Reportaże z Wolnego Miasta 1929-1930 - Richard Teclaw

Kup ebooka

39.00 zł
29.41 zł (29,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Peter Oliver LoewRichard Teclaw - dwa lata z życia gdańskiego pisarza

Richard Teclaw, który urodził się w 1896 roku w Lautenburgu (dziś Lidzbark Welski) na obrzeżach prowincji Prusy Zachodnie (Westpreußen) i zmarł w roku 1956 w Anglii, był w latach 1926-1933 jednym z najznamienitszych dziennikarzy i pisarzy gdańskich. Jego reportaże sądowe i felietony w socjaldemokratycznym dzienniku "Danziger Volksstimme" przyniosły mu błyskawiczną sławę. Teclawa jako pisarza wyróżniały dowcip językowy, niezgoda na ówczesne, konserwatywne uwarunkowania, ujmowanie się za ludźmi znajdującymi się w niekorzystnej sytuacji społecznej oraz wydatne zainteresowanie urbanolektem Danziger Missingsch. Po pierwszym tomie, zawierającym najlepsze teksty dziennikarza z lat 1926-19281, przyszła kolej na reportaże i glosy z lat 1929-1930, które Teclaw publikował najczęściej pod pseudonimem "Ricardo". Niniejszy tom stanowi wybór tekstów. Decydującym kryterium ich selekcji spośród całej masy publikacji były - oprócz literackiej jakości i oryginalności - ich odniesienia do Gdańska. Teclaw bowiem, tak jak wielu innych dziennikarzy tamtego okresu, starał się pomnożyć własne dochody, oferując swoje teksty innym periodykom na terenie całych Niemiec - a teksty zanurzone w lokalnej specyfice gdańskiej, tym bardziej napisane w lokalnym dialekcie, zupełnie się do tego nie nadawały.

Były to lata przełomowe, gdyż kryzys gospodarczy z jesieni 1929 roku zawitał również do Gdańska. Koniec lat dwudziestych i początek trzydziestych upłynęły pod znakiem gwałtownie rosnącego bezrobocia i politycznej niestabilności. Wiosną 1930 roku socjaldemokraci wycofali się z senatu, czyli rządu Wolnego Miasta Gdańska, a w nowych wyborach, przeprowadzonych w listopadzie, wygrały partie radykalne: NSDAP z 16,4 procent głosów weszła po raz pierwszy do parlamentu WMG, czyli Volkstagu, a komuniści uzyskali 10,2 procent głosów (o ówczesnych nastrojach pisze Teclaw w swej glosie Rozmowy przedwyborcze). Wciąż jeszcze panowała demokracja, funkcjonowała wolna prasa od lewa do prawa, w tym również gazety polskie, a senat w genewskiej siedzibie Ligi Narodów, sprawującej pieczę nad Gdańskiem, walczył nieustannie o prawa Gdańska, na przekór usiłowaniom Rzeczpospolitej, dążącej do pozyskiwania wpływów w Wolnym Mieście.

Teclaw nigdy nie krył swojego stosunku do nazistów. W sylwestrowym wydaniu "Danziger Volksstimme" (31.12.1930) opisał kształty czaszek rozmaitych osobistości życia publicznego w Gdańsku, a wśród nich tę należącą do "sturmtruppführera Greisera", czołowego nazisty w mieście. Pod fotokolażem przedstawiającym cztery litery z uszami napisał tak: "najwidoczniej to jeden z nowych polityków, którego oblicze mieści się w spodniach, co tradycja ludowa określa skrótowo mianem "ein Arsch mit Ohren"". Ów niemiecki idiom można przetłumaczyć jako "dupa wołowa". Nie dziwi zatem, że kiedy NSDAP przejęła w 1933 roku władzę, Teclaw opuścił śpiesznie Gdańsk i udał się na emigrację, gdyż miał się czego obawiać. Kilku gdańskich komunistów i socjaldemokratów swoją postawę okupiło śmiercią już w latach trzydziestych.

