawówce. Wtedy ojciec jeszcze nie dostał w spadku góry pieniędzy i mieszkali w kochanym czterdziestometrowym
mieszkaniu z ciemną kuchnią, w której, jak mówiła mama, wszystko samo
się gotowało.
Podczas seansu z Pijawką ustaliły, że Sara nie ma co liczyć na przełomy
czy zmiany i jedyne, co może zrobić, to poszukać kontaktu z kimś spoza
szkoły. Niestety, Sara niefrasobliwie wszystkie dawne kontakty zerwała.
Zrobiła to trochę z premedytacją. Tuż po skończeniu szkoły miała
serdecznie dość swoich kolegów i koleżanek, poza tym przez ten spadek
nagle stała się kimś z innej bajki. Rodzice kupili posiadłość, a potem
drugą po sąsiedzku. Przeprowadzili się i Sara przestała pasować do
Powiśla i starych kumpli. Teraz, wpatrując się w zdjęcia, poczuła, że
tęskni za tymi ludźmi, że sama tego nie rozumie, ale lubi ich
wszystkich, że byli tacy... prawdziwi. Żadne tam niebieskie ptaki, które
nie biorą życia poważnie, jak ci na Kociej, tylko ludzie z krwi i kości
- czasem wredni, czasem kochani, no i przynajmniej było ich tak wielu,
że mogła wybierać.
Szukała w myślach sposobu, jak by tu z kimś z tego grona się
skontaktować.
Z tego grona... Grono!
Czym prędzej chwyciła laptopa. Odszukała forum o swojej starej
podstawówce. Szybko napisała wiadomość i zostawiła swój numer GG.
"Ciekawe, kto się do mnie odezwie... Może nikt. Może nie chcą mnie znać. I mają rację..."
Nie zdążyła naprawdę zacząć się martwić, bo na monitorze wyświetliła się
informacja:
Nieznajomy przesyła wiadomość.
"Cześć, Sara! Tu Wiśnia. Kopa lat z przewagą kopy za nami! Myślałam już,
że nie żyjesz lub porwało Cię UFO".
"Cześć. Czasem żałuję, że UFO mnie nie porwało. Żyję".
"Co robisz na naszym starym, dobrym forum? Zatęskniłaś za Weszpińską?"
"To też. Nie była taka zła".
"Gdzie teraz mieszkasz?"
"Na Mokotowie, przy Wiktorskiej".
"Może spotkanko gdzieś kiedyś o którejś godzinie..."
"Mam sporo czasu. Co proponujesz?"
"Co tylko chcesz. Jestem otwarta jak puszka coli. Fajnie, że żyjesz.
Zapisz sobie numer do mnie: Beata Wiśniewska, 0-501-..."
Beata Wiśniewska... Beata Wiśniewska...
Sara wzięła do ręki klasowe zdjęcie i odszukała Beatę Wiśniewską,
drobną, myszowatą dziewczynę, cichą i niepozorną, zawsze trzymającą się
na uboczu. Nigdy się nie przyjaźniły, właściwie nawet ledwie się znały.
Beata chyba lubiła rysować... czy może raczej tańczyć... W każdym razie
jedna z tych dwóch rzeczy, tego Sara była pewna.
Włożyła zdjęcie do skanera, obrobiła, powiększyła twarz Beaty,
wydrukowała i przypięła do wyłożonej korkiem ściany.
"Strasznie nijaka ta Beatka - pomyślała Sara. - Trudno. Na początek
dobre i to".
Zamknęła klapę laptopa i zabrała się do powtarzania lekcji na jutro, a potem wzięła się do robienia nieszczęsnego liścia, który wczoraj nie
istniał.
*
Sara obudziła się, zanim zadzwonił budzik. W pokoju było ciemno, ale nie
chciało jej się sprawdzać, która godzina. Tak czy owak, postanowiła
jeszcze kilka minut poleniuchować. Może tymczasem zadzwoni budzik?
Naciągnęła kołdrę pod brodę i z lubością zamknęła oczy. Sen uciekł już
na dobre i pozostawało jej tylko marzenie na jawie... może nawet lepsze
niż sen?
Czuła, że przed nią ważny dzień. Nareszcie wyrwie się ze starych kolein,
zboczy z drogi, odetchnie świeżym, innym powietrzem. Od dawna nie miała
kontaktu z nikim ze starej szkoły, a teraz wiązała z tym ogromne
nadzieje. Nadzieje na co? Sama nie bardzo wiedziała, ale czuła się taka
poruszona, taka cudownie podekscytowana.
"To będzie coś! Takie spotkanie po paru latach. Ciekawe, czy my się w ogóle poznamy?" - pomyślała i zapominając o tym, że przecież miała teraz
marzyć, wyobrażać sobie dokładnie przebieg spotkania, wyskoczyła z łóżka
jak z procy.
Zapaliła stojącą lampę ze smukłym żółtawym abażurem i odruchowo
pościeliła łóżko. Mama była na to wyczulona. Choć od kilku lat pracowała
u nich Masza, a dwa razy w tygodniu przychodziła pani do ciężkich prac
(jak mówiła mama), to mama i tak pilnowała, żeby dzieci same dbały o porządek w swoich pokojach. Jeśli ona lub January zapomnieli pościelić
łóżko, zostawili rzucone byle jak ubrania, a już, nie daj Boże, ogryzki
- mama wyrażała swoje niezadowolenie i długo rozwodziła się nad tym, co
oznacza mądre korzystanie z pieniędzy. Sara dwa, najwyżej trzy razy
miała z mamą rozmowę na ten temat i teraz wolała nie mieć kolejnej.
Pierwszy pokój Sary był duży, miał trzy wielkie okna, a na nich
romantycznie upięte kremowe muśliny. Na podłodze puszyły się dwa dywany
tak grube, że Sara jeszcze dziś, chodząc po nich boso, myślała, że w czymś brodzi. Z tego pokoju było przejście do sporej błękitno-białej
łazienki, też z wielkim oknem, oraz do pokoju, w którym Sara się uczyła.
Bez względu na otaczający ją luksus, tego dnia, osiemnastego
października, było tutaj tak samo smętnie i ponuro jak we wszystkich
pokojach nastolatek w Polsce.
Sara wzięła prysznic, zawiązała turban na mokrych włosach i opatuliła
się puchatym białym szlafrokiem w duże śpiące koty, którego od jakiegoś
czasu nie lubiła, bo wydawał jej się zbyt dziecinny, ale bez słowa nadal
go używała, nie chcąc narażać się na uwagi mamy, że zaczyna z niej
wyłazić rozkapryszona pannica.
Zeszła na dół.
*
- ...ale prosiłem cię czy nie? - Usłyszała głos Januarego i jej dobry
humor ulotnił się w jednej chwili.
- Synku... - odezwała się mama tym dobrze znanym głosem mamy bezradnej,
pełnej poczucia winy, ale mamy, która nigdy się do błędu nie przyzna.
Sara jęknęła w duchu. January był od niej starszy, studiował na drugim
roku technologii żywienia. Kompletnie nie interesował się tymi studiami
i nigdy nie opowiadał o swojej uczelni. Sara uważała go za nadętego,
opryskliwego aroganta, któremu każdy, kto ma trochę rozumu, powinien
schodzić z drogi. Rodzice, a zwłaszcza mama, jeszcze tej prawdy nie
odkryli, więc January wciąż miał o coś do nich pretensje.
- Mamo, umówiliśmy się, prawda? Jak mogłaś mi to zrobić? Znów jest to
samo.
January krążył z kubkiem kawy zbożowej w dłoni.
Sara weszła do kuchni, uśmiechnęła się na powitanie do Maszy i pocałowała mamę w policzek. W zasadzie mogłaby zapytać, co się stało.
Była jednak na tyle duża, że rozumiała prostą życiową zasadę: kłótnia
jest zawsze o nic. O nic więc nie zapytała, tylko z zastawionego stołu
nałożyła sobie do miseczki obrane na cząstki kawałki kiwi, banana,
liczi, nektarynki i posypała wiórkami gorzkiej czekolady.
- Sareczko, no powiedz coś swojemu bratu.
Sara odwróciła się w stronę Januarego. Jak zawsze gdy szedł na uczelnię,
miał na sobie ohydną bluzę, tak spraną, że nie było już widać jej
pierwotnego koloru. Obszarpane spodnie były za długie i fałdowały się w okolicach kostek.
"Myśli, że wygląda biednie. Niestety, zdradzają go buty".
Sara wiedziała, że z jakiegoś powodu brat chce udawać biedaka, lecz
nigdy mu nie mówiła, że robi to źle, bo jego koncepcja jest
niedopracowana.
- Coś! - powiedziała poważnie.
January uśmiechnął się pod nosem, ale natychmiast znów spochmurniał i zwrócił się do mamy:
- Po prostu przeprowadzę się do dziadka, zobaczysz!
- Kochanie... - zaczęła mama miękkim jak budyń głosem. - Powiedz mi, co
jest złego w tym, że możemy komuś pomóc?
- Pomagaj komuś, kto mnie nie zna. Jak ja teraz się ludziom na oczy
pokażę i co im powiem? Że moja matka funduje stypendia?! Jeśli lubisz
się bawić w sponsora...
- Ale powiedz mi, co w tym jest złego?
- Mamo, błagam, nie denerwuj mnie. Wiesz dobrze, że nie chcę korzystać z tych pieniędzy i robię to tylko dlatego, że nie mam na razie innego
wyjścia, ale dlaczego wplątujesz w tę całą podejrzaną sprawę biednych,
niczego nieświadomych ludzi?
- Synku...
- Cześć wszystkim. Dzień dobry, Maszko! Pięknie pani dziś wygląda.
Dobrze się spało? Odebrałem jakąś roślinność od gońca - powiedział
ojciec, rzucając na marmurowy stolik pod oknem paczkę, z której
wystawały łebki różowo-bordowych lilii. Rozejrzał się po kuchni i wesoło
zawołał: - Nigdy nie zgadniecie, co się stało!
- Wylicytowałeś tę bankiwę i lecisz do Japonii ją odebrać - rzucił
ponuro January.
- Skąd wiesz? - Twarz ojca zgasła w jednej chwili.
- Ekscytujesz się tym od tygodnia. Nic nowego. Gratuluję. Kolejne
wyrzucone w błoto pieniądze - powiedział kwaśno January.
- Może pojedziecie ze mną? Będzie fajnie.
- Tato, ty nie byłeś w Tatrach, nie wiesz, co widać ze Szpiglasowej, a jedziesz do Japonii. Świat zwariował - oznajmił January tonem
rozczarowanego życiem starca. - Dziękuję, Maszko. Pyszne było. Dziś
nocuję u dziadka. A z tobą, mamo, jeszcze porozmawiamy.
- No widzisz, jaki on jest? - zwróciła się mama do ojca, gdy tylko
January wyszedł z kuchni. - Wyraźnie ma problemy ze sobą. Ja uważam, że
on mnie odrzuca.
- Kochanie, daj spokój. Chodźcie, moje panie, pokażę wam zdjęcie tej
bankiwy. W Polsce jest tylko kilka sztuk...
- Ja muszę się szykować - powiedziała szybko Sara.
Wstała od stołu, zebrała po sobie brudne naczynia i sztućce, porządnie
ułożyła w zmywarce i szybko wbiegła na górę.
Miała już wysuszone włosy i zastanawiała się, co dzisiaj włożyć. W końcu
wybrała najzwyczajniejsze ciuchy na świecie. Gdy była już gotowa,
stanęła przed lustrem.
"Dobrze. - Spojrzała na siebie zadowolona. - Wyglądam zwyczajnie, może
nawet biednie. Januaremu by się spodobało. - Pogłaskała przetarcie na
szwie dżinsów. - Żeby już była ta czwarta...".
Popatrzyła na plan lekcji, wrzuciła zeszyty i piórnik do torby i zeszła
na dół.
Rodzice nadal byli w kuchni. Słychać było zwyczajną poranną krzątaninę,
stukanie sztućców, nalewaną do wazonów wodę, a między tymi odgłosami
Sara usłyszała głos ojca:
- Zobacz, Maszko, jaka cudowna rzecz. Zabawka dla dorosłych. Urządzenie,
które imituje latanie samolotem. Możesz się bawić, że jesteś pilotem.
Niesamowite. I nawet rzeczywistą pogodę ci podaje. Chciałbym coś takiego
na urodziny - zakończył ojciec, wpatrując się w ekranik laptopa.
