2 Choroba
W wieku mniej więcej siedemnastu lat miałam nieregularne miesiączki i trądzik, co na tyle zaniepokoiło moją matkę, że postanowiła zaprowadzić mnie do specjalisty. Pewnego parnego popołudnia pojechałyśmy do Londynu, mijając zakurzone platany wzdłuż Cromwell Road. W szpitalu zganiono mnie, że mam pusty pęcherz, i za karę musiałam wypić kilka szklanek napoju owocowego. Technik od USG pojeździł końcówką aparatu po moim brzuchu, po czym lekarz oznajmił, że mam policystyczne jajniki i aby zajść w ciążę, będę potrzebowała in vitro (co okazało się nieprawdą, a nastolatce chyba lepiej w ogóle takich rzeczy nie mówić).
Moja tajemnicza przypadłość - zaburzenie hormonalne przejawiające się w postaci skupisk wypełnionych płynem pęcherzyków na jajnikach - była zasadniczo nie do wyleczenia. Inne objawy obejmowały trądzik, przybieranie na wadze, wypadanie włosów i hirsutyzm, a wszystko to wiązało się z podwyższonym poziomem testosteronu. Jedyną terapią, jaką lekarze mogli mi zaproponować, okazała się, dość paradoksalnie, antykoncepcja hormonalna, która miała mi dać iluzję regularnych miesiączek i ewentualnie nieco zmniejszyć liczbę pryszczy - chociaż ulotka ostrzegała małym drukiem, że efekt może być również zupełnie odwrotny.
Była połowa lat dziewięćdziesiątych, a ja byłam punko-hippiską z fryzurą z podgolonymi bokami i talią tarota owiniętą w czarny jedwab. Nie chciałam brać pigułek, pozbyć się objawów bez zrozumienia przyczyn. We własnym ciele czułam się w najlepszym razie nieswojo, tak jakby było zwierzakiem, z którym nie da się pogadać, tępym, nie zawsze godnym zaufania koniem. Funkcjonowało sobie bez mojego udziału, a to, że nie funkcjonowało zgodnie z planem, tylko wzmacniało we mnie poczucie, że coś tu nie gra. Czasem w nocy, leżąc w łóżku, próbowałam wyświetlić sobie swoje ciało astralne na suficie. Niekiedy też budziłam się z uczuciem, że moje ciało jest sparaliżowane, bezwładne niczym kloc drewna. Dopiero wiele lat później odkryłam, że to przerażające doznanie nazywa się paraliżem sennym. Leżałam tak, skupiając wszystkie siły na potwornie trudnym zadaniu, jakim było zgięcie palca u stopy, żeby zdjąć z siebie czar. A gdyby już mi tak zostało i nikt by nie wiedział, że wciąż jestem w środku?
Mniej więcej w tym czasie wpadła mi w ręce książka The Holistic Herbal [Ziołolecznictwo holistyczne] Davida Hoffmanna, hippisowska biblia, której okładkę zdobił urzekający rysunek kwietnej spirali. Kierując się zawartymi w niej zbawiennymi radami, zaczęłam eksperymentować z ziołami i robić notatki na temat ich właściwości i przeciwwskazań. W miejscowym sklepie ze zdrową żywnością kupiłam suszone liście malin i owoce niepokalanka, żeby spróbować uregulować sobie cykl. Zalecenia brzmiały jak zaklęcia z bajki, ale ziołowe mikstury dawały konkretne efekty, przynajmniej jeśli chodzi o moje jajniki.
Po krótkim flircie z anglistyką i roku spędzonym w obozach demonstrantów postanowiłam pójść na studia z ziołolecznictwa. Byłam wyczerpana i wypalona udziałami w protestach i bardzo chciałam zrobić ze swoim życiem coś pozytywnego, mieć wkład w przyszłość, która nie wiązałaby się z plądrowaniem środowiska. Chciałam uporządkować swoją wiedzę o funkcjonowaniu organizmu, poza tym fascynowała mnie myśl, że ciało może mieć własny język, odległy od werbalnego, ale równie wiele mówiący i pełen znaczenia, złożony z objawów i wrażeń zamiast słów. Mój ojciec uważał to za zupełną fanaberię: studia z parzenia ziółek, jednak to były solidne cztery lata nauki, plus rok przygotowawczy, żeby uzupełnić braki z przedmiotów ścisłych. Zajęcia miałam w większości takie same jak na zwykłych studiach medycznych, ale obejmowały one też bardziej alchemiczne moduły, takie jak materia medica, czyli nauka o naturalnych składnikach leków, i botanika.
