Reno. Początek - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Reflow text when sidebars are open.
Chłodnym wzrokiem patrzyłem na jego obitą gębę. Pluł krwią i spoglądał na mnie z nienawiścią, ale i strachem. Idealne połączenie, właśnie tak miało być. Mieli mnie nienawidzić, ale i się bać. Oparłem plecy o ceglany mur nieczynnego klubu, którego właściciel zadłużył się u nas, bo nie umiał powstrzymać swoich hazardowych zapędów. Nie potrafił utrzymać fiuta w spodniach i sporo kasy zainwestował w przemysł porno i dosłownie został wyruchany, a poza tym był chujowym biznesmenem. Nadawał się ewentualnie do zarządzania skupem butelek, jeśliby taki wciąż istniał, ale podejrzewam, że i to potrafiłby spierdolić.
Znudzony zerknąłem na Katana, który w milczeniu bawił się swoimi nożami. Pako siedział na drewnianym stole, opierając nogi obute w eleganckie skórzane sztyblety o ławkę, i ziewał. Jego cień stojący obok, czyli Miętus, zajmował się wydawaniem poleceń naszym chłopakom od brudnej roboty. Przetrząsali klub i wertowali papierzyska w pordzewiałych metalowych szafach w poszukiwaniu prawa własności. A krwawiący Skobliński, znany jako Skobel - właściciel tego upadłego przybytku - wciąż udawał, że ma nad tym wszystkim jakąkolwiek kontrolę.
To był mój pierwszy klub, który właśnie przejmowałem za długi - i wiedziałem, że muszę zrobić z tego gównianego miejsca coś naprawdę grubego. Znajdowało się w pobliżu placu Solnego, w sercu miasta. Bo moim głównym marzeniem było mieć kiedyś modny lokal w centrum, czyli w rynku, i niebawem to marzenie miało się spełnić. Skończyłem właśnie dwadzieścia trzy lata, oficjalnie zarządzałem firmą deweloperską, ale miałem także kilka innych działalności, jeśli można tak nazwać udziały w paru nocnych klubach, procent od zakładów, od handlu trawą, a także od kasyn. Byłem też na ostatnim roku studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym.
- Słuchaj, Kibel - powiedziałem cicho, patrząc na wijącego się u moich nóg gościa. - Powiedz mi, czy sądziłeś, że będziesz tak mógł od nas pożyczać w nieskończoność bez konsekwencji?
- Ja oddam, przysięgam na Boga!
- Przecież ty nie jesteś wierzący, kiedy ostatnio byłeś w kościele? - odezwał się Pako uprzejmym tonem.
- Co? - Koleś patrzył na nas rozkojarzonym wzrokiem.
- Niby dziewięćdziesiąt procent Polaków to katolicy, a tak naprawdę połowa z nich od lat nie była w kościele - stwierdził Katan monotonnym, cichym głosem. Skobel spojrzał na niego i zaczęła mu drżeć broda. Katan raz po raz podrzucał nóż i łapał go w locie. Wszyscy wiedzieli, jak genialnie umie się posługiwać tą białą bronią. - Generalnie statystyki są zakłamane.
- Jak cała ta instytucja - podsumował Pako, po czym zeskoczył z ławy i stanął obok Skobla. - Gdzie masz papier, ty równie zakłamana gnido? - spytał zimnym tonem, od którego przeciętnemu chłopakowi ścierpłaby skóra. Klęczący przed nami koleś niczym się nie wyróżniał. Zaczął drżeć.
- Ja... Nie wiem...
- Niewiedza to błąd, nieznajomość zasad szkodzi, parafrazując stare powiedzenie. - Pako westchnął.
- Co? - Facet gorączkowo przenosił wzrok ze mnie na Piotrka, a potem na Katana, unikając jednak nawiązania z nim kontaktu wzrokowego. - Co?
- Nie mam cierpliwości. - Kiwnąłem głową do kumpla, a ten wykonał ruch i nóż wyrzucony z jego prawej ręki z równie wielką szybkością co precyzją wbił się w ścianę pomiędzy żuchwą a ramieniem klęczącego na ziemi Skobla.
- Jeśli sądzisz, że chybił, to się mylisz - poinformował uprzejmym i jednocześnie znudzonym tonem Pako.
- Oddam wszystko...
- Papier. Tylko to chcemy.
- Ale oni mnie zabiją.
- W przeciwnym wypadku zabijemy cię my. - Wzruszyłem ramionami.
Facet pochylił głowę, uniósł dłonie w geście poddania, sięgnął do biurka i odkręcił spód jednej z szuflad. Drżącą ręką podał nam akt własności. Spojrzałem na Pako, skinął głową bez słów.
- U nas jesteś czysty. Nasz prawnik wszystko przygotuje. I możesz już organizować sobie ucieczkę, skoro tak się martwisz, że ktoś może zrobić ci kuku.
- Goście z Pomorza... - jęknął Skobel.
- Kto się z tą patelnią zadaje! - parsknął Pako.
- Ja... dajcie mi ochronę, będę dla was biegał.
- Z tobą nie chciałbym ubić muchy w kiblu. - Wskazałem jednego z żołnierzy. Wraz z drugim chłopakiem zawinął skomlącego Skobla. Zostałem sam z moimi ludźmi. Katan schował noże i stał nieruchomo, jakby był eksponatem w gabinecie figur woskowych. Pako z powrotem siedział na ławie i patrzył na mnie. Zerknąłem na niego.
- Dasz radę zrobić z tego klub, a nie gównospelunę? - Uniosłem brew.
- Dam radę zrobić z tego zajebistą miejscówkę, w której bawić się będzie pół miasta.
- Musimy pomyśleć nad nazwą. - Zastanowiłem się.
- Prozac - odezwał się milczący dotąd Katan.
- Stary, jedziesz na prochach? - Pako klepnął go w ramię. Jędrzej spojrzał chłodno na przyjaciela i pokręcił głową.
- Prozac. Dobre. Daje ludziom odrobinę ulotnego szczęścia. I wytchnienia. Tym właśnie będzie ten klub.
- No tak, ucieczka. - Uniosłem brwi i kiwnąłem głową w geście aprobaty. - Niech będzie Prozac.