Co naprawdę stało się w Brukseli
Mentor poluzowuje sobie krawat, wyciąga rękę po swojego laptopa, zapala kolejnego papierosa, powoli, próbując zyskać na czasie. Kiedy wypuszcza dym po pierwszym sztachnięciu, nie ma już żadnych wymówek, by dalej milczeć.
- Giermek Holandii... zaczął mówić.
- Powiedziałeś, że był w stanie katatonicznym.
- Przez kilka godzin. W końcu wyszedł z szoku. Ale wciąż nie chciał mówić.
Mentor wciska przycisk na swoim laptopie i fotografie z zamachu w Niemczech zastępuje nowe zdjęcie. Ciemnoskóry mężczyzna o ostrych rysach twarzy. Po pięćdziesiątce, ale wciąż dobrze się trzyma.
- Michael Seedorf. Urodzony w Surinamie. Były policjant, w rezerwie. Zwerbowaliśmy go w wyjątkowo trudnym momencie życia.
- Standardowa procedura.
- Właśnie stracił córkę. Dziewczyna była genetyczką, miała znakomite wyniki w nauce i niesamowitą przyszłość. Potrącił ją samochód.
- I wtedy weszliście wy.
- Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Ale mój holenderski kolega wykonał świetną robotę. Stworzył idealne porozumienie między Seedorfem a jego królową. Kochał ją jak własną córkę. Pracowali razem od początku. Rozwiązali kilka zajebiście trudnych spraw.
- Słyszałam, że była bardzo dobra.
- Nie tak jak ty, ale owszem. Była.
Antonia wyczekuje, zagryzając dolną wargę, aż Mentor będzie kontynuował. On wciska przycisk i ekrany monitorów stają się czarne.
- Zrozum, musieliśmy to z niego wyciągnąć, Scott.
Antonia nabiera głęboko powietrza i zamyka oczy.
- Co zrobiliście?
- Były poważne dyskusje między wszystkimi szefami ekip. Decyzja musiała zapaść jednogłośnie.
- Co zrobiliście?
- Decyzja...
Antonia zadaje pytanie po raz trzeci.
Mentor wstaje, zaciera ręce, opiera się o betonową ścianę.
- Ekstremalne przesłuchanie - mówi w końcu.
Antonia otwiera oczy.
Jest w nich dokładnie to, czego Mentor się obawiał. Wykręcił się eufemizmem, ale na niewiele się to zdaje w rozmowie z filolożką, która ponad wszystko kocha precyzję w języku.
- Torturowałeś jednego z naszych - stwierdza Antonia z niedowierzaniem.
- Zrobiliśmy to, co powinniśmy zrobić, Scott. Jesteśmy atakowani.
- To, co powinniśmy - powtarza Antonia z suchym śmiechem, bez cienia humoru.
Robi jedną z tych swoich pauz.
- Tuż przed powrotem z Malagi Jon powiedział mi coś, co dało mi do myślenia. Na temat naszej pracy. Na temat tego, co robimy. O skrótach, jakie obieraliśmy, próbując robić to, co powinniśmy. Zgadniesz, co mu na to odpowiedziałam?
Mentor milczy.
- "Idąc w linii prostej, człowiek nie zajdzie zbyt daleko". To mu powiedziałam. Wiesz, czyje to zdanie?
Jasne, że wie. Ale nie zamierza się przyznawać.
- Twoje, Mentor. To twoje zdanie. Jedno z tych, jakimi usprawiedliwiamy czyny, z których nie jesteśmy szczególnie dumni. Nasze kłamstwa, nasze oszustwa, nasze skróty.
- Nie sądzisz, że Jon...?
Antonia podnosi palec.
- Ani mi się waż. Ani mi się waż jeszcze raz użyć imienia najuczciwszego i najlepszego człowieka, jakiego poznałam, żeby usprawiedliwić to, co zrobiłeś.
- Musieliśmy się dowiedzieć, co się stało, Antonia. Zabił swoją partnerkę. To nie bierze się znikąd.
- Dobra. Opowiedz mi wszystko.
- Nie mogę powiedzieć ci więcej, Scott.
- Nie możesz czy nie chcesz?
Mentor krzyżuje ręce na piersi. Nie zamierza zmarnować resztek swojej godności za jednym zamachem. Woli zostawić sobie co nieco na później.
- Nie mogę i nie chcę.
Ale Antonia wciąż jest głodna.
- Pozwól w takim razie, że ja ci opowiem, co się wydarzyło, zobaczymy, czy zdołam. Jeśli mam rację, tylko przytakuj. Zgoda?
Mentor się waha, ale wie, że został zapędzony w kozi róg i że jedyny sposób, żeby się z niego wydostać, to zrobić krok do przodu.
Zgadza się więc.
- Po zamachu w Kolonii wy, szefowie ekip, zgodziliście się co do tego, że istnieje zewnętrzne zagrożenie, które uzasadnia torturowanie jednego z członków projektu Czerwona Królowa, który nie chciał współpracować.
Przytaknięcie.
- Żaden z was nie odważył się zrobić czegoś takiego osobiście - ciągnie Antonia, mówiąc powoli, kamuflując przesłuchanie głośnym myśleniem. - Być może komuś to zleciliście.
Brak przytaknięcia.
- Być może ktoś zlecił to tobie.
Głowa Mentora nadal się nie rusza. Dzięki niebiosom za drobne łaski.
- Stało się, po prostu. Nie ma to znaczenia - kłamie Antonia, niezbyt dobrze. - Ktoś to zrobił. Przypuszczam, że nie było to nic szczególnie brutalnego. Nie jesteśmy jakimiś barbarzyńcami. Też nic, co wymaga czasu, bo nam się spieszy. Żadnej terapii odczulania, pozbawiania snu... Wieszanie do góry nogami? Waterboarding?
Antonia wymienia, aż jedna z nazw wywołuje minimalną reakcję źrenic Mentora.
- Waterboarding. Klasyk, prawie niezawodny. Powiedz mi, widziałeś to?
Brak przytaknięcia.
- Nie, jasne, że nie. To nie w twoim stylu. Powierzyć zadanie komuś innemu i czekać na rezultaty, to jest w twoim stylu. No cóż, pozwól, że odświeżę ci tę procedurę. Osobnika umieszcza się w wannie pełnej wody. Na jego twarzy kładzie się ręcznik. Następnie na ręcznik wylewa się wodę.
Mentor zapala kolejnego papierosa, starając się sprawiać wrażenie obojętnego, a może zdystansowanego. Antonia nie zapomina, że to on nauczył ją podstawowych technik przesłuchania.
Ale sama również nauczyła się kilku.
- Przez materiał woda zaczyna zalewać nos i gardło osobnika. Mózg odnosi wrażenie, że jest całkowicie zanurzony w wodzie, więc pojawiają się niekontrolowane skurcze, wymioty. Cierpienie jest potworne, bo osobnik jest na progu śmierci, lecz w żadnym momencie go nie przekracza. Umiera przez pełną minutę. Całe sześćdziesiąt sekund.
Mentor wciąż trzyma w ręku papierosa, ale nie podnosi go do ust. Ogień zamienia papier i tytoń w nieregularny cylinder popiołu, który grozi, że spadnie na szklany stół.
- Osobnik poddaje się w niespełna minutę. Nikt nie wytrzyma więcej. Wielu robi pod siebie. Kiedy zabiera im się ręcznik z twarzy, opowiadają wszystko, co wiedzą, nie zważając na konsekwencje.
- Nie można okłamywać wody - mówi Mentor, nieobecny. Nie zdaje sobie sprawy, że żar papierosa za chwilę poparzy mu palec.
- Nie można. Więc Seedorf przemówił. Ciekawe, czy zgadnę, co wam powiedział: skontaktował się z nim pewien człowiek. Może najpierw przysłał wiadomość, a dopiero później zadzwonił. Pierwszy kontakt prawdopodobnie był związany z demonstracją siły. Zdjęcie, odcięty palec.
- Apaszka poplamiona krwią - przyznaje Mentor, uświadamiając sobie w końcu, że ogień go dosięgnął. Gasi peta bez patrzenia.
- Należąca do kogoś z rodziny Seedorfa. Do żony?
- Matki.
- I kilka jasnych instrukcji. Musiał zabić swoją Czerwoną Królową, kobietę, którą przysięgał chronić, żeby uratować kobietę, która dała mu życie.
Przytaknięcie.
- Nie mógł też o niczym wam powiedzieć. Po wszystkim musiał popełnić samobójstwo. Dzięki temu miał ją uratować.
Przytaknięcie.
- Wy ukradliście mu nawet to pocieszenie. Jeszcze żyje?
Przytaknięcie.
- A jego matka?
Głowa Mentora się nie rusza.
W głowie Antonii wirują myśli.
Daje sobie kilka chwil, żeby to wszystko przetrawić. Niezbyt długich. Nie może sobie na to pozwolić, inaczej gniew i oburzenie wezmą nad nią górę. W tym momencie emocje są dla niej luksusowym przedmiotem po drugiej stronie grubej witryny.
- Przypuszczam, że zanim otrzymaliście tę informację, White nie był podejrzanym.
Przytaknięcie.
- Bo nikt nie uznałby za podejrzanego ducha. Wymysłu dziwacznej Hiszpanki. Niezrównoważonej wariatki, która straciła kontakt z rzeczywistością. Twoi koledzy nadali mi jakąś ksywkę, prawda?
Brak przytaknięcia. Brak czegokolwiek. Co ostatecznie potwierdza przypuszczenia Antonii.
- Powiedz mi coś... Czy choć raz wspomniałeś o Whicie pozostałym szefom? Choćby tylko po to, żeby się ze mnie ponabijać?
Mentor, który zdołał już odbudować nieco swoją godność, mówi prawdę, tak dla odmiany.
- Nie - przyznaje.
Antonia kręci głową. To, co czuje, to nie jest ból. Ani nawet rozczarowanie. Czuje ?selichib?. W języku oromo, którym posługuje się czterdzieści milionów ludzi w Rogu Afryki, oznacza jezioro nudy wywołane cudzą głupotą.
Ogromna, przygnębiająca nuda. Morze nudy, w którym można się utopić, w którym można się zatracić. Kiedy najbardziej wartościowym działaniem, na jakie człowiek ma ochotę, nie jest podniesienie rąk, tylko ich opuszczenie.
Może w innych okolicznościach Antonia po prostu by wyszła. Wstałaby i wyszła, nie oglądając się za siebie.
Ale nie może tego zrobić Jonowi.
Ani Marcosowi. Ani Carli.
Ani samej sobie.
Tak więc oddycha głęboko, wstaje od stołu i podchodzi do Mentora.
- Torturowałeś człowieka, żeby powiedział ci coś, o czym już wiedziałeś. Ja ci to powiedziałam, lata temu. Gdybyś wtedy mnie wsparł, gdybyś pomógł mi znaleźć White'a, teraz ty i ja nie siedzielibyśmy tutaj.
Antonia zabiera mu komputer i ponownie włącza monitory.
Zaczyna wciskać klawisze z największą prędkością, wybiera zdjęcia z bazy danych, wyświetla je na monitorach i tym samym krok po kroku osacza Mentora.
Zdjęcia ze sceny zbrodni w La Fince. Wykrwawiony chłopiec - pierwsze zabójstwo Sandry Fajardo.
- Nie zginęliby niewinni.
Katastrofalna w skutkach interwencja WPW w domu Nicolása Fajardo, kiedy Sandra zdetonowała dwie bomby.
- Nie zginęliby policjanci.
Ostatnie śmierci w Holandii, Anglii, Niemczech.
- Nie zginęliby nasi koledzy.
Antonia drżącymi rękami zamyka laptopa. Ekrany są zalane grzechami Mentora, grzechami przez zaniechanie, za które ona oczywiście czuje się tak samo odpowiedzialna.
- Wystarczy, Scott - mówi Mentor łamiącym się głosem.
- Nie. Brakuje najważniejszego. Kiedy zdołam uratować Jona, musisz mi powiedzieć, jak będę w stanie poprosić go, żeby wrócił. Wiedząc, że któregoś dnia mógłbyś usprawiedliwić jego torturowanie.
Mentor otwiera usta, żeby odpowiedzieć, lecz tego nie robi. Ponieważ w tym momencie odzywa się telefon Antonii.
Dwa piknięcia, wibracja.
Ona wyjmuje telefon z kieszeni.
Odczytuje wiadomość.
Rzuca się do biegu.