Przez kolejne dwa lata rysowałam po kolei kości, mięśnie i narządy, zapamiętywałam ich funkcje i nazwy, aż do najmniejszych kostek dłoni: kości księżycowatej i grochowatej, nazwanych tak od swojego kształtu. Na płachtach szarego papieru rozrysowywałam procesy metaboliczne przebiegające w miniaturowej fabryce każdej komórki. Z początku rozumiałam tylko z grubsza, jak działa organizm, ale śmiało brnęłam naprzód, zafascynowana i nieco przerażona tym, jak wiele w moim życiu dzieje się pod powierzchnią, poza świadomą kontrolą. Stopniowo jednak wiedziałam coraz więcej. Ciało okazywało się urządzeniem do przetwarzania świata zewnętrznego, machiną do transformacji, która gromadziła, przeobrażała, odrzucała, rozkładała na części.
Studiowaliśmy organizm idealny, wersję teoretyczną, a potem ucząc się o tym, co może pójść nie tak, poznawaliśmy setki zaburzeń, każde ze swoją charakterystyką. Proces ich rozróżniania nazywano diagnostyką różnicową. Uczyliśmy się, że pałeczkowatość palców może stanowić oznakę niewydolności serca, jak odróżniać egzemę od łuszczycy, zauważać wytrzeszcz oczu i przyspieszony puls wskazujący na nadczynność tarczycy albo otyłość brzuszną w połączeniu z chudymi kończynami, klasyczny objaw choroby Cushinga.
Sztuki badania pacjenta uczyliśmy się popołudniami w klinice w dzielnicy Bermondsey, jeszcze przed gentryfikacją, wśród zakłopotanych chichotów mierząc sobie nawzajem ciśnienie i obmacując wątroby i nerki, które należało uchwycić między dłonie niczym kostkę mydła. Wszystko miało znaczenie. Jeśli pacjent skrzywił się, kiedy dotknęło się go u podstawy żeber, mogło to oznaczać schorzenie woreczka żółciowego. Zaginające się łyżkowato paznokcie mogły wskazywać na niedokrwistość spowodowaną niedoborem żelaza albo na hemochromatozę. Wiadomości było obezwładniająco dużo, ale też były one uporządkowane, przynajmniej na papierze.
Na drugim roku zaczęłam przyjmować pacjentów. Ponieważ przychodnia znajdowała się w centralnym Londynie i miała dofinansowanie, zjawiali się tu bardziej różnorodni pacjenci niż zwykle w prywatnych klinikach. Szybko przekonałam się, że stawianie diagnoz jest znacznie trudniejsze, niż się spodziewałam po lekturze klasycznego podręcznika Davidson. Choroby wewnętrzne. Przede wszystkim ludzie rzadko cierpieli na jedną chorobę, raczej przychodzili z kilkoma sprzężonymi dolegliwościami. Starszy pan mógł mieć jednocześnie cukrzycę, chore serce i spuchnięte stawy, nastolatka - objaw Raynauda, bolesne miesiączki i depresję. Trzeba było żmudnie analizować każdy objaw, próbować dotrzeć do jego źródła, zanim w ogóle zaczęło się myśleć o terapii.
Ziołolecznictwo to leczenie na podstawie opowieści pacjenta, jak powiedział kiedyś jeden z naszych wykładowców, i to zdanie zapadło mi w pamięć. Ponieważ recepty wystawialiśmy na sam koniec wizyty, większość godziny poświęcaliśmy na słuchanie, a wraz z historią chorób poznawaliśmy całą historię czyjegoś życia. Było to tak bliskie psychoterapii, leczenia rozmową, jak tylko mogło być leczenie ciała. Od początku fascynowało mnie to, że pacjenci traktują dolegliwości jak komunikaty, a sfera fizyczna ściśle splata się dla nich z emocjonalną. W ich opowieściach rozwód wywoływał zapalenie pęcherza moczowego, zadawnione żale przyczyniały się do powstawania guzów, a ludzie w żałobie dostawali wrzodów albo tracili głos jak Dora, słynna pacjentka Freuda.
Po zrobieniu dyplomu otworzyłam gabinet w miejscowości Hove, w dużym białym pomieszczeniu wychodzącym na długi ogród, z którego nie wolno mi było korzystać. Korytarz prowadził do małego ambulatorium, gdzie na starej mosiężnej wadze odważałam mieszanki ziołowe z wiązówki błotnej i lawendy. Wyciągałam z kasetki pięcio- i dziesięciogramowe odważniki i kichałam wśród pachnącego kurzu - wciąż śni mi się czasem to zajęcie. Moi pacjenci byli w najróżniejszym wieku, od dzieci aż po sędziwych staruszków. Przychodziły dziewczyny z anoreksją i całe rodziny dręczone stanami lękowymi. Ludzie desperacko pragnący mieć dziecko, kobiety chore z samotności i mężczyźni, którym zostało kilka tygodni życia. Słuchałam ich historii i chociaż wiedziałam, dlaczego bukko i skrzyp pomogą jednemu pacjentowi, a fiołek wonny i krwawnik - innemu, wciąż odnosiłam wrażenie, jakby moja rola polegała głównie na tym, że pomagam im opowiadać, że jestem świadkiem, przed którym wszystkie splątane wątki dolegliwości można rozdzielić i poukładać, by móc się im przyjrzeć. Miałam poczucie, że sam ten proces działa uzdrawiająco, i tym bardziej byłam zafascynowana tajemniczą naturą choroby, która pojawia się i odchodzi nie zawsze widocznymi ścieżkami.
W tamtych czasach dużą popularnością, zwłaszcza w kręgach alternatywnych i New Age, cieszyło się zgubne w skutkach przekonanie, że przyczyną wszelkich schorzeń fizycznych są negatywne stany psychiczne, a ciało jest teatrem, w którym tłumione albo nieuświadomione emocje czynią prawdziwe spustoszenie. Wśród głównych propagatorów takiego podejścia znalazła się starsza Amerykanka Louise Hay, była modelka z jasnoblond włosami i twarzą po liftingu, która została milionerką dzięki wydanemu w 1984 roku poradnikowi Możesz uzdrowić swoje życie. Sprzedał się on na całym świecie w pięćdziesięciu milionach egzemplarzy, a tym samym stał się jedną z najpopularniejszych książek non-fiction w historii. Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych małżeństwo Hay się rozpadło, zaczęła ona uczęszczać do Kościoła z nurtu spirytualistycznego, gdzie zetknęła się z ideą pozytywnego myślenia. Utrzymywała, że dzięki niemu wyleczyła się z raka szyjki macicy (kiedy w 2008 roku dziennikarz z "New York Timesa" poprosił, by przedstawiła jakieś dowody, powiedziała, że nie żyje już żaden lekarz, który mógłby potwierdzić tę diagnozę).
W świecie Hay umysł był znacznie potężniejszy niż ciało. W swojej książce przekonywała, że poważne choroby, na przykład rak, ustąpią same z siebie, jeśli zajmiemy się leżącymi u ich podstaw problemami psychologicznymi, ale nie sięgając po leki czy terapię, tylko dzięki pozytywnym afirmacjom, polegającym na powtarzaniu haseł w rodzaju: "Jestem kimś pięknym", "Promienieję zdrowiem". Proste jak drut, a w 1984 roku Hay wydała nawet leksykon chorób i ich przyczyn psychicznych: powodem trądziku jest brak samoakceptacji, artretyzmu palców - krytycyzm, astmy - tłumienie płaczu. Rak bierze się z urazy i nienawiści, a polio - z paraliżującej zazdrości1 (choroba ta stała się wyraźnie rzadsza w Anglii w latach pięćdziesiątych, kiedy wprowadzono szczepionki na polio).
Nie zdziwiło mnie, że stała się jedną z najlepiej sprzedających się autorek wszech czasów, zaledwie szczebel niżej niż tytanki takie jak Danielle Steel i Agatha Christie. Przekonanie, że choroba ma swoją przyczynę, stanowi reakcję na stłumione uczucia czy nieprzepracowane traumy, jest chyba bardziej pocieszające niż konfrontacja z egzystencjalną grozą przypadkowości, świadomością, że choroba może dotknąć każdego, nieważne, jak byłby dobry, niewinny czy zdrowy emocjonalnie. Wiara w to, że jej źródło tkwi w naszym własnym umyśle, daje pacjentowi rodzaj władzy nad nią, chociaż zarazem pociąga za sobą straszliwą odpowiedzialność. W teorii Hay najbardziej nienawidziłam właśnie tego, że przenosi winę za dane schorzenie na człowieka, który został nim dotknięty. To była antynauka, zawierająca w sobie jeszcze bardziej podstępne założenie: że ciało ma swój właściwy sposób funkcjonowania, a choroba czy niepełnosprawność to skutek porażki, podczas gdy fizyczne zdrowie to nagroda za równowagę psychiczną.
Moje własne doświadczenia z pacjentami utwierdziły mnie w przekonaniu, że relacja między somą a psyche jest o wiele bardziej skomplikowana, niż wynikałoby z modelu Hay czy z medycyny konwencjonalnej. Czasem nie ulegało wątpliwości, że przyczyną fizycznych objawów są emocje (dowiedziono na przykład, że przeżyta trauma ma istotny wpływ na funkcjonowanie systemu odpornościowego, o czym pisze psychiatra Bessel van der Kolk w swojej fascynującej książce Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy). Ale ta relacja nie zawsze była tak prosta czy tak jednokierunkowa. Przypadłości moich pacjentów wpływały na myślenie o innych obszarach ich życia. Choroba pomagała im uświadomić sobie albo wyrazić cierpienie, którego inaczej do siebie nie dopuszczali; dolegliwości fizyczne stawały się językiem, który pozwalał przekazać inne rzeczy.
Na samym końcu pięcioksięgu o Patricku Melrosie pisarz Edward St Aubyn z taką precyzją ujął to zjawisko w słowa, że aż mną wstrząsnęło, kiedy czytałam ten fragment.
Jego ciało było cmentarzyskiem pogrzebanych emocji; symptomy skupiały się wokół jednego fundamentalnego lęku, tak jak cmentarze, które niedawno minęli, wysypały się dookoła Tamizy. Nerwowy pęcherz, drażliwe jelito, bóle w krzyżu, skoki ciśnienia - od normalnego do niebezpiecznie wysokiego w parę sekund - na dźwięk skrzypiącej podłogi albo na myśl o innej myśli, wreszcie panująca nad nim despotka bezsenność, wszystko to wskazywało na niepokój tak głęboki, że zaburzający instynkty i przejmujący kontrolę nad automatycznymi procesami organizmu. Zachowanie można było zmienić, nastawienie zmodyfikować, mentalność przekształcić, ale trudno było prowadzić dialog z somatycznymi odruchami z wczesnego dzieciństwa. Małe dziecko nie miało jak się wyrazić i nie miało czego wyrażać. Znało tylko niemy język choroby i krzywdy2.
Właśnie ten niemy język bardzo chciałam zrozumieć - ciało mówiące swoim upartym, trudno uchwytnym narzeczem.
Świadomie bądź nie, zarówno St Aubyn, jak i Hay czerpali z dzieł Wilhelma Reicha. Głównym założeniem jego koncepcji, dobrych i złych, jest jedna idea, którą sformułował w Wiedniu w okresie międzywojennym: że w ciele zapisana jest nasza nieuświadomiona historia, wszystko, co próbujemy zignorować czy wyprzeć. To właśnie ziarno dało początek nie tylko wszystkim jego kolejnym koncepcjom dotyczącym wolności, ale także niepokojącym, a nawet niebezpiecznym teoriom na temat zdrowia, które wykładał w Ameryce.
Reich przybył do Wiednia latem 1918 roku jako dwudziestojednoletni żydowski żołnierz bez grosza przy duszy, który spędził ostatnie trzy lata jako oficer piechoty w armii austro-węgierskiej, tkwiąc w brudnych okopach na froncie włoskim. Ogromne imperium, gdzie dorastał, poniosło straszliwą klęskę i nie miał już dokąd wrócić. Jego rodzice zmarli, jeszcze kiedy był nastolatkiem, a prosperująca rodzinna posiadłość w Galicji Wschodniej została porzucona podczas inwazji rosyjskiej. Kiedy w listopadzie Austro-Węgry ostatecznie upadły, ten obszar stał się częścią Polski (obecnie to Ukraina). Reicha nie było stać na proces sądowy, żeby odzyskać majątek.
Miasto, do którego trafił, także miało się nie najlepiej. Wiedeń przestał być stolicą bogatego, wielonarodowego cesarstwa, tak zamożną i luksusową, że nazywano ją miastem ze snów. Nowo utworzona Republika Niemieckiej Austrii utraciła dwie trzecie przedwojennego terytorium i została odcięta od większości dotychczasowych źródeł paliwa i żywności. Kiedy Reich tam dotarł, jako jeden spośród tysięcy bezdomnych i zdesperowanych byłych żołnierzy, hiperinflacja sprawiła, że korona austriacka stała się niemal bezwartościowa. Tak bardzo brakowało drewna, że zmarłych chowano w tekturowych trumnach. Wielu z nich było ofiarami ogólnoświatowej epidemii hiszpanki, która teraz szalała w zrujnowanym mieście.
Ten rok Reich przeżył na chudej diecie złożonej z owsianki, suszonych owoców i kawałka ciasta z marmoladą w niedzielę. Jedna ósma bochenka chleba musiała mu starczyć na tydzień. Ale tęsknił rozpaczliwie nie tylko za mięsem i masłem. Brakowało mu również stymulacji intelektualnej, czegoś, dzięki czemu mógłby dać upust swojej ogromnej inteligencji i energii. Tęsknił też za miłością, towarzystwem i seksem. Jego przyszła szwagierka, którą poznał mniej więcej w tym czasie, nigdy nie zapomniała, jak zareagował na serdeczność jej rodziny. Pisała o nim tak, jak można by mówić o przybłąkanym psie: "otwarty, zagubiony, głodny nie tylko jedzenia, lecz także czułości"3. Inni znajomi opisywali Williego - jak nazywali go wszyscy - jako błyskotliwego, energicznego, znacznie bardziej witalnego niż inni, ale też nieobytego, niepewnego siebie i aroganckiego, podatnego na napady zazdrości i przygnębienia. Był tak przystojny i szykowny, że można było nie zauważyć, że jego skórę pokrywają swędzące czerwone plamy spowodowane łuszczycą, dolegliwością, która nękała go od dzieciństwa.
W październiku Reich zapisał się na Uniwersytet Wiedeński, by studiować prawo, a po jednym nudnym semestrze przeniósł się na medycynę, znacznie przyjemniejszy kierunek. Nadal jednak żył w okropnych warunkach. W pokoju, w którym mieszkał z młodszym bratem Robertem, było tak zimno, że dostał odmrożeń, mimo że nosił rękawiczki i kożuch. Pewnego razu zemdlał z głodu podczas zajęć. Robert pracował, więc pomagał mu finansowo, ale Wilhelm i tak wciąż był bez grosza, dopóki na drugim roku nie zaczął udzielać korepetycji młodszym studentom, co okazało się wyczerpującym i czasochłonnym zajęciem.
Chociaż wykłady go ciekawiły, dominujący w medycynie model mechanistyczny nie dawał mu spokoju. Intuicja mówiła mu, że czegoś w nim brakuje: jakiegoś rodzaju esencji życiowej czy siły witalnej, która nie została dotychczas wyodrębniona ani nazwana. Anatomia to jedno, ale co sprawia, że jesteśmy sobą, co jest naszą siłą napędową? Zajęcia nie obejmowały zagadnień związanych z seksualnością i nie tylko Reich miał poczucie, że to poważny brak. W styczniu podczas wykładu z anatomii po audytorium zaczęła krążyć kartka z zaproszeniem na nieformalne seminarium poświęcone sekretnemu, wstydliwemu zagadnieniu seksu. Tam właśnie Reich po raz pierwszy zetknął się z olśniewającymi ideami Zygmunta Freuda.
Podobnie jak Reich Freud był niereligijnym galicyjskim Żydem, który początkowo studiował medycynę, i podobnie jak Reicha cechowały go nienasycona ciekawość, odwaga i ambicja intelektualna. Namiętnie oddany pracy, nazywał siebie "poszukiwaczem przygód"4. Drugą jego pasją było palenie, z którego nie chciał zrezygnować, nawet gdy już wiedział, że go zabija. Jego pierwszym projektem naukowym były badania nad narządami rozrodczymi węgorzy. Stopniowo przeszedł do zgłębiania nie mniej tajemniczej dziedziny ludzkiego umysłu, niczym nurek zanurzający się w ciemnym morzu.
Psychoanaliza jako dziedzina była zaledwie rok starsza od Reicha. Freud ukuł tę nazwę w 1896 roku, rok po publikacji napisanej wspólnie z Josefem Breuerem przełomowej książki Studia nad histerią, w której dowodził, że objawy histerii są efektem nie szaleństwa, tylko stłumionych traumatycznych wspomnień. Ta koncepcja była tym bardziej szokująca, że jego zdaniem trauma zawsze miała podłoże seksualne. Chociaż później odwołał swoją tezę o powszechnych nadużyciach seksualnych na rzecz nieświadomej sfery fantazji i popędów, jego nacisk na zasadniczą rolę seksualności, nawet w przypadku niemowląt i dzieci, uczynił z niego pariasa w kręgach akademickich. Kiedy Reich go poznał, Freud miał sześćdziesiąt trzy lata, cieszył się poważaniem na świecie, a jednak we własnym mieście był niemal wyrzutkiem, kimś uznawanym za godnego pogardy dziwaka, jeśli nie odrażającego zboczeńca.
Reicha szczególnie przekonała stworzona przez Freuda teoria libido. Wydawała się odpowiedzią na pytanie o siłę życiową, niedające mu spokoju w trakcie jego studiów. Na początku Freud używał słowa "libido" w sensie energii pożądania seksualnego, zaspokajanego przez akt seksualny. Z czasem nadał mu szersze znaczenie pozytywnej siły życiowej, instynktownej zwierzęcej energii, która napędza człowieka od momentu narodzin i która może zostać uszkodzona lub zniekształcona na każdym etapie jego rozwoju. Freud postrzegał libido jako siłę napędową wszelkiej miłości czy namiętności. Brzmiało to przekonująco dla Reicha. W marcu pisał z przejęciem w dzienniku: "[...] doszedłem do wniosku, że seksualność stanowi punkt centralny, wokół którego krąży zarówno życie społeczne, jak i wewnętrzny intelektualny świat jednostki"5.
Jak zawsze rzutki, odwiedził Freuda w jego mieszkaniu na Berggasse 19, by poprosić o listę lektur na seminarium. Przez wiele lat próbowałam sobie wyobrazić to spotkanie. Reich w swoim szarym wojskowym płaszczu wspiął się po schodach, po czym wszedł do gabinetu, który sprawiał wrażenie jaskini pełnej nawarstwionych śladów minionych epok, tak jakby przeszło tamtędy wiele cywilizacji, zostawiając po sobie drobne pamiątki. Pokój ten przypominał muzeum albo wnętrze zatopionego statku, było w nim bardzo cicho, a w samym środku siedział Freud, tak czujny i pełen życia, że Reich nazwał go pięknym zwierzęciem.
W tamtym okresie Freud miał wokół siebie krąg uczniów, ale byli oni albo nie dość inteligentni, albo zbyt krnąbrni, jak Jung, gotowi zabić ojca, którego pochwał niegdyś pragnęli. W napisanej w 1952 roku relacji z ich pierwszego spotkania Reich stwierdza, że to otoczenie pełnych pasji, a zarazem niedorównujących mu ludzi sprawiało, że Freud czuł się ogromnie samotny. Złe przyjęcie jego koncepcji przyczyniło się do jego izolacji i brakowało mu partnera do rozmowy - dopiero w późniejszych latach tę potrzebę mogła zaspokoić jego najmłodsza córka Anna. Reich widział, że Freud jest nim zainteresowany, wręcz podekscytowany - oto chyba nareszcie pojawił się ktoś zarazem wystarczająco błyskotliwy i lojalny, kto by się nadawał na jego nowego ucznia. Freud uklęknął przy biblioteczce i wyciągnął cały stos materiałów, które miały wprowadzić tego jeszcze nieopierzonego młodego człowieka w tajemnicze działania podświadomości, zaskakujące, pełne znaczeń królestwo snów, pomyłek i żartów.
Ponad trzydzieści lat później Reich wciąż wyraźnie pamiętał grację gestów Freuda, jasność jego spojrzenia, czarujący błysk ironii we wszystkim, co mówił. W przeciwieństwie do innych wykładowców, z którymi Reich miał styczność podczas gromadzenia materiałów na seminarium, Freud nie udawał, że jest prorokiem czy wielkim myślicielem. "Patrzył człowiekowi prosto w oczy. Nie przybierał żadnej pozy"6. Gdy spogląda się na to z dystansu, wydaje się oczywiste, że każdy z nich wszedł w tę znajomość z ogromnym ładunkiem potrzeb i oczekiwań, tak jak dzieje się często, gdy napotykamy kogoś, kto nas pociąga. Te niemożliwe do spełnienia oczekiwania, pragnienie posiadania z jednej strony ukochanego ojca, z drugiej - lojalnego syna, miały ogromnie zaciążyć na ich przyszłej relacji.
Poczucie Reicha, że oto spotkał na swojej drodze właściwego człowieka, potwierdziło się, kiedy Freud przysłał mu pacjenta, a potem kolejnego. W 1920 roku, w wieku dwudziestu trzech lat, Reich został przyjęty do Wiedeńskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego i przez dwadzieścia lat był jego najmłodszym członkiem. Dyplom z medycyny uzyskał dopiero po kolejnych dwóch latach. Jak wyjaśnia Christopher Turner w Adventures in the Orgasmatron, nie był to jedyny taki przypadek (wielu innych uczestników seminarium na temat seksualności poszło podobną drogą). Na początku lat dwudziestych psychoanaliza była wciąż na "nieskodyfikowanym, eksperymentalnym etapie, praktykowana tylko przez niewielką grupkę wiernych apostołów"7. Nie wymagano przygotowania i chociaż sugerowano, żeby nowi psychoanalitycy sami poddali się analizie, taki obowiązek nałożono dopiero w 1926 roku. Reich był przy tym kimś wyjątkowym. Zdolny, płonący intelektualną ciekawością, tchnął w środowisko wiedeńskich psychoanalityków nowe życie. Rekin w stawie z karpiami, jak kiedyś powiedział o sobie.
Podstawowa metoda psychoanalizy, podobnie jak obecnie, była bardzo prosta. Psychoanalityk siadał w fotelu, a pacjent kładł się przed nim na kanapie (u Freuda wyłożonej irańskim dywanem i zarzuconej aksamitnymi poduszkami). Pacjent nie widział terapeuty, więc po prostu leżał i opowiadał o wszystkim, co przychodziło mu do głowy, co Freud nazywał metodą wolnych skojarzeń. Nie trzeba było zadawać pytań ani proponować rozwiązań. Wszystko, co dręczyło pacjenta, miało się wyłonić, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w pełnej napięcia przestrzeni między ustami pacjenta a uchem terapeuty. Ten strumień pozornie przypadkowych wspomnień, snów i myśli można było przełożyć na znaczący komunikat dzięki drobnym, zręcznym aktom interpretacji, za której sprawą powód cierpień pacjenta miał stać się jasny i oczywisty.
Początkowo Freudowi zdarzało się dotykać swoich pacjentów, lecz odkąd dołączył Reich, cała terapia polegała wyłącznie na słowach. Z doznań fizycznych Freud brał pod uwagę histeryczne objawy symboliczne, za którymi kryło się przeniesione cierpienie emocjonalne. Utrata głosu u Dory, zatwardzenia u Człowieka od Wilków, trudności z przełykaniem u Anny O. - były to skutki procesu zwanego konwersją, kiedy psychika próbuje gorączkowo zasygnalizować problem w innym miejscu. Zagadki, które należało rozwikłać, sygnały czytelne dla fachowego obserwatora, potrafiącego odkryć dzięki nim nieświadome pragnienia i mechanizmy obronne, kłębiące się i kotłujące głęboko poniżej progu świadomości. W momencie gdy zablokowane wspomnienie zostało odzyskane przez pacjenta, objawy fizyczne znikały.
Z tą metodą wiązał się jednak pewien problem. Wbrew nadziejom Freuda, gdy pacjent dzięki pomocy terapeuty uświadamiał sobie przyczynę swojego cierpienia, niekoniecznie automatycznie przynosiło to poprawę. Nawet jeśli człowiek z trudem odkrył bolesne wydarzenie, ukrytą traumę, nie zawsze wracał do zdrowia. Psychoanalityk i pacjent utykali na wciąż nierozpoznanym obszarze pomiędzy interpretacją a uleczeniem. Czy mieli w nieskończoność analizować sny?
Niecierpliwy Reich uznał ten proces za absurdalnie frustrujący, ale brak drogowskazów oznaczał też, że mógł zupełnie swobodnie decydować, jaki powinien być następny krok. Kiedy słuchał swoich pacjentów, jego uwaga wciąż przenosiła się z tego, co mówili, na ich ciała, wyciągnięte grzecznie i sztywno na kanapie. Czy to możliwe, że przekazywały jakiś komunikat niewyrażalny w słowach? A jeśli uczucia, do których pacjenci docierali z takim trudem, były widoczne jak na dłoni, tylko on ich nie dostrzegał? Może przeszłość jest nie tylko magazynowana w pamięci, ale też ukryta w ciele?
Reich widział w ciałach pacjentów nie tyle histeryczny symbol, którego znaczenie trzeba zdekodować, ile raczej rodzaj zaciśnięcia i zamknięcia; trwałe napięcie tak silne i nieprzenikliwe, że przypominało mu zbroję okrywającą całe ciało. Było to widoczne w każdym ich ruchu: od uścisku dłoni czy uśmiechu po brzmienie głosu. Reich uważał, że ta zbroja charakteru, jak ją nazwał, to sposób obrony przed uczuciami, zwłaszcza lękiem, złością i podnieceniem seksualnym. Jeśli uczucia były zbyt bolesne, jeśli wyrażanie emocji albo pożądanie seksualne były zabronione, jedyną alternatywą było spiąć się i trzymać je pod kluczem. Dzięki temu wokół bezbronnego ja tworzyła się fizyczna tarcza, chroniąca je przed bólem, jednak kosztem znieczulenia na przyjemność.
Jednym z najlepszych sposobów, by zrozumieć teorię Reicha, jest wyobrazić sobie żołnierza, po wojskowemu zdyscyplinowanego i nauczonego trzymać uczucia na wodzy. Nie każdy przechodzi tak surowe szkolenie, ale bardzo niewiele osób przeżywa dzieciństwo, nie dowiadując się przy tym, że niektóre aspekty ich doświadczeń emocjonalnych są nie do przyjęcia, niektóre ich pragnienia to powód do wstydu. "Nie bądź małą dzidzią" - mawiają rodzice. Albo: "Chłopcy nie płaczą". Więc dziecko, spinając ciało, próbuje kontrolować i tłumić uczucia. Reich zdał sobie sprawę, że ten proces zostawia trwały ślad, zmieniając ciało w składnicę wszelkiego rodzaju traumatycznych wspomnień i zakazanych uczuć.
Kiedy pisałam ten fragment, wydarzyło się coś niesamowitego. Mój dawny chłopak przysłał mi swój film o tym, jak w wieku siedmiu lat został wysłany do szkoły z internatem. Była to animacja poklatkowa, ukazująca tę sytuację jak porwanie: mały, brudny chłopiec o poobijanych kolanach zostaje zawinięty w koc i wrzucony do bagażnika samochodu. "Moje ciało zamarzło"8 - powiedział głos z offu, a dookoła skrępowanej postaci pojawiły się słowa: "Sztywność karku. Bóle głowy. Chore gardło. Bolące plecy. Bóle w stopach". "Ale może "porwanie" to złe słowo - ciągnął narrator. - To było znacznie bardziej angielskie, na chłodno, bez emocji". Porywaczami było dwoje ludzi, których najmocniej kochał i którym bezgranicznie ufał. A oni wysłali go do miejsca, gdzie nie wolno było nic czuć i gdzie szerzyła się przemoc. Teraz miał prawie sześćdziesiąt lat i od dnia, kiedy się tam znalazł, nie potrafił płakać. Właśnie o coś takiego chodziło Reichowi: przeszłość jest pogrzebana w naszych ciałach, każda trauma starannie zachowana, zamurowana żywcem.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.