Nikt mu nie odpowiedział.
Sara uniosła brwi ze zdziwienia. Rodzice, kiedy byli sami, najczęściej w milczeniu pili kawę. Tym razem ojciec coś powiedział. Czyżby to był
jakiś postęp?
Mama siedziała w fotelu koło okna. Trzymała w dłoni filiżankę, ale nie
piła. Nie lubiła pić kawy, lubiła tylko jej zapach.
- Miłego dnia, kochanie. - Uśmiechnęła się szeroko i zaraz dodała swój
zwykły tekst: - Baw się dobrze.
Mówiła tak zawsze, kiedy Sara wychodziła do szkoły.
- Cześć, mamo. Cześć, tato. Pa, Masza!
Sara wyszła przed dom. Szczepan jak zawsze krzątał się przy samochodzie.
- Cześć, mała!
- Cześć, Szczepan. - Uśmiechnęła się i wsiadła.
*
Kocia jest małym zaułkiem ukrytym nieopodal placu Trzech Krzyży. Miły,
zielony, cichy zakątek na skraju wielkiego parku ciągnącego się aż do
Wisły. Szkoła znajdowała się w sporym, eleganckim budynku, kiedyś
zniszczonym i zaniedbanym, a teraz odrestaurowanym z ogromnym pietyzmem.
Dla kogoś, kto nie wiedział, że jest tu placówka oświatowa, było to
miejsce dziwne. Po wyglądzie trudno było ustalić, jakie jest
przeznaczenie tego obiektu. Długa aleja prowadziła od bramy do gmachu
szkolnego i idąc nią, można było obejrzeć sobie galerię zdjęć ze
szkolnych przedstawień z klas o profilu teatralnym, wycinki prasowe,
prace pisemne, tabele, rysunki, mapki i inne dziwne rzeczy pochodzące z klas o profilu społecznym, rzeźby z drewna, mydła i masy papierowej
wykonane przez klasy artystyczne, wystawę plakatów (klasy plastyczne),
nocne zdjęcia z wycieczki klasy geograficzno-matematycznej oraz puste
miejsce, które zawsze czekało, aż uczniowie jakiejś klasy dostarczą
swoje prace zaliczeniowe. Już pierwszy rzut oka na tę estetyczną i porządną wystawę dawał spore pojęcie, czym i z jakimi rezultatami
zajmują się uczniowie tej szkoły.
Do szkoły Sara musiała jechać około dwudziestu pięciu minut. Był korek,
ale Szczepan zawsze tak obliczał czas, żeby się nie spóźniła.
Wielu rzeczy w tej szkole nie znano. Spóźnianie się było jedną z nich.
Kiedy Sara zaczynała tu naukę, zachwyciło ją to, że zamiast lekcji były
półtoragodzinne moduły zawsze na bardzo konkretny temat, kółka
zainteresowań, traktowane jako najważniejsza część edukacji i w związku
z tym odbywające się w najlepszych godzinach, oraz długie przerwy, które
uczniowie sami sobie organizowali. No i można było do woli pić wszelkie
napoje, jakie serwował automat. Prace zaliczeniowe wydawały się czymś
niezwykle twórczym i wspaniałym, bo uczniowie mieli tu pełną swobodę.
Wszystko to na początku było zachwycające. Sara dużo by dała, żeby znów
widzieć to miejsce z tamtym dawnym zachwytem.
*
Ludwik stał przed drzwiami sali polonistycznej i przyczepiał do korkowej
tablicy jakiś plakat.
- Czółko!
- O, hejka.
Sara zauważyła, że Ludwik obrzuca ją spojrzeniem. Niemal poczuła, jak
prześlizguje się po jej twarzy, mundurku i zatrzymuje wzrok na
odbiegających od standardu spodniach.
- Jest zlot. Będę o tym mówił. Coś słychać? - Wymownie popatrzył na jej
spodnie.
Akurat tego dnia miałaby coś do powiedzenia, bo na szesnastą była
umówiona z kimś ze starej klasy, ale Ludwik trochę ją onieśmielał i nie
potrafiła z nim tak zwyczajnie gadać.
- Niestety, pusto - powiedziała i oboje wymienili lekkie porozumiewawcze
uśmiechy.