Sporo tekstów z niniejszego, drugiego tomu z reportażami Teclawa podejmuje - tak jak wcześniejsze - tematykę rozpraw sądowych, choć o autorze można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że zaskarbił sobie jakiekolwiek względy gdańskich sędziów. Już w 1928 roku sam stanął przed obliczem Temidy z powodu rzekomej obrazy wysokiego sądu (więcej o tym we wstępie do pierwszego tomu reportaży), a w roku 1931 miał być nawet przezeń skazany (o czym mowa będzie w trzecim i ostatnim tomie). W latach 1929-1930 wciąż nie obniża się u Teclawa poziom wrażliwości na niesprawiedliwość; nieustannie wstawia się on za przedstawicielami dyskryminowanych grup i mniejszości, niezmiennie demonstruje swoją odrazę do nacjonalizmu i ksenofobii. Tak oto w tekście zatytułowanym Prosta linia obśmiewa okoliczności, w jakich urzędnik o antysemickich poglądach uważa go za Żyda, a on zaprzecza temu przy użyciu słów, które przeniknęły do niemczyzny z jidysz, w Niemcach! kpi z panującej w kręgach politycznych DNVP (Deutschnationale Volkspartei) retoryki przesadnego hołubienia wszystkiego, co niemieckie, w Towarzyszach! zaś narzeka na korporacyjnego ducha w szeregach szupo. W tekście Gdzie stoi wróg? publicysta gorzko ubolewa nad niemieckonarodową arogancją wobec zwykłych ludzi, którzy wpadają w trybiki młynów sprawiedliwości: "To jest najokropniejsze zło naszego wymiaru sprawiedliwości: sędziowie, którzy nie potrafią inaczej; sędziowie, którzy w głębi serca wierzą w to, że sądzą sprawiedliwie; sędziowie, którzy są święcie przekonani o swoim obiektywizmie, o swojej wyrozumiałości dla ludzkich słabości i grzechów, ale też sędziowie, którzy dzięki swemu wychowaniu, środowisku, dzięki swej tradycji, swemu wiekowi i horyzontowi, który nagle gdzieś się kończy, nie potrafią nauczyć się nowych rzeczy; sędziowie, których światopogląd, których polityczne przekonania tkwią mocno pod skórą pod postacią niezłomnych bakterii konserwatywnej formy życia". Tym, któremu szczególnie dostało się w cytowanym fragmencie, był niemieckonarodowy polityk, dyrektor Sądu Krajowego dr Bumke.

Teclaw nie porzucił tematyki sprawiedliwości. W niepublikowanym w niniejszym tomie tekście pod tytułem Vorwärts oder rückwärts ("Danziger Volksstimme" z 24 stycznia 1930 roku) autor skarżył się na niehumanitarność egzekucji wyroków: "Wykonanie wyroku powinno korygować, uzdrawiać, powinno przemieniać ludzi w pożytecznych i przydatnych członków społeczeństwa. Czy naprawdę panuje przekonanie, że uda się to za pomocą brutalizacji, siłowego tłamszenia każdej indywidualności, zatęchłych cel i lochów, katowskiego topora oraz przelewu krwi?".

Na razie Teclawowi wolno było jeszcze przyglądać się najciekawszym procesom, zastanawiać się nad nimi i przelewać swoje myśli na papier, biorąc przy tym nieustannie na celownik życie codzienne i warunki socjalne wielkomiejskiego Gdańska i jego wiejskich okolic. Tak się dzieje już w pierwszym reportażu sądowym tego tomu, zatytułowanym Tak też się da!, w którym mowa jest o wypadku komunikacyjnym na ulicy Długiej.

Przedmiot jakiejś rozprawy sądowej często wykorzystuje Teclaw po to, by poświęcić swą uwagę niezwykłym aspektom ówczesnej codzienności: kręgowi czytelników gazet (Samej jednej trudno uwierzyć), zręcznej reklamie z wykorzystaniem francuskich nazw (Po cenach je poznacie) czy knajpianemu życiu - jakie toczy się chociażby w słynnej gospodzie Kubickiego na zakręcie Motławy (Nad szumiącą wodą...). Przedmiotem opisu jest życie biednego, żydowskiego handlarza (Przypalona stopa), codzienność holownika pilotującego w porcie statki (Obok stewy...) albo działalność przemytniczych szajek (Szmuglerzy). Od czasu do czasu Teclaw opisuje jakiś przypadek kryminalny bardziej szczegółowo, jak ma to miejsce w Tragedii przy rusocińskim młynie czy w tekście zatytułowanym Z mordercami na miejscu przestępstwa.

O teksty stanowiące wynik obserwacji sądowych było jednak z czasem coraz trudniej, gdyż wymiar sprawiedliwości powoli miał już dość krytycznych komentarzy Teclawa. Pod koniec września 1930 roku sędzia wyrzucił go z sali rozpraw, na której toczył się proces przeciwko trzydziestu komunistycznym pracownikom rolnym, oskarżonym o naruszenie spokoju publicznego. Sędzia sądu krajowego dr Truppner, tak przynajmniej opisuje to Teclaw, wydawał się do tego stopnia rozgniewany z powodu jakiegoś wcześniejszego artykułu dziennikarza, że pozwał go do sądu w sprawie zniewagi, a następnie wykorzystał ten fakt, aby wyłączyć go ze wszystkich rozpraw prowadzonych pod swoim przewodnictwem. Teclaw skomentował to w typowym, sarkastycznym tonie: "Nigdzie nie znajdziemy jakiegokolwiek umocowania prawnego, które zezwalałoby sędziemu na wyrzucenie z sali nielubianego przez siebie przedstawiciela prasy, który podczas rozprawy nie śpiewa akurat obscenicznych piosenek ani nie tańczy stepa"2. Ale Teclawowi wolno było jeszcze uczestniczyć w innych rozprawach, zasięgnął także porady prawnej. Kiedy w lutym 1931 roku poczdamski sędzia i psycholog kryminalny Albert Hellwig wygłaszał swój wykład w Gdańsku, dziennikarz zapytał go o zachowanie Truppnera. Hellwig oświadczył, że było ono niedopuszczalne i naruszało zasadę rozprawy jawnej. Truppner, który był obecny na sali, próbował zaznaczyć, że chciał jedynie zapobiec "pamfletom żądnych sensacji sprawozdawców", jednak Hellwig odrzucił tego typu argumentację i stwierdził, że wydalenie byłoby dozwolone tylko w przypadku jawnego zakłócania przebiegu rozprawy. Autor referującego tę sprawę artykułu (być może nawet sam Teclaw), który pojawił się na łamach "Volksstimme", zakończył swój tekst uwagą, że sędzia, "który czyni tego rodzaju bezprzedmiotowe wycieczki, nie przynosi chluby swej profesji"3. Na tym jednak nie skończyły się problemy Teclawa z wymiarem sprawiedliwości, czego miały jeszcze dowieść incydenty z lat 1931 i 1932.

W przypadku jednak wielu tekstów autor odbierał impulsy płynące spoza sali sądowej. W swych glosach sporo uwagi poświęcał wciąż ukochanemu Danziger Missingsch. Tak jest w tekście ze stycznia 1929 roku (...z gwintem!), w którym opisuje zabawną scenę na dworcu, tak jest w Skarbnicy słów, traktującej o zdumiewającym bogactwie lokalnej mowy, a także w Ei er dir!, w którym Teclaw śledzi tropy uwiecznionego w tytule tekstu zwrotu, funkcjonującego w gdańskim urbanolekcie. Czasem pisze też jedynie zabawne dykteryjki, chociażby o sprytnym szczurołapie (Szczur) czy o bijatyce, którą Teclaw przenosi w świat Indian i Dzikiego Zachodu (Tomahawkiem i workiem na sadzę).

Z czasem większą radość sprawiają mu reportaże poświęcone w całości życiu codziennemu. Pisze zatem o nowym systemie zamawiania taksówek (21151! Tajemnica nowych słupów ulicznych!), o dzielnicy biedoty nazywanej po niemiecku Klein-Russland (Bitwa w "Małej Rosji"), o aukcji dzieł sztuki (Po raz pierwszy - po raz drugi - po raz trzeci... Kolekcja Basnera pod młotek) albo o małym pawilonie w Sopocie, zamieszkiwanym przez ubogie małżeństwo ("W małym pawilonie..."). Teclaw interesuje się pomysłem użycia fekaliów jako paliwa (Opalaj... fekaliami!), uczestniczy w lotniczej wycieczce nad miastem (Przelot nad Gdańskiem) i bardzo szczegółowo pisze o wizycie w cyrku Hagenbecka (Noc w cyrku). W tym ostatnim artykule - swego czasu stanowiącym wyraz wdzięczności redakcji za umieszczenie w gazecie obfitej reklamy - okazuje się, że Teclaw wykracza daleko poza ramy tekstu reklamowego.

Jedna z jego glos prowadzi także do Polski, gdy w kwietniu 1930 roku dziennikarz w Marynarskim śniadaniu opowiada o swojej podróży koleją przez Pomorze Nadwiślańskie - prawdopodobnie do Grudziądza, do rodziny swej żony - którą odbywał w jednym przedziale z kilkoma żołnierzami polskiej marynarki wojennej, wyróżniającymi się zdumiewającą konsumpcją alkoholu.

Rok 1930 przyniósł jeszcze jeden przełom w życiu Teclawa, którym było pojawienie się w druku jego pierwszej książki. Zatytułował ją Diskretion... Ehrensache (Dyskrecja... Sprawa honoru) i opublikował w niej 47 tekstów (il. 2). Wydana nakładem własnym, dystrybuowana przez Jakoba Langego książka otrzymała ilustracje Artura Kaesslinga, który pracował dla "Danziger Volksstimme" jako ilustrator.

Kiedy w 1931 roku zdominowany przez niemieckonarodowców senat podjął się sterowania sprawami urzędowymi w Gdańsku, sytuacja polityczna w mieście znacząco się pogorszyła. NSDAP rosła w siłę, a Teclaw popadał w coraz większe rozgoryczenie. O tym jednak, a także o udaniu się przez niego na emigrację będzie mowa we wstępie do trzeciego tomu jego reportaży.

Okładka Diskretion Ehrensache! Richarda Teclawa, wydanie z 1930 roku

Tak też się da!

Siedemdziesięcioośmioletni mężczyzna stracił życie z powodu przejeżdżającego samochodu. Wprawdzie samochód, względnie kierujący nim, nie ponosi bezpośredniej winy za powstałe nieszczęście, ale pośrednią już tak. Znaczy to mniej więcej tyle, że gdyby rzeczonego wieczoru auto nie przejeżdżało w miejscu, w którym staruszek chciał przekroczyć jezdnię, wówczas ten zachowałby swe życie. Z kolei, gdyby mężczyzna nie przechodził przez ulicę w tym miejscu, gdzie jechał samochód, wówczas nie przestraszyłby się, nie upadł na ziemię, nie roztrzaskałby sobie czaszki i później nie umarł na skutek odniesionych obrażeń.

Ale takie jest życie: gdyby nie istniało owo słówko "gdyby", nie byłoby żadnych niespodzianek, jakiekolwiek by one były - przykre, miłe czy smutne.

29 września 1928 roku pewien kupiec jechał wieczorem około godziny ósmej ulicą Długą swym eleganckim samochodem firmy Nash w stronę Długiego Targu. Na wysokości gdańskiego Privat-Actien-Bank, jakieś dziesięć metrów przed samochodem, przez ulicę przechodził u k o ś n i e względem przeciwległego chodnika starszy pan. Prowadzący pojazd, doświadczony kierowca, ocenił natychmiast, że bez klaksonu i jakiegokolwiek niebezpieczeństwa dla siebie i przechodnia ominie tegoż od tyłu. Jechał niewzruszenie dalej. Fragment samochodu właśnie mijał przechodnia, gdy kierowca usłyszał jakiś odgłos, coś jakby skrzypienie i dudnienie, w każdym razie jakiś odgłos, który kazał mu gwałtownie pociągnąć za hamulec. Auto stanęło po dwóch, może trzech metrach. Na ziemi, po lewej stronie samochodu leżał człowiek z głową pomiędzy tramwajowymi szynami. Nie wykazywał żadnych obrażeń zewnętrznych. Kierujący pojazdem zadbał o szybką pomoc i przetransportowanie poszkodowanego do szpitala.

W szpitalu nieszczęśliwiec zmarł jakiś czas po przywiezieniu. Za bezpośrednią przyczynę zgonu szpitalni lekarze uznali osłabienie mięśnia sercowego po przebytym zapaleniu płuc.

W orzeczeniu lekarskim o wyniku sekcji zwłok mowa jest o pęknięciu czaszki, które biegnie subtelnie po niezwykle cienkim jej sklepieniu. Wylew krwi we fragmencie mózgu szczególnie istotnym dla życia jest niewątpliwie następstwem tego obrażenia i rzeczywistą przyczyną zgonu.

Prowadzący samochód kupiec trafił później przed oblicze sądu ławniczego z zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci. Z o s t a ł u n i e w i n n i o n y.

Uniewinniono go z wielkim zadęciem. Gładko, pewnie i w nienaganny sposób. Sam pan prokurator powiedział, że zgodnie z wynikami postępowania dowodowego musi o c z y w i ś c i e wnioskować o uniewinnienie. Postępowanie dowodowe wykazało, że denat musiał się wystraszyć po l e w e j stronie samochodu, gwałtownie się odwrócić, po czym dotknąć auta, by się od niego odepchnąć, no i w ten sposób doszło do wypadku.

Było to piękne, sprawiedliwe i stosowne.

Rozprawa przebiegała w uprzejmej, bardzo poprawnej, wybitnie miłej i sympatycznej atmosferze. Oskarżonego tytułowano określeniem p a n, padały słowa "proszę" i "proszę o wybaczenie!", mówiono w wyszukany i stonowany sposób, jednym słowem: postępowanie świadczyło o dobrej kindersztubie wszystkich stron.

Na zakończenie wyrażono wprost żal z powodu nieprzyznania oskarżonemu odszkodowania za zużycie hamulców i utratę paliwa spowodowaną postojem pojazdu z winy denata. Ponieważ tego rodzaju odszkodowanie nie jest czymś powszechnym, nie zostało ono sfinalizowane.

W miarodajnych kręgach znów pojawi się opinia, że "Danziger Volksstimme" nigdy nie jest zadowolony z naszego sądownictwa. Jeśli sędzia ryczy na oskarżonego i świadków niczym rozwścieczony buhaj, to pojawia się oburzenie, jeśli sądy są nad wyraz uprzejme, wtedy jest to przedmiotem drwin. Zatem... nie można nam w niczym dogodzić.

Ale, ale, sprawa jest bardzo prosta. Jeśli kiedykolwiek nastaną takie czasy, w których w s z y s t k i e, ale to wszystkie rozprawy przebiegać będą w tak uprzejmej i miłej atmosferze, jak powyższa, wówczas będzie można przyłożyć do tego inną miarę. Ale dopóki jakiś szofer albo pracownik sezonowy jest oskarżonym Meyer albo Schulze, a właściciel samochodu, który miał tego pecha, że przejechał przechodnia, jest po prostu panem... no tak, dopóki...

Napawa również goryczą, że trzeba p o d k r e ś l a ć fakt pielęgnowania na Nowych Ogrodach form towarzyskich, które winny być oczywiste.

[Ricardo, Es geht auch so!, "Danziger Volksstimme" 1929, 9 stycznia]

Przykry wypadek

Zdarza się czasem, że w jakiejś lepiej sytuowanej rodzinie zapowiedzą się nagle goście na kolację. Pan domu spotyka się ze swoim bliskim partnerem biznesowym. Jedno, drugie słowo i już szykuje się jakiś lukratywny interesik. Jeśli wszystko powiedzie się zgodnie z oczekiwaniami, będzie można śmiało zarobić (między nami, braćmi) jakieś 20 do 30 procent. Dlatego sprawa wymaga szczegółowego omówienia. Idzie się do najbliższego lokalu, pije jedno piwo, z którego robi się dwanaście, pije kilka sznapsów, wypija bruderszaft i zapewnia wzajemnie o najgłębszym szacunku. Wówczas partner w interesach oświadcza, że musi już iść do domu na kolację, że jego żona czeka, a poza tym to on taki nie jest, ale obietnica jest obietnicą, a on swojej żonie obiecał dziś solennie, że będzie punktualny - ale to było wczoraj nad samym ranem o szóstej... hahaha! Rozumisz, pan1!

"Wiesz, pan, co", powiada drugi, "mam pomysł: zajdziesz, pan, do nas! Pańskiej małżonce poślem auto z kartką, a potem wszyscy zjemy sobie u nas, zgoda?"2.

"Słuchaj, pan, tak się nie da"3, myśli ostrożnie i z wahaniem ten drugi, wzbrania się przez chwilę, ale kiedy tamten oświadcza w sekrecie, że w domu jest jeszcze koniak i można byłoby jeszcze zorganizować piwo, sprawa jest załatwiona. Partner biznesowy pisze do małżonki na papierze firmowym lokalu nad wyraz uprzejmy list, daje zlecenie szoferowi podług ustalonej telefonicznie stawki, instruuje go, po czym zaciera ręce. Ten drugi podąża śpiesznie do telefonu, by przygotować swoją żonę na rychłe odwiedziny.

"Kochanie", szczebiocze do tuby, "pan i pani Knotenstein przyjdą dziś do nas na kolację... jak to... co się nie da! Ależ, skarbie, musi się dać, robimy wspólnie interesik... oczywiście... nie... załóż to żółte... naturalnie... oj niiie... kanapka na zimno i topek4 herbaty... w bufecie stoi jeszcze koniak... halo, halo, słyszysz, kochanie... jak... co... nie w domu? Zatem dryndnij szybciutko do rzeźnika, niech no podeśle solidną porcję pokrojonej wędliny... tak jest... zrób tylko, moje ty serduszko, i nie bądź taka nabzdyczona... koniec?... dobrze, koniec, za godzinkę się zjawimy, pani Knotenstein przyjdzie prosto do nas... halo, halo..." - powrzaskuje jeszcze chwilę, ale małżonka właśnie odwiesiła słuchawkę, dlatego rozmyśla melancholijnie: "No, poszła już!", wraca do partnera biznesowego i oświadcza, że jego żona każe go pozdrowić i szalenie, ba, kolosalnie się cieszy, naprawdę się cieszy...

Następnie wypija się jeszcze kilka kolejek, bo jeszcze cała godzina czekania.

Tymczasem w domu małżonka niemal rwie sobie włosy z głowy, a potem rusza do przygotowań na przyjęcie gości. W ostatniej minucie udało jej się złapać telefonicznie rzeźnika, który gotów jest przysłać niezwłocznie pół funta mielonego i pół funta pokrojonej wędliny rozmaitego sortu. Ponoć chłopak miał i tak tędy przechodzić, zaraz nadejdzie, a tak w ogóle to rzeźnik poleca się zawsze, jeśli chodzi o dostawę pierwszorzędnych produktów mięsnych i wędliniarskich.

Praca wre jak w ulu. Stół już nakryty, pani domu właśnie wślizguje się w żółty jedwab, kiedy nadchodzi pani Knotenstein, nieco później zjawiają się panowie, ale tym, który nie przychodzi, jest chłopak od rzeźnika z wędliną. Wszyscy siedzą przy stole, a chłopaka jak nie ma, tak nie ma. Pada prośba o wybaczenie, powabne zdania mają za zadanie pomóc w przetrwaniu tych przykrych chwil, gospodarze oddychają z ulgą, gdy w korytarzu rozbrzmiewa dzwonek i pojawia się wreszcie paczka z mięsem.

Gospodyni, która lubi uderzyć w zuchwałą nutę, woła do służącej: "Anno, proszę przynieść wędliny od razu do jadalni, jesteśmy głodni... niech Anna rozpakuje to tutaj... no już... szybko... żwawo...".

Zatem służąca Anna przynosi paczkę z wędlinami do pokoju jadalnego. Pani domu odbiera ją, otwiera nerwowymi ruchami palców i wtedy - wydaje z siebie czarująco jasny okrzyk przerażenia.

"A cóż to?", krzyczy, "co to ma być?".

Wszyscy podskakują z miejsc i wlepiają wzrok w papierowe opakowanie: z n a j d u j ą s i ę t a m s t a r e, s p l e ś n i a ł e r e s z t k i c h l e b a, z a s c h n i ę t e p i ę t k i, s k ó r k i o d k i e ł b a s y, o k r u c h y...

Co to ma być? Kiepski dowcip?

Goście są boleśnie dotknięci, a gospodarze zakłopotani. Anna wypytywana jest setki razy o to, czy pomocnik rzeźnika rzeczywiście dostarczył tę, a nie jakąś inną paczkę.

Tak, tę i żadną inną, objaśnia Anna.

By zapobiec nazbyt nieprzyjemnej atmosferze wieczoru, państwo poszli zjeść coś na mieście, rozprawiając przez całą noc jedynie o tajemniczym zdarzeniu, kiedy to w miejsce zamówionych wędlin dostarczone zostały resztki chleba.

Określenia, jakimi obdarowano mistrza rzeźnickiego, nie były pochlebne.

Następnego dnia gruntownie zbadano sprawę. W sklepie wielkie oburzenie. Chłopak zapewniał w absolutnie wiarygodny sposób, że właściwie dostarczył paczkę otrzymaną od sklepowej. A jeśli chciał ukraść, to... nie, to nie wchodziło w rachubę. Tak, ale jak zatem to możliwe? A może miał jeszcze inne paczki?...

"Nie", odpowiedział chłopiec, "a jednak... hmm... tak... miał, od czeladnika miał jeszcze... uuu, do stu piorunów...". Twarz biednego ucznia rzeźnickiego oblała się pąsem.

I już czuć było pismo nosem, już dało się zauważyć, że coś się nie zgadzało. T u t a j l e ż a ł k l u c z d o z a g a d k i!

Chłopak, wzięty na spytki, przyznał się w końcu, że akurat wtedy, gdy wybierał się w drogę do klientów, czeladnik wrzucił mu do kubła paczkę z resztkami chleba, które miał wyrzucić do Motławy... robił tak często... wrzucał tego typu odpadki do Motławy, idąc wzdłuż jej brzegu... tak jest... i wtedy musiał na pewno pomylić paczki... możliwe... i wrzucić do Motławy pokrojone wędliny... tak...

[Ricardo, Malheur, "Danziger Volksstimme" 1929, 12 stycznia]

Reklama Telefongesellschaft Danzig, około 1925

...z gwintem!

Melonik na baniaku wyróżnia gogusia! Przez pojęcie gogusia rozumie się eleganckiego facia, nazywanego również lalusiem1. Baniak jest tym fragmentem ludzkiego indywiduum, który tkwi powyżej szyi i często wywołuje u innych śmiech. Melonik jest jajecznikopodobnym2 tworem o półsztywnej konstrukcji, posiada całkiem niebłahe rondo i nowy kosztuje pokaźną furę lśniących monet. Obok rury bojaźliwców3, nazywanej również cylindrem, melonik jest najbardziej oryginalnym i filuternym nakryciem głowy tego stulecia. Osadzony nieco głębiej na uszach, przydaje inteligentnej twarzy nieco głupkowatego wyrazu. Dlatego jest ulubionym elementem maskującym, cenionym niezwykle w życiu codziennym.

Istnieją czarne, szare i brązowe meloniki oraz takowe w półtonach: zielonkawe, szarawe i brązowawe; ale najbardziej obrzydliwy jest ten bez ronda. Wygląda po prostu paskudnie i nosi się go z rzadka!

Wynalazca melonika został najprawdopodobniej zmasakrowany przez swoich współczesnych gumowym szlauchem; pewnie cierpiał też na zaburzenia trawienne, a owo nakrycie głowy musiał wymyślić w ramach nostalgicznych i melancholijnych skojarzeń. Na nic to się nie zdało. Musiał umrzeć wśród boleści, jednak melonik radośnie się uchował.

Określenie melonika mianem melonika nie jest zbyt powszechnie znane. Wykształceni ludzie mówią hiperpoprawnie "sztywny kapelusz", rozsądni skrótowo "sztywniak"4 albo gwarowo "Steiwer", jednak gdańszczanin posługuje się powszechnie przyjętym zwrotem "Moin, kiek ma, er mit'n Halbsteiwen!"i. W ten sposób ukuto symboliczną nazwę, ponieważ melonik (zwany jeszcze Hartmannem5 i symbolicznie "jajecznikiem") wcale nie jest sztywny. To nie jest żadna trwała konstrukcja, co najwyżej jest ona w miarę trwała (półsztywna!). Jeśli się na przykład walnie zaciśniętą pięścią...

Taak, i tutaj dochodzimy do zasadniczego tematu: co się dzieje, kiedy melonik uzyskuje wklęsłą strukturę w wyniku działania czynników zewnętrznych? Weźmy na przykład zdarzenie, które miało miejsce niedawno w hali dworca. To była cudowna niedziela. Przy kasie biletowej ustawiają się w kolejce ludzie, którzy wszyscy bez wyjątku bardzo się śpieszą i chcą dostać się na określony pociąg (pociąg podmiejski, nota bene!). Częściowo są to ludzie takiego pokroju, częściowo innego, natomiast całkiem daleko z tyłu stoi sobie "goguś". Ma mniej więcej czterdzieści lat, nosi lakierki, ma na sobie surdut, w dłoni laseczkę ze srebrną rączką, a na wyrazistym ciemieniu - last but not least - jajecznik, czyli melonik, czarny, nowiusieńki melonik. Jest tak elegancki, że po cichu zwraca się do samego siebie per "pan". Bardziej eleganckim już być nie można. Jego twarz - no, chyba nie będziemy się rozdrabniać. Przecież nie o to tu chodzi.

Przed eleganckim mężczyzną stoi dwóch gdańszczan. Tak jest, dwóch prawdziwych mężczyzn z Gdańska. Spokojne, kwadratowe pakiety muskułów z ochrypłym tonem w gardle. Nazywają się Max i Heinrich.

Elegant wydaje się mocno podenerwowany i przeskakuje z nogi na nogę. Sarka głośno z oburzeniem na to, że obsługa klientów przy okienku nie odbywa się szybciej. Kilka razy dźgnął w kręgosłup jakiegoś mężczyznę stojącego przed nim, ten zaś z wolna odwrócił się podejrzliwie i zmierzył wzrokiem eleganta od lakierek po jajecznik. Podenerwowanie eleganta rośnie. Max - to jest ten stojący przed nim mężczyzna - zadaje nagle głębokim głosem pytanie:

"Du, Hein, kiek mä doch ma ibre Schulter, hiä mißd wo einer schucker sein"ii.

"Woso", burczy Heinrich, "perdelt er dir auffe Fieß?"iii.

"Nee", wzdycha Max, "aber er flammd mä immer mit'e Fäust' im Kreuz rein"iv.

"Na, denn dreh' dir doch um, und scheuer ihm paar vore Freß"v, stwierdza rzeczowo Heinrich.

"Nee", odpowiada znudzony Max, "am Sonntag soll ma keinem dodschlagen, und denn, wo solln se hiä mit seine Leich' hin"vi.

Elegancki mężczyzna zauważa, że głośny dialog dotyczy jego osoby. "Proszszę, czy mogliby panowie podarować sobie te inwektywy?", pokrzykuje ostro, "to świństwo, że tak długo trwa tutaj obsługa pasażera. Jeszcze mi mój pociąg odjedzie".

"Na loat em doch foahre, de bruckt di nich!"vii, powiada Max.

"Proszszę, niech pan z łaski swojej przymknie swoją buzię i nie naprzykrza mi się!" Elegant mówi to nerwowo. Max odwraca się powoli i pyta:

"Mänsch, best du ganz ond goar väräggd jeworren?"viii.

"Co za bezczelność!", wykrzykuje elegant.

"Nu holl de Näs'... Nu holl aber die Luft an, mien Sähn!"ix, mówi Max z lekką pogróżką w głosie, po czym wkłada pod lewe ramię termos na kawę. W tym krytycznym momencie odwraca się w końcu także Heinrich i mierzy wzrokiem obcego. Z uśmieszkiem pyta:

"Mänsch, Max, wo ham Se dem rausjelassen?"x.

Max potrząsa głową:

"Nee, Hein, dem ham se beschtellt, nach em Tierpark in Freudetal"xi.

"Ach so", dziwi się Heinrich, "na, denn beriehr ihm ma nich, sonst kommst wejen Sachbeschädigung ran"xii.

Teraz wścieka się elegant:

"Jeśli panowie natychmiast nie... to niesłychane... Trzeba zawołać szupo6... Bezczelność... nieprawdopodobne...", jazgocze. Heinrich uśmiecha się szyderczo, a Max szczerzy zęby, w pewnym momencie Heinrich wykrzykuje z radością:

"Moin gommas, Max, kick ma, er trächt ja en Halbsteiwen, jeff em en Tucks affe Kremp'!"xiii.

No i Max podąża w jakiś instynktowny sposób za tą zachętą, robi zamach i wciska elegantowi melonik na uszy. Rozpętuje się okropna awantura. Elegant wydaje z siebie z rykiem nieartykułowane dźwięki i szarpie za swój kapelusz, który zasłania mu oczy. Wszyscy dookoła pękają ze śmiechu. Podczas gdy elegant pędzi po szupo i przegapia swój pociąg, Max i Heinrich otrzymują swoje bilety i o czasie pojawiają się w pociągu. Ten wydaje z siebie pffft! i odjeżdża.

A teraz, kiedy już zobaczyliśmy, jak melonik uzyskuje wklęsłą strukturę w wyniku działania czynników zewnętrznych, możemy odpowiedzieć na pytanie, co z niego powstało: "Półsztywniak z gwintem".

Zwróćmy uwagę, proszę, na to, że niemożliwe do usunięcia zagięcia i fałdy powstałe w wyniku działania czynników zewnętrznych są na melonie naprawdę podobne do gwintu śruby, stąd też "Półsztywniak z gwintem!".

[Ricardo, ...mit Gewinde!, "Danziger Volksstimme" 1929, 14 stycznia]

i "Mój ty, popatrz no na tego z półsztywniakiem!"

ii "Ty, Heniu, popatrz no tylko znad pleców, tu gdzieś musi być jakiś cymbał".

iii "Jak to? [...], depcze ci po stopach?"

iv "Nie, [...], ale ciągle okłada mnie pięściami po krzyżu".

v "No to wtedy odwróć się i walnij go parę razy w pysk".

vi "Nie, [...], w niedzielę nie możemy nikogo zabijać, bo gdzie mieliby potem odstawić jego zwłoki".

vii "No to daj mu odjechać, on ciebie nie potrzebuje!"

viii "Człowieku, czy ty kompletnie zwariowałeś?"

ix "Spuść no trochę z tonu i weź głębszy oddech, mój synu!"

x "Maks, człowieku, skąd oni go wypuścili?"

xi "Nie, Heniu, tego zamówili, do zoo w Dolinie Radości".

xii "Ach tak, [...], to lepiej go nie ruszaj, bo będziesz przepytywany na okoliczność uszkodzenia mienia".

xiii "Mój Boże, Maks, spójrz no, on nosi półsztywniaka, daj mu parę razy po rondzie".

Reklama sklepu z kapeluszami Bruno Berendt, około 1928

Trzecia Rzesza

Richard Teclaw - dwa lata z życia gdańskiego pisarza

1 Richard Teclaw, Reportaże z Wolnego Miasta 1926-1928, przełożył Janusz Mosakowski, wstępem opatrzył Peter Oliver Loew, Gdańsk 2021.

2 Ricardo, Dr. Truppner bestraft. Ein Beitrag zur Justizkrise, "Danziger Volksstimme" 1930, 1 października.

3 Anonim, Die Gerichtsberichte der Presse, "Danziger Volksstimme" 1931, 28 lutego.

Przykry wypadek

1 Oryg. Danziger Missingsch: 'Se västehn?' [Wszystkie przypisy - poza siedmioma oznaczonymi jako przypisy redakcji - pochodzą od tłumacza].

2 Oryg. Danziger Missingsch: 'Wissen Se [...] Se kommen zu uns! Ihre Frau Gemahlin schicken wä en Auto mit 'n Zettel und denn essen Se alle beide bei uns, gemacht?'.

3 Oryg. Danziger Missingsch: 'Hären Se, das wird nich jehn'.

4 Oryg. Danziger Missingsch: 'en Topp Tee'.

...z gwintem!

1 Oryg. Danziger Missingsch: 'Sfrohr?, 'Bochert?, 'Gohlert'.

2 Oryg. 'eiersiederartiges Gebilde', 'Eiersieder' - 'jajecznik?; 'jajowar?; pot. 'sztywny, okrągły kapelusz męski'.

3 Oryg. pot. 'Angströhre?, inne pot. nazwy cylindra to: 'Aalkasten? [dosł. 'skrzynka na węgorze?], 'Wichskasten? [dosł. 'skrzynka na pastę?], 'Ofenrohr? [dosł. 'rura od pieca?], 'Rußmütze? [dosł. 'czapka sadzy?], 'Gottesackerlaterne? ['cmentarna latarnia?], 'oder Fünfliterhut? [dosł. 'pięciolitrowy kapelusz?].

4 Oryg. 'Steifer'.

5 Hartmann - nazwisko, ale też 'twardy, silny mężczyzna'.

6 Schupo (skrót od Schutzpolizei) - policja ochronna, prewencyjna.