1
Miasto oszałamiało feerią barw – od zimnych odcieni szarości, poprzez sterylną biel, aż po łagodne odcienie różu odbijające się od śliskich tafli szkła. Iglice drapaczy chmur lśniły w słońcu, oślepiając gapiów, którzy przypadkowo odważyli się spojrzeć w górę, w stronę nieba. W porównaniu z przytłaczającą obecnością smukłych budynków zajmowanych przez międzynarodowe korporacje jednostka zdawała się niczym, nędznym pyłkiem rzuconym, o ironio, w trybiki machiny nowoczesności.
Jednak owa atmosfera zdawała się nie wywierać żadnego wrażenia na Wernerze Kiryłowskim, komandorze Pierwszej Floty Marsjańskiej. Stworzona przez androidy makieta stolicy poddawana była przeróżnym symulacjom ataków, lecz komandor Kiryłowski wciąż nie mógł się zdecydować, w jaki sposób ma zadać ostateczny cios. Oparty o hebanowy stół w Sali Odpraw wysłuchiwał rzeczowego raportu pierwszego oficera. W pewnym momencie przymknął oczy, usiłując wyobrazić sobie możliwe efekty ataku. Dziesiątki tysięcy zabitych, przygniecionych stalowymi kleszczami budynków, odcięte przez szkło kończyny... niewyobrażalna kakofonia tłumu odchodzącego powolną śmiercią. Otworzył oczy. Oficer zakończył sprawozdanie. Trzymał w dłoniach replikę budynku Senatu, polakierowany na czarno szpicel długości przedramienia.
– Poruczniku? – zimny głos Kiryłowskiego wyrwał go z otępienia. Odstawił replikę na miejsce.
– Czasem nie mogę się pozbyć wrażenia, że androidy zamykają prawdziwe światy w swoich reprezentacjach – powiedział do siebie.
Redaktor chrząknął, przewracając kolejną stronę tekstu. Zauważyłam, że jego oczy co jakiś czas wędrują w kierunku zegara.
– Ehe... – położył tekst na biurku i oparł na nim dłonie. – Niewątpliwie opanowała pani sztukę opowiadania... Hm, nie sposób zaprzeczyć, że futuryzm jest obecnie w modzie... – uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo i wrócił do lektury. Niemal odruchowo zacisnęłam palce na skórzanej teczce pożyczonej od ojca, powstrzymując przedwczesny entuzjazm.
Kiryłowski skomentował uwagę porucznika łagodnym uśmiechem. Przeanalizował w myślach przedstawione dane, lecz dylemat był zbyt zawiły, by rozstrzygnąć go w pojedynkę. Podrapał się po nosie, rozważając kolejne scenariusze, jednak nie przychodziło mu do głowy żadne rozwiązanie.
– Możecie odejść, poruczniku – rzekł komandor. Oficer zasalutował i opuścił salę.
Kiryłowski opadł na skórzany fotel i ukrył twarz w dłoniach. Trzecia doba bez snu, a to dopiero drugi tydzień wojny z planetą macierzystą. Wielu trzeba było przymusić do walki siłą, gdyż nie rozumieli, dlaczego każe im się strzelać do braci. Dopiero terror ułatwił sprawę: pokazowe skrócone procesy nieposłusznych oficerów i egzekucje pomogły zaprowadzić pozorny porządek. Zakończyło się kwestionowanie rozkazów. A teraz Kiryłowski jednym błyskotliwym manewrem taktycznym zdołał przeniknąć za linię frontu i znaleźć się w zasięgu stolicy Ziemi, Nowego Berlina.
– Coś cię niepokoi? – niski kobiecy głos wyrwał komandora z rozmyślań. Na progu stała Ella, android-nawigator okrętu, nowinka technologiczna wprowadzona przez flotę jeszcze przed wojną. Gdyby nie został z góry poinformowany o jej... naturze, prawdopodobnie nie byłyby w stanie odróżnić maszyny od zwykłej kobiety. Dopiero nienaganna logika wypowiedzi zdradzała mechaniczny umysł złożony z miliardów drobnych trybików, łudząco podobnych do ludzkich neuronów.
– Nie potrafię wybrać odpowiedniego scenariusza – powiedział, nie patrząc na Ellę. Podniósł się i podszedł do makiety. – Jeśli zdecydujemy się zanurkować i zrzucić bomby rozbłyskowe na centrum, dokonamy największych zniszczeń...
– Ryzykując ostrzał z dział przeciwlotniczych – dokończyła za niego Ella. Również podeszła do makiety i przesunęła wzrokiem po budynkach. – Tutaj – wskazała palcem na kulistą budowlę położoną na zachód od centrum – główny węzeł elektroniczny, słabo chroniony. Można go zbombardować z większej wysokości niż centrum i sparaliżować miasto. Potem zaś może pan wystosować swoje ultimatum – błękitne oczy Elli wwiercały się w czaszkę Kiryłowskiego.
– Moje ultimatum? – zapytał zaskoczony.
Android uśmiechnął się.
– Nasze wewnętrzne ustawienia nakazują nam brać pod uwagę pacyfistyczne poglądy oficera dowodzącego przed zasugerowaniem bardziej stanowczych rozwiązań – wyjaśniła Ella.
Kiryłowski jęknął w duchu. A zatem dyskretne plotki rozsiewane przez admiralicję okazały się prawdą – androidy były sposobem na kontrolowanie wojska przez polityków!
– Pani pochodzi z wojskowej rodziny? – zapytał redaktor, przerywając lekturę.
– Można tak to ująć... Ojciec był chirurgiem wojskowym podczas Wielkiej Wojny, podobnie jak mój zmarły narzeczony – wyjaśniłam, walcząc z narastającą gulą w gardle. Mężczyzna spojrzał na mnie znad papierów i wymamrotał:
– Bardzo pani współczuję, Fräulein. Ofiara naszych najbliższych nigdy nie zostanie zapomniana – wyczułam napięcie w jego głosie. – Lecz ich doświadczenie wyraźnie się pani przysłużyło w trakcie pisania tej sceny. Widać w niej... fachową rękę – nie wiedziałam, czy mam traktować jego uwagę jako pochwałę, czy raczej przyganę. Powstrzymałam się jednak od dalszych uwag.
– Pozwoli pani, że spojrzę na zakończenie– powiedział, ostrożnie przerzucając kartki.
– Oczywiście – odpowiedziałam bez przekonania.
– Komandorze – powtarzał głos nad głową Kiryłowskiego. Mężczyzna zamrugał intensywnie oczyma, usiłując pozbyć się irytującej mgły. Gdy bielmo ustąpiło, ujrzał strapioną twarz androida. Poczuł, że oplata go silne, twarde ramię.
– Co się stało? Gdzie jesteśmy? – zapytał zdezorientowany.
