Reputacje - Juan Gabriel Vasquez

-
Proszę czekać

I

Kiedy siedział naprzeciwko parku Santander, postanowiwszy skrócić sobie oczekiwanie na własny benefis wizytą u pucybuta, doznał nagle przedziwnej pewności, że widzi nieżyjącego karykaturzystę. Mallarino postawił lewą stopę na drewnianym podnóżku, a między plecy i oparcie podłożył poduszkę, by przepuklina, na którą cierpiał od dawna, nie dała przypadkiem o sobie znać, i zabijał czas, czytając lokalne brukowce, których tani papier brudził palce, a nagłówki krzyczały czerwonymi literami o krwawych zbrodniach, ociekających seksem sekretach i kosmitach porywających dzieci w południowych dzielnicach miasta. Lektura tego rodzaju prasy sprawiała mu niepozbawioną poczucia winy przyjemność - coś, na co pozwalał sobie tylko wtedy, gdy nikt na niego nie patrzył. O tym właśnie rozmyślał Mallarino - o godzinach, które roztrwonił tutaj, oddając się owej perwersyjnej rozrywce pod parasolami w mdłych kolorach - kiedy uniósł głowę, odwrócił wzrok od zadrukowanych stron, jak to się robi, by coś lepiej zapamiętać, i ujrzawszy wysokie budynki, niebo, jak zwykle szare, i drzewa od zarania dziejów kruszące podłoże korzeniami, poczuł się tak, jakby widział wszystko po raz pierwszy. Wtedy właśnie to się stało.

Wrażenie trwało nie dłużej niż mgnienie oka: znajoma postać przechodząca przez Carrera Séptima w swoim zwykłym ciemnym garniturze, przekrzywionej muszce i kapeluszu z szerokim rondem, skręciła potem w przecznicę za kościołem San Francisco i tam zniknęła na zawsze. Nie chcąc stracić jej z oczu, Mallarino wychylił się do przodu i zdjął stopę z podnóżka akurat wtedy, gdy pucybut zbliżał pełną pasty szmatkę do skórzanego buta klienta, i na jego skarpetce została podłużna plama pasty - czarne okno, które patrzyło nań z dołu oskarżycielsko, podobnie jak przymrużone oczy mężczyzny.

Mallarino, który do tej pory widział pucybuta tylko z góry - ramiona w niebieskim fartuchu oprószone łupieżem, błyszczący czubek głowy - ofiara agresywnej łysiny - napotkał teraz wzrokiem nos pełen żyłek, małe, odstające uszy i wąsy, szarobiałe jak gołębie gówno.

- Przepraszam - powiedział Mallarino - zdawało mi się, że kogoś widzę.

Mężczyzna wrócił do pracy, wprawnych pociągnięć szmatką pokrywających cholewkę grubą warstwą pasty.

- A w ogóle - dodał Mallarino - mogę zadać panu pytanie?

- Jasne, szefie.

- Słyszał pan kiedyś o Ricardzie Rendónie?1

Z dołu dobiegła go tylko cisza: jedna, dwie sekundy.

- Nie bardzo, szefie - przyznał mężczyzna. - Jeśli pan sobie życzy, mogę potem zapytać kolegów.

Koledzy. Dwaj czy trzej z nich pakowali już swoje rzeczy. Składali stołeczki, zwijali szmatki, wrzucali szczotki ze sfatygowanym włosiem i poobijane puszki pasty do drewnianych przyborników, a powietrze niosące zwykły wieczorny szum ulicznego ruchu wypełniało się radosnym harmidrem zatrzaskiwanych wieczek i szczelnie zamykanych aluminiowych pokrywek. Była za dziesięć piąta: od kiedy pucybuci w centrum zaczęli tak sztywno przestrzegać godzin urzędowania? Mallarino rysował ich nieraz, zwłaszcza na początku, kiedy przyjazd do centrum, przechadzka po nim, wyglansowanie sobie butów było sposobem, aby trzymać rękę na pulsie tego rozgorączkowanego miasta, usłyszeć na własne uszy historie, które potem opowie. Wszystko się zmieniło: zmienił się Mallarino; zmienili się pucybuci. On prawie nigdy nie zjawiał się w mieście i przyzwyczaił się czerpać wiedzę o świecie z ekranów i stronic, pozwalać życiu, by przychodziło do niego samo, zamiast uganiać się za nim po jego kryjówkach, jakby doszedł do wniosku, że już sobie na to zasłużył i teraz, po tylu latach, to życie powinno uganiać się za nim. Jeśli zaś chodzi o pucybutów - nie przywłaszczali sobie, jak dawniej, swojego miejsca pracy, tych dwóch metrów kwadratowych publicznej przestrzeni, na mocy honorowej i niepisanej umowy, lecz za sprawą przynależności do związku zawodowego: opłacania miesięcznych składek i posiadania starannie zalaminowanej legitymacji, którą okazywali, proszeni czy nie. Tak, miasto było inne. Ale to nie nostalgia ogarnęła Mallarina, kiedy uświadomił sobie tę zmianę, lecz jakaś osobliwa chęć powstrzymania postępującego chaosu, jakby w ten sposób miał nadzieję zatrzymać również swoją wewnętrzną entropię, powolne rdzewienie organów, erozję pamięci, prędzej czy później mającej się stać równie dziurawą jak pamięć tego miasta - albowiem jak inaczej wytłumaczyć sobie, że nikt już nie wie, kim był Ricardo Rendón, który przed chwilą przeszedł obok, mimo że nie żył od siedemdziesięciu dziewięciu lat. Największy polityczny karykaturzysta w całej historii Kolumbii został pochłonięty, podobnie jak wielu innych ludzi, przez nienasycony głód zapomnienia. "O mnie też któregoś dnia zapomną" - pomyślał Mallarino. Kiedy zdejmował stopę z podnóżka i układał na nim drugą, i strzepnął gazetę, by pomięta strona wróciła na właściwe miejsce (jeden energiczny ruch nadgarstków), pomyślał: "Tak, o mnie też zapomną". Pomyślał: "Ale to na razie pieśń przyszłości". W tej samej chwili usłyszał własny głos.

- A Javier Mallarino?

Pucybut nie od razu zorientował się, że pytanie było skierowane do niego.

- Słucham?

- Javier Mallarino? Coś to panu mówi?

- Tak, to ten facet, co rysuje obrazki w gazetach - odparł mężczyzna. - Ale akurat jego już tu pan nie zobaczy. Podobno zmęczyła go Bogota i wyprowadził się w góry.

Ach, więc o tym jeszcze pamiętano! W sumie nic dziwnego: jego przeprowadzka na początku lat osiemdziesiątych, kiedy nie rozhulał się jeszcze terroryzm i ludzie nie mieli zazwyczaj powodów, by się wynosić, była komentowana w całym kraju. Czekając na to, że pucybut zapyta o coś jeszcze albo wyda z siebie choćby nieartykułowane mruknięcie, Mallarino zapatrzył się w łysinę, polanę gołej skóry na czubku głowy, zdewastowane terytorium porośnięte to tu, to tam pojedynczymi kępkami włosów i pełne plamek, które zdradzały długie godziny spędzone na słońcu: poletka potencjalnego raka, miejsca, przez które zaczyna uciekać czyjeś życie. Ale mężczyzna nie powiedział nic więcej. Nie poznał go. Za kilka minut Mallarino miał dostąpić ostatecznej konsekracji, orgazmu należnego po wyczerpującym czterdziestoletnim stosunku z własnym zawodem, ale ku swemu niepomiernemu zdziwieniu nie był rozpoznawany. Jego polityczne satyry uczyniły z niego postać porównywalną do Rendóna z początku lat trzydziestych: autorytet moralny dla połowy kraju, największego wroga publicznego dla drugiej, a dla wszystkich człowieka mogącego uniemożliwić uchwalenie ustawy, wpłynąć na wyrok sądu, obalić burmistrza albo zagrozić stabilności ministerstwa, za jedyny oręż mając papier i atrament. A mimo to na ulicy był nikim, nadal mógł być nikim, bo rysunki w gazetach, w odróżnieniu od dzisiejszych felietonów, pozostawały pozbawione fotografii autora, a czytelnicy, na których z pewnością natykał się w mieście, myśleli chyba, że tworzą się same z siebie, wolne od wszelkiego sprawstwa, jak niespodziewany deszcz albo klęska żywiołowa.

"Facet, co rysuje obrazki w gazetach". Tak, właśnie nim był Mallarino. Skretyniały satyryk, jak kiedyś w liście do redakcji nazwał go pewien polityk, którego miłość własną karykaturzysta boleśnie uraził. Teraz jego oczy, jak zwykle zmęczone, obserwowały mieszkańców centrum: sprzedawcę losów, który przysiadł na kamiennym murku, studenta idącego na północ i oglądającego się przez ramię, czy przypadkiem nie nadjeżdża autobus, parę na środku chodnika: kobietę i mężczyznę, oboje urzędnicy, oboje w granatowych marynarkach i białych koszulach: trzymali się za ręce, choć nie patrzyli na siebie. Wszyscy oni zareagowaliby jakoś na dźwięk jego nazwiska - z podziwem lub odrazą, nigdy obojętnie - ale nikt nie potrafił poznać go z twarzy. Gdyby popełnił zbrodnię, nikt nie umiałby wskazać go w ustawianym w takich wypadkach szeregu podejrzanych: "Tak, jestem pewien, to ten z numerem pięć, brodaty, szczupły, łysy". Mallarino nie miał dla nich cech charakterystycznych i ci nieliczni czytelnicy, którzy poznali go w ciągu długich lat jego kariery, wielokrotnie wyrażali zdziwienie: nie wyobrażałem sobie nigdy, że jest pan łysy, szczupły ani że nosi pan brodę.

Jego łysina należała zresztą do tych dyskretnych, nie zwracała na siebie uwagi; kiedy Mallarino spotykał kogoś, kogo widział wcześniej tylko raz, często słyszał zdumione komentarze w rodzaju: "Zawsze pan tak wyglądał?" albo: "Dziwne, gdy się poznaliśmy, nie zauważyłem, że nie ma pan włosów". Być może twarz rysownika pochłaniała całą uwagę rozmówców, jak czarna czeluść pochłania światło: opadające powieki, wiecznie smutne oczy spoglądające zza okularów i broda, która zasłaniała mu twarz niczym chustka złoczyńcy. Brodę - niegdyś kruczoczarną, do dziś bujną, przyprószyła siwizna: trochę bardziej przy uszach i wokół ust, trochę mniej na obu policzkach. Ale to nie miało znaczenia: wciąż mógł się za nią ukryć. Mallarino nadal nie był rozpoznawany, na zatłoczonych ulicach pozostawał anonimowym mężczyzną. Z tej anonimowości cieszył się jak mały chłopiec (jak dziecko, które schowało się w pokoju, do którego zakazano mu wstępu), a Magdalena w odległych czasach, gdy była jeszcze jego żoną, czuła się dzięki niej znacznie spokojniejsza.

- W tym kraju zabijają ludzi za mniejsze głupstwa - powtarzała, kiedy w swoich rysunkach wykpiwał jakiegoś wojskowego albo handlarza narkotyków. - Lepiej, żeby nikt nie wiedział, kim jesteś ani jak wyglądasz. Lepiej, żebyś mógł wyjść spokojnie po mleko, a jeśli zajmie ci to trochę więcej czasu, nie będę umierać ze strachu.

Omiótł spojrzeniem zmierzchającą scenerię parku Santander. Wystarczyła mu chwila, by napotkać trzy osoby czytające gazetę, jego gazetę, i pomyślał, że wzrok wszystkich trzech spocznie za chwilę, o ile nie spoczął wcześniej, na drukowanych literach jego nazwiska, a potem na podpisie, ozdobnym inicjale, rozmywającym się w artystycznym nieładzie zawijasów, zanikających w rogu jak smutny ślad spadającego samolotu. Wszyscy wiedzieli, że jego rysunki od lat ukazują się w tym samym miejscu, na pierwszej stronie wiadomości z kraju, tej wielkiej zbiorowej kozetce od dawna chorego państwa, owej mitycznej stronie, którą Kolumbijczycy otwierają, by znienawidzić jeszcze bardziej swoich polityków albo dowiedzieć się, za co ich kochają. To właśnie jego karykatury pierwsze rzucały się w oczy. Czarna ramka, rysunek sporządzony cienką kreską, linijka tekstu lub krótki dialog pod spodem - scena, która codziennie opuszczała jego biurko, by stać się następnie przedmiotem pochwał, podziwu, komentarzy, chybionych interpretacji, polemik zamieszczanych w jego macierzystej lub innej gazecie, pełnych oburzenia listów do redakcji słanych przez oburzonych czytelników czy zażartych debat w porannych programach radiowych. Miał przerażającą władzę, to prawda. Kiedyś Mallarino pragnął owej władzy bardziej niż czegokolwiek na świecie; pracował ciężko, by ją zdobyć; nacieszył się nią i wycisnął z niej wszystko, co się dało. A teraz, kiedy miał sześćdziesiąt pięć lat, ta sama polityczna elita, którą tyle razy atakował, prześladował, którą tak głęboko pogardzał ze swojego okopu i z której wyśmiewał się bezlitośnie, nie bacząc na więzy przyjaźni czy krwi (z tego powodu stracił wielu przyjaciół, odwróciło się od niego również kilku członków rodziny), ta sama polityczna elita postanowiła wprawić w ruch gigantyczną kolumbijską machinę gloryfikacyjną, zorganizować jubileuszową pompę jak się patrzy, a jej bohaterem, po raz pierwszy i może ostatni w historii tego kraju, uczynić autora satyrycznych rysunków.

- To się już nie powtórzy - zapewniał go Rodrigo Valencia, od trzydziestu lat redaktor naczelny, kiedy zadzwonił, jako ostrożny posłaniec, by opowiedzieć o oficjalnej delegacji, którą przed chwilą przyjął, o wysłuchanych pochlebstwach i złożonej przez organizatorów wydarzenia propozycji. - Nie powtórzy się, mówię panu, i popełniłby pan głupstwo, próbując się wymigać.

- A kto powiedział, że spróbuję się wymigać? - zapytał Mallarino.

- Nikt - odparł Valencia. - No dobrze, ja tak uważam. Bo znam pana nie od dziś. I oni też, jeśli mam być szczery. W przeciwnym razie czemu zwracaliby się najpierw do mnie?

- Ach, rozumiem. Występuje pan w roli negocjatora. Musi mnie pan przekonać.

- Mniej więcej - przyznał Valencia. Miał głęboki, gardłowy głos, jeden z tych głosów, które wydają polecenia w sposób niezwykle naturalny, a ich życzenia spełniane są bez protestów. Valencia wiedział o tym, przywykł dobierać starannie słowa, by pasowały do owego władczego tonu. - Chcą zorganizować ten jubileusz w Teatrze Narodowym, proszę sobie tylko wyobrazić, panie Javierze. Niech pan nie będzie osłem! Proszę się zgodzić. Nie ze względu na pana, nie chodzi mi o pana. Przez wzgląd na gazetę.

Mallarino prychnął z niezadowoleniem.

- Proszę mi dać czas na zastanowienie się - powiedział.

- Przez wzgląd na gazetę - powtórzył Valencia.

- Niech pan zadzwoni jutro i porozmawiamy - powiedział Mallarino. I dodał: - Zrobią to w sali kameralnej, jak się domyślam?

- Nie, panie Javierze, właśnie o to chodzi. Na scenie głównej.

- Na scenie głównej? - zdziwił się Mallarino.

- Właśnie o tym mówię. Sprawa jest poważna.

Wszystko to potwierdziło się później - Teatr Narodowy, scena główna, sprawa była rzeczywiście poważna - a samo miejsce nie wydało mu się nazbyt odpowiednie: miał wystąpić pod tym samym freskiem przedstawiającym sześć muz, za tą samą kurtyną unoszącą się, by ukazać widowni dylematy Ruya Blasa, Romea, Otella i Julii, na tej samej oświetlonej reflektorami scenie, na której oglądał od dziecka tyle pięknych występów i spektakli, od Marcela Marceau po Życie jest snem; on, umiłowany syn ojczyzny, honorowy obywatel, światły rodak w garniturze z szerokimi klapami, zdolnymi pomieścić tyle medali, ile się da. Z tego właśnie powodu odrzucił proponowany mu przez ministerstwo samochód - czarnego opancerzonego mercedesa z przyciemnianymi szybami, jak przez telefon opisała go drżącym głosem sekretarka, który miał zabrać go z domu w górach i zostawić u samego podnóża kamiennych schodów teatru, tuż pod żelaznym okapem, niczym młodą damę przybywającą na bal, by poznać swojego księcia. Nie, tego popołudnia Mallarino przyjechał do centrum, prowadząc swojego starego land rovera, zostawił go na parkingu nieopodal skrzyżowania Carrera Quinta i ulicy 19. - chciał przyjść pieszo na własną apoteozę, przydreptać jak każdy normalny człowiek, wyłonić się zza rogu ulicy i poczuć, że powietrze drży od samej jego obecności, językom puszczają cugle i odwracają się głowy; tym skromnym gestem chciał zaznaczyć, że nie stracił nic z dawnej niezależności, miał jeszcze dość siły, by postawić na swoim, i nie zmienią tego ani władza, ani jubileusze, ani opancerzone mercedesy z przyciemnianymi szybami. Teraz, siedząc na krzesełku pucybuta i patrząc na szczotkę śmigającą nad butami (tak szybko, że widział wyłącznie grubą brązową linię, jak ktoś, kto patrzy na pracujące śmigło i zamiast wirujących łopatek widzi tylko białe koło), Mallarino przyłapał się raz jeszcze na zastanawianiu się nad kwestią, która go dręczyła, jeszcze zanim dotarł do centrum: co zrobiłby Rendón na jego miejscu? Co zrobiłby Rendón, gdyby spotkało go to samo co Mallarina? Czy przyjąłby podobny hołd z zadowoleniem, a może z rezygnacją i cynizmem? A może odmówiłby przyjęcia? Tak, Rendón na swój sposób odmówił: dwudziestego ósmego października tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego roku wszedł do baru w delikatesach La Gran Vía, zamówił tam piwo, narysował coś na serwetce, a potem strzelił sobie w skroń. Przez siedemdziesiąt dziewięć lat, które upłynęły od jego śmierci, nikt nie potrafił wyjaśnić dlaczego.

- Trzy tysiące pięćset się należy, szefie. - Pucybut wyrwał go z rozmyślań. - Ma pan, za pozwoleniem, bardzo duże stopy.

- Już to kiedyś słyszałem - powiedział Mallarino.

- Tym lepiej dla mnie, szefie. - Pucybut się uśmiechnął.

- Ma pan rację - potwierdził Mallarino. - Tym lepiej dla pana.

Zanurzył dłonie w kieszeni spodni, najpierw z przodu, potem z tyłu, a następnie przeszukał szary płaszcz, gdzie jego palce natknęły się na zaplątane wśród nitek niczym ryby w wodorostach paragon ze sklepu i zielonkawy banknot, pomięty i wyświechtany od częstego miętoszenia.

- Proszę - powiedział pucybutowi, z premedytacją okazując hojność. - Reszty nie trzeba.

Mężczyzna wygładził banknot, wyjął z drewnianego przybornika skórzany portfel i schował go: nie składając, umieścił pomiędzy innymi banknotami tak starannie, jakby układał je w porządku alfabetycznym. Potem podniósł zmęczoną twarz, zmrużył na chwilę oczy i otworzył je znowu.

- Chce pan, żebym zapytał?

- O co?

- O człowieka, którego pan szukał. Mogę zapytać kolegów, ileż to roboty?

Mallarino powiedział, że nie, zrobił gest, jakby chciał wymazać unoszące się w powietrzu ostatnie słowa, i podziękował. Ale przypadł mu do gustu ten człowiek, jego naturalna uprzejmość, dobre maniery, towar na wyczerpaniu w dzisiejszej Bogocie, pozbawionej elegancji, brzydkiej i schamiałej, która miała być latynoamerykańskimi Atenami, a przypominała raczej latynoamerykański Bangladesz. "Kto powiedział, że w Bogocie nawet pucybuci cytują Prousta? Jakiś Anglik - pomyślał Mallarino - tylko Anglik mógł palnąć coś podobnego". Wprawdzie powiedział to dawno temu: powiedział to w innym mieście, mieście, które zniknęło, mieście widmie, mieście Ricarda Rendóna, mieście delikatesów Gran Vía, do których wejście dekady temu Mallarino widział z tego samego miejsca na chodniku, gdzie teraz przystanął w roztargnieniu, zaledwie o krok od nieprzyjaznej jezdni, ze wzrokiem utkwionym w oświetlone okna autobusów. Ale sklep już nie istniał. Wiele sklepów i wiele kawiarni zniknęło, wśród nich Gran Vía. To z tych drzwi wyszedł duch Rendóna? Ale to nie był duch, lecz ktoś ubrany jak Rendón, w takim samym kapeluszu o szerokim rondzie, z podobnie przekrzywioną muszką, nic więcej. "Być może - pomyślał Mallarino - to bliskość delikatesów Gran Vía, a właściwie miejsca, gdzie znajdowały się dawniej, wprawiła w ruch wizję, a może to zaledwie fałszywe wspomnienie, jedno z tych, które nawiedzają czasem każdego człowieka". Jak dziwną rzeczą jest pamięć: pozwala nam wspominać coś, czego nigdy nie przeżyliśmy. Mallarino pamiętał doskonale, jak Rendón spacerował po centrum, jak spotykał się z Leónem de Greiffem w El Automático, jak wracał do domu nad ranem, pijany, samotny i smutny... Fikcyjne wspomnienia, wspomnienia zmyślone. Ale miał powody się dziwić, było oczywiste, że w dzień taki jak dziś myśli o Rendónie zaprzątają mu głowę. "Człowiek, którego pan szukał". Nie, w rzeczywistości wcale go nie szukał, w rzeczywistości miał zająć jego miejsce, zasiąść na jego tronie, odziedziczyć jego berło, można by jeszcze użyć kilku innych kretyńskich metafor, które wyczytał w felietonach autorów dobrze poinformowanych i równie pretensjonalnych, obdarzonych znakomitą pamięcią, porównywalną wyłącznie z ich równie znakomitymi zdolnościami do lizania tyłków. "Kiepską masz pamięć, jeżeli działa tylko wstecz!" - za sprawą niekontrolowanego wspomnienia, wolnego skojarzenia do głowy przyszło mu właśnie to zdanie. Skąd pochodzi? I do czego się odnosi? Ale zaraz przestał o nim myśleć, spojrzał bowiem na zegarek, którego wskazówki zdawały się go upominać: nie powinien się spóźnić na swoją własną koronację.

Ruszył pod prąd Carrera Séptima, przeszedł przez aleję Jiméneza i Plaza del Rosario i zanurzył się w tłumie w dzielnicy La Candelaria, zręcznie omijając sprzedawców usiłujących sprzedać wszystko, co tylko się da - tytoń, papierosy, zapalniczki, złoto, tanie złoto, samochodziki, zabawki, szlifowane szmaragdy, parasolki, parasole, sznurówki, jajka z niespodzianką, niespodzianki bez jajek, rodzynki, rodzynki w czekoladzie - i myśląc, że w centrum Bogoty człowiek ma zawsze wrażenie, że idzie pod prąd, jakby wieczorne tłumy były wiatrem wiejącym od dziobu. Zdecydowany przebić się przez napierającą ludzką masę, Mallarino wtulił głowę w ramiona i wsunął ręce do kieszeni płaszcza, których niezbadane głębiny nigdy nie przestały go zadziwiać. Zadumał się nad tym, nad zakamarkami płaszcza niepoddającymi się, jak mu się czasem wydawało, definitywnym eksploracjom, nad płaszczem jako mapą i jego fałdami jako białymi plamami, połaciami nieznanych lądów, kiedy usłyszał za sobą stukot obcasów, a raczej uświadomił sobie, że go słyszy, w chwili, gdy ktoś położył mu rękę na ramieniu, delikatną jak spadający liść. Kiedy się odwrócił, jednocześnie przerażony i ciekawy, zobaczył twarz Magdaleny, jej blond włosy w tak jasnym odcieniu, że zlewały się z tymi siwymi, cienkie, zawsze lekko uniesione brwi oraz ironiczny uśmiech: cały krajobraz rysów, które Mallarino znał kiedyś równie dobrze jak widok z własnego okna.

- Zdaje mi się, że idziemy w to samo miejsce - powiedziała.

W jej głosie nie było niechęci, właściwie uprzejmość, pobrzmiewało w nim coś na kształt przebaczenia, a może nawet zapomnienia (ale głos Magdaleny zawsze był zdolny czynić wszelakie cuda). Mallarino pocałował ją na powitanie i jego pamięć przywróciła mu znajomy zapach, i coś obudziło się w jego piersi: no tak, w pobliżu znajdowała się rozgłośnia, w której pracowała Magdalena.

- Chyba masz rację - odparł. - Jeśli chcesz, pójdziemy razem.

A ona uśmiechnęła się i ujęła go pod ramię, a raczej owinęła swoje ramię wokół ręki Mallarina, jak wtedy, kiedy byli małżeństwem i spacerowali razem po centrum, kiedy jeszcze nie pozwolili, by życie, to uparte życie, wypróbowało na nich arsenał swych zwykłych sztuczek.

- Typowe dla ciebie - westchnęła - to, że przychodzisz pieszo.

Zauważyła. Magdalena zawsze zauważała: odkąd ją znał, już taka była. Jej zwilgotniałe oczy - dziś z jakiegoś powodu jeszcze bardziej lśniące od tych, które przechowywał we wspomnieniach - widziały wszystko, wszystko zauważały.

- Dziwisz się? - prychnął Mallarino. - W naszym wieku człowiek już się nie zmienia.