- Witam! Zapraszam! - Koło nich stuknęły obcasy Bystrej i zaczęło się
kółko poezji współczesnej.
Była dwunasta. Do szesnastej zostało jeszcze sporo czasu, ale Sara
postanowiła nie odliczać godzin ani minut. Zresztą u Bystrej myślenie o czymś innym niż temat zajęć było trudne.
- Dziś mamy rendez-vous z poezją Jacka Kaczmarskiego. Nareszcie coś
dla mnie. - Bystra wesoło zatarła ręce. - Po co się tu spotykamy? Radek?
Bystra eleganckim ruchem zarzuciła sobie pomarańczowy szal na ramiona i usiadła na poręczy nauczycielskiego fotela.
- Żeby wyrobić sobie pogląd... - powiedział szybko Radek. - Jeśli czegoś
nie znamy, nie możemy tego oceniać ani komentować.
- Świetnie. Posłuchamy czegoś... Wyboru dokonałam skrajnie tendencyjnie.
Jest to utwór poświęcony Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu, wspaniałemu
poecie, który zginął czwartego dnia powstania warszawskiego.
Bystra rozdała kartki z tekstem utworu.
Autor: Jacek Kaczmarski
Tytuł: Barykada (Śmierć Baczyńskiego)
Tym galeonem barykady
Planetę ognia opływamy,
Nic niewidzący, niewidoczni -
Przejrzyste cienie dni.
W popiołu plusz się zapadamy,
W który zmieniły się pokłady,
Niebo się coraz wyżej złoci,
Okręt nabiera krwi.
Unoszą nas ceglane fale -
Piętnastoletnich kapitanów
W spełnienie marzeń o podróżach
W nietknięty stopą świat.
I byle prędzej, byle dalej,
Wczepieni w burty potrzaskane
Nim ciało całkiem się zanurzy
W ciszę bezdenną lat.
Map popalonych czarne ptaki
Krążą dokoła gniazd bocianich,
Z których nikt nie zawoła: - Ziemia! -
By zerwać nas ze snu.
Inne dziś nas prowadzą znaki,
My już dla świata - niewidzialni -
I jeden tylko zbudzi hejnał
Żelazne kule głów.
Tubylec się perłami poci
Tam, gdzie zielona i głęboka
Rzeka wśród palm leniwie gada,
Że nadpływamy - my:
Niosący w darze huk i pocisk,
Śmierć niezawodną w mgnieniu oka,
Z którego cała nam wypadła
Planeta - grudka krwi.
23.8.1987
- Kto chciałby zacząć?
- Ja! - wyrwała się od razu Sylwia.
Sara zobaczyła, że Ludwik w tym samym momencie podniósł rękę, ale gdy
Sylwia wstała, natychmiast ją opuścił.
Sylwia długo i trochę nudnawo tłumaczyła, co Kaczmarski miał na myśli w wybranym przez Bystrą utworze. Mówiła banalnie, wkręcając co chwila
wiadomości z języka polskiego, jakby chciała się popisać znajomością
wszystkich środków stylistycznych, jakie tylko świat wymyślił. Na siłę
szukała ich w utworze. Robiła nawiązania do kultury i sztuki, zahaczyła
o historię Polski i chrześcijaństwo. Bystra jak zawsze siedziała
spokojnie i z uwagą słuchała. Miała zwyczaj zabierać głos dopiero na
koniec, chyba że coś ją poruszyło lub nie była w stanie znieść czyjegoś
nadmiernego bredzenia.
W gronie nauczycielskim Bystra była absolutnym numerem jeden. Pozwalała
uczniom się wypowiedzieć, zawsze ciekawie prowadziła zajęcia, a poza tym
tak umiała sprzedać im wiedzę, że nigdy nie mieli wrażenia, że się uczą,
a jednak potem wszystko umieli. No i ten jej styl bycia! Zawsze była w dobrym humorze, nigdy się o nic nie czepiała, nie marudziła. Jeśli ktoś
czegoś nie zrobił, tylko wzruszała ramionami i oczywiście było mu wtedy
tak głupio, że robił to na następną lekcję. Sara lubiła ją jeszcze za
jedną rzecz... za to, że Bystra lubiła Sarę.
- Dobrze. Dziękuję, Sylwio. Powiedziałaś nam, co widzisz w tym wierszu.