– Wpadliśmy w zasadzkę. Dwie wrogie jednostki uszkodziły nasz napęd kosmiczny, okręt rozbił się w okolicach dawnego Morza Północnego – zrelacjonowała beznamiętnie Ella. – Jeden z pocisków trafił w mostek, musiałam pana zanieść do kapsuły bezpieczeństwa.
Wydarzenia ubiegłych godzin powoli zaczęły powracać do świadomości Kiryłowskiego. Pamiętał swoje niedowierzanie, gdy dostrzeżono wrogie okręty. Przecież to było niemożliwe, chyba że...
Ktoś wydał ich pozycję wrogowi.
– Gdzie się obecnie znajdujemy? – zapytał.
Ella poruszyła się niespokojnie.
– W podziemiach Neuberlina – odparła. – To jedyne miejsce, w którym można skutecznie wtopić się w tłum i czekać na dalsze rozkazy.
– Tak... – chrząknął redaktor, składając maszynopis. – Cóż... Opisała pani myślące maszyny rodem z "Metropolis" i oficera pół-Polaka. Jednak wydaje się to... tak nieprawdopodobne – zaakcentował ostatnie słowo.
– Komandor Kiryłowski zostaje zdradzony przez swojego zastępcę, który infiltruje struktury floty na zlecenie rządu – pospieszyłam z wyjaśnieniami.
Redaktor uniósł dłoń. Zamilkłam. Zaproponował mi dolewkę herbaty. Odmówiłam, ledwo mogąc utrzymać pustą filiżankę w dłoniach.
– Wiem, o czym jest pani powieść, pani wuj dokładnie streścił mi jej fabułę, zresztą sam przejrzałem ją z niejakim zaangażowaniem... Aczkolwiek obawiam się, że nie jest ona wystarczająco dobra, bym mógł ze spokojnym sumieniem przyjąć ją do druku.
Skinęłam głową, choć ów werdykt mną wstrząsnął. Czułam, jak krew odpływa z moich kończyn.
– Dobrze się pani czuje? – zapytał mężczyzna.
Pokiwałam znów głową, choć chciałam się zapaść pod ziemię. Jaka ja byłam głupia, że dałam się namówić wujowi na tę idiotyczną próbę! Zrobię z siebie pośmiewisko przed całą rodziną! Mogłam się domyślić, że Ullstein-Verlag[1] odrzuci moją propozycję bez namysłu!
– Niemniej jednak, z uwagi na moją długoletnią znajomość z pani wujem i mając na względzie pani talent, mam pewną propozycję, która może się okazać pomocna w pani rozwoju – urwał, obserwując moją reakcję.
– Zamieniam się w słuch, Herr Voltschke – powiedziałam, przeczuwając, że zaproponuje mi pracę przy korekcie.
Redaktor rozparł się w fotelu i złożył dłonie w trójkąt.
– Słyszała pani może o Gabriele Tergit? – zapytał, ruszając niespokojnie palcami.
Kronika kryminalna. Berlin. Sprawy kobiece z damskiego punktu widzenia. Któż o niej nie słyszał?
– Uchodzi za popularną... w pewnych kręgach – odparłam ostrożnie.
– Znakomicie! – Redaktor niemalże klasnął w dłonie. – Mój przyjaciel poszukuje podobnej osoby do gazety ukazującej się w Stettinie... Och, to nic wielkiego – powiedział pospiesznie, widząc moją przerażoną minę. – Chodzi mu o dwa, może trzy błyskotliwe reportaże w miesiącu, coś, co zachęci postępowe i wyzwolone kobiety do czytania naszej gazety – redaktor nachylił się w moją stronę i zniżył głos niemal do szeptu. – Dostarczy mu pani pożądanego obecnie kobiecego punktu widzenia.
Zapadła niezręczna cisza. Jedynym dźwiękiem było regularne tykanie drewnianego zegara z kukułką, zawieszonego na wytłaczanej tapecie w kwiatowe wzory. Prawda była taka, że ta nagła propozycja mnie przeraziła. Moje wykształcenie ograniczało się do bardzo krótkiej praktyki lekarskiej w gabinecie ojca i nie miało bezpośredniego związku ze światem przestępczym. A przynajmniej wówczas nie byłam jeszcze w stanie go dostrzec.
– A moje pisarstwo? – zdołałam wykrztusić.
Mężczyzna uśmiechnął się wyrozumiale.
– Och, jestem przekonany, że w ciągu roku na moje biurko trafi maszynopis poruszającej powieści, której nie sposób będzie odrzucić – odparł pochlebnie.
I właśnie tym sposobem znalazłam się pośrodku Zeitungsviertel[2], ściskając w jednym ręku umowę o pracę, w drugiej zaś skórzaną teczkę ojca z nieszczęsnym dziełem zatytułowanym "Duch machiny". Uświadomiłam sobie, że redaktor nie dotarł do właściwego zakończenia powieści.
Grzebiąc pozostałość po Elli, komandor Kiryłowski zadał sobie pytanie: czy była ona czymś więcej niż tylko duchem w maszynie? – ostatnio to pytanie dręczyło mnie w koszmarach.
Wyprowadziłam rower z budynku wydawnictwa i wyjechałam na gwarną Jerusalemer Strasse, zmierzając w stronę dawnego Charlottenburga[3], do gabinetu ojca. Było późne popołudnie, w powietrzu można było wyczuć specyficzną woń perfum wymieszaną z dymem papierosowym, pochodzącą z licznych kawiarni okupowanych przez artystów i obcokrajowców. Gdzieniegdzie przemykali gimnazjaliści w mundurkach mojej dawnej szkoły w towarzystwie śmiertelnie poważnych rodziców, oglądający się za młodymi kobietami obciętymi na boba i paradującymi z odsłoniętymi łydkami. Zatrzymałam się przy najbliższej księgarni i kupiłam "Berliner Tageblatt" z reportażem Tergit dla siebie oraz "Vossische Zeitung" dla ojca. Zbliżałam się do ulic obleganych niegdyś przez ciężarne prostytutki, nieszczęsne kobiety sprzedające się za bezcen podczas szalejącej inflacji sześć lat temu, w tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim. Obecnie ich liczba nieco spadła, lecz na tle innych niemieckich miast Berlin dalej wypadał niekorzystnie. Przemknęłam szybko przez tamten rejon, zastanawiając się, ile potencjalnych przypadków zbrodni zostawiam za sobą. Jak w filmie "Berlin – symfonia wielkiego miasta". Otwiera go wjazd lokomotywy na dworzec w centrum stolicy, wprowadzając widza błyskawicznie w sam środek tętniącego życiem organizmu. Tak, właśnie to miałam na myśli, organizm, nie zaś dobrze naoliwioną maszynę, w której każdy trybik odgrywa określoną rolę. Nie dość, że jest to dość impertynenckie przedstawienie współczesnej metropolii, to na dodatek zupełnie kłamliwe. Dla mnie to przecinająca ląd Spree[4] była główną arterią miasta przynoszącą oczyszczenie, a ulice i sieć kolejowa uosabiały neurony, system informacyjny. Każda dzielnica odpowiadała któremuś z kluczowych narządów, a całość miała swoją genezę na Alexanderplatz, w symbolicznym sercu miasta, które już nieraz spłynęło krwią. Całość funkcjonowała dość sprawnie, choć narkotyki i wszechobecna rozpusta toczyły centrum niczym rak. Istniało jednak miejsce na Ziemi, gdzie podobne zjawiska, tak samo jak moje technologiczne fantazje, nie miały wstępu. Konserwatywne rodziny, dawniej popierające cesarza, opierały się napływowi swobody z całych sił, panicznie bojąc się zmian. Weźmy na przykład mojego ojca, zajmującego obszerne mieszkanie w secesyjnej kamienicy w Charlottenburgu, obszernym relikcie przeszłości pamiętającym czasy Wilhelma I. Przekraczając bramę kremowego budynku, zdobionego fantazyjnymi roślinnymi motywami, odnosiło się wrażenie, że niespodziewanie czas cofnął się do lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Moje krótkie włosy, spodnie i rower wydawały się nie na miejscu, byłam narażona na złośliwe uwagi starszych mieszkańców. Wychodząc z domu, odczuwałam ulgę, powroty wywoływały we mnie uczucie trwogi i niepewność.
Wniosłam rower na pierwsze piętro i oparłam o ścianę na korytarzu, zabierając ze sobą gazety. Drzwi do mieszkania były otwarte, w wyłożonym boazerią przedpokoju urzędowała Frau Schutze, recepcjonistka ojca, kobieta skrupulatna i pozbawiona poczucia humoru. Słysząc kroki, uniosła głowę i obdarzyła mnie przelotnym spojrzeniem. Przeszłam do salonu, witając się z klientami oczekującymi na swoją kolej w prowizorycznej poczekalni. Zostawiłam "Vossische Zeitung" na wiklinowym stoliku obok fotelu ojca i opadłam na sofę z zamiarem przestudiowania reportaży Gabriele Tergit. Odwróciłam się plecami do kominka, na którym niczym na ołtarzu figurowały zdjęcia matki i zmarłego rodzeństwa.
– Fräulein zamierza coś zjeść? – zapytała mnie gospodyni, trzymając w dłoniach srebrną tacę z herbatą. Pokręciłam głową.
– Dziękuję, Helgo, ale nie mam ochoty na obiad. Możesz postawić tacę na podłodze.
Gospodyni dalej stała w miejscu.
– Coś jeszcze? – zapytałam niezbyt uprzejmie.
– Panowie zapowiedzieli się na wieczór, a Herr nie jest dziś w najlepszej formie, Fräulein – powiedziała, czerwieniąc się lekko. Westchnęłam cicho.
– Zajmę się ojcem – zamknęłam gazetę na recenzji "Opery za trzy gorsze", której nie zdążyłam przeczytać do końca. – Dopilnuj, by wieczorem podano odpowiednie dania.
– Oczywiście, Fräulein – Helga wreszcie opuściła salon. Gdy tylko zamknęła drzwi, sięgnęłam po filiżankę z herbatą i podeszłam do drzwi łączących pomieszczenie z gabinetem ojca. Przyłożyłam ucho do dębowych desek – ze środka nie dobiegał żaden dźwięk. Nabrałam powietrza i zapukałam.
– Wejść – łamiący się głos ojca zwiastował problemy.
Pociągnęłam za mosiężną klamkę i weszłam do gabinetu. Musiałam zmrużyć oczy, gdyż ojciec odsłonił wielkie okno znajdujące się za jego biurkiem i pokój rozświetlały promienie zachodzącego słońca. Kiedy moje oczy przywykły do jasności, natychmiast zauważyłam, że ojca tutaj nie ma. Na prostym sosnowym biurku stała napełniona do połowy karafka oraz pusta szklanka. Postąpiłam krok dalej. Coś zachrzęściło pod moimi stopami. Cofnęłam się odruchowo i spojrzałam w dół. Zielona wykładzina była usiana tabletkami.
– Tato? – zapytałam ostrożnie, wyciągając głowę. Nikt mi nie odpowiedział. Książki medyczne leżały poprzewracane na regale.
Cichy dźwięk, jakby chrobotanie, przykuł moją uwagę. Obeszłam biurko i znalazłam ojca skulonego w kącie pomiędzy regałem a ścianą, drapiącego tapetę. Ubrany w stary mundur, z rozczochranymi włosami i wiecznym grymasem, przypominał żebraka z ulic Berlina.
– Tato, to ja – uklękłam przy nim i delikatnie dotknęłam jego ramienia. Niemalże podskoczył, jego twarz ściągnęła się w spazmie, uniósł rękę, jakby chciał mnie uderzyć. Po chwili zorientował się, z kim ma do czynienia, i uspokoił się.
– Słyszałem odgłosy wybuchów w oddali... – wyjaśnił. – Jak pod Verdun... Jak pod Verdun – powtórzył, ponownie pogrążając się w myślach.
Podałam mu herbatę. Usiłował utrzymać naczynie, jednak ono podskakiwało nerwowo, a rzęsiste krople pryskały wokół. Wyjęłam mu filiżankę z dłoni i przytknęłam do ust. W piwnych oczach ojca zalśniły łzy.
– Nie przejmuj się, tato. Ja się zajmę resztą pacjentów – uspokoiłam go, siląc się na uśmiech.
– Nie musisz tego robić, jeśli nie czujesz się na siłach – powiedział słabo, mrużąc oczy. – Nie musisz oszukiwać.
W odpowiedzi wykrzywiłam twarz w nerwowym grymasie. Zaoferowałam mu swoje ramię i z wysiłkiem udało mi się dźwignąć go na nogi. Gdy położył się na kozetce, nakryłam go grubym pledem. Rozpuściłam lekarstwo w reszcie herbaty i podałam mu.
– Gdzie ich przyjmiesz? – zapytał, rozcierając czoło wierzchem dłoni.
– U siebie – odpowiedziałam automatycznie.
Wyciągnęłam notatki ojca i niektóre narzędzia z szuflady. Pacjenci na zewnątrz zaczęli się niecierpliwić, słyszałam ich uniesione głosy. Wyszłam do poczekalni, gdzie zebrało się kilka osób, przeważnie w podeszłym wieku.
– Proszę państwa – podniosłam nieco głos. – Jestem lekarzem współpracującym z doktorem. Niestety, doktor... zaniemógł i nie będzie mógł państwa przyjąć, jednak ja zapraszam kolejną osobę do swojego gabinetu – i podążyłam korytarzem do swojego pokoju. Słyszałam szepty za plecami, lecz zignorowałam je, skupiając się na przygotowaniu pomieszczenia do przyjmowania pacjentów. Pospiesznie schowałam bawełnianą pelerynkę do szafy, wciskając ją między letnie sukienki. Przystawiłam krzesło do biurka, jednocześnie wrzucając amerykańskie magazyny, przysyłane przez ciotkę zza oceanu, do pierwszej lepszej szuflady. Helga przyniosła wyparzone narzędzia ojca na srebrnej tacy. Pociągnęła nosem z niezadowoleniem.
– Powinna tu panienka wywietrzyć – oznajmiła stanowczo.
Pociągnęłam za ciężkie czerwone zasłony, odsłaniając niezbyt imponujący widok na podwórko i wpuszczając światło do zaciemnionego gabinetu. Siermiężne biurko w stylu biedermeier, zakupione jeszcze przez moją matkę, doskonale pasowało do wypłowiałego tureckiego dywanu zakrywającego rozchodzące się deski oraz do ręcznie malowanej tapety w kwiaty. Przy drzwiach stała ława, na której Helga zostawiła narzędzia. Tuż obok straszył rozłożony parawan, wykorzystywany przeze mnie w charakterze prymitywnej garderoby. Jedyną ozdobą pokoju był niezbyt udany portret Kaisera Wilhelma II, zawieszony nad lustrem. Odwróciłam go na drugą stronę, by uniknąć świdrującego spojrzenia monarchy.
Frau Schutze wprowadziła pierwszego pacjenta, niskiego mężczyznę w średnim wieku, ubranego w elegancki garnitur. Na mój widok zmieszał się. Co prawda usiadł na krześle, lecz kręcił się niespokojnie, unikając mojego wzroku. Recepcjonistka podała mi jego kartotekę.
– Pan Paul Kohle... – przeczytałam nazwisko, pospiesznie przeglądając notatki ojca. Mężczyzna posiadał imponującą historię przebytych chorób. Zamknęłam jego kartę i spojrzałam na pacjenta. – Co panu dolega? – zapytałam.
Mężczyzna wybąkał coś niezrozumiale, rumieniąc się.
– Mam przeprowadzić rutynowe badanie kontrolne? – zapytałam, chcąc go nakłonić do odpowiedzi. Pokręcił głową.
– Ja bardzo przepraszam, ale sądziłem, że... będzie przyjmował pani ojciec – powiedział, po raz pierwszy patrząc prosto na mnie. Był całkiem przystojny, z twarzą o klasycznych rysach i jedwabistymi włosami, jednak niepokoiły mnie jaśniejsze plamy widniejące na jego twarzy. Przyjrzałam się im uważniej i odkryłam, że mężczyzna pokrył skórę pudrem. – To znaczy, nie chcę odmawiać pani kompetencji, jednak natura mojego schorzenia... – zaczął nieporadnie tłumaczyć. Coś mnie tknęło i ponownie otworzyłam kartę pacjenta, szukając potwierdzenia swojej teorii.
– Panie Kohle, mnie także obowiązuje przysięga Hipokratesa i bynajmniej moja płeć nie gra tu żadnej roli – znalazłam stosowny zapisek. – Od dawna występują u pana zmiany skórne? – zapytałam.
Mężczyzna przytaknął i z wahaniem wyciągnął dłonie. Były pokryte wysypką, dodatkowo na środkowym palcu lewej dłoni widniał okazały wrzód.
– Zaczęły się pojawiać w ubiegłym tygodniu. Zauważyłem podobne zmiany u żony – wyjaśnił.
– Zgodnie z zapiskami mojego ojca kilka miesięcy temu przyszedł pan do niego z podobnymi dolegliwościami występujących w okolicy i bezpośrednio na prąciu. Ojciec podejrzewał zakażenie kiłą, lecz odmówił pan leczenia – zerknęłam na mężczyznę z ukosa. – W tym czasie zapewne zdążył pan już zakazić żonę.
Mężczyzna wstał oburzony z krzesła, a jego policzki spłonęły czerwienią.
– Śmie pani sugerować, że ja, szanowany obywatel Republiki, miałbym być zakażony... syfilisem? – podniósł głos.
– Może pan temu zaprzeczać i dopuścić do pogorszenia pańskiego stanu albo podjąć leczenie. Mogę panu zaproponować kurację rtęcią. Będzie pan co prawda zmuszony przyjmować określone dawki do końca życia, jednak rozwój choroby zostanie skutecznie powstrzymany – odparłam rzeczowo i podałam panu Kohle odpowiednią receptę. – Wybór należy do pana, panie Kohle.
Ściągnął wargi i nie żegnając się, opuścił gabinet, trzaskając drzwiami. Helga wniosła podwieczorek.
– Jest pani pewna, że da radę, Fräulein? – zapytała zatroskana, zerkając w stronę drzwi. – Tego pana słychać było na korytarzu.
Uśmiechnęłam się do gospodyni znad papierów. Przypominały mi się czasy praktyki lekarskiej w szpitalu dla inwalidów wojennych i pomyślałam, że Helga przeraziłaby się, słysząc obelgi miotane przez tamtejszych pacjentów.
– Możesz przekazać Frau Schutze, żeby przysłała kolejnego pacjenta. Musimy ukrywać niedyspozycję ojca tak długo, jak to możliwe – powiedziałam, nalewając kawy do filiżanki z miśnieńskiej porcelany. Uniosłam spodek i zobaczyłam kopertę zaadresowaną do ojca, opatrzoną pieczęcią banku.
– To przyszło dziś do pana, ale w jego stanie... – wyjaśniła Helga. Uniosłam rękę, by jej przerwać, i pospiesznie otworzyłam list. Przebiegłam pismo wzrokiem i stłumiłam jęk. Filiżanka upadła na podłogę, rozpryskując się na drobne kawałki.
Zmuszeni jesteśmy ściągnąć zaległe należności w wysokości...
[1] Jedno z czołowych berlińskich wydawnictw okresu Republiki Weimarskiej, istniejące do dziś.
[2] Określenie czterech ulic w centrum Berlina, przy których swoje siedziby miały największe wydawnictwa w stolicy.
[3] Jedna z prestiżowych dzielnic Berlina.
[4] (niem.) Szprewa.
2
Z perspektywy czasu wszystko wydaje się inne. Pamiętam, jak tamtego wieczoru nie potrafiłam ukryć zdenerwowania. Moje ręce trzęsły się tak mocno, że musiałam odłożyć srebrną łyżkę na serwetkę z obawy przed rozlaniem kolejnej porcji zupy. Odsunęłam od siebie talerz i nieśmiało podniosłam głowę, spoglądając na zgromadzonych przy stole gości. Piątkowe kolacje były nieodłącznym elementem życia towarzyskiego ojca, zapraszał na nie zarówno starych znajomych, jak i nowo poznane osoby, zawsze dbając o zachowanie odpowiedniej dynamiki towarzystwa. Spotkanie rozpoczynało się najczęściej od obfitego posiłku – dziś był to szczupak w sosie śmietanowym z duszonymi borowikami i purée ziemniaczanym, rosół z kołdunami i puszysty sernik wiedeński. Później zaś, przy piwie, rozpoczynała się część właściwa, czyli dyskusje o polityce i gospodarce. Tego dnia uwaga gości wyjątkowo skupiła się na życiu kulturalnym Berlina, a konkretniej na krytyce libertynizmu ich zdaniem panującego w stolicy.
– Sięgnęliśmy już granicy upodlenia – oznajmił Oswald Kirsche, czterdziestokilkuletni prawnik, rozwiedziony. Śledził mnie wzrokiem, przechylając kieliszek wina na różne strony. – Ma pan wyjątkowe szczęście, doktorze Platt, że udało się panu odchować posłuszną i ułożoną córkę. Niestety, cnota u dziewcząt przestaje być obecnie w cenie...
– Nie powiedziałbym, że tracimy nerwy w kwestiach moralności, panie Kirsche. Raczej wyzbywamy się hipokryzji poprzednich pokoleń – odparł pogodnie profesor Siegfried Müller, specjalista od sanskrytu, wykładowca na uniwersytecie Humboldta. – Poza tym nigdy nie dawałem wiary tym bredniom, obecnie określanym mianem eugeniki, jakoby to czystość i etyka dawały jakąkolwiek przewagę następnym pokoleniom.
Twarz Oswalda Kirsche zmieniła kolor na purpurowy, a jego pulchna dłoń zacisnęła się w pięść. Przeczuwając nadchodzący wybuch, zwróciłam się szybko do doktora Mayerlinga, jedynego młodego mężczyzny w towarzystwie:
– Ponoć zajmuje się pan czasem identyfikacją zwłok na życzenie policji?
Mayerling uśmiechnął się w odpowiedzi. Wysoki i dobrze zbudowany, zapewne musiał się podobać kobietom, bowiem potraktował mnie jak jedną ze swoich wielbicielek.
– Oczywiście, jednak mam nadzieję, że nie przesiąkłem jadem trupim, panno Platt, bo inaczej mógłbym się wydać pani nieprzyjemnym.
Ojciec odchrząknął, a pozostali goście odwrócili wzrok, zakłopotani.
– Mam nadzieję, że moja córka niedługo zdobędzie uprawnienia lekarskie – rzekł ojciec. – Więc jej pytanie, jak mniemam, odnosiło się do kwestii czysto zawodowych.
Mayerling zrobił zdziwioną minę, lecz niemal od razu odzyskał rezon.
– Tak, muszę przyznać, że teraz przestało to już...
– Nie wracam na studia – przerwałam doktorowi, a widząc zirytowany wyraz twarzy ojca, dodałam: – Nie będzie miał kto za nie zapłacić...
– Else! – ryknął ojciec. – Zamilcz!
Oswald Kirsche odwrócił się w moją stronę, jego twarz była wyraźnie zatroskana. Zajmował się finansami ojca, więc musiał wiedzieć, w jakim położeniu znalazła się nasza rodzina.
– Panno Platt, nie chciałem poruszać tego tematu w towarzystwie, lecz majątek pani matki powinien wystarczyć na opłacenie ostatniego roku pani nauki – zauważył uprzejmie. Potrząsnęłam głową.
– Nie, wy nadal nie rozumiecie. Wyjeżdżam – oznajmiłam krótko, unikając kontaktu wzrokowego. – Do Stettina. Dostałam już pracę – odłożyłam serwetkę na stół, szykując się na awanturę. Jednak, ku memu zaskoczeniu, to ojciec wstał, przeprosił zgromadzonych i wyszedł.
Goście dotrzymali mi towarzystwa jeszcze przez prawie godzinę, jednak rozmowa była wymuszona, wiadomość o bankructwie ojca wyraźnie wszystkich poruszyła. Choć wieczór zakończył się w atmosferze małego skandalu obyczajowego, do końca utrzymywaliśmy pozory normalności. Z każdym żegnałam się osobiście, zapewniając o chęci podtrzymania kontaktu, mimo że obie strony rozpoznawały w moich słowach pusty frazes. Jedynie Kirsche, stary przyjaciel domu, został do końca.
– Żałuję, że dowiedziałaś się w ten sposób, Else – powiedział cicho. Stał przy pianinie, jego korpulentna sylwetka rzucała cień na instrument. – Nie miałem sposobności ani serca powiedzieć ci o tym wcześniej – westchnął głęboko, a pulchne policzki zafalowały. – Ale masz rację, musisz teraz przede wszystkim myśleć o sobie.
Usiadłam przy kominku, przysuwając się do paleniska. Ciepło ogrzewało moje stopy w cielistych, głęboko wykrojonych pantoflach. Asymetryczny koniec luźnej sukienki wisiał smętnie przy mojej łydce, w tym świetle materiał wyglądał na poszarzały ze starości. W lustrze odbijała się moja twarz, trójkątna, z policzkami pociągniętymi różem.
– Co się teraz stanie? – zapytałam.
Kirsche potrząsnął głową. Wymodelowane płowe włosy opadły mu na czoło, więc odgarnął je niedbale.
– Mieszkanie i reszta majątku zostanie zlicytowana na pokrycie długu. Postaram się wywalczyć jakąś rentę, jednak w obecnej sytuacji nie spodziewałbym się wiele... To się ciągnęło długo, Else, co najmniej od końca wojny. Jeśli dojdzie do najgorszego, to przyjmę twojego ojca u siebie – zapewnił mnie.
Przymknęłam oczy. Udawałam, że nie słyszę głośnych westchnień dobiegających zza ściany.
*
Stettin, listopad 1928 r.
– Ciało wyłowiono z Odry dzisiaj we wczesnych godzinach porannych – poinformował mnie Alex Foyer-Bratner. Jechaliśmy tramwajem linii dwa pod główny Inspektorat Policji. Brak okien w wagonach sprawiał, że odgłosy z zewnątrz uniemożliwiały rozmowę, skinęłam więc głową. Alex odwrócił piegowatą twarz, ściskając aparat kurczowo w dłoniach. Pracował w redakcji trzeci rok, wobec czego naczelny zlecił mu opiekę nade mną we wszystkich możliwych aspektach, od pokazania miasta po wprowadzenie w arkana zawodu.
– Wysiadamy – oznajmił, gdy pojazd zatrzymał się w okolicach Stadttheater[1], tuż za Köningsplatz[2]. Ledwo nadążałam za fotografem w pantoflach na obcasie i niewygodnej spódnicy zwężanej przy kolanach. Na dodatek nieprzyjemny wiatr znad rzeki podwiewał nasze płaszcze i zrywał czapki z głów. Modliłam się, by moje starannie wymodelowane żelazkiem włosy wytrzymały te złośliwości natury.
– Czy to ktoś znaczący? – zapytałam Alexa. Mężczyzna zwolnił kroku.
– Nie sądzę, ale na przedostatnią stronę się nada. Spójrz na to z innej perspektywy: na takich sprawach buduje się doświadczenie i znajomości w znaczących instytucjach – odparł, klepiąc mnie po ramieniu.
Przygryzłam wargę. Co prawda otrzymałam posadę dziennikarki, jednak moja praca skupiała się przeważnie na redagowaniu cudzych tekstów lub wyszukiwaniu pożądanych informacji w archiwach miejskich. Od początku października napisałam być może około pięciuset słów. A tymczasem docierały do mnie czasopisma przesyłane przez kuzynkę z Ameryki: "Astounding Science Fiction" z opowiadaniami Gernsbacka[3], rozwijającymi tyle wątków, które grały w mojej duszy! Oczyma wyobraźni potrafiłam przekształcić szeroką aleję prowadzącą do teatru wraz z idealnie przystrzyżonymi trawnikami po bokach w taflę ze stopionego szkła i metalu, unoszącą się nad powierzchnią planety, niczym część statku kosmicznego gotowego zaraz odlecieć w stronę Księżyca... Niestety, moje wizje szybko ulatywały, a eklektyczna bryła przybytku i szpetne afisze reklamujące kolejną sztukę pozostawały.
Gmach prezydium policji, neogotycka budowla na lewo od Stadttheater, kłuł w oczy innością. Umiejscowiony w sąsiedztwie średniowiecznego kościoła i secesyjnych kamienic zwieńczonych kopulastymi wieżyczkami, przypominał o dawnym garnizonowym charakterze miasta. Zobaczyłam kilku mężczyzn w prochowcach stojących przed wejściem do prezydium.
– Ktoś nas ubiegł – mruknął Alex, mrużąc swoje niebieskie oczy. Poczułam, jak ciągnie mnie za ramię i wprowadza do środka, mijając palących papierosy reporterów. Usłyszałam ciche gwizdy za sobą i przymknęłam oczy. – Nie zachowuj się jak dziecko – upomniał mnie Alex, marszcząc czoło. – Chciałaś u nas pracować.
Wywróciłam oczyma. Sklepienie krzyżowo-żebrowe zdobione motywami kwiatowymi i zwisające zeń siermiężne kute żyrandole przykuły moją uwagę. Nie spodziewałam się podobnego rozmachu w zwykłym urzędzie, choć po chwili przypomniałam sobie, że dotychczas nie byłam jeszcze w żadnym.
– W jakiej sprawie? – zapytał nas jeden z policjantów, łypiąc podejrzliwie na aparat Alexa.
– Jesteśmy umówieni z inspektorem Lamatrie – powiedział Alex z niezachwianą pewnością siebie.
Policjant rzucił fotografowi wściekłe spojrzenie.
– To się jeszcze zobaczy – odparł, zaciskając zęby, i zniknął nam z oczu. Po kilku minutach wrócił z eleganckim mężczyzną w dobrze dopasowanym szarym garniturze i czapce niczym z amerykańskich opowieści szpiegowskich. Wydawał się dobiegać pięćdziesiątki, jednak doskonale wymodelowana twarz oraz ciemne włosy pozostawały atrakcyjne, jakby nienaruszone przez czas.
– A, sierżant Wolkenheld! – rzekł mężczyzna, ściskając dłoń Alexa. – Dobrze cię znowu widzieć.
Alex odchrząknął i odwrócił głowę delikatnie w moją stronę.
– Else Platt, nasza nowa reporterka prosto z Berlina, starszy inspektor Lamatrie, pod którym miałem zaszczyt służyć w trakcie bitwy pod Sommą – przedstawił nas sobie. Inspektor uśmiechnął się szeroko. Zmierzaliśmy w stronę schodów.
– Ach, zaczyna pani poznawać nasze miasto od złej strony – pokręcił głową, prowadząc nas przez szeroką klatkę schodową i mijając przy okazji innych oficerów. – I obawiam się, że nie będzie to zajmująca historia – otworzył drzwi do niewielkiego gabinetu, zastawionego potężnymi metalowymi szafkami. Na podłodze pod oknem piętrzyły się stosy związanych sznurkiem akt. Lamatrie wziął cienką teczkę ze stojącego w poprzek biurka i podał Alexowi.
– Kawy? – zapytał inspektor. Pokręciłam głową. – Słyszałem, że posiada pani wykształcenie medyczne – zagaił, opierając się nonszalancko o jedną z szafek. Wyciągnął posrebrzaną papierośnicę i wysunął w moim kierunku. Pokręciłam głową. Wyjął cienkiego papierosa i zapalił.
– Nie do końca...
– Samobójstwo! – prychnął Alex, z pogardą rzucając mi dokumenty. Spojrzałam na zdjęcie zmarłego i aż się wzdrygnęłam. Lamatrie wypuścił dym z płuc.
– Inżynier, pochodził z Bochum – uzupełnił. – Zostawił żonę i dwójkę dzieci.
Akta mówiły same za siebie. Woda w płucach, śmierć przez utonięcie. Przed wojną pracował w Oderwerke[4]. Nie było żadnych świadków, musiał to zrobić późnym wieczorem.
– Tym bardziej nie widzę powodu do przejmowania się – fotograf wzruszył ramionami. – Pełno ludzi kręci się po kraju w poszukiwaniu pracy, niezależnie od wykształcenia.
Lamatrie spochmurniał, jego przystojna twarz nabrała nieprzyjemnego wyrazu.
– Właśnie, a nam nie zależy na tym, by nacjonaliści zaczęli zadawać, hm..., zbędne pytania, rozumiecie? Wymowa tekstu ma być jednoznaczna...
Poczułam, jak po plecach spływa mi zimny pot. W miarę jak Lamatrie przedstawiał nam akta sprawy, uczucie chłodu przesuwało się w stronę mojej szyi, odbierając mi na chwilę dech w piersiach. Dym papierosowy wypełniał pomieszczenie, wisząc nad nami niczym chmura burzowa, wkradając się do nozdrzy i płuc. Po chwili uścisk zelżał, odkaszlnęłam. Pozwolono mi wrócić do redakcji.
*
Jest taka scena w filmie "Nosferatu. Symfonia grozy", w której potwór powoli wspina się po schodach do sypialni kolejnej ofiary, a widownia początkowo widzi wyłącznie jego cień przesuwający się mechanicznie po ścianie. To ujęcie w klaustrofobicznym pomieszczeniu przenosi specyficzne poczucie niepewności na odbiorców, sprawiając, że widz ma ochotę z jednej strony uciec, z drugiej zaś podglądać dalej, czerpiąc z tego aktu niemal perwersyjną przyjemność. Podobne uczucie towarzyszyło mi podczas spotkań z redaktorem naczelnym, Ottonem Kirschmeierem, w ciasnym gabinecie od strony oficyny. Pomieszczenie było niedostatecznie oświetlone, promienie światła nie docierały poza obręb sosnowego biurka, zaśmieconego chaotycznymi zapiskami i strzępami wierszy. O prymat na ścianach gabinetu walczyły tanie reprodukcje prac Dixa, dadaistów i linoryty Dürera oraz kopie Breughla. Szczególnie obraz tego ostatniego malarza, przedstawiający mężczyznę rozdzieranego przez wilka, zdawał się nie pasować do reszty. Pod nim stał stolik z kryształowym naczyniem wypełnionym wodą.
Kirschmeier był pragmatykiem i urodzonym empirystą, nie dowierzał spekulacjom i kazał dostarczać sobie dowody. Z gładkimi blond włosami i opadającym na czoło lokiem postawionym na cukier przypominał bardziej dandysa niż redaktora poważanej lokalnej gazety. Wrażenie wzmacniały jego starannie wypielęgnowane dłonie z wyciętymi skórkami, ozdobione masywnym złotym sygnetem, który przykładał sobie do ust podczas przeglądania tekstów. Siedział w samej koszuli z rozwiązaną muszką, której końce opadały luźno na klatkę piersiową. Dyszał ciężko, jakby właśnie stoczył krwawy bój z przeciwnikiem. Nie podniósł nawet głowy na mój widok, do czego zresztą zdążyłam się już przyzwyczaić, bowiem redaktor traktował wszystkich reporterów z góry, niezależnie od ich doświadczenia i statusu.
– Przyniosłam korekty sekcji towarzyskiej – rzuciłam teksty na biurko. Kirschmeier spojrzał na nie obojętnie, a później przeniósł wzrok na mnie.
– A co z tym byłym kapitanem, który rzekomo rzucił się do Odry? – zapytał.
Odruchowo wygładziłam spódnicę.
– Przyjął go pan do druku... – odparłam ostrożnie, przygryzając wargi. Naczelny przymknął oczy i sięgnął pod stertę papierów, wyjmując z niej cienką teczkę, którą wręczyłam mu wczoraj popołudniu. Wyszukał mój tekst i pokiwał głową.
– Nieźle. Może nieco zbyt dramatycznie, styl naturalnie jest absolutnie do poprawy, jednak jak to się mówi, poczuła pani zew krwi – wyartykułował ostatnie słowo z mocą, po czym przeczytał z kartki: Niejeden Niemiec zastanawia się, czy aby na pewno uczyniliśmy wszystko, by oszczędzić podobnego losu naszym wojennym bohaterom. Jakieś osobiste związki ze sprawą? – zapytał.
Odchrząknęłam, czując, że na twarz wypełza mi rumieniec.
– Dwóch braci poległo. Jeden pod Sommą, drugi pod Verdun. Ojciec przeżył, ale do dziś ścigają go demony z okopów. Reszta rodzeństwa i matka zmarli podczas epidemii hiszpanki – powiedziałam tak beznamiętnie, jak tylko mogłam.
– Rozumiem – w oczach redaktora błysnęło zainteresowanie. – Stąd ta sympatia. To może być interesujące, taka ludzka perspektywa tamtych wydarzeń, abstrahująca od polityki... Powiedzmy raz w tygodniu... – urwał, patrząc na mnie. Na jego czole pojawiły się bruzdy.
Słysząc tę propozycję, najpierw poczułam rosnącą euforię, że nareszcie po dwóch miesiącach spędzonych na poprawianiu cudzych tekstów dostałam okazję, by zabłysnąć, lecz jednocześnie uświadomiłam sobie, że każdy krok w nowym zawodzie oddala mnie od medycyny. Zerknęłam przez okno. Jak na złość niebo rozpogodziło się i promienie słoneczne rozświetliły wnętrze gabinetu.
– Dobrze – ścisnęłam bardzo mocno kolana. – Jednak nie do końca rozumiem, na czym ma polegać moje zadanie.
– Masz się skoncentrować na ludziach – Kirschmeier wycelował we mnie końcem ołówka. – Podglądać ich życie, rozmawiać z nimi, wejść w ich głowy i zajrzeć w duszę. Czytała pani prace Freuda? – zmienił nagle temat.
Uśmiechnęłam się mimowolnie.
– Mam zdiagnozować pacjenta – odgadłam.
Redaktor odwzajemnił uśmiech.
– Nie pomijając przy tym żadnego pikantnego szczegółu.
*
Westend[5] zdawał się tonąć w deszczu. Woda spływała strumieniami po równych ulicach, rozgałęziając się niczym arterie w organizmie. Nieliczni przechodnie, opatuleni szarymi prochowcami, zakrywali głowy "Anzeigerem"[6] i biegli w najbliższe zadaszone miejsce. Ścisnęłam filiżankę w dłoniach, wpatrując się w rozmazany świat za oknem. Niestety, jedyną rzeczą, którą dostrzegałam, były moje oczy w odbiciu szyby, jasnobrązowe tęczówki okolone zieloną obręczą. Odwróciłam wzrok. Kolejna bezowocna godzina pracy, o czym przypominała mi rozłożona na biurku przenośna maszyna do pisania z nędznym skrawkiem tekstu, ledwie zalążkiem artykułu. Wyciągnęłam kartkę i przebiegłam po niej wzrokiem. Wstęp był zanadto patetyczny, w starym stylu wygadanych modernistów, nie miał w sobie niczego z lekkości współczesnej prozy czy choćby reportażu. Chrząknęłam z niezadowoleniem i odwróciłam kartkę na drugą stronę.
– To bezcelowe – mruknęłam. Postanowiłam odnieść filiżankę do kuchni i choć na chwilę oderwać myśli od pracy.
Mój pokój, zaledwie kilkumetrowy kawałek przestrzeni wykrojony z pokaźnego domostwa, znajdował się na pierwszym piętrze, tuż obok pomieszczenia gospodarczego i schodów prowadzących na strych. Co prawda wuj proponował mi jeden z gabinetów na parterze, lepiej oświetlony i z pewnością dobrze ogrzewany, jednak grzecznie odmówiłam. I tak już dostatecznie wstydziłam się swojej bezradności, nie chciałam powiększać długu wdzięczności u krewnych. Zeszłam do sterylnie czystej kuchni ciotki, wyposażonej w najnowsze cuda techniki. Z salonu obok dobiegały odgłosy rozmowy, najwyraźniej mieli gościa. Wstawiłam filiżankę do zlewu najciszej, jak potrafiłam, jednak odgłos przyciągnął ciekawską służącą, chuderlawą dziewczynę z pryszczami na nosie i grubymi okularami w okrągłych oprawkach.
– Oczekują pani w salonie – oznajmiła, lekko sepleniąc. Zerknęłam na swoje wyciągnięte pończochy i wygniecioną spódnicę z grubej brązowej włóczki. Wygładziłam materiał i poprawiłam przekrzywiony kołnierzyk niebieskiej koszuli. Służąca wprowadziła mnie do salonu z przeszkloną werandą prowadzącą do ogrodu. Obecnie schodki na zewnątrz pokrywały rozległe kałuże, niebezpiecznie zbliżające się do drzwi. Przystanęłam na progu, usiłując dostrzec tajemniczego gościa wujostwa, niestety ów człowiek siedział odwrócony do mnie tyłem.
– Jest i Else! – powiedziała ciotka, podchodząc do mnie szybko. Jej podkute aksamitne pantofle stukały na świeżo wypastowanych deskach, zostawiając prawie niewidoczne ślady. W zielonych oczach krewnej dostrzegłam naganę, gdy przesunęła wzrokiem po domowym stroju i niezdarnie upiętych włosach. Ona miała na sobie bawełnianą suknię obrębioną koronką i zebraną w pasie cienkim srebrnym paskiem. Zwróciła się do gościa: – Z pewnością musiał pan czytać teksty bratanicy mego męża w gazecie. Ma taki elegancki styl, pełen wyczucia. To rzadkość wśród współczesnych dziennikarzy, rzucających się jak sępy na ludzkie nieszczęścia! – oznajmiła.
Mężczyzna odwrócił się. Miał około trzydziestu pięciu lat, głębokie zakola i sympatyczną okrągłą twarz zadowolonego z siebie człowieka. Zlustrował mnie od stóp do głów i obdarzył szerokim uśmiechem.
– Doprawdy? – zwrócił się do ciotki. – Zawsze uważałem, że krótki okres pracy zarobkowej dobrze robi każdej dorosłej kobiecie. Nadaje im to pewnej powagi i poszanowania dla zawodu w późniejszym życiu.
Usiadłam na pufie i nałożyłam sobie ciasta ze stojącej obok tacy.
– Pan Maloney-Schwarz jest radcą prawnym, mieszka niedaleko nas w uroczej willi w nowej części Westendu – poinformowała mnie ciotka, nalewając herbatę do filiżanki. – I jest obeznany z życiem towarzyskim Stettina.
Wytrzymałam napierające na mnie spojrzenie krewnej. Udałam zainteresowanie, przeczuwając ukryty zamysł tego spotkania. – Jaką dziedziną sztuki zajmuje się pan najchętniej? – przymrużyłam oczy.
– Zdecydowanie kinem – oznajmił pewnie, choć zacisnął dłonie w pięści. – Może miałaby pani ochotę wybrać się kiedyś na jakąś projekcję?
– Ależ oczywiście, pod warunkiem że nie będzie to kolidowało z moimi obowiązkami w redakcji – powiedziałam. – Tak jak w chwili obecnej. Niestety muszę was przeprosić, zostało mi jeszcze kilka tekstów do przygotowania na jutro – skłoniłam głowę i wyszłam prędko z pomieszczenia, napotykając rozbawione spojrzenie wuja, który siedział w samym kącie salonu i bez słowa palił fajkę.
Pół godziny później ciotka wkroczyła niczym furia do mojego pokoju, wyrywając mnie z rozmyślań nad możliwym rozwinięciem felietonu.
– Else, pozwól sobie pomóc – zaczęła spokojnie. Wiedziałam, że podobny wstęp zwiastuje dłuższe przemówienie, dlatego uprzejmie odwróciłam się w jej stronę. Ujęła moje dłonie. – Jeśli nie zamierzasz ukończyć medycyny, to musisz czym prędzej znaleźć sobie odpowiedniego męża.
Łagodnie wyswobodziłam ręce z jej uścisku. Nie byłam przyzwyczajona do nadmiaru rodzicielskiej czułości, nie po tylu latach spędzonych z ojcem.
– Ciociu, ja planuję skończyć studia i zostać lekarzem, tak jak ojciec i dziadek – wyjaśniłam jej łagodnie. – Muszę tylko zebrać odpowiednie fundusze na kontynuację nauki.
Ciotka spojrzała na mnie smutno. W jej oczach pojawiła się jakaś dziwna ckliwość, uczucie, którego wcześniej u niej nie zaobserwowałam. Westchnęła cicho i opuściła szpakowatą głowę.
– Kochanie, nie chcę burzyć twojego świata, jednak przy obecnym stanie zadłużenia twojego ojca musiałabyś pracować przez wiele lat, by podjąć studia na nowo. Musisz się powoli zacząć przyzwyczajać do myśli, że już nie wrócisz na uniwersytet – powiedziała łamiącym się głosem. – Nie możesz sobie pozwolić na podobne złudzenia. Ta droga się przed tobą zamknęła.
Poczułam, jak w moich oczach wzbierają łzy. Oczywiście, myślałam o tym często jeszcze przed wyjazdem do Stettina, jednak gdzieś w głębi serca zachowałam nadzieję na powrót do normalności, do stanu przed nagłym upadkiem ojca.
Ciotka opuściła pokój, zostawiając mnie samą z własnym bólem. Ukryłam twarz w dłoniach. Mój wzrok przypadkowo padł na listę mieszkań do wynajęcia dostarczoną mi przez Alexa tuż po przyjeździe do miasta. "Gdybyś postanowiła sobie ułożyć życie"– tak się wyraził. Przejrzałam ją bezmyślnie, odnotowując w myślach wysokości czynszów, aż wreszcie moją uwagę przykuła oferta z dzielnicy robotniczej. I numer telefonu.
[1] Teatr Miejski w Szczecinie znajdujący się w okolicach Bramy Królewskiej i Zamku Książąt Pomorskich, rozebrany po II wojnie światowej.
[2] Obecnie plac Żołnierza Polskiego.
[3] Chodzi o Hugona Gernsbacka uważanego za ojca science fiction.
[4] Stocznia funkcjonująca do końca II wojny światowej na Grabowie (dzielnica Stettina).
[5] Willowa dzielnica Stettina (obecnie aleja Wojska Polskiego i okolice).
[6] "General-Anzeiger" – niemiecki dziennik ukazujący się w Stettinie do 1944 r.