Rozdział pierwszy
Leah
Port w Miami
Powietrze we wnętrzu windy, wypełnionej czterema innymi studentami oraz
ich bagażem, było gorące i wilgotne mimo działającej klimatyzacji. Dało
się też w nim wyczuć woń nie do pomylenia z żadną inną - połączenie
podekscytowania oraz słonej wody.
Na dziesiątym piętrze rozległ się dźwięk dzwonka i rozsunęły się drzwi
windy. Boy hotelowy wysiadł z niej z moim bagażem. Chwila... Na statku też
nazywa się tych pracowników "boyami hotelowymi"? A może to stewardzi
kabinowi? Chyba powinnam się tego dowiedzieć, zważywszy na to, że statek
stanie się moim domem na kolejne dziewięć miesięcy.
- Proszę zaczekać - rzuciłam, podążając za nim. - To nie moje piętro.
- Wszystko się zgadza - zapewnił, rzucając mi uroczy uśmiech przez ramię
odziane w biały uniform. - Pani pokój znajduje się zaraz obok, panno
Baxter.
Zaczęłam przerzucać kartki w teczce, starając się jednocześnie nie
potknąć i nie wpaść na innych studentów tłoczących się na korytarzu
podczas szukania swoich kabin.
- Widzi pan? - Machnęłam boyowi przed nosem kartką z informacjami
dotyczącymi zakwaterowania. - Powinnam być na czwartym piętrze.
Czyli na tym, gdzie mieszczą się kwatery najniższej klasy. Na samą myśl
o tym zaśmiałam się w duchu, w ostatniej chwili unikając zderzenia z przepoconym typem w bezrękawniku z nazwą bractwa, gdy ten ciągnął
walizkę do pokoju po mojej prawej, nie zwracając na nic uwagi.
- Dostałem informację, że powinna się pani znaleźć na tym pokładzie -
poprawił mnie. - Pani współlokatorka już dotarła?
- Trzy dni temu zachorowała na mononukleozę. - Już tęskniłam za moją
najlepszą przyjaciółką, a poczucie winy nie dawało mi spokoju. Miałam
nadzieję, że wypoczywa, a jej mama dobrze się nią opiekuje. Przez
ostatnie dwa lata to ona była przy mnie, gdy najbardziej tego
potrzebowałam, a ja ją teraz zostawiłam. Sama kazała ci to zrobić.
Naprawdę nie mogłam uwierzyć, że udało mi się dotrzeć na statek bez
Rachel, zważywszy na to, że przez ostatnie dwa lata nigdzie się bez niej
nie ruszałam. Cholera, na początku ledwo w ogóle byłam w stanie
wyczołgać się z łóżka.
Ale miała rację - to, że żyłam własnym życiem, nie zmniejszało mojej
miłości do niego. Oznaczało po prostu, że kocham też samą siebie.
- O, nie! Zwrócono jej pieniądze za program? - zapytał boy, czekając, aż
kolejna grupa studentów zajmie swoje pokoje.
- Nie, dotrze do nas na początku przyszłego trymestru. - Dzięki Bogu
program Studia na Rejsie działał na w trybie trymestralnym, inaczej
Rachel musiałaby czekać aż do stycznia, a tymczasem dołączy do reszty
studentów w listopadzie, gdy dobijemy do portu w Abu Zabi.
Abu Zabi. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że dostałam się do programu
całorocznych studiów na międzynarodowym rejsie i moje życie rzeczywiście
teraz tak wygląda. Dotarłam do Miami i niedługo miałam pożegnać się ze
Stanami na całe dziewięć miesięcy. Po prostu nie spodziewałam się, że to
się uda, ani też nie chciałam robić tego na własną rękę.
Choć jeśli spojrzeć na to z innej perspektywy, w końcu to właśnie
dlatego postanowiłam aplikować. Nadeszła pora na opuszczenie strefy
komfortu, w której zakopałam się na dobre dwa lata, a uczestnictwo w tym
programie będzie wyglądało rewelacyjnie na moim zgłoszeniu na późniejsze
studia magisterskie na kierunku stosunków międzynarodowych.
Poza tym nie mogłam oczekiwać, że Rachel będzie prowadziła mnie za
rączkę przez resztę życia.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił steward pokładowy, nieporadnie szukając
karty do drzwi, gdy dotarliśmy na tyły... pardon, na rufę statku.
Dwie rozchichotane dziewczyny w krótkich sukienkach wpadły na mnie i nie
zatrzymując się, rzuciły tylko przeprosiny. W duchu pozazdrościłam im
tej lekkości i śmiechu, gdy wchodziły do pokoju po przeciwnej stronie
korytarza.
- Przepraszam - rzucił steward. - To dopiero mój drugi dzień na statku,
nie ogarnąłem jeszcze do końca tych kart.
Westchnął z ulgą, gdy w końcu poradził sobie z zamkiem.
- Nic nie szkodzi - odparłam, kiedy otworzył przede mną drzwi, po czym
dodałam, zerkając na zieloną naszywkę na jego koszuli: - Dziękuję, Hugo.
- Nie ma za co - rzucił, gdy minęłam go, by wejść do środka.
Jasna. Cholera.
- Ano, to samo sobie pomyślałem - zaśmiał się cicho.
- O, powiedziałam to na głos? - spytałam, choć moją uwagę zaprzątały
teraz marmurowe podłogi i ogromna przestrzeń apartamentu.
W brązowych oczach chłopaka tańczyły iskierki rozbawienia.
- To pani pokój, może pani sobie przeklinać do woli. Garderoba znajduje
się tam. - Wskazał na drzwi po prawej.
"Garderoba"? To jedno pomieszczenie wystarczyłoby mi za całe mieszkanie.
Przestałam zwracać uwagę na to, co mówi chłopak, i po prostu rozpoczęłam
przechadzkę po apartamencie. Po prawej stronie znajdowały się dwie
sypialnie, połączone ze sobą ogromną łazienką z dwiema umywalkami,
prysznicem oraz wanną natryskową. To wszystko na serio?