Bardzo celnie wskazałaś, w których miejscach Kaczmarski nawiązuje do
twórczości Baczyńskiego. Teraz zobaczmy jak Barykada brzmi w pełnej
krasie - w autorskim wykonaniu.
Wysłuchali piosenki, a następnie utwór skomentowała Bystra.
- Nie dajcie się zwieść łatwemu intelektualnie schematowi, że skoro w wielu utworach Jacek nawiązuje do konkretnych faktów historycznych lub
do dzieł innych artystów, to znaczy, że on te fakty czy dzieła po prostu
komentuje, bo uważa je za ważne. Przecież to nie jest tak, że
odniesienia do sztuki w jego twórczości są mapą czy rankingiem
najbardziej cenionych przez niego dzieł i twórców. Owszem, w swoich
utworach poświęconych innym artystom składa hołd ich geniuszowi,
prawdzie zawartej w ich dziele, ale przecież nie dlatego poezja Jacka
jest tak niezwykle wartościowa i pobudzająca intelektualnie. Twórczość
Vermeera Kaczmarski cenił szczególnie, a jednak do dwa tysiące trzeciego
roku powstał tylko jeden utwór inspirowany obrazami mistrza z Delft.
Odniesienie się do nich, znalezienie do nich klucza było dla poety
zadaniem karkołomnym właśnie dlatego, że obrazy Vermeera uważał za
sztukę skończoną, zamkniętą. Tak samo było z Dalim, o którym Jacek
mówił, że swoim geniuszem dorównuje mistrzom holenderskim. Podobnie z literaturą czy z rozliczeniami historycznymi. Poeta odnosił się do tych
faktów, które uznawał za inspirujące, pozwalające przedstawić nową myśl,
nowe wnioski, powiedziałabym: pewną wartość dodaną... - Bystra mówiła
bardzo emocjonalnie, z emfazą. Widać było, że twórczość Kaczmarskiego
jest dla niej czymś znacznie więcej niż tylko przedmiotem zawodowych
zainteresowań. - Na temat Holokaustu rozmawiałam z Jackiem w kontekście
zamachów terrorystycznych na budynki World Trade Center w Nowym Jorku i inspirowanych tymi wydarzeniami tak zwanych liryków wrześniowych.
Zgodnie stwierdziliśmy, że postawa Amerykanów wobec tej tragedii
wzbudziła nasz podziw i szacunek. Z drugiej jednak strony te
doświadczenia nie pozostawiły w nich takiego śladu jak w nas,
Europejczykach. Łatwiej potrafią się zorganizować, żyć dalej, ale
jednocześnie nie pozwala im to na głębszą refleksję. Tę różnicę
kulturową dość jasno wyznacza tragedia Holokaustu. Dwudziesty wiek
odcisnął na ludzkości piętno, którego nie da się usunąć, nad którym nie
sposób przejść do porządku dziennego. Żaden wrażliwy człowiek nie może
żyć tak, jakby potworności dwudziestego wieku nie było. Nie wiem, czy
teraz mógłby powstać Czarodziejski flet lub... - Bystrej załamał się
głos. - Przepraszam was, kochani... Wprawdzie Napoleon powiedział, że od
patosu do śmieszności jest tylko jeden krok, ale wybaczcie... Nie jestem w stanie myśleć o tym spokojnie.
W pracowni panowała kompletna cisza. Wiedza, erudycja, zaangażowanie
oraz talent oratorski Bystrej tworzyły mieszankę tak piorunującą, że
podziwu, jaki wzbudzała w swoich uczniach, mógłby jej pozazdrościć
niejeden szanowany wykładowca wyższej uczelni.
Po krótkiej chwili nauczycielka zakończyła swoją wypowiedź:
- Ten stosunek Jacka do Holokaustu był dla mnie intuicyjnie oczywisty, a namacalnie jasny stał się, gdy poznałam utwór Dęby.
(...)
- Jesteśmy częścią kosmosu!
Częścią kosmosu - popiół we włosach
Popiół tych wszystkich, co nie przeżyli
Nieusuwalna pamięć, jak osad
Spalonej kolekcji motyli.
- Tutaj przecież powiedziane jest już wszystko.
