Rezerwat niebieskich ptaków. Tom 9 - Ewa Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Sara nudziła się jak mops. Powinna była się już dawno przy­zwy­czaić do dziur w pla­nie lek­cji, a jed­nak dzi­siej­sze okienko mię­dzy fizyką a pol­skim wyjąt­kowo ją roz­le­ni­wiło.

Sie­działa w naj­więk­szej i naj­ja­śniej­szej sali w całej szkole, w wiel­kim kre­mo­wym fotelu, nogi trzy­mała na pod­nóżku hafto­wa­nym w wiel­kie, tro­chę dzi­wacz­nie powy­gi­nane nie­za­po­mi­najki, nad głową tań­czyły jej cie­nie wiel­kich liści. Biblio­teka w jej szkole pełna była naj­roz­ma­it­szych roślin, rycin, obra­zów, pucha­tych podu­szek, dzi­wacz­nych rzeźb, które niczego nie przed­sta­wiały, oraz kopii wybit­nych dzieł arty­stycz­nych - istny misz-masz.

Zakry­wa­jąc usta zwi­niętą w pięść dło­nią, Sara ziew­nęła. Kiedy otwo­rzyła oczy, zoba­czyła, że przy półce z książ­kami o malar­stwie stoi Tem­pera. Była w swoim cudacz­nym, upstrzo­nym far­bami far­tu­chu, na gło­wie miała upięty wysoki tur­ku­sowy tur­ban. Popa­trzyła na Sarę i zmarsz­czyła czoło.

Wanda Myjak-Toka­czew­ska, czyli Tem­pera, była jedyną osobą w szkole, któ­rej Sara naprawdę nie lubiła. Ponura, zło­śliwa, o wszystko się wiecz­nie cze­pia­jąca nauczy­cielka pla­styki i histo­rii sztuki. Sara w swo­jej anty­pa­tii nie była odosob­niona - za Tem­perą nikt nie prze­pa­dał. Na szczę­ście szybko wyszła z biblio­teki.

Sara znów ziew­nęła, prze­śli­zgu­jąc się wzro­kiem po zapcha­nych dzi­wacz­nymi przed­mio­tami rega­łach.

Wszystko było takie nudne, okle­pane i bez­na­dziej­nie pospo­lite. Kiedy zaczy­nała naukę przy Kociej, to wła­śnie ory­gi­nalny, odbie­ga­jący od insty­tu­cji szkoły wystrój biblio­teki zro­bił na niej naj­więk­sze wra­że­nie. Jesz­cze dziś pamięta, jak sta­nęła na progu i z nie­do­wie­rza­niem patrzyła na ludzi, któ­rzy w naj­prze­róż­niej­szych pozy­cjach zaj­mo­wali dziwne krze­sła, fotele, para­pety i grube podu­chy na pod­ło­dze. W porów­na­niu z jej starą osie­dlową pod­sta­wówką to było coś. Sara uśmiech­nęła się wtedy na myśl, jakie miny mie­liby kole­dzy z klasy, gdyby zoba­czyli tę jej nową szkołę. Chciała ich tu wtedy przy­pro­wa­dzić. "Niech mi zazdrosz­czą" - myślała. To były piękne czasy, kiedy pra­gnęła się pochwa­lić całemu światu, że naresz­cie zna­la­zła się w należ­nym jej miej­scu.

Teraz, po trzech latach cho­dze­nia do szkoły na Kociej, nic jej już tutaj nie inte­re­so­wało. Wnę­trza wyda­wały się męczące, bo ory­gi­nal­ność też może się znu­dzić. Nawet szat­nie były tu wysty­li­zo­wane - każda na inny kraj. Jej była mek­sy­kań­ska. Sara nie mogła już patrzeć na som­brera i ręcz­nie tkane brzyd­kie dywa­niki.

Ich klasa (o pro­filu pla­styczno-pisar­skim) liczyła tylko sie­dem osób. Kiedy po raz pierw­szy zoba­czyła tych ludzi, wydali jej się cudow­nie wyjąt­kowi. Dziś już tak nie myślała. Rozej­rzała się po biblio­tece - byli tu pra­wie wszy­scy.

Mate­usz sie­dział w wiel­kim bia­łym fotelu, ale rów­nie dobrze mógłby sie­dzieć na drew­nia­nej ławeczce w sali gim­na­stycz­nej, bo zgar­bił się tak bar­dzo, że nie­mal doty­kał nosem książki. Był sty­pen­dy­stą - jedną z czte­rech osób w szkole, które nie pła­ciły cze­snego, a przy­jęto je dla pod­nie­sie­nia poziomu. Mate­usz inte­re­so­wał się bota­niką. Był bar­dzo lubiany, cho­ciaż czę­sto mówił dziwne, kom­plet­nie nie­zro­zu­miałe rze­czy.

Iza i Ange­lika (nazy­wana w szkole Koronką), oparte o sie­bie ple­cami, sie­działy na zarzu­co­nym masą podu­szek para­pe­cie. Obie z nosami w zeszy­tach - chyba uczyły się słó­wek, bo cha­rak­te­ry­stycz­nie kiwały gło­wami i obie, jakby się umó­wiły, gry­zły ołówki. Sara żad­nej z nich spe­cjal­nie nie lubiła. Iza była córką wła­ści­ciela fabryki butów Burzak, Koronka zaś córką wła­ści­cielki zna­nej firmy kosme­tycz­nej Lace. Miła i grzeczna, zda­niem Sary stu­pro­cen­towo nijaka.

Sara znów zer­k­nęła na wiel­kie, wyście­lone podu­chami para­pety. Ostatni zaj­mo­wała osten­ta­cyj­nie objęta para: Laura i Łukasz. Sara uwa­żała, że teatral­nie obno­szą się z tą swoją miło­ścią, a tak naprawdę wcale do sie­bie nie pasują. Jakiś czas temu stwier­dziła, że Łukasz jest cał­kiem inte­re­su­ją­cym chło­pa­kiem, ale nie zamie­rzała wcho­dzić Lau­rze w paradę. Nikomu ani słów­kiem się nie przy­znała, że Łukasz zro­bił w jej sercu spore zamie­sza­nie. Trudno. Na pewno nie będzie o niego zabie­gać. Mogła co naj­wy­żej sobie poma­rzyć, że może kie­dyś, w następ­nym wcie­le­niu...

Teraz Sara odwró­ciła wzrok, nie mogąc znieść, jak dzio­bek w dzio­bek jedzą jedną gruszkę.

Sara czuła się samotna, sto razy bar­dziej wolała jed­nak to, niż żeby kto­kol­wiek na świe­cie się zorien­to­wał, że widzi w Łuka­szu nie tylko kolegę z klasy.

W biblio­tece z klasy Sary bra­ko­wało jedy­nie Syl­wii. Może była w kafejce Pod Minogą, w skró­cie nazy­wa­nej przez uczniów Minogą, a może Tem­pera wyty­kała jej błędy w pracy zali­cze­nio­wej albo maglo­wała ją Pijawka? A może po pro­stu sie­działa na kory­ta­rzu i słu­chała MP3? W każ­dym razie tu jej nie było.

Sara dys­kret­nie ziew­nęła. Nie chciało jej się patrzeć na tych ludzi, zresztą wszyst­kich tutaj znała i wszy­scy znali ją. Cała szkoła była jak wie­lo­krot­nie prze­czy­tana, nudna, nie­zbyt ambitna i na doda­tek cienka książka - Sara znała ją na wyrywki. Miała dość ludzi z klasy, ze szkoły, z tego mia­sta i z tej pla­nety.

Spoj­rzała na zega­rek.

"Pół godziny do pol­skiego. Chyba pójdę się napić cze­ko­lady" - posta­no­wiła. Wsa­dziła nogi w roz­sz­nu­ro­wane sze­ro­kie adi­dasy i cicho, żeby nie prze­szka­dzać uczą­cym się, wyszła na kory­tarz.

Tuż za drzwiami zoba­czyła star­szego, z trze­ciej klasy liceum, kolegę - Ludwika Sawic­kiego. W ich szkole trudno było wyróż­nić się wyglą­dem zewnętrz­nym, bo wszy­scy nosili bez­na­dziejne nie­bie­skie mary­narki, ale Ludwi­kowi zawsze się to uda­wało. Na przy­kład teraz miał na sobie długi jaskra­wo­żółty sza­lik. No i oczy­wi­ście fry­zura Ludwika była nawet jak na taką ory­gi­nalną szkołę dość nie­zwy­kła: na jed­nej czę­ści czaszki włosy czarne, pół­dłu­gie, na dru­giej - krótko obcięte z nie­znacz­nymi blond pasem­kami. Ludwik zapewne się sobie podo­bał, skoro z zado­wo­le­niem para­do­wał z czymś tak cudacz­nym na gło­wie. Według Sary wyglą­dał, jakby fry­zjer wyrzu­cił go z fotela w poło­wie zabiegu.

