Requiem dla moich ulic - Krzysztof Rutkowski

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

War­szawę Niem­cy zbu­rzy­li doszczętnie. Paryż od wieków burzą sami paryżanie. Burzą i od­bu­do­wują. Burzą, równają z zie­mią całe dziel­ni­ce lub pa­troszą bu­dow­le od środ­ka, zo­sta­wiw­szy tyl­ko nie­tknięte fa­sa­dy, wypełnia­ne od środ­ka szkłem, drew­nem, alu­mi­nium. Ba­ron Haus­sman wy­bu­rzył i od­mie­nił Paryż naj­bar­dziej, ale Paryż wy­bu­rzał się ciągle i wy­bu­rzać nie prze­sta­nie. Wal­ter Ben­ja­min nie za­po­mniał umieścić wśród cy­tatów w Pa­ry­skich pasażach frag­men­tu Mo­zai­ki ruin Théophi­le'a Gau­tie­ra: "Wy­so­kie mury, pręgo­wa­ne brązo­wy­mi smu­ga­mi po ro­ze­bra­nych ko­mi­nach, ujaw­niają, ni­czym plan ar­chi­tek­to­nicz­ny, ta­jem­nicę wewnętrzne­go rozkładu po­miesz­czeń. (...) Cie­ka­wy to wi­dok - owe roz­war­te na oścież domy z podłoga­mi wiszącymi nad prze­paścią, z ko­lo­ro­wy­mi bądź kwie­ci­sty­mi ta­pe­ta­mi, znaczącymi jesz­cze za­ry­sy po­koi, ze scho­da­mi, które nie wiodą już nig­dzie, z odsłoniętymi piw­ni­ca­mi, z dziw­ny­mi osy­pi­ska­mi i stro­my­mi pagórami gru­zu; gdy­by nie przy­czer­nio­na to­na­cja, można by rzec, iż są to za­wa­lo­ne bu­dow­le, wy­lud­nio­ne kon­struk­cje z akwa­fort ry­to­wa­nych gorączkową igłą Pi­ra­ne­sie­go".

Na­wet te pa­ry­skie kwar­tały, które wy­dają się nie­tknięte od wieków, prze­cho­dziły cy­kle wy­bu­rza­nia i bu­do­wa­nia od nowa. Na przykład Pa­la­is-Roy­al, Luwr i Tu­le­rie.

2.

Pod ar­ka­da­mi Pa­la­is-Roy­al krążę co­dzien­nie. Kie­dy świe­ci słońce - cie­nie ścielą pod nogi spiesz­ne opo­wieści. Kie­dy pada deszcz - ci­che głosy posłucha­nia proszą. Pod ko­lum­nadą krążę i nasłuchuję. Cie­niom się przyglądam, ucha nad­sta­wiam. Co usłyszę - opo­wia­dam. Co wy­czy­tam - na przykład w zna­ko­mi­tym Wymyśla­niu Paryża Eri­ca Ha­za­na - po­wta­rzam.

Di­de­rot: "Czy ład­nie jest, czy brzyd­ko, o piątej go­dzi­nie po południu zwykłem pro­me­no­wać po Pa­la­is-Roy­al". Di­de­rot nie zmyślał. Do Pa­la­is-Roy­al cho­dził upar­cie. Pod ko­niec życia pisał do córki: "Nudzę się w domu. Wy­chodzę, żeby się jesz­cze bar­dziej nu­dzić. Tyl­ko jed­na, za to naj­większa roz­kosz mi zo­stała: co­dzien­nie, punk­tu­al­nie o piątej po południu, wstępuję na lody do Pe­tit-Ca­ve­au". Pe­tit-Ca­ve­au słynęła z lodów w dzień i z pa­nie­nek zwa­nych "Półbo­ber­ka­mi" w nocy. Lu­dzie Ro­be­spier­re'a wo­le­li cho­dzić na lody do Co­raz­za, pod ko­lum­nadę północną, ale wte­dy Pa­la­is-Roy­al zwał się Pa­la­is de l'Ega­lité. Dziw­ny pałac, wypełnio­ny ka­wiar­nia­mi, re­stau­ra­cja­mi, spe­lu­na­mi, szu­ler­nia­mi wciśniętymi pod ko­lum­nadę, w drew­nia­nych ba­ra­kach po­sta­wio­nych byle jak w po­przek podwórca. Oto "sto­li­ca Paryża" - jak na­zy­wał Mer­cier ten kwar­tał mia­sta.

3.

Di­de­rot wysłał do córki list o lo­dach dwu­dzie­ste­go ósme­go czerw­ca 1781 roku. W tym sa­mym roku diuk Char­tres, przyszły Phi­lip­pe Ega­lité, po­wie­rzył ar­chi­tek­to­wi Vic­to­ro­wi Lo­uiso­wi prze­bu­dowę pałacu wy­bu­do­wa­ne­go na życze­nie kar­dy­nała Ri­che­lieu. Z kar­dy­nalskiej sie­dzi­by po­zo­stała tyl­ko Ga­le­ria Dzio­bo­wa i skrzydło bu­dow­li od uli­cy Wa­le­zju­szy, czy­li ofi­cy­na dzi­siej­szej Rady Sta­nu, od­dzie­lo­nej od Luw­ru as­fal­to­wym pla­cy­kiem pełnym ro­le­rowców-akro­batów oraz ulicą Ri­vo­li. Na mu­rach bocz­nej ofi­cy­ny kar­dy­nalskiego pałacu - atry­bu­ty mor­skie. Ri­che­lieu był nie tyl­ko du­chow­nym, lecz także nad­in­ten­den­tem Żeglu­gi.

Z pałaco­we­go dzie­dzińca przed Ga­le­rią Or­leańską, wy­bu­do­waną w roku 1828 na miej­scu spa­lo­nych ba­raków ga­le­rii drew­nia­nej, wy­sta­je od po­nad ćwierćwie­cza ko­lum­na­da ar­ty­sty Bu­re­na. Niektóre ko­lum­ny Bu­ren po­ma­lo­wał w czar­ne pa­ski, jed­ne przy­ciął przy as­fal­cie, in­nym ze­zwo­lił na wy­sta­wa­nie, jesz­cze inne wcisnął pod zie­mię, ku źródłom. Ko­lum­nadę Bu­re­na ob­le­gają dzie­ci i turyści. Na ka­mien­nych pieńkach przy­ciętej ko­lum­na­dy ucztują nie­kie­dy bez­dom­ni.

Mer­cier: "Wyjątko­we to miej­sce na zie­mi. Wi­zy­tuj­cie Lon­dyn, Am­ster­dam, Ma­dryt, Wie­deń, ni­cze­go po­dob­ne­go nie znaj­dzie­cie: więzień tu po­sa­dzo­ny na­wet po wie­lu la­tach nie za­ma­rzy wca­le o wol­ności... Oto sto­li­ca Paryża. Wszyst­ko tu znaj­dziesz! Przy­pro­wadźcie dwu­dzie­sto­let­nie­go młodzieńca z pięćdzie­sięcio­ma tysiącami liwrów ren­ty, a on już nie ze­chce, już nie będzie umiał, ma­gicz­ne­go tego miej­sca opuścić. Oto za­cza­ro­wa­ne mia­stecz­ko w ser­cu wiel­kie­go mia­sta, oto świąty­nia cie­le­snych roz­ko­szy, z której ra­do­sny występek cień na­wet wsty­du prze­go­nił. Na całym świe­cie nie ma cu­dow­niej znie­pra­wio­nej me­li­ny!"

4.

Pod ko­niec pa­no­wa­nia Lu­dwi­ka XVI pod ko­lum­na­da­mi Pa­la­is-Roy­al kon­spi­ro­wa­li kon­spi­ra­to­rzy. W lip­cu 1789 roku w ogro­dzie i w przy­pałaco­wych pasażach, które stały się - jak pisał Hugo - "jądrem re­wo­lu­cyj­nej pla­ne­ty" - wrzało. Ca­mil­le De­smo­ulin tak opi­sał wy­da­rze­nia z trzy­na­ste­go lip­ca 1789 roku: "O go­dzi­nie wpół do trze­ciej spraw­dzałem w Pa­la­is-Roy­al na­stro­je ludu. W mym łonie wrzał strasz­ny gniew prze­ciw de­spo­tom. Tłum był licz­ny, wzbu­rzo­ny i głośny, ale jesz­cze nie­gotów do bun­tu. Po­deszło do mnie trzech trzy­mających się za ręce młodzieńców, naj­wy­raźniej wewnętrznym ogniem ożywia­nych. Rychło od­gadłem, że w tych sa­mych co ja za­mia­rach zja­wi­li się w Pa­la­is-Roy­al.

- "Pa­no­wie - rzekłem do nich - oto początek oby­wa­tel­skie­go po­ru­sze­nia! Trze­ba, by je­den z nas przemówił do ludu!"

- "Ty przemów!" - od­rze­kli młodzieńcy.

Na­tych­miast zna­lazłem się na sto­le z Café de Foy. Oto­czył mnie gęsty tłum. Przemówiłem: "Oby­wa­te­le, nie mamy chwi­li do stra­ce­nia. Tej nocy re­gi­men­ty szwaj­car­skie i nie­miec­kie wyjdą z ko­szar na Po­lach Mar­so­wych, by po­derżnąć nam gardła. Do bro­ni, oby­wa­te­le! Przy­pi­naj­cie ko­kar­dy, byśmy się po­zna­li!"" - tak mówił Ca­mil­le De­smo­ulin ze stołu z Café de Foy.

Trzy­na­ste­go lip­ca roku pamiętne­go w Paryżu srożył się upał. By­wal­cy Café de Foy słucha­li Ca­mil­le'a De­smo­ulin łap­czy­wie. Łyżecz­ki za­marły im w dłoni. Lody ma­li­no­we po­wo­li kapały na ob­rus jak jesz­cze nie­prze­la­na krew.

5.

Ga­le­rie drew­nia­ne piętrzyły się od roku 1792 roku do 1828 na nie­wiel­kiej prze­strze­ni, którą od początku lat trzy­dzie­stych dzie­więtna­ste­go wie­ku wy­zna­cza podwójna ko­lum­na­da Ga­le­rii Or­leańskiej ar­chi­tek­ta Fon­ta­ine'a. Ga­le­rie drew­nia­ne piętrzyły się w po­przek ko­lum­nad Pa­la­is-Roy­al, za­my­kając dostęp do ogro­du od stro­ny Luw­ru. Bal­zac opi­sał w Stra­co­nych złudze­niach owe ba­ra­ki tak, jak Prus ru­de­ry Powiśla - ma­gicz­nie. Ju­les Ja­nin, dzien­ni­karz rzut­ki i spra­wie pol­skiej przez pe­wien czas od­da­ny, po­ru­szo­ny Bal­za­co­wym sty­lem, dał świa­dec­two lek­tu­ry po­wieści w Re­vue de Pa­ris: "Wia­do­mo, że pan Bal­zac ce­lu­je w tego ro­dza­ju przy­ziem­nych opi­sach: zbu­twiałego drew­na, stojącej wody, bie­li­zny wy­pra­nej w sa­ga­nach ze śladów występku i roz­wie­sza­nej na sznu­rze. Nic mu nie umknie: doj­rzy każdą fałdkę, każdą kle­istą wy­dzie­linę w tym trędo­wa­tym świe­cie. Wielką siłę pi­sarz mieć musi, by osiągnąć tak wie­le, a jed­nak wy­pa­da się za­sta­no­wić, ja­kie przy­jem­ności zna­leźć mogą czy­tel­ni­cy pana Bal­zaca w szczegółach tak okrop­nych".

Bal­zac wie­dział, co robi, jaki pożytek płynie z "od­ma­lo­wa­nia ba­za­ru nik­czem­ności". Wie­dział, dla­cze­go "ma­lu­je", bo przez trzy­dzieści sześć lat drew­nia­ne ga­le­rie w Pa­la­is-Roy­al od­gry­wały tak wielką rolę w życiu pa­ry­skim, że "nie­wie­lu jest mężczyzn czter­dzie­sto­let­nich, którym ten nie­wia­ry­god­ny opis, sporządzo­ny dla lu­dzi młodych, nadal nie spra­wiałby przy­jem­ności".

6.

W miej­scu no­wej i zim­nej Ga­le­rii Or­leańskiej, przy­po­mi­nającej cie­plar­nię bez kwie­cia, za­cho­dziły na sie­bie ba­ra­ki, a ra­czej budy zbi­te z de­sek, źle za­da­szo­ne i cia­sne. Światło dnia prze­do­sta­wało się do nich z trud­nością przez półokrągłe, po­dzie­lo­ne li­stew­ka­mi okna, po­kry­te gęstą warstwą mazi. Budy stały w trzech rzędach, otwie­rając dwa pasaże. Wy­do­by­wał się z nich nie­by­wały smród, a ludz­kie i zwierzęce od­cho­dy za­sty­gały w sko­rupę. Dwie ulicz­ki, ru­de­ry za­pad­nięte nie­mal niżej bru­ku, z da­cha­mi po­rosłymi mchem, w tył po­wy­chy­la­ne ścia­ny, okna łata­ne pa­pie­rem albo za­tka­ne łach­ma­nem. Sza­fy bez drzwi, krzesła na trzech no­gach, ka­na­py z wy­tar­tym sie­dze­niem, ze­ga­ry o jed­nej wskazówce, z po­roz­bi­ja­ny­mi cy­fer­bla­ta­mi.

Tu się grało: w tryk­tra­ka, w wi­sta, w kości, w bi­ri­bis­so: w ga­le­rii drew­nia­nej i w spe­lu­nach pod ko­lum­nadą za­my­kającą ogród z trzech stron. Szu­ler­nia pod nu­me­rem dzie­wiątym za­pra­szała do sto­lików na kości, na oko, na płonący poncz. Szu­ler­nia pod nu­me­rem sto trzy­na­stym dys­po­no­wała ośmio­ma sa­la­mi z ru­letą. W niej Blücher, zwy­cięzca pod Wa­ter­loo, prze­grał sześć mi­lionów i za­sta­wił cały majątek. Gdy wszyst­ko prze­grał, wy­mu­sił na Ban­ku Fran­cji pożyczkę w wy­so­kości stu tysięcy franków jako ka­pi­tał do gry. Dzięki oku­pan­tom Świętego Przy­mie­rza Paryż za­ro­bił więcej, niż mu­siał zapłacić z tytułu od­szko­do­wań wo­jen­nych.

Pod szu­ler­nia­mi kręcili się li­chwia­rze, wie­czo­rem - pa­nien­ki. "Półbo­ber­ki" prze­cha­dzały się po drew­nia­nej ga­le­rii i ogro­do­wych alej­kach. "Bo­ber­ki" pro­me­no­wały pod ka­mienną ko­lum­nadą. "Nadbo­ber­ki" pla­so­wały się na ta­ra­sie Pe­tit Ca­ve­au, w której Di­de­rot zwykł co­dzien­nie jadać lody.

7.

Pro­sty­tu­cja, gra. Tytuł jed­nej z części Pa­ry­skich pasaży Ben­ja­mi­na. Wśród cy­tatów czy­hających na czy­tel­ni­ka jak zbójcy przy dro­dze, by ogra­bić go z przy­zwy­cza­jeń i z poglądów, frag­ment Brie­fe ge­schrie­ben auf einer Re­ise nach Pa­ris J. F. Ben­zen­ber­ge­ra (1805): "Ko­bie­ty upadłe pierw­szej kla­sy miesz­kają głównie na dru­gim piętrze. (...) Na trze­cim, na pa­ra­dy­zie i w man­sar­dach żyją te pośled­niej­szej ran­gi; ich fach zmu­sza je do re­zy­do­wa­nia w cen­trum mia­sta, w Pa­la­is-Roy­al, w prze­czni­cach i oko­li­cach. (...) W Pa­la­is-Roy­al jest ich od sześciu­set do ośmiu­set, ale nie­porówny­wal­nie większa ich licz­ba wie­czo­rem prze­cha­dza się tam, gdyż jest to punkt spo­tkań większości próżniaków. Na uli­cy Sa­int-Ho­noré i w ulicz­kach przy­ległych wie­czo­rem wy­stają one sze­re­ga­mi tak gęsty­mi, jak za dnia dorożki w Pa­la­is-Roy­al. Jed­nakże ich licz­ba szyb­ko spa­da, w miarę jak od­da­la­my się od Pa­la­is-Roy­al".

Liczbę fem­mes per­du­es au­tor określił na "ja­kieś dzie­sięć tysięcy"; w jed­nym ze spisów po­li­cyj­nych sprzed Re­wo­lu­cji fi­gu­ro­wała licz­ba dwa­dzieścia osiem tysięcy. Hu­izin­ga w Je­sie­ni śred­nio­wie­cza, frag­ment wyłowio­ny przez Ben­ja­mi­na: "Cmen­tarz Nie­wi­niątek jako miej­sce prze­cha­dzek. Miej­sce to było za­tem dla piętna­sto­wiecz­nych paryżan czymś ta­kim jak posępny Pa­la­is-Roy­al w roku 1789. Pośród nie­ustan­nych po­grzebów i eks­hu­ma­cji od­by­wała się tam nie­ustan­na pro­me­na­da, pod­czas której spo­ty­ka­li się wszy­scy. Obok kost­nic znaj­do­wały się kra­my, a pod ar­ka­da­mi gro­ma­dziły się ko­bie­ty lek­kich oby­czajów".

Ka­wiar­nie, re­stau­ra­cje i spe­lun­ki w Pa­la­is-Roy­al roz­kwi­tały od roku 1815 do północy trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go grud­nia 1836 roku. Ofi­ce­ro­wie pru­scy, an­giel­scy, ro­syj­scy prze­gry­wa­li tu for­tu­ny, na­ba­wia­li się wsty­dli­wych chorób, uczy­li się fran­cu­skie­go oraz wy­ra­fi­no­wa­nych fi­gur ero­tycz­nych od ak­to­rek z Variété. Świe­ciły trze­wi­ki dan­dysów, bie­lały je­dwab­ne suk­nie. Od 1837 roku Lu­dwik Fi­lip za­ka­zał ha­zar­du w Paryżu. Pa­la­is-Roy­al opu­sto­szał, to­wa­rzy­stwo prze­niosło się kil­ka­set metrów na północ, na Bul­wa­ry. Ogród i ar­ka­dy za­padły w sen, z którego nie prze­bu­dziły się do dzi­siaj. Sen o dostępnym na­tych­miast szczęściu.

Hu­la­ka w Pa­la­is-Roy­al był mistą w obrzędzie bez imie­nia. Ri­tes de pas­sa­ge, ce­re­mo­nie związane z na­ro­dzi­na­mi, z wy­cho­dze­niem z dzie­ciństwa, ze śmier­cią. W Pa­la­is-Roy­al ce­re­mo­nie przejścia zastąpił ha­zard ero­tycz­ny. Ero­ty­ka ha­zardu. Za­po­mi­na­my o doświad­cze­niu przejścia, o pro­gu. Ślad tego doświad­cze­nia po­zo­stał tyl­ko w za­sy­pia­niu i w prze­bu­dze­niu. Hu­la­ka z na­bi­ty­mi forsą kie­sze­nia­mi wy­cho­dzi ze spe­lun­ki, wstępuje do Ka­wiar­ni Ślepców, w której przy­gry­wała nie­wi­do­ma or­kie­stra - bo tyl­ko ślep­cy nie gu­bi­li me­lo­dii pod wpływem dziejących się w lo­ka­lu scen, tak przy­najm­niej twier­dził Gérard de Ne­rval - woła dziwkę i raz jesz­cze świętuje w jej ra­mio­nach ów nu­mer ob­sta­wio­ny przed chwilą na zie­lo­nym suk­nie. Pie­niądze i majątek, wy­zwo­lo­ne od ziem­skie­go przy­ciąga­nia, zrządze­niem losu wra­cają do nie­go w do­sko­na­le od­wza­jem­nia­nym uści­sku. Al­bo­wiem zarówno w bur­de­lu, jak i w sali gry cze­ka nań ta sama grzesz­na roz­kosz: chwy­ta­nie losu w przy­jem­ności.

BOG­DAN KO­NOP­KA, Rue des Ur­sins, 15 paź­dzier­ni­ka 1994. Z cy­klu: Sza­ry Paryż

8.

Sten­dhal prze­cho­dził z Pa­la­is-Roy­al do Tu­le­rii przez kwar­tał, po którym w Paryżu nie ostał się żaden ślad. To był kwar­tał Ka­ru­ze­li, wciśnięty pomiędzy ulicę Świętego Ho­no­riu­sza od północy, nad­se­kwańską Wielką Ga­le­rię Luw­ru Hen­ry­ka IV od południa, przedłużenie uli­cy Ri­che­lieu od za­cho­du i przedłużenie uli­cy Wa­le­zju­szy od wscho­du. Na za­chod­niej gra­ni­cy kwar­tału Ka­ru­ze­li wzno­sił się Pałac Tu­le­ryj­ski, spa­lo­ny pod­czas Ko­mu­ny Pa­ry­skiej. Na li­nii uli­cy Wa­le­zju­szy sy­tu­uje się Pa­wi­lon Ze­ga­ro­wy Luw­ru, a za­tem kwar­tał Ka­ru­ze­li mieścił się pomiędzy dwo­ma pałaca­mi i spi­nającą je boczną ofi­cy­ną nad rzeką. W środ­ku daw­ne­go kwar­tału Ka­ru­ze­li ster­czy obec­nie świe­tli­sta pi­ra­mi­da Ming Peja, wiecz­nie za­wie­wa­na pu­styn­nym ku­rzem od stro­ny małego Łuku Trium­fal­ne­go i Tu­le­rii.

Pomiędzy pałaca­mi roz­gościło się piekło. Ba­ra­ki z su­ro­wych de­sek, le­pian­ki, kil­ku­piętro­we domy z drew­na i z pia­chu związa­ne­go w za­prawę ku­rzym białkiem, two­rzyły la­bi­rynt, w którym błądzi­li lu­dzie, psy, koty, kury, króliki, pa­pu­gi i szczu­ry pośród nie­zli­czo­nych sklepów, kramów i wy­szynków. Bau­de­la­ire ubo­le­wał w Les Des­so­us de Pa­ris (1865) "nad znik­nięciem tego ba­ra­ko­we­go obo­zo­wi­ska, mno­gich kli­tek tworzących od Mu­zeum aż do rue de Char­tres nie­ustające tar­go­wi­sko oso­bli­wości, sta­ro­ci i żywe­go ptac­twa". Piekło prze­ci­nały trzy pro­sto­padłe do Se­kwa­ny uli­ce: Świętego Ni­ka­ze­go, Świętego To­ma­sza z Luw­ru oraz uli­ca Psze­nicz­na.

9.

U zbie­gu ulic Świętego Ho­no­riu­sza i Świętego Ni­ka­ze­go, w miej­scu skrzydła Luw­ru do­bu­do­wa­ne­go przez Na­po­le­ona III z po­mni­ka­mi mar­szałków Wiel­kiej Ar­mii w półku­li­stych wy­ku­szach, wzno­sił się bu­dy­nek szpi­ta­la założone­go przez Lu­dwi­ka IX dla ry­ce­rzy-krzyżowców, którym Sa­ra­ce­ni wyłupi­li oczy. Szpi­tal zwał się Qu­in­ze-Vingts, czy­li Piętnaście Dwu­dzie­stek, bo śle­pych ry­ce­rzy było ponoć trzy­stu. W roku 1780 Lu­dwik XVI kazał prze­nieść szpi­tal do daw­nych ko­szar musz­kie­terów przy uli­cy Cha­ren­ton, gdzie mieści się on do dzi­siaj i słynie w całej Fran­cji z najświet­niej­szych oku­listów. Nie­wi­do­mi graj­ko­wie z Ka­wiar­ni Ślepców kwa­te­ro­wa­li po pra­cy w pomusz­kie­terskich izbach.

Uli­ca Świętego To­ma­sza z Luw­ru prze­ci­nałaby dzi­siaj pi­ra­midę Peja. Na Świętego To­ma­sza, pomiędzy ba­ra­ka­mi i le­pian­ka­mi, wzno­siły się dwa małe pałace: Hôtel de Che­vreu­se i Hôtel de Ram­bo­uil­let należący do Ca­the­ri­ne de Vi­von­ne, mar­ki­zy de Ram­bo­uil­let. W słyn­nym błękit­nym po­ko­ju mar­ki­zy bywał Kar­te­zjusz i Mal­her­bes, La Ro­che­fo­ucault i pani de La­fay­et­te, Cor­ne­il­le i pani de Sévigné. Do córki mar­ki­zy, Ju­lie d'An­gen­nes, za­le­cał się przez piętnaście lat diuk de Mon­tau­sier, pier­wowzór Al­ce­sta z Mi­zan­tro­pa Mo­lie­ra. Pew­ne­go dnia uko­cha­na zna­lazła przy wezgłowiu łoża Gir­landę dla Ju­lii, al­bum spi­sa­ny na we­li­no­wym pa­pie­rze przez naj­większe­go ka­li­gra­fa sie­dem­na­ste­go wie­ku, Ni­co­la­sa Jar­ry'ego, zdo­bio­ny przez Ni­co­la­sa Ro­ber­ta, w którym zna­lazło się sześćdzie­siąt je­den ma­dry­gałów o kwia­tach za każdym ra­zem porówny­wa­nych do Ju­lii. Czter­dzieści sześć ma­dry­gałów skom­po­no­wał diuk oso­biście, po­zo­stałych sie­dem­naście ułożyli po­eci, by­wal­cy błękit­ne­go po­ko­ju. Do­pie­ro po czte­rech la­tach od przyjęcia hoj­ne­go daru Ju­lie d'An­gen­nes oddała diu­ko­wi swą rękę.

10.

Uli­ca Dzie­kan­ka, równo­legła do Se­kwa­ny i do Wiel­kiej Ga­le­rii Luw­ru, łączyła Świętego To­ma­sza z Psze­niczną. Na Dzie­kan­ce jesz­cze w dzie­więtna­stym stu­le­ciu rozkładały się kra­my z far­ba­mi dla ar­tystów, a ob­ra­zy fran­cu­skich ma­la­rzy osiem­na­ste­go wie­ku tra­fiały się tu za bez­cen. "Kie­dy prze­jeżdża się ka­brio­le­tem przez tę półmartwą dziel­nicę, a wzrok zabłądzi w stronę Dzie­kan­ki, to du­sza w człeku tru­chle­je. Kto może tu miesz­kać? Co tu się dzie­je wie­czo­ra­mi, kie­dy ulicz­ka za­mie­nia się w raj dla nożowników, a pa­ry­ski występek spo­wi­ty w płaszcz nocy, hula tu w naj­lep­sze?" Tak pisał Bal­zac w Ku­zyn­ce Biet­ce.

W la­tach trzy­dzie­stych dzie­więtna­ste­go wie­ku w jed­nej z ru­der na Dzie­kan­ce za­miesz­ka­li artyści, młodzi i jesz­cze nie­zna­ni. Pośród nich Gérard de Ne­rval: "We wspólnym po­miesz­ka­niu przy uli­cy Dzie­kan­ka po­bra­ta­liśmy się na do­bre. W kącie sta­re­go Luw­ru Me­dy­ce­uszy, nie­da­le­ko miej­sca, gdzie stał nie­gdyś Hôtel de Ram­bo­uil­let, po­czci­wy Ro­gier uśmie­chał się pod wąsem ze szcze­bli dra­bi­ny, ma­lując na jed­nej z trzech tyl­nych ścian po lu­strach wiel­ce po­dob­ne­go do sie­bie Nep­tu­na! Huknęły na­gle skrzydła drzwi wejścio­wych: stanął w nich Théophi­le (Gau­tier). Pod­sunęliśmy mu mi­giem fo­tel w sty­lu Lu­dwi­ka XIII. On czy­tał nowe wier­sze, a Cy­da­li­sa Pierw­sza, Lor­ry i Wik­to­ry­na bujały się nie­dba­le w ha­ma­ku blon­dyn­ki Sary, roz­wie­szo­nym wzdłuż ogrom­ne­go sa­lo­nu... Cóż to były za szczęśliwe cza­sy! Da­wa­liśmy bale, ko­la­cje i ma­sko­we fety. Byliśmy młodzi, we­se­li, nie­kie­dy też bo­ga­ci. W smutną jed­nak uderzę strunę: nasz pałac zbu­rzo­no. Zeszłej je­sie­ni błądziłem wśród jego ruin. Nie usza­no­wa­no na­wet szczątków ka­pli­cy, z ta­kim wdziękiem roz­pro­szo­nych wśród zie­le­ni drzew. W owym cza­sie na tyle jesz­cze byłem bo­ga­ty, że pew­ne­go dnia udało mi się od­grze­bać i wy­ku­pić od ro­bot­ników par­tie bo­aze­rii ma­lo­wa­nej przez przy­ja­ciół. Po­sia­dam za­tem dwa gzym­sy Nan­teu­ila, por­tret Wat­te­au przez Vat­tie­ra, pod­pi­sa­ny, dwie długie plan­sze Co­ro­ta przed­sta­wiające kra­jo­braz pro­wan­sal­ski, Châtil­lo­na Czer­wo­ne­go mni­cha czy­tającego Bi­blię na krągłym bio­drze ko­bie­ty na­giej i śpiącej, Ba­chant­ki Chassériau trzy­mające ty­gry­sy na smy­czy jak psy. Już daw­no prze­padło re­ne­san­so­we łoże, dwu­skrzydła kon­so­la Me­dy­ce­uszy, Ri­be­ra, ko­bier­ce z Czte­re­ma Żywiołami. "Gdzież zniknęło tyle pięknych rze­czy?" - za­py­tał mnie pew­ne­go razu Bal­zac. "W otchłani" - od­rzekłem".