Jeszcze raz wysłuchali Barykady. Jak zawsze to drugie słuchanie było
całkiem inne. Teraz też Sara zobaczyła w tym tekście coś, czego
wcześniej w ogóle się nie domyślała, jakby ktoś nagle oświetlił
niewidoczne przedtem fragmenty.
Wszyscy milczeli, pogrążeni w zadumie. Bystra wstała z fotela i otworzyła okno.
- Ludwiku, jakoś dziwnie się kręcisz. Zdaje się, że chciałeś coś
powiedzieć?
- Tak. Ja w sprawie czysto organizacyjnej. Jak co roku jest zlot fanów
twórczości Kaczmarskiego. - Ludwik posłał Bystrej krótkie, znaczące
spojrzenie. - Oczywiście jedziemy. Podaję termin... Miejsce: Hołubla, to w pobliżu Przemyśla. Dojazd własny, ale tym ja się zajmę. Na miejscu
program mamy taki... zresztą zobaczycie. Proszę zabrać paszporty, bo
planuje się wyjazd do Lwowa. Tu jest lista. Kto jedzie, niech się
wpisze.
Ludwik położył na ławce przed sobą zielonkawą kartkę. Sara zobaczyła, że
są na niej trzy nazwiska:
Tomasz Ludwik Sawicki
Anna Sawicka
Natasza Błażejczyk
- Co to za dziewczyny? - zapytała Sara.
- Anna Sawicka to moja siostra - odparł spokojnie Ludwik.
Sara była absolutnie pewna, że Ludwik nie ma siostry. Chyba nawet mówił,
że jest jedynakiem.
"Może jego matka ponownie wyszła za mąż? Tylko skąd nazwisko Sawicka?
Czyli to ze strony ojca..."
- A to - Ludwik wskazał trzecie nazwisko - Natasza, jej koleżanka.
- Bardzo dobrze - ucieszyła się Bystra. - Jeśli ktoś z was chce zabrać
znajomych, to świetnie. Taka impreza może czasem być pierwotnym
rusztowaniem...
Sara przestała słuchać. Przepadała za Bystrą, ale teorię o rusztowaniu,
na którym buduje się osobowość, znała dość dobrze. Dużo ciekawsze były
ta siostra Ludwika i ta Natasza. Natasza Błażejczyk... Wydawało jej się,
że już gdzieś słyszała to imię.
*
Było za pięć czwarta i Sara zaczynała się nerwowo rozglądać. Stała pod
ich starą podstawówką, na Drewnianej, a raczej na skrzyżowaniu Dobrej i Drewnianej. Dwanaście po czwartej ktoś nagle położył jej dłonie na
powiekach i sztucznie grubym głosem powiedział:
- Kto to?
- Beata? Wiśnia?
- No cześć! O rany, ale masz ciuchy! Kapiesz forsą! Znasz jakiś fajny
ciucholand, widzę. Musisz mi koniecznie dać adres. To co robimy? Idziemy
gdzieś połazić?
- Może wejdziemy do Czułego Barbarzyńcy? - zaproponowała Sara, ukradkiem
przyglądając się Beacie.
Jedyne, co przykuwało uwagę, to wielkie jak młyńskie koła kolczyki.
- Tylko że ja nie mam kasy. Mam! Zaraz, zaraz... - Beata zaczęła grzebać
po kieszeniach.
Po chwili na dłoni Beaty Sara zobaczyła dwie pięćdziesięciogroszówki,
resztki chusteczki higienicznej, zgnieciony stary cukierek, spinacz i jakieś brązowe paprochy.
- Jeśli się zrzucimy, to możemy napić się wody. - Beata się roześmiała.
- Ty widziałaś tego kolesia? Ale się na ciebie gapił! Pokaż się z tyłu...
Nie jesteś brudna? - Beata obejrzała koleżankę. - Nie, nie jesteś
brudna. A, to już wiem, dlaczego tak się gapił. Jak to jest być taką
ładną, co?
Sara spłoniła się i uśmiechnęła. Beata miała długie, falujące włosy -
zadbane, z przyciętymi końcówkami, i piękne niebieskie oczy. Była
ruchliwa i taka ciepła, urocza, że Sara szczerze odparła:
- Gdyby jakiś chłopak się na nas gapił, to raczej na ciebie niż na mnie.
- Myślisz? No, może masz rację. Zresztą chyba pamiętasz, że nigdy nie
narzekałam na brak powodzenia. Płeć brzydka lubi piękne rzeczy, czyli na
przykład mnie.
Sara zerknęła, czy Beata żartuje, ale wyglądało na to, że mówiła całkiem
serio.
- A ten gapił się na ciebie. Nie widziałaś? Szedł z dziewczyną, trzymali
się za ręce, a on gapił się na ciebie. No, nie udawaj skromnisi. Mnie
się to często zdarza. Idę sobie ulicą, naprzeciwko mnie idzie para,
objęci, dziobek w dziobek, gruchają, aż furczy. Patrzę na nich, bo tacy
ładni, a tu nagle on się do mnie uśmiecha albo gapi się jednoznacznie.
Strasznie mi wtedy żal takiej dziewczyny. Ale to miłe, niestety. Dobra,
wchodzimy, bo chce mi się do toalety.
Weszły.
Sara zobaczyła, że przy stoliku pod oknem siedzi Sylwia. Rzuciły sobie
krótkie spojrzenie, ale żadna z nich nie zareagowała jakoś zdecydowanie,
więc Beata w ogóle niczego nie zauważyła.
- No, opowiadaj... Co robisz? Gdzieś teraz mieszkasz? - zapytała Beata,
rozglądając się po estetycznym wnętrzu.
Sara się roześmiała.
- Gdzieś mieszkam. A ty?
- Ciągle w tej samej oswojonej norce. To co bierzemy? Ile masz kasy?
Wiesz, kiedyś z kumpelami kupiłam jedną herbatę na sześć osób. I musiał
nam kelner przynieść. Nic nie powiedział, ale zrobił nam dowcip.
Przyniósł w takim wielkim dzbanku i dał nam sześć szklanek, ale torebkę
tylko jedną. Fajnie było. To ile masz kasy?
- A co byś wzięła? - zapytała wymijająco Sara.
- Co ja bym wzięła? Wiesz, wzięłabym na przykład czekoladę na gorąco i do tego szarlotkę na ciepło z lodami waniliowymi, a potem świeżo
wyciskany sok z czerwonych grejpfrutów. Albo zobacz: zielona fantazja...
lody pistacjowe z płatkami migdałowymi, syropem miętowym i listkiem
bazylii. O rany, normalnie jak kiedyś będę zarabiać, to zrobię sobie
taką ucztę. To co, bierzemy herbatę?
- Chyba starczy nam na dwie - powiedziała wolno Sara i szybko dodała: -
Ja pójdę i zamówię.
Podeszła do kasy, zamówiła dwie herbaty, dwa soki grejpfrutowe i dwie
szarlotki. Od razu zapłaciła.
- Wzięłam takie dwa zestawy, bo było dużo taniej...
- Jasne. Dużo taniej niż sama herbata. Jak masz taką potrzebę, to proszę
bardzo, możesz za mnie płacić. Nie mam nic przeciwko temu. No to
opowiadaj. A wiesz, że Marzena... pamiętasz ją? Mieszkała w tym bloku
zaraz przy szkole... W zeszłym roku umarł jej ojciec, byłam nawet na
pogrzebie. Sporo osób z naszej klasy przyszło. W zasadzie nie było tylko
ciebie, Mirka Jędrzejczaka, Moniki, Dominika... Potem poszliśmy do Jędrka,
jego starzy mają dom. Było super. Tańczyliśmy do dziesiątej, jego matka
zrobiła nam tosty... Teraz już rzadko się z kimś spotykam. Chyba że z tymi, co są ze mną w szkole... Trochę głupio, że tańczyliśmy tuż po
pogrzebie, nie? No trudno. Czasem gorsze rzeczy człowiek robi. Oglądałaś
wczoraj teatr telewizji? Nie? No coś ty! Ja żadnego nie przepuszczam.
Najbardziej lubię scenę faktu. W ogóle lubię historię. Wczoraj było
Ziarno zroszone krwią, o powstaniu warszawskim. Mam nagrane, pożyczę
ci. Nie oglądasz teatrów? - Beata wytrzeszczyła oczy, jakby Sarze nagle
wyrosła trzecia ręka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki