1
Mógłbyś to przyciszyć? - Drapał się po
czole, jakby chciał zedrzeć z niego skórę.
Artur Waliszewski odwrócił się w stronę pasażera. Obserwował go przez
dłuższą chwilę, próbując odgadnąć, co tak naprawdę mu przeszkadza.
Przypuszczał, że nie chodzi o głośność drumandbassowego seta ani o rodzaj muzyki. Ani też o próbę rozkręcenia imprezy w samochodzie w poniedziałek rano, gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą kawą. Nie chodziło
też o kaca. To musiało być coś innego. Coś, co od dłuższego czasu
próbowało pożreć Witolda Ptaka od środka.
- Bo?
- Co "bo"?
- Dlaczego miałbym przyciszyć? - Artur skakał wzrokiem między Witoldem a drogą, jakby wykonywał głową jakiś układ taneczny. - Bo łeb cię boli? Bo
jesteś nie w sosie? Bo stało się coś, o czym nie chcesz mi w powiedzieć?
- Coś takiego - burknął Witold, nie przestając masować czoła. -
Powiedzmy, że mam już tego wszystkiego dosyć. Tej roboty, zmieniających
się szefów, ciągłych roszad kadrowych. Tych cholernych zabójstw. A szczególnie uganiania się za tym świrem. No i... - zawahał się - moje
życie rodzinne się posypało.
- Jest bardzo źle?
Witold pokiwał głową.
- Postanowiliśmy się rozwieść.
- Co ty pieprzysz?!
- Klamka już zapadła. Separacja utwierdziła nas w tym pomyśle. Tak
będzie najlepiej. Przynajmniej dla Edyty i dziewczyn.
- A dla ciebie?
- Dla mnie nie ma dobrej opcji. Ani nawet średniej. - Witold w końcu
spojrzał przed siebie i ciężko wypuścił powietrze. - Ale byłoby miło,
gdybyśmy w końcu złapali tego skurwysyna. Mógłbym wtedy odpocząć i wszystko przemyśleć.
- Nie masz wyboru. Musisz trochę zbastować. Ile ty masz lat?
Czterdzieści pięć?
- Chciałbym.
- Czyli jesteś prawie pięćdziesięcioletnim policjantem, który pochłania
hektolitry kawy, tyra po kilkanaście godzin dziennie i żyje w stresie. A do tego lubi pochlać. - Artur czekał, aż Witold zaprotestuje, ale nic
takiego nie nastąpiło. - Jesteś w grupie ryzyka.
- Czego?
- Zawału. Pilnuj się.
Witold po raz kolejny przejechał dłonią po czole. Myśląc nad słowami
Artura, zapatrzył się w boczną szybę.
- A ty lepiej pilnuj swojego nosa. Jesteśmy na miejscu.
Postawili samochód na kamienistym parkingu. Wysiedli, przeszli
kilkadziesiąt metrów i zatrzymali się przed garażami. A właściwie tym,
co kiedyś nimi było. Z podłużnego pawilonu, podzielonego na cztery
nieduże pomieszczenia, pozostał jedynie betonowy szkielet. Jego wnętrze
wypełniały dziesiątki stopionych przedmiotów, resztki drewnianych mebli
i kawałki urządzeń, które właściciele nieruchomości musieli składować od
lat.
Przed pawilonem stała Beata Tarka. Technik kryminalistyki miała na sobie
poprzecierane dżinsy i wyblakłą bluzkę. Jej strój idealnie współgrał ze
zniszczoną cerą, której nawet nie próbowała zatuszować makijażem. Była o głowę niższa od rosłych policjantów. Leniwie paliła papierosa. Wydawała
się poirytowana i zniecierpliwiona. Jak zawsze.
- Niezły syf - syknął Artur na powitanie. - Jak do tego doszło?
- W jednym z garaży ktoś podłożył ogień - wyjaśniła Tarka
charakterystycznym przepalonym głosem. - Oblał wnętrze benzyną i wykorzystał gazety jako rozpałkę. Klasyka podpaleń.
- Przecież to wygląda, jakby tu pierdolnęła bomba wodorowa.
- W sąsiednim garażu stał samochód. Zajął się ogniem, zanim strażacy
wyważyli drzwi.
- Do kogo należy garaż, w którym podłożono ogień? - zapytał Witold.
- To jest najciekawsze. - Tarka wetknęła papierosa do ust i zanurkowała
dłonią do tylnej kieszeni spodni. - Właścicielem jest niejaki
Maksymilian Brzozowski. Ale dowiedział się o tym w dniu, w którym
odwiedziła go policja.
- Ktoś pożyczył jego tożsamość?
- Wszystko na to wskazuje. I chyba wiadomo kto. - Tarka posłała
policjantom wymowne spojrzenie. - Brzozowski ma psa, piętnastoletniego
owczarka niemieckiego. Kiedyś leczył go w przychodni, w której pracował
Seweryn Kostka. Z kolei poprzedni właściciel garażu twierdzi, że
sprzedał go jakiemuś drągalowi, który zaoferował bardzo atrakcyjną cenę.
- Kiedy to było?
- Osiem lat temu.
Policjanci zamilkli. Wyobrażali sobie, co Kostka mógł robić przez te
lata. Nie były to przyjemne wizje.
- Dlaczego rozmawiamy o tym z tobą, a nie z policjantami zajmującymi się
podpaleniem? - spytał Artur, przerywając ciszę.
- To źle, że odwalam za was robotę? - Tarka próbowała się uśmiechnąć,
ale nie wyszło jej to najlepiej. - O tym garażu dowiedziałam się
zupełnie przypadkowo od koleżanki z laboratorium kryminalistycznego.
Pewien szczegół zwrócił moją uwagę, więc przyjechałam, żeby mu się
przyjrzeć. Wy też powinniście to zobaczyć.
Tarka zaprowadziła policjantów na pogorzelisko. Weszli do garażu przy
akompaniamencie chrzęszczącego pod stopami żwiru i szkła.
- Nie wszystko spłonęło - powiedziała Tarka. - Zachowały się metalowe
stelaże mebli i narzędzia. Rzeczy, które ludzie przeważnie trzymają w garażu albo piwnicy. A do tego kilka nietypowych urządzeń, takich jak
maszyna do szycia czy imadło. Ale to nie one są interesujące.
Wycelowała palcem w ścianę. Popękaną betonową powierzchnię przecinały
dziesiątki napisów. Część z nich przyćmił ogień, przez co nie dało się
ich odczytać. Ale inne były aż nadto wyraźne.
- Co to, kurwa, jest? - zapytał Artur.
- Złote myśli - powiedziała Tarka. - Sentencje. Bon moty. Nazwij to, jak
chcesz.
Witold ukucnął przed jednym z napisów. Zmrużył oczy, jakby musiał
przyzwyczaić do niego wzrok.
- "Przeklęty ten, co wypełnia dzieło Pańskie niedbale! Przeklęty ten,
który swój miecz powstrzymuje od krwi!"1. - Odwrócił się do Artura
i Tarki. - To z Biblii.
- A konkretnie z Księgi Jeremiasza ze Starego Testamentu - dodała
technik, zerkając do notatek. - Jest tego więcej. Znacznie więcej.
- W mieszkaniu Kostki znaleźliśmy Biblię - zauważył Artur. - Zostawił w niej mnóstwo samoprzylepnych karteczek, na których prowadził zapiski. -
Wzruszył ramionami. - Przynajmniej facet ma jakieś hobby.
- "Ktokolwiek sprzeciwi się twojemu głosowi i nie będzie posłuszny twemu
słowu we wszystkim, co mu rozkażesz, musi umrzeć. Tylko ty bądź mężny i mocny"2. - Witold, kucnąwszy, przesuwał się wzdłuż ściany i odczytywał kolejne kaligraficznie zapisane cytaty. - "Jeśli kobieta
zbliży się do jakiegoś zwierzęcia, aby z nim się złączyć, zabijesz i kobietę, i zwierzę. Oboje będą ukarani śmiercią, sami śmierć na siebie
ściągnęli"3. - Potrząsnął głową. - Chyba musimy sprowadzić tu
biblistę.
- Raczej psychiatrę - burknął Artur i zerknął na Tarkę. - Widziałaś
tutaj coś, co może doprowadzić nas do Kostki?
- Nie sądzę. Ale warto przyjrzeć się tym gratom. Może uda się ustalić,
skąd pochodzą, a wtedy będzie nam łatwiej zrozumieć, jak wyglądało
dotychczasowe życie Kostki. To znaczy wam. - Tarka ponownie spróbowała
się uśmiechnąć. Ponownie bez powodzenia. - Ja nie zamierzam grzebać w przeszłości tego psychola.
Chwilę później policjanci na powrót znaleźli się przy samochodzie. Paląc
papierosa, Witold przyglądał się szarobeżowym blokom gęsto obrastającym
ulice. Wolno trawił to, czego się dowiedział w ciągu ostatnich piętnastu
minut.
- Gdyby nie podpalił tego garażu, tobyśmy się nigdy o nim nie
dowiedzieli - powiedział. - Po co to zrobił?
Artur, zatopiony w rozmowie na Messengerze, potrzebował paru sekund, aby
zrozumieć, że te słowa skierowane były do niego.
- Może chciał się pochwalić, że zbudował taką norę.
Witold pokręcił głową.
- Raczej pokazać, że pali za sobą mosty.
- I to dosłownie.
Witold wycelował palcem przed siebie.
- Wiesz, że mieszkam zaledwie kilka bloków stąd? Przy skrzyżowaniu
Ossowskiego z Lorentza, w samym sercu Kozin. Słyszałem o tym pożarze,
ale nie skojarzyłem go z naszą sprawą.
Artur popatrzył na Witolda.
- Chyba nie będziesz się tym zadręczać, co?
- Możliwe, że mijaliśmy się na ulicy. Ciekawe, czy wiedział, kim jestem.
I czy rechotał za każdym razem, kiedy mnie spotykał.
- To mało prawdopodobne. Poza tym nie sądzę, żeby Kostka z czegokolwiek
rechotał.
Witold wzruszył ramionami.
- Pewnie masz rację. Wracajmy na komendę.
Bartosz Adamski żuł gumę jeszcze długo po tym, jak straciła smak.
Niewiele brakowało, by zapomniał wypluć ją przed wejściem do sali
konferencyjnej. Był zestresowany. Bardziej, niż się spodziewał. A na
pewno bardziej, niż mógł się tego spodziewać jeszcze dwa tygodnie
wcześniej.
Minęło piętnaście dni, odkąd policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy
Wojewódzkiej Policji w Łodzi zrobili nalot na mieszkanie Seweryna
Kostki. Piętnaście dni, w których trakcie powinni poradzić sobie z odnalezieniem i pojmaniem człowieka podejrzewanego o zabójstwo co
najmniej trzech kobiet. Piętnaście dni, które miały być jednymi z najlepszych w zawodowym życiu Adamskiego.
Ale te piętnaście dni zamieniło się w jego największy koszmar.
Dlatego gdy wchodził do pomieszczenia pełnego dziennikarzy, z gumą do
żucia zawiniętą w chusteczkę i wepchniętą do kieszeni, nie mógł się czuć
pewnie. Wręcz przeciwnie. Podejrzewał, że doświadcza tego samego uczucia
niepokoju, z jakim notorycznie musiał się zmagać jego poprzednik na
stanowisku naczelnika Wydziału Kryminalnego. Mariusz Szczebiot.
Cierpiący na nerwicę natręctw introwertyk, który pogrążył się za sprawą
własnej nieudolności. Adamski uważał, że jest jego idealnym
przeciwieństwem. Facetem, który lubi presję i potrafi sobie radzić ze
stresem. Zwycięzcą. Człowiekiem, który samym wyglądem - starannie
uczesanymi blond włosami, dobrze dobranym garniturem i hollywoodzkim
uśmiechem - przekonuje, że wie, co robi.
Ale nie tym razem.
Piętnaście dni.
Kurwa mać.
Kiedy Adamski pochylał się nad mikrofonem, przy którym chwilę wcześniej
zaanonsował go rzecznik prasowy komendy, wiedział, że tym razem jego
występ nie będzie dobry. Nie mógł być. Nie w tych okolicznościach.
- Szanowni państwo, nazywam się Bartosz Adamski. Jestem naczelnikiem
Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Jak część z państwa wie z poprzednich konferencji, od jakiegoś czasu odpowiadam za
śledztwo w sprawie trzech zabójstw: studentki Martyny Bułeckiej,
policjantki Magdaleny Giętkiej, a także emerytki Henryki Świst. O ich
popełnienie podejrzewamy Seweryna Kostkę. Proponuję przeprowadzić
konferencję według standardowej formuły: najpierw powiem parę słów o poszukiwaniach, a potem przejdziemy do zadawania pytań. Czy to dla
państwa w porządku?
Kilku reporterów kiwnęło głowami. Pozostali wgapiali się w naczelnika,
jakby chcieli mu wyrządzić krzywdę. Adamski przełknął ślinę i zerknął do
notatek. Wiedział, że dziennikarze nie znoszą oficjeli dukających
komunały i odczytujących z kartki PR-owy bełkot. Że ich przychylność
można kupić naturalnością, pewnością siebie i odpowiednim doborem słów.
Tym, że powie się ciut więcej, niż mogą usłyszeć od przeciętnego
gryzipiórka. Ale nie zawsze oratorskie popisy się sprawdzają. Czasem
część merytoryczna jest zbyt miałka, żeby zgrabnymi słówkami, uśmiechami
i prezencją można było kogokolwiek zadowolić. Czasem nie da się nic
zrobić. Wówczas można się tylko wsłuchiwać w odgłos własnego upadku.
- Upłynęło piętnaści dni, odkąd nadkomisarz Witold Ptak i komisarz
Tomasz Kawęcki natknęli się na Seweryna Kostkę. Od tego czasu trwają
szeroko zakrojone poszukiwania podejrzanego, w które zaangażowana jest
nie tylko większość naszego departamentu, ale też funkcjonariusze z kilku innych jednostek oraz nasi koledzy z zagranicy działający na mocy
europejskiego nakazu aresztowania. Wspólnie monitorujemy przejścia
graniczne, dworce kolejowe i autobusowe oraz porty lotnicze, sprawdzamy
noclegownie w Łodzi i innych polskich miastach, a także jesteśmy w stałym kontakcie z ludźmi, którzy są lub byli w jakikolwiek sposób
związani z Kostką. Jednocześnie próbujemy ustalić dotychczasowy przebieg
zagadkowego życia podejrzanego, co może mieć niebagatelny wpływ na
poszukiwania, śledztwo i późniejsze postępowanie sądowe. - Adamski
odłożył notatki i podniósł głowę. - Mówiąc wprost: ustalamy, do czego
tak naprawdę zdolny jest ten człowiek.
Kilkoro dziennikarzy zaczęło ziewać albo bawić się telefonami. Adamski
nie powiedział nic, czego by nie wiedzieli.
- Niestety, ze względu na dobro sprawy nie wolno mi dzielić się z państwem szczegółami naszych działań operacyjnych. Mogę jedynie
powiedzieć, że sprawca nadal przebywa na wolności, ale intensywnie
pracujemy nad tym, żeby to się zmieniło. Nie ukrywam, że liczymy także
na państwa pomoc. Nagłaśnianie sprawy i kolejne publikacje zdjęć
podejrzanego w mediach mogą sprawić, że ktoś poinformuje nas o miejscu
pobytu Kostki. - Podciągnął rękaw marynarki i zerknął na zegarek. Pięć
minut. Wystarczy, żeby ich nie zanudzić. A jednocześnie nie dać im dość
czasu na zbombardowanie go pytaniami. - A teraz przejdźmy do części,
która z pewnością bardziej państwa interesuje, czyli do zadawania pytań.
Kto chciałby zacząć?
Kilka rąk powędrowało w górę. Jeden z pracowników zespołu prasowego, do
tej pory stojący za Adamskim niczym jego sekundant, wskazał dziennikarkę
z drugiego rzędu.
- Kamila Sieradzka, Radio dla Was. Czy w ciągu tych piętnastu dni udało
się państwu zebrać dowody jednoznacznie świadczące o tym, że to Seweryn
Kostka jest sprawcą tych zabójstw?
Adamski wzruszył ramionami.
- Mogę powiedzieć tylko tyle, że już sporo o Kostce wiemy. Trafiliśmy na
jego trop, kiedy szukaliśmy zabójcy Martyny Bułeckiej, więc wydaje się
najmocniej powiązany z tą sprawą. Ale znajdujemy coraz to nowe poszlaki
przemawiające za tym, że może być zamieszany także w śmierć dwóch innych
kobiet, o których wspomniałem na początku. Oczywiście dowody ostatecznie
oceni sąd, ale wraz z prokuratorem Adamem Wargą, który nadzoruje to
dochodzenie, uważamy, że podejrzany jest seryjnym zabójcą.
Szukał wzrokiem tęgiej sylwetki prokuratora, który momentami okazywał
ostentacyjny brak zainteresowania śledztwem. Faceta w cieniu,
prawdopodobnie wiedzącego na temat tych zabójstw więcej niż pozostali.
Więcej, niż powinien wiedzieć jako prokurator. Ale na razie Adamski nie
potrafił tego udowodnić. Ani zlokalizować Wargi. Jak zwykle.
- Czy to nie dziwne, że na dworcach, lotniskach i przejściach
granicznych nie zauważono Kostki? Jakie jest według pana
prawdopodobieństwo, że podejrzany wyjechał z Polski?
- Sprawdzamy różne warianty, ale moim zdaniem Kostka nadal przebywa w kraju.
- To dlaczego tak trudno go złapać?
Adamski ciężko westchnął.
- Szczerze? Sam chciałbym to wiedzieć. Może to niezbyt dyplomatyczna
odpowiedź, ale taka jest prawda. Przypuszczam, że albo Kostka doskonale
się ukrywa, podając za kogoś, kim nie jest, albo ktoś mu pomaga. Nie
wiem, kiedy go dorwiemy, ale jestem pewien, że to zrobimy.
- Błażej Tarnowski z Telewizji Łódź. Czy to prawda, że komisarz Kawęcki,
który trafił na trop Kostki, zwolnił się z pracy zaraz po interwencji w mieszkaniu podejrzanego?
- Tak, to prawda.
- Dlaczego?
- O to należałoby zapytać komisarza Kawęckiego. Odchodząc ze służby,
nikomu nie podał powodów swojej decyzji. A przynajmniej ja nic od niego
nie usłyszałem.
- Nie widzi pan w tym niczego dziwnego?
- Wykonujemy trudną i obciążającą psychicznie pracę. Zdziwiłbym się,
gdyby intensywne kilkumiesięczne poszukiwania zabójcy Martyny Bułeckiej
w ogóle nie odcisnęły piętna na komisarzu Kawęckim. Moim zdaniem
niepotrzebnie doszukuje się pan w tej decyzji drugiego dna.
- Jeszcze jedno pytanie, panie naczelniku. Sąsiedzi Kostki twierdzą, że
któryś z policjantów starających się zatrzymać podejrzanego był
przebrany za księdza. Co więcej, uważają, że próbują państwo zataić tę
informację. Jak się pan do tego odniesie?
- Jak już parokrotnie mówiłem, nie posiadamy żadnej wiedzy na temat
policjanta paradującego w stroju księdza. Dlatego traktuję tę informację
jako głupią plotkę. Jeżeli pragną państwo zobaczyć policjanta w stroju
księdza, następnym razem mogę się wystroić w sutannę.
Dowcip, który miał pokazać, że Adamski jest bardziej wyluzowany niż w rzeczywistości, okazał się niezbyt śmieszny. I niezbyt skuteczny.
- Kinga Groniec, "Głos Miasta". Kilka tygodni temu opublikowaliśmy duży
tekst o skandalu pedofilskim w łódzkiej prokuraturze. Czy zamierzają
państwo jakoś zareagować na te doniesienia?
Adamski był przygotowany na to pytanie. Padało na każdej konferencji.
- Z całym szacunkiem, ale to pytanie nie ma żadnego związku z naszymi
poszukiwaniami. Powinna je pani skierować do przedstawicieli
prokuratury.
- Oni nie chcą rozmawiać z prasą. A w artykule jest mowa także o policjantach.
- Naprawdę nie ma powodu, abym ja czy ktokolwiek z mojego zespołu się do
tego odnosił. - Ponownie zerknął na zegarek. - Kończy nam się czas.
Proszę o ostatnio pytanie.
- Piotr Wochyński z "Expressu Łódzkiego". Czy niedawna napaść na Alicję
Mioduszewską, autorkę wspomnianego tekstu, ma jakiś związek z poszukiwaniami Kostki?
Pracownik zespołu prasowego uznał, że powinien utemperować młodego
dziennikarza, który wyrywa się przed szereg.
- Pan naczelnik... - zaczął, ale Adamski powstrzymał go machnięciem ręką.
- A uważa pan, że może mieć? - zapytał.
- Alicja zajmowała się sprawą Bułeckiej - wyjaśnił Wochyński. - Napisała
kilka ostrych tekstów na ten temat. Skrytykowała w nich policję i prokuraturę. Istnienie związku między sprawą Kostki a napaścią na Alicję
wydaje się zatem całkiem prawdopodobne.
- Jeszcze tego nie wiemy.
- A jak pan sądzi?
Adamski zastanowił się przez chwilę, zanim pochylił się nad mikrofonem.
- Chciałbym wierzyć, że nie. Na dzisiaj to wszystko. Dziękuję.
Roman Basznikow zajmował miejsce na tylnym siedzeniu samochodu i wpatrywał się w boczną szybę. Obserwował mężczyznę, który wyszedł z obskurnego baru i niespiesznie, paląc papierosa, kierował się w stronę
przystanku autobusowego. Dzieliło ich jakieś pięćdziesiąt metrów, ale
nawet z takiej odległości Roman był w stanie dostrzec, że facet jest
kompletnie pijany.
- Podjechać bliżej? - spytał Quentin, który prowadził auto tak, jakby
chciał pobić rekord świata w jeździe na półsprzęgle.
- Nie trzeba - odparł Roman. - Stąd odjeżdżają tylko dwa autobusy. Oba
kierują się w stronę Teofilowa. Ustaw się tak, żebyśmy mogli za nimi
ruszyć.
Quentin ze zdziwieniem popatrzył na Romana, jednocześnie realizując jego
polecenie.
- Nie wiedziałem, że znasz rozkład jazdy.
- Bo nie znam. Ale przygotowałem się na dzisiaj.
- W ogóle korzystałeś kiedyś w Łodzi z MPK?
- A wyglądam na gościa, który jeździ autobusami?
- Nie. Nie wyglądasz też na faceta, który samodzielnie prowadzi
obserwacje.
- Czasem jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze, musisz to
zrobić sam. - Roman poklepał oparcie fotela, na którym siedział Quentin.
- Wsiadł do autobusu. Odczekaj piętnaście sekund i włącz się do ruchu.
Włożył dwie tabletki przeciwbólowe do ust i popił wodą. Rozparł się na
siedzeniu, czekając, aż lek zacznie działać. Quentin ma rację, pomyślał.
Nie jeździł komunikacją miejską. Bardzo rzadko prowadził obserwacje.
Jeszcze rzadziej zdarzało mu się snuć po mieście za wrogami. Ale
prawdziwie zaskakujące było dopiero to, że zgodził się na współpracę z jednym z nich. Z psem. Być może najgorszym ze wszystkich, jakich do tej
pory poznał w tym kraju. Mającym zadziwiająco mało do stracenia. A przez
to kompletnie nieprzewidywalnym.
- Podoba ci się ten samochód? - zapytał Quentin, który najwyraźniej nie
mógł znieść jazdy w ciszy.
- Nie znam się na autach. Skąd go wytrzasnąłeś?
- Pożyczyłem od takiego jednego gościa. Nienotowanego - dodał,
uprzedzając pytanie Romana. - Dziesięcioletni golf piątka. Kompaktowy,
nierzucający się w oczy. Wykombinowałem, że będziemy w nim wyglądać
zupełnie zwyczajnie. Jak kierowca Ubera i jego pasażer.
- A więc wyszedłeś z założenia, że może nas zobaczyć?
- Nie. Po prostu jestem przezorny. - Quentin zerknął na szefa. -
Podobnie jak ty.
Roman nigdy nie przypuszczał, że kiedyś będzie się codziennie widywał z Quentinem. Że ten twardogłowy facet z charakterystycznie wysuniętą
szczęką, przez którą przypominał słynnego hollywoodzkiego reżysera,
stanie się jego przybocznym. Kiedy Roman ponad dwadzieścia lat temu
przyjechał do Polski, Quentin był zwykłym chłopcem na posyłki.
Wciągającym fetę gnojkiem, który wyładowywał na świecie gniew.
Stosującym wyłącznie argumentum ad baculum - groźbę i siłę. Roman
wciągnął go do swojej grupy, ponieważ wydawał mu się najgorszy spośród
dziesiątek głupków, z których usług okazjonalnie korzystał. Był
najbrutalniejszy ze wszystkich. Najbardziej bezwzględny.
Najobrzydliwszy. Idealny do osłaniania tyłów i robienia za ludzką
tarczę. Ale potem się okazało, że Quentin ma ambicje. Że nie chce być
jedynie wulkanem agresji wykorzystywanym przez mądrzejszych od siebie do
wyrywania wrogom paznokci. Że ma ochotę zostać pełnoprawnym członkiem
organizacji. Jednym z zaufanych doradców Romana. Jego prawą ręką. A może
nawet kimś więcej.
Roman musiał pilnować, żeby pragnienie nieśmiertelności nie zdominowało
Quentina. Żeby nie wzbił się zbyt blisko słońca. Bo spadając, mógłby go
pociągnąć za sobą.
Kiedy były policjant wysiadł z autobusu, Quentin przejechał przez
skrzyżowanie i skręcił w pierwszą ulicę w prawo. Przyspieszył. Minął
kilka samochodów i jeszcze raz zakręcił, jak gdyby rozłożył zawracanie
na raty. Niedługo później ponownie dojrzeli cel. Człapał w kierunku
olbrzymich hal magazynowych, które stanowiły nieodłączny krajobraz
Teofilowa Przemysłowego.
- Nic nie kombinował - stwierdził Roman. - Pojechał prosto do pracy.
- Musi mieć poważne problemy z chlaniem, skoro przed robotą przesiaduje
w barze.
- To akurat nie powinno nas martwić.
- Nie?
- Uzależnionych łatwiej się kontroluje. - Roman zerknął w lusterku
wstecznym na Quentina. Chciał się upewnić, czy zrozumiał jego aluzję. -
Zaparkuj tak, żebym mógł obserwować wejście do magazynu. Następnie
zrobisz obchód wokół hali. Jeśli się okaże, że jest z niej jakieś inne
wyjście, zadzwonisz do któregoś ze swoich nienotowanych kumpli i powiesz
mu, żeby przywiózł ci samochód. Musimy mieć pewność, że nie stracimy
faceta z oczu.
- Do tego stopnia mu nie ufasz?
- Nikomu nie ufam. - Roman zerknął na zegarek. - A już na pewno nie psu,
który proponuje mi układ.
Quentin pokiwał głową, a następnie spełnił prośbę szefa. Zatrzymał się
pomiędzy dwoma halami przedzielonymi wąską jednopasmową drogą, na której
z trudem manewrowały tiry. Wyłączył silnik.
- Wysiadaj - nakazał Roman.
- Czy naprawdę nie może tego zrobić ktoś inny? Znam ludzi, którzy nie
puszczą pary z ust, nawet gdy im się podepnie akumulator do jaj.
Roman pokręcił głową, po czym szeroko rozłożył ręce. Ciekawiło go, czy
Quentin podąży wzrokiem za jego kikutem. Za okaleczoną, pozbawioną
czterech palców dłonią, która przypominała nieudolnie uszytą rękawiczkę.
Uśmiechnął się. Po tylu latach wciąż to robił. Wciąż gapił się na jego
kikut, jakby widział go po raz pierwszy. I wciąż bał się zapytać, co mu
się stało.
A dopóki nie starczało mu na to odwagi, Roman mógł się czuć bezpiecznie.
Komisarz Anna Stelmach nie miała wątpliwości, że w policji nie brak
seksistowskich, napastliwych buców, którzy uważają, że baby nadają się
wyłącznie do stania przy garach lub dawania dupy. Ktoś jednak kiedyś jej
powiedział, że powinna się tam wystrzegać nie ich, ale kobiet. Zwłaszcza
tych ambitnych. Zwinnie wspinających się po szczeblach kariery. Gotowych
zrobić więcej niż inni, żeby osiągnąć to, na czym im zależy. A czasem
więcej, niż pozwala przyzwoitość.
Gdyby osoba, która dała Stelmach tę radę, wiedziała, co czeka młodą
komisarz, kazałaby się jej zatrzymać. Zawrócić. Spieprzać jak najdalej.
Pod żadnym pozorem nie iść na konfrontację z młodszą inspektor Olgą
Knap, dyrektorką Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji.
Kobietą, która z niewidzialnego pociągania za sznurki i tkania nici
dziwacznych powiązań mogłaby napisać doktorat.
Knap, poważna brunetka z krótko obciętymi włosami, raz po raz maczała
torebkę herbaty we wrzątku. Wyglądała przez okno na wiecznie zakorkowaną
Puławską. Na drewnianym biurku dyrektorki leżał obszerny raport, nad
którym Stelmach pracowała przez kilka ostatnich miesięcy. Bliżej Knap
znajdowała się pojedyncza kartka w formacie A4. Zapewne streszczenie
raportu przygotowane przez jednego z jej przydupasów. To na jego
podstawie Knap miała rozstrzygnąć, czy Stelmach wykonała w Łodzi kawał
dobrej roboty, czy zmarnowała zasoby BSW i pół roku pracy.
- A więc nie udało ci się dowieść, że Kawęcki współpracuje z gangsterami
- zaczęła, nie patrząc na Stelmach.
Wreszcie wyciągnęła torebkę z kubka i wrzuciła ją do stojącego pod
biurkiem kosza.
- Nie, ale mamy mnóstwo poszlak, które na to wskazują - odparła
Stelmach.
- Mieliśmy je, zanim wysłaliśmy cię do Łodzi.
- Ale tym razem to coś więcej niż kilka podejrzanie wyglądających liczb
w Excelu. - Stelmach wycelowała palcem w raport. - Jestem absolutnie
pewna, że Kawęcki współpracuje z Mariuszem Ryterem, gangsterem i właścicielem firmy ochroniarskiej Herkules. Zabezpiecza jego biznes.
- W jaki sposób?
- Do tej pory mechanizm był prosty. Ryter wystawiał Kawęckiemu rywali,
którzy podobnie jak on parali się wymuszaniem haraczy, tylko robili to w sposób mniej dyskretny. Ten ich zgarniał, torując gangsterowi drogę do
rozwoju firmy. Do wciskania usług ochroniarskich i systemów
antywłamaniowych straumatyzowanym przedsiębiorcom. Poza tym Kawęcki
dostarczał mu informacje, dzięki którym Ryter znajdował się poza
policyjnymi radarami. Ze zgromadzonych materiałów trudno wyciągnąć inne
wnioski.
- I dlatego Kawęcki postanowił odejść z policji? Bo ty i ten facet z łódzkiego oddziału BSW zaczęliście na niego naciskać? Bał się, że go
dopadniecie?
- Tak przypuszczam. W przeciwnym wypadku nie odszedłby ze służby zaraz
po odkryciu tożsamości człowieka, za którym uganiał się od miesięcy.
- Może uznał, że zrobił, co do niego należało? Że teraz wystarczy
wypuścić psy gończe?
Stelmach ciężko westchnęła. Z trudem przychodziło jej tłumienie
irytacji.
- Z całym szacunkiem, ale nie poznała pani Kawęckiego. To nie jest typ
człowieka, który odpuszcza.
Knap rzuciła podwładnej ciężkie, zawiesiste spojrzenie. Oceniała ją.
Badała. Testowała, czy stroi się w piórka, aby chronić twarz, czy
rzeczywiście wierzy w to, co mówi.
- Kilka miesięcy temu chciałaś zająć się tą sprawą, żeby wyjechać z Warszawy. Oderwać się od życia, jakie wiodłaś. Nabrać dystansu do
pewnych spraw. A teraz chcesz wrócić do Łodzi, aby dokończyć śledztwo,
które na razie prowadzi donikąd.
Stelmach kiwnęła głową. Choć nie miała pojęcia, czy Knap właśnie tego od
niej oczekuje.
- Co właściwie chcesz osiągnąć? - spytała dyrektorka.
- Dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Poznać prawdę.
Knap się roześmiała. Przesunęła kubek z herbatą na bok, położyła na
skraju biurka kartkę i ją odwróciła. Stelmach odruchowo na nią zerknęła.
Na siebie. Na swoje zdjęcie przypięte u góry wydruku. Dyrektorka
błyskawicznie przestudiowała jej życiorys. Delikatnie uniosła kąciki
ust.
- Jesteś już nie tak młodą, ale wciąż bardzo naiwną osobą. Obawiam się,
że jeśli szybko się to nie zmieni, wkrótce tego pożałujesz. - Odłożyła
kartkę, sięgnęła po kubek i siorbnęła łyk herbaty. Ponownie zapatrzyła
się w okno, za którym rozgrywał się stołeczny sajgon. - Dwa miesiące.
- Słucham?
- Masz dodatkowe dwa miesiące. Wrócisz do Łodzi i spróbujesz zamknąć tę
sprawę. Sama, po cichu, nie angażując w to policjantów z lokalnego BSW.
Zrobisz to przy minimalnym budżecie. Ale jeśli po tych dwóch miesiącach
przywieziesz takie dyrdymały - wskazała brodą kartkę - będzie to
prawdopodobnie ostatni raport, jaki sporządzisz w swoim policyjnym
życiu. Czy to jasne?
Stelmach energicznie pokiwała głową. Uśmiechnęła się. Jak człowiek idący
na ścięcie, którego w ostatniej chwili oddelegowano na dodatkową porcję
tortur.
Witold Ptak wpatrywał się w migającą jarzeniówkę, która zachowywała się
tak, jakby ktoś co kilka sekund odcinał jej dopływ prądu. Przyglądał się
lekarzom i pielęgniarkom krzątającym się po korytarzu, dzielącym
niezrozumiałymi dla niego informacjami. Patrzył na pacjentów, którzy
snuli się bez celu, dla zabicia czasu zaglądając po kilka razy do tych
samych sal. Wreszcie zerkał na telefon. Czekał na esemesa od Edyty.
Miała go poinformować, kiedy może się z nim spotkać, aby uzgodnić plan
rozstania. Wymyślić, jak to zrobić, żeby ich córki jak najmniej na tym
ucierpiały. Żeby to wyglądało cywilizowanie. Dorośle. Godnie. Jakby się,
kurwa, nic nie stało.
Wetknął telefon do kieszeni i poderwał się z krzesła, kiedy podeszła do
niego filigranowa lekarka w towarzystwie faceta wyglądającego jak
podstarzały wykidajło. Przywitali się, przedstawili i wyjaśnili, co tu
robią. Ona opiekowała się kobietą, którą Witold przyszedł odwiedzić. On
próbował wybadać, dlaczego wylądowała w szpitalu.
- Nie może się pan z nią zobaczyć - powiedział policjant, który
przedstawił się jako komisarz Grzegorz Zajdel.
- Dlaczego?
- Ona sobie tego nie życzy.
- Przekazaliście jej, kim jestem?
Policjant kiwnął głową.
- Wie, kim pan jest. I nie chce mieć z panem do czynienia.
- Może to reakcja szokowa. - Witold zerknął na doktor Izabelę Kobryn,
licząc na to, że potwierdzi jego słowa.
- To mało prawdopodobne - powiedziała lekarka. - Ona już wyszła z szoku.
Doskonale rozumie, co ją spotkało. Raczej przemawia przez nią gniew.
- Uważa, że nie zrobił pan dostatecznie dużo, żeby temu zapobiec - dodał
Zajdel.
Witold podrapał się po głowie. Nie potrafił się odnieść do tych słów. I wcale nie chciał. Postanowił zmienić temat.
- Jak ona się czuje?
Doktor Kobryn wzruszyła ramionami.
- Powiedziałabym, że zaskakująco dobrze, zważywszy na to, co ją
spotkało. Zaskakująco dobrze jak na wielokrotnie zgwałconą i brutalnie
pobitą kobietę.
Witold smętnie pokiwał głową.
- Jej życiu nic nie zagraża?
Lekarka westchnęła. Jakby musiała tłumaczyć coś prostego opornemu
dzieciakowi.
- Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, aby mogła z tego wyjść bez
depresji i zaburzeń lękowych. Nie sądzę, żeby była w stanie kiedykolwiek
zbudować zdrową intymną relację z mężczyzną. Nie wspominając o tym, że
najprawdopodobniej nigdy nie zostanie matką. A żeby jeszcze się kiedyś
uśmiechnąć, będzie musiała wstawić kilka implantów stomatologicznych
albo odbudować całą szczękę. - Kobryn rozłożyła ręce. - Więc tak, jej
życiu nic nie zagraża. Tyle że wydaje się cholernie mało prawdopodobne,
żeby miała ochotę dalej je wieść.
Oschle pożegnała policjantów i wróciła do swoich obowiązków. Kiedy
mężczyźni zostali sami, Witold ponownie usiadł na krześle i schował
twarz w dłoniach.
- Wiecie, kto to zrobił? - zapytał.
Zajdel usiadł obok. Ściągnął usta i potrząsnął głową.
- Było ich trzech. Dopadli ją w parku, gdy uprawiała wieczorny jogging.
Naprzemiennie bili ją i gwałcili.
- Wiem, czytałem akta sprawy. Będzie w stanie ich rozpoznać?
- Trudno powiedzieć. Widziała ich twarze. Nie ukrywali się. Zaprosiliśmy
rysownika, aby sporządzić portrety pamięciowe, ale przy pierwszym
podejściu nie potrafiła precyzyjnie ich opisać. Chyba jest jeszcze za
wcześnie, żeby naciskać na nią w tej sprawie.
- Przynajmniej jest jakaś nadzieja.
- Ona twierdzi, że chodzi o artykuł, który napisała kilka tygodni temu.
Że to dlatego ją zgwałcili. To była kara.
- Za artykuł o prokuratorze Pszoniaku i jego pedofilskich skłonnościach?
Zajdel pokiwał głową.
- Powiedziała, że to prokurator Adam Warga, wieloletni współpracownik
Pszoniaka, kazał tym gościom ją dopaść.
- Jezu Chryste - westchnął Witold.
Nie był tym ani trochę zaskoczony, ale czuł, że w obecności Zajdla
właśnie tak powinien zareagować. Jakby się nie spodziewał, że dostanie w mordę, mimo że od dawna nadstawiał policzek.
Witold wraz z Tomkiem Kawęckim przez wiele miesięcy uganiali się za
Wargą, próbując znaleźć dowody na to, że on, Pszoniak i kilkudziesięciu
facetów ze szczytów władzy zawiązało w Łodzi swoisty klub rozpusty, w którym oddawało się najbardziej wyuzdanym seksualnym zachciankom. Także
z udziałem nieletnich. Po rozmowach z kilkoma prawnikami dwaj policjanci
nabrali pewności, że ten podziemny świat cynicznych dewiantów istnieje.
I że jest jeszcze paskudniejszy, niż przypuszczali. Ale bez twardych
dowodów nie byli w stanie nic z tym zrobić. Potrzebowali ludzi, którzy
wejdą do tego środowiska.
Nie znaleźli jednak nikogo, kogo mogliby o to poprosić. Nikogo, kto
względnie bezpiecznie mógłby się wkupić w łaski pedofilów i zwyrodnialców. Ale Kawęckiego to nie powstrzymało. Nie konsultując
niczego z Witoldem, zaczął wciągać cywilów do swojej gry. Wpychać
niewinnych ludzi na miny, jakby byli mięsem armatnim. Znalazł parę,
która według niego idealnie nadawała się do tego zadania. Dziennikarkę
Alicję Mioduszewską i pisarza Jakuba Możejkę. Dwoje naiwnych,
pogrążonych w problemach ludzi, którzy postanowili połączyć siły, żeby
rozwikłać zagadkę zabójstwa Martyny Bułeckiej i paru innych zbrodni,
jakich prawdopodobnie dopuścił się ten sam człowiek. A przy okazji
zrobić to, do czego Kawęcki ich namaścił. Wsadzić kij w mrowisko, nie
mając bladego pojęcia, co z niego wypełznie.
To nasza wina, pomyślał Witold. Moja i Kawęckiego. Powinienem był go
powstrzymać, zanim zrujnował tej kobiecie życie.
- Muszę z nią porozmawiać - odezwał się po dłuższym namyśle.
- Przykro mi, ale to ja prowadzę śledztwo w tej sprawie - zaoponował
Zajdel. - I według mnie najważniejsze jest to, żeby Alicja jak
najszybciej doszła do siebie, bo być może wtedy będzie w stanie
rozpoznać tych bydlaków. Wątpię, żeby ludzie, którzy dopuścili się
czegoś takiego, mogli mieć czyste kartoteki. Dlatego przekopaliśmy nasze
bazy i przygotowaliśmy wstępną listę podejrzanych. Może Alicji uda się
kogoś rozpoznać. Ale najpierw musi wydobrzeć. Żeby wydobrzeć, musi być
odizolowana od stresu. A pan, sądząc po tym, jak zareagowała na pańskie
nazwisko, jest dla niej jednym wielkim stresorem.
Zajdel podniósł się z krzesła i obmacał kieszenie. Wyciągnął maleńki
notatnik. Otworzył go na jednej z ostatnich zapisanych stron.
- Ale może nam pan pomóc - oznajmił. - Alicja ciągle wypytuje o Jakuba
Możejkę. To popularny pisarz i jej znajomy. Może nawet ktoś więcej niż
znajomy. Dziewczyna twierdzi, że skoro jeszcze jej nie odwiedził,
musiało mu się przytrafić coś złego. Boi się, że jego też dopadli.
- A wy, jak rozumiem, nie możecie go odnaleźć?
- Jakby się zapadł pod ziemię. - Zajdel schował notatnik z powrotem. -
To co, pomoże nam pan?
Witold pokiwał głową.
Chwilę później poczuł wibrację telefonu. Wyjął go z kieszeni. Przeczytał
esemesa od Edyty. Zaklął.
- Coś nie tak? - spytał Zajdel.
- Nie wiem - odparł Witold, nie odrywając wzroku od smartfona. - Czasami
mam wrażenie, że utknąłem w koszmarze, z którego nie jestem w stanie się
wybudzić.