Im dłużej zwiedzałam apartament, tym bardziej musiałam zbierać szczękę z podłogi. Znajdowały się w nim jeszcze jadalnia ze stołem przeznaczonym
dla sześciu osób oraz salon z miękkimi skórzanymi kanapami i wielkim
telewizorem. Co innego jednak sprawiło, że oniemiałam - do tego stanu
doprowadził mnie widok, jaki rozciągał się za oknami, które tworzyły
całą ścianę. Jak to będzie budzić się tutaj przez kolejne dziewięć
miesięcy? Wychodzić przez ogromne drzwi balkonowe i wygrzewać się na
słońcu?
Myśleć o sobie jako o kimś, kogo rzeczywiście na to wszystko stać?
Apartament był po prostu idealny, ale z pewnością nie należał do mnie.
Gdybym wynajęła tę kabinę, już po tygodniu machałabym na pożegnanie
wszystkim moim oszczędnościom.
- Hugo, nie powinnam tutaj być. Dołączyłam do programu po części jako
pracownik. Mam pokój na czwartym pokładzie.
Steward na moment przestał sprawdzać wyposażenie minilodówki i zerknął
na mnie.
- Tak, wiem. - Potrząsnął głową. - To znaczy, wiem, że bierze pani
udział w programie. Ja też. Ale zapewniam, że to właściwy apartament.
Będzie pani udzielać korepetycji, prawda?
Potwierdziłam skinieniem głowy. To właśnie ta oferta przebudziła mnie z marazmu i przywróciła do świata żywych. Jeśli zgodziłabym się udzielać
korepetycji jednemu ze studentów na Athenie, koszty uczestnictwa w programie, zajęć w terenie oraz zakwaterowania zostałyby pokryte, nie
tylko dla mnie, ale również dla Rachel. Zaraz po tym, jak upewniłam się,
że nie jest to jakiś okrutny żart, uszczypnęłam się, a później wysłałam
zgłoszenie. Rodzice przyjaciółki zgadzali się na jej wyjazd wyłącznie
pod warunkiem, że zrobimy to razem, moi z kolei wciąż spłacali górę
rachunków za leczenie... więc wszystko idealnie się złożyło.
- Więc to pani pokój.
- Niemożliwe - zaprotestowałam, zerkając na żyrandol. Słowo daję, tam
wisiał cholerny żyrandol. - Czyli co, każdemu korepetytorowi dostał się
apartament? Nawet jeśli to statek dla bananowych dzieciaków, jakoś
trudno uwierzyć, że program aż tak wspiera wspólną naukę.
Hugo wyprostował się i posłał mi uśmiech.
- Nie, dostał się tylko pani. Proszę wybrać sobie którąś z sypialni albo
może zerknąć na balkon, a ja w tym czasie mogę zadzwonić do pani
Trenton, jeśli to pomoże rozwiać wątpliwości.
- Byłoby świetnie, dzięki.
Postanowiłam wypróbować opcję numer dwa. Popołudnie powoli dobiegało
końca, jednak w powietrzu wciąż dało się wyczuć męczący skwar.
Przesunęłam ciężkie szklane drzwi i wyszłam na wypolerowaną drewnianą
podłogę. Upały w sierpniu nie były niczym szczególnym w Miami, a dżinsy
nie zaliczały się do najlepszych wyborów na taką pogodę. Upięłam gęste
włosy w niedbały kok na czubku głowy, by odsłonić szyję, a później
ruszyłam w kierunku gładkiej barierki, testując przy tym własne granice.
W końcu o to chodziło w całym tym rejsie, prawda? Z każdym kolejnym
krokiem czułam jednak rosnący ucisk w klatce piersiowej, a gdy
dostrzegłam w dole wodę, oddaloną o kilka pokładów, jej szum aż za
bardzo przypominał wycie wiatru znad kalifornijskiego kanionu, a stanowczo za mało wiaterek z Miami.
Nie teraz. Boże, tylko nie teraz.
Postanowiłam nie ignorować ostrzeżenia wysyłanego mi przez własne ciało
i cofnęłam się znad wywołującej mdłości krawędzi.
Chyba jeszcze nie jesteś na to gotowa.
Tyle że czekało mnie dziewięć miesięcy na statku, więc być może, jeśli
każdego dnia próbowałabym podejść nieco bliżej, w końcu udałoby mi się
to zrobić. Ale póki co... po prostu będę trzymać się bliżej drzwi.
Balkon okazał się piękną przestrzenią z fotelami wypoczynkowymi oraz
widokiem rozciągającym się po prawej stronie... to znaczy, na prawej
burcie statku.
Kilka metrów dalej dostrzegłam innego studenta, opierającego się o barierkę. Miał na sobie jedynie ciemnoniebieskie spodenki w hawajski
wzór, nisko zawieszone na biodrach, co pozwalało mi podziwiać jego
opalone i umięśnione ciało całe w tatuażach.
Bez skrępowania chłonęłam oczami linie wyznaczane przez mięśnie, godny
uwagi ośmiopak oraz to, jak jego wytatuowane bicepsy napięły się, gdy z westchnieniem odepchnął się od barierki i przeczesał dłonią ciemne jak
noc włosy. Po chwili splótł palce na karku.
Był naprawdę przystojny i to nie w zwyczajny sposób, raczej w taki, że
samym spojrzeniem mógłby sprawić, że doszłabym tu i teraz. Cholera,
wyglądało na to, że już jestem w połowie, a on nawet jeszcze na mnie nie
spojrzał.
Co, u diabła, jest z tobą nie tak?
Potrząsnęłam głową i popatrzyłam w inną stronę, bo jaki miało sens
gapienie się na niego i rozbudzanie w sobie pragnienia, skoro był tak
bardzo poza moją ligą, że niemal uprawialiśmy zupełnie inny sport? Poza
tym, co to za sport, który rzeźbi takie ciało? Co to za sport, w którym
każdy mięsień spełnia jakąś ważną funkcję?
Chcąc nie chcąc, jeszcze raz zerknęłam na chłopaka i przyjrzałam się
konturom jego twarzy, idealnie widocznym z miejsca, w którym stałam, i tatuażom, poruszającym się wraz ze skórą przy każdym ruchu.
To nie facet dla ciebie. No ba, ale przecież jeszcze jedna sekunda
wpatrywania się w niego nikomu nie zaszkodzi? Do diabła, przynajmniej
moje libido przypomniało sobie o swoim istnieniu... i właśnie szybowało.
Nieznajomy wyglądał na zatopionego we własnych myślach, jakby niósł na
swoich barkach ciężar godny samego Atlasa. Jakaś część mnie zastanawiała
się, o co taki mężczyzna mógłby się martwić, podczas gdy inna
instynktownie pragnęła go pocieszyć.
I wtedy złapał mnie na tym, że mu się przyglądałam.
Zdusiłam w sobie pierwszy instynkt, by umknąć spojrzeniem, i zamiast
tego zmusiłam się, by utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Przekrzywił
głowę, jakby próbował sobie przypomnieć, czy skądś mnie zna, po czym
lekko się uśmiechnął.
Yep. Stare dobre libido wróciło do gry.
Niech to szlag. On nie był zwyczajnie przystojny - był przepiękny.
Drzwi za jego plecami rozsunęły się i na balkon weszła długonoga bogini
o blond włosach. Odwrócił się w jej stronę i jakby w mgnieniu oka zaszła
w nim jakaś przemiana. Teraz pewność siebie biła z całego jego ciała.
- Gotowy? - spytała. Nawet jej głos brzmiał pięknie.
Odwróciłam głowę, by nie patrzeć dłużej na tę parę. W tej samej chwili
zostałam uratowana przez Hugona otwierającego drzwi.
- Panno Baxter?
- Możesz mówić mi po imieniu - poprosiłam. - Jestem Leah.
- Dobrze. Leah, przyszła pani Trenton. - Przytrzymał dla mnie drzwi, a ja wróciłam do środka, w myślach żegnając się już z luksusem (a także z przystojniakiem na balkonie).
Nad moim stołem w jadalni pochylała się blondynka w średnim wieku w ołówkowej spódnicy. Nad stołem, tyle że nie twoim. Nie przyzwyczajaj
się.
- Panno Baxter - przywitała mnie z uśmiechem i wyciągnęła przed siebie
dłoń, a ja ją uścisnęłam. - Jak rozumiem, pokój nie przypadł pani do
gustu?
Natychmiast poczułam ciepło zalewające policzki.
- Nie, nie, jest niesamowity, uwielbiam go, tyle że powinnam zająć
kabinę wewnętrzną na pokładzie dla pracowników. Być może chodzi o zbieżność nazwisk i na statku znajduje się jeszcze jedna Leah Baxter?
- Nie, nie ma mowy o żadnej pomyłce. Student, którego korepetytorką pani
będzie, poprosił, by umieścić panią w tym apartamencie, żeby była pani
łatwo dostępna. Ma dość wymagający plan dnia.
- Kim jest ten student?
- To Paxton Wilder - odpowiedziała z niegasnącym uśmiechem na twarzy.
- Panno Baxter, którą sypialnię chce pani zająć? - zawołał Hugo z przedpokoju, unosząc moją walizkę.
- Żadną! - odkrzyknęłam. "Łatwo dostępna"? Co on sobie myśli, że będę na
każde jego skinienie? Oby nie, bo nie zamierzam być taka dla nikogo.
- Nonsens. Przenieś rzeczy pani do większej sypialni, skoro jej
współlokatorka dołączy do nas dopiero w listopadzie.
- Nie zgadzam się, ten rejs jest marzeniem Rachel i to jej należy się
większa sypialnia.
- Świetnie, w takim razie zajmie pani pokój z większym balkonem.
Cholera. Czy ja właśnie niechcący zgodziłam się na ten apartament?
- Nie stać mnie na to - przyznałam cicho.
- Cóż, przyjrzę się tej sprawie razem z komisją do spraw stypendiów, a teraz proszę, tutaj jest pani identyfikator. Służy też jako klucz do
pokoju oraz zapewnia dostęp do przywilejów dla gości VIP, takich jak
wcześniejsze zejście z pokładu przed zajęciami w terenie, więc radzę jej
nie zgubić. Smycz powinna w tym pomóc.
Gości VIP? Nie ma takiej opcji, żeby chodziło o mnie, chyba że to dzień
na opak, bo sądząc po stanie mojego konta, jestem raczej przeciwieństwem
VIP-a.
Kobieta podała mi kartę i rzeczywiście dostrzegłam na niej napis:
"Eleanor Baxter, VIP", tuż przy żenującym zdjęciu, jakie zrobiono mi w porcie. Cudownie. Z tymi mdłymi, brązowymi włosami wyglądam jak na fotce
sprzed metamorfozy, które pokazują w reality show.
- Mam nadzieję, że spędzi pani z nami wspaniały rok.
Niby jak, skoro nie stać mnie na żadne z tych udogodnień? Nim jednak
byłam w stanie wydukać z siebie coś elokwentnego, pani Trenton ruszyła w stronę wyjścia.
- Hugo, liczę, że odpowiednio zajmiesz się panną Baxter?
- Oczywiście, proszę pani - odparł w chwili, gdy zamykały się za nią
drzwi.
- Co to miało znaczyć?
- Twoim obowiązkiem jest udzielanie korepetycji panu Wilderowi, moim
bycie twoim pomocnikiem, od tego tutaj jestem.
Pomocnikiem? Dość tego, jak nic wylądowałam w jakiejś alternatywnej
rzeczywistości. Z całych sił postarałam się pozbierać szczękę z podłogi
i w końcu z trudem udało mi się wykrztusić coś na kształt spójnej myśli:
- Który pokój zajmuje pan Wilder?
- Tysiąc trzydzieści dwa.
Nie zdołał nawet dokończyć, a ja już maszerowałam korytarzem z identyfikatorem zawieszonym na szyi.
- Tysiąc trzydzieści dwa - mamrotałam do siebie, mijając dwie pary
drzwi, aż dotarłam do kolejnego narożnego apartamentu i zapukałam.
Z wnętrza dobiegała głośna rockowa muzyka, więc załomotałam jeszcze raz.
- Chwila! - rozległ się donośny męski głos. Chwilę później drzwi
otworzyły się i stanął w nich łysy, barczysty mężczyzna. - W czym mogę
pomóc?
- Ja... szukam pana Wildera.
Zlustrował mnie wzrokiem od stóp do głów, po czym uśmiechnął się pod
nosem.
- Nie jesteś w jego typie, słonko, przykro mi.
O ile wcześniej moje policzki były ciepłe, to teraz nagrzały się tak,
jakby wyskoczyły z cholernego piekarnika.
- Nie mam w planach go zaliczyć, prędzej pomóc mu z zaliczeniami na
studiach. Jestem jego korepetytorką. - Uniosłam nieco smycz, przez co
identyfikator zakołysał się przed twarzą mężczyzny. Słysząc to, otworzył
szerzej oczy.
- A, panna Baxter? Właśnie się zbiera, ale proszę wejść. Wilder! -
krzyknął, zamykając za mną drzwi. - Tak w ogóle to jestem Mały John.
- Miło poznać - rzuciłam, w ostatniej chwili powstrzymując się od
spytania, gdzie zgubił Robin Hooda.
Apartament Wildera okazał się jeszcze większy niż mój, co dosłownie
rozwaliło mi mózg. Po co komukolwiek tyle przestrzeni? Przeszliśmy
korytarzem i dotarliśmy do salonu, na widok którego prychnęłam.
Znajdowało się w nim co najmniej tuzin odzianych wyłącznie w bikini
dziewczyn, rozłożonych na kanapach i popijających coś z czerwonych
plastikowych kubeczków. Wszystko jasne, tyle miejsca zdecydowanie się
przydaje, gdy podróżuje się z własnym haremem.
Przyhamuj z tą krytyką.
Już za późno.
Trudno było mi się powstrzymać, bo postanowiłam dołączyć do programu, by
na poważnie zająć się studiowaniem i przy okazji zwiedzić trochę świata,
tymczasem on... ani trochę.
Zerknęłam w górę i dostrzegłam, że właśnie schodzi po schodach. Może i jeszcze bardziej rozwaliłby mnie fakt, że apartament okazał się
dwupiętrowy, gdybym nie była aż tak oszołomiona widokiem samego Pana
Turbo-Spoza-Mojej-Ligi, kroczącego w moją stronę z szerokim uśmiechem.
Nie. Ma. Kurwa. Mowy.
- Dziewczyna z balkonu?
O, Boże. Widział mnie. I ten głos... Głęboki, nieco zachrypnięty, ale
przede wszystkim seksowny jak diabli, podobnie jak tatuaż: smok wijący
się od serca aż po końcówkę ogona na proszących się o polizanie
mięśniach brzucha.
Żadnego lizania. Ani trochę.
- Hm... hej. - Słodki Jezu, czuję się, jakbym grała w żenującej scenie
rodem z Dirty Dancing, gdy Baby po raz pierwszy spotyka Johnny'ego. - To
nie tak miało być.
Niewiarygodnie seksowny uśmiech na jego twarzy tylko się powiększył.
- A jak? Nie chciałaś się przywitać?
Zamrugałam kilka razy.
- Nie, oczywiście, że chciałam.
- To nie widzę problemu.
Jedna z przechodzących obok imprezowiczek potrąciła mnie, przez co
straciłam równowagę i poleciałam prosto na Wildera, a ten bez trudu mnie
złapał, zaciskając palce na mojej talii. Powinnam była założyć top z grubszego materiału, bo ten aż za bardzo przepuszczał ciepło bijące od
jego dłoni, pobudzając do życia każde zakończenie nerwowe na mojej
skórze.
- Wszystko w porządku? - spytał, wbijając we mnie świdrujące spojrzenie
niesamowicie błękitnych oczu. Magnetycznych. Cudownych. Hipnotyzujących.
Wszystkie te słowa nadawały się, by opisać wariację barw, jaką w nich
widziałam, albo to, jak bez większego wysiłku potrafiły przyszpilić mnie
w jednym miejscu.
Pierwsze wrażenie na temat Wildera okazało się prawdziwe - jednym
spojrzeniem pewnie byłby w stanie sprawić, żebym doszła... i takim właśnie
mnie mierzył, jakby starał się wycelować pocisk prosto między moje uda.
Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, bo uważałam ją za
czystą głupotę, ale chemia i feromony to zupełnie coś innego. O tak,
pożądanie od pierwszego wejrzenia zdecydowanie istniało.
Słowa, Leah. Wykrztuś coś z siebie.
- O, udało ci się znaleźć swoją korepetytorkę. - Mały John klepnął
Wildera po plecach. - Musimy lecieć, więc lepiej się zbieraj.
Chłopak zesztywniał i delikatnie mnie od siebie odsunął.
- To ty jesteś Eleanor Baxter?
- Leah - poprawiłam go z automatu i zahaczyłam kciukami o szlufki w dżinsach.
- Jasna cholera - wypalił, zamykając oczy.
- A z tobą wszystko w porządku?
Skinął głową, wciąż z zaciśniętymi powiekami.
- Staram się właśnie wyrzucić cię w mojej głowie z kategorii lasek do
zaliczenia. Daj mi chwilę.
Że co? Miał jakieś kategorie? Moment. Ledwo poznałam typa, a on już mnie
sfriendzonował? No tak, pamiętaj: spoza twojej ligi.
- Leah - zaczął, otwierając oczy i uśmiechając się lekko, jakby podobało
mu się brzmienie mojego imienia. - To co mogę dla ciebie zrobić?
- Możesz zacząć od wyjaśnienia, dlaczego dostał mi się przeogromny
apartament, na który nie mogę sobie pozwolić, i to podobno na twoje
żądanie, bo najwyraźniej masz tyle władzy, by decydować, gdzie będę
spać? - Skrzyżowałam ramiona na piersi, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że aż cała drżę.
- O, a mam? - spytał z sugestywnym uśmieszkiem.
Najwyraźniej friendzone nie oznaczał, że zamierzał odpuścić sobie
flirtowanie.
Starałam się wbić wzrok gdzieś ponad jego ramieniem, jednak okazał się
za wysoki, więc postanowiłam spojrzeć w bok na stadko dziewczyn. Gdyby
zerwać z nich strzępki materiałów, jakie na sobie miały, może udałoby
się uszyć dla nich cały strój.
- Niestety. Posłuchaj, nie mam nic przeciwko udzielaniu ci korepetycji.
Naprawdę cieszę się, że dostałam się do programu, ale równie dobrze będę
w stanie wywiązywać się z obowiązków, jeśli zatrzymam się na czwartym
pokładzie. Wolę pokój, który przydzielono mi na samym początku. I wolę
go na już.
Wilder szerzej otworzył oczy.
- Rezygnujesz z apartamentu?
Wyprostowałam się na to pytanie.
- Tak.
- Wilder, musimy lecieć - oznajmił Mały John, podając mu jakieś
poplątane czarne pasy.
- Ale to nie w porządku - odparł.
- Stary, dobrze wiesz, że mamy plan. Ekipa jest już gotowa i na nas
czeka.
Paxton machnął w kierunku mężczyzny.
- Spoko, nie o to chodzi, mówiłem do Leah. Nie możesz zrezygnować z apartamentu, należy do ciebie.
- Nie - stwierdziłam, potrząsając głową.
Wkroczył między paski, po czym przeciągnął je przez swoje ciało,
zapinając ostatnim kliknięciem na piersi. Ustrojstwo okazało się czymś w rodzaju uprzęży.
- Leah, apartament został już opłacony.
Chwila. Co takiego?
Mrugnęłam kilkakrotnie, jednocześnie wyobrażając sobie pojękiwanie
rodziców w reakcji na moje zawahanie.
- Panie Wilder... to zbyt wiele. Jedyne, czego mi trzeba, to pokój i biurko. Już same dodatkowe wycieczki to przesada. - Czego on ode mnie
oczekuje w podziękowaniu za tego typu "prezent"? Na co miałabym mu
pozwolić?
- Dla ciebie Paxton albo Pax, jak wolisz. Apartament jest twój.
- Wilder, musimy iść. - Głos Małego Johna poniósł się nad muzyką, a brunetka stojąca obok niego wbijała w nas zniecierpliwione spojrzenie.
- A, tak. Leah, możemy dokończyć tę rozmowę później?
Potrząsnęłam głową w odpowiedzi. Tylko jeden raz uda mi się zebrać na
odwagę. Jeśli teraz odpuszczę, splendor apartamentu, widok z okna, łóżko
i sposób, w jaki wanna z hydromasażem rozluźniłaby obolałe mięśnie,
zupełnie mnie pochłoną.
- Nie, dokończymy ją teraz.
Paxton przekrzywił głowę na bok dokładnie w ten sam sposób, co wcześniej
na balkonie, jednak teraz nie był tym zamyślonym chłopakiem. O, nie,
przede mną stał pewny siebie mężczyzna, emanujący prymitywnym
seksapilem, przez co naprawdę cieszyłam się, że mam na sobie dżinsy.
- Jesteś gotowa na przygodę?
- Co? Przecież biorę udział w tym rejsie, prawda? Co to niby ma
wspólnego z małą willą, do której wrzucono cały mój bagaż?
Przyglądał mi się badawczo, przez co poruszyłam się nerwowo i przeniosłam ciężar ciała na drugą nogę. Przebywanie w obecności tego
faceta zupełnie wytrącało mnie ze z trudem zdobytej równowagi i nie
mogłam sobie na to pozwolić. Nie, kiedy ledwo udało mi się wrócić jako
tako do życia.
- Okej, jeśli wciąż chcesz o tym dyskutować, to musisz iść razem ze mną.
Pasuje ci to?
- Pasuje.
- Panie przodem. - Wskazał w kierunku drzwi, więc ruszyłam w ich stronę,
przedzierając się przez tłum imprezowiczów. Gdy dotarliśmy do Małego
Johna i brunetki, ta wciąż posyłała mi pełne wyższości spojrzenia, jakby
ktoś jej za to płacił.
- Zoe, tym razem zostaniesz, dobra? - rzucił Paxton, zatrzymując się przy
nich. - Zabiorę cię następnym razem.
Dziewczynie opadła szczęka.
- Chyba sobie żartujesz.
- Ani trochę. - Po tych słowach zupełnie ją zignorował i zwrócił się do
pozostałych gości. - Ciąg dalszy na doku, co wy na to? Widzimy się przy
basenie!
Wszyscy zaczęli radośnie skandować, a my wyszliśmy z pokoju.
- Popijawa międzynarodowego bractwa - mruknęłam pod nosem, podążając
korytarzem za szerokimi plecami Małego Johna.
- Nie należę do żadnego bractwa - roześmiał się Paxton, gdy z trudem
wyminęliśmy kilkoro studentów, meldujących się jeszcze do swoich pokoi.
- No dobra, a teraz powiedz mi, co ci nie pasuje w apartamencie? Wygląda
ładnie, nawet sam go sprawdziłem, żeby się upewnić.
Zerknęłam na niego przez ramię.
- Wiesz, że moje stypendium obejmuje też obecność mojej najlepszej
przyjaciółki? Już samo to jest spełnieniem marzeń.
Potrząsnął głową, jakby stwierdził, że zwariowałam.
- Ale apartament to część twojego wynagrodzenia i uwierz mi,
zdecydowanie na niego zarobisz.
Wynagrodzenia? Zarobię? On chyba nie myśli, że będę...
Stanęłam jak wryta, przez co na mnie wpadł, a metalowa sprzączka na jego
piersi wbiła mi się w głowę.
- Rany, wszystko okej? - spytał i spróbował mnie dotknąć, jednak
odsunęłam się, nim był w stanie to zrobić. Jeden raz wystarczył.
- Jestem twoją korepetytorką, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Tylko
tyle. Będziemy się razem uczyć, nic więcej, więc nie ma potrzeby, żebym
miała ogromny apartament... - urwałam i przełknęłam ślinę - z osobną
sypialnią.
- To teraz już wiem, co myślisz - odparł z pełnym niedowierzania
śmiechem. - Leah, wsiadaj do windy.
Wślizgnęliśmy się do małej puszki, a Mały John udawał, że nie słucha, i bawił się paskami od innej uprzęży, próbując zapewnić nam trochę
prywatności.
- A co powinnam sobie myśleć? - spytałam, gdy zaczęliśmy zjeżdżać. -
Dowiedziałam się już, że potrzebujesz, żebym była "łatwo dostępna", więc
wolałam się upewnić, że od samego początku nie będzie między nami
żadnych niedomówień i oboje będziemy wiedzieli, czego oczekujemy od tej
relacji. - Bo jestem pewna jak cholera, że nie będę na każde twoje
zawołanie. A już na pewno nie w wiadomym celu.
- Trudno mi uciec od ludzi, nawet we własnym pokoju - rzucił po prostu,
obserwując, jak na wyświetlaczu zmieniają się piętra. Rozległ się
dzwonek, po którym drzwi windy się rozsunęły. Wyszłam za chłopakiem na
pokład zajmowany przez załogę i podążyliśmy wspólnie aż do zejścia ze
statku.
- A co to ma wspólnego z moim apartamentem? I dlaczego opuszczamy
statek? Przecież mamy odpływać - zerknęłam na zegarek - za dokładnie
piętnaście minut. Nie powiem, wolałabym być na pokładzie, gdy do tego
dojdzie.
- Nic się nie bój, statek nie odpłynie beze mnie, bezpiecznie dostarczę
cię z powrotem na pokład. - Uśmiechnął się szerzej, przez co na jego
twarzy pojawiły się dwa dołeczki.
Cholera. Muszę wymyślić jakiś sposób, by nie poddawać się urokowi tego
faceta, skoro w tym roku mam efektywnie pomagać mu w nauce, a nie uda mi
się to, jeśli będzie robił mi z mózgu papkę. Bo co mnie później czeka?
Musi zdać, inaczej mogę pomachać na do widzenia swojemu stypendium,
podobnie jak Rachel. Sprzed nosa uciekłoby mi też niesamowite
doświadczenie, które przyda się podczas zdawania na studia magisterskie.
Umowa jest umową. Poza tym to tylko ładna buźka, a do tej pory trzeba
było znacznie więcej, by przykuć moją uwagę.
Dobra, od tego momentu nie pociąga cię już Paxton Wilder. Nope. Ani
trochę.
- Uważaj na schodkach - polecił, wyciągając do mnie rękę, gdy zaczęliśmy
schodzić po rampie.
Okej, no może wciąż odrobinę.
Ujęłam zaoferowaną dłoń, bo jednak najbardziej obawiałam się upadku
prosto na twarz. Miał ciepłą skórę i mocny uścisk. Powoli schodziliśmy
po rampie, a gdy zorientowałam się, że dotarliśmy na ziemię, cofnęłam
rękę.
Ani razu się nie poślizgnęłam, nie przeraziła mnie też wysokość. Cuda
się zdarzają.
- Dziękuję - rzuciłam cicho.
- Nie ma sprawy - odparł. Gdy ruszyliśmy niemal pustym terminalem w przeciwnym kierunku, niż przemierzałam go wcześniej tego ranka, dodał: -
Chciałbym, żebyś została w tym apartamencie, i tak, wiem, to samolubne z mojej strony.
- Jak to? - spytałam, dotrzymując mu kroku.
- W szkole nigdy nie szło mi dobrze. Naprawdę nigdy. Potrzebuję jakiegoś
cichego kąta do nauki i mam nadzieję, że wieczorami użyczysz mi do tego
swojego salonu, a oprócz niego też trochę wiedzy, to wszystko.
Załatwiłem ci przydział kabiny obok, żebym nie musiał dużo chodzić, a kiepsko by to wyglądało, gdybym rzeczywiście umieścił cię w swojej.
Obiecuję, że ustalimy sobie plan dnia. Nie oczekuję, że będziesz na
każde moje zawołanie, ale nie ukrywam też, że potrzebuję twojej pomocy.
I to sporo.
Na zawołanie? Zupełnie, jakby czytał ci w myślach.
- Naprawdę przejmujesz się ocenami?
- O wiele więcej od nich zależy, niż mogłoby ci się wydawać. Nie mówiąc
o tym, że twoja praca też.
Nim dane mi było nieco go przycisnąć, Mały John otworzył drzwi
prowadzące na klatkę schodową i poprowadził nas do kolejnej windy,
pogwizdując pod nosem. Drzwi rozsunęły się razem z dzwonkiem i naszym
oczom ukazał się wysoki, smukły, przystojny i wytatuowany chłopak,
opierający się o ścianę. Miał na sobie identyczną uprząż jak Paxton.
- Wszystko na ostatnią chwilę, co, Wilder? - zawołał, rozplątując
ramiona skrzyżowane wcześniej na piersi i wpatrując się prosto we mnie.
- Leah, ten dupek to Landon, mój najlepszy przyjaciel. Nova, poznaj
Leah, moją nową korepetytorkę.
- Ooo. - Uniósł brwi nad oczami o krystalicznie zielonej barwie. - Miło
cię poznać, Leah. Jesteś na to gotowa?
- Tak mi się wydaje - odparłam. - Na tyle, na ile można przygotować się
na rejs dookoła świata.
Landon zmrużył oczy i strzelił spojrzeniem w kierunku Paxtona.
- Wilder...
Ten westchnął. Światło migało między piętrami, gdy wznosiliśmy się coraz
wyżej.
- Leah, pamiętasz, jak przed przyznaniem ci stypendium podpisywałaś
klauzulę poufności?
- Jasne. Chodziło o to, że nie mogę zdradzać tożsamości osoby, której
będę udzielać korepetycji ze względu na jej prywatność.
- Dokładnie. A co ze zgodą na upowszechnianie wizerunku?
Zmarszczyłam czoło. Podpisałam wtedy naprawdę sporo dokumentów.
- Chodzi ci o to, że zgodziłam się na upowszechnienie wizerunku na
zdjęciach i materiałach filmowych? To chyba część mojego stypendium,
mogą być zawarte w materiałach promocyjnych dotyczących programu, tak?
Paxton skrzywił się, słysząc moją odpowiedź.
- Co do tego, to... tak jakby kręcimy właśnie film dokumentalny, a ty,
jako moja korepetytorka, możesz raz czy dwa się w nim przewinąć.
- Film dokumentalny? Na warsztaty filmowe czy coś w ten deseń? I gdy
mówisz "raz czy dwa", masz na myśli...
- Że będzie cię tam sporo. Postaram się trzymać kamery z dala od ciebie,
ale tak czy siak na pewno się w nim pojawisz, o ile oczywiście wciąż
będziesz chciała dawać mi korki.
Od razu zrozumiałam, co miał na myśli - jeśli się nie zgodzę, moja umowa
zostanie rozwiązana, a to oznacza koniec ze stypendium. Koniec z rejsem.
Żadnego Mykonos. Żadnej wspólnej wycieczki z Rachel.
Zrób to dla niej.
Wzięłam głęboki wdech.
- Ile mam czasu na podjęcie decyzji?
- Jakieś dwadzieścia sekund - odparł Landon.
- Że co? - wrzasnęłam.
Paxton wcisnął przycisk alarmowy, by zatrzymać windę.
- Tyle, ile potrzebujesz, ale powinnaś wiedzieć, że twoje wahanie trochę
wstrzymuje wypłynięcie statku.
Zaczęłam ocierać pot z czoła i po raz tysięczny przeklęłam się w duchu
za założenie dżinsów. No dobra, chodzi o jakiś krótki film, kto niby
miałby go zobaczyć? Kółko filmowe na uniwerku, na którym studiują?
- No dobra, zgadzam się.
Paxton wyraźnie się zrelaksował i posłał mi pełen ulgi uśmiech. Winda
ponownie ruszyła.
- Dziękuję.
- Proszę. - Poza tym nie było we mnie nic, co mogłoby kogokolwiek
zainteresować. Będę robiła za tło.
Drzwi rozsunęły się, a pierwsze, co ujrzałam, to kamery w niczym
nieprzypominające amatorskiego sprzętu - prędzej taki, który kosztował
więcej niż samochody moich rodziców razem wzięte. O. Cholera.
- Udawaj, że ich tutaj nie ma - wyszeptał Paxton.
- Pewnie, bułka z masłem.
Ekipa obsługująca kamery usuwała nam się z drogi, gdy podążaliśmy do
celu, którym najwyraźniej była wieża górująca nad terminalem. Powitały
nas szklane ściany, ale i co najmniej tuzin osób dzierżących kamery,
mikrofony oraz światła.
- To nie jest dokument dla studenckiego kółka filmowego, co? - spytałam
cicho.
- Nie.
- Jasne, że nie - wymamrotałam.
- Gotowi? - rzucił Landon do kamery, jakby była prawdziwą grupką fanów.
W mgnieniu oka zmienił się z nadąsanego chłopaczka w prawdziwą gwiazdę,
przez co zaczęłam się zastanawiać, która z jego twarzy jest tą
prawdziwą. - Czeka was tu akcja na światowym poziomie.
- A ty, Wilder? - spytał kamerzysta.
- Urodziłem się gotowy - odparł Paxton, a w jego głosie brzmiała czysta
arogancja. On też przeszedł transformację: teraz był wyluzowanym, pewnym
siebie typem. Poczułam się, jakby ktoś smagnął mnie biczem.
- A co to za świeże mięsko? - zaśmiał się ktoś z ekipy.
- Uważaj na słowa, Lance - odparował Paxton, wskazując na niego palcem.
- Leah może i jest nowa w rodzinie Renegatów, ale ty chyba jeszcze nie
wiesz, że twoja robota zależy od niej.
W pomieszczeniu zapadła cisza i wszystkie oczy nagle skierowały się na
mnie. Nie miałam zielonego pojęcia, o czym mówi Paxton, ale udało mi się
wykrzesać z siebie drżący uśmiech i pomachać w kierunku kamery.
- Hej.
Dramat, Leah.
- Wilder, ustawiliśmy sprzęt tak, że pojedynczy zjazd znajduje się po
lewej stronie, a tandemowy po prawej - oznajmił Mały John, stojący po
drugiej stronie pokoju. Obok niego znajdowały się otwarte szklane drzwi,
prowadzące na taras.
Paxton poprowadził mnie przez tłum, aż znaleźliśmy się na zewnątrz.
Jasna cholera. Ile pięter dzieliło nas od ziemi? I jak oddalone były
od siebie metalowe szczebelki? Na miłość boską, przez szpary pod moimi
stopami byłam w stanie dostrzec chodnik i ludzi na nim.
Widok przed oczami zaczął mi się zamazywać i ciemnieć. To, co jeszcze
przed chwilą było kratą, z każdą sekundą zmieniało się w strome skaliste
zbocze kanionu, setki metrów nad ziemią. Mrugnęłam kilkakrotnie, aż
przed oczami znowu zobaczyłam metal.
- Chyba wrócę do środka - wyszeptałam, cofając się powoli, aż zderzyłam
się plecami z brzuchem Małego Johna i mój oddech przyspieszył.
- Ta jest dla ciebie, Bambi - oznajmił, podając mi uprząż, którą trzymał
w dłoniach.
- Co? - pisnęłam. Nie patrz w dół, skup się na nim.
- Bambi, no wiesz... bo wyglądasz jak łania w świetle reflektorów -
odparł.
- Bambi to jelonek, a poza tym po cholerę mi ta uprząż?
- Po to. - Landon wskazał na dwie grube liny, którym Paxton bacznie się
teraz przyglądał. Prowadziły od czubka wieży aż do... kurwa, niemożliwe...
ściany przy krańcu jednego z basenów znajdujących się na statku. Naszym
statku. Tym, który właśnie znajdował się co najmniej sześć pięter pod
nami. Chłopak uśmiechał się, jakbym właśnie dała mu jakiś prezent. -
Zjeżdżamy tyrolką na imprezę z okazji rozpoczęcia rejsu.
- Nie. Nie ma mowy - rzuciłam, potrząsając głową i próbując wejść z powrotem do wnętrza wieży.
- Wilder, ktoś tu chyba rezygnuje - zawołał Mały John.
Paxton zerknął z miejsca, gdzie najwyraźniej zabezpieczał ustrojstwo,
które miało mnie zabić. Delikatnie złapał mnie za ramię i zaprowadził na
bok wieży. Żadna kamera nie była skierowana w tamtą stronę. Przynajmniej
raz nie skupiałam się na tym, jaki był przystojny, a bardziej zajęłam
sobie głowę tym, jak szybko go zabić i zakopać zwłoki.
- Nie ma opcji, żebym to zrobiła - mówiłam tak szybko, że słowa zlepiały
się w jeden ciąg. - Po pierwsze nawet nie wiem jak, a po drugie, nie
chcę. To czyste szaleństwo.
Nie wspominając nawet o niebezpieczeństwie. I wysokości.
- To świetna zabawa - obiecał i przyklęknął przede mną. - Stań tutaj. -
Ustawił moje stopy.
- Żadna zabawa, to samobójstwo i nie zmierzam brać w nim udziału.
- Jesteśmy całkowicie bezpieczni. Jeszcze jeden krok.
Moje nogi zareagowały, jakby działały na autopilocie, a spojrzenie
miałam wbite w tyrolkę.
- Po co, do cholery, w ogóle to robicie?
- Bo nikt wcześniej tego nie zrobił - odparł, jakby to wszystko
wyjaśniało.
- A pomyśleliście w ogóle, że może był ku temu jakiś powód? Że to zbyt
niebezpieczne? Albo nielegalne?
Paxton roześmiał się, po czym wstał, pociągnął za coś wzdłuż moich nóg i zapiął dookoła talii.
- To naprawdę bezpieczny zjazd, obiecuję. Robiłem go już setki razy, no,
może nie na wycieczkowcu, ale w dżungli, z lotni i tak dalej. Tyrolka to
jedna z lżejszych akcji, jakie mam w repertuarze.
- W takim razie zwariowałeś.
- Już to słyszałem. Ramię?
Wyciągnęłam je przed siebie.
- Tak czy siak, nie zgadzam się. Mam zamiar zejść z tej śmiertelnej
pułapki, inaczej zwanej wieżą, i wrócić nas statek.
- Nie możesz.
- Słucham? - wypaliłam, gdy zapinał sprzączkę na mojej piersi. Jasna
cholera, właśnie skończył wciskać mnie w uprząż. - Jestem dorosłą
kobietą, więc zdecydowanie mogę powiedzieć "nie".
- A, tak, jak najbardziej. Tyle że wejście na statek zostało
zablokowane, a załoga rozpoczęła proceduję odbijania od brzegu, widzisz?
- Wskazał gdzieś za siebie.
Wychyliłam się zza jego szerokich barków, wbijając palce w jego napiętą,
wytatuowaną skórę, by nie wypaść przez barierkę. Nie żartował. Wszystkie
wejścia na statek zamknięto, rampy wciągnięto, a ryk silników docierał
aż tutaj.
- Chyba sobie kpisz.
- Ani trochę - stwierdził, marszcząc nos. Wyglądał przy tym, jakby czuł
cień skruchy. - Słuchaj, Leah, chyba po prostu zrobiłem złe założenie.
Nie sądziłem, że rzeczywiście nie będziesz chciała tego zrobić. Po
prostu kiedy zgodziłaś się ze mną pójść, wydawało mi się, że wiesz, w co
się pakujesz.
- Że co? - Odchyliłam głowę do tyłu. - Bo według ciebie powinnam z automatu domyślić się, że jakiś ktoś wpadnie na pomysł zjazdu tyrolką na
pokład naszego statku?
- No cóż, ja nie jestem jakimś ktosiem - skomentował. - Nie wiesz, kim
jestem?
- O Boże, ciekawe, czy dałbyś radę być jeszcze bardziej arogancki?
- Pewnie.
Prychnęłam w odpowiedzi.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć. I co ja niby mam teraz zrobić?
- Zjechać razem ze mną - odparł z szerokim uśmiechem, od którego na jego
twarzy pojawiały się dołeczki. Dupek. - Będzie fajnie, zobaczysz. Poza
tym teraz to jedyny sposób na dotarcie na statek, bo wypłynie w chwili,
gdy wylądujemy, a lina zostanie odcięta.
- Wilder, musimy zaczynać! - zawołał Landon, zaczepiony już o swoją
linę.
- Czyli co, moje opcje to albo zjechać z tobą po tej piekielnej trasie,
albo wrócić prosto do domu?
- Zawsze możesz dołączyć do nas w następnym porcie. Dobijamy do niego
chyba za cztery dni, co?
- Straciłabym cały tydzień nauki!
- No, na to wygląda. - Wzruszył ramionami.
- Nie. Lubię. Cię. - Wyplułam z siebie każde słowo.
Mały John pojawił się obok z dwoma kaskami. Trzymaj się tej
wściekłości, jest bezpieczniejsza od lęku.
- Ale ja jakby cię lubię, więc to mi wystarcza. Od zawsze miałem słabość
do takich petard jak ty.
On jest niewiarygodny.
- Jazda, dzieciaki - zawołał Mały John.
- No już, pożyj trochę.
- To mi wygląda bardziej jak prosta droga ku śmierci, no chyba że znasz
jakiś niezawodny sposób na to, żebym rzeczywiście była bezpieczna.
Zabrał kask z dłoni kolegi, ściągnął gumkę z moich włosów i przeczesał
mi je palcami.
- Masz niesamowite włosy, Leah.
- A ty niesamowite ego, Paxton - skontrowałam.
Wsunął mi kask na głowę, poprawił paski, po czym spiął je przy brodzie i chwilę później zrobił to samo u siebie.
- Jest coś, na co najbardziej czekasz przy okazji rejsu?
- Na pewno nie na zjazd tyrolką.
- Nie wywiniesz się. Powiedz mi, jaka jest jedna rzecz, której nie
możesz się doczekać?
Przełknęłam ślinę i skupiłam się na tym, o czym rzeczywiście marzyłam
przez ostatnie pół roku.
- Mykonos. To jedna z nieobowiązkowych wycieczek i właśnie tam
chciałabym się znaleźć.
W jego oczach błysnęło zaskoczenie, jednak szybko je ukrył.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Mój ojciec oświadczył się mamie na plaży Kalifatis.
Mama, odkąd pamięta, obawiała się małżeństwa i większych zobowiązań, ale
kiedyś przyznała, że właśnie pobyt z tatą w tamtym miejscu sprawił, że
odrzuciła cały strach i zaakceptowała swoje przeznaczenie. Może to
głupie, ale nie potrafiłam wyzbyć się nadziei, że jeśli też się tam
znajdę, to będzie ze mną podobnie. Tyle że teraz to właśnie podobny
strach wbijał mi stopy w podłoże i próbował odciągnąć jak najdalej od
tyrolki.
- Załatwione. Zabiorę cię na Mykonos.
Wstrzymałam oddech, zdając sobie sprawę z tego, jak kosztowna była ta
wycieczka, i że mój pakiet stypendialny jej nie obejmował.
- Ale dlaczego?
- Bo muszę odstawić swoją korepetytorkę na statek. - Zerknął gdzieś nade
mną i zarozumiały uśmieszek powrócił na jego usta, zaledwie parę sekund
przed tym, jak kamera mignęła tuż obok mojego lewego ramienia. Chwila
prywatności dobiegła końca. - Decyzja należy do ciebie, Petardko, ale
masz jakąś minutę na jej podjęcie.
To już się chyba stało motywem przewodnim tego dnia.
Mój umysł galopował z prędkością miliona kilometrów na godzinę, jednak
zwolnił w chwili, gdy Paxton położył mi dłonie na ramionach, domagając
się niepodzielnej uwagi.
- Jeśli to zