Platforma
Kościół istnieje tylko po to, żeby przyciągać ludzi do Chrys-tusa, żeby czynić z nich małych Chrystusów. Jeśli tego nie robi, to na nic wszystkie katedry, duchowni, misje, kazania, a nawet sama Biblia. Bóg stał się człowiekiem w tym jedynym celu.
- C. S. Lewis
Platforma
Kilka pierwszych lat służby spędziłem nie na scenie, ale na ulicach i w klubach Amsterdamu. Czułem, że Bóg chce, żebym najpierw poznał ludzi, którzy żyją w oddzieleniu od Kościoła. Przez dwa lata mój czas wypełniały więc wyłącznie wizyty w klubach, rozmowy z ludźmi, zadawanie im pytań i słuchanie. Zapisywałem imiona spotykanych ludzi i godzinami w modlitwie prosiłem Boga, żeby otworzył na nich moje serce i dotykał ich życia swoją mocą. To właśnie w tamtym okresie Bóg zaczął mi dawać odczuć, jak mocno kocha zagubionych.
Z miłości do nich zachęcił mnie do założenia zespołu, który miał być narzędziem pozwalającym dotrzeć z Ewangelią do naturalnego otoczenia wszystkich zagubionych, tak jak to czynił sam Jezus.
Ostateczną motywacją Chrystusa była miłość. W Mt 9,36 czytamy, że współczuł ludowi, ponieważ "był utrudzony i opuszczony jak owce, które nie mają pasterza". Każdy zgodzi się, że żyjemy w świecie, który desperacko chce usłyszeć prawdę. Jeśli prawdziwie kochamy ludzi, tak jak kochał ich Jezus, to czy nie powinniśmy wykorzystać każdej platformy, poprzez którą można im tę prawdę zakomunikować? Wszystko sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: co jest twoją motywacją twórczą? Czy to miłość do Jezusa i serce współczujące zagubionym sprawiają, że chcesz dzielić się prawdą, czy też to sztuka stała się twoim bożkiem?
Wierzę, że sztuka to Boży dar, a nasza zdolność do kreacji stanowi dowód na to, że zostaliśmy stworzeni na Jego obraz. Sztuka może być formą uwielbienia, może sprawiać nam przyjemność, a nawet być źródłem utrzymania. Wierzę jednak, że jeśli naprawdę kochamy ludzi, to chcemy, żeby poznali prawdę. Jako artysta niewątpliwie czerpię przyjemność z procesu twórczego, ale wielokrotnie byłem świadkiem, jak Bóg może używać sztuki, aby przemieniać złamane życia. To właśnie jest moją główną motywacją jako twórcy.
Smuci mnie fakt, że tak niewielu artystów chrześcijańskich traktuje swoją sztukę jako narzędzie docierania do zagubionych. Wygląda na to, że większość z nich, kiedy zaczyna zajmować się sztuką, nastawia się głównie na chrześcijańskich odbiorców. Ci, którzy decydują się tworzyć dla świeckiej publiczności, mówią o Jezusie w sposób zawoalowany albo wcale. Często słyszę, jak zespoły mówią: "Nie jesteśmy zespołem ewangelizacyjnym. Nie obarczaj nas tym brzemieniem, że musimy mówić ludziom o Jezusie. Jesteśmy po prostu muzykami, którzy przy okazji idą za Nim".
A teraz wyobraźcie sobie zespół anarchistyczny, który powiedziałby: "Nie jesteśmy zespołem anarchistycznym, jesteśmy tylko zespołem złożonym z anarchistów. Nie chcemy nikomu narzucać anarchii. Chcemy tylko, żeby ludzie widzieli anarchię w naszym życiu". Skoro wszyscy dookoła mogą bez ogródek mówić, co uważają, to dlaczego tak wielu chrześcijanom wydaje się, że powinni siedzieć cicho? Zwłaszcza że ich przesłanie niesie za sobą tak ogromny autorytet.
Świat jest pozbawiony nadziei. To miejsce, gdzie szatan niszczy miliony ludzi poprzez kłamstwa rozsiewane za pośrednictwem przemysłu rozrywkowego i muzycznego, a także globalnej popkultury, która na tych ludziach żeruje. Czy Bóg nie chciałby, żeby Jego imię zostało wywyższone w tych wszystkich miejscach?
Ostatecznie jest to kwestia serca. Co jest celem twojej twórczości? Jesteśmy powołani, by służyć Bogu wszystkim, co posiadamy, a w to wpisuje się także sztuka, którą tworzymy.
Wierzę, że Bóg ma złamane serce, ponieważ zbyt często członkowie Kościoła, którzy dostali od Niego zdolności artystyczne, nie wykazują chęci otwartego dzielenia się prawdą z ludźmi spoza Kościoła.
Faktycznie, powołaniem niektórych jest utrzymywanie się ze swojej twórczości. Jednak niezależnie od zawodu, jaki wykonujemy, jesteśmy powołani do bycia świadkami Chrystusa. Na końcu wszyscy zdamy sprawę z tego, jak wykorzystaliśmy dane nam możliwości. Czy nasz czas, energię i talent spożytkowaliśmy dla Boga i Jego chwały, czy dla nas samych?
Musimy zdać sobie sprawę z tego, że większość ludzi na świecie codziennie zastanawia się, skąd wziąć pieniądze na następny posiłek. My natomiast jesteśmy na tyle bogaci, że możemy poświęcać czas na tworzenie sztuki. Co więcej, ten luksus jest jednocześnie platformą, za której pośrednictwem możemy mieć wpływ na wiele osób.
Jezus szuka artystów, którzy chcą mówić ludziom prawdę.W Rz 10,14 czytamy: "Ale jak mają wzywać tego, w którego nie uwierzyli? A jak mają uwierzyć w tego, o którym nie słyszeli? A jak usłyszeć, jeśli nie ma tego, który zwiastuje?".
Pewnego wieczoru graliśmy w klubie jazzowym w Biszkeku w Kirgistanie. Zebrała się tam spora grupa reprezentantów miejscowej elity muzycznej. Pojawiła się też ekipa telewizyjna, która miała zrobić z nami wywiad i nagrać nasz występ. Po koncercie podeszła do mnie dyrektor artystyczna i poprosiła o rozmowę.
- Lepiej będzie, jeśli następny występ pozostawimy bez tłumaczenia - zasugerowała. - Wasza sztuka jest dobra sama w sobie i nie potrzebuje tłumacza.
Wiedziałem, że mówi tak tylko dlatego, że nasze proste przesłanie o Jezusie uraziło niektórych widzów. Stwierdziłem więc:
- Większości ludzi się podobało, tak?
- Tak - przyznała.
- Chodzi więc tylko o tych kilka osób, którym nasz przekaz się nie spodobał?
- Tak - potwierdziła ponownie.
- No to dlaczego pozwalasz, żeby ci faszyści mówili ci, co masz robić? - spytałem. - Dobra sztuka konfrontuje ludzi. Powinna prowokować i ja chcę ich prowokować. Nie interesuje mnie robienie rzeczy, przy których ludzie pozasypiają.
- Masz rację - zgodziła się.
Pozwolili nam więc przetłumaczyć kolejny występ, a po koncercie ta kobieta oddała życie Jezusowi. Pytanie brzmi: skoro przesłanie Chrystusa niesie za sobą tak wielki autorytet, to dlaczego artyści chrześcijańscy tak się z tym kryją? Mam pewną teorię: to dlatego, że kiedy zaczynasz mówić o Jezusie, to wkraczasz na pole bitwy.
Byliśmy kiedyś w arabskim miasteczku w południowej Turcji, tuż przy granicy z Syrią. W okolicy nie było żadnych chrześcijan, teren zamieszkiwali wyłącznie muzułmanie. Po plaży walały się rozbite butelki, śmieci i zdechłe szczury. Kiedy rozstawialiśmy sprzęt na głównej ulicy, bo tam miał się odbyć koncert, czuliśmy, że nad tym miejscem unosi się duch ciemności. Było tu tak samo brudno jak na plaży. Pomogłem rozładować sprzęt, a potem poszedłem się przejść, żeby pozapraszać ludzi na koncert. Wszyscy byli do mnie przyjaźnie nastawieni. Kiedy już rozdałem wszystkie ulotki, zacząłem wracać w stronę miejsca, gdzie mieliśmy grać. Kiedy tak szedłem, zobaczyłem, jak w moją stronę zmierza wyrośnięty facet koło dwudziestki.
Pomyślałem, że to idealny kandydat do zaproszenia na nasz koncert. Przywitałem się więc, pokazałem, gdzie będziemy występować, i powiedziałem:
- Musisz przyjść na nasz koncert, spodoba ci się.
Kiedy jednak to mówiłem, popchnął mnie i przyparł do muru. Próbowałem odejść, ale nie chciał mnie puścić. W pewnym momencie wyciągnął długi, cienki nóż w kształcie igły (dowiedziałem się potem, że taki nóż nazywany jest nożem zamachowca). Podniosłem ręce i zacząłem go przepraszać. Chciałem mu wytłumaczyć, że chodziło mi tylko o zaproszenie na koncert. On zaczął złowrogo powtarzać po mnie: "Przepraszam, przepraszam!" i podniósł rękę z nożem, żeby zadać mi cios. Na szczęście niedaleko nas stał jakiś gość, który zaczął coś krzyczeć w stronę napastnika. Ten wtedy wstrzymał cios i po prostu odszedł.
Wszystko działo się tuż przed koncertem, a ponieważ nie chciałem straszyć kolegów z zespołu, to nic im nie powiedziałem. Nie mogłem jednak uchronić ich przed pozostałymi przeciwnościami losu. Przez cały czas trwania koncertu wiał bardzo silny wiatr, który nawiewał wszędzie piasek i prawie przewracał nam sprzęt.
Mimo tak niekorzystnych warunków Bóg dał mi niezwykłego ducha wolności, żebym mógł otwarcie i odważnie głosić Jezusa do setek osób, które zgromadziły się z każdej strony sceny.
Członkowie zespołu jeszcze przez kilka godzin po koncercie rozmawiali z ludźmi o Jezusie. Modliłem się o trzech młodych chłopaków, których twarze zaczęły dosłownie lśnić - tak mocno dotykała ich Boża obecność. Gorąco nam dziękowali i zostawili nam swoje namiary, bo chcieli wziąć udział w korespondencyjnym kursie biblijnym. Nasz występ spotkał się z niewiarygodnym odzewem. Jak powiedział nam miejscowy misjonarz, ostatni raz Ewangelia była w tym rejonie głoszona tak bezpośrednio ponad tysiąc lat temu. Nasza ewangelizacja miała jednak wymiar nie tylko historyczny - był to przede wszystkim potężny cud. Boża moc tak mocno poruszyła dwustu mieszkańców tego arabskiego miasta, że modlili się na głos i deklarowali chęć pójścia za Jezusem.
Wielokrotnie znalazłem się w szalonych okolicznościach ze względu na zaangażowanie mojego zespołu w otwarte głoszenie Jezusa. Ludzie nie raz pluli na nas podczas koncertów. Któregoś razu ktoś rzucił w twarz naszemu dźwiękowcowi palącego się papierosa. Innego razu musieliśmy się siłować z właścicielem klubu, bo chciał wyłączyć mikrofon w czasie, kiedy mówiłem. Wyśmiewano mnie. Na niektórych koncertach absolutnie nikt nie klaskał, ale też nikt nie wychodził. Kiedyś ktoś rzucił we mnie butelką. Spudłował, ale butelka rozbiła się i raniła w nogę naszego perkusistę. Ze względu na nasze przesłanie, zakazywano nam występów w klubach. Naśmiewano się z nas, ponieważ mówiliśmy o Jezusie.
Pewnego razu graliśmy w klubie w Nowej Zelandii po dwóch innych chrześcijańskich zespołach. Ich występ wszystkim się podobał, bo nie mówili nic o Jezusie. Potem na scenę weszliśmy my i wszyscy szybko się zorientowali, kim jesteśmy i o czym mówimy. Właściciel klubu przekazał mi karteczkę z wiadomością: "Zamykajcie seta". Musieliśmy skończyć w połowie występu.
Poszedłem na parking i zacząłem się zastanawiać: Boże, może traktuję to wszystko zbyt hardcorowo. Patrz, wszystkim w klubie podobały się tamte dwa zespoły, a nam kazali skończyć w połowie występu. Czy ja się przypadkiem nie mylę? Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy byli subtelniejsi i po prostu robili muzykę? Może tak trzeba do tego podejść?
Kiedy się tak modliłem, Bóg spytał mnie: "Czy zamierzasz się wstydzić krzyża? Czy zamierzasz się wstydzić mnie?". Odpowiedziałem więc: "OK, nie będę się z Tobą kryć, nawet gdyby mieli nas już nigdzie nie zaprosić. Będę nadal mówić ludziom prawdę".
W tym wszystkim chodzi o oddanie kontroli nad twoim życiem. Jezus powiedział: "Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je"(Mt 16,25). Bez względu więc na to, czy jesteś prezesem wielkiej firmy, czy artystą, Jezus wzywa cię do poddania się i posłuszeństwa Jemu.
Wielu chrześcijańskich artystów twierdzi, że chcą być radykalni dla Jezusa, ale kierują się zasadami, które narzuca świat. Jeśli chcesz być naprawdę "radykalny", tak żeby mogła się wylewać Boża moc, będziesz musiał działać wbrew ogólnie przyjętej mądrości. Na początku będziesz musiał zrozumieć, że sztuka sama w sobie nie jest dobrą motywacją, a to stoi w całkowitej sprzeczności z podejściem, jakie ma reszta świata. I większość chrześcijan.
Ludzie zazwyczaj mówią coś w stylu: "Bóg dał mi talent do grania na gitarze, a ja kocham muzykę, chcę więc być gitarzystą dla Boga. Chcę szukać okazji, żeby wyrazić samego siebie, a lubię konkretny rodzaj muzyki. Będę więc grać muzykę, która mi się podoba. Czuję się najlepiej wśród takich, a nie innych ludzi, więc właśnie dla tej grupy będę grać".
Jeśli jednak idziesz za Jezusem, to nie liczy się, na co masz ochotę albo nie masz ochoty - liczy się Boże powołanie nad twoim życiem. To znaczy, że On decyduje, co gramy lub co tworzymy, i od Niego zależy, do kogo mamy z tym dotrzeć. To całkowite odwrócenie perspektywy.
Kiedy zaczynałem działać dla Boga, powiedział mi, że mam wziąć za cel punków i anarchistów w Amsterdamie, i zapewniam cię, że nie było to dla mnie fajne. Ta subkultura w najmniejszym stopniu mnie nie pociągała. Nie podobały mi się ani ten rodzaj muzyki, ani cała otoczka, no i nie lubiłem chodzić do klubów. Nie było w tym dla mnie nic atrakcyjnego, ale wiedziałem, że Bóg powołał mnie, żeby dotrzeć właśnie tam. Czy powinienem był posłuchać? Czy miałem w sobie chęć poddania moich własnych planów na rzecz posłuszeństwa wobec Bożych planów dla mojego życia?
Ostatecznie mój zespół No Longer Music powstał z całkowitego poddania się Bożym zamierzeniom. Niestety, wielu chrześcijan przyjmuje inną postawę i mówi: "Boże, chcę to robić, więc pobłogosław mi". Wierzę jednak, że gdybyśmy mieli prawidłowe podejście do naszego życia i talentów, powinniśmy powiedzieć: "Boże, poddaję wszystko Tobie. Pokaż mi, co mam robić".
W tej książce omawiam dziesięć zasad, których nauczyłem się w ciągu ponad trzydziestu lat głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie poprzez muzykę i inne formy sztuki w świeckich lokalach na całym świecie.
W celu zilustrowania tych zasad używam głównie przykładów z dziedziny muzyki, sztuk wizualnych i teatru, bo z tymi obszarami jestem najmocniej związany. Uważam jednak, że obowiązują one również w innych dziedzinach sztuki, a także ogólnie w życiu każdego, kto chce naśladować Jezusa.
Jeśli zechcesz porzucić swój plan na rzecz planu, jaki ma Bóg, zaczniesz wieść życie wywrotowca, do którego zostałeś stworzony.
Praca z tym rozdziałem
1. Poświęć kilka minut i szczerze oceń, jaka jest główna motywacja twojej działalności twórczej. Co napędza cię do działania? 2. Czy spotkałeś się ze sprzeciwem, kiedy poprzez swoją twórczość głosiłeś Jezusa? Jak zareagowałeś? 3. Punkt do rozważenia i dyskusji: "Dobra sztuka konfrontuje ludzi. Powinna prowokować i ja chcę ich prowokować. Nie interesuje mnie robienie rzeczy, przy których ludzie pozasypiają". 4. Oceń, czy jesteś skłonny zrezygnować ze swoich planów i marzeń na rzecz planów, jakie Bóg ma względem ciebie. 5. Zapamiętaj i rozważaj: Rz 10,14 i Mt 16,25.
Modlitwa pociąga za sznur, którego koniec przywiązany jest do wielkiego dzwonuw niebie. Niektórzy są tak gnuśni w modlitwie, że ledwie potrącą sznurem; inni szarpną nim tylko od czasu do czasu. Ten jednak, kto pozostaje w łączności z niebem, odważnie chwyta sznur i nieprzerwanie ciągnie goze wszystkich sił.
- Charles Spurgeon