- ...czy to dla cie­bie nie ma zna­cze­nia? Nie mów mi ni­gdy wię­cej o żad­nym wybo­rze. Czy nie rozu­miesz, że jesteś jedy­nym lub, jeśli wolisz, wszyst­kim, co mnie trzyma przy życiu? Nie chcę nawet o nim sły­szeć. Rób, co chcesz. Przy­jeż­dżam dziś i koniec... Jak chcesz, ale jak się zabiję, to będę cię stra­szyć po nocach... Dla­czego uwa­żasz, że sobie pora­dzę?

Sara bez skrę­po­wa­nia sta­nęła koło Ludwika i unio­sła brwi. Niech widzi, że ona wszystko sły­szy i nic z tego nie rozu­mie.

- Nie chcę tego słu­chać! Przy­jadę do cie­bie zaraz po szkole. - Ludwik rozej­rzał się po kory­ta­rzu. - Cześć, Sarka. Za sekundę roz­ła­duje mi się komórka. Zobacz, może czy­jaś już się nała­do­wała - powie­dział.

Uści­snęli się z Sarą ser­decz­nie i cmok­nęli prze­pi­sowe trzy razy.

Sara ani myślała latać po kory­ta­rzu i spraw­dzać, czyja komórka już się nała­do­wała. O wiele cie­kaw­sze było się dowie­dzieć, z kim i o czym roz­ma­wiał Ludwik.

Wszystko, co wią­zało się z Ludwi­kiem, było samo w sobie cie­kawe, bo nie nale­żał on do osób tuzin­ko­wych. Żeby jed­nak być szcze­rym - Sara naj­bar­dziej lubiła go za to, że on lubił ją i mani­fe­sto­wał to na każ­dym kroku, a kon­kret­nie na prze­rwach, bo po szkole jakoś ni­gdy się nie spo­ty­kali. Zawsze do niej zaga­dy­wał, cho­ciaż - jak na przy­kład teraz - miał obok kole­żanki ze swo­jej klasy. Był sporo star­szy, a zacho­wy­wał się tak, jakby byli od zawsze kum­plami. Cza­sem też rzu­cił Sarze tak ser­deczny i ory­gi­nalny kom­ple­ment, że po pro­stu nie mogła go nie lubić. Poza tym klasa Sary była roz­pacz­li­wie mała i cudow­nie było mieć jakichś zna­jo­mych poza nią.

- Co się dzieje? - zapy­tała, uda­jąc umiar­ko­wane zain­te­re­so­wa­nie.

- Nic. Patrz, ta już nała­do­wana.

Ludwik wyjął z ple­caka zeszyt, wyrwał kartkę i napi­sał:

Twoja bate­ria już się nała­do­wała. Kładę komórkę na pod­ło­dze, bo drew­niana. Dzięki za udo­stęp­nie­nie. Ludwiś

Cudzą komórkę poło­żył na kartce, a swoją pod­łą­czył do łado­warki.

Na kory­ta­rzu była masa gniaz­dek. W kilku łado­wały się tele­fony, obok kilku innych leżały już nała­do­wane komórki i zawsze koło nich kartki. Taki pano­wał tu zwy­czaj. Komórki łado­wało się w szkole. Ni­gdy żadna nie zgi­nęła, nie została zdep­tana, zgu­biona. To też Sarę dener­wo­wało - że w ich szkole nawet głu­piej komórki nikt sobie nie przy­własz­czy.

- Dziś lasa­gna szpi­na­kowa albo paella z frutti di mare. Zjemy coś?

- Ja nie. Cho­ciaż wiesz, cze­ko­lady tobym się napiła.

- To chodź. Mamy jesz­cze masę czasu - powie­dział Ludwik, jakby do następ­nej lek­cji było co naj­mniej kilka godzin.

Pocze­kali, aż gęsta lśniąca cze­ko­lada z auto­matu napełni ręcz­nie malo­wane fili­żanki, i w mil­cze­niu usie­dli przy sto­liku pod oknem.

- Z kim gada­łeś? - zapy­tała Sara, nie patrząc na Ludwika.

- Z moją babą - odparł wesoło Ludwik.

- Jakieś kło­poty?

- Żad­nych.

Ludwik wziął łyżeczkę i zaczął pukać w skórkę, która powstała na powierzchni cze­ko­lady. Sara spoj­rzała na niego uważ­nie.

Tomasz Ludwik Sawicki nawet z tym czymś zamiast wło­sów był zde­cy­do­wa­nie inte­re­su­ją­cym chło­pa­kiem. Gdyby Ludwik zoba­czył w niej dziew­czynę, czu­łaby się prze­szczę­śliwa. Tak, to był chło­pak w sam raz dla niej. Inte­li­gentny, miły, przy­stojny, zwa­rio­wany. Sara z przy­jem­no­ścią oznaj­mi­łaby wszyst­kim, że cho­dzi z Ludwi­kiem. Może nawet wygryź­liby Łukaszka z jego Laurą i nie­po­dziel­nie zawład­nę­liby ich sta­łym miej­scem w Mino­dze - para­pe­tem w oknie wyku­szo­wym. Tak by było, gdyby tylko Ludwik myślał podob­nie jak ona. Nie­stety, naj­wy­raź­niej w ogóle nie podzie­lał jej marzeń. Zawsze był wobec niej miły, ser­deczny, nawet wylewny, ale to wszystko nie wykra­czało poza przy­jaźń. Ni­gdy nie zbli­żyli się do gra­nicy, gdzie przy­jaźń się koń­czy, a zaczyna coś o wiele bar­dzie eks­cy­tu­ją­cego. Sara nie miała złu­dzeń - jego myśli i serce były gdzieś bar­dzo daleko, przy jakiejś innej dziew­czy­nie... przy jego babie, jak się wyra­ził.

- Co masz teraz? - zapy­tała, żeby tylko coś powie­dzieć.

- Przed­mioty nie­ści­słe - odparł Ludwik.

Sara kiw­nęła głową. Sama też była fanką przed­mio­tów nie­ści­słych, może z wyjąt­kiem sztuki, ale to nie z powodu przed­miotu, tylko nauczy­cielki.

- Jakie masz zada­nie tygo­dniowe? - zre­wan­żo­wał się rów­nie mało pomy­słowo Ludwik.

- Liść, który wczo­raj nie ist­niał - odparła Sara, czu­jąc, że Ludwik zmu­sza się do tej roz­mowy, myślami będąc kilka lat świetl­nych stąd.

- I co robisz? Piszesz, rysu­jesz? Foto­gra­fia? Słu­cho­wi­sko?

- Rzeźba w drew­nie albo ręcz­nie malo­wana bombka. - Sara się roze­śmiała.

- Dobre, bar­dzo dobre - powie­dział Ludwik bez zain­te­re­so­wa­nia, zanu­rza­jąc łyżeczkę w cze­ko­la­dzie.

- Idę. Mam moduł polaka. - Sara wło­żyła swoją fili­żankę do zmy­warki.

Wycho­dząc, zoba­czyła, że tym­cza­sem w Mino­dze zja­wił się też Mate­usz. Zanim zdą­żyła otwo­rzyć usta, szep­nął:

- Zagadka. O czym Sara roz­ma­wia z tym cuda­kiem? O ini­cja­cji aktyw­no­ści repli­ka­cyj­nej w korze­niu zarod­ko­wym? By­naj­mniej. Więc o czym? Mil­czą dzieje.

Zanim Sara zdą­żyła opa­no­wać mru­ga­nie powie­kami, Mate­usz wło­żył sztućce do zmy­warki i nie oglą­da­jąc się, wyszedł.

- Dzi­wak.

Spoj­rzała na zega­rek. Cztery minuty do polaka. Strasz­nie długo. Na polaku zawsze lepiej niż na prze­rwie. Przy­naj­mniej coś się dzieje i czas się tak kosz­mar­nie nie dłuży. Poza tym każde spo­tka­nie z Bystrą to było coś, dla czego warto było tkwić w tym tłu­mie wci­śnię­tych w nie­bie­skie gar­ni­turki dzi­wa­ków.

Idąc do pra­cowni polo­ni­stycz­nej, rzu­ciła okiem na słup ogło­sze­niowy na środku kory­ta­rza.

Sprze­dam się - Świ­nia.

Znała już ten dow­cip i wcale jej nie roz­śmie­szył.

*

Brah­ma­pu­tra od razu ją poznał. Swoim dziw­nym, kole­bią­cym się kro­kiem pod­biegł do siatki, wsko­czył na jeden z wielu pień­ków, które ojciec usta­wił tu dla niego i jego stada, i zaczął rado­śnie piać.

