REIS EFFENDINA
Murad Nassyr odprowadził mnie i dzieci. Posługacz szedł przed nami. Kiedyśmy się dostali na statek, skończyła załoga właśnie modlitwę południową i zabierała się do rozwinięcia wielkiego żagla. Uścisnąłem Nassyrowi rękę, podziękowałem mu za towarzystwo i wskoczyłem razem z czarnymi na pokład. Wkrótce wiatr wydął żagle i dahabijeh skierowała dziób ku środkowi rzeki. Po kilku pożegnalnych skinieniach odwróciłem się od brzegu, aby przywitać się z re?sem, kapitanem. Podszedłszy do mnie, ukłonił się bardzo grzecznie i nawet podał rękę, poczem zaprowadził mnie sam do mojej kajuty. Kajuta znajdowała się w tylnej części okrętu, a od pokładu dzieliła ją wisząca rogoża słomiana, zastępująca drzwi. Zauważyłem tam coś w rodzaju materaców, a ponieważ w koce zaopatrzył mnie Nassyr, mogłem urządzić się wygodnie z moimi małymi, czarnymi towarzyszami podróży. Miejsca było tu dość, choć nie za wiele. Ku mojemu zdziwieniu, zastałem tuzin flaszek, ustawionych wzdłuż ściany. Reis mnie objaśnił, że Turek je przysłał. Było to piwo pilzeńskie. Sympatja moja dla grubasa wzmagała się z każdą chwilą.
Właśnie odszedł był reis ode mnie, a ja przystąpiłem do małej luki w kajucie, aby rzucić okiem na ożywioną żaglami rzekę, kiedy usłyszałem za sobą głos:
- Effendi, czy pozwolisz mi przynieść tu swoje rzeczy, które hammal złożył tam naprzedzie okrętu?
Odwróciłem się do mówiącego. Stał u wejścia do kajuty w tak uprzejmej, pokornej nawet postawie, że trzeba było odpowiedzieć mu przyjaźnie, a jednak nie mogłem się na to zdobyć. Oko jego patrzyło ostro z pod brwi krzaczastych, a kąty wąskich warg opadały ku dołowi, jakby za chwilę miał wybuchnąć śmiechem szyderczym. A nos...! Był mocno spuchnięty i zabarwiony na żółto, czerwono, zielono i niebiesko. Jakim sposobem ten człowiek tak sobie twarz oszpecił? Mimowoli przyszedł mi na myśl duch trzeci, którego nos zetknął się silnie z moją pięścią. W duszy mej, skłonnej teraz do nieufności, zbudziło się podejrzenie. Kiedy rozwijano żagle, zanim okręt ruszył, śpiewali majtkowie: "Ah ia sidi Abd el Kader". Jest to zwyczajny okrzyk muzułmanów, należących do Kadirine. Czyżby reis tego statku, a z nim cała załoga, byli członkami bractwa? Czyżby Abd el Barak, który od Selima mógł się dowiedzieć, że popłynę na dahabijeh, kazał reisowi wziąć na statek mego trzeciego stracha? Były to dla mnie pytania pierwszorzędnego znaczenia. Nie zdradziwszy myśli swoich najdrobniejszym skurczem twarzy, zaskoczyłem tego człowieka nagłem zapytaniem:
- Jak się nazywasz?
Zapewne spodziewał się, że na swoje zapytanie otrzyma w odpowiedzi słowo zgody: "tak", usłyszawszy jednak coś innego, zawahał się na chwilę. Dlaczego? Czy miał powód do skrywania swego imienia?
- No, odpowiadaj! - przynagliłem surowo.
- Nazywam się ben Szorak - odrzekł.
Powiedział to tak, jakgdyby wypuszczał przez u sta pierwsze lepsze imię, które przyszło mu na myśl. Nazwisko takie jednak, jak ben Szorak, czyli syn Szoraka, bynajmniej mi nie wystarczało. Ten człowiek miał około pięćdziesięciu lat, więc musiał mieć własne imię, po którem pewnie następowało ben Szorak. Nie zastanawiałem się jednak nad tem zbyt długo i pytałem dalej:
- Dlaczego się zgłaszasz do tej roboty?
- Ponieważ obsługuję podróżnych.
- Aha! Czy jesteś Arabem?
- Tak, z plemienia Maazeh.
- Jak długo służysz na tym statku?
- Od roku przeszło.
- Dobrze! Przynieś mi rzeczy. Jeśli będę z ciebie zadowolony, otrzymasz obfity bakszysz.
Zależało mi na tem, aby ten człowiek nie miał czasu zawiadomić drugich o udzielonych mi odpowiedziach. Wyszedłem więc na pokład. Reis stał wtyle obok sternika; przystąpiłem do niego i zadałem mu kilka pytań, odnoszących się do moich praw i obowiązków jako podróżnego. Potem spytałem, czyby nie zechciał wyznaczyć mi kogoś do drobnych posług. Reis odpowiedział, nie przeczuwając niczego:
- Już wyznaczyłem ci tego, co zaniósł do kajuty twoje rzeczy.
- Jak się nazywa?
- Barik.
- Czy to Beduin?
- Nie. Pochodzi z Minieh.
- Czy wierny i godzien zaufania? Jak długo jest na tym statku?
- Już od czterech miesięcy.
Wiedziałem dosyć. Ten upiór numer trzeci okłamał mnie i nie był nawet na tyle ostrożny, żeby omówić z załogą personalja. Nie ulegało wątpliwości, że przybył na statek jedynie w tym celu, aby mi w drodze towarzyszyć. Uderzyło mnie to, że bawił jeszcze w kajucie. Czego tam szukał? Zbliżyłem się ostrożnie, nie chcąc go spłoszyć przedwcześnie, a potem wszedłem szybko do środka. Dzieci siedziały i obgryzały kilka daktyli, które im dał, aby ich uwagę zaprzątnąć, a sam trzymał rękę w wewnętrznej kieszeni mego haika, chcąc widocznie zbadać jej zawartość. Udałem, że tego nie zauważyłem, i obarczyłem go jakiemś poleceniem, z którem się musiał oddalić.
Jakżeż uzasadnione były moje obawy! Teraz zachodziło pytanie, jakie polecenie otrzymał od Abd el Baraka. Może otrzymał rozkaz, aby mnie w drodze zamordować? Tej ostateczności nie chciałem jeszcze przypuszczać. Prawdopodobnie chciał mi wykraść dokumenty i może teraz właśnie szukał ich w kieszeni haika. Bądź co bądź, nie znajdowałem się w położeniu godnem zazdrości, i byłoby mi najprzyjemniej, gdybym mógł dahabijeh bezzwłocznie opuścić. Postanowiłem zmienić okręt przy najbliższej sposobności, co zresztą wielkich trudności nie przedstawiało, statki te bowiem przybijają prawie regularnie co wieczora do jakiejś przystani i zawsze znajdzie się ich tam kilka. Nie sądziłem przytem, żeby niebezpieczeństwo dziś już miało mi zagrażać. Zaniechałem narazie rozmyślań i zabrałem się do urządzenia mego małego pływającego gospodarstwa domowego. Należało przedewszystkiem zabezpieczyć żywność przed szczurami, które są prawdziwą plagą tych statków. W trakcie tego wpadła mi w rękę paczka tytoniu. Otworzyłem ją i znalazłem na wierzchu papier złożony, a na nim napis: "pańskie koszta podróży do Siut". Pakiet był dosyć ciężki; kiedy go rozwinąłem, zamigotało przede mną dwadzieścia inglis liraszy, czyli około tysiąca złotych. Mój gruby Murad Nassyr był sobie wcale poczciwym Osmanem. Mieliśmy wprawdzie bardzo odmienne przekonania religijne, lecz w kwestjach pieniężnych panowała widocznie między nami wzruszająca harmonja. Zachodziło tylko pytanie, do jakich usług chciał mnie tem zobowiązać. Wciąż jeszcze Nassyra podejrzewałem, że prowadzi takie interesy, na jakie zgodzić będzie mi się trudno. Jego twarz przybierała czasem wyraz taki, jaki można zauważyć tylko u ludzi, dla których każda droga dobra, jeśli prowadzi do celu. Jego zachowanie się wobec mnie niewątpliwie wynikało z dużej dozy sympatji, to przyznać musiałem; równocześnie jednak przypuszczałem, że wiele także dałoby się wyjaśnić jego egoistyczną rachubą. Tego egoizmu jednak nie mogłem mu brać za złe, bo każdy człowiek jest w mniejszym lub większym stopniu egoistą.
Ażeby żywność przed szczurami zabezpieczyć, zbudowałem z flaszek podstawę i położyłem na niej wszystkie zapasy i wartościowe przedmioty. Dopomagały mi w tem moje murzynięta. Okazało się przy tej sposobności, że były to dzieci zręczne i pojętne. Byłbym sobie oszczędził tej pracy, gdybym przeczuwał, że pobyt mój na dahabijeh nie przetrwa dnia jednego, Wiał wiatr północny, jak zwykle w tej porze roku, i statek płynął dosyć szybko, dopóki słońce nie zniknęło na zachodzie i nie odmówiono moghrebu, modlitwę wieczorną]. Potem jednak kazał reis płynąć tylko połową żagli. Dahabijeh posuwała się powolniej i zauważyłem, że ster skierowano ku lewemu brzegowi rzeki. Zwróciłem się do reisa i spytałem o przyczynę tego manewru.
- Zatrzymujemy się w Giseh - odpowiedział.
- Ale dlaczego? Dopiero rozpoczęliśmy drogę. Z jakiego powodu mamy ją już przerywać? Jeszcze nie ciemno i wkrótce ukażą się gwiazdy, a przy ich świetle moglibyśmy wcale dobrze dopłynąć do Atar en Nebi lub Der et Tin, a nawet do Menil Sziba i do Der Ibn Sufgan.
- Skąd znasz te miejscowości? - spytał zdziwiony. - Kto ci o nich opowiadał?
- Uważasz mnie zapewne za nowicjusza? Nie po raz pierwszy tu jestem i przejeżdżałem już przez katarakty.
- W takim razie musisz wiedzieć, że statek przybija do brzegu z nastaniem zmroku.
- Tak, ale dopiero wtedy, kiedy dalej z powodu ciemności płynąć już nie można. Teraz przecież nie noc i dziś wogóle ciemno nie będzie, bo należy się spodziewać pięknego światła gwiazd, a także woda świeci. Moglibyśmy płynąć przez całą noc.
- Na to się żaden ostrożny i doświadczony reis nie ośmieli.
- I owszem. Ja sam tego nieraz doświadczałem. Żeglowaliśmy często przy blasku księżyca, albo przy świetle gwiazd przez całe noce. Jeśli chciałeś zatrzymać się w Giseh, to nie trzeba było wogóle zaczynać dzisiaj podróży. Zresztą, wiesz chyba o tem, że każdy rozumny reis kieruje się życzeniami podróżnych.
- Pod tym względem niema żadnego przepisu. Jestem panem tej dahabijeh i postępuję wyłącznie wedle własnego upodobania.
- W takim razie przygotuj się na to, że twoją niegrzeczność podam do publicznej wiadomości, a potem nie pojedzie z tobą nikt z Franków, którzy są najlepszymi podróżnymi i najlepiej płacą za wszystko!
- Niech nie jeżdżą! Nic mi po nich!
Odwrócił się i odszedł, i na tem skończyła się rozmowa. To wczesne przybicie do lądu w Giseh musiało mieć swój specjalny powód, być może w związku z planami Abd el Baraka, a zatem i z obecnością trzeciego ducha na statku. Miało stać się coś, czego nie chciano odwlekać i czego miano dokonać wpobliżu Kairu. Ale co to być mogło? A może tylko zamierzali wydrzeć mi podpisy Abd el Baraka? Prawdopodobnie słuszne były wszystkie moje domysły.
Co się tyczy Giseh, jest to miejscowość, w której wysiadają ze statków podróżni, chcący obejrzeć piramidy, leżące w odległości ośmiu kilometrów od Kairu. Podczas wylewu wynosi ta odległość dwa razy tyle, gdyż trzeba wtedy ogromne obszary wodne obchodzić wałami ziemnemi. Miejscowość ta posiada żelazny obrotowy most przez Nil. Naprzeciwko wyspy Roda leży ogród haremowy i park selamliku. Oprócz tego znajdują się tu liczne w gruzy zapadłe bazary i ruiny dawnych willi mameluckich, wreszcie kilka kawiarń, których próg jednak niechętnie przestępuje noga Europejczyka. W Giseh zamierzałem nocować nie na lądzie, lecz na statku, postanowiłem się jednak maskować i udawać, że chcę opuścić żaglowiec. To też, gdy dahabijeh przybiła do brzegu, zarzuciłem na siebie haik, wziąłem dzieci za ręce i udawałem, jakbym miał zamiar wyruszyć. W tej chwili zbliżył się szybko reis i zapytał:
- Z jakiemi się pan nosi zamiarami? Czy chcesz wysiąść, effendi, ażeby spędzić noc w Giseh?
- Tak.
- Nie znajdziesz tam noclegu.
- Czemu nie? Płacę dobrze, więc przyjmą mnie w każdym domu.
- Ale my odpłyniemy bardzo wcześnie, i jeśli zaśpisz, zostaniesz tutaj!
- Tego się nie obawiam, gdyż zawiadomię cię, gdzie będę, i będziesz mógł po mnie posłać.
- Posyłać po ciebie nie mogę. Muszę uważać na wiatr poranny i odpłynąć natychmiast, skoro tylko wiać zacznie.
- Wszak przysłanie kogoś do mnie byłoby zwłoką zaledwie kilku minut.
- Nawet tak krótkiego czasu nie mogę marnować.
- Cóż cię teraz tak nagli, skoro przybiłeś do brzegu, chociaż mogłeś jechać dalej?
- Jestem reisem i nie mam obowiązku wyłuszczać ci moich powodów. Chcesz iść, to idź, lecz nie poślę po ciebie. Jeśli zobaczę, że gwiazdy świecą dość jasno, odpłynę nawet przed północą i trudno ci będzie nas dogonić.
- W takim razie muszę poddać się twojej woli i zostać tutaj. Niech ci Allah wynagrodzi uprzejmość, z jaką obchodzisz się z podróżnymi!
Wypowiedziałem te słowa tonem niechęci i umyślnie przybrałem minę niezadowolenia. Na jego twarzy zaznaczył się przelotnie wyraz radości, udałem jednak, że tego nie dostrzegam. Osiągnąłem cel - wiedziałem mianowicie, czego mam się spodziewać. Zależało mu na tem, abym nie opuszczał statku; zamierzano więc plan, przeciwko mnie zwrócony, wykonać jeszcze dziś w nocy. Było mi to na rękę. Wolałem, żeby się sprawa już dziś zakończyła, niż żebym miał trwać dłużej w niepewności.
Majtkom pozwolono na to, czego mnie zabroniono; mogli wysiąść na ląd. Przypatrywałem się, jak opuszczali okręt; został tylko reis, mój "służący" z nosem jak dynia, i sternik. Łatwo się domyślić, dlaczego pozwolono marynarzom opuścić statek. Chciano się pozbyć niepożądanych świadków.
Wkrótce wszedł służący do mnie do kajuty i zapytał, czy sobie czego nie życzę. Zażądałem wody i lampy, by mieć ciągle ogień do fajki. Przyniósł jedno i drugie i wtedy mimochodem zauważyłem, że czuję się niedobrze i że z tego powodu nie opuszczę kajuty. Wyjąłem przytem z kieszeni portfel i otworzyłem niby nieumyślnie tak, że widział, iż znajdują się w nim papiery. Postąpiłem tak, aby całą sprawę przyśpieszyć i wziąć na lep tych ludzi. Że miałem słuszność i że w sedno trafiłem, przekonałem się natychmiast, gdyż człowiek ten odpowiedział:
- Dobrze czynisz, effendi. Zostań w kajucie. Powietrze nocne szkodzi obcym i niejeden już dostał nieuleczalnego zapalenia oczu, spędziwszy wieczór na dworze. Chroń więc światła oczu twoich! Czy będziesz mnie potrzebował dziś jeszcze?
- Nie. Zjem jeszcze kilka daktyli, wypalę dwie fajki i ułożę się do snu.
- W takim razie idę i nie przeszkadzam. Miej noc szczęśliwą!
Złożył mi ukłon głęboki, choć nie tak karkołomny, jaki składał Selim, i oddalił się, zapuściwszy rogożę, ażeby kajutę oddzielić od pokładu. Zaledwie to uczynił, zgasiłem glinianą lampkę, ażeby nie widziano mnie w ciemności, podniosłem rogożę i wyjrzałem za nim. Domyślałem się, że służący natychmiast zawiadomi tamtych poczciwców o tem, co powiedziałem.
Na całym pokładzie nie było ani jednego światła. Zastępy gwiazd nie ukazały się jeszcze i tylko kilka ich zwiastunów migotało na niebie, nie mogąc rozjaśnić panujących ciemności. Wprawne moje oczy jednak patrzyły bystrzej, aniżeli oczy Arabów; dojrzałem ducha numer trzeci kierującego się ku środkowi statku. Podążyłem za nim. Wprawdzie nie obejmowałem wzrokiem całego pokładu, wiedziałem jednak, że leżało tam kilka obszytych łykowemi rogożami tobołów z tytoniem, transportowanych na południe. Popełzłem więc do nich na rękach i kolanach, jak mogłem najszybciej. Przypuszczenie moje sprawdziło się, kiedym się bowiem zbliżył, usłyszałem rozmowę. Na prawo stała oparta o toboł jakaś postać; obok niej druga. Posunąłem się nieco na lewo i położyłem po drugiej stronie tobołów. Usłyszałem przytem następującą rozmowę:
- Zaczekaj jeszcze! Nie należy dwa razy mówić o jednej rzeczy, skoro można powiedzieć raz tylko. Reis wkrótce nadejdzie.
- Gdzie on jest?
- Na brzegu. Udał się tam, chcąc przytwierdzić latarnię, aby muza'bir, kuglarz, który ma przyjść, nie potrzebował się błąkać.
Był to sternik i mój służący kajutowy. A zatem na lądzie wywieszono latarnię na znak dla kuglarza. Naco im ten człowiek potrzebny? Czy on tutejszy, czy też przybył z Kairu? Ciekawym wreszcie, czy sprowadzają go ze względu na mnie, czy też poto, aby zabawił załogę? Takim ludziom darowują zazwyczaj koszta podróży, jako zapłatę za popisy.
Ponieważ leżałem na podłodze, a obramowanie pokładu sięgało prawie do wysokości moich piersi, nie mogłem widzieć brzegu, ani latarni. Natomiast usłyszałem, jak rzekł służący, który stał prosto:
- Teraz się świeci. Wetknął żerdź w ziemię i przymocował do niej latarnię. Zaraz powróci.
Leżałem od strony rzeki, a reis musiał nadejść od strony lądu, więc spodziewałem się, że mnie nie zobaczy. Znajdowałem się w położeniu prerjowego myśliwca, podchodzącego Indjan! Pod tym względem miałem dość wprawy i byłem pewien, że dowiem się czegoś ważnego.
Reis wszedł na pokład i przemierzył go krokami wpoprzek. Zawołano go cichem "pst!", a on, widząc ich obu, zapytał:
- No, co robi ten giaur? Oby go Allah w wiecznym pogrążył ogniu!
Brzmiało to cokolwiek inaczej, aniżeli uprzejme przywitanie, z jakiem przyjął mnie na wstępie.
- Siedzi w swej komórce i pali fajkę - odpowiedział chajjal trzeci.
- Nie ma zamiaru wyjść?
- Nie. Czuje się niezdrów; wykurzy dwie fajki, a potem zaśnie. Zresztą, powiedziałem mu, że dostanie zapalenia oczu, jeżeli wyjdzie.
- Bardzo sprytnie! Bodajby ten pies udusił się swoim tytoniem! Jak śmie taki trup śmierdzący porywać się na naszego mokkadema i kraść mu niewolników! Oby uschnęła ręka, która to uczyniła, i oby nigdy nie wyzdrowiała! Czemu mokkadem, oby go Allah otaczał swoją opieką, nie kazał ci zabić tego niewiernego?
- Tylko dlatego, żeby ciebie nie narażać na niebezpieczeństwo. W Kairze bowiem wiadomo wszystkim, że wsiadł na twoją dahabijeh i gdyby zniknął, pociągniętoby ciebie do odpowiedzialności.
- To prawda, ale mógłbym powiedzieć, że wysiadł po drodze, a przypuszczam, że wszyscy ludzie moi potwierdziliby to zgodnie.
- Jest wśród nich kilku, którym ufać nie można, bo niedługo służą u ciebie. Dlatego radziłem ci oddalić ich teraz ze statku. Naco mają wiedzieć, że muza'bir przyjdzie na okręt.
- Niepotrzebnie mi go przysyłają. Musiałem przez niego przybijać do brzegu i to wpadło w oko chrześcijaninowi. Szczęściem, nie domyśla się niczego. Wierny sługa proroka zauważyłby zaraz, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Gdybyśmy nie musieli czekać na muza'bira, mógłbyś, zamiast niego ukraść giaurowi papiery i zanieść je mokkademowi.
- Allah, Wallah! Czego ty ode mnie wymagasz! Ten giaur silny jak lew; sam to na sobie poczułem. Pokonał mokkadema, który przecież posiada siłę olbrzyma, potem obalił jego sługę i omal mnie nie pochwycił. Ślad jego pięści ponoszę z miesiąc na twarzy. Za to, że mi w ten sposób zeszpecił ozdobę mojego życia, niech go djabeł na sto kawałków rozszarpie, a duszę jego spali w najsilniejszym ogniu! Nie znam trwogi, a serce moje pełne męstwa, jak serce pantery, ale wyciągnąć nocą papiery z kieszeni takiego zbójcy, tego dokonać nie potrafię, bo nie mam w tem wprawy. To potrafi muza'bir, który umie tysiąc sztuk, a przytem jest najsłynniejszym złodziejem kieszonkowym. Przyjdzie, weźmie papiery i zniknie. Gdy giaur brak ich spostrzeże, niech wtedy robi, co mu się podoba; na dahabijeh ich nie znajdzie.
- A czy wiesz, że ma je przy sobie?
- Nie ulega to najmniejszej wątpliwości.
- Możesz się mylić. Równie dobrze mógł je wziąć na przechowanie Turek Murad Nassyr.
- Nie. Jestem tego samego zdania, co nasz pobożny mokkadem. Giaur jest sprytniejszy, ostrożniejszy i silniejszy od Turka i nie powierzyłby mu tak ważnych dokumentów. Zachował je przy sobie na pewno. Zresztą, widziałem teraz, kiedy byłem u niego, portfel z listami i innemi papierami. Te trzy dokumenty muszą się tam na pewno znajdować.
- Spodziewam się; ale niełatwo mu je będzie zabrać. Jeśli się przytem zbudzi, wszystkie zachody stracone!
- Muza'bir ma lekką rękę i dokonywał już rzeczy o wiele trudniejszych. Wiesz chyba dobrze, że mokkadem nie pośle człowieka niezręcznego.
- Być może, ale zawsze lepiej zabić niewiernego! W ten sposób nie byłoby najmniejszej wątpliwości, że się sprawa powiedzie.
- Teraz także niema wątpliwości.
Mokkadem musi bezwarunkowo mieć te papiery i pewnie dał muza'birowi najdokładniejsze wskazówki. Kuglarz będzie miał oczywiście nóż przy sobie; otóż, jeśli się chrześcijanin nie zbudzi, zostanie narazie przy życiu, jeśli się jednak zbudzi, wbije mu muza'bir nóż w serce.
- Narazie? A więc później przecież zginie?
- Tak. Będzie to kara za grzechy, popełnione względem mokkadema.
- Ale kiedy i gdzie?
- To jeszcze nieoznaczone. Jak powiedziałem, oszczędzi się go teraz tylko ze względu na ciebie, gdyż jesteś wiernym członkiem Kadirine i ulubieńcem Abd el Baraka; ale po takich jego czynach musi nastąpić śmierć. Na dzisiaj daruje mu się życie, lecz zawiśnie ono na cienkim włosku, który się przerwie przy najbliższej sposobności.
- Chyba w Siut, gdzie wysiądzie i czekać będzie na Turka.
- Tego nie mogę powiedzieć, gdyż należy się kierować okolicznościami, a nie wiemy, czy te będą tam dla nas pomyślne.
- Skoro wam w Siut zniknie z oczu, umknie niezawodnie!
- O nie! Wiesz przecież, że jeszcze nie jest pewne, dokąd masz mnie ze sobą zabrać. Będę otwarty i powiem ci, że mam rozkaz zostać przy giaurze.
- Masz go śledzić?
- Tak. Nie wolno mi oka zeń spuścić. Muszę być względem niego uniżony i czujny, żeby nabrał do mnie zaufania. Potem łatwo mi będzie doprowadzić do tego, że mnie zatrzyma przy sobie jako sługę.
- Plan jest dobry, a ja mu cię polecę gorąco. A więc to ty masz go potem zabić?
- Nie. Mokkadem życzy sobie widzieć śmierć jego, ażeby w ostatniej chwili rzucić nań klątwę wiernego muzułmanina.
- Ależ mokkadem znajduje się w Kairze!
- Dzisiaj tak, ale wyrusza na południe do Chartumu i dalej.
- W sprawach świętej Kadirine?
- Tak. Otrzymał list, aby koniecznie tam jechał. Przebywa tam nadzwyczajnie pobożny i uczony fakih, mnich mahometański, który wstąpił do Kadirine i wymyślił wielki plan rozszerzenia Islamu po całym świecie. Nazywa się Szech Mohammed Achmed, czy Achmed Suleiman, późniejszy Mahdi; dobrze już nie pamiętam. Plan jego ma tak wielką wagę, że gdy przyjdzie do jego wykonania, wtedy nasza Kadirine zajaśnieje niezmiernym blaskiem. Wobec tego postanowił mokkadem posłuchać wezwania tego człowieka, odwiedzić go i wszystko z nim omówić. Widzisz więc, że Abd el Barak nie zostanie w Kairze, lecz uda się do Chartumu i tam spotka się z tym psem chrześcijańskim. Może natknie się na niego już wcześniej. Będę się o to starał, gdyż wiem, którym statkiem mokkadem przyjedzie.
- To, co słyszę, ma wielkie znaczenie. Teraz już pojmuję, dlaczego nie należy tego giaura zabić na mojej dahabijeh. Tam na południu nie mają obcy konsulowie tej władzy, co tutaj, i nikt nie zwróci uwagi na zniknięcie psa niewiernego. Mokkadem przybije pewnie w Siut do brzegu i wysiądzie. Jeśli potrafisz tak długo trzymać się giaura, to nietrudno ci będzie wydać go w ręce Abd el Baraka. Mam nadzieję, że nie uda mu się ujść zasłużonej zemsty. Ale powiedz, czy wolno ci o tem mówić? Te trzy pisma, które mu mamy zabrać, muszą mieć wielkie znaczenie. Znasz ich treść?
- Nie. Muza'bir będzie ją znał, gdyż musi przeczytać i zbadać te papiery, czy są prawdziwe. Ich tajemnicy mokkadem mi nie powierzył, ponieważ...
Przerwano mu. Na statek wszedł człowiek, trzymający latarnię, prawdopodobnie muza'bir, czyli oczekiwany kuglarz i złodziej kieszonkowy. Zabrał z dołu latarnię na statek. Świecąc nią dokoła, zobaczył trzech ludzi, zbliżył się do nich i pozdrowił słowy:
- Massik bilchair! - Dobrywieczór!
- Ahla wa sahla wa marhaba! - Życzę ci licznego potomstwa i pomyślności! - odpowiedział reis.
- Marhaba! - powtórzyli obaj pozostali.
Zwykle mówi się tylko słowo "marhaba", co oznacza "witaj". Użycie przez kapitana rozwlekłej formuły było dowodem wielkiego szacunku, jakim otaczał tego największego złodzieja kieszonkowego w Egipcie. Musiałem się przypatrzyć temu kuglarzowi i opryszkowi; podniosłem nieco głowę. Postawił latarnię na najbliższym tobole tytoniu - światło jej padło jasno na jego twarz i całą postać. Był w wieku mokkadema, miał taką samą cerę i rysy murzyńskie. Był jednak niższego wzrostu, niż Abd el Barak, ale zato daleko szerszy w plecach. Człowiek ten był co najmniej taki silny, jak jego czcigodny mokkadem, który się nim posługiwał, tylko o wiele zręczniejszy od niego. Miał na sobie długą ciemną koszulę przewiązaną sznurkiem, za którym tkwił nóż. Na nogach miał słomiane sandały. Było to ubranie człowieka ubogiego, ubóstwu jego jednak przeczyły ciężkie złote kolczyki, zwisające z uszu i drogocenne pierścienie z iskrzącemi się kamieniami, połyskujące na ciemnych palcach, a których było przynajmniej dziesięć. W głosie jego brzmiała duma i pewność siebie, zwłaszcza kiedy zapytał:
- Czy uprzedzono was o mojem przybyciu?
- Tak, panie, czekaliśmy na ciebie, - odrzekł reis.
- Czy ten pies znajduje się tutaj, czy może wysiadł z okrętu?
- Leży w kajucie.
- Ze światłem?
- Tak, lecz może zgasi je przed zaśnięciem. Murzynięta są przy nim.
- Niech sobie zgasi, lub świeci, wszystko mi jedno. Dzieło moje wykonam, choćby osłonił się ciemnością grobu lub zapalił tysiąc płomieni. Nie mam ochoty długo czekać i zacznę wkrótce. Ponieważ jednak nie znam jego kajuty, będziecie musieli mi ją opisać, jak również każdy przedmiot, który się w niej znajduje.
Ponieważ mój duch numer trzeci był poprzednio u mnie, podjął się opisu. Postanowiłem nie słuchać tego, ale oddalić się czem prędzej. Złodziej kieszonkowy śpieszył się, a mnie zależało także na tem, ażeby skrócić podniecenie, w jakiem się znajdowałem. Dlatego poczołgałem się natychmiast ku swojej kajucie.
Szczęściem, rozmawiający rzucali silny cień, który mnie dostatecznie chronił. To też bez zbytniego wysiłku dotarłem do kajuty.
Spojrzawszy za siebie po raz ostatni, dostrzegłem jeszcze, że kuglarz zgasił latarnię. Gdyby był na tyle ostrożny, żeby uczynił to wcześniej, nie byłbym sobie wrył w pamięć jego powierzchowności, coby miało dla mnie, jak się później okazało, jak najgorsze skutki. Widać, że i najlepszy złodziej kieszonkowy popełnia błędy.
Najpierw zapaliłem lampę na nowo, co mi przyszło z łatwością, gdyż zaopatrzyłem się obficie w zapałki: na południu są drogie i nie wszędzie można je dostać. Chciałem, żeby mnie okradziono przy świetle, a nie w ciemności, co byłoby dla mnie niebezpieczniejsze. Następnie wyjąłem z portfelu trzy dokumenty z podpisami, oraz kilka innych ważnych dla mnie papierów, które starannie ukryłem, portfel zaś wsunąłem napowrót do kieszeni, umieszczonej na piersiach pod marynarką. Służący widział przedtem, że go tam schowałem, i można było przypuścić na pewno, że o tem złodzieja uwiadomi. Zapytacie może, dlaczego chciałem dopuścić do tego łotrostwa? Czy tylko dlatego, żeby zdobyć przeciwko nim dowody? Jeśli mam być szczery, przyznam, że trochę i dlatego, żeby dowieść tym ludziom, że pies chrześcijański ma głowę nie do pozłoty, i że nie byłem ani głuchy ani ślepy. A zamiar mój nie był dla mnie bezpieczny; muza'bir mógł z jakiegokolwiek powodu pchnąć mnie nożem. Ufałem jednak swojemu oku i zręczności.
Dzieci dostały jeść już przedtem, ale nie spały jeszcze. Zapowiedziałem im, że przyjdzie tu pewien człowiek i że sięgnie do mojej kieszeni. Uprzedziłem je, że nie powinny się niczego obawiać, i poleciłem, żeby udawały śpiących. Przyrzekły mi to i byłem pewien, że dotrzymają przyrzeczenia. Potem położyłem oboje plecami do wejścia.
Ja sam położyłem się na prawym boku tak, że lampa oświetlała twarz moją. Właściwie powinienem był położyć się tak, aby twarz była w cieniu, chciałem jednak, aby łotr zaraz na wstępie nabrał przekonania, że śpię. Odpiąłem guziki bluzy, aby mógł z łatwością wsunąć rękę za moje zanadrze. Ułatwiając mu zadanie, zmniejszałem tem samem grożące niebezpieczeństwo. Ażeby jednak być przygotowanym na wszystko, wsunąłem: sobie rewolwer pod kark w ten sposób, że prawą ręką, którą podłożyłem pod głowę, mogłem go szybko wyjąć i odwieść kurek. W ten sposób byłem już przygotowany i narazie pragnąłem tylko jak najrychlejszego najścia muza'bira.
Życzeniu mojemu stało się zadość. Oczy miałem przymknięte w ten sposób, że przez rzęsy widziałem rogożę. Poruszyła się całkiem lekko w jednym rogu na dole, poczem cicho podniosła się zwolna do wysokości około sześciu cali. Drab zajrzał do środka, a po chwili chrząknął. Oddychałem spokojnie, jak człowiek śpiący głęboko. Teraz zakaszlał, niegłośno wprawdzie, w każdym razie tak, że musiałbym się zbudzić, gdybym spał lekko. Nie poruszyłem się. Zdjął mnie jednak strach, nie o siebie, lecz o dzieci; jeśliby bowiem które z nich zapomniało w krytycznej chwili o przestrodze, mogłoby być po mnie i po nich, a przynajmniej po ich wolności. Dochodziłem do przekonania, że brałem sprawę zbyt lekko.
Dzieci, jak się później dowiedziałem, słyszały kaszel, lecz sądziły, że to ja kaszlę. Nie mogły widzieć muza'bira, a to, co czynił, działo się zupełnie bez szmeru. Nic nie słyszały, a kiedy się oddalił, nie wiedziały wcale, że był w kajucie.
Nabrawszy przekonania, że śpię mocno, wsunął pod rogożę najpierw głowę, potem ramiona i korpus. W prawej ręce trzymał nóż. Oczu nie spuszczał z mojej twarzy, a oczy te wyglądały jak u dzikiego zwierza przed śmiertelnym skokiem. Kiedy już całym tułowiem prześlizgnął się za rogożę, chrząknął raz jeszcze. Nie poruszyłem się, więc szedł całkiem na pewno. Jak dalece był przezorny, świadczy o tem to, że zrzucił z siebie odzież zupełnie i ciemne ciało wysmarował olejem. Ręce najsilniejszego i najzręczniejszego przeciwnika nie zdołałyby go uchwycić, bo musiałyby się z jego członków ześlizgnąć.
Teraz przysunął się do mnie, przyłożył mi ostrze do piersi, a równocześnie położył palce lewej ręki na miejscu, w którem domyślał się portfelu. Poczuł go, podniósł bluzę i wyciągał pożądany przedmiot z kieszeni mojej tak powoli, że zdawało mi się, iż zużyje na to kilka kwadransów. Wkońcu znalazł się w posiadaniu portfelu. Odjął mi nóż od piersi i obmacał obydwiema rękami swoją zdobycz. Było tam jeszcze dość papieru, więc jakby zadowolenie przemknęło mu po twarzy.
Następnie rozejrzał się po kajucie, ażeby może jeszcze co zabrać. Ponieważ jednak nie obeszłoby się przytem prawdopodobnie bez szelestu, zadowolił się dotychczasową zdobyczą. Odwrót odbył się tak samo powoli i ostrożnie, jak przyjście. Nawet kiedy się znajdował już za rogożą, podniósł ją raz jeszcze, ażeby się upewnić, że spałem rzeczywiście.
Czekałem co najwyżej minutę, poczem zdmuchnąłem lampę, wziąłem rewolwer w rękę i zerwałem się z łóżka. Uchyliwszy nieco rogoży, zobaczyłem trzech łotrów, stojących obok tobołów z tytoniem, a mianowicie reisa, mego kochanego stracha numer trzeci i muza'bira. Ten ostatni wdział już długą koszulę; obrócony był do mnie plecami tak, że twarzy jego widzieć nie mogłem. Musiał właśnie skończyć przeszukiwanie mego portfelu, gdyż machał nim przed twarzami towarzyszów i mówił, jak się domyśliłem z jego gniewnych ruchów, że w nim poszukiwanych papierów nie znalazł.
Czwartego z ich grona, mianowicie sternika, nie było między nimi. Gdzie mógł się teraz znajdować? Powiedziałem sobie, że się nad tem zastanawiać nie warto. Odsunąwszy całkiem rogożę, wyszedłem na pokład. Wtem zabrzmiał tuż obok mnie okrzyk: