Rewolucje - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Reflow text when sidebars are open.
Opuściłem Runello w dniu swoich osiemnastych urodzin. Wyjeżdżając, nie wiedziałem, że nigdy już tam nie powrócę. Kiedy człowiek jest młody, nie myśli o skutkach podejmowanych decyzji, postępuje instynktownie, niecierpliwie, bez kalkulacji. Nie tylko ja się zaciągnąłem. Inni, z sąsiednich posiadłości i wiosek, z Neuillac, Pontivy, Le Faouët, M?r-de-Bretagne, wyjechali wcześniej. Powszechnie mówiło się o wojnie. Młodzi ludzie zostawiali wszystko - zwierzęta, żniwa - i ruszali w drogę. Nikomu o swoim zamyśle nie powiedziałem. Zwłaszcza matka na pewno by tego nie zniosła. Byłem jedynym mężczyzną w domu, nie mogła znaleźć żadnego robotnika, młyn był w kiepskim stanie. Żyliśmy, z czego się dało: z wynajmu domu przy ulicy Fulvy w Loriencie, ze sprzedaży warzyw i mleka. Jednak mojej siostrze Pauline przyznałem się w przeddzień wyjazdu. Chciałem, aby wiedziała, że nie uciekam, lecz wyjeżdżam spełnić obowiązek. Zresztą i tak się domyślała, bo słyszała moje rozmowy o Rewolucji, o lepszym świecie, jaki miał powstać, o upadku tyranii. Ze względu na matkę próbowała mnie odwieść od tych zamiarów, gdy jednak zrozumiała, że podjąłem już decyzję, odwróciła głowę i głos jej się załamał, ale nie chciała płakać. Rzekła: Jedź, skoro tego właśnie pragniesz. Nie zapominaj o nas. Powiedziałem jej również o swojej narzeczonej, Marie Anne, poprosiłem, aby ją ode mnie ucałowała, aby o nią dbała i powiedziała jej, że po moim powrocie weźmiemy ślub. Pauline przygotowała mi rzeczy na drogę, żołnierski tornister przez ramię, do którego włożyła bieliznę, kawałek chleba i sera. Nalegała, żebym wziął jedyną rzecz, jaka nam pozostała po ojcu, srebrny flet, na którym w szkole uczyłem się muzyki. Odmówiłem, mówiąc, że ktoś mi go ukradnie, ale ona nalegała: Kiedy będziesz grać tutejsze melodie, będziesz myśleć o nas. I dodała: Nie zapomnij oliwić elementów ruchomych. Chciałem jeszcze wziąć jakąś książkę, ale znalazłem jedynie podręcznik gramatyki łacińskiej z myślami Marka Aureliusza na końcu, który dostałem od księdza Gendrona na zakończenie kursu retoryki. Wkładając książeczkę do tornistra, sam z siebie szydziłem: Chyba zostanę prawdziwym żołnierzem-filozofem.
Wczesnym rankiem 25 lipca ruszyłem w drogę, maszerując trasą holowania statków wzdłuż rzeki Ellé. W nocy padało, droga stała w kałużach, a krople wody na krzakach głogu błyszczały w porannym słońcu. Po niebie przemykały obłoki i chyba nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy. Nawet nie pamiętam, czy się obejrzałem, żeby po raz ostatni spojrzeć na dachy Runello, jak podobno czynią ci, którzy na zawsze opuszczają ojczyznę.
*
Kiedy próbuję sobie przypomnieć, co mi się przytrafiło, wszystkie zdarzenia, szczegóły tej przygody, nie potrafię, nie tyle z powodu szwankującej pamięci, ile dlatego, że dni i noce wojny wydają mi się tak długie i brzemienne, iż nie umiałbym odtworzyć ich dokładnego przebiegu.
Niczym czas, którego sam nie przeżyłem, który został mi przez kogoś opowiedziany, który zaczął się dawno przede mną, nie w mojej, ale czyjejś pamięci. Mieszanina snów, obrazów, hałasu, krzyków, złudzeń. Splątany z cudzym czasem, z cudzymi wspomnieniami, nadziejami i rozpaczą. Jedno, co mogę z całą pewnością powiedzieć, to to, że tam byłem. Nie zginąłem w Lesie Argońskim, zdołałem przeżyć tę bezlitosną wojnę. Lecz stałem się kimś innym, na polach bitwy utraciłem cząstkę samego siebie, swoje dzieciństwo, młodość, zapewne i przyszłość.
Do dzisiaj czuję deszcz, dzień i noc padający w lesie, przenikający do kości. Nie mieliśmy o nim pojęcia, zanim się tam zjawiliśmy. W Runello lato jest gorące. Gdy wraz z innymi chłopcami z Ellé przybyliśmy do Lorientu, na placu przed kościołem, gdzie prowadzono zaciąg, panowała świąteczna atmosfera. Przepychaliśmy się jeden przez drugiego, każdy chciał jako pierwszy wpisać się na listę. Nawet teraz, w Lesie Argońskim, nad którym zapada noc, wciąż mam w uszach wszystkie nazwiska: Caban, Nicolas, Sauzon, Bezo, Tinard, Boneau, Kerouarc'h, Kercado, Kervern, Kergas... Nie mogę ich zapomnieć. Nie wiem, co się z tymi chłopcami stało. A przecież wciąż są obok mnie, maszerują w błocie, słyszę odgłos ich kroków, brzęk muszkietów, słyszę ich zasapane, świszczące oddechy, gdy pokonujemy wzgórza i wąwozy.
Na placu przed kościołem wszyscy przywdziali kokardy. Głośno rozmawiali po bretońsku. Słucham ich śpiewnych głosów, słucham tłumacza stojącego obok stołu sierżanta, który prowadzi rekrutację: Nazwisko? Wiek? Skąd jesteś? Zawód? Jesteś żonaty? Nie całkiem rozumieją, śmieją się, przy pytaniu o stan cywilny padają niewybredne żarty po bretońsku. Wpisałem swoje nazwisko, złożyłem parafę i trzy kropki. Sierżant spojrzał na mnie złym wzrokiem spod krzaczastych brwi. Jesteś wolnomularzem, obywatelu? Wiem, że wyglądam inaczej niż pozostali. Nie noszę stroju bretońskiego, jedynie czarną kamizelkę po ojcu. Nie mam czasu odpowiedzieć na pytanie sierżanta. W księdze zaciężnej mój podpis kreśli się nieco śmieszną arabeską obok lasu krzywo postawionych krzyżyków. W rubryce zawód wpisałem handlarz. Handlarz czym? W tornistrze mam tylko kawałek suchego chleba i sera. Handlarz wiatrem i deszczem, błotem, niezliczonymi dróżkami w ciemnym Lesie Argońskim, prochem, kulami i bagnetami, mięsem armatnim i krwią. Ochotnicza Kompania 8. regimentu, kapitan Duquesnel syn, natychmiastowy wymarsz w kierunku północno-wschodnich granic. Na placu przed kościołem panował świąteczny nastrój. Stoły zastawione jadłem, winem i cydrem, spływającym aż do rynsztoków. Śliczne dziewczęta wyglądały przez okna lub stały na ulicy, obserwując nasz przemarsz. Muzykanci grający na dudach i bombardach zaczęli gawota, brzdęknęło kilka nut, po czym melodia zatrzymała się z jękiem - muzykanci byli pijani, czas bezsensownie stracony, zbyt szybko biegnący.
Ile dni maszerowaliśmy? Miesiąc, może nawet dłużej. Odnoszę wrażenie, że całe lata spędziliśmy w drodze. Przemierzaliśmy pola, z daleka omijając miasta. Na brzegu rzeki Vilaine panował ciężki, przedburzowy upał, spaliśmy na rozległym rżysku, na snopkach słomy. Niedaleko La Fl?che przez całą noc nad polem kapusty tańczyły błyskawice. Polne myszy i ryjówki szły za nami krok w krok, niewidzialna armia gryzoni. Wieczorami słyszeliśmy, jak chrupią pozostałe po nas resztki. W każdym mieście, na każdym biwaku dołączali kolejni ludzie. Byliśmy ubrani po cywilnemu, w dziurawych butach, okryci łachmanami, z wplątanymi we włosy źdźbłami trawy, nieogoleni, ręce i twarze spalone słońcem. Było nas tak wielu, że sierżanci nie mieli czasu na poranne apele. Wieczorem zjadaliśmy miskę owsianki okraszonej słoniną i szliśmy patrzeć, jak nowi rekruci wpisują swoje nazwiska na listę, opierając się o naprędce sklecony stół, zwykłą deskę na dwóch beczkach, na której sierżanci - może chcąc złagodzić nasz zły nastrój, a może ze zwykłej kokieterii - zamiast obrusów rozkładali prześcieradło i przypinali do niego kokardy. Zawsze słuchałem nazwisk, których przecież nie znałem, ale nie potrafię ich zapomnieć. Lecoq, Trouzé, Vauzé, Pommier, Malon, Jeantot, Rieux, Dujardin, Dupré, Camus, Gabriel, Thénard, Anguerrand. Większość rekrutów to były dzieciaki bez zarostu, z różowymi, dziewczęcymi policzkami i długimi, kręconymi włosami, a kiedy postawili krzyżyk obok swojego nazwiska w księdze, zaczynali biegać po polu, wyrzucając do góry kapelusze i krzycząc: Niech żyje naród! Byli upojeni, choć nic nie wypili. Mervin i ja zaciągnęliśmy się ledwo kilka tygodni wcześniej, a już wyglądaliśmy na weteranów, zwłaszcza kiedy siedzieliśmy na trawie w pobliżu stołu rekrutacyjnego i paląc fajki, rzucaliśmy uwagi o każdym nowo przybyłym. Co do reszty, w naszych łachmanach i dziurawych butach nie wyglądaliśmy zbyt pięknie. Niektórzy chłopcy z okolic Carhaix i z Górnej Bretanii byli tak biedni, że przychodzili na zaciąg boso, w jednej koszuli, bez kapoty czy okrycia na noc, nawet bez chlebaka. Nędza tych chłopców ściskała za serce jeszcze bardziej niż ich poczucie niepewności z powodu opuszczania stron rodzinnych. Z wieloma z tych piętnasto- czy szesnastoletnich smarkaczy, którzy twierdzili, że skończyli osiemnaście lat, aby tylko się zaciągnąć, Mervin i ja dzieliliśmy się chlebem, gdyż pora kolacji już minęła i nie dostaliby nic do jedzenia aż do następnego poranka. Litość brała patrzeć, jak zachłannie rzucali się na nasz czerstwy chleb i pochłaniali ser razem ze skórką. Przyszło mi do głowy, choć z obawy, że się rozniesie, nie powiedziałem tego Mervinowi, iż to bardziej głód niż miłość ojczyzny popycha te dzieciaki do wojska. Jednocześnie czułem wściekłość na widok nędzy, w jaką rządy jaśnie wielmożnych wpędziły naszą Bretanię; uważałem, że gdyby nie zostali rewolucjonistami, chłopcy ci nie mieliby innego wyjścia, tylko stać się rozbójnikami, jak sławetni przypiekacze z Nantes.
Jednak wspomnienie, jakie chciałbym przede wszystkim zachować z tego długiego marszu przez Francję, to ożywiający nas entuzjazm. Było to uczucie nieodległe od religijnego zapału, choć mój przyjaciel Mervin, zagorzały ateista, zapewne wyśmiałby moje słowa. Nawet nie potrafię tego opisać. Chwilami na równinach otaczających Maine czy Chartres nasz oddział ciągnął się aż po horyzont, kolumna ludzi szeroka na dziesięć lub dwanaście stóp, długa na ponad milę, posuwająca się niemal bezgłośnie, tylko szelest tysięcy stóp na pokrytej pyłem ziemi, chrzęst muszkietów i strzelb, dzwonienie szabel i pik. Żadnych okrzyków, żadnych śpiewów, jedynie ten ciężki, pełen determinacji odgłos maszerującego ludu. To nie byli zawodowi żołnierze, lecz młodzi wieśniacy, którzy ruszyli w obronie granic przed najeźdźcą. Nawet nie śniłem, że kiedykolwiek coś takiego zobaczę. Opowiadano mi o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Paryżu, gdzie lud powstał jak jeden mąż, aby zburzyć symbol tyranii, i o ogromnym zgromadzeniu na Polu Marsowym. Lecz to, co widziałem na własne oczy, przerastało wielkością wszystko, o czym mi opowiadano. W pierwszym rzędzie ze względu na wszechobecną ciszę, a raczej moje uważne nasłuchiwanie najdrobniejszego dźwięku, stukotu, oddechu, na tak rozległej przestrzeni i w towarzystwie tak wielu ludzi. Wola ludu i los kraju nagle mi się objawiły, i choć nadal byłem sobą, stałem się częścią jakiegoś potężniejszego i bardziej rozległego ruchu.
W tym czasie (był ostatni tydzień lipca) nie cierpieliśmy z powodu zimna i deszczu. Niebo było błękitne, słońce paliło. Od ciągłego przebywania na dworze, na pastwiskach i polach, od spania pod gołym niebem, na wpół nago, zrzuciwszy kamizelki i kurtki, z gołymi głowami, ogorzali od upału, z długimi włosami i brodami, bardziej przypominaliśmy jakichś kanadyjskich dzikusów niż żołnierzy Republiki. Na równinie pod Chartres maszerowaliśmy przez łany częściowo zżętej pszenicy, objadając się ziarnami o nieco kwaskowatym smaku. Było tak gorąco, że nie dawało się spać pod namiotami, które Mervin ochrzcił mianem kloszy na ser. Spaliśmy na gołej ziemi, wśród brzęczenia owadów i nocnych harców ryjówek. Kantyny rozstawiano wzdłuż drogi. Co wieczór dostawaliśmy porcję owsianki lub kaszy jęczmiennej, chleba i słoniny. Wieczorami gawędziliśmy, wyciągnięci na słomie, spoglądając na rozgwieżdżone niebo. Nigdy więcej nie przeżyłem takich chwil. Wietrzyk owiewał nasze twarze, kojąc spaloną za dnia skórę. Noc uśmierzała ból w nogach i stopach zmęczonych godzinami marszu. Toczyły się rozmowy, niekiedy rozbrzmiewał czyjś śmiech lub piosenka. Słuchałem Bretończyków mówiących w swoim języku, w którym mieszały się gardłowe dźwięki i śpiewny akcent. Gdy zapadała noc, ziemia znikała, wszędzie pojawiały się ogniska migoczące na rozległej równinie. Wstawał księżyc, czasem ukryty za wędrującymi chmurami. Przez niebo przemykały spadające gwiazdy. Było pięknie.
Od czasu do czasu ośmielałem się wyjąć z tornistra flet i zagrać pod osłoną nocy. Grałem swoje ulubione melodie - Scarlattiego, Méhula, arie operetkowe. Chłopcy wokół mnie przerywali rozmowy, żeby posłuchać muzyki, dla nich grałem melodie z ich stron, tańce i gawoty z Redon, z Quimper, gigi o wysokich tonach, niektórzy akompaniowali mi, gwiżdżąc lub wystukując rytm stopami. Gdy brałem lekcje muzyki u księdza Quilera w Hennebont, nigdy bym nie przypuścił, że kiedyś przyjdzie mi grać w szczerym polu, jak na wiejskim weselu.
Nie było wieczornego sygnału do gaszenia ognia. Większość oficerów była w naszym wieku, urodzonych wraz z Rewolucją. Siadali razem z nami, słuchali muzyki, po czym kładli głowy na tornistrach i oddawali się marzeniom przy migotliwym blasku ognisk. Chociaż byliśmy znużeni długotrwałym wysiłkiem, nikt tak naprawdę nie spał. Trawiła nas jakaś niecierpliwość, rozgorączkowanie. Wiele oczekiwaliśmy od przyszłości. Czekaliśmy na godzinę walki, nie wiedząc, przeciw komu przyjdzie nam walczyć. Zapewne na nasz nastrój wpływały upalne burze z błyskawicami przebiegającymi między chmurami.
Dzisiaj z pewnym trudem potrafię odtworzyć tamte chwile. To było zwieńczenie wszystkiego, co dotychczas przeżyłem, wszystkich uczuć i idei, jakie mnie od dzieciństwa ogarniały. Książki, które przeczytałem, dyskusje z nauczycielami w gimnazjum w Hennebont, kłótnie z kolegami, gazety, ogłoszenia na ulicach Lorientu, portowe pogłoski. Wszystko, co wydarzyło się we Francji od czasu, gdy skończyłem czternaście lat, niezwykłe zajścia, które wstrząsnęły Paryżem za mojej młodości i napełniły mnie gorączkowym oczekiwaniem: powstanie ludu i zajęcie Bastylii, ogłoszenie Konstytucji, Deklaracja Praw Człowieka, zniesienie przywilejów, ucieczka króla i proklamowanie Republiki, pobór uczniów gimnazjalnych w 1791 roku, przemówienie z okazji rozdania nagród, podczas którego dyrektor odczytał listę ochotników, po każdym nazwisku dodając: Poszedł w obronie ojczyzny; dlatego właśnie Mervin, Lansquer i ja również postanowiliśmy się zaciągnąć - dla tego jednego zdania, dla towarzyszącej mu ciszy, dla okrzyków i wiwatów, jakie później wybuchały. Byli i tacy, którzy jak generalny dzierżawca z Hennebont ośmielali się mówić: W jaki sposób będziecie żyć bez króla? Jesteście szaleńcami lub przestępcami, zmierzacie do chaosu. Pamiętam błysk wściekłości we wzroku Lansquera i jego pełną wzburzenia odpowiedź: Bretończycy są rewolucjonistami, nie potrzebują ani panów, ani króla! A ponieważ dzierżawca nazwał go bezbożnikiem, Lansquer wykrzyczał, tak głośno, aby wszyscy zgromadzeni na placu przed kościołem mogli usłyszeć: Obywatelu dzierżawco, sam jesteś bezbożnikiem, gdyż my nie uznajemy innego króla niż Bóg Najwyższy! Ci, którzy właśnie wychodzili z mszy, zaczęli machać ozdobionymi wstążkami kapeluszami i rzucili się do stołu rekrutacyjnego, żeby do listy ochotników dorzucić swoje nazwisko.
Paryż, 10 sierpnia
Ulice były ciche i opustoszałe. Ochotnicy obozowali na Polu Marsowym, gdzie postawiono namioty, jednak było tak gorąco, że wszyscy spali pod gołym niebem. Doskonale pamiętam, że 10 sierpnia był najgorętszym dniem w roku. Wielmożny król i królowa jechali przez Paryż pod eskortą straży rewolucyjnej uzbrojonej w piki, przy drwiących okrzykach tłumu. Poszedłem na ulicę Meslée, aby się przywitać z bankierem o nazwisku Morand, przyjacielem rodziny Soliman, który obiecał, że po zakończeniu wojny znajdzie mi pracę u siebie w biurze. Nie pamiętam, czy widziałem ponury orszak prowadzący królewską parę do więzienia Temple. Na ulicach panował spokój i jakaś niefrasobliwość, zapewne z powodu upału - jak to bywa przed nawałnicą - a może jak wtedy, kiedy gniew ludu tli się pod popiołami, w każdej chwili gotów wybuchnąć. Rozproszone po ulicach grupki ludzi z zaciętością dyskutowały o tyranie, który zdradził lud i ratując skórę, próbował oddać kraj w ręce nieprzyjaciela. Właśnie tu, w Paryżu, w blaskach lata, pod drzewami na Polu Marsowym, w tym jakże długim dniu, w którym nie było nic innego do roboty, jak tylko jeść, pić i gawędzić, nagle zrozumiałem, że wojna jest nieunikniona, nie tylko na odległych granicach, lecz dużo bliżej Paryża, gotowa ogarnąć nawet tych, którzy zupełnie o niej nie myślą. Było to zgoła odmienne uczucie od tego, jakie mnie przepełniało w dniu, gdy się zaciągnąłem lub kiedy maszerowaliśmy drogami Górnej Bretanii i Maine, przez równiny wokół Orleanu. Do gorączkowego oczekiwania dołączył niepokój wobec nieuchronności zagrożenia. Przyglądałem się tym młodym, radosnym kobietom i mężczyznom, którzy spacerowali po alejkach. Rekrutom, niemal dzieciakom, którzy myśleli jedynie o śpiewie i zabawie, nie zdając sobie sprawy, co ich czeka. Rozdano uniformy i broń. Dla większości rekrutów uniformy były za duże, szable i piki za ciężkie. Wielu z tych, którzy do Paryża przyszli na piechotę, miało krwawiące stopy, zdjęli więc saboty i nieśli je w ręku. Ci, którzy dostali skórzane buty, zawiesili je sobie na szyi i spacerowali na bosaka po alejkach Pola Marsowego. Nie dla wszystkich wystarczyło kapeluszy, niektórzy więc chronili się od słońca, przykrywając głowę zwierzęcymi skórami lub wielkimi chustami zawiązanymi na modłę piratów. Patrzyłem na nich i myślałem o szyderstwach jaśnie wielmożnych na widok naszej armii: obdartusy, wieśniacy w sabotach, pastuchy z kijami w rękach, którzy będą zmykać jak zające na huk pierwszego wystrzału. Wśród ciekawskich, przychodzących na Pole Marsowe, na pewno było sporo jaśnie wielmożnych przebranych za patriotów, którzy obserwowali nas ironicznym wzrokiem i oceniali, jaka jest szansa, że zostaniemy wybici przez Austriaków, a oni odzyskają dawne przywileje.
Zostałem zaproszony przez rodzinę Morand na kolację przy ulicy Meslée. Zostawiłem w namiocie uniform i pomaszerowałem przez ogrody do ich pałacu, po drodze mijając więzienie, w którym zamknięto jaśnie wielmożnego króla z rodziną. Byłem zdziwiony obojętnością przechodniów. W alejkach siedziały kobiety w tiulowych sukniach, jedząc lody i gawędząc jakby nigdy nic. Czułem się nieswojo, jakbym był jedyną osobą świadomą grożącego nam niebezpieczeństwa i zbliżającej się śmierci.
Kiedy wychodziliśmy z Mervinem z domu państwa Morand, zostaliśmy zaczepieni przez dwie dziewczyny o zuchwałym wzroku, ta młodsza miała doprawdy ładną buzię i wdzięczną figurę, choć jej spojrzenie było zdecydowanie zbyt śmiałe. Wzięły nas pod ramię i w niedwuznacznych słowach zaprosiły do siebie, do hotelu na ulicy Meslée. Starsza mówiła do Mervina: Obywatelu, wyglądasz na zgrzanego i zmęczonego, może wpadniesz do nas, aby się ochłodzić i napić dobrego wina? Mervin był gotów ulec, ale odciągnąłem go, choć nie bez trudu; do moich uszu dochodziły przekleństwa, jakimi nas obrzucały z drugiego końca ulicy, co wzbudziło śmiechy i drwiny przechodniów. Opowiadam tę historię, żeby ukazać panujący w Paryżu brak powagi, jakże odległy od zapału i rozdzierających pożegnań ochotników porzucających swoje rodziny i wioski na głębokiej prowincji. Myślałem o matce i o mojej drogiej Pauline, które siedziały same przy młynie w Runello, patrząc na słońce zachodzące nad doliną Ellé. Myślałem o Marie Anne, o jej słodkim głosie, gdy na początku lata gawędziliśmy na progu domu, jakby wiedziała, że pewnego dnia odejdę i bała się okazać swoje uczucia, o słowach, jakie do mnie kierowała za każdym razem, gdy rozstawaliśmy się i wracałem do Hennebont: Codziennie będę o tobie myśleć i modlić się, żebyś szczęśliwie powrócił. Przyznam, że w tamtej chwili, spoglądając na niefrasobliwość Paryża, widząc wiszące nad nami niebezpieczeństwo, miałem ochotę wszystko zostawić i natychmiast wrócić do Runello, do domu.
Tej jednak nocy Pole Marsowe wyglądało inaczej niż zwykle. O zmroku, koło dziesiątej, miasto spowiła mgła. Nowi rekruci rozpalili ogniska, żywiczne pochodnie oświetlały rozstawione tu i ówdzie stoły rekrutacyjne. Przez całą noc kolejni ludzie przychodzili i wpisywali się na listę. Niekiedy z oddali, niekiedy z bliska dochodziły okrzyki i wiwaty tych, którzy właśnie się zaciągnęli. Widok był dość niecodzienny - sylwetki ludzi krążących wokół ogni, w kłębach dymu, wznoszących pełne entuzjazmu okrzyki, wśród stosów broni, jakbyśmy już byli na polu bitwy.
Nikomu nie chciało się spać. Mervin miał dwa dzbanki wina i kilka pęt kiełbasy, podzieliliśmy się tymi smakołykami z dwoma chłopcami z Bretanii; jeden, niejaki Odilon, pochodził z Faouët, drugi, Samson, z Arzano. Nie prowadziliśmy poważnych rozmów, pewnie dlatego, że każdy wiedział o rozkazie wymarszu w kierunku Châlons o świcie, a wbrew pozorom każdy odczuwał to samo nieznośne kręcenie w brzuchu, mieszaninę niecierpliwości i strachu, tworzącą to, co się zwykło nazywać odwagą. Każdy mówił o swojej wiosce, swoim domu, swojej ukochanej, że lato jest zbyt krótkie, a żniwa odbędą się bez nas. Ja opowiadałem o młynie w Runello, o zapachu świeżo zmielonej pszenicy, o łomocie młyńskiego koła. Mervin - o sklepie swojego ojca w Loriencie, Lansquer - o statkach czekających, aby wypłynąć na pełne morze, o angielskiej blokadzie, o towarach leżących w magazynach, o przyprawach z Trinquebar i Kalkuty, o kawie z Moka. Odilon, Samson i paru innych pochodziło z tej części Bretanii, która leży w głębi lądu, więc posługiwali się mieszaniną bretońskiego i francuskiego. Opowiadali o niedawnych wydarzeniach, o księżach, którzy odmówili przysięgi na konstytucję cywilną i zbiegli. Natychmiast jednak urywali, gdyż mimo wypitego wina nieufność brała w nich górę. Mówili o rozbójnikach na drogach prowadzących do Brestu, którzy swoim ofiarom przypalają stopy, żeby się dowiedzieć, gdzie są ukryte wypełnione talarami sakwy. Opowieść ta budziła ich śmiech, a ja przyglądając się jednemu z nich, imieniem Guimarc'h, o ciemnej skórze i krzaczastych jak u Cygana brwiach, zadawałem sobie pytanie, czy zanim się zaciągnął, nie należał aby do słynnej bandy przypiekaczy z Moneuse.
Tej nocy prawie nie spaliśmy. Tuż przed świtem przyłączyła się do nas grupka młodych rekrutów, którzy zaciągnęli się przy Pont Neuf. W oddali trąbki grały na pobudkę, od nabrzeży Sekwany po lasek na końcu Pól Elizejskich. Rozpoczęliśmy wymarsz przez pogrążony we śnie Paryż, wzdłuż ogrodów Tuileries; mijając więzienie Temple, zastanawiałem się, czy z głębi swojej celi jaśnie wielmożny król słucha łomotu kroków republikańskiej armii maszerującej na wojnę, którą tak nieszczęśliwie wywołał.
25 sierpnia
Rozkaz wymarszu został odwołany i nasz oddział wrócił na Pole Marsowe.
Upał stał się nie do wytrzymania. Co noc błyskawice przecinają niebo nad Paryżem. Wymarsz przesunięto ze względu na Konwent, który ogłosił obowiązkowy zaciąg wszystkich obywateli stanu wolnego w wieku między osiemnaście a dwadzieścia pięć lat. Nadejście nowych rekrutów wywołało pewien bałagan, gdyż zabrakło uniformów i namiotów. Na szczęście nie brakuje żywności. Nasz codzienny przydział to funt chleba, plaster słoniny, kawałek sera i litr kiepskiego wina. O jedenastej dostajemy porcję cienkiego rosołu, który jemy we własnych miskach i własnymi łyżkami, bo armii brakuje naczyń i sztućców. Większość rekrutów, z wyjątkiem Bretończyków, przybyła z pustymi rękami, więc Mervin i ja chętnie im pożyczamy nasze miski i łyżki. W oddziale jest coraz więcej chłopców z podparyskich wsi, z Ferté, Milly czy Nemours, ale bardzo mało paryżan, którzy, jak nam mówiono, są już w drodze do granic. Nasz oficer ma dwadzieścia pięć lat, nazywa się Sauzier, jest cieślą i pochodzi z Tours.
26 sierpnia wieczorem
Wymarsz znowu przesunięto, na jutro rano. Żeby zabić nudę wyczekiwania, a pewnie również by oszukać strach, poszliśmy z Mervinem na zabawę u Graffina w Ogrodzie Luksemburskim. Znowu zaskoczyła mnie niefrasobliwość ludzi. W alejkach naprzeciw starego pałacu ustawiono szynkwasy, drzewka pomarańczowe ozdobiono girlandami i lampionami. Przyszło sporo kobiet, niektóre młode i ładne, wystrojone jak na bal; kilka, łatwej do odgadnięcia profesji, tańczyło lub gawędziło pod drzwiami. Nieduża orkiestra we włoskich strojach grała kadryla i różne skoczne melodie. Pojawił się nawet jakiś tenor, który śpiewał wesołe piosenki, ale my słuchaliśmy przede wszystkim pieśni, która zaczyna się tak (reszty nie pamiętam): Żegnaj Babette, jestem żołnierzem...
Na wielkich, ukwieconych stołach wystawiono najróżniejsze dania, których zapach i wygląd budziły w nas dreszcz rozkoszy, gdyż od wielu tygodni żywiliśmy się tylko chlebem, słoniną i owsianką. Kapłony, pieczone pulardy, kremy, ryż z przyprawami i do woli wina, ale kosztowało to dwadzieścia sześć liwrów, których nie mieliśmy. Wreszcie dzięki naszym uniformom zostaliśmy rozpoznani i jakiś mieszczanin zaprosił nas do swego stołu. Kiedyśmy się do syta najedli i napili, zaprosił nas na lody przy bulwarze Montparnasse w towarzystwie swojej córki, ślicznej brunetki, która przez cały czas robiła słodkie oczy do Mervina. W tym miłym towarzystwie upłynęło całe popołudnie. Mieszczanin, jak się okazało notariusz z ulicy Traversi?re, jest przekonany, że żadnej wojny nie będzie, a Niemcy nie ośmielą się zaatakować Verdun. Na pożegnanie uściskał nas i zaprosił do siebie po powrocie z kampanii. Patrząc na minę Mervina, nie miałem wątpliwości, że chętnie skorzysta z zaproszenia. Nasz mieszczanin zwie się Pierre Paul Bonamy, a jego córka ma na imię Aude.
Oto cała ironia czasów wojny, urządzającej tak miłe spotkania tym, którzy chwilę później mogą stracić życie.
28 i 29 sierpnia
W końcu wyruszyliśmy w kierunku Argonne, forsownym marszem pokonując dziesięciomilowe odcinki. Nasza kompania (2. z Lorientu) połączyła się z przybyłymi z północy i południowego zachodu. W zasadzie dowodzi nami Kellermann, ale oczywiście nigdy się wśród nas nie pojawia. Jeden z naszych towarzyszy twierdzi, że kiedyś widział generała Houcharda, postawnego mężczyznę o twarzy pokiereszowanej bliznami, galopującego drogą. Naczelni dowódcy to marszałek polny Voisin i podpułkownik Daruty, obaj wywodzący się z armii królewskiej, którzy w 1789 roku zostali awansowani. Nasi bezpośredni dowódcy to sierżant Sauzier, o którym już wspominałem, i kwatermistrz Loc'h, w cywilu stolarz, przy czym obaj zostali wybrani przez ludzi z oddziału. Mamy też przewodnika, starego wygę o nazwisku Soulier, który uczy ludzi posługiwać się muszkietem i strzelbą skałkową, pokazuje, jak ładować, czyścić, wymieniać krzesiwo i tak dalej. Mervin, Lansquer i ja jesteśmy z tymi obeznani, gdyż w Loriencie przeszliśmy szkolenie dla ochotników, lecz większość rekrutów nie ma pojęcia o broni. Wszystko to młodzi wieśniacy, którzy lepiej się posługują widłami i motyką, zresztą i tak nie ma dość broni dla wszystkich. Dla niektórych zostały piki i maczety, inni mają tylko kije. Nasza kompania posiada około tysiąca muszkietów i tyleż strzelb wyposażonych w bagnety. Ci, dla których nie starczyło broni, ćwiczą ze swoimi laskami i kijami, defilując na bosaka. Jeśli wśród nas są jacyś austriaccy szpiedzy, nietrudno sobie wyobrazić, jakie raporty składają nieprzyjacielowi. Nieźle musi ich bawić widok tłumu obdartusów i chłopów w łachmanach, szykujących się przeciw cesarskiej armii! Jednak nie da się ukryć, że zapał potrafi w znacznej mierze zrekompensować brak broni, a gdyby Prusacy lub Austriacy usłyszeli pieśni i śmiechy naszych młodych rekrutów, mieliby się czego obawiać mimo swojej liczebności.
6 września
Ciągle pada. Wczoraj przeszliśmy przez Châlons i rozłożyliśmy kwatery w domach zarekwirowanych przez Komitet Rewolucyjny. Mervin i ja ulokowaliśmy się w czarnej izbie dużego obejścia, gdzie zdołaliśmy ogrzać się przy ogniu i porządnie najeść. To, co się działo w Paryżu od dnia naszego wymarszu, dotarło aż tutaj, wyolbrzymione przez pogłoski. Jedni opowiadają o spisku przygotowanym przez arystokratów, którzy ponoć uwolnili więźniów, korzystając z nieobecności armii. Wiadomości o zabitych księżach wzburzyły jednak wielu w naszej kompanii, która w dużym stopniu składa się z wieśniaków, przywiązanych do religii swoich ojców. Doszło nawet do prób buntu. Przez chwilę obawiałem się aresztowań przez przedstawicieli porządku publicznego, bo na pewno doprowadziłoby to do rozlewu krwi, a jedność armii mocno by ucierpiała.
Jednak przewodnicy i podoficerowie stanęli przed szeregami i z zapałem przemówili do ludzi. Wszyscy winowajcy, mówił Sauzier, zostaną surowo ukarani, Rewolucja nie ochrania zabójców, ale broni ofiar. Naród was dzisiaj potrzebuje, jesteście ochotnikami i musicie nimi pozostać.
Kwatermistrz przeczytał sporządzoną po bretońsku deklarację i gniew z wolna ucichł. Lecz tej nocy, ostatniej, jaką mieliśmy spędzić pod dachem, mimo deszczu i zimna wielu żołnierzy czuwało na dworze; chwilami jeszcze dochodziły odległe grzmoty, jakby namiętności rozbudzone przez straszliwe wydarzenia paryskie nie mogły się uspokoić.
Mervin i ja wiele rozmawialiśmy, siedząc przed wielkim kominkiem, w którym tliły się polana. Mervin jest ateistą i wolnomularzem, ale obawia się anarchii, jaką mogłyby wywołać liczne zabójstwa księży, którzy odmówili przysięgi na konstytucję cywilną. Lansquer nie do końca wierzy w spisek uknuty przez jaśnie wielmożnych. Jego zdaniem wróg jest przed nami, to armia księcia Brunszwiku wspierana przez emigrantów, która, jeśli dotrze do Paryża, obali Zgromadzenie i zniesie Konstytucję, a kraj ponownie pogrąży się w mrokach przeszłości.
Zasnęliśmy grubo po północy, ale zaledwie drzemaliśmy, gdyż na dworze bez przerwy słychać było jakieś ruchy, nasi towarzysze w czarnej izbie też nie spali. Od czasu do czasu dochodziły czyjeś głosy, tętent galopujących koni. Teraz dopiero rozumiem, że właśnie zaczynały się przygotowania do wojny.
10 września
Dołączyliśmy do reszty armii w Islettes, w zamkniętej dolinie rzeki Aire, na skraju gęstej puszczy, która przy czarnych chmurach gromadzących się nad wzgórzami nabiera jeszcze groźniejszego wyglądu. Po popasie w Châlons i przemarszu przez Sainte-Menehould odnosimy wrażenie, że dotarliśmy na kraj świata. Mervin mówi, że w dawnych czasach tutaj właśnie przebiegała granica między królestwem Franków a krajem Germanów, w co bez trudu mogę uwierzyć, gdyż dzikość puszczy i gór nadaje temu miejscu charakter naturalnej granicy. Do doliny można się dostać jedynie przez przełęcz Islettes, a my stoimy na jej straży. Miejsca jest tu tak mało, że w dolinie rozłożyła się tylko niewielka część armii, zaledwie około dwóch tysięcy ludzi. Pozostałe oddziały Dumourieza obozują na wzgórzach Sainte-Menehould. Mervina przydzielono do służby u chirurga Aubry'ego, a ja - chociaż nie mam do tego najmniejszego prawa - zająłem wraz z nim kwaterę w wielkim namiocie, który służy za lazaret. Stan zdrowia naszych ludzi jest niepokojący. Wielu choruje na dyzenterię, zapewne od błotnistej wody, jaką pijemy od czasu, gdy przybyliśmy do Argonne. Inni cierpią na reumatyzm lub nieżyt żołądka. Najcięższe przypadki są odsyłane na tyły. Od wielu dni dostajemy tylko spleśniały chleb. Od dawna nie jedliśmy mięsa ani nie mieliśmy w ustach kropli wina. Nadejście armii wypłoszyło wieśniaków z ich obejść. Spodziewając się najgorszego, uciekli do krewnych w dolinie Aisne lub w okolicy Châlons. Aby zdobyć coś do jedzenia, wojsko zmuszone jest rabować, cały region został ogołocony ze wszystkiego: mąki, ziarna, tłuszczu, nawet ze starych łachmanów i koców. Oficerowie przymykają oczy na tę grabież. W niektórych takie postępowanie budzi wstręt, choć większość stara się je usprawiedliwić. Zdarza mi się słyszeć, jak ludzie mówią: Gdyby byli prawdziwymi patriotami, nigdy by stąd nie uciekli, przeciwnie, powitaliby nas, którzy bronimy ojczyzny, i podzielili się tym, co mają. Nie ośmieliłbym się nic na te słowa odpowiedzieć.
Wczoraj wieczorem niejaki Jérôme z Paryża, pracujący w lazarecie, przy drodze do Islettes odkrył kurnik, który chłopi zamaskowali gałęziami. Nie znaleźliśmy w nim żadnej kury, tylko dwadzieścia pięć jaj, które usmażyliśmy i ze smakiem zjedliśmy na kolację.
Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że Verdun wpadło w ręce Prusaków. Podobno książę Brunszwiku wraz ze sztabem zainstalował się w forcie Regret, a wojska heskie stacjonują w ufortyfikowanym obozie o milę od nas, w Clermont. Jednak nieuchronność bitwy miała wczoraj mniejsze znaczenie niż konieczność znalezienia jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy ogrzać się przy ognisku i zjeść nasze dwadzieścia pięć smażonych jaj.
Deszcz i chłód odcięły nas od świata. Nie tak dawno temu spaliśmy pod gołym niebem na Polu Marsowym, maszerowaliśmy przez Paryż otoczeni podekscytowanym tłumem, w na poły świątecznej, na poły wojennej atmosferze, która nasze serca napełniała radością. Wspominam ulice Saint-Merri, La Bretonnerie czy Le Temple, prowadzące do ulicy Meslée. Wspominam te dwie dziewczyny o zuchwałym wzroku, które próbowały nas do siebie zwabić, niemal czuję unoszący się wokół nich zapach kwiatów, widzę błysk zębów w roześmianych ustach i żałuję, że do nich nie poszliśmy. Mam wrażenie, że od wielu lat nie spotkało mnie nic przyjemnego, tylko te niekończące się drogi, robactwo w obozowiskach, spleśniały chleb, lodowaty deszcz i mroczny las, w którym wróg czyha jak drapieżny wilk. Aby odgonić złe myśli, zamykam oczy i usiłuję przywołać obraz Marie Anne, jej jasne spojrzenie i ciepły uśmiech, wspomnienie mojej Bretanii.
12 września
Rozeszły się pogłoski, że nieprzyjaciel zamierza przejść przez Argonne od północy, że zatrzymał się w Malancourt, na skraju lasu. Podobno król Prus połączył się z wojskami niemieckimi, które nadeszły z północnego wschodu, od strony Belgii i Holandii. Ci, którzy rozsiewają te wieści, mówią o armii Clairfayta tak, jakby ją na własne oczy widzieli, o tysiącach żołnierzy uzbrojonych w muszkiety, strzelby z trzydziestocalowymi bagnetami i nowiutkie armaty, ciągnących za sobą wozy wyładowane prowiantem. Ponoć stacjonują w Landres i szykują się do przejścia przełęczy nad rzeką Aire.
Dumouriez wraz z większością wojska rozlokował się w wąwozie Grandpré. Słyszano, jak mówił do żołnierzy, że to nowe Termopile, w których będziemy się bronić do ostatniej kropli krwi. Gdyby jednak ktoś zobaczył naszą armię, tych rozczochranych, przemokniętych, zawiniętych w kapoty ludzi, którzy od wielu dni niemal nic nie jedli, których zżera gorączka, z trudem by uwierzył w te heroiczne deklaracje. Jeśli nieprzyjaciel przekroczy przełęcz nad wąwozem Grandpré, nic już nie zatrzyma jego marszu na Paryż.
Kamienica przy ulicy Reine-Jeanne, w której mieszkała Catherine Marro, przeżywała lata świetności w czasach, gdy pociągi przybywające z Paryża, Londynu czy Moskwy co roku zwoziły tu stada majętnych nierobów, nie dość bogatych, aby mogli sobie pozwolić na luksus zakupu willi nad brzegiem morza, ale pragnących zachować pewien standard życia dzięki apartamentom nabywanym w jednej z nowych dzielnic, gdzie pięciopiętrowe budynki z mansardami wyparły dawne ogródki i wiejskie chaty.
Nad bramą wejściową widniała nazwa wypisana złotymi literami na niebieskich kafelkach. Jean nie potrafił powiedzieć, kiedy po raz pierwszy udało mu się odczytać to słowo, którego pięć sylab, nieco dziwacznie wyglądających na tle podniszczonej elewacji, brzmiało tak niezwykle swojsko w jego uszach. Według słów Sharon, jego matki, kiedy był małym chłopcem i przychodzili z wizytami do ciotki Catherine, nazwa ta za każdym razem go śmieszyła, więc bez przerwy ją powtarzał, niczym jakieś magiczne słowo: La Kataviva.
Skąd pochodziła? Może z Afryki, myślał kiedyś Jean, lub z Wysp Sundajskich? A może po prostu wyobraził sobie, że przypomina mu dziesiątki nazw z Mauritiusa, które tkwiły w jego pamięci, dziedzictwo po ojcu, a za jego pośrednictwem także po dziadkach, nazw dziwnych i trochę niepokojących, takich jak Tatamaka, Coromandel czy Minissy. Znacznie później ciotka Eléonore, której nigdy nie brakowało złośliwości, wyjaśniła mu, że La Kataviva to po prostu niewielka stacja kolejowa na Uralu, a budowniczy kamienicy należał zapewne do tych arystokratów, którzy od lat tęsknili za Świętą Rusią i jej przepychem. Dlatego właśnie nazwa ta została wygrawerowana złotymi literami na niebieskim tle niczym ikona. Krótko mówiąc, La Kataviva stanowiła odrębny świat.
Każde piętro reprezentowało zgoła odmienny przypadek, nieporównywalny z żadnym innym. Mimo olśniewającej nazwy kamienica budziła w Jeanie pewien lęk, ze swoją ciemną bramą i wielką żeliwną kratą z szybkami, która nigdy nie była ani całkiem zamknięta, ani otwarta, lecz zawsze lekko uchylona, jakby jakaś niewidzialna sprężyna utrzymywała ją w tej pozycji. Niekiedy korzystali z tego okoliczni kloszardzi, którzy obierali bramę na tymczasowe miejsce noclegu i spali zwinięci w kłębek na kartonach przy wejściu do pomieszczenia z kubłami na śmieci.
Jean bał się przechodzić przez bramę. Na karku czuł jakby powiew lodowatego oddechu, wydawało mu się, że czyjaś niewidzialna dłoń usiłuje go schwytać i zawlec do ciemnych piwnic, do których od dawna nikt nie schodził. Nie zatrzymując się, biegł do drugich drzwi, niegdyś ozdobionych gotyckimi witrażami, które z biegiem czasu zastąpiono szybkami z matowego żółtego szkła.
Na parterze i pierwszym piętrze znajdowały się umeblowane mieszkania do wynajęcia, nie tyle podejrzane, ile zwyczajnie byle jakie, na dwa, trzy miesiące wynajmowane przez przypadkowych ludzi, których nazwisk nikt nawet nie próbował zapamiętać. Wyższe piętra zajmowali prawdziwi mieszkańcy La Katavivy. Najpierw generał Hamon, popędliwy staruszek, kulejący na prawą nogę wskutek rany odniesionej podczas wojny w Maroku. Jean słyszał kiedyś, że generał służył za tłumacza u Lyauteya, ale nie bardzo wiedział, co by to miało znaczyć. Razem z nim mieszkała pewna Hiszpanka, wysoka brunetka, zawsze w falbaniastej sukni, z włosami ułożonymi w zalotne loczki, która mówiła niskim, niemal męskim głosem i przeraźliwie strzelała do Jeana oczami, gdy miał nieszczęście natknąć się na nią na schodach.
Wyżej mieszkali ludzie nieco bardziej zwyczajni: emerytowany lekarz ze skłonnością do whisky oraz niejaka mademoiselle Jeannette Picot, stara panna w białych skarpetkach i sandałkach, która kilka razy dziennie wyprowadzała na spacer wielkiego, niemiłosiernie brudnego psa.
Jean wchodził na schody, kierując się światłem z umieszczonego nad klatką schodową świetlika, coraz wyraźniej słysząc dźwięk, który w jego odczuciu najlepiej charakteryzował La Katavivę, a który przy wejściu do budynku był ledwie słyszalny. Z piętra na piętro dźwięk ten coraz mocniej wwiercał się Jeanowi w ucho i rozsadzał czaszkę, wypierając wszelkie inne odgłosy; było to przenikliwe ćwierkanie kanarka, którego klatkę mademoiselle Picot umieściła przy małym kuchennym oknie, wychodzącym na podest czwartego piętra. Wysoki, smutny krzyk uwięzionego ptaszka wypełniał całą klatkę schodową, a Jean miał uczucie, że głos ten ciągnie go do góry niczym korkociąg, chwyta za włosy i ciało, wlecze po schodach, z głową odrzuconą do tyłu i wzrokiem utkwionym w przeszklony świetlik.
Na klatce schodowej zawsze panowały ciemności. Krzyk kanarka mademoiselle Picot rozbrzmiewał niczym głos nadprzyrodzonego posłańca, usiłującego ostrzec przed niebezpieczeństwem, a być może przeklinającego biedę i samotność - sidła, w które mieszkańcy La Katavivy zostali schwytani podobnie jak ów uwięziony w klatce ptaszek. Dla Jeana głos kanarka mademoiselle Picot był przepojony znaczeniem, przerażał go, a zarazem kusił, każąc śpieszyć do góry, na piąte piętro, gdzie mieszkali państwo Gendre i ich głuchoniema podopieczna, Aurore de Sommerville, i dalej na poddasze, gdzie mieszkała ciotka Catherine.
Jean przychodził do La Katavivy po południu, po szkole. Wizyty te nabrały cech nawyku, wręcz rytuału. Nie wiedział dokładnie, po co właściwie odwiedza ciotkę Catherine. Może po to, aby odwlec moment powrotu do własnego domu, gdzie jego chorujący na stwardnienie rozsiane ojciec stawał się coraz bardziej trudny do wytrzymania.
Ciotka Catherine była niewidoma. Żyła samotnie na poddaszu chylącej się ku upadkowi kamienicy, a matka Jeana i inni członkowie jego rodziny, nawet sąsiedzi, uważali, że Jean to dzielny chłopiec, pełen najlepszych intencji. Ciotka Catherine żadnych pytań sobie nie stawiała. Jean był jej jedyną miłością, to wszystko. Jeana taka sytuacja w pełni zadowalała. Nie uważał się za nikogo nadzwyczajnego, a wszelka myśl o dobrych uczynkach wywoływała w nim dreszcz odrazy.
Ciotka Catherine instynktownie wyczuwała, kiedy zbliżał się moment wizyty, rozpoznawała go po pewnych odgłosach ulicznych i innych znakach, których nikt poza nią nie dostrzegał. Wstawała z fotela, wędrowała do kuchni i po omacku szykowała składniki na maczanki z chałki: kromki podsuszonego pieczywa, jajka, mleko, masło, cukier trzcinowy i laskę wanilii. Zawsze trzymała w szafce zapas chałki, którą mała Aurore codziennie jej przynosiła, wracając z zakupami dla państwa Gendre.
Kiedy Jean dwa lub trzy razy lekko pukał do drzwi, czuł ciepły zapach opiekanej w karmelu chałki. Niewidoma staruszka odgadywała moment jego przybycia, czasem nawet otwierała drzwi, zanim zdążył zapukać. Jean podejrzewał, że ostrzega ją kanarek mademoiselle Picot, który słysząc kroki na schodach, zaczynał śpiewać w szczególny sposób.
Aurore często stała na klatce schodowej, udając, że układa rzeczy w kartonach lub zamiata, ale Jean dobrze wiedział, że dziewczyna czeka, aby w przejściu rzucić mu ukradkowe spojrzenie. Czuł, że jego serce przyśpiesza, choć nigdy by się nie przyznał, że odwiedza ciotkę Catherine również po to, aby na podeście piątego piętra spotkać tę dziewczynę.
Państwo Gendre należeli do ludzi dość szczególnego rodzaju. Wiele lat spędzili w Abidżanie, gdzie pan Gendre prowadził jakieś podejrzane interesy. Wrócili do Francji po śmierci starszego brata pani Gendre, generała de Sommerville'a, a Aurore przyjechała wraz z nimi. Kiedy Jean zobaczył ją po raz pierwszy, miała trzynaście lat. Była drobną dziewczynką o wyraźnie azjatyckiej urodzie, z długimi czarnymi włosami i migdałowymi oczami. Ojciec Jeana twierdził, że Aurore jest Eurazjatką, urodzoną ze związku generała de Sommerville'a z jakąś Wietnamką, którą ten poznał podczas pobytu w Hanoi. Matka uważała, że to tylko plotki, a w rzeczywistości generał de Sommerville adoptował Aurore i sprowadził ją do Francji po przejściu na emeryturę. Jedyne, co po nim zostało, to mosiężna plakietka z wygrawerowanym ozdobnymi literami nazwiskiem de Sommerville oraz wizytówka przyklejona do skrzynki na listy państwa Gendre. Bóg jeden wie po co, skoro Aurore nigdy nie dostawała żadnej korespondencji. Jeana fascynowało to nazwisko, zwłaszcza w połączeniu z imieniem Aurore. Było zarazem tajemnicze i łatwe do zapamiętania, budziło nieokreślone marzenia. Gdy miał jedenaście lat, potajemnie oderwał wizytówkę od skrzynki i włożył do tornistra, aby zawsze mieć przy sobie nazwisko Aurore. Państwo Gendre najwyraźniej posiadali zapas wizytówek, gdyż na starej, rozlatującej się skrzynce na listy natychmiast pojawiła się kolejna.
Ciotka Catherine zawsze przyjmowała Jeana tym samym rytuałem: bez słowa uchylała drzwi i wracała do kuchni, aby dopilnować maczanek z chałki. Jean czekał w korytarzu i starał się przywyknąć do ciemności. W ręku trzymał papierową torebkę, do której jego matka włożyła jakiś podarunek dla starej ciotki: owoce, puszkę z ryżem w sosie pomidorowym lub zupę w menażce pochodzącej z czasów, gdy ojciec Jeana odbywał służbę wojskową w Malezji.
Po chwili ciotka Catherine wracała do Jeana, wyciągając do przodu ręce, aby go dotknąć. Powoli gładziła dłońmi jego twarz, obrysowując opuszkami palców czoło, brwi, oczy, nos, aż do warg i podbródka. Jej palce były chude, suche i lekkie, ledwie muskały twarz Jeana pieszczotą, która budziła w nim dreszcze. Potem odwracała dłonie wnętrzem do góry, a on bez słowa kładł na nich ręce. Za każdym razem jego serce mocno przy tym kołatało i czuł silne bicie serca starej kobiety. Była to długa, cicha, trochę dramatyczna chwila. W końcu ciotka Catherine parskała pełnym zadowolenia śmiechem, jakby cała ta sytuacja była tylko żartem. Mówiła: "No cóż, Jean, dawno cię nie było, chałka zeschła na wiór". Jean szedł do kuchni i siadał na nieco koślawym taborecie, a ciotka Catherine zsuwała mu na talerz dwie kromki maczanki. "Masz, zjedz póki ciepłe, potem będą niedobre".
Sama nie jadła. Stała obok stołu, jakby przyglądając się jedzącemu. Kiedy skończył, wkładała talerze do zlewu, puszczała trochę wody, po czym zabierała Jeana do dużego, zalanego słońcem pokoju, sadzała go na kanapie, a sama siadała w swoim ulubionym fotelu, plecami do okna, gdyż mimo ślepoty światło nadal budziło w niej lęk.
- Porozmawiajmy, dobrze? Co porabiałeś od czasu, gdy widziałam cię po raz ostatni?
Jean próbował powiedzieć coś zabawnego, ale ona była szybsza.
- Wiesz, co ostatnio słyszałam w radiu?
Opowiadała mu najnowsze wiadomości, mówiła o polityce, którą uważała za okropną, o sytuacji na Mauritiusie, o partii Gaétana Duvala, do której nie miała za grosz zaufania. O niepodległości, która budziła jej najwyższy niepokój.
- Dla tej wyspy nie ma żadnej przyszłości. Epoka kolonialna definitywnie się skończyła.
Przekazywała również rozmaite ploteczki z ulicy, które docierały do niej z piętra na piętro, skarżyła się na sąsiada, niejakiego Candelę, pijaczka pracującego jako kontroler w komunikacji miejskiej. Kiedy mówiła o sąsiadach z dołu, państwu Gendre i małej Aurore, jej głos załamywał się ze złości.
- Kiedyś będą wreszcie musieli zrozumieć, jak podle ją traktują, na co ją narażają, przecież to biedactwo nie potrafi się samo bronić, te wszystkie pieniądze, które jej ukradli, a teraz mówią, że ją zamkną w poprawczaku!
Jean słuchał jednym uchem, rozglądając się po pokoju na poddaszu, gdzie czas stanął w miejscu, niczym cofająca się fala, która pozostawia po sobie wszelkiego rodzaju śmieci, odpady, jakieś pamiątki z Rozilis, świecidełka z Indii, albumy pełne pożółkłych fotografii, sczerniałe od kurzu i starości obrazy, nikomu niepotrzebne książki.
Za każdym razem ciotka Catherine mówiła o tym, co było najbliższe jej sercu, czyli o zwierzętach, chociaż sama nie mogła ich mieć od czasu, gdy zaczęła tracić wzrok. O psach i kotach, które złodzieje sprzedawali do laboratoriów, gdzie były poddawane wiwisekcji. Opowiadała zasłyszane historie o małpach z lasu Chamarel, które jakiś biały na Mauritiusie hodował w klatkach i sprzedawał do amerykańskich i australijskich laboratoriów. "Wiesz, czemu jest takie zapotrzebowanie na te małpy? Bo Mauritius to wyspa, więc laboratoria mają pewność, że zwierzęta nie były narażone na żadne choroby z zewnątrz". Unosiła się do tego stopnia, że zapominała o swojej ślepocie. Grzebała w stertach ulotek, pozostawionych przez akwizytorów wszelkiej maści. "Spójrz na to nieszczęsne zwierzę, któremu włożono rurkę do woreczka żółciowego, żeby bezpośrednio pobierać wydzielinę. Przecież ta małpa żyje, siedzi zamknięta w klatce, ze związanymi łapami, żeby nie mogła się ruszać, z ciasną obrożą na szyi!"
Jean pobieżnie przeglądał koślawe, odbite na powielaczu rysunki, a Catherine wodziła po nich chudymi, długimi palcami, jakby próbowała ogarnąć całą ich grozę. "Jesteś młody, musisz coś z tym zrobić, spotkać się z tym panem na Mauritiusie i uwolnić wszystkie małpy, obiecaj mi".
Jean obiecywał, a niemoc ciotki Catherine sprawiała, że łzy napływały mu do oczu.
Nadchodziła pora herbaty. Z czasów swojego pobytu w Rozilis Catherine zachowała wielki chiński imbryk w wiklinowym koszyku wyściełanym szkarłatną satyną, który wedle jej słów od zarania dziejów należał do rodziny Marro. Używała go tylko do przygotowywania herbaty dla Jeana, co stanowiło prawdziwy ceremoniał.
Jean nastawiał wodę w pogiętym czajniku, na niewiarygodnie brudnej kuchence gazowej, do której przywarły resztki tłuszczu. Czajnik szumiał, a Jean oznajmiał: "Dilo się gotuje". Catherine nalewała wody do imbryka i zaparzała liście herbaty waniliowej. Nie miała lodówki, więc mleko było zawsze lekko skwaśniałe. Zresztą ciotka Catherine nie cierpiała mleka w żadnej postaci. Węchem odnajdowała jego resztki z poprzedniego dnia i wylewała je do zlewu z komentarzem: "Sam widzisz, co za obrzydliwość!", stawiając akcent na ostatnim słowie. Zazwyczaj używała mleka w proszku.
Mimo wszystko herbata ciotki Catherine była niewiarygodnie pyszna, łagodna i aromatyczna, a zarazem mocna, niemal odurzająca, nie mdląca jak u ciotki Eléonore ani lurowata jak w modnych herbaciarniach. W dusznym, oświetlonym jesiennym słońcem pokoju, herbata ciotki Catherine pobudzała do marzeń. Jean z wolna osuwał się na sofie, przeglądając słowniki. Ciotka miała zwyczaj pić herbatę w milczeniu. Jean widział jej sylwetkę pod światło, słońce podkreślało blask jej kruczoczarnych włosów i rysy twarzy z wystającymi jak u Azjatki kośćmi policzkowymi. Taki właśnie jej obraz, który znał od jakże dawna, pragnął zachować w pamięci, obraz starej, chudej kobiety, siedzącej plecami do okna, wyprostowanej, czujnej, milczącej, podczas gdy para z imbryka kreśliła esy-floresy aż do sufitu. Właśnie tutaj, w tym pokoju, dowiedział się wszystkiego o Mauritiusie, o rodzinie Marro i o Rozilis.
*
Pamięć ciotki była bez dna. Podczas każdej wizyty Jeana Catherine powracała do tej samej formuły i od niej zaczynała opowieść: "Kiedyś w Rozilis, gdy byłam w twoim wieku...". To było bardzo dawno, Jean nawet nie potrafił policzyć, może pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat temu. Jak wszystkie wojny z dawnych lat, kiedy świat był jeszcze niewinny. Opowiadała o państwu Marro, o swojej siostrze Mathilde, którą nazywała Maud. Jean był jedyną osobą, do której Catherine mówiła w ten sposób. Nigdy niczego nie opowiadała ojcu Jeana, choć przecież był jej rodzonym siostrzeńcem, ani po prostu nikomu. Inni nie byliby w stanie zrozumieć. Albo nie byli warci, aby im cokolwiek opowiadać. Wybrała Jeana, któremu postanowiła przekazać swoją pamięć.
Posiadała niewyczerpane skarby, nie tylko w postaci słów, ale i przedmiotów - odłamki kości, kamyki, opiłowane fragmenty żelastwa, różnego rodzaju śmieci, które wyciągała z głębi szuflad i pokazywała jeden po drugim, niczym klucze pozwalające zrozumieć tajemnice przeszłości. Czasem odnajdywała śliczne bibeloty: pieska z brązu, który jej ojcu służył za przycisk do papieru, ciężkie, czerwonobrunatne, kunsztownie grawerowane jajo, przywiezione z Indii. Lornetkę, należącą niegdyś do Jeana Eudes'a Marro, pierwszego z rodu Marro, który przybył na Ile de France. Popsuty zegarek, kałamarz z napisem: "Panu Charles'owi Marro - wdzięczna ludność wyspy Reunion, 1860"; Catherine tłumaczyła: "Podczas wielkiej epidemii ospy dziadek leczył chorych w szpitalu Boucan Canot na wyspie Reunion, a potem na Mauritiusie". Ciotka gładziła palcami wszystkie te przedmioty, kładła je na stole obok imbryka z herbatą, a Jean odczekiwał chwilę, po czym lekko ich dotykał, chcąc poczuć ciepło, jakie z nich emanowało, dostrzec odległy poblask, jakby pochodzący z innego świata.
- Kiedyś w Rozilis dzień zaczynał się bardzo wcześnie, o świcie, pewnie koło piątej rano, ale dokładnie nie wiedzieliśmy, bo nie mieliśmy zegarków. Nie było żadnego sygnału, żadnego dzwonu, który by wyciągał robotników z łóżek. Dziadek Charles tego nie cierpiał. Nienawidził wszystkiego, co przypominało czasy niewolnictwa: gwizdków, poganiaczy, nadzorców, apeli, dowodów tożsamości z nazwiskiem i zdjęciem każdego hinduskiego pracownika, tego wszystkiego, co wynaleźli Anglicy. Dziadek Charles mawiał: "Nie jestem Foucherem". Był niewysoki i szczupły, tak samo jak ty czy ja, w rodzinie Marro nikt nigdy nie wyglądał na obżartucha. Miał długą, chudą szyję przypominającą szyję żółwia, zresztą tak właśnie go nazywano, choć on nic o tym nie wiedział, za plecami mówiono na niego Żółwik. Maud i ja odwiedzałyśmy go po lekcjach. Zawsze siedział na werandzie, gdzie przyjmował gości z Beau Bassin i Rose Hill, którzy przychodzili do niego po radę, a może chcąc pożyczyć parę groszy, gdyż miał reputację człowieka bardzo hojnego, babcia Lise bez przerwy się na to skarżyła, twierdząc, że kiedyś pójdziemy z torbami, no i sam widzisz, wcale się nie pomyliła.
Ciotka Catherine na chwilę przerywała, żeby się napić herbaty. Na talerzyku leżały herbatniki, zawsze te same, których nigdy nie tykała, Jean również nie brał ich do ust, domyślając się, jak bardzo są nieświeże.
- Dziadek Charles budził w nas niekłamany respekt. Był tak strasznie stary, osobiście znał swojego dziadka, który przybył na Mauritiusa w czasach Wielkiej Rewolucji, nawet dzisiaj trudno mi w to uwierzyć. Mówił do nas w trzeciej osobie, tak jak niegdyś zwracano się do dzieci. Maud była nieśmiała, chowała się za mną, a ponieważ była drobnej budowy, wszyscy sądzili, że jest ode mnie młodsza o cztery lata, podczas gdy w rzeczywistości byłyśmy niemal równolatkami, zaledwie rok różnicy. Czy mówiłam ci, że obie urodziłyśmy się w kwietniu, podczas huraganowej nocy?
Jean lubił trzymać w ręku kałamarz z brązu, który kiedyś należał do Charles'a Marro. Może dziadek zanurzał w nim pióro, gdy pisał listy do przyjaciół lub rysował plany tartaku w Eb?ne, który miał być napędzany wodą z rzeki Cascades, zanim Rozilis popadło w ruinę. Przyglądał się najdrobniejszym śladom, plamom z atramentu, literom wygrawerowanym na podstawie, "Panu Charles'owi Marro", rozmyślając nad tym, co mu opowiadała ciotka Catherine, jak to pod koniec epidemii w 1859 roku wrzucano zwłoki do wielkich, wypełnionych wapnem dołów na polach trzciny cukrowej, jak zapanowała powszechna panika, a armia angielska otoczyła dzielnice Murzynów i Hindusów w Plaine Verte i w Vallée Pitot. Podczas podróży na Reunion Charles poznał Lise Lerun, która wraz z ojcem przybyła tam z Francji. Pobrali się rok później. Lise miała wówczas zaledwie siedemnaście lat. Nadano jej przydomek d'Arzano, od nazwy miejscowości w Bretanii, z której pochodziła.
Pamięć Catherine była przepastna. Ciotka mogła mówić godzinami, niemal bez przerwy, cichym głosem, jakby przemawiała do samej siebie: "Kiedyś, w czasach Rozilis...". Siedziała z rękoma na kolanach, trzymając się prosto, z głową nieco przekrzywioną, jak wszyscy ci, którzy żyją wyobraźnią. Pokój na poddaszu wypełniał się dźwiękami, barwami, ruchem. "Mieliśmy ogromny ogród, dzisiaj uchodziłby za park, który w naszych oczach był wielki jak świat, ciągnął się od wąwozu rzeki Plaines Wilhelms na północy po Eb?ne na południu, wodospad był tak blisko, że przy wietrznej pogodzie było go słychać, za Eb?ne zaś po sam horyzont rozpościerały się pola trzciny cukrowej, z których gdzieniegdzie wystawały kominy, z daleka przypominające latarnie morskie, Minissy, Valetta, Saint Jean, Bagatelle... Po huraganie w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim roku ojciec posadził ciągnącą się aż do wąwozów aleję palm olejowych, a dzieci co roku zapuszczały się coraz dalej, coraz bardziej na północ, nigdy jednak nie ośmieliły się wejść na obszar zwany Krańcem Świata, w głębi lasu, gdzie spotykały się wszystkie rzeki i wodospady. W letnie wieczory wszędzie panował spokój, z oddali dochodziło sapanie pociągu, który wspinał się po zboczu Le Pouce w kierunku Moka, słychać było gwizd lokomotywy, gdy pociąg wjeżdżał na stację w Réduit. Na ten sygnał obie z Maud rzucałyśmy się biegiem aleją palm olejowych, żeby złapać chłopców, pokrytych kurzem od długiego marszu, którzy szli drogą jeden za drugim, od największego do najmniejszego: twój dziadek Hervé, za nim Gildas, a na końcu Simon, który nieco powłóczył nogą. Byli zmęczeni taszczeniem tornistrów, żar lał się z nieba, a my, dziewczęta, chowałyśmy się za krzakami, rzucałyśmy w nich kamykami i gdakałyśmy jak kury. Maud trochę się bała braci i skrywała za moimi plecami, a chłopcy świetnie wiedzieli, że tam jesteśmy, też w nas rzucali kamykami i nasionami, wykrzykiwali obelżywe słowa, kłócąc się niczym rozzłoszczone szpaki".
No i język kreolski, którego Catherine nigdy nie zapomniała. Słowa, w naturalny sposób przychodzące jej na usta, mieszały się ze smakiem maczanki z chałki i zapachem herbaty waniliowej, melodia słów, która w Jeanie budziła wspomnienia z czasów dzieciństwa, gdy przychodził z matką do La Katavivy, a ciotka Catherine śpiewała mu piosenki i zadawała zagadki. Jeanowi, który nie znał swojej babki, wydawało się to niesłychanie odległe, ale słowa, wypowiadane po kreolsku w tym dusznym pokoju na poddaszu, przenosiły go na werandę w Rozilis, jakby kiedyś tam mieszkał, jakby jego obecne życie było tylko chwilowe, jakby kiedyś miał tam wrócić. Dileau dibout, dileau coucé, piti batt maman, piti couma piti, li fer coné tou so puissans, li porté so noyo dihor parey coco. Dewizą Catherine było Napas fer narien, a raczej Ki pé fer? Słowa te, które powtarzała zawsze, gdy pojawiały się kłopoty, pozwoliły jej przejść przez życie i pozostać taką, jaka była w wieku lat dwudziestu, szczupła i prosta, bez złudzeń, ale i bez goryczy.
Wszyscy uważali, że Catherine jest złośliwa. Sharon, matka Jeana, wspominała, że trzęsła się ze strachu, kiedy Raymond Marro po raz pierwszy przedstawił ją ciotce. W tamtych czasach Catherine mieszkała z Mathilde na parterze willi w Joinville, w towarzystwie gromady półdzikich kotów i psa rasy bokser, który należał do jej siostry. Jean Charles Marro, dziadek Raymonda, jeszcze żył, choć ruina finansowa mocno nadwątliła jego zdrowie; nie wychodził z pokoju, zdany na opiekę córek. Pojawiła się Catherine, ponura i surowa, niczym zjawa o stalowoszarych oczach, i spojrzała tak bacznym wzrokiem, że twarz Sharon pokryła się rumieńcem. Potem ją ucałowała, a widząc, w jakim dziewczyna jest stanie, zaczęła mówić bardzo łagodnym tonem; wówczas ojciec Jeana po raz pierwszy usłyszał, jak Catherine prawi komuś komplementy. "Jesteś doprawdy urocza!" Reszta rozmowy była pełna napięcia, Raymond opowiadał o swoich planach założenia plantacji kauczukowca w Malezji i że pójdzie na wcześniejszą emeryturę, aby mieć więcej czasu, a ciotka Catherine odpowiedziała tylko wiele mówiącym "No i?". To wszystko było już przeszłością.
Jean nigdy nie odczuwał wobec niej lęku. Między nimi od samego początku zapanowało coś w rodzaju paktu zaufania, którym nic nie potrafiło zachwiać. On nie zadawał żadnych pytań, ona niczego nie oczekiwała. Po raz pierwszy w życiu Catherine nie ponosiła żadnej odpowiedzialności, nikt bezpośrednio od niej nie zależał. Kiedy straciła wzrok, nie zaczęła wykorzystywać swojej ślepoty, żeby na kogokolwiek wywierać nacisk, odrzuciła propozycję siostrzeńca, aby przenieść się do domu opieki, gdzie miałaby codzienną pomoc. Zresztą w ogóle nie przyjmowała do wiadomości, że oślepła. Mówiła: "Po prostu mam słaby wzrok, to wszystko". Udawała, że widzi światło, rozróżnia sylwetki. Czasem wychodziła na dwór, wcześnie rano, kiedy na ulicach było jeszcze pusto, z długą bambusową laską, wyglądającą jak kij pasterski, która pozwalała jej iść bez oddalania się od ścian domów i krawężników. Szła wzdłuż linii kolejowej aż do mostu, wchodziła do sklepów, których położenie określała według liczby kroków, kupowała parę drobiazgów - papier listowy, sznurowadła, nici, różne rzeczy - których i tak nigdy nie używała. Czasami, gdy pani Gendre wyraziła zgodę, w zakupach towarzyszyła jej Aurore, która brała ją pod ramię i prowadziła do sklepu. Catherine nigdy by się nie zgodziła, żeby opiekował się nią Jean. Nie chciała, aby żywił do niej uczucie choć trochę zbliżone do litości. W dni, kiedy Jean przychodził z wizytą, całe popołudnie poświęcała na podwieczorek i pogawędkę, jak się należy między starymi przyjaciółmi. Jean bardzo sobie cenił, że tak wiekowa osoba rozmawia z nim jak równy z równym.
Zresztą ciotka Catherine rzadko wspominała o łączących ich więzach rodzinnych. Zapewne dzięki swojej ślepocie potrafiła zapomnieć o różnicy wieku i nie zwracać uwagi na to, że Jean jest jej ciotecznym wnukiem i dzieli ich przepaść spędzonych na tym świecie lat.
Z zamkniętymi oczami powracała do wspomnień z dzieciństwa. Mówiła jakby sama do siebie, powoli, czystym głosem, który zawsze zdumiewał Jeana; wydawało się, że w tym zniszczonym mieszkaniu, z dala od wszystkiego, w samym sercu złego, obojętnego miasta, spod powłoki starej, pomarszczonej, schorowanej kobiety wyłania się świeży, miękki obłoczek, niewidoczny i pełen uroku, nietknięta dusza małej dziewczynki, biegnącej na bosaka przez ogród w towarzystwie swojej siostry Mathilde w pogoni za szpakami.
- Nie masz pojęcia, ile w Eb?ne było ptaków... Wszystkie bez przerwy śpiewały. Zuchwałe żółte bengaliki, czerwone kardynały i te z czubkiem, drozdy. Gdziekolwiek szliśmy, leciały za nami, podfruwając z gałęzi na gałąź, zaczepiając nas, zupełnie nie zwracając uwagi na koty. Kotów nie znosiłam, były moimi największymi wrogami; choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, w Rozilis nie było ani jednego kota, bo mama cierpiała na astmę, ale koty z sąsiedztwa zawsze się pojawiały w ślad za ptakami... Znałam wszystkie miejscowe ptaki, potrafiłam naśladować ich głosy, a one mi odpowiadały. Był taki duży czerwony kardynał z czarnym łebkiem, siadał na gałęzi tamaryndowca przed domem, pogwizdywał niskim tonem, wyśpiewując ciche trele, ćwir, ćwir, po czym przechodził do wyższych tonów, jakby kogoś nawoływał, ledwo otwierając dziobek i wykrzykując twit, twit, twit, a ja mu odpowiadałam. Ale tak naprawdę czekał na tatę. Czasami po południu, wracając z miasta, tata szedł ścieżką aż do polanki, wyciągał rękę z ziarnami prosa lub z kawałkiem ciasta z gujawy i czekał bez ruchu, a kardynał zbliżał się powolutku, przeskakując z gałęzi na gałąź, po czym siadał mu na dłoni i zaczynał jeść. Chyba nigdy nie widziałam czegoś równie ślicznego, mój wysoki, potężnie zbudowany tata, a na jego dłoni ten maleńki czerwony ptaszek, jedzący mu z ręki.
Jej głos był młody, przepełniony śmiechem, a Jean nagle czuł się stary, zmęczony, jakby zamienił się z nią na dusze, złapany w potrzask tego miasta, ryku samochodów i klaksonów, zgrzytu wjeżdżającego na stację pociągu, brutalnej, straszliwej rzeczywistości, głosu pana Gendre krzyczącego na Aurore, wrzasków ze szkoły, nadciągającego letniego upału, całego tego ciężaru, który nie pozwalał mu się ruszać, wytrącał z marzeń, przygważdżał do ziemi. Jean przychodził do ciotki Catherine, słuchał jej zabawnych historyjek, dziecięcego głosu, śpiewnego akcentu - wreszcie mógł uciec od rzeczywistości, pogrążyć się w świecie Rozilis.
Oddałby wszystko, żeby choć godzinę przeżyć w czasach Rozilis. Nie mieć przed sobą przyszłości podobnej do wsysającej otchłani, obowiązku dorośnięcia, zrobienia kariery, osiągnięcia sukcesu, stania się mężczyzną.
Wszystko o czym opowiadała ciotka Catherine, ptasie trele, ogród ciągnący się aż do Krańca Świata, po którym biegała na bosaka z Mathilde, wąwóz ze strumieniem Affouche, namoknięte od rosy, pokryte kroplami wody liście, noc, wiatr poruszający tiulowymi firankami, rechot żab i bzyczenie komarów, to wszystko gdzieś istniało, było bardziej prawdziwe od świata realnego, zawierało w sobie sedno wieczności.
- Kiedyś w Rozilis - podejmowała Catherine - co rano budziły nas turkawki. Najpierw po cichu, pierwsza zaczyna wiercić się w liściach rosnącego pod oknem bananowca, zaledwie świta, a one się już budzą, Maud i ja leżymy bez ruchu w łóżkach, czekając, co będą dalej robić; turkawki kręcą się, otrzepują piórka, jedna wydaje pierwsze gruchnięcie, grrr, grrr, druga jej odpowiada gdzieś w półmroku, grrrrrrr..., i jeszcze jedna, i następna, bliziutko, tuż za oknem, tak blisko, że niemal ją czuję na policzku, czuję ciepło jej piórek, grucha coraz głośniej, i nagle wszystkie zaczynają głośno krzyczeć, jakby ktoś włączył silnik, słychać szelest piórek, można by sądzić, że nadciąga burza i szumi wiatr, a noc nagle odchodzi...
Ciotka Catherine zawsze siedziała wyprostowana w fotelu, z głową lekko obróconą w bok, wyglądała, jakby płynęła w szarym powietrzu pokoju, unoszona swoimi wspomnieniami.
- Najbardziej kocham tę muzykę, nadal ją słyszę, leżę w łóżku, patrzę na otwarte okno z drżącą od wiatru moskitierą, Maud zasnęła mimo krzyków turkawek, nie boi się, kiedy trzymam ją za rękę, z nieba napływa muzyka, ciągłe gruchanie od czasu do czasu przerywane przez wysoki krzyk, rodzaj skargi, turkawki są takie małe i niewinne jak Maud, boją się wstającego dnia, a jednocześnie radują promieniami słońca, za chwilę sfruną z drzew i trzepocząc skrzydłami, polecą nad dachem, prosto na pola trzciny cukrowej, w górę płynących wąwozami rzek... jak też one się nazywają, te wszystkie rzeki wokół Rozilis... S?che, Cascades, Vaucluse, Mesnil, Eb?ne, Tatamaka, Magrapoule, Valetta, Simathe, Magando, Bombay...
Wypowiadała te nazwy, jakby były najważniejsze na świecie, jakby właśnie w tej chwili frunęła z ptakami wzdłuż rzek i strumieni, nad zielonymi łanami trzciny cukrowej, oczami ptaków patrząc na każdy wzgórek, każdą drogę pokrytą czerwoną ziemią, każdy komin. Dla Jeana te nazwy również były znajome, jakby się wśród nich urodził.
Ciotka Catherine nie zdawała sobie sprawy, że zapada noc. Jean nie ośmielał się wstać i włączyć światło. Zresztą niemal wszystkie żarówki były przepalone i nie miał kto ich wymienić. Było lato, dni stały się długie, nawet przy zapadającym zmroku było jeszcze widno. Zachodzące słońce złociło ściany pokoju. Później nad miastem pojawiało się światło latarni, przez okna wpadał nieco smutny różowy blask. A może żarówki są niepotrzebne, zastanawiał się Jean. Czy tak właśnie było w czasach Rozilis? Wieczorami w wielkiej jadalni zapalano lampę naftową, w której płomieniu ginęły latające mrówki. I to wszystko.
Jean próbował żyć podobnie jak ciotka Catherine. Kiedy wracał do domu, nie szedł do swojego pokoju, tylko krążył po mieszkaniu, nie zapalając światła. Starał się zapamiętać usytuowanie mebli i drzwi. Którejś nocy ojciec spotkał go w korytarzyku prowadzącym do toalety, zaświecił w jego kierunku latarką.
- Co tu robisz po ciemku?
Oślepiony światłem latarki Jean stał bez ruchu, mrugając oczami.
- Jesteś lunatykiem?
Jean wrócił wściekły do łóżka. Ojciec musiał o tym wspomnieć matce, gdyż nazajutrz Sharon zapytała Jeana niespokojnym tonem:
- Od dawna masz zwyczaj spacerować po nocy?
Jean wzruszył ramionami.
- Nie wiem, chyba tak, od dawna.
- A pamiętasz, co wtedy robisz? Pamiętasz, czy wychodzisz czasem na dwór, nikomu o tym nie mówiąc?
Na co Jean odparł:
- Nie, nie wychodzę. Po prostu łażę po korytarzu, kiedy nie mogę zasnąć.
- Ale dlaczego nie zapalasz światła? Przestraszyłeś nas...
A Jean odpowiedział:
- Trenuję, to wszystko.
Od wypadku ojciec miał słabe nerwy. Bezczynność wywoływała w nim niepokój i złość. Jednocześnie Jean czuł do niego głęboki szacunek za rozliczne przygody, jakie przeżył w Malezji, życie, jakie pragnął rozpocząć z żoną w Ipoh, późniejszą klęskę, za to wszystko, o czym nigdy nie chciał mówić.
Jean postanowił zmienić zasady swojej egzystencji. Teraz w drodze do szkoły starał się iść z zamkniętymi oczami. Któregoś dnia zakleił sobie powieki kawałkami plastra. Szedł po ulicy równym krokiem, lewym ramieniem przyciskając do biodra książki i zeszyty, z prawą ręką wyciągniętą do przodu. Na pamięć znał wszystkie przeszkody: latarnie, słupy, stragany, zaparkowane na chodniku rowery i skutery. Między ulicą Béri a szkołą było siedem skrzyżowań, niektóre z nich dość niebezpieczne.
W żadnym razie nie mógłby prosić kogokolwiek o pomoc. Przecież ciotka Catherine nikogo o nic nie prosiła. Musiał czekać na przejściu dla pieszych, uważnie nasłuchując. Kiedy szum jadących samochodów na chwilę milkł i pojawiał się warkot silników aut ruszających z przecznicy, Jean bez wahania rzucał się do przodu, jak człowiek, który widzi. Raz Martial, który zwykle dołączał do niego w drodze do szkoły, zapytał: "Co ci się stało z oczami?". Jean lakonicznie odpowiedział: "Nic, to tylko eksperyment". Przez jakiś czas Martial szedł obok, wreszcie Jean go przepędził. "Przeszkadzasz mi". Martial tylko rzucił uwagę: "Zwariowałeś, ktoś cię przejedzie".
Na lekcji historii Jean starał się słuchać z zamkniętymi oczami. Odkrył, że ciemność wzmaga jego uwagę. Czyhał na każde słowo nauczyciela, czuł powstające i rozwijające się zdania, które w nim wibrowały jak melodia piosenki, zapisując się głęboko w pamięci. Po zakończeniu lekcji mógł odtworzyć wszystko, o czym mówił nauczyciel, nawet odgłosy ulicy i trzeszczenie krzeseł kolegów. Ale to doświadczenie było wyczerpujące.
Pogłoski o jego eksperymencie szybko się rozeszły i wzbudziły śmiech wśród kolegów z klasy. Jean musiał przerwać próby, a wezwanie do gabinetu dyrektora postawiło kropkę nad i. "Uczeń Jean Marro. Twoje postępowanie jest nie tylko głupie i pozbawione sensu, ale ponadto niepotrzebnie rozprasza kolegów".
Sharon przyszła do dyrektora, żeby bronić syna - groźbę usunięcia ze szkoły zastąpiła zwykła nagana. Ojciec Jeana nie miał o niczym pojęcia. "Nigdy więcej tego nie rób, Jean, pamiętaj, że tata jest bardzo chory, musisz o nim myśleć". Po zawale Raymond Marro miał kłopoty z sercem. Kiedy wrócił z Malezji, gdzie wszystko utracił na skutek wojny z CT (Jean słyszał, jak ojciec mówi "siti", któregoś dnia wreszcie zrozumiał: communist terrorists), jego organizm nie wytrzymał. Cała ta historia, której Jean słuchał jednym uchem, była mu znana od dzieciństwa, historia, która wszystko wyjaśniała: brak pieniędzy, przygnębienie i uporczywe milczenie ojca, mur, jaki wokół nich wyrósł. Raz tylko, podczas rozmowy o Indochinach czy Madagaskarze, ojciec wyraził swoje zdanie. Powiedział: "Kolonializm to największa hańba naszych czasów". I tyle. Takie stwierdzenie, wypowiedziane przez oficera armii brytyjskiej, miało swoją wagę.
Jean ograniczył więc eksperyment do ćwiczeń bez świadków, we własnym pokoju lub na klatce schodowej. W tym również czasie opracował urządzenie, rodzaj komórki fotoelektrycznej, której sygnały miały być przesyłane do nerwu ocznego. Marzył, że wypróbuje swoje "oko cyklopa" na ciotce, włoży jej na głowę kask z urządzeniem przymocowanym na środku czoła, Catherine podejdzie powoli do okna w salonie, przez długą chwilę będzie stać bez ruchu z lekko rozłożonymi ramionami, po czym nagle, w odruchu młodzieńczej radości zakrzyknie: "Bogu niech będą dzięki! Widzę! Widzę prostokąt światła, widzę wszystko! Słońce, niebo, domy naprzeciwko!".
Jean wiedział, że tak właśnie zabrzmią jej słowa, zwłaszcza pewien był zdania "Bogu niech będą dzięki!". Wiedział również, że urządzenie będzie wymagać dopracowania, wymiany części połączeń, zwiększenia liczby detektorów, z których każdy będzie przekazywać inne pasmo widma, żeby w końcu ze świetlnej mgły, jak zza zaparowanej szyby, wyłoniły się sylwetki ludzi, ich twarze, żeby wszystko było jak kiedyś, w czasach Rozilis, żeby wraz ze wzrokiem Catherine odzyskała życie.
Aurore de Sommerville miała tylko dwa lata więcej niż Jean, ale sprawiała wrażenie dużo starszej, odległej, jak ktoś, kto wiele przeżył, dorosła kobieta, zarazem pociągająca i budząca lęk, która definitywnie opuściła świat dzieciństwa.
Była w niej jakaś tajemnica, którą od razu dostrzegł, gdy tylko zaczął przychodzić do La Katavivy. Ojciec Jeana twierdził, że urodziła się w Hanoi i nikt nie znał jej matki. Kiedy generał de Sommerville wyjechał z Indochin, kilka lat przed klęską Francji, zabrał ze sobą tę małą głuchoniemą dziewczynkę, którą rzekomo adoptował, ale wszyscy sądzili, że jest jego biologiczną córką. Po śmierci generała do jego mieszkania sprowadziła się siostra wraz z panem Gendre i Aurore została z nimi, ale opowieści rodziców Jeana przywodziły na myśl bajkę o Kopciuszku. Aurore de Sommerville miała być służącą tych strasznych ludzi, którzy okropnie ją traktowali, wykorzystując fakt, że nie może się poskarżyć. Nie chodziła do szkoły, nigdy nie opuszczała domu, chyba żeby towarzyszyć Catherine Marro w zakupach lub zarobić parę groszy sprzątaniem. Żyła zamknięta w tym wielkim mieszkaniu, dzika i milcząca, miała wzrok ściganego zwierzęcia. Jean odgadywał, że dzieje się tam coś strasznego, nie wiedział co, ale coś złego i okropnego. Na tym właśnie polegała jej tajemnica.
Była niewysokiego wzrostu. Pewnego dnia, mijając ją na podeście piątego piętra, Jean odkrył, że jest od niej o kilkanaście centymetrów wyższy. Ale miała taki sposób bycia, patrzenia, który przywodził na myśl osobę dorosłą.
Jean nie pamiętał, jak i kiedy zakochał się w Aurore. Zawsze widział w niej młodą dziewczynę, dziką i milczącą. Niejasno pamiętał, że kiedyś, jeszcze za życia generała, zobaczył małą, cherlawą dziewuszkę z warkoczami, ubraną w fartuszek, stojącą w grupie dorosłych przy drzwiach do mieszkania, zwykłą szarą myszkę. Ponownie ujrzał ją wiele lat później, kiedy zaczął regularnie odwiedzać ciotkę Catherine.
Tymczasem Aurore nieco się oswoiła. Niekiedy przystawała na schodach, patrzyła na Jeana nieobecnym wzrokiem, na pół skryta w ciemnym korytarzu, próbując coś powiedzieć przy pomocy gestów. Jean trochę się jej obawiał, choć zarazem jej twarz i dziwne zachowanie bardzo go pociągały. Stopniowo do niej przywykł, czasem mówił parę słów, które ona odczytywała z ruchów warg, ale nie był pewien, czy go rozumie.
Za pierwszym razem, gdy do niego podeszła, bardzo blisko, z głową nieco pochyloną do przodu, trzymała coś w zamkniętych dłoniach na brzuchu, a kiedy otworzyła ręce, zobaczył żółtą puchatą kulkę, malutkiego kurczaczka. Była Wielkanoc, ze wsi przyjechali chłopi, rozstawili stoiska pod filarami wiaduktu kolejowego i sprzedawali warzywa, jajka, żywe króliki, a jeden z nich ofiarował Aurore kurczątko.
Aurore jaśniała radością, po raz pierwszy Jean widział ją uśmiechniętą. W obu dłoniach trzymała kurczaczka, który zaczął wstawać, a z jego półotwartego dziobka dochodziły ciche piski. Aurore próbowała coś do niego powiedzieć, lecz z jej otwartych ust wydostawał się raczej syk węża niż ćwierkanie. Widok ten mocno Jeana poruszył.
Nigdy by się nie zgodził z tymi, którzy twierdzili, że Aurore jest nienormalna. Może nie tyle nienormalna, ile prostoduszna, bez jednej klepki, troszkę upośledzona. Któregoś dnia usłyszał, jak rodzice tymi właśnie słowami określają Aurore, rozmawiając o jej złym traktowaniu przez państwa Gendre, bez złośliwości, ale ze szczyptą współczucia, co wydało mu się nieznośne. Zaczął krzyczeć: "To nieprawda, nieprawda, przestańcie kłamać!", tak wściekle i tak łamiącym się głosem, że rodzice natychmiast zamilkli, a później matka przyszła do pokoju Jeana, żeby go przeprosić, a jemu było za nią wstyd.
Aurore miała buzię w kształcie serca, ładne usta o czerwonych wargach, wystające kości policzkowe, ale Jean przede wszystkim kochał jej oczy, czarne jak agaty, skośne, cudownie wyciągnięte w kierunku skroni, o wyraźnie zarysowanych konturach, i ten jej błyszczący, a zarazem nieprzenikniony wzrok, jakże zgodny z naturą agatu. Czasami, kiedy ją spotykał, była ubrana jak na bal, w wietnamską krwistoczerwoną suknię, z umalowaną twarzą i falą czarnych włosów opadającą na ramiona. Kiedy indziej powracała do wyglądu szarej, niepozornej służącej, zgaszonej i smutnej. Jean nie rozumiał przyczyny tych przemian. Wyobrażał sobie, że Aurore stroi się na jakieś sekretne uroczystości, a potem jak Kopciuszek spędza długie dni na wykonywaniu prac nakazanych przez macochę.
Od czasu historii z kurczaczkiem Jean żył w oczekiwaniu na przypadkowe spotkania na podeście piątego piętra. Tylko raz spotkał Aurore na ulicy Reine-Jeanne, niedaleko wiaduktu kolejowego. Nie wracała z zakupów. Miała dziwny wyraz twarzy, zarazem przestraszony i niecierpliwy. Na widok Jeana uśmiechnęła się. Wokół warczały samochody, zgrzytały koła jadącego przez wiadukt pociągu, nad ulicą unosiła się mgiełka niebieskich spalin. Aurore jaśniała w słońcu. Była ubrana w swoją krwistoczerwoną suknię, jej ostro umalowana twarz lśniła jak księżyc. Z bijącym sercem Jean zbliżył się, a Aurore zrobiła coś absolutnie niewiarygodnego - pocałowała go. Zaledwie lekkie muśnięcie ust na policzku, lecz przez chwilę Jean poczuł dotyk jej ciała, kosmyki włosów przesuwające się po jego ustach, jakby słodki zapach trawy, jej twarz tak blisko jego twarzy, zapach pudru ryżowego na jej policzkach. Jej skóra była zupełnie gładka, brwi wyskubane, wargi pokryte siateczką pionowych zmarszczek. Przez krótką chwilę widział ją z bliska, jak nigdy przedtem, wdychał zapach jej skóry i jedwabnej sukni, zapamiętywał idealny rysunek jej powiek, ciemną kreskę wokół oczu, kończącą się na fałdkach w wewnętrznych kącikach, a przede wszystkim kolor jej oczu, atramentowoczarne tęczówki, w których dostrzegał własne odbicie.
- Jak się czuje twój kurczaczek?
Zadając pytanie, złożył dłonie, jakby w nich coś trzymał. Jeszcze raz się uśmiechnęła i zrobiła gest, jakby coś wyrzucała. Jean nie zrozumiał, pomyślał, że kurczaczek zgubił się lub został pożarty przez jednego z rozlicznych kotów, dokarmianych przez mademoiselle Picot.
Przez chwilę stali nieruchomo na skraju chodnika, otoczeni szumem samochodów, którego Aurore nie mogła słyszeć. Słońce rozświetlało jej włosy, sypało iskrami. Przechodnie rzucali ukradkowe spojrzenia na tę niezwykłą, ubraną jak chińska lalka dziewczynę i na stojącego obok niej chłopca, którzy wyglądali, jakby czekali na autobus, pociąg czy Bóg wie co jeszcze. Potem nadszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w eleganckim jasnoszarym garniturze z dwurzędową marynarką, mężczyzna, w którym Jean instynktownie rozpoznał wojskowego. Podszedł do Aurore. W ręku trzymał bukiecik kwiatów. Patrzył tylko na nią, nie rzucając ani jednego spojrzenia na chłopca, który niezgrabnie stał na skraju chodnika. Wziął Aurore pod rękę i odeszli, zginęli w tłumie. Po raz pierwszy Jean poczuł ukłucie w sercu. W ułamku sekundy zrozumiał, że Aurore mu się wymyka, wyjedzie z tym mężczyzną, porzuci La Katavivę i zniknie na zawsze.
*
Szkoła dla chłopców była kamiennym, brudnym więzieniem, zbudowanym wokół pokrytego asfaltem dziedzińca, na którym rosły wysokie kasztanowce. Kiedy Jean przyszedł tu po raz pierwszy, mając zaledwie osiem lat, po rocznym pobycie w Ipoh w Malezji, zrozumiał, że jego życie nigdy już nie będzie takie samo. Tutaj panowała niemal nieustanna wojna.
Malcy z najniższych klas przechodzili przez dziedziniec z głową wciśniętą między ramiona, gotowi na wszelkie niebezpieczeństwa. Podczas dużej przerwy, o dziesiątej, z budynku wylewał się tłum, dwa tysiące uczniów nadbiegających ze wszystkich stron, z klas na parterze, z sali gimnastycznej, z warsztatów w piwnicach, z wyższych pięter, stada chłopaków w najróżniejszym wieku. Wychowawców było zbyt mało, żeby utrzymać porządek, a zresztą byli zbyt kiepsko opłacani, aby podjąć takie ryzyko. Najmłodsi wiedzieli, że należy trzymać się jak najbliżej alei centralnej, po której spacerowali nauczyciele. Nie wszyscy starsi byli źli lub okrutni, ale wszyscy byli kompletnie obojętni na nieszczęścia młodszych, zapewne dlatego że sami kiedyś przez to przeszli. Gdy któryś maluch dawał się złapać czternastolatkowi, który wykręcał mu ręce lub zakładał nelsona, pozostali odsuwali się i udawali, że nic nie widzą. Czasem przyglądali się kątem oka, nie przerywając rozmowy, jakby sceny te odbywały się w jakimś innym świecie, między małpami lub dzikimi świniami.
Jean nauczył się, że największe niebezpieczeństwa czyhają w okolicy latryn. Żaden z maluchów nie zbliżał się do nich bez towarzystwa. Jean zawsze starał się wychodzić na siusiu podczas lekcji, pod warunkiem uzyskania zgody nauczyciela, lub zaraz po wejściu do szkoły, o dziewiątej rano, chociaż wiedział, że za spóźnienie grozi koza, albo też powstrzymywał się do końca lekcji, nawet za cenę ośmieszenia się, gdyby nie dał rady.
Latryny, wyposażone w tureckie muszle klozetowe i wahadłowe drzwi, znajdowały się na końcu dziedzińca. Ich ściany były pokryte obscenicznymi rysunkami i napisami, posadzka odrażająco brudna.
Kiedy Jean po raz pierwszy chciał tam wejść, ujrzał tak obrzydliwy widok, że zastygł bez ruchu na progu. Zamiast od dawna stłuczonej żarówki z sufitu zwisała zakrwawiona kość imitująca penisa we wzwodzie. Od tego dnia Jean unikał wchodzenia do latryn. Powstrzymywał się do lekcji wychowania fizycznego i korzystał z ubikacji przy sali gimnastycznej, gdzie drzwi zamykały się na klucz. Było tu równie brudno, ale przynajmniej bezpiecznie. Koledzy zazwyczaj sikali w krzakach, jeśli byli pewni, że nikt ich nie widzi. Jean często zostawał w niedzielę w kozie, ale jeśli człowiek jest mały i bezbronny, wszystko jest lepsze niż wizyta w tych przeklętych latrynach, gdzie podobno miały miejsce jakieś straszne historie, napady, pojawiali się ekshibicjoniści, faceci, którzy się onanizują, a nawet gorzej.
Dyrektor szkoły był wysoki, nerwowy, miał sztuczną rękę obleczoną w rękawiczkę ze skóry i nosił budzące lęk nazwisko Mâchefer1. Pod jego rządami w szkole panowała niemal wojskowa dyscyplina, krążyła zresztą legenda, że kiedyś służył w piechocie, miał stopień kapitana, a prawą dłoń stracił podczas podnoszenia miny w Indochinach. Inna wersja mówiła, że był torturowany przez Vietmin, oprawcy zmiażdżyli mu rękę w maszynce do mielenia mięsa. Do uczniów zwracał się w trzeciej osobie, a kiedy miał im coś do przekazania, nieodmiennie zaczynał przemowę od: "Moi mali przyjaciele...". Kiedy był zły, używał sformułowania nawiązującego do jego wojennych doświadczeń: "Jesteście gorsi niż Vietmin (co wymawiał "Vietminh"), bo atakujecie od tyłu!".
Matka Jeana, która była wierząca, zapisała syna na lekcje religii, ale Jean szybko znienawidził małą szkolną kaplicę. Ksiądz Cotençon, który odprawiał tam msze i nauczał katechizmu, miał różową cerę, kręcone blond włosy, był nieduży, okrąglutki i mocno zainteresowany małymi chłopcami. Z biegiem lat Jean całkiem zniechęcił się do nauki religii, zwłaszcza do wizyt w szkolnej kaplicy, gdzie podczas mszy zawsze trafiał się jakiś kretyn, który w uroczystym momencie Podniesienia puszczał głośnego bąka. Razem z Martialem i paroma innymi kolegami wymykali się z mszy i szli na parking przy kaplicy wypalić papierosa, ryzykując, że przyłapie ich Mâchefer, którego mieszkanie służbowe mieściło się tuż obok.
Bez wątpienia najbardziej karykaturalną postacią szkoły był nauczyciel francuskiego, niejaki Lesueur, któremu uczniowie, nie wiedzieć czemu, nadali przezwisko Plazma. Jean nie mógł zrozumieć, jak można upaść tak nisko. Mijało pokolenie za pokoleniem, a Plazma wciąż był obiektem żartów całej szkoły. Opowieści o bałaganie panującym na jego lekcjach z góry skazywały go na niepowodzenie.
Na początku każdego roku szkolnego Plazma łudził się, że tym razem będzie inaczej, ledwie jednak wkraczał do klasy, nie mógł powiedzieć nawet dwóch słów, gdyż jego głos ginął w ogólnym hałasie. Uczniowie wrzeszczeli, śpiewali, gwizdali, walili w ławki jak w bęben. Niektórzy rzucali różnego rodzaju pociskami, kulkami papieru, starymi gumami do żucia, a nawet gotowanymi kartoflami, które chłopcy mieszkający w internacie specjalnie w tym celu przynosili ze stołówki. Plazma pochylał głowę i znosił wszystko.
Jean zastanawiał się, jak można godzić się na takie traktowanie i dzień po dniu bez słowa sprzeciwu przychodzić do szkoły, jak zwierzę prowadzone na rzeź. Kiedy Plazma stawał w drzwiach, Jean czuł jego strach przed tą hałastrą chłopaków o wrogo błyszczących oczach. Wystarczało jedno słowo, jeden znak, a nieuchronnie zaczynały się krzyki i drwiny. Jean widział strach nauczyciela, jego serce zaczynało bić szybciej, zarazem w poczuciu lęku i podniecenia.
Pewnego dnia, kiedy Plazma przyszedł jak zwykle, kulejąc, w wytartym garniturze i pomiętym krawacie, powiesił na wieszaku kapelusz i laskę, Jean przyłączył się do rozrabiających kolegów. To było jak przypływ niekłamanej radości - wydawać wrzaski i jak najgłośniej wykrzykiwać obelgi, czuć tę falę uderzającą w napuchniętą twarz nauczyciela, zmieniającą jej kształt, kreślącą bruzdy wokół ust, budzącą drgania skóry na podbródku. Kulki papieru, ścierki, ogryzki fruwały po klasie, a Plazma chronił się, siadając za stołem, kładąc ręce na blacie, nieruchomo, z błyszczącymi oczami za szkłem okularów, bacznie śledząc pełne nienawiści twarze, jakby pragnął na zawsze zapamiętać ten obraz. Tego właśnie dnia Jean zrozumiał, że nigdy nie będzie należeć do tego miejsca, że jego korzenie znajdują się gdzie indziej. Tego właśnie dnia zdecydował się na Rozilis.
*
Był jakiś sekret. Jean nie miał co do tego wątpliwości. Może chodziło o samą nazwę, La Kataviva, tajemnicze sylaby, których się nauczył, ledwie zaczął mówić, które zabrał ze sobą na koniec świata, aż na wzgórza Malezji. Jego matka, za każdym razem, gdy sobie to przypominała, opowiadała ze śmiechem, jak zamiast mówić "mama" i "tata", powtarzał tylko to jedno słowo: La Kataviva! La Katta-viva! Gdyby nie ta nazwa, myślał Jean, może nigdy nie byłoby żadnego sekretu, drżenia w głębi duszy, błysku magii.
Dlaczego ciotka Catherine opuściła Mauritiusa i raj w Eb?ne, dlaczego przyjechała spędzić resztę życia w tym właśnie mieszkaniu, na tej ulicy, w tym mieście, tak okrutnym dla ludzi nieszczęśliwych? Lecz pytanie to w umyśle Jeana nigdy się nie pojawiło w tak racjonalnym kształcie. Słyszał zaledwie strzępy opowieści, dostrzegał gorycz ojca mówiącego o Rozilis, wspominającego feralną datę 1 stycznia 1910 roku, kiedy to nastąpił wyjazd, widział jego złość na dźwięk nazwiska Paba, zarządcy kamienicy, który regularnie groził ciotce Catherine eksmisją i odmawiał dokonywania jakichkolwiek napraw. Kombinacje tego łasego na pieniądze tłuściocha, próbującego zmusić ciotkę do wyprowadzki, stosy gruzu wyrzucane pod jej drzwiami, sterty starych desek, a nawet muszla klozetowa, którą pewnego dnia postawił na podeście schodów, wszystko po to, aby starą, niewidomą damę odesłać do szpitala. Wydarzenia te mieszały się z odrażającą historią niejakiego Chemina, biznesmena, który rodzinę Marro doprowadził do ruiny. Raymond Marro dostawał szału. W owym czasie był jeszcze zdrowym, silnym mężczyzną. Wściekle wrzeszczał: "Już ja temu gnojkowi nakładę po pysku!". Nie było jasne, czy chodzi mu o Chemina, czy o tego wstrętnego Pabę.
Paba nie pojawiał się nigdy. Nie odpowiadał na telefony, jego gabinet był zawsze zamknięty. Co rano sekretarka stawała interesantom na drodze, przyjmowała do wiadomości, co mówili, ale nigdy tego nie przekazywała szefowi. Paba opowiadał obrzydliwe rzeczy o ciotce Catherine - że jest starą wariatką, którą należy zamknąć w szpitalu dla umysłowo chorych, że żyje w brudzie, że z jej winy w budynku rozpleniło się robactwo.
Jean marzył, że któregoś dnia, wychodząc z domu, spotka Pabę, podejdzie pewnym krokiem i spuści mu takie lanie, że tamten zacznie wreszcie błagać o litość. Nigdy go nie widział, ale był pewien, że potrafi rozpoznać tego wysokiego, zwalistego mężczyznę o czarnych jak węgiel brwiach i dzikim wzroku, podobnego do policjanta, który w Brzdącu ścigał Charliego Chaplina i Jackiego Coogana.
W rzeczywistości sekret był znacznie starszy niż czasy La Katavivy. Starszy niż lata młodości Catherine w Rozilis. To musiał być sekret sprzed narodzin, myślał Jean, sprzed wojen, z bardzo, bardzo dawnych czasów.
Sekret zza siedmiu mórz, który sprawił, że rodzina Marro utraciła korzenie, nie tylko Rozilis, będące ostatecznie takim samym domem jak inne, ale i całą wyspę Mauritius, niebo, góry, rzeki, zakątki o swojsko brzmiących nazwach, stare drzewa, które każdym listkiem potrafiły mówić, ludzi, którzy tam dorastali i z którymi powinno się wszystko dzielić; to wszystko znikło, a rodzina Marro musiała się wyprowadzić. Podczas wojny przyjechała do Europy, gdzie poniosła poważne straty, niektórzy jej członkowie od razu zginęli na polu walki, jak Simon Marro na samym początku, inni zmarli od trosk, jak ojciec ciotki Catherine, lub powaleni hiszpanką pod koniec, jak jej matka. W Paryżu Cathy i Maud wyprzedawały, co tylko się dało, imały się różnych sposobów, aby przeżyć. Catherine, która lubiła rysować, pracowała najpierw w wytwórni abażurów, potem jako robotnica w zakładach Pathé. Gdy nadeszła następna wojna, Mathilde zmarła na gruźlicę, z wycieńczenia, bo brakowało lekarstw, jedzenia, węgla do ogrzewania.
Niekiedy Catherine wyciągała dla Jeana album zdjęć rodzinnych ze złoconym grzbietem, ozdobiony czerwonymi arabeskami na czarnym tle, kładła go na stole i przewracała kolejne kartki, jakby była w stanie widzieć. Opuszkami palców wodziła po każdej fotografii, przypominając sobie, co przedstawia. Zatrzymywała się przy jednym z nielicznych zdjęć Rozilis, na którym stała z siostrą w ogrodzie: chuda, siedmioletnia dziewczynka w czarnej sukience, z burzą czarnych włosów, przez które przypominała Cygankę, a obok niej siedząca na niskim taborecie Mathilde, blondyneczka o jasnej karnacji i dużych szarych oczach, tak łagodnych, że prawie niewidocznych, ze spojrzeniem nieobecnym, zgubionym, nieco spłoszonym.
- To była moja jedyna miłość - mawiała Catherine.
Jean wpatrywał się w zdjęcie z taką uwagą, że aż mu się robiło słabo. Było tu wszystko, co sobie wyobrażał o Rozilis, na znikającym tle w kolorze sepii, na zatrzymanych w czasie twarzach dwóch dziewczynek, gdzieś daleko, bardzo dawno temu. Za nimi można było dostrzec kolumienki werandy, drewniane schody, rośliny w doniczkach, orchidee i ledwo widoczne wysokie drzwi balkonowe sypialni z przymkniętymi okiennicami. Tak było kiedyś, dawniej, kiedy wszystko wydawało się proste, jakby miało trwać przez całą wieczność.
Ciotka Catherine zatrzymywała się nieco dłużej przy ślubnym zdjęciu swoich rodziców. W 1880 roku, gdy wysiadali ze statku na Mauritiusie, Jean Charles i Désirée byli tak młodzi, tak śliczni - tego właśnie słowa używała Catherine - tak eleganccy: on z długimi włosami i romantyczną brodą, w ciemnym, wciętym w pasie surducie z szerokimi ramionami, ona w białej sukience z odrobiną koronki przy szyi, z paskiem otaczającym wąską talię, z ciemnymi włosami, bez kapelusza, bez rękawiczek, prawdziwa wiejska panienka. Przyjechała z Bretanii, aby pracować jako guwernantka u pary Anglików i opiekować się ich dziećmi, na pokładzie "Commandant-Hoëdic" poznała Jeana Charles'a, który właśnie ukończył studia prawnicze w Londynie. Ciotka Catherine zawsze opowiadała tę historię od samego początku, za każdym razem dodając jakieś szczegóły. Pobrali się w Port Louis, prawie bez świadków, Désirée zrezygnowała z pracy u Anglików, Jean Charles zaproponował, że zwróci im za jej podróż, ale oni się nie zgodzili, przeciwnie, kupili Désirée wyprawę ślubną, była przecież taka biedna, jej ojciec umarł w Loriencie, kiedy była jeszcze dzieckiem, od wczesnej młodości musiała pracować na swoje utrzymanie.
Kilka kartek dalej Jean rozmarzył się przed portretem dziadka Catherine, Charles'a, i jego żony, Lise d'Arzano. Babcia d'Arzano w ostatnich latach życia, które spędziła w klasztorze w Mahébourgu, jak zwykle ubrana na czarno, z wystającymi kośćmi policzkowymi, krótkim noskiem, jasnymi oczami i burzą czarnych włosów zebranych w kok. Jean uważał, że Aurore de Sommerville jest do niej podobna. "Stara Chinka - mawiała Catherine, jakby odgadując jego myśli. - Chinka o niebieskich oczach, w typie lapońskim, zresztą tata zawsze mówił, że kiedyś tam pojedzie z mamą, osiedlić się w Laponii, u rodziny swojej matki". Przesunęła dłońmi po twarzy Jeana, jak zawsze podczas jego wizyt, i powiedziała: "Przypominasz swojego pradziadka, jesteś chudy, z wydłużoną czaszką, ale masz wystające kości policzkowe prababki d'Arzano, bez dwóch zdań".
Na kolejnym zdjęciu Charles stał w ogrodzie w Rozilis. Rośliny wyglądały jak kartonowa dekoracja, z wyjątkiem wielkiej, rozpostartej jak wachlarz rawenali. "To Charles ją posadził, przywiózł sadzonkę z Madagaskaru, gdy pojechał kupować plantację kawy. Kiedy nas wyrzucono, ci bandyci od Chemina wyrwali drzewko z korzeniami, Simon zginął we Francji prawie w tym samym czasie, w lutym tysiąc dziewięćset piętnastego roku. Dziadek Charles zmarł miesiąc później i zawsze uważałam, że to wszystko jakoś się łączy: śmierć Simona, śmierć wielkiej rawenali i śmierć dziadka Charles'a".
Na zdjęciach wszyscy sprawiali wrażenie niezwyciężonych, połączonych jakąś niezwykle silną więzią, jeśli jednak przyglądało się baczniej, można było dostrzec leciutki dreszcz, niemal niezauważalne drżenie, gdyż to nie życie jest kruche, lecz wieczność.
Jean przychodził do La Katavivy, aby uczestniczyć w tych wątpliwościach, w tym dreszczu, aby poznać sekret, którego Cathy była ostatnią strażniczką.
Nie pamiętał już, jak to się zaczęło. Kiedy był mały, po powrocie z Malezji od czasu do czasu przychodził z matką na grzecznościowe wizyty do ciotki Catherine. Pamiętał, że jej chudość, wyblakłe oczy i ręce dotykające jego twarzy zawsze budziły w nim lęk. Wydawała mu się równie obca jak reszta rodziny, na przykład ciotka Eléonore, która mieszkała w domu pełnym roślin i kotów, albo wujaszek Wania, w rzeczywistości kochanek Eléonore, którego nieustannie wyganiała do garażu, gdzie pracował nad nikomu niepotrzebnymi wynalazkami.
Kiedy Jean skończył dwanaście czy trzynaście lat, zaczął przychodzić częściej, zauroczony sekretem. Wtedy właśnie powstał rytuał La Katavivy, maczanki z chałki, album ze zdjęciami i niekończące się opowieści o Rozilis.
Po wyjściu ze szkoły, zamiast wracać do domu, szedł w stronę dworca i ulicy Reine-Jeanne, wchodził na schody, słuchając niespokojnych treli kanarka, z sercem przepełnionym nadzieją i niepewnością.
Catherine była tak odmienna od ludzi, których znał. Nie z powodu śpiewnego akcentu, nie z powodu okrzyku "Słodki Jezu!", jaki wznosiła, gdy coś ją złościło, nie z powodu ciągłego mieszania słów kreolskich i francuskich. Wszystko to jedynie wzmacniało poczucie niezwykłości. Była odmienna dlatego, że wydawała się pochodzić z innego świata, z innych czasów.
Nie miało to nic wspólnego z wiekiem. Ciotka Eléonore i wujaszek Wania byli równie starzy jak ona. Wszędzie można było spotkać starych ludzi, z ich maniami i myśleniem z innej epoki, jakże chętnie mówiących: "Za moich czasów...". Catherine natomiast wyglądała, jakby wyszła prosto z jakiejś bajki. Może zasnęła dwieście lat temu i nagle przebudziła się w naszym stuleciu, w obcym mieście, przycupnięta na poddaszu kamienicy. A może żyła innym rytmem, jak bardzo stare drzewo, które bez uszczerbku przetrwało wojny i pożary, jedynie coraz bardziej usychało i pokrywało się bruzdami. Jakby jej kraj, rodzina, przyjaciele z dzieciństwa, jakby wszystko, co znała, znikło, pozostawiając ją samą w mieszkaniu, po którym się poruszała po omacku, uwięziona w swojej ślepocie.
Catherine posiadała wiedzę o rzeczach, o których nikt inny nie miał pojęcia. O rzeczach dawnych, które zakorzeniały się w sercu Jeana. To właśnie był ów sekret. Rzeczy, które pozwalały mu zrozumieć, dlaczego jest właśnie tym, kim jest, Jeanem Marro, odmiennym od pozostałych chłopców w jego wieku, skrępowanym, nieszczęśliwym, niezgrabnym.
Czasem mu to mówiła. Lekkim tonem, ale wiedział, że ta niefrasobliwość jest udawana. "Pamiętaj, że jak ja pochodzisz z rodziny Marro, z Rozilis, jesteś potomkiem tego Marro, który wszystko porzucił, aby osiedlić się na Mauritiusie, jesteś tej samej krwi, jesteś nim". Mówiła to, przyciskając dłonie do skroni Jeana, a przez niego przebiegał dreszcz. "On jest w tobie, powrócił, aby żyć w tobie, w twoim życiu, w twoich myślach. Mówi przez ciebie. To, co ja ci opowiadam, nie ma znaczenia, bo to on będzie do ciebie mówić. Jeśli posłuchasz uważnie, usłyszysz go. Dla mnie to się skończyło, życie było zbyt długie, już go nie słyszę, mam zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele zmartwień, życie rzuciło na mnie cień, ale ty, Jean, jesteś wolny, i to ciebie wybrał".
Tylko raz opowiedziała mu historię rodziny. Jak jej dziadek Charles poślubił Lise, gdy miała zaledwie siedemnaście lat, podczas jej podróży z ojcem do Indii w 1860 roku. Mieli tylko synów: Jeana Charles'a, ojca Cathy, Raymonda, który pozostał bezdzietny, i najmłodszego, Thadée, który ożenił się dwukrotnie i od którego zaczął się upadek Rozilis. Skrótowa wędrówka przez pokolenia wprawiała w zawrót głowy. Catherine, urodzona w 1890 roku, jako dziecko znała Charles'a Marro, urodzonego w 1833 roku, który znał swojego dziadka Jeana Eudes'a, urodzonego w Runello w 1770 roku! Rozmawiał z nim, trzymał go za rękę podczas wspólnych spacerów główną aleją ogrodu w Rozilis, może nawet razem płynęli stateczkiem do Port Louis i wędrowali po La Chaussée, aż do ogrodów Kompanii. W wypadku Lise d'Arzano zawrót głowy był jeszcze bardziej uderzający. Urodzona w 1849 roku, podczas wojny francusko-pruskiej miała dwadzieścia lat, w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej miała lat sześćdziesiąt pięć i zaledwie paru miesięcy zabrakło, aby poznała koszmar drugiej. Lecz nigdy nie zgodziła się opuścić wyspy. Kiedy zaś w jej życiu nastąpiła tragedia - jej wnuk Simon zginął na wojnie, a mąż zmarł w 1915 roku - wstąpiła do klasztoru w Mahébourgu, którego do końca życia nie opuściła.
- Ciociu, dlaczego nigdy nie wyszłaś za mąż? - zapytał kiedyś Jean.
Na jej twarzy zagościł wyraz rozmarzenia.
- Byłam młoda, obie z Maud miałyśmy adoratorów, marzyłyśmy o wyjeździe do Francji, inaczej niż to się w rzeczywistości odbyło, ale potem popadłyśmy w nędzę, Maud nie chciała, ja nie potrafiłam się zdecydować, aby ją zostawić, życie potoczyło się inaczej, ot i wszystko.
Ze stojącej pod łóżkiem skrzyni ze skarbami Catherine wyjęła książkę: stary, zniszczony tomik w oprawie, na której widniał napis Gramatyka języka łacińskiego. Na pierwszej stronie Jean zobaczył naszkicowany piórem portret chłopca w czarnym ubranku, z długimi włosami, w dziwacznym kapeluszu ze wstążką, na modłę dawnych Bretończyków. Pod portretem ktoś napisał odręcznie, pstrząc papier kleksami: "Jean Eudes Marro, dzielny chłopiec, sierpień 1788".
- Przeczytaj, co tu jest napisane - powiedziała Catherine. A potem po prostu dodała: - Teraz to ty, Jean Marro, jesteś dzielnym chłopcem.
Jean trzymał książeczkę w kieszeni jak paszport, jak talizman. Czytając zdania Marka Aureliusza cytowane na końcu jako przykłady, zabrał się nawet do nauki łaciny za pomocą słownika, który należał do jego ojca; starał się zapamiętywać myśli autorów, choć nie zawsze je rozumiał. Książka ta przypominała portret, tyle że składający się ze słów i z karykatury zamieszczonej na pierwszej stronie. Chwilami odnosił wrażenie, że widzi swojego przodka, podobnego do Rimbauda na rysunku autorstwa Verlaine'a, zbyt wysokiego i zbyt chudego, ubranego w redingot i melonik, z opadającą na ramiona potarganą czupryną.
To była pułapka. A przecież Catherine była najbardziej niewinną osobą, jaką Jean kiedykolwiek znał, niezdolną do interesownych wybiegów w celu przyciągnięcia uwagi lub wzbudzenia w gościu współczucia. Jej sławetna skrzynia ze skarbami stała ukryta pod łóżkiem na niewysokim stoliczku, jaki kiedyś mógł się znajdować na pokładzie statku pasażerskiego kursującego między Marsylią, Adenem a Mauritiusem. Tylko Catherine miała prawo jej dotykać. Kiedy Aurore przychodziła sprzątać, Catherine nie pozwalała jej przesuwać ani samego stoliczka, ani jego cennego ładunku.
Tylko z Jeanem dzieliła się swoimi skarbami. Niekiedy, po południu, Catherine podciągała skrzynię aż do sofy, nie pozwalając sobie pomóc. Przesuwała ją po podłodze, przykucnięta, z wyprostowanym tułowiem, jak ktoś, kto umie rozłożyć swoje siły. Wyjmowała ze skrzyni pliki papierów i układała je porządnie, jeden koło drugiego, na sofie. Mimo niskiego sufitu i zniszczonych ścian pokój przypominał Jeanowi kabinę na statku, może z powodu żółtego światła wpadającego przez brudne szyby, zmatowiałe od wiatru i morskiego powietrza. A może z powodu dochodzącego z ulicy hałasu samochodów i zgrzytu kół pociągów na zwrotnicach, wysokiego, smutnego dźwięku, który przypominał jęk cum, obijanych falami o nabrzeże. Nad leżącymi na czarnym aksamicie sofy księgami unosił się wieloletni kurz, od którego łzy napływały Jeanowi do oczu.
Ciotka Catherine rozkładała jedne papiery, składała drugie, jej palce muskały każdy z nich, jakby odczytywała pieczęcie i listy. Nie wypowiadała przy tym ani słowa. Wszystko odbywało się w całkowitej ciszy, niczym jakiś obrzęd. Jean nie czytał papierów. Catherine nie potrzebowała, żeby ktokolwiek je czytał.
Jak mógłby je czytać, skoro ich strażniczka przebywała w wiecznej ciemności? Te papiery nie były stworzone do czytania, a jedynie do dotykania, głaskania, uwielbiania. Do odczuwania ich ciepła, ich promieniowania z najdawniejszych lat, które do dzisiaj pulsowało światłem z innego nieba, z innej ziemi.
Czasami dostrzegał jakiś fragment tekstu, urywek zdania:
"Naród, Prawo i Król"
lub:
"My, niżej podpisani, poświadczamy wobec wszystkich zainteresowanych, iż Obywatel Jean Eudes Marro, służący w Drugiej Kompanii Ochotniczej, został zwolniony ze służby.
Kapitan Duquesnel syn.
Dnia 27 kwietnia 1793 roku, V roku Republiki".
Nic z tego nie dawało się zrozumieć. Jean popadał w rozmarzenie. Wzorem Catherine wodził po dokumentach palcami, aby wyczuć niewielkie zagłębienia zrobione w pergaminie przez pióro, prowadząc palec po cieńszych i grubszych liniach, po zakrętasach podpisu, po pieczęciach i ozdobnikach, po zwrocie umieszczanym na końcu listów, który miał moc formuły magicznej:
"Pokój i uszanowanie".
Kiedy wreszcie opuszczał mieszkanie ciotki Catherine, zbiegając po dwa stopnie w dół, wychodził na hałaśliwą ulicę, gdzie wpadał w ryk samochodów, w rytmiczne klaśnięcia opon autobusów o nawierzchnię, w wibrowanie podpór mostowych. Latarnie już się paliły, szczyty dachów znikały w mroku, jakby mieszkanie Catherine, ze wszystkimi zaludniającymi je duchami i skarbami, odpłynęło na drugi koniec świata. Wszystko wokół Jeana wirowało, mieszało się w jego głowie, budziło dreszcze. Jean szedł ulicą Reine-Jeanne w poczuciu niezwykłej samotności.