Innego nie będzie
"I nawet jeśli ktoś powie jakieś słowo
przeciwko Synowi człowieczemu,
będzie mu to przebaczone,
lecz jeśli będzie mówił
przeciwko Duchowi Świętemu,
nie zostanie mu to przebaczone
ani w tym życiu, ani w przyszłym".
(Mt 12,32)
Dzień, w którym nadszedł koniec świata, był słoneczny i ciepły. Pogoda w górach dopisywała całe lato. Pamiętam, że po przebudzeniu długo
patrzyłem z okna pensjonatu na zieloną ścianę sosen porastających zbocze
Koryni - skąpane były w blasku słońca, a ciszę sierpniowego poranka
potęgowało brzęczenie owadów. Czasem z pobliskiego lasu dochodziły
krzyki ptactwa kołującego nad bagnami. Tego dnia o świcie działy się
rzeczy straszne. Ci, którzy przeżyli, widzieli je na własne oczy, albo
częściej, jak ja, na ekranie telewizora. Nie były one jednak tak
medialne, jak zapowiadała Biblia.
Cztery miesiące po apokalipsie cały świat próbuje udawać, że nie stało
się nic ostatecznego. Twierdzi głośno, że dotknęła go plaga, jakich
wiele spadło już na ludzkość, a z takich doświadczeń zawsze wychodzi ona
z dumą, pokrzepiona nową wiarą w człowieczeństwo. Być może tylko ja,
choć wyglądam jak kloszard i wałęsam się po mieście, rozumiem, czego
doświadczyliśmy. Wrażenie potwornego osamotnienia przenika mnie do głębi
i nie pozwala zasnąć.
Kiedy chodzę po parku i przyglądam się spacerującym, czuję, że wpadam w obłęd. Ślady stóp na śniegu, dzieci lepiące bałwana, twarze
zaczerwienione od mrozu... Radość z każdej sekundy życia, z zabawy, z wolnego czasu, jakby nic się nie zmieniło. Gdybym nawet im powiedział,
nie uwierzyliby. Ktoś podniesie z ziemi bryłę lodu i pierwszy rzuci w moją stronę. Każdy, kto wspomina o śmierci, uważany jest teraz za
bluźniercę.
Koniec świata nastąpił we wtorek, dwunastego sierpnia około godziny
czwartej rano. Ja w tym czasie spałem twardo na prostym drewnianym
tapczanie i nie miałem o niczym pojęcia. Gdyby ciekawość nie przygnała
mnie wcześniej do klasztoru prowenów, żyłbym pewnie w przekonaniu o własnym szczęściu, opłakując dalekich krewnych i znajomych. Oddałbym
kilka lat życia, żeby móc to zmienić, ale nikt nie proponuje mi takiej
transakcji.
* * *
Klasztor znajdował się na skraju Svericy, niewielkiej miejscowości u podnóża Gór Stromych. Zanim do niego dotarłem, kluczyłem długo wąskimi
drogami, obok których co chwila otwierały się przepaście. Popsuta
klimatyzacja samochodu chłodziła zbyt mocno, dlatego stanąłem przed
bramą kamiennej budowli porządnie zmarznięty u schyłku upalnego dnia.
Walcząc z dreszczami i chwiejąc się na nogach po kilkugodzinnej jeździe,
musiałem wyglądać naprawdę marnie. Jak sądzę, to właśnie sprawiło, że
napotkany zakonnik wpuścił mnie do środka.
Ten sam milczący człowiek wskazał mi drogę do celi, mieszczącej się w odległym skrzydle budynku, a potem przyniósł kolację. Nieco później
pojawił się siwy, pomarszczony na twarzy ojciec Stasys, pełniący tu
funkcję lekarza, i zaordynował leki przeciw przeziębieniu. Pytał, skąd
jestem i czym się zajmuję, a ja skłamałem, mówiąc, że pracuję w firmie
ubezpieczeniowej. Uśmiechnął się pod nosem i usiadł na drewnianym
krześle obok stołu. Próbowałem podnieść się z łóżka, ale Stasys
powstrzymał mnie gestem i podał drugi koc, żebym się lepiej okrył.
Wiedział, że jestem dziennikarzem. Zakonnicy mieli w zwyczaju sprawdzać,
kto ich odwiedza, więc włamali się do bazy danych pojazdów i odnaleźli
rejestrację mojego samochodu. Stasys stwierdził, że moja obecność im nie
przeszkadza, pod warunkiem, że nie będę zadawał żadnych pytań. Ich nauka
nie powinna się znaleźć w brukowcu, na dodatek zapewne w wypaczonej
formie.
Próbowałem przekonać go, że trafiłem w to miejsce przypadkiem, ale nie
chciał słuchać. Nie wierzył mi. Powtórzył tylko, że jeśli będę chory,
mogę zostać kilka dni, bo najbliższy szpital jest daleko, ale zabronił
opuszczania celi. Pokazał niewielką łazienkę mieszczącą się za ścianą i guzik nad oparciem łóżka, którym mogłem kogoś wezwać. Potem wyszedł,
zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi.
* * *
Usłyszałem szczęk zamka i od razu poczułem się jak więzień. Nie
sądziłem, że gospodarze będą trzymać mnie tutaj wbrew woli, ale i tak
byłem wściekły. Nie potraktowałem serio tego, co mówiono o prowenach: że
najważniejsza jest dla nich szybka i dokładna informacja, że nie
odwracają się od techniki, a wręcz przeciwnie, korzystają często z jej
osiągnięć. Przez moją głupotę, przez to, że przyjechałem służbowym
samochodem, mogli łatwo, chociaż nielegalnie, dowiedzieć się, kim
jestem. Straciłem szansę na spokojne wypytanie kogoś i rozejrzenie się
po okolicy.
Na dodatek trząsłem się z zimna pod grubym przykryciem, marząc, by
następny dzień przyniósł poprawę. Chyba zaczynałem się starzeć, bo
kiedyś taki wyjazd nie robił na mnie żadnego wrażenia. Zasnąłem
wcześnie, zanim na zewnątrz zrobiło się całkiem ciemno. Była niedziela,
dziesiąty sierpnia. Do Sądu Ostatecznego pozostało nam prawie półtorej
doby. Miałem kolorowe sny, jak zawsze, kiedy trawi mnie gorączka.
* * *
W poniedziałek rano stwierdziłem z lekką konsternacją, że gdy spałem,
ktoś przyniósł mi do pokoju śniadanie. Spod przymkniętych powiek
obserwowałem ruchy komunikatora, który rozgrzał się chyba jak piec od
przesłanych wiadomości i prób połączeń. Wibrując, sunął wolno po
drewnianym stole, aż dotarł do talerza, o który zaczął się obijać.
Narobił przy tym piekielnego hałasu, bo i talerz, i leżąca na nim łyżka
wykonane były z aluminium. Wyłączyłem go wreszcie, nie odczytując listów
mrugających do mnie barwnymi ikonami. Musiałem się skupić.
Kiedy brałem gorący prysznic, a potem jadłem posiłek i popijałem herbatę
z termosu, rozmyślałem nad sytuacją. Zaczęła mnie zdumiewać arogancja,
moja i Naczelnego, kiedy przekonywaliśmy się nawzajem, że zdobędę ten
materiał bez problemu. Zakonnicy znani byli ze swojego przywiązania do
intelektualnych ćwiczeń i nic nie wskazywało na to, że dadzą się podejść
zwykłemu oszustowi.
Najwyraźniej obaj wyznawaliśmy zasadę, że świat jest pełen głupców.
Wystarczy mieć przy sobie garść szklanych paciorków i mówić z przekonaniem, żeby otrzymać wszystko, czego się chce. Potem ze strzępków
informacji układa się historię, która niekoniecznie musi być prawdziwa,
byle tylko zawierała kilka egzotycznych wyrazów i sprawiała wrażenie
nowości. Cynizm przeżarł nas jak pleśń.
Wiedziałem o prowenach bardzo mało. Zbyt mało, żeby móc się z nimi
porozumieć. Jak zwykle nie przejmowałem się badaniem sprawy mającej
posłużyć do napisania pachnącej sensacją bzdury. Tymczasem mogło się
okazać, że ten wyklęty przez papieża zakon to najciekawszy temat, na
jaki trafiłem w życiu. Nawet, jeśli ich kazania o końcu świata brzmiały
dla mnie niedorzecznie.
Przeczucie było tak silne, że postanowiłem zrobić wszystko, żeby
pozostać w klasztorze. Przede wszystkim włączyłem ponownie komunikator
i, po odcięciu poczty oraz linii telefonicznych, zacząłem szukać
informacji w Synecie. Zalewała mnie rzadka, obrzydliwa papka, ale po
dwóch czy trzech godzinach przeglądania serwisów dowiedziałem się
znacznie więcej.
* * *
Zakon istniał od połowy ubiegłego wieku, a jego założycielką była Iva
Palmi, dwudziestoletnia pielęgniarka, pochodząca z ubogiej rodziny.
Podawała się za wcielenie człowieka o nazwisku Prowe, policjanta z Rammy, który na kilka miesięcy przed śmiercią doznał serii religijnych
objawień. Spisywał je w punktach i w formie traktatu publikował
anonimowo w Synecie.
Iva opiekowała się Prowem, kiedy został ciężko ranny w strzelaninie.
Twierdziła, że umierając, przekazał jej nie tylko swoją wiedzę, lecz
również część osobowości. Wydawało się to szyte grubymi nićmi i typowe
dla wszelakich sekt, jednak, zdaniem autora artykułu, ta prosta
dziewczyna miała ogromną wiedzę, w tym również z dziedziny
kryminalistyki. Znała także najróżniejsze szczegóły z życia Prowego oraz
z powodzeniem podjęła się interpretacji jego tekstu.
Pikanterii dodawał fakt, że w sprawę, jako opiekun Ivy, zamieszany był
doskonale znany mediom multimilioner i wynalazca, Sebastian Brams. Zakon
prowenów został stworzony na fundamentach jego stowarzyszenia naukowego,
które w przeszłości oskarżano między innymi o powiązania z lewicowym
ekstremizmem. Sam zakon miał także kłopoty, nie tylko z Watykanem, który
od początku nastawiony był do niego bardzo negatywnie, lecz również z policją i tajnymi służbami. Ze wszystkich opresji wyszedł jednak
zwycięsko i po około sześćdziesięciu latach istnienia nadal rósł w siłę.
* * *
Od samego początku zarzucano prowenom skrajne wypaczenie
chrześcijańskiej idei równości. Twierdzili oni otwarcie, że zaledwie
niewielka część ludzi dostąpi zbawienia z tej prostej przyczyny, iż
tylko nieliczni spośród nas mają duszę. Znalazłem wypowiedź Ivy, w której szacowała ona, że co dziesiąty człowiek jest, jak to nazwała,
Domem Boga. Na dodatek, z tych, którzy otrzymali duszę, nie wszyscy
mieli być zbawieni. Postępując wbrew takim zasadom, jak umiłowanie
prawdy czy dążenie do doskonałości, można było zabić w sobie boską
cząstkę, czyli plazmat.
Nie bardzo rozumiałem tę koncepcję, ale proweni uważali, że Bóg jest
tworem materialnym, podległym prawom fizyki, który żyje i replikuje się
w ludzkim ciele. Miała to być materia samoświadoma, żywiąca się
informacją przetwarzaną przez mózg. Z niej wziął początek cały znany nam
wszechświat, a dzieło zbawienia polegało na ponownym rozmnożeniu się
Boga i, jak sądzili, wchłonięciu przez niego kosmosu. Trwało ono
nieprzerwanie na wszystkich planetach zamieszkanych przez istoty
rozumne, bo tylko w połączeniu z nimi Bóg się odradzał.
Powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego przy przyjmowaniu do zakonu nie
pytano o religijne przekonania kandydata, za to wnikliwie badano jego
IQ. Proweni wyznawali zasadę, że Bóg nie może zamieszkiwać umysłu
ograniczonego i zaburzonego, dlatego nie tylko studiowali rozmaite
dziedziny wiedzy, głównie matematykę, informatykę, medycynę i filozofię,
lecz rozwijali też z powodzeniem kilka gałęzi nowoczesnej psychologii.
Ich metody treningowe i psychoterapeutyczne zdobyły ogromne uznanie,
przyczyniając się jednocześnie do wzrostu popularności tej grupy.
Okazało się, że najlepsi psychologowie kliniczni w ostatnim
dziesięcioleciu należeli do zakonu.
Od wielu lat nie mówiło się dużo o uczniach Prowego, bo propagowane
przez nich samopoznanie i intensywna nauka nie miały w sobie nic
atrakcyjnego dla mediów, nawet jeśli za tymi wartościami stało
przekonanie, że tylko jedna z dziesięciu mijanych na ulicy osób ma
szansę na zbawienie, czy to, iż świadomość człowieka noszącego w sobie
plazmat różni się diametralnie od jaźni ubogiej w ducha reszty
społeczeństwa. Wystarczyło jednak, by któryś z ojców zakonu napisał w swojej książce o zbliżającym się końcu świata, a kilka gazet i stacji
telewizyjnych natychmiast zainteresowało się sprawą.
Porządkowałem swoją wiedzę, próbując równocześnie znaleźć w Synecie
kontrowersyjny tekst o Wielkim Holocauście. Usłyszałem nagle odgłos
kroków zbliżających się do drzwi, więc wyłączyłem komunikator i rzuciłem
się na łóżko. Miałem nadzieję, że ojciec Stasys pozwoli mi zostać choć
jeden dzień dłużej, że jeszcze nie przyszła na mnie pora, ale musiałem
przełknąć gorycz zawodu.
* * *
Było coś w tonie jego głosu, co odbierało rozmówcy pewność siebie. Kiedy
zaprosił mnie do stołu i jedliśmy wspólnie, nie mogłem przerwać
kłopotliwego milczenia. Od razu poczułem, że jest to spożywana zbyt
wcześnie ostatnia wieczerza, którą nazwałem w myślach ostatnim lunchem.
Stasys polecił, żebym przygotował się do drogi, ale nie chciał wyjawić
powodów tej decyzji - stwierdził tylko, że są ważne. Wspomniał wtedy o oczekiwaniu i spełniającym się proroctwie, które pozostanie zakryte
przed ludźmi. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że właśnie ten moment
odmienił całkiem mój los.
Na pożegnanie życzył mi, by jutrzejszy dzień okazał się szczęśliwy. Nie
słyszałem dobrze jego słów, zagłuszył je warkot uruchamianego silnika.
Poza tym rozsadzała mnie wściekłość, której nawet nie próbowałem ukryć.
Zostałem nie tylko ośmieszony, lecz również zwiedziony obietnicą pomocy,
która nie miała pokrycia. Tak właśnie myślałem, jadąc z klasztoru w kierunku położonej w dolinie Svericy. W innych okolicznościach pewnie
podziwiałbym piękno gór albo wdał się z kimś w długą rozmowę przez
telefon, zamiast tego przecierałem spocone czoło i wpatrywałem się z wysiłkiem w szarą wstęgę szosy.
Po przeciwnej stronie miasteczka znalazłem niewielki pensjonat i zapłaciłem z góry za trzy dni, mając nadzieję, że coś wymyślę. Chciałem
wypytać mieszkańców o kontakty z zakonem i wyłuskać jakieś mniej znane,
istotne fakty. Moja pierwsza próba spełzła jednak na niczym.
Właścicielka pensjonatu, niemłoda już kobieta, była za bardzo zmęczona
upałami, by silić się na rozmowę. Wskazała mi pokój na piętrze i wycofała się szybko do siebie. Siedziałem na twardym, przykrytym kocem
tapczanie, słuchając przez ścianę krzyków jakiegoś dziecka i chłodząc
twarz przy małym wiatraczku. Tego dnia dałem za wygraną.
Wieczorem głos Naczelnego pobudził mnie boleśnie do działania. Jeszcze
nigdy nie słyszałem w jego ustach tylu przekleństw i oskarżeń o lenistwo, nawet gdy przegapiliśmy małżeńską zdradę prezydenta.
Rozwścieczony, kazałem mu iść do diabła, ale po tej kłótni nie
potrafiłem się uspokoić. Znowu zacząłem szperać w Synecie i trafiłem
wreszcie na oficjalną stronę prowenów. Interesująca mnie książka była,
tak jak przypuszczałem, zbyt trudna dla laika, ale zamieszczony na tej
samej stronie wywiad niejakiego Wima Gebera z ojcem Danielem Herbstem
pomógł mi zrozumieć najważniejszą kwestię.
* * *
W.G.: Przez wiele lat pełnił ojciec funkcję rzecznika prasowego zakonu
prowenów i odpowiedzialny był za kreowanie jego wizerunku w mediach.
Skąd zatem decyzja o wycofaniu się z życia publicznego i poświęceniu
pracy naukowej?
D.H.: Funkcja rzecznika ma charakter przechodni, ponieważ zdajemy sobie
sprawę, że wpływa ograniczająco na pełniącą ją osobę. Dotychczasowy
model życia nie gwarantował mi pełnego intelektualnego i emocjonalnego
rozwoju. Mam wrażenie, że dopiero od kilku lat, prowadząc między innymi
zajęcia z analizy małych grup, zacząłem żyć świadomie.
W.G.: Czy ojciec podziela opinię wyrażoną w tekście Luciusa Kleina, że
tak zwany "duchowy koniec świata" nastąpi w bardzo bliskiej przyszłości?
Czy jest to oficjalne stanowisko zakonu?
D.H.: Zakon odznacza się bardzo nikłym uporządkowaniem instytucjonalnym.
W związku z tym trudno mówić o czymś takim, jak oficjalne stanowisko.
Staramy się nie narzucać nikomu przekonań w żadnej dziedzinie. Jednak
to, o czym pan wspomniał, jest opinią większości z nas. Do takich
wniosków skłaniają zarówno prowadzone od bardzo dawna obserwacje
socjologiczne, jak i obliczenia teofizyków.
W.G.: Jak najkrócej określiłby ojciec naturę tego zjawiska?
D.H.: Stawia pan przede mną niewykonalne zadanie. Nie da się streścić
pogłębianej latami wiedzy tak, by jej nie zafałszować. Proszę pomyśleć,
jak wyglądałoby streszczenie Kodeksu Cywilnego w dziesięciu zdaniach. A jeśli weźmiemy nawet pojedyncze twierdzenie, pamiętajmy, że słowa
wyrwane z kontekstu stają się płaskie.
W.G.: Istnieje jednak jakieś sedno tej hipotezy, które da się wyrazić
bez zgłębiania wszystkich dodatkowych sensów i filozoficzno-religijnych
kontekstów.
D.H.: Rozumuje pan w sposób, który zdaniem Luciusa uniemożliwia
zbawienie. Jest to tak zwane podzielenie świata. Próbuje pan skłonić
mnie do wyciągnięcia z tej teorii ekstraktu i wyłożenia go czytelnikom,
chociaż brakuje im odpowiedniego punktu odniesienia. Lecz skłamałbym,
mówiąc, że nie spodziewałem się tego rodzaju pytań. Świadomie godzę się
na nie, tak jak akceptuję towarzyszące im trudności. Chciałbym jednak
najpierw sam zadać pewne pytanie.
W.G.: Proszę bardzo. Zastrzegam sobie jednak prawo do krótkiej
odpowiedzi.
D.H.: Pytanie, rzecz jasna, dotyczy kwestii religijnych. Mówiąc
najprościej, chodzi mi o pana wyobrażenie na temat Ducha Świętego. Przed
tą rozmową celowo pytałem wszystkich o wyznanie i pan zdeklarował się
jako katolik. Sądzę więc, że ma pan jakąś własną hipotezę na temat, kim
lub czym jest Duch Święty.
W.G.: Rozczaruję ojca, ale nie mam wiele do powiedzenia w tej sprawie.
Nie należę do gorliwych wyznawców ani do badaczy Pisma Świętego. Duch
Święty to część Trójcy, która występuje w Biblii jako biała gołębica i płonący krzew. I dar języków, którego w ogóle nie rozumiem. Kiedyś nawet
próbowałem zastanawiać się nad tym, ale doszedłem do wniosku, że
chrześcijanie nazywali Duchem Świętym natchnienie czerpane z głębokiej
wiary. Albo siłę moralną, którą przeciwstawiali zewnętrznemu uciskowi.
D.H.: Otóż nic bardziej błędnego. Nie dziwię się, że ma pan kłopoty ze
sformułowaniem jakiejś teorii na ten temat, że porusza się pan w obszarze kilku stereotypowych wyobrażeń i skojarzeń. To zasługa
Kościoła, który, naszym zdaniem, świadomie oddziela wiernych od wiedzy,
od gnosis.
Duch Święty to najważniejsza postać Boga, ponieważ jest to postać stale
obecna na Ziemi. Nazywamy ją plazmatem i, jak pan z pewnością wie,
twierdzimy, że rozwija się w części z nas. Bóg Ojciec, czyli pierwotny
byt sprzed powstania znanego wszechświata, dał początek materii,
przemieniając się w nią w gwałtownej reakcji. Syn Boży, czyli Zbawiciel,
stanowi okresową kondensację plazmatu, która przyspiesza rozwój duchowy
ludzkości. Ale tylko Duch Święty, będący sumą wszystkich pojedynczych
dusz, przebywa tu stale i bezpośrednio wpływa na nasze życie.
W.G.: W jaki sposób? Czy nie kłóci się to z pojęciem wolnej woli?
D.H.: Nie, ponieważ dusza nie zmusza człowieka do czynienia dobra, lecz
odpowiedzialna jest za powstawanie w nim pewnych potrzeb czy pragnień.
Uważamy, że naturą Boga jest informacja, dlatego najważniejsza potrzeba
z nim związana to potrzeba poznania prawdy, dążenie do wiedzy. Śmiem
twierdzić, że należy stawiać ją wyraźnie przed miłością, która jest
tylko jedną z wielu przeżywanych emocji.
Nie da się ukryć, że wciągnąłem pana w ten wykład po to, by naszkicować
tło do odpowiedzi na postawione pytanie. Otóż zjawisko opisane przez
Kleina to odpowiednik tego, co chrześcijanie nazywają Sądem Ostatecznym.
Naszym zdaniem plazmat ma charakter materialny, choć umyka ludzkiemu
poznaniu. Wraz z przyrostem naturalnym i rozwojem intelektualnym
ludzkości zwiększa swoją objętość, aż do osiągnięcia pewnej wartości
krytycznej, po przekroczeniu której oddzieli się od ciał i opuści
Ziemię.
Zarzuci mi pan pewnie, że to czysto mechanistyczne podejście, ale moim
zdaniem to dokładniejszy opis tego, co nasi przodkowie próbowali jedynie
bardzo nieudolnie nazwać. Najwięksi uczeni skupieni w katedrze teofizyki
potwierdzili matematycznie, że masa krytyczna została już prawie
osiągnięta i narodziny jednego dziecka, prawdopodobnie nowego
Zbawiciela, mogą wywołać reakcję. Spodziewają się tego jeszcze w tym
roku, co, powiem szczerze, nawet we mnie budzi niepokój.
W.G.: A zatem mamy się przygotowywać na koniec świata... Czy nadejdą
jakieś znaki, zwiastuny tych zmian? Czy Ziemia ulegnie zniszczeniu jak w biblijnej Apokalipsie?
D.H.: Tego, jak sądzę, nie wie nikt. Nawet najdłużej medytujący i najbardziej oświeceni członkowie zakonu nie odważyli się dokładnie
zapowiedzieć, co się stanie. Przypuszczamy jednak, że umrą tylko
nieliczni. Świat może nie rozpoznać końca świata, jakkolwiek by to
zabrzmiało. Używając metafory, powiem, że światło odejdzie wraz z tymi,
którzy mieli oczy. A przecież dla innych jego obecność nigdy nie miała
znaczenia.
* * *
Proroctwa są jak zapałki. Gasną po chwili, a trzymający je kurczowo
ludzie parzą sobie palce. Wystarczy mały podmuch, przeciąg z uchylonego
okna, by wszystko się skończyło. Jednak co jakiś czas zapałka wypada z ręki przerażonego dziecka albo wyrachowanego podpalacza. Coś zaczyna się
tlić lub od razu wybucha wielki pożar. Od tej zapałki płoną wyschnięte
wnętrzności.
Nie mam zbyt wiele czasu, żeby zastanawiać się nad swoją przemianą.
Szukam jedzenia, pilnuję miejsca w noclegowni, bo w zimie nikt nie
przeżyje na ulicy. Czasy przed apokalipsą wydają mi się nierealne, jak
holograficzne reklamy ciepłych krajów. Poruszam się wolno, żeby nie
tracić za dużo energii. Ubieram się w przypadkowe rzeczy i pewnie też
bełkoczę do siebie, ale trudno to uchwycić, jeszcze trudniej niż własne
chrapanie.
Widzę gdzieś w otaczającej mnie ciemności twarz Naczelnego, który
wyrzuca mnie z pracy, w chwili gdy powinien paść na ziemię i błagać Boga
o litościwą śmierć. Widzę zdziwienie komornika składającego mi wizytę w domu, kiedy pokornie godzę się na zajęcie. Oczy psychiatrów, dziwne
uśmiechy urzędniczek, pomarszczone dłonie kucharki, którymi podaje
talerz ciepłej zupy. A wszystko to nie ma żadnego znaczenia.
Boję się mówić o tym, co pamiętam, bo nikt mnie nie rozumie. Podobno po
Dniu Sądu wielu ludzi straciło zmysły i popadło w paranoję, lecz ci,
których spotykałem, nic nie wiedzą. Mówią coś o klątwach, broni
biologicznej i najeźdźcach z kosmosu. Aż się robi niedobrze od tych
bzdur. Kiedy uświadamiam sobie, że to ja i mnie podobni kształtowaliśmy
przez dziesiątki lat tę chorą wyobraźnię, chce mi się śmiać. I nagle
zaczynam rozumieć, że zbieg okoliczności to złudzenie, które oddziela
nas od prawdy, bo wszyscy dostajemy dokładnie to, co chcemy wziąć od
Boga. A raczej dostawaliśmy, zanim nas opuścił.
* * *
We wtorek, dwunastego sierpnia obudziłem się wcześnie, kilka minut po
piątej. Słońce przebijało przez zasunięte żaluzje i oślepiało mnie.
Próbowałem zasnąć, ale niepokój powrócił, gdy pod poduszką znalazłem
swój komunikator. Sen zmorzył mnie wieczorem w trakcie przeglądania
serwisów i potem tylko jakimś cudem nie zgniotłem delikatnego
urządzenia.
W domu panowała cisza. Otworzyłem okno, żeby pooddychać górskim
powietrzem i popatrzeć na majestatyczne ciemnozielone zbocze.
Wierzchołek Koryni ginął we mgle. Gdzieś niedaleko musiały stać ule, bo
kręciło się tu mnóstwo pszczół. Czułem, że za godzinę lub dwie upał
stanie się znowu nie do wytrzymania. Czułem też dziwne przygnębienie.
Może zaczynałem pojmować, że wczorajsza kłótnia z Naczelnym groziła
katastrofą. Może słowa Herbsta poruszyły we mnie kilka od dawna
nieporuszanych strun.
Widok z okna, który początkowo działał kojąco, stał się nagle trudny do
zniesienia. Założyłem dżinsy i zszedłem cicho na parter, gdzie
znajdowała się kuchnia. Było pusto, więc bez pytania znalazłem jakiś
kubek i zaparzyłem herbatę. Wróciłem do pokoju i włączyłem mały
telewizor, stojący na przykrytej obrusem komodzie. Właśnie nadawali
program informacyjny na żywo, ale nie mogłem poradzić sobie z regulacją
głosu. Odłożyłem pilota i zwiększyłem głośność za pomocą przycisków
telewizora. Spikerka mówiła coś o zbieraniu danych i panice, która
zatacza coraz szersze kręgi. Pokazywano jakieś duże miasto, chyba Rammę,
gdzie w sporym korku, niespotykanym tak wcześnie, przebijały się karetki
na sygnale. Nie mogłem pojąć, co się stało.
* * *
Po chwili dotarło do mnie, że przez kraj przetoczyła się fala zgonów,
które na razie nie znajdowały wyjaśnienia. Ludzie umierali nad ranem,
zazwyczaj na udar mózgu lub inne zaburzenia układu krążenia. Niewielka
grupa dotkniętych "śmiercią we śnie" przeżyła, ale została całkowicie
sparaliżowana. W narastającym chaosie próbowano liczyć przypadki i nieść
pomoc, stawało się to jednak prawie niemożliwe. Na dole ekranu pojawił
się pasek z doniesieniami ze świata, które okazały się nie do przyjęcia.
Tej nocy na całej Ziemi z niewyjaśnionych przyczyn umierały dziesiątki
milionów ludzi.
Przed oczami migały mi coraz straszniejsze obrazy. Przewalające się po
ulicach tłumy, pożary domów i leżące na chodnikach zwłoki. Według
komentatorów miał miejsce atak terrorystyczny z użyciem jakiejś
supernowoczesnej broni, prawdopodobnie promieniowania wysyłanego przez
satelitę. Wyrwani ze snu politycy uspakajali, naukowcy próbowali budować
hipotezy, wojskowi zaprzeczali. Nikt nie wiedział, co się stało i czy to
samo nie powtórzy się za chwilę. Wszystkie działające jeszcze stacje
nadawały właściwie identyczny program. Zacząłem się śmiać do siebie,
jakbym postradał zmysły. Potem rzuciłem się na łóżko i leżałem
nieruchomo, słuchając dalszych doniesień.
Zjawisko było niezrozumiałe, bo śmierć atakowała czasem całe rodziny,
czasem tylko pojedyncze osoby, a bywało, że spore obszary pozostawały
nietknięte. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi różne obrazy. Na przykład
widok wielkiego lotniska, gdzie wszyscy pasażerowie leżą martwi, albo
obraz żony budzącej się rano obok zimnego męża, który wieczorem czuł się
świetnie i prasował koszulę do pracy. I nagle zdałem sobie sprawę, że
powinienem do kogoś zadzwonić, że pewnie wszyscy ludzie próbują teraz
skontaktować się z bliskimi, a ja nie sięgnąłem nawet po telefon.
Okazało się, że nikt nie był dla mnie aż tak ważny. Kiedy to
zrozumiałem, coś się we mnie skurczyło.
Zwymiotowałem wypitą herbatę i na trzęsących się nogach zacząłem biegać
po domu. Rodziny, której dziecko hałasowało wieczorem za ścianą, nie
zastałem. Pokój był pusty. Za to gospodynię odnalazłem na grządce za
domem. Pieliła spokojnie ogródek, nic nie wiedząc o monstrualnej
katastrofie. Próbowałem jej coś wytłumaczyć, ale chyba nic nie
zrozumiała i przeraziła się głównie moim wyglądem. To nie miało żadnego
sensu, więc wycofałem się do domu. Opętała mnie myśl, że muszę
natychmiast pojechać do klasztoru. Porwałem z pokoju torbę i pognałem do
samochodu.
* * *
Sverica jeszcze spała, na ulicach nie widać było ludzi. Wydawało się, że
śmierć ominęła to piękne miejsce, bo panował tu niepodzielnie sen.
Przejechałem główną aleją i nie dostrzegłem żadnych oznak kataklizmu. Na
polu, za granicą miasteczka dziecko prowadziło stado krów. Szczekający
głośno kundel przez chwilę ścigał mój samochód.
Wyłączyłem radio, w którym działo się dokładnie to samo, co w telewizji.
Zamiast słuchać tego bełkotu, czujnie się rozglądałem. Kilka kilometrów
dalej, w połowie drogi do klasztoru, zauważyłem na poboczu przewrócony
motor. Zatrzymałem się. W rowie leżał przykryty skórzaną tobą listonosz.
Z daleka widać było, że nie upił się - jak być może miał w zwyczaju -
lecz nie oddycha. Przez głowę przebiegła mi absurdalna myśl, żeby ukraść
jego torbę, ale zawróciłem i ruszyłem dalej. Droga pięła się pod górę, w uszach czułem gwałtowne zmiany ciśnienia, jednak ledwie to zauważałem.
Kwadrans po szóstej stanąłem przed lekko uchyloną bramą klasztoru, jakby
ktoś zapomniał ją zamknąć. Przeciąłem niewielki dziedziniec i dopadłem
do jakichś drzwi, które okazały się zamknięte. Następne tak samo. I następne. Kląłem w żywy kamień, bo taka przeszkoda wydawała się w tej
sytuacji zupełnie absurdalna. Ludzie giną jak muchy, przy szosie leży
martwy człowiek, a ja nie mogę poradzić sobie z drzwiami, bo nie znam
się na niczym, oprócz pisania i krętactwa. Pomyślałem, że bycie kimś
takim jest żałosne, że moje umiejętności wystarczają tylko w sytuacjach,
które znam od lat. Poza nimi byłem bezbronny jak dziecko.
Może to absurdalne, że zastanawiałem się nad tym właśnie wtedy, ale
przez głowę przelatywały mi setki myśli. Ktoś spuścił je z łańcucha i zachowywały się jak wygłodniałe psy. Każda kąsała mnie od innej strony.
Cztery miesiące później wszystkie umarły w najdalszym kącie czaszki i zastąpiła je ciemność, wtedy jednak miałem wrażenie, że rozsadzą mnie od
środka. Waliłem jak oszalały w żelazne drzwi, aż jedne z nich ustąpiły,
ukazując wąskie przejście do ogrodu.
* * *
Klasztor wydawał się pusty. Ani na dziedzińcu, który zostawiłem za sobą,
ani w korytarzu prowadzącym na tyły budowli, nie dostrzegłem nikogo z mieszkańców. Dwa dni wcześniej, w drodze do celi mijałem przecież
kilkanaście osób. Ogarniał mnie coraz większy lęk. Wszedłem do ogrodu,
czując lodowate dreszcze, wędrujące po kręgosłupie.
Ogród, otoczony wysokim murem oraz skalną ścianą, tworzył wraz z budynkiem coś na kształt wydłużonej ósemki. Teraz znalazłem się w środku
większej pętli. Minąłem niewielki utwardzony plac, służący zapewne do
ćwiczeń, kilka rzędów drzew owocowych, głównie jabłoni i dostrzegłem
jakiś ruch w dużej, pomalowanej na biało szklarni. Ruszyłem w tamtym
kierunku, nie myśląc o tym, co się stanie, nie układając w głowie
żadnych słów. Chciałem słuchać i zrozumieć wszystko do końca.
Rozpoznałem jego postać, zanim się odwrócił. Ojciec Stasys nie miał na
sobie habitu, ubrany był w robocze spodnie i bawełnianą koszulę, ale
wiedziałem, że to on. Podwiązywał łamiące się pędy pomidorów, a ja
czekałem przy wejściu, aż skończy. Zauważył mnie po chwili, odłożył zwój
białego sznurka na ziemię i podszedł w milczeniu. Usiedliśmy na
kamiennym progu szklarni i patrzyliśmy przed siebie, w stronę drzew
owocowych. Mogliśmy spędzić tak wiele godzin, bo żaden z nas nie miał
dokąd pójść.
- Czekałem na ciebie - odezwał się zmęczonym głosem. - Myślałem, że
jeśli jesteś w pobliżu, na pewno wrócisz tu dzisiaj. Zostawiłem uchyloną
bramę i nie zamknąłem drzwi do ogrodu. Pojawiłeś się nawet wcześniej,
niż przypuszczałem.
- Muszę wiedzieć, czy stało się to, o czym mówiliście - powiedziałem
cicho, jak on. - Czytałem wasze nauki, dotarłem do pism Kleina i do
pierwszego traktatu. Teraz wszystko wydaje mi się inne, jakbym dopiero
zobaczył ten świat.
- Ludzkie losy są pełne ironii. - Uśmiechnął się smutno, bardziej do
siebie niż do mnie. - Przez całe życie nie interesowała cię prawda,
należałeś do tych, którzy żyją z kłamstwa i nagle jej dotknąłeś.
Dotarłeś do Boga, w chwili gdy opuszczał świat. Ziarno zakiełkowało tuż
przed nastaniem wiecznego mrozu... Współczuję ci, naprawdę.
- Już nie ma nadziei?
- Nie ma Boga. Nadzieja pozostała, bo to ludzka rzecz, jak miłość i wiara. Wszystko, co znasz, nie uległo przecież gwałtownej przemianie.
Ludzie nadal będą robić to, co robili do tej pory. Ale bez tych, którzy
odeszli, bez obdarzonych duszą, ludzkość skarleje i sprowadzi na siebie
zagładę. Rozeszły się drogi zbawionych i potępionych, a my znaleźliśmy
się wśród tych ostatnich.
- Wszyscy moi bracia zmarli dzisiaj w nocy - dodał po chwili. - Zostałem
tu sam, ponieważ dawno temu wydałem na siebie wyrok. Niespełniona miłość
i może jeszcze zawiedzione ambicje sprawiły, że od lat czuję się tak,
jak ty teraz, jakby wszystko było już poza mną. Nawet człowiekowi
obdarzonemu duszą nie przychodziło łatwo zbliżenie do Boga, za to zabić
go w sobie potrafiliśmy na milion sposobów. Cierpiąc ponad siły, nosząc
w sobie poczucie winy, rozpamiętując porażki i rozpaczliwie nienawidząc.
Dlatego dzieło zbawienia tyle trwało, i dlatego Bóg musi szukać innych
miejsc, by odradzać się dalej.
- Ale ja czuję, że jakaś Jego część pozostała. On teraz jest we mnie. I w ojcu też, chociaż nie starczyło sił, żeby iść za nim.
- Te strzępki plazmatu, które pozostały tutaj, nie przetrwają bez
energii płynącej z całości. Przykro mi, ale jedyne, co może cię spotkać,
to obłęd. Twoja niedojrzała dusza będzie skręcać się teraz w coraz
większym bólu, dlatego lepiej zabij ją od razu. Jesteś w piekle, synu.
Daleko od Boga i bez żadnej nadziei na Jego powrót. Na ziemi pozostały
tylko rośliny i zwierzęta.
* * *
Spędziłem w klasztorze prawie cztery dni, siedząc w wielkiej sali
telewizyjnej, gdzie z ekranu nie schodziły doniesienia o "masowym
mordzie". Wyłączyłem dźwięk, bo nie mogłem znieść tego potwornego
jazgotu. Co jakiś czas zasypiałem przy długiej ławie, na której leżał
pokruszony chleb i stało kilka butelek wody. Bałem się szukać innego
pożywienia, bo za większością drzwi znajdowali się martwi ludzie.
Wydawało mi się nawet, że w budynku zaczyna już cuchnąć. Stasys nie
pojawił się ani razu, a ja zacząłem wpadać w stan podobny do katatonii.
Ze Svericy zabrali mnie policjanci, którzy na rozkaz władz przeszukiwali
wszystkie siedziby prowenów. To na nich właśnie padło podejrzenie o przygotowanie ataku, lecz ponieważ prawie wszyscy zmarli tej nocy, nie
było kogo sądzić. Stan mojego umysłu sprawił, że po potwierdzeniu
tożsamości zostałem przewieziony do szpitala psychiatrycznego pod
Seegardem. Gdzieś po drodze zgubiłem swoje dokumenty, komunikator i kartę samochodu, ale nie obchodziło mnie to. Bałem się tylko leków,
które zaczęli mi podawać, bałem się, że zabiją we mnie duszę.
Po kilku tygodniach otrzymałem wypis, z którym udałem się do domu.
Wszystko wrzało jeszcze po apokalipsie, ale z wolna górę zaczęła brać
codzienność. Nie pojawiłem się w pracy, więc Naczelny przyjechał do mnie
i rzucił mi w twarz wypowiedzenie. Wkrótce potem musiałem opuścić
kupione na kredyt mieszkanie i zastukałem do drzwi przytułku. Od
dziesiątek lat mieścił się przy Kościele Marii Magdaleny i zawsze budził
moją ciekawość. Nachodzili mnie tam krótko jacyś ludzie, ale ostatnio
przestali. Uznali mnie chyba za wariata.
Mam teraz więcej czasu na rozmyślania i próbuję ułożyć swoje wspomnienia
w jedną całość. Stasys radził, bym starał się zapomnieć, ale jeszcze nie
potrafię. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się uda. Muszę zrobić coś z miazgą, która wypełnia moje wnętrze.
* * *
Dwunastego sierpnia na całym świecie zmarło równocześnie ponad sto
milionów osób. Ta liczba wydaje się ogromna, ale to zaledwie jeden
procent populacji. W miejscowości takiej, jak Sverica, która liczy stu
pięćdziesięciu mieszkańców, zmarł tylko jeden człowiek, listonosz. Gdyby
nie telewizja i radio, nikt nie dopatrzyłby się w tym niczego godnego
uwagi.
Śmierć zebrała największe żniwo wśród ludzi nauki. Umierali też znani
pisarze, reżyserzy filmowi i sportowcy. Prawie każda grupa zawodowa
poniosła tego dnia niepowetowane straty, ale trudniej powiedzieć coś o hydraulikach czy szewcach. Pewne jest natomiast, że katastrofa ominęła
rządy państw i najwyższych dostojników Kościoła. Uznano to za działanie
Opatrzności Bożej i wskazówkę dla wiernych. Świat mediów, który również
cieszył się dobrym zdrowiem, zarobił na dwunastym sierpnia fortunę.
Oczywiście próbowano ustalić przyczyny tragedii. Mówiono o ataku
terrorystycznym lub błędzie popełnionym przez wojsko podczas manewrów w kosmosie. Kolejne autorytety wypowiadały się w tej sprawie, komentując,
uściślając bądź podważając wypowiedzi poprzedników. Każdy, komu chociaż
raz w życiu przyśniło się coś dziwnego, pragnął wtedy zabrać głos.
Patrzę na to i z każdym dniem czuję się coraz bardziej obco. Dostrzegam
prawdziwą różnicę pomiędzy wiarą i wiedzą, pomiędzy tym, co oparte na
pobożnych życzeniach i domysłach, a tym, co stwierdzone i dowiedzione.
Proweni nie musieli wierzyć w żadne dogmaty tak, jak to czynią ludzie
religijni oraz ateiści. Oni potrafili zrozumieć naturę swego Boga, a nawet określić jego wielkość czy kształt. Dla nich fizyka i biologia
stanowiły źródło i podstawę całej teologii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki