Reneta - Barbara Klicka
35.99 zł
29.87 zł
(28,69 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Po wszystkim wróciłam. To znaczy: kiedy moje drugie miasto wybuchło, zamieszkałam w swoim pierwszym mieście, w tym, w którym żyłam, kiedy jeszcze to nie ja żyłam. Trudno to nazwać przeprowadzką, trudno to w ogóle nazwać, po prostu - któregoś dnia żaden z nowych adresów nie był już mój, więc trafiłam pod jeden z tych, które pamiętałam z przeszłości. Do Anki.
- Te, które jeszcze tu są, muszą radzić sobie same, nowych w tych gatunkach już się w ogóle nie sadzi. Ich skórki chyba źle wróżyły, nie miały odpowiedniej wytrzymałości albo pory dojrzewania mijały się z najpopularniejszymi okresami zbiorów, nie wiem dokładnie. Niektóre wymagały określonej gleby i więcej albo mniej światła, inne jakoś tak same i po prostu wyszły z użycia. W każdym razie już się ich nie sadzi. - Anka ma nieładną, zmęczoną twarz i przesadną mimikę - kąciki jej ust przemieszczają się między policzkami a brodą, jakby pokonywały za każdym razem wiele pięter. - Te drzewa to same staruchy. - Śmieje się. - Ale ja nawet wcześniej nie miałam do nich serca. Ani ręki. Tak się mówi, prawda?
- Prawda.
- Więc właśnie.
Idziemy powyginanym sadem, między drzewami podobnymi bardziej do waranów niż do jabłoni. Jest koniec lata, właściwie początek jesieni, ten moment, w którym z minuty na minutę wszystko robi się coraz bardziej podobne do siebie. Jabłka w większości jeszcze wiszą, nabierają kolorów, ale niektóre, nieniepokojone, już gniją w trawie. Są całe w skazach - nikt ich nie pryskał, nikt nie pielęgnował drzew, na których się wydarzyły. Po braku uwagi odziedziczyły piegi, pryszcze, koślawe wypustki, żadne nie nadaje się na obrazek. Anka wygląda jak ich rodzona matka - nie trafiłaby tam razem z nimi.
- Właściwie nie wiem, czemu ci to wszystko pokazuję - mówi. - Sad rośnie niepielęgnowany, ja nawet nie korzystam z niego jak ze spacerniaka. Czasem udaje mi się wygonić z domu Różę, zmusić ją, żeby się przeszła, ale z tym też raczej kłopot. - Uśmiecha się połową ust, rozgląda. - Można powiedzieć, że czekamy, aż umrze. Albo zdziczeje na tyle, że nas stąd wyprosi.
- Wracamy? - pytam. Mam nadzieję, to nie jest miła przechadzka. Poza tym dopiero przyjechałam, chciałabym wyjąć z walizki kilka rzeczy, poumieszczać je na starej komodzie, na stole, pod stołem. Anka przygląda mi się i metalowym głosem mówi:
- Jeszcze nie. Najpierw musisz usłyszeć to, co bym chciała, żebyś usłyszała, nim się tutaj - chrząka - rozgościsz. Po pierwsze i najważniejsze - możesz tu mieszkać, bo jakiś tam ułamek tego domu należy do ciebie, wiem o tym.
- W testamencie było chyba, że cztery siedemnaste...
- To będzie jakaś jedna trzecia pokoju na górze, nie? - Zawiesza głos, chce, żebym była pewna, że to policzyła, w któryś wieczór, zupełnie niedawno, dzieliła pisemnie, mazała po kartce w kratkę i to był jej wynik. - Reszta jest moja, chociaż wcale się o nią nie prosiłam, rozumiesz? Nie było po prostu nikogo, kto chciałby to wziąć, pamiętasz? Musiałam...
- Niby tak, ale wiesz - ciocia zmarła bardzo dawno temu... - Nie wiem, nie jestem pewna, czy ona w ogóle chce, żeby jej odpowiadać.
- Myślisz, że to ma coś do rzeczy? - Śmieje się. - Nie ma. Z powodów, powiedzmy, formalnych tej ziemi, tego domu, nie można sprzedać, więc żyłam tu, żyję, też jakby z powodów formalnych.
- No tak, rozumiem.
- Nie sądzę, ale to, przynajmniej na razie, nic - mówi. - Druga rzecz, którą musisz wiedzieć, dotyczy Róży. Jestem i zawsze będę jej jedyną opiekunką. Nie interesuje mnie, co na ten temat sądzisz. Róża jest żywą częścią mojego spadku. - Wytęża się, nasłuchuje, z sadu słychać szelest, słychać jabłka. - Gdyby ktoś jeszcze używał słowa posag, tak właśnie można byłoby o niej powiedzieć. Że jest posagiem dla mnie, która zawsze byłam i będę sama.
Dom jest za duży i zimny, pachnie jak woda spod grochu. Pokój, w którym będę mieszkać, już mieszkam, do tej pory zajmowała tylko ogromna kolekcja kaktusów. Niektóre z nich są wielkie i groźne - rozpędzone, sinozielone ciężarówki. Zapytałam Ankę, czy będę mogła wynieść choćby część z nich, i chyba bardzo zdziwiłam ją tym pomysłem. Nie będę mogła, rosną w tym pokoju od lat, niektóre nie zmieściłyby się w drzwiach, inne są po prostu przyzwyczajone do tego, że światło pada na nie o określonych godzinach, do ruchów powietrza dostarczanych im przez szpary w konkretnych oknach. Tak, Anka wie, że niektóre z nich wyglądają, jakby podnosiły ręce do góry. Zwłaszcza po zmroku. Nie, Anka nie ma z nimi nic wspólnego. No, prawie. Kaktusy są jak niektóre meble, mówi, bardzo ciężko je zużyć, nawet jeśli się o nie niespecjalnie dba. Jeśli chodzi o nią, odwiedzała je do tej pory tylko wtedy, kiedy jej się przypomniało, to znaczy rzadko. Teraz, skoro ja mam tu mieszkać, zamierza przestać to robić. Już przestała. Pamięta, że nienawidziła ich, kiedy była mała, bo jej matka poświęcała im stanowczo za dużo uwagi. Ciocia tak je lubiła?, pytam. Ta jej pierdolona koneweczka. Teraz kaktusy prawie Anki nie obchodzą. Prawie, bo raz jeden z nich spadł jej z drewnianej półki na głowę i na jakiś czas częściowo od tego wyłysiała. Chodziłam z taką idiotyczną dziurą we włosach, wszyscy chcieli wiedzieć, co mi się stało, więc w końcu uznałam, że łatwiej mi będzie tłumaczyć, że mam raka, niż że kaktus spadł mi na głowę i z tego powodu byłam zmuszona ogolić włosy. Później, kiedy odrosły, nikt już o nic nie pytał. Patrzę na jej szare kosmyki i wyobrażam sobie, jak mogłyby wyglądać w olimpijskiej formie. Tak czy inaczej, nie pozwala roślin ruszyć, musisz się jakoś tutaj urządzić z nimi, mówi, jest dostatecznie dużo miejsca, i może to prawda.
- A ty, Mira, coś stamtąd wyniosłaś?
- Nic, co mogłoby mi się teraz przydać.
Kiedy wychodzi, siadam na łóżku, wyjmuję telefon i piszę wiadomość: jestem. Nie będę się już odzywać. Potem wyciągam nogi, czuję, jak między kolejne kręgi kręgosłupa wciska się trochę powietrza, czuję bakterie pracujące w moim brzuchu. Robicie to na moją korzyść, prawda? Gałęzie jabłoni zza okna wyraźnie chcą się wprowadzić do pokoju pełnego kaktusów. Jesteście pewne?, myślę. A potem: od jutra, już od jutra, wszystko znowu zacznie się od nowa. Na wszelki wypadek powtarzam tę myśl wiele razy, aż do chwili, kiedy zdaje się pełna: od nowa. Lekki przeciąg delikatnie uderza mnie w policzek, w korytarzu słychać czyjeś kroki. Dziś już niczego nie sprawdzę, myślę.
Nasze matki nie żyją, moja i Anki. Wcześniej były siostrami. Może zresztą wciąż nimi są, myślę. Ta wątpliwość nie dotyczy niczego poza odpowiednim użyciem czasownika. Jest piąta rano, do kuchni szłam niemal całą noc, od chwili, w której stało się jasne, że póki co nie potrafię spać w jednym pokoju z taką ilością kolczastych roślin. Wczoraj kupiłam kawę, Anka musiała ją wsadzić do którejś z szafek w kuchni. Szukam, zamiast kawy znajduję kubek. Dobre i to na początek, myślę, będę się tego trzymać. Na blatach, na parapecie, na stole, na podłodze i gazowych palnikach, wszędzie mieszkają tu rzeczy. Gliniany kogut, sześć latarek, w tym jedna czołówka, świece, po co im tyle światła, składana saperka, wiadro, miednica, talerze, jeden płaski, jeden głęboki, gdzie reszta, dwa prodiże, mikrofalówka, klucze, do czego, wyglądają jak do piwnicy, pogrzebacz, wazówki, ciężarki wędkarskie, wielolitrowe butle po wodzie, ściery, flakony, słoiki, orzechy i donice po ziołach. Wszystko w szarym przedświcie miesza się i przenika na końcach. We mnie też trochę wejdźcie, rzeczy, myślę, wejdźcie i przytrzymajcie mnie tutaj. W czasie, którego już nie ma, byłam rośliną z akwarium, ojciec mówił salwinia, tak, salwinia, nią byłam, i jeszcze balonem z helem, który nie trzymał się ręki, wychodziłam na balkon i czekałam, aż mnie zabierze powietrze, szłam przez miasto i nie wiedziałam, w co, w jakie miejsce, w jaki czas, uda mi się trafić, nie wiedziałam, czy w ogóle trafię w jakiś czas, czy czas cały mnie minął. Prawie już nie pamiętam, kim mogłam być wcześniej, ale wciąż wiem, że w czasie, który będę tu teraz zapominać do reszty, byłam torebką foliową, którą widziałam w amerykańskim filmie. Teraz myślę: niech ktoś mi coś włoży do środka, niech dotknę ziemi, nim ziemia mnie dotknie. Dlatego, rzeczy, proszę, wchodźcie we mnie, wcale się was nie boję.
Tymczasem kawy, którą przecież kupiłam, wciąż nie ma. Postanawiam być systematyczna, zaczynam poszukiwania raz jeszcze od lewego górnego kąta, ruch za ruchem, wzdłuż okna.
- Czego szukasz? - To Róża.
- Cześć - mówię. Niech mój wzrok będzie miękki, niech ją tylko nienachalnie omiecie, myślę. - Kawy. Kupiłam wczoraj i dałam Ance. Nie wiesz, gdzie mogła ją wsadzić?
- To ja ją schowałam. - Patrzy na mnie trochę wyzywająco, jakby chciała powiedzieć: to co, zagramy? Chwilę to trwa, potem odwraca się, idzie.