Na początku była chuć. Nic
prócz niej, a wszystko w niej.
To nieskończoność Anaksimandra, co wszystko z siebie wyłoniła,
święty ogień Heraklita, który pochłania niknące światy i nowe byty
z nich wyprowadza, Duch Boży, co się unosił nad wodami, gdy jeszcze
nic nie było prócz Mnie.
Chuć to prasiły życia, rękojmia wiecznego rozwoju, wiecznego
odchodzenia i wiecznego powrotu, jedyna istota bytu.
To siła, co sprowadza mięszanie się i rozdzielanie,
twórczyni, pokarm i niszczycielka.
To siła, z którą Ja-Bóg, gdym świat ze siebie wyrzucił,
atomy na siebie ciskałem, to zaciekłość, z jaką się z sobą
sprzęgały, w pierwiastki się wiązały i w światy całe łączyły.
To siła, co w eterze się rozpaliła pragnieniem, by morze
swych fal rozkiełznać, jedną falę z drugą połączyć w wściekłym
uścisku, wprawić je w rozkoszne drgania, rozszaleć je w podrywach
krzyczącej lubieży, kurcze pragnienia ukajać w czołgających się
dreszczach upojenia, aż się światło z nich porodziło.
To powrotna siła, z jaką się strumień elektryczny sam ze
sobą spaja, drobinom pary od siebie odbijać się każe, - i takoż
jest chuć życiem, światłem, ruchem.
I bez granic rozszalała się jej potęga. Stworzyła sobie
tysiączne ramiona, któremi wszystko zagrabiała i w siebie
wchłaniała, stworzyła tysiączne naczynia, lejki, otwory, potworne
usta i narządy, by cały świat wssać w siebie, stworzyła sobie
plasmę, by nieskończoną powierzchnią rozkosz w się wdychać,
wszystkie siły życiowe skupiła, w jeden węzeł je w sobie spętała,
swą wolą ujarzmiła, by jej tylko były poddane i wieczny głód jej
żądz koiły.
I ciskała się w konwulsyach bezgranicznych porodów i
wiecznych rozwojów, wczołgała się w bezliczne formy, rozbijała je
jak skorupy, i w nowe łączyć jęła, przetwarzała się w wiecznie
nowych i odmiennych kształtach, a zaspokoić się nie mogła.
Szalała za szczęściem, gdy sobie trochita stworzyła, rżała
za rozkoszą, gdy rozdarła pierwsze żyjątko i z siebie samej odrębną
płeć stworzyła, by w wiecznej męce, gniewie a bólu znowu się łączyć
i w wiecznych zmianach coraz to nowe kształty, nowe istoty, coraz
wyższe, coraz doskonalsze wytworzyć, coby jakąś nową i doskonalszą
orgią lubież jej nasycić mogły.
Aż wreszcie stworzyła mózg.
To było arcydzieło jej żądnego pragnienia. Gniotła go,
kręciła, tworzyła zwoje, rozdzieliła i znowu połączyła bezlicznemi
pasmami, pojedyncze części przeistoczyła na zmysły, rozerwała
ciągłość, rozdarła całość na cząstki, jeden zmysł rozczłonkowała na
zmysły pojedyńcze, rozcięła ich związki i więzby pomiędzy sobą, by
módz jedno wrażenie odczuwać we wszystkich przemianach, jeden świat
wchłaniać w siebie pięcioraką, tysiąckrotną rozkosz, a pierś
matczyna, która kiedyś jednę siłę karmiła, tysiące sił teraz sycić
musi.
Tak się dusza porodziła.
A siła wiecznych przemian i rozrodów ukochała duszę. Siliła
ją karmnem mlekiem swej piersi, była dla niej tętnicą, przez którą
krew wszechbytu silną falą się przelewała, tysiącem spójni
przywiązała ją do wszechłona matczynego, była dla duszy ogniskiem
soczewnem, przez które patrzała, żakietem kołem, w której krążyła i
w powrotnych kołowaniach swą najwyższą rozkosz i najwyższy ból
odczuwała, była objętością, w jakiej się świat cały jako dźwięki,
barwa, ruch w duszy przeobrażał.
O biedna, głupia chuć, o biedna, niewdzięczna dusza.
Chuć, co światło z siebie wyłoniła, wszystkiemu życiu
początek dała, duszę stworzyła, miała skonać w miażdżącym uścisku
zdradliwego dziecka.
Co miało być środkiem, stało się celem dla siebie, władcą i
panem.
Spoisty granit mego bytu począł się rysować i kruszyć.
Zmysły, które miały posłużyć ku doskonalszemu doborowi
płciowemu, by nowy i doskonalszy rodzaj wytworzyć, poczęły być
samoistne, jęły się z sobą łączyć i pętać nierozerwalnie. To, co
było górą, stało się dołem, dźwięk - barwą, środowisko -
objętością, powonienie - wrażeniem mięśni, porządek - anarchią, i
rozpoczęła się wściekła walka pomiędzy matką a dzieckiem.
Pomnę, pomnę tę rozpaczną walkę biednej matki z swem
dzieckiem.
Chciała je opanować, ujarzmić; wpiła swe szpony matczyne w
jego ciało, szarpała je, nęciła rozkoszą, syciła lubieżą i żądzą,
rozpościerała obrazy najwyuzdańszej rozpusty, rzuciła je w
namiętne, krzyczące uściski rodzącej bestyi, ten jeden wielki
narząd płciowy - zalewała mu oczy nawrotami krwi, ogłuszała go
hukiem jej spienionych fal, głos jego obniżała do dyszących,
bezdźwięcznych rzężeń, to znowu wściekłych krzyków i zgrzytów,
kurczyła jego mięśnie, a poprzez ciało puszczała gorące drgania
gdyby stado czołgających się żmij - ale wszystko, wszystko
napróżno.
Ale krwawą ofiarą okupiła dusza moja swe zwycięstwo.
Chorzała, więdła, schła.
Sama się oderwała od matczynego łona, sama przecięła
tętnice, sama zatamowała źródło swej mocy.
Żyje wprawdzie - żyje jeszcze treścią siły, którą pożarła,
przetwarza jeszcze w sobie środki, które do doboru i rozrodu służą,
może jeszcze upajać się obrazami, które żądze draźnią, może w sobie
wywołać ekstazę śmiesznego okłamywania się chuci, co mniema, że
może kobietę stopić w sobie, ale wszystko, co sama tworzy jest
zbytkiem, tak jak sztuka jest zbytkiem i nadmiarem pragnień
rozrodczych i jest bezpłodną, czem sztuka nie jest, bo bije w niej
olbrzymi puls drgającej chuci, nasienny golf światła i żądzy
ciągłych powrotów.
Ale choć zginąć muszę, kocham tę straszną potężną siłę, co
jedyną kosmiczną potęgę zmogła, ją w siebie wchłonęła, kocham moją
duszę, moją wielką umierającą duszę, co mi chuć pożarła, by bez
niej umrzeć.
A więc muszę umrzeć, bo źródło światła wyschło, bom ostatnie
ogniwo w nieskończonym rozwoju formacyi, w jakich się chuć w coraz
to nowych zamianach przetwarza, bom jest pianą, orkanem burzy w
miazgę rozbitą na grzebieniu ostatniej fali płciowego rozwoju,
fali, co się już o brzeg rozbiła i żółty piasek jego białym haftem
obszywa.
Muszę umrzeć, bo dusza moja za wielka, za przemożna, by
mogła porodzić nowy, szczęściem rozlśniony, jasną przyszłością
drgający dzień.
Ale kocham, kocham zamarłą chuć, której resztki dusza ma
strawia, kocham ostatnie krople krwi mego istotnego bytu jako mąż i
rodziciel, tego bytu, w którym się istotność cała przejawia w całej
swej potędze, swym majestacie i okrucieństwie; kocham tę odwieczną
siłę, co moje wrażenia słuchowe zabarwia niepojętemi barwy, z
wrażeń powonienia rozsnuwa rozkoszne obrazy, a z uczuć dotyku
wytwarza niewypowiedziane rozkosze wizyi.
I kocham moją chorobę i moje szaleństwo, co się w coraz to
nowy a dzikszy system przybiera, coraz wyszukańszem szyderstwem
sieka i kpi i drwi z siebie i z świata całego.
***
Jestem zupełnie spokojny - i bardzo, bardzo zmęczony.
Tylko w głębi, gdzieś w dalekiej głębi coś mnie boli. Coś szuka
równowagi, albo też wije się w skurczu ostatniej agonii.
Coś zniknęło w mej duszy. Ów mistyczny punkt, ku któremu
wszystkie siły zmierzają. Zdaje się, że potworzyło się tysiące
ognisk sił i to, co było jednolitem rozpadło się na tysiące
skorupek.
Myśli moje, jakby odemnie nie zależały. Przychodzą i idą
same ze siebie bez związku, niczem niekiełznane.
Niektóre wydają mi się w kształt czerwonawych łun wzdłuż
fioletowych gloryi, co okalają głowy świętych, tak jak się widzi
interferencye gazowych latarni po przez ściekający na brudnych
szybach deszcz - a wszystko nikłe, słodkie i miękkie.
Niektóre widzę w kształt nieskończenie wydłużonego promienia
światła, co padł na pomarszczoną toń rzeki. Gdzieś w dole odbija
się złotym połyskiem, połamany i rozstrzępiony w miliardy
świetlanych plamek, co się na drobnych falach kołyszą, zlewają,
całują w nieziemskiej czystości i żarliwym nabożeństwie.
Niektóre wyrastają do olbrzymich, potwornych rozmiarów.
Mózg mój, przyzwyczajony dotychczas do europejskich
wymiarów, obejmuje teraz przepotężne masy świątyń z Lahore, parzy
egipskiego sfinksa z chińskim smokiem, pisze potwornemi głazami, z
jakich pyramidy budowano, a myśli w pełnym, ważkim i królewskim
sanskrycie, w którym każde słowo jest żyjącym organizmem, co się za
pomocą jakiejś mistycznej pangenesis stał istotnym, pełnym krwi i
żaru: słowo dla nas niepojęte, synteza z logos i Kâma, słowo Jana,
co się ciałem stało.
A wtedy z dziką rozpustą rzucam się na oślep w przepastne
czeluście przestrzeni i czasu.
Jestem królem asyryjskim z niebosięgną tiarą na głowie,
strojny w bisior, brokat i purpurę.
Na mej piersi słońce z diamentów, uginam się pod ciężarem
kosztownych brył drogich kamieni i na wozie brzytwami najeżonym,
pod którym krwawym pokosem padają miliony niewolników, gdyby snopy
zejrzałego żyta, jadę ponad śmieszną nędzą świata z straszną
pogardą, nienawiścią i groźnym majestatem.
Och, kocham olbrzymi, a milczący majestat babylońskich
mocarzy, co słowa nieznosił, bo słowo było drogie i kosztowne i
straszne, a każde z nich trzeba było okupić bolesnym porodem.
Och, kocham naiwną, ale tytaniczną samowiedzę swej potęgi,
one poczucie siły, co bogom się odgraża, morze chłostać każe, a w
nieznane kraje wiezie z sobą okowy, by ludy całe w jasyr zawlec.
Och, kocham hardą pogardę dumy, z posiewu smoczych zębów
porodzoną zaciekłość biblijnego człowieka, co w oczy okrutnemu
Jahveh z rozszalałą wściekłością bryzga pierwsze przekleństwo:
Szatanie - Jehovah, - co głazy z ziemi wyrywa; by je ku niebu
rzucić i roztrzaskać spiżową skroń strasznego mordercy, który
własne, przez siebie stworzone plemię siecze za grzechy przez
siebie wszczepione.
Czuję, jak mi źrenice oczy zalewają, jak ciało moje wydłuża
się, rośnie, potężnieje, piersi podwójną mocą się rozpierają, a na
oblicze moje spływa święta powaga i cisza boskiego Mitry.
A otóż nadchodzi przepotężna chwila, w której odczuwam
wrażenia, jak gdybym był rozpostarty nad całą ziemią, w której
święcę w sobie niepojęte święto odrodzenia wszystkich narodów i ich
kultury, chwila, gdzie jestem na kształt onego bóstwa starego
Ksenophanesa, w którem wszystkie zmysły się przenikają a
wszechświat się do duszy zlewa nie przez zmysły rozczłonkowany, ale
w całej swej nierozerwalnej jedności.
A gdy przestrzenie uciekać się zdają, a wszystko się w
jakieś odmętne przepaści zwala, jak w lej, gdy się ciężki kamień w
wodę rzuci - gdy nie wiem, czy istnieję i stracę panowanie nad
zmysłami - gdy tysiące lat powrotną falą przez mózg mój się
przeleją, a ja na chwilę odczuwam się w całej przemożnej nagości
mego bytu i z powrotem odzyskuję moją siłę rozrodczą, tak że staję
się atomem, co sam siebie zapłodnić pragnie, kiedy krew
wszechświata pieniącą się strugą leje się w żyły moje - wtedy
odczuwam nieskończone, bezgraniczne szczęście, szerokie i głębokie
jak atmosfera, co nad światem zaległa.
Rozumiem dobrze, że koniec nadchodzi. Wiem, że to już
ostateczny rozkład uczuć i myśli. Ale cóż mnie to wszystko
obchodzi!
Pragnę, by koniec nadszedł.
A chociaż się uczucie od woli oderwało, chociaż wszystkie
stany duszy mojej tylko do połowy dojrzewają, skłębiony chaos
myśli, podarta sieć uczuć, bez siły przetworzyć się w akt woli - i
cóż z tego?
Za to rozkoszuję się niesłychanym cudem olbrzymiego
światopoglądu.
Ja, jako ja, istnieję tylko w uczuciu, znam siebie w
uczuciu, a czy ono stanie się wolą, to już mnie nic nie obchodzi.
Nie znam nic prócz moich wrażeń, a przedewszystkiem nie znam
żadnej przyczynowości, li tylko nieskończoną ciągłość wrażeń - a
czy pasmo tej ciągłości logicznie się rozwija, czy nie, to również
mnie nic nie obchodzi.
Jestem ponad wszystkiem. Chwilami zdaje mi się, że mam
rodzaj jakiegoś nadmózgu, patrzę na czynność, na tę biedną mozolną
pracę mego mózgu - patrzę przez mikroskop, a gdy zachodzi potrzeba
przez teleskop, a w bezgranicznej potędze tego nadmózgu, zdaje się,
wolno mi mniemać, że wszystko jest snem i ciężką zmorą, że cała ta
tak nazwana rzeczywistość jest też tylko pewnym rodzajem snu, a
moje Ja dla mnie tak samo obcem i niezrozumiałem jak dla Was.
I dla Was, dla Was, którzy może wcale nie istniejecie, a
może tylko jesteście sennym majakiem mej duszy bezpłciowej - dla
Was, biedne dzieci samicy Ewy - Ja - Pan miałbym żyć?!
He, he - może dlatego, że muszę spełnić pewne obowiązki
względem człowieczeństwa, do którego przecież zaliczać się muszę?
Rassurez-vous: Kocham Was, kocham Was wszystkich.
I Was, którzy nie macie więcej znaczenia i większej wartości
od zwykłego argonauty, co w chwili płciowego rozpędu odrzuca swe
narządy płciowe od matczynego ciała, które samodzielnie szukają
samiczki, którąby mogły zapłodnić.
I Was, podbudzonych ustawicznem podrażnieniem płciowem, Was
artystów, co tylko Wasze ideały rozkoszy i żądz odtwarzacie. -
I Was, wiecznie chciwych, zapracowanych, żądnych bogactw i
dóbr, by tylko byt zapewnić Waszym rozmnożonym spermatocytom - a
nazywacie to miłością do osobistej nieśmiertelności. -
I Was, bezmiernie rozrzutnych - bo w Waszej głupocie tkwi
olbrzymi rozpęd i nadmiar sił płciowej natury, co miliony
spermatocytów potrzebuje, by zapłodnić jedno głupie jajko samiczki.
O, kocham Was wszystkich i żal mi Was i pogardzam Wami, że
żyć musicie, że jesteście tylko nawozem, co użyźnia nową
przyszłość, że jesteście środkiem i organem wiecznej chuci, a
okłamujecie się obowiązkiem i miłością dla ludzkości.
Ja jestem sam dla siebie.
Jestem początkiem, bo noszę w sobie rozwój jestestwa od
samego początku i jestem końcem, ostatniem ogniwem rozwoju.
Sam jeden z mojemi uczuciami.
Wy macie jeszcze jakiś świat zewnętrzny, ja nie mam żadnego.
Mam tylko siebie.
Głowa mi pęka: zdaje mi się, że jestem jakąś potworną
syntezą Chrystusa i Szatana, sam siebie stawiam na wysokiej górze i
prowadzę się w pokuszenie i sam siebie pragnąłbym omamić.
To znowu kojarzy się we mnie rozkosz upojonej ekstazy z
zimną obrachowaną analizą, czasami wierzę ślepo, męczenniczo, jak
pierwotny chrześcijanin, a równocześnie wyszydzam wszelką świętość,
jestem zarówno mistycznym anachoretą i wściekłym zsatanizowanym
kapłanem, co najświętsze słowa i najohydniejsze bluźnierstwa
równocześnie z pianą na ustach bełkocze.
A teraz mam wrażenie, jak gdyby się na niebie rozlała
przerażająca powódź czarnoczerwonej krwi, a w uszach straszliwy,
nerwy przerzynający zgrzyt, jak gdyby ktoś rznął rżaszką płyty
szkła -
O qualis artifex pereo!
***
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.