Otwo­rzyła skrzynkę z karmą. Zauwa­żyła, że ojciec nasy­pał jakiejś nowej mie­szanki, więc nabrała sporą garść i syp­nęła do kurzego kojca. Otrze­pała ręce i zapi­sała na wiszą­cym nad pojem­ni­kiem z karmą sko­ro­szy­cie, ile i o któ­rej godzi­nie dała kurom. W kaje­cie były wpisy tylko trzech osób: naj­wię­cej ojca, troszkę mniej Maszy i zale­d­wie kilka jej samej. Wpi­sów mamy i Janu­arego nie było w ogóle.

Brah­ma­pu­tra zesko­czył z pieńka, ale nie rzu­cił się na jedze­nie jak jakiś pro­stacki kogut. Dostoj­nie prze­cha­dzał się mię­dzy swo­imi sami­cami. Co jakiś czas mocno grzeb­nął nogą i wtedy samice dzio­bały w tym miej­scu.

To było hobby ojca.

Sara przez chwilę patrzyła.

Koguta brah­ma­pu­trę lubiła chyba naj­mniej. Był naj­więk­szy z hodo­wa­nych przez ojca kur. W sło­neczny dzień wyglą­dał jak zro­biony z mie­dzi. Cały jego kor­pus pokry­wały pióra tak inten­syw­nie poma­rań­czowe jak nagietki. Ogon miał wielki, czarny, prze­ty­kany róż­nymi kolo­rami. Korale i grze­bień były ide­al­nie dosko­nałe. Samice brah­ma­pu­try pre­zen­to­wały się też nie naj­go­rzej, bo ojciec Sary wkła­dał serce w ich hodowlę.

Minęła kojec z kocha­nem nie­bie­skim. Nie lubiła go, bo był agre­sywny. Sie­dział w kojcu sam, bo ata­ko­wał nawet samice swo­jego gatunku. Według Sary ojciec powi­nien się go pozbyć, ale kupił go za bajoń­ską sumę i nawet sły­szeć o tym nie chciał. Kochan od razu zauwa­żył Sarę. Łyp­nął na nią czar­nym okiem, roz­pę­dził się i z impe­tem wpadł na siatkę. Sara postu­kała się w głowę.

Nie lubiła kur. Uwa­żała, że to głu­pie i brudne stwo­rze­nia. No, może poza kurami jedwa­bi­stymi. Ojciec miał ich osiem i te Sara nawet troszkę lubiła. Ow­szem, były głu­pie, bo za każ­dym razem gdy ktoś do nich wcho­dził, w panice ucie­kały, jakby pierw­szy raz widziały czło­wieka. Kiedy się jed­nak jakimś cudem je zła­pało, były tak miłe w dotyku, że ojcu zda­rzało się przez cały film sie­dzieć przed tele­wi­zo­rem z kurą jedwa­bi­stą na kola­nach i ją gła­skać. Oczy­wi­ście kura nie była takim spo­so­bem spę­dza­nia wol­nego czasu zachwy­cona, a jesz­cze mniej zachwy­cało to mamę.

Od czasu do czasu Sara zmu­szała się, żeby nakar­mić kury, zaj­rzeć do nich lub poroz­ma­wiać o nich z ojcem. Rzecz jasna, robiła to wyłącz­nie dla ojca i wybie­rała takie momenty, żeby jej nie widziała mama, która nie zno­siła kur.

Sara zoba­czyła, że w pomiesz­cze­niu wete­ry­na­ryj­nym pali się świa­tło - ojciec był z kurami.

- Cześć, kocha­nie. No, zobacz... Dwie suma­try mi padły. Chyba źle usta­wiam wil­got­ność w kluj­niku.

- Nie martw się. - Sara wło­żyła biały kitel. - A co im było?

- Zmarły pod­czas wyklu­wa­nia.

- Przy­kro mi - powie­działa Sara. Już się przy­zwy­cza­iła. Teraz nie chciało jej się po raz kolejny pocie­szać ojca, więc szybko zmie­niła temat. - Wiesz, co było dziś na pol­skim? Bystra kazała nam napi­sać na dwie strony o naj­bar­dziej obrzy­dli­wej rze­czy, jaka nam się w życiu przy­da­rzyła albo jaką na wła­sne oczy widzie­li­śmy.

- Co ty powiesz? - mruk­nął ojciec, mani­pu­lu­jąc przy wiel­kim sicie do prze­sie­wa­nia karmy dla piskląt.

- Inte­li­gentny temat, prawda? Naj­pierw wszy­scy się śmiali, a potem zro­biło się w kla­sie nad­zwy­czaj cicho. To było okropne - tak opi­sy­wać obrzy­dli­wo­ści. I jak już wszy­scy skoń­czyli, to wiesz, co Bystra zro­biła?

- Hm?

- Zebrała prace i wszyst­kie wło­żyła do nisz­czarki, a potem napi­sała na tablicy: "Kul­tu­ralny czło­wiek może opi­sać obrzy­dli­wo­ści, ale ni­gdy ich nie czyta". Dobre, co? I oczy­wi­ście zabro­niła nam komu­kol­wiek mówić, co opi­sa­li­śmy, bo to brak taktu.

- Tak? A o czym napi­sa­łaś?

- Tato, znów mnie nie słu­cha­łeś...

- Kocha­nie, bo zobacz: czy ta sebrytka nie ma cza­sem począt­ków świerz­bowca na nogach?

Świerz­bowce na nogach kur powo­do­wały szare kala­fio­ro­wate roz­ro­sty, w sam raz do opisu, który pole­ciła im dziś Bystra. Za nic w świe­cie Sara nie obej­rza­łaby cze­goś takiego z bli­ska. Tę przy­jem­ność zosta­wiała ojcu. Objęła go, poca­ło­wała w poli­czek, zdjęła kitel i ochra­nia­cze na buty, umyła ręce i wyszła z kom­pleksu kur­ni­ków, który ojciec szum­nie nazy­wał bażan­ciar­nią.

*

Przed domem zoba­czyła sta­rego, roz­kle­ko­ta­nego malu­cha. Miał szary dach, bor­dową maskę, drzwiczki z jed­nej strony białe, a z dru­giej zie­lone. Jej brat jest w domu.

Zadzwo­niła do drzwi. Pocze­kała, aż Masza jej otwo­rzy. Obda­ro­wała ją sze­ro­kim, ser­decz­nym uśmie­chem, poszła do łazienki, jesz­cze raz umyła ręce, prze­cze­sała się, pocią­gnęła usta błysz­czy­kiem i weszła do salonu.

- Wycho­dzisz gdzieś? - zagad­nęła brata.

- Uhm - odparł Janu­ary.

- Grasz mecz? - zapy­tała, cho­ciaż nie miała poję­cia, czy jej brat w ogóle zaj­muje się jakim­kol­wiek spor­tem.

- Nie - wark­nął Janu­ary.

- Obej­rzymy coś wie­czo­rem?

- Nie­na­wi­dzę tele­wi­zyj­nej zgni­li­zny.

- A dziś nie masz fran­cu­skiego?

- Nie. Ty masz. Cześć!

- Cześć!

Sara popa­trzyła na brata: wypło­wiała bluza, roz­dep­tane buty, strzę­piące się spodnie. Wes­tchnęła.

*

Mama sie­działa w swoim gabi­ne­cie przy wiel­kim biurku z drewna orze­cho­wego i czy­tała. Gdy tylko Sara weszła, mama zamknęła książkę. Woda dla słoni - prze­czy­tała Sara.

- Kocha­nie moje... - Mama wycią­gnęła do Sary ramiona. - Masza zro­biła eska­lopki.

- Nie jestem głodna. Wypi­łam chyba za dużo cze­ko­lady.

- Cze­ko­lady? Widocz­nie bra­ko­wało ci żelaza. A może to było obni­że­nie nastroju? Masz jakieś pro­blemy?

- Nie. - Sara się skrzy­wiła i ciężko osu­nęła się na ogromny, obity gru­bym plu­szem w wiel­kie kwiaty fotel. - Nic mi nie jest. Tylko tak... czuję, że to wszystko jest bez sensu...

- Kocha­nie, od kiedy masz takie myśli?

- Nie wiem od kiedy. Nie­ważne zresztą... - zre­flek­to­wała się Sara.

Już kilka razy popeł­niła ten błąd. Zwie­rzyła się mamie z jakichś chwi­lo­wych pro­ble­mów i zawsze koń­czyło się tym samym.

- To zna­czy, że trwa już od jakie­goś czasu? Zgła­sza­łaś to w szkole?

- Nie... nic mi nie jest...

- Co naj­bar­dziej ci w szkole prze­szka­dza?

- Wszy­scy są tacy nie­bie­scy. - Sara się zaśmiała, a widząc minę mamy, szybko dodała: - Dziś w szkole Iza opo­wia­dała fajną histo­ryjkę. U jej młod­szej sio­stry wpro­wa­dzono mun­durki jaskra­wo­zie­lone. Tego dnia dzie­ciaki, w tym jej sio­stra, przez cały dzień bie­gały od nauczy­ciela do nauczy­ciela, mówiąc: "Pro­szę pani, ten w zie­lo­nym mnie ude­rzył". Śmieszne, prawda?

- Nudzisz się. Uni­kasz roz­mowy na poważny temat. Ucie­kasz w jakieś cudze aneg­dotki. To wszystko nie wygląda dobrze. Zaraz coś z tym zro­bimy - powie­działa mama, sia­da­jąc przy sto­liku kom­pu­te­ro­wym pod oknem. Otwo­rzyła swój biały lap­top i przez chwilę stu­kała w kla­wi­sze. - I po kło­po­cie! - Pode­szła do córki i wzięła ją w ramiona. - Umó­wi­łam cię do pani Nowak.

Radość w oczach mamy była tak wielka, że Sara skrzy­wiła się tylko, myśląc o tym, za jakie grze­chy znów ma być maglo­wana przez Pijawkę.

"Trudno. Sama sobie jestem winna, ale to już ostatni raz. Czło­wiek uczy się na błę­dach, prawda?"

Rozdział pierwszy

Był wie­czór, godzina za dwa­na­ście ósma. Mama poszła na swój zwy­kły spa­cer, ojciec w salo­niku prze­glą­dał jakąś książkę i coś sobie noto­wał. Janu­ary jesz­cze nie wró­cił. Masza skoń­czyła pracę i była w swo­jej czę­ści domu. Za oknem Gabriel - ich ogrod­nik, mecha­nik, hydrau­lik, war­tow­nik i cza­sem kel­ner w jed­nej oso­bie - krzą­tał się przy samo­cho­dzie mamy, a Sara sie­działa po turecku na swym wiel­kim łóżku i trzy­mała w ręku zdję­cie swo­jej sta­rej klasy z pod­sta­wówki.

Kolejno kła­dła palec na każ­dej twa­rzy, wyma­wiała imię i nazwi­sko danej osoby, po czym przy­po­mi­nała sobie, gdzie ta osoba miesz­kała, czym się inte­re­so­wała, z czego była dobra, a z czego słaba i wszystko, co tylko o niej pamię­tała.

To były czasy! Stare, ponure gma­szy­sko przy Drew­nia­nej numer osiem. Szkoła imie­nia Sta­ni­sława Sta­szica. Solidny patron, zanie­dbane boisko, ciemne jak jaski­nie szat­nie, obskurna sto­łówka z cera­to­wymi obru­sami, opry­skliwa, cią­gle wrzesz­cząca woźna...

Sara się roz­rzew­niła. Przy­po­mniała sobie, jak raz zeszła do szatni i oka­zało się, że ma pociętą nożem kurtkę. Naj­pierw skrzy­czała ją woźna, że na pewno sama to sobie zro­biła, żeby wyłu­dzić odszko­do­wa­nie, a potem zde­ner­wo­wana wycho­waw­czyni. Wresz­cie Michał Wolny, jeden z bliź­nia­ków w jej kla­sie, przy­znał się, że to on pociął jej kurtkę, i jego mama przy­szła Sarę prze­pra­szać...

Odkąd uczyła się przy Kociej, ani razu z nikim nie poga­dała sobie tak od serca, że ktoś ma wielki tyłek, brzydką cerę, jest głupi, nie myje się albo ma zeza. Chęt­nie poszłaby do szkoły, w któ­rej nauczy­ciele cza­sem cho­rują, ktoś naroz­ra­bia, coś idzie nie­zgod­nie z wywie­szo­nym na kory­ta­rzu pla­nem, lek­cje prze­cie­kają przez palce, a bycie faj­nym ozna­cza, że za bar­dzo nie przy­kła­dasz się do nauki. Cudowne czasy...

"Ni­gdy nie wrócą" - pomy­ślała z żalem Sara.

Na spo­tka­niu z ich szkolną tera­peutką, Pijawką, roz­ma­wiały o tym, że Sara nie może patrzeć na ludzi ze swo­jej szkoły, że wszy­scy są tacy ohyd­nie grzeczni, mili i mdli. Sara tro­chę się wzru­szyła, wspo­mi­na­jąc czasy nauki w publicz­nej pod­sta­wówce. Wtedy ojciec jesz­cze nie dostał w spadku góry pie­nię­dzy i miesz­kali w kocha­nym czter­dzie­sto­me­tro­wym miesz­ka­niu z ciemną kuch­nią, w któ­rej, jak mówiła mama, wszystko samo się goto­wało.

Pod­czas seansu z Pijawką usta­liły, że Sara nie ma co liczyć na prze­łomy czy zmiany i jedyne, co może zro­bić, to poszu­kać kon­taktu z kimś spoza szkoły. Nie­stety, Sara nie­fra­so­bli­wie wszyst­kie dawne kon­takty zerwała. Zro­biła to tro­chę z pre­me­dy­ta­cją. Tuż po skoń­cze­niu szkoły miała ser­decz­nie dość swo­ich kole­gów i kole­ża­nek, poza tym przez ten spa­dek nagle stała się kimś z innej bajki. Rodzice kupili posia­dłość, a potem drugą po sąsiedzku. Prze­pro­wa­dzili się i Sara prze­stała paso­wać do Powi­śla i sta­rych kum­pli. Teraz, wpa­tru­jąc się w zdję­cia, poczuła, że tęskni za tymi ludźmi, że sama tego nie rozu­mie, ale lubi ich wszyst­kich, że byli tacy... praw­dziwi. Żadne tam nie­bie­skie ptaki, które nie biorą życia poważ­nie, jak ci na Kociej, tylko ludzie z krwi i kości - cza­sem wredni, cza­sem kochani, no i przy­naj­mniej było ich tak wielu, że mogła wybie­rać.

Szu­kała w myślach spo­sobu, jak by tu z kimś z tego grona się skon­tak­to­wać.

Z tego grona... Grono!

Czym prę­dzej chwy­ciła lap­topa. Odszu­kała forum o swo­jej sta­rej pod­sta­wówce. Szybko napi­sała wia­do­mość i zosta­wiła swój numer GG.

"Cie­kawe, kto się do mnie ode­zwie... Może nikt. Może nie chcą mnie znać. I mają rację..."

Nie zdą­żyła naprawdę zacząć się mar­twić, bo na moni­to­rze wyświe­tliła się infor­ma­cja:

Nie­zna­jomy prze­syła wia­do­mość.

"Cześć, Sara! Tu Wiśnia. Kopa lat z prze­wagą kopy za nami! Myśla­łam już, że nie żyjesz lub porwało Cię UFO".

"Cześć. Cza­sem żałuję, że UFO mnie nie porwało. Żyję".

"Co robisz na naszym sta­rym, dobrym forum? Zatę­sk­ni­łaś za Weszpiń­ską?"

"To też. Nie była taka zła".

"Gdzie teraz miesz­kasz?"

"Na Moko­to­wie, przy Wik­tor­skiej".

"Może spo­tkanko gdzieś kie­dyś o któ­rejś godzi­nie..."

"Mam sporo czasu. Co pro­po­nu­jesz?"

"Co tylko chcesz. Jestem otwarta jak puszka coli. Faj­nie, że żyjesz. Zapisz sobie numer do mnie: Beata Wiśniew­ska, 0-501-..."

Beata Wiśniew­ska... Beata Wiśniew­ska...

Sara wzięła do ręki kla­sowe zdję­cie i odszu­kała Beatę Wiśniew­ską, drobną, myszo­watą dziew­czynę, cichą i nie­po­zorną, zawsze trzy­ma­jącą się na ubo­czu. Ni­gdy się nie przy­jaź­niły, wła­ści­wie nawet led­wie się znały. Beata chyba lubiła ryso­wać... czy może raczej tań­czyć... W każ­dym razie jedna z tych dwóch rze­czy, tego Sara była pewna.

Wło­żyła zdję­cie do ska­nera, obro­biła, powięk­szyła twarz Beaty, wydru­ko­wała i przy­pięła do wyło­żo­nej kor­kiem ściany.

"Strasz­nie nijaka ta Beatka - pomy­ślała Sara. - Trudno. Na począ­tek dobre i to".

Zamknęła klapę lap­topa i zabrała się do powta­rza­nia lek­cji na jutro, a potem wzięła się do robie­nia nie­szczę­snego liścia, który wczo­raj nie ist­niał.

*

Sara obu­dziła się, zanim zadzwo­nił budzik. W pokoju było ciemno, ale nie chciało jej się spraw­dzać, która godzina. Tak czy owak, posta­no­wiła jesz­cze kilka minut pole­niu­cho­wać. Może tym­cza­sem zadzwoni budzik? Nacią­gnęła koł­drę pod brodę i z lubo­ścią zamknęła oczy. Sen uciekł już na dobre i pozo­sta­wało jej tylko marze­nie na jawie... może nawet lep­sze niż sen?

Czuła, że przed nią ważny dzień. Naresz­cie wyrwie się ze sta­rych kolein, zbo­czy z drogi, ode­tchnie świe­żym, innym powie­trzem. Od dawna nie miała kon­taktu z nikim ze sta­rej szkoły, a teraz wią­zała z tym ogromne nadzieje. Nadzieje na co? Sama nie bar­dzo wie­działa, ale czuła się taka poru­szona, taka cudow­nie pod­eks­cy­to­wana.

"To będzie coś! Takie spo­tka­nie po paru latach. Cie­kawe, czy my się w ogóle poznamy?" - pomy­ślała i zapo­mi­na­jąc o tym, że prze­cież miała teraz marzyć, wyobra­żać sobie dokład­nie prze­bieg spo­tka­nia, wysko­czyła z łóżka jak z procy.

Zapa­liła sto­jącą lampę ze smu­kłym żół­ta­wym aba­żu­rem i odru­chowo poście­liła łóżko. Mama była na to wyczu­lona. Choć od kilku lat pra­co­wała u nich Masza, a dwa razy w tygo­dniu przy­cho­dziła pani do cięż­kich prac (jak mówiła mama), to mama i tak pil­no­wała, żeby dzieci same dbały o porzą­dek w swo­ich poko­jach. Jeśli ona lub Janu­ary zapo­mnieli poście­lić łóżko, zosta­wili rzu­cone byle jak ubra­nia, a już, nie daj Boże, ogryzki - mama wyra­żała swoje nie­za­do­wo­le­nie i długo roz­wo­dziła się nad tym, co ozna­cza mądre korzy­sta­nie z pie­nię­dzy. Sara dwa, naj­wy­żej trzy razy miała z mamą roz­mowę na ten temat i teraz wolała nie mieć kolej­nej.

Pierw­szy pokój Sary był duży, miał trzy wiel­kie okna, a na nich roman­tycz­nie upięte kre­mowe muśliny. Na pod­ło­dze puszyły się dwa dywany tak grube, że Sara jesz­cze dziś, cho­dząc po nich boso, myślała, że w czymś bro­dzi. Z tego pokoju było przej­ście do spo­rej błę­kitno-bia­łej łazienki, też z wiel­kim oknem, oraz do pokoju, w któ­rym Sara się uczyła. Bez względu na ota­cza­jący ją luk­sus, tego dnia, osiem­na­stego paź­dzier­nika, było tutaj tak samo smęt­nie i ponuro jak we wszyst­kich poko­jach nasto­la­tek w Pol­sce.

Sara wzięła prysz­nic, zawią­zała tur­ban na mokrych wło­sach i opa­tu­liła się pucha­tym bia­łym szla­fro­kiem w duże śpiące koty, któ­rego od jakie­goś czasu nie lubiła, bo wyda­wał jej się zbyt dzie­cinny, ale bez słowa na­dal go uży­wała, nie chcąc nara­żać się na uwagi mamy, że zaczyna z niej wyła­zić roz­ka­pry­szona pan­nica.

Zeszła na dół.

*

- ...ale pro­si­łem cię czy nie? - Usły­szała głos Janu­arego i jej dobry humor ulot­nił się w jed­nej chwili.

- Synku... - ode­zwała się mama tym dobrze zna­nym gło­sem mamy bez­rad­nej, peł­nej poczu­cia winy, ale mamy, która ni­gdy się do błędu nie przy­zna.

Sara jęk­nęła w duchu. Janu­ary był od niej star­szy, stu­dio­wał na dru­gim roku tech­no­lo­gii żywie­nia. Kom­plet­nie nie inte­re­so­wał się tymi stu­diami i ni­gdy nie opo­wia­dał o swo­jej uczelni. Sara uwa­żała go za nadę­tego, opry­skli­wego aro­ganta, któ­remu każdy, kto ma tro­chę rozumu, powi­nien scho­dzić z drogi. Rodzice, a zwłasz­cza mama, jesz­cze tej prawdy nie odkryli, więc Janu­ary wciąż miał o coś do nich pre­ten­sje.

- Mamo, umó­wi­li­śmy się, prawda? Jak mogłaś mi to zro­bić? Znów jest to samo.

Janu­ary krą­żył z kub­kiem kawy zbo­żo­wej w dłoni.

Sara weszła do kuchni, uśmiech­nęła się na powi­ta­nie do Maszy i poca­ło­wała mamę w poli­czek. W zasa­dzie mogłaby zapy­tać, co się stało. Była jed­nak na tyle duża, że rozu­miała pro­stą życiową zasadę: kłót­nia jest zawsze o nic. O nic więc nie zapy­tała, tylko z zasta­wio­nego stołu nało­żyła sobie do miseczki obrane na cząstki kawałki kiwi, banana, liczi, nek­ta­rynki i posy­pała wiór­kami gorz­kiej cze­ko­lady.

- Sareczko, no powiedz coś swo­jemu bratu.

Sara odwró­ciła się w stronę Janu­arego. Jak zawsze gdy szedł na uczel­nię, miał na sobie ohydną bluzę, tak spraną, że nie było już widać jej pier­wot­nego koloru. Obszar­pane spodnie były za dłu­gie i fał­do­wały się w oko­li­cach kostek.

"Myśli, że wygląda bied­nie. Nie­stety, zdra­dzają go buty".

Sara wie­działa, że z jakie­goś powodu brat chce uda­wać bie­daka, lecz ni­gdy mu nie mówiła, że robi to źle, bo jego kon­cep­cja jest nie­do­pra­co­wana.

- Coś! - powie­działa poważ­nie.

Janu­ary uśmiech­nął się pod nosem, ale natych­miast znów spo­chmur­niał i zwró­cił się do mamy:

- Po pro­stu prze­pro­wa­dzę się do dziadka, zoba­czysz!

- Kocha­nie... - zaczęła mama mięk­kim jak budyń gło­sem. - Powiedz mi, co jest złego w tym, że możemy komuś pomóc?

- Poma­gaj komuś, kto mnie nie zna. Jak ja teraz się ludziom na oczy pokażę i co im powiem? Że moja matka fun­duje sty­pen­dia?! Jeśli lubisz się bawić w spon­sora...

- Ale powiedz mi, co w tym jest złego?

- Mamo, bła­gam, nie dener­wuj mnie. Wiesz dobrze, że nie chcę korzy­stać z tych pie­nię­dzy i robię to tylko dla­tego, że nie mam na razie innego wyj­ścia, ale dla­czego wplą­tu­jesz w tę całą podej­rzaną sprawę bied­nych, niczego nie­świa­do­mych ludzi?

- Synku...

- Cześć wszyst­kim. Dzień dobry, Maszko! Pięk­nie pani dziś wygląda. Dobrze się spało? Ode­bra­łem jakąś roślin­ność od gońca - powie­dział ojciec, rzu­ca­jąc na mar­mu­rowy sto­lik pod oknem paczkę, z któ­rej wysta­wały łebki różowo-bor­do­wych lilii. Rozej­rzał się po kuchni i wesoło zawo­łał: - Ni­gdy nie zgad­nie­cie, co się stało!

- Wyli­cy­to­wa­łeś tę ban­kiwę i lecisz do Japo­nii ją ode­brać - rzu­cił ponuro Janu­ary.

- Skąd wiesz? - Twarz ojca zga­sła w jed­nej chwili.

- Eks­cy­tu­jesz się tym od tygo­dnia. Nic nowego. Gra­tu­luję. Kolejne wyrzu­cone w błoto pie­nią­dze - powie­dział kwa­śno Janu­ary.

- Może poje­dzie­cie ze mną? Będzie faj­nie.

- Tato, ty nie byłeś w Tatrach, nie wiesz, co widać ze Szpi­gla­so­wej, a jedziesz do Japo­nii. Świat zwa­rio­wał - oznaj­mił Janu­ary tonem roz­cza­ro­wa­nego życiem starca. - Dzię­kuję, Maszko. Pyszne było. Dziś nocuję u dziadka. A z tobą, mamo, jesz­cze poroz­ma­wiamy.

- No widzisz, jaki on jest? - zwró­ciła się mama do ojca, gdy tylko Janu­ary wyszedł z kuchni. - Wyraź­nie ma pro­blemy ze sobą. Ja uwa­żam, że on mnie odrzuca.

- Kocha­nie, daj spo­kój. Chodź­cie, moje panie, pokażę wam zdję­cie tej ban­kiwy. W Pol­sce jest tylko kilka sztuk...

- Ja muszę się szy­ko­wać - powie­działa szybko Sara.

Wstała od stołu, zebrała po sobie brudne naczy­nia i sztućce, porząd­nie uło­żyła w zmy­warce i szybko wbie­gła na górę.

Miała już wysu­szone włosy i zasta­na­wiała się, co dzi­siaj wło­żyć. W końcu wybrała naj­zwy­czaj­niej­sze ciu­chy na świe­cie. Gdy była już gotowa, sta­nęła przed lustrem.

"Dobrze. - Spoj­rzała na sie­bie zado­wo­lona. - Wyglą­dam zwy­czaj­nie, może nawet bied­nie. Janu­aremu by się spodo­bało. - Pogła­skała prze­tar­cie na szwie dżin­sów. - Żeby już była ta czwarta...".

Popa­trzyła na plan lek­cji, wrzu­ciła zeszyty i piór­nik do torby i zeszła na dół.

Rodzice na­dal byli w kuchni. Sły­chać było zwy­czajną poranną krzą­ta­ninę, stu­ka­nie sztuć­ców, nale­waną do wazo­nów wodę, a mię­dzy tymi odgło­sami Sara usły­szała głos ojca:

- Zobacz, Maszko, jaka cudowna rzecz. Zabawka dla doro­słych. Urzą­dze­nie, które imi­tuje lata­nie samo­lo­tem. Możesz się bawić, że jesteś pilo­tem. Nie­sa­mo­wite. I nawet rze­czy­wi­stą pogodę ci podaje. Chciał­bym coś takiego na uro­dziny - zakoń­czył ojciec, wpa­tru­jąc się w ekra­nik lap­topa.

Nikt mu nie odpo­wie­dział.

Sara unio­sła brwi ze zdzi­wie­nia. Rodzice, kiedy byli sami, naj­czę­ściej w mil­cze­niu pili kawę. Tym razem ojciec coś powie­dział. Czyżby to był jakiś postęp?

Mama sie­działa w fotelu koło okna. Trzy­mała w dłoni fili­żankę, ale nie piła. Nie lubiła pić kawy, lubiła tylko jej zapach.

- Miłego dnia, kocha­nie. - Uśmiech­nęła się sze­roko i zaraz dodała swój zwy­kły tekst: - Baw się dobrze.

Mówiła tak zawsze, kiedy Sara wycho­dziła do szkoły.

- Cześć, mamo. Cześć, tato. Pa, Masza!

Sara wyszła przed dom. Szcze­pan jak zawsze krzą­tał się przy samo­cho­dzie.

- Cześć, mała!

- Cześć, Szcze­pan. - Uśmiech­nęła się i wsia­dła.

*

Kocia jest małym zauł­kiem ukry­tym nie­opo­dal placu Trzech Krzyży. Miły, zie­lony, cichy zaką­tek na skraju wiel­kiego parku cią­gną­cego się aż do Wisły. Szkoła znaj­do­wała się w spo­rym, ele­ganc­kim budynku, kie­dyś znisz­czo­nym i zanie­dba­nym, a teraz odre­stau­ro­wa­nym z ogrom­nym pie­ty­zmem. Dla kogoś, kto nie wie­dział, że jest tu pla­cówka oświa­towa, było to miej­sce dziwne. Po wyglą­dzie trudno było usta­lić, jakie jest prze­zna­cze­nie tego obiektu. Długa aleja pro­wa­dziła od bramy do gma­chu szkol­nego i idąc nią, można było obej­rzeć sobie gale­rię zdjęć ze szkol­nych przed­sta­wień z klas o pro­filu teatral­nym, wycinki pra­sowe, prace pisemne, tabele, rysunki, mapki i inne dziwne rze­czy pocho­dzące z klas o pro­filu spo­łecz­nym, rzeźby z drewna, mydła i masy papie­ro­wej wyko­nane przez klasy arty­styczne, wystawę pla­ka­tów (klasy pla­styczne), nocne zdję­cia z wycieczki klasy geo­gra­ficzno-mate­ma­tycz­nej oraz puste miej­sce, które zawsze cze­kało, aż ucznio­wie jakiejś klasy dostar­czą swoje prace zali­cze­niowe. Już pierw­szy rzut oka na tę este­tyczną i porządną wystawę dawał spore poję­cie, czym i z jakimi rezul­ta­tami zaj­mują się ucznio­wie tej szkoły.

Do szkoły Sara musiała jechać około dwu­dzie­stu pię­ciu minut. Był korek, ale Szcze­pan zawsze tak obli­czał czas, żeby się nie spóź­niła.

Wielu rze­czy w tej szkole nie znano. Spóź­nia­nie się było jedną z nich.

Kiedy Sara zaczy­nała tu naukę, zachwy­ciło ją to, że zamiast lek­cji były pół­to­ra­go­dzinne moduły zawsze na bar­dzo kon­kretny temat, kółka zain­te­re­so­wań, trak­to­wane jako naj­waż­niej­sza część edu­ka­cji i w związku z tym odby­wa­jące się w naj­lep­szych godzi­nach, oraz dłu­gie prze­rwy, które ucznio­wie sami sobie orga­ni­zo­wali. No i można było do woli pić wszel­kie napoje, jakie ser­wo­wał auto­mat. Prace zali­cze­niowe wyda­wały się czymś nie­zwy­kle twór­czym i wspa­nia­łym, bo ucznio­wie mieli tu pełną swo­bodę. Wszystko to na początku było zachwy­ca­jące. Sara dużo by dała, żeby znów widzieć to miej­sce z tam­tym daw­nym zachwy­tem.

*

Ludwik stał przed drzwiami sali polo­ni­stycz­nej i przy­cze­piał do kor­ko­wej tablicy jakiś pla­kat.

- Czółko!

- O, hejka.

Sara zauwa­żyła, że Ludwik obrzuca ją spoj­rze­niem. Nie­mal poczuła, jak prze­śli­zguje się po jej twa­rzy, mun­durku i zatrzy­muje wzrok na odbie­ga­ją­cych od stan­dardu spodniach.

- Jest zlot. Będę o tym mówił. Coś sły­chać? - Wymow­nie popa­trzył na jej spodnie.

Aku­rat tego dnia mia­łaby coś do powie­dze­nia, bo na szes­na­stą była umó­wiona z kimś ze sta­rej klasy, ale Ludwik tro­chę ją onie­śmie­lał i nie potra­fiła z nim tak zwy­czaj­nie gadać.

- Nie­stety, pusto - powie­działa i oboje wymie­nili lek­kie poro­zu­mie­waw­cze uśmie­chy.

- Witam! Zapra­szam! - Koło nich stuk­nęły obcasy Bystrej i zaczęło się kółko poezji współ­cze­snej.

Była dwu­na­sta. Do szes­na­stej zostało jesz­cze sporo czasu, ale Sara posta­no­wiła nie odli­czać godzin ani minut. Zresztą u Bystrej myśle­nie o czymś innym niż temat zajęć było trudne.

- Dziś mamy ren­dez-vous z poezją Jacka Kacz­mar­skiego. Naresz­cie coś dla mnie. - Bystra wesoło zatarła ręce. - Po co się tu spo­ty­kamy? Radek?

Bystra ele­ganc­kim ruchem zarzu­ciła sobie poma­rań­czowy szal na ramiona i usia­dła na porę­czy nauczy­ciel­skiego fotela.

- Żeby wyro­bić sobie pogląd... - powie­dział szybko Radek. - Jeśli cze­goś nie znamy, nie możemy tego oce­niać ani komen­to­wać.

- Świet­nie. Posłu­chamy cze­goś... Wyboru doko­na­łam skraj­nie ten­den­cyj­nie. Jest to utwór poświę­cony Krzysz­to­fowi Kami­lowi Baczyń­skiemu, wspa­nia­łemu poecie, który zgi­nął czwar­tego dnia powsta­nia war­szaw­skiego.

Bystra roz­dała kartki z tek­stem utworu.

Autor: Jacek Kacz­mar­ski Tytuł: Bary­kada (Śmierć Baczyń­skiego)

Tym gale­onem bary­kady

Pla­netę ognia opły­wamy,

Nic nie­wi­dzący, nie­wi­doczni -

Przej­rzy­ste cie­nie dni.

W popiołu plusz się zapa­damy,

W który zmie­niły się pokłady,

Niebo się coraz wyżej złoci,

Okręt nabiera krwi.

Uno­szą nas ceglane fale -

Pięt­na­sto­let­nich kapi­ta­nów

W speł­nie­nie marzeń o podró­żach

W nie­tknięty stopą świat.

I byle prę­dzej, byle dalej,

Wcze­pieni w burty potrza­skane

Nim ciało cał­kiem się zanu­rzy

W ciszę bez­denną lat.

Map popa­lo­nych czarne ptaki

Krążą dokoła gniazd bocia­nich,

Z któ­rych nikt nie zawoła: - Zie­mia! -

By zerwać nas ze snu.

Inne dziś nas pro­wa­dzą znaki,

My już dla świata - nie­wi­dzialni -

I jeden tylko zbu­dzi hej­nał

Żela­zne kule głów.

Tuby­lec się per­łami poci

Tam, gdzie zie­lona i głę­boka

Rzeka wśród palm leni­wie gada,

Że nad­pły­wamy - my:

Nio­sący w darze huk i pocisk,

Śmierć nie­za­wodną w mgnie­niu oka,

Z któ­rego cała nam wypa­dła

Pla­neta - grudka krwi.

23.8.1987

- Kto chciałby zacząć?

- Ja! - wyrwała się od razu Syl­wia.

Sara zoba­czyła, że Ludwik w tym samym momen­cie pod­niósł rękę, ale gdy Syl­wia wstała, natych­miast ją opu­ścił.

Syl­wia długo i tro­chę nud­nawo tłu­ma­czyła, co Kacz­mar­ski miał na myśli w wybra­nym przez Bystrą utwo­rze. Mówiła banal­nie, wkrę­ca­jąc co chwila wia­do­mo­ści z języka pol­skiego, jakby chciała się popi­sać zna­jo­mo­ścią wszyst­kich środ­ków sty­li­stycz­nych, jakie tylko świat wymy­ślił. Na siłę szu­kała ich w utwo­rze. Robiła nawią­za­nia do kul­tury i sztuki, zaha­czyła o histo­rię Pol­ski i chrze­ści­jań­stwo. Bystra jak zawsze sie­działa spo­koj­nie i z uwagą słu­chała. Miała zwy­czaj zabie­rać głos dopiero na koniec, chyba że coś ją poru­szyło lub nie była w sta­nie znieść czy­je­goś nad­mier­nego bre­dze­nia.

W gro­nie nauczy­ciel­skim Bystra była abso­lut­nym nume­rem jeden. Pozwa­lała uczniom się wypo­wie­dzieć, zawsze cie­ka­wie pro­wa­dziła zaję­cia, a poza tym tak umiała sprze­dać im wie­dzę, że ni­gdy nie mieli wra­że­nia, że się uczą, a jed­nak potem wszystko umieli. No i ten jej styl bycia! Zawsze była w dobrym humo­rze, ni­gdy się o nic nie cze­piała, nie maru­dziła. Jeśli ktoś cze­goś nie zro­bił, tylko wzru­szała ramio­nami i oczy­wi­ście było mu wtedy tak głu­pio, że robił to na następną lek­cję. Sara lubiła ją jesz­cze za jedną rzecz... za to, że Bystra lubiła Sarę.

- Dobrze. Dzię­kuję, Syl­wio. Powie­dzia­łaś nam, co widzisz w tym wier­szu. Bar­dzo cel­nie wska­za­łaś, w któ­rych miej­scach Kacz­mar­ski nawią­zuje do twór­czo­ści Baczyń­skiego. Teraz zobaczmy jak Bary­kada brzmi w peł­nej kra­sie - w autor­skim wyko­na­niu.

Wysłu­chali pio­senki, a następ­nie utwór sko­men­to­wała Bystra.

- Nie daj­cie się zwieść łatwemu inte­lek­tu­al­nie sche­ma­towi, że skoro w wielu utwo­rach Jacek nawią­zuje do kon­kret­nych fak­tów histo­rycz­nych lub do dzieł innych arty­stów, to zna­czy, że on te fakty czy dzieła po pro­stu komen­tuje, bo uważa je za ważne. Prze­cież to nie jest tak, że odnie­sie­nia do sztuki w jego twór­czo­ści są mapą czy ran­kin­giem naj­bar­dziej cenio­nych przez niego dzieł i twór­ców. Ow­szem, w swo­ich utwo­rach poświę­co­nych innym arty­stom składa hołd ich geniu­szowi, praw­dzie zawar­tej w ich dziele, ale prze­cież nie dla­tego poezja Jacka jest tak nie­zwy­kle war­to­ściowa i pobu­dza­jąca inte­lek­tu­al­nie. Twór­czość Ver­me­era Kacz­mar­ski cenił szcze­gól­nie, a jed­nak do dwa tysiące trze­ciego roku powstał tylko jeden utwór inspi­ro­wany obra­zami mistrza z Delft. Odnie­sie­nie się do nich, zna­le­zie­nie do nich klu­cza było dla poety zada­niem kar­ko­łom­nym wła­śnie dla­tego, że obrazy Ver­me­era uwa­żał za sztukę skoń­czoną, zamkniętą. Tak samo było z Dalim, o któ­rym Jacek mówił, że swoim geniu­szem dorów­nuje mistrzom holen­der­skim. Podob­nie z lite­ra­turą czy z roz­li­cze­niami histo­rycz­nymi. Poeta odno­sił się do tych fak­tów, które uzna­wał za inspi­ru­jące, pozwa­la­jące przed­sta­wić nową myśl, nowe wnio­ski, powie­dzia­ła­bym: pewną war­tość dodaną... - Bystra mówiła bar­dzo emo­cjo­nal­nie, z emfazą. Widać było, że twór­czość Kacz­mar­skiego jest dla niej czymś znacz­nie wię­cej niż tylko przed­mio­tem zawo­do­wych zain­te­re­so­wań. - Na temat Holo­kau­stu roz­ma­wia­łam z Jac­kiem w kon­tek­ście zama­chów ter­ro­ry­stycz­nych na budynki World Trade Cen­ter w Nowym Jorku i inspi­ro­wanych tymi wyda­rze­niami tak zwa­nych liry­ków wrze­śnio­wych. Zgod­nie stwier­dzi­li­śmy, że postawa Ame­ry­ka­nów wobec tej tra­ge­dii wzbu­dziła nasz podziw i sza­cu­nek. Z dru­giej jed­nak strony te doświad­cze­nia nie pozo­sta­wiły w nich takiego śladu jak w nas, Euro­pej­czy­kach. Łatwiej potra­fią się zor­ga­ni­zo­wać, żyć dalej, ale jed­no­cze­śnie nie pozwala im to na głęb­szą reflek­sję. Tę róż­nicę kul­tu­rową dość jasno wyzna­cza tra­ge­dia Holo­kau­stu. Dwu­dzie­sty wiek odci­snął na ludz­ko­ści piętno, któ­rego nie da się usu­nąć, nad któ­rym nie spo­sób przejść do porządku dzien­nego. Żaden wraż­liwy czło­wiek nie może żyć tak, jakby potwor­no­ści dwu­dzie­stego wieku nie było. Nie wiem, czy teraz mógłby powstać Cza­ro­dziej­ski flet lub... - Bystrej zała­mał się głos. - Prze­pra­szam was, kochani... Wpraw­dzie Napo­leon powie­dział, że od patosu do śmiesz­no­ści jest tylko jeden krok, ale wybacz­cie... Nie jestem w sta­nie myśleć o tym spo­koj­nie.

W pra­cowni pano­wała kom­pletna cisza. Wie­dza, eru­dy­cja, zaan­ga­żo­wa­nie oraz talent ora­tor­ski Bystrej two­rzyły mie­szankę tak pio­ru­nu­jącą, że podziwu, jaki wzbu­dzała w swo­ich uczniach, mógłby jej pozaz­dro­ścić nie­je­den sza­no­wany wykła­dowca wyż­szej uczelni.

Po krót­kiej chwili nauczy­cielka zakoń­czyła swoją wypo­wiedź:

- Ten sto­su­nek Jacka do Holo­kau­stu był dla mnie intu­icyj­nie oczy­wi­sty, a nama­cal­nie jasny stał się, gdy pozna­łam utwór Dęby.

(...)

- Jeste­śmy czę­ścią kosmosu!

Czę­ścią kosmosu - popiół we wło­sach

Popiół tych wszyst­kich, co nie prze­żyli

Nie­usu­walna pamięć, jak osad

Spa­lo­nej kolek­cji motyli.

- Tutaj prze­cież powie­dziane jest już wszystko.

Jesz­cze raz wysłu­chali Bary­kady. Jak zawsze to dru­gie słu­cha­nie było cał­kiem inne. Teraz też Sara zoba­czyła w tym tek­ście coś, czego wcze­śniej w ogóle się nie domy­ślała, jakby ktoś nagle oświe­tlił nie­wi­doczne przed­tem frag­menty.

Wszy­scy mil­czeli, pogrą­żeni w zadu­mie. Bystra wstała z fotela i otwo­rzyła okno.

- Ludwiku, jakoś dziw­nie się krę­cisz. Zdaje się, że chcia­łeś coś powie­dzieć?

- Tak. Ja w spra­wie czy­sto orga­ni­za­cyj­nej. Jak co roku jest zlot fanów twór­czo­ści Kacz­mar­skiego. - Ludwik posłał Bystrej krót­kie, zna­czące spoj­rze­nie. - Oczy­wi­ście jedziemy. Podaję ter­min... Miej­sce: Hołu­bla, to w pobliżu Prze­my­śla. Dojazd wła­sny, ale tym ja się zajmę. Na miej­scu pro­gram mamy taki... zresztą zoba­czy­cie. Pro­szę zabrać pasz­porty, bo pla­nuje się wyjazd do Lwowa. Tu jest lista. Kto jedzie, niech się wpi­sze.

Ludwik poło­żył na ławce przed sobą zie­lon­kawą kartkę. Sara zoba­czyła, że są na niej trzy nazwi­ska:

Tomasz Ludwik Sawicki

Anna Sawicka

Nata­sza Bła­żej­czyk

- Co to za dziew­czyny? - zapy­tała Sara.

- Anna Sawicka to moja sio­stra - odparł spo­koj­nie Ludwik.

Sara była abso­lut­nie pewna, że Ludwik nie ma sio­stry. Chyba nawet mówił, że jest jedy­na­kiem.

"Może jego matka ponow­nie wyszła za mąż? Tylko skąd nazwi­sko Sawicka? Czyli to ze strony ojca..."

- A to - Ludwik wska­zał trze­cie nazwi­sko - Nata­sza, jej kole­żanka.

- Bar­dzo dobrze - ucie­szyła się Bystra. - Jeśli ktoś z was chce zabrać zna­jo­mych, to świet­nie. Taka impreza może cza­sem być pier­wot­nym rusz­to­wa­niem...

Sara prze­stała słu­chać. Prze­pa­dała za Bystrą, ale teo­rię o rusz­to­wa­niu, na któ­rym buduje się oso­bo­wość, znała dość dobrze. Dużo cie­kaw­sze były ta sio­stra Ludwika i ta Nata­sza. Nata­sza Bła­żej­czyk... Wyda­wało jej się, że już gdzieś sły­szała to imię.

*

Było za pięć czwarta i Sara zaczy­nała się ner­wowo roz­glą­dać. Stała pod ich starą pod­sta­wówką, na Drew­nia­nej, a raczej na skrzy­żo­wa­niu Dobrej i Drew­nia­nej. Dwa­na­ście po czwar­tej ktoś nagle poło­żył jej dło­nie na powie­kach i sztucz­nie gru­bym gło­sem powie­dział:

- Kto to?

- Beata? Wiśnia?

- No cześć! O rany, ale masz ciu­chy! Kapiesz forsą! Znasz jakiś fajny ciu­cho­land, widzę. Musisz mi koniecz­nie dać adres. To co robimy? Idziemy gdzieś poła­zić?

- Może wej­dziemy do Czu­łego Bar­ba­rzyńcy? - zapro­po­no­wała Sara, ukrad­kiem przy­glą­da­jąc się Beacie.

Jedyne, co przy­ku­wało uwagę, to wiel­kie jak młyń­skie koła kol­czyki.

- Tylko że ja nie mam kasy. Mam! Zaraz, zaraz... - Beata zaczęła grze­bać po kie­sze­niach.

Po chwili na dłoni Beaty Sara zoba­czyła dwie pięć­dzie­się­cio­gro­szówki, resztki chu­s­teczki higie­nicz­nej, zgnie­ciony stary cukie­rek, spi­nacz i jakieś brą­zowe papro­chy.

- Jeśli się zrzu­cimy, to możemy napić się wody. - Beata się roze­śmiała. - Ty widzia­łaś tego kole­sia? Ale się na cie­bie gapił! Pokaż się z tyłu... Nie jesteś brudna? - Beata obej­rzała kole­żankę. - Nie, nie jesteś brudna. A, to już wiem, dla­czego tak się gapił. Jak to jest być taką ładną, co?

Sara spło­niła się i uśmiech­nęła. Beata miała dłu­gie, falu­jące włosy - zadbane, z przy­cię­tymi koń­ców­kami, i piękne nie­bie­skie oczy. Była ruchliwa i taka cie­pła, uro­cza, że Sara szcze­rze odparła:

- Gdyby jakiś chło­pak się na nas gapił, to raczej na cie­bie niż na mnie.

- Myślisz? No, może masz rację. Zresztą chyba pamię­tasz, że ni­gdy nie narze­ka­łam na brak powo­dze­nia. Płeć brzydka lubi piękne rze­czy, czyli na przy­kład mnie.

Sara zer­k­nęła, czy Beata żar­tuje, ale wyglą­dało na to, że mówiła cał­kiem serio.

- A ten gapił się na cie­bie. Nie widzia­łaś? Szedł z dziew­czyną, trzy­mali się za ręce, a on gapił się na cie­bie. No, nie uda­waj skrom­nisi. Mnie się to czę­sto zda­rza. Idę sobie ulicą, naprze­ciwko mnie idzie para, objęci, dzio­bek w dzio­bek, gru­chają, aż fur­czy. Patrzę na nich, bo tacy ładni, a tu nagle on się do mnie uśmie­cha albo gapi się jed­no­znacz­nie. Strasz­nie mi wtedy żal takiej dziew­czyny. Ale to miłe, nie­stety. Dobra, wcho­dzimy, bo chce mi się do toa­lety.

Weszły.

Sara zoba­czyła, że przy sto­liku pod oknem sie­dzi Syl­wia. Rzu­ciły sobie krót­kie spoj­rze­nie, ale żadna z nich nie zare­ago­wała jakoś zde­cy­do­wa­nie, więc Beata w ogóle niczego nie zauwa­żyła.

- No, opo­wia­daj... Co robisz? Gdzieś teraz miesz­kasz? - zapy­tała Beata, roz­glą­da­jąc się po este­tycz­nym wnę­trzu.

Sara się roze­śmiała.

- Gdzieś miesz­kam. A ty?

- Cią­gle w tej samej oswo­jo­nej norce. To co bie­rzemy? Ile masz kasy? Wiesz, kie­dyś z kum­pe­lami kupi­łam jedną her­batę na sześć osób. I musiał nam kel­ner przy­nieść. Nic nie powie­dział, ale zro­bił nam dow­cip. Przy­niósł w takim wiel­kim dzbanku i dał nam sześć szkla­nek, ale torebkę tylko jedną. Faj­nie było. To ile masz kasy?

- A co byś wzięła? - zapy­tała wymi­ja­jąco Sara.

- Co ja bym wzięła? Wiesz, wzię­ła­bym na przy­kład cze­ko­ladę na gorąco i do tego szar­lotkę na cie­pło z lodami wani­lio­wymi, a potem świeżo wyci­skany sok z czer­wo­nych grejp­fru­tów. Albo zobacz: zie­lona fan­ta­zja... lody pista­cjowe z płat­kami mig­da­ło­wymi, syro­pem mię­to­wym i list­kiem bazy­lii. O rany, nor­mal­nie jak kie­dyś będę zara­biać, to zro­bię sobie taką ucztę. To co, bie­rzemy her­batę?

- Chyba star­czy nam na dwie - powie­działa wolno Sara i szybko dodała: - Ja pójdę i zamó­wię.

Pode­szła do kasy, zamó­wiła dwie her­baty, dwa soki grejp­fru­towe i dwie szar­lotki. Od razu zapła­ciła.

- Wzię­łam takie dwa zestawy, bo było dużo taniej...

- Jasne. Dużo taniej niż sama her­bata. Jak masz taką potrzebę, to pro­szę bar­dzo, możesz za mnie pła­cić. Nie mam nic prze­ciwko temu. No to opo­wia­daj. A wiesz, że Marzena... pamię­tasz ją? Miesz­kała w tym bloku zaraz przy szkole... W zeszłym roku umarł jej ojciec, byłam nawet na pogrze­bie. Sporo osób z naszej klasy przy­szło. W zasa­dzie nie było tylko cie­bie, Mirka Jędrzej­czaka, Moniki, Domi­nika... Potem poszli­śmy do Jędrka, jego sta­rzy mają dom. Było super. Tań­czy­li­śmy do dzie­sią­tej, jego matka zro­biła nam tosty... Teraz już rzadko się z kimś spo­ty­kam. Chyba że z tymi, co są ze mną w szkole... Tro­chę głu­pio, że tań­czy­li­śmy tuż po pogrze­bie, nie? No trudno. Cza­sem gor­sze rze­czy czło­wiek robi. Oglą­da­łaś wczo­raj teatr tele­wi­zji? Nie? No coś ty! Ja żad­nego nie prze­pusz­czam. Naj­bar­dziej lubię scenę faktu. W ogóle lubię histo­rię. Wczo­raj było Ziarno zro­szone krwią, o powsta­niu war­szaw­skim. Mam nagrane, poży­czę ci. Nie oglą­dasz teatrów? - Beata wytrzesz­czyła oczy, jakby Sarze nagle wyro­sła trze­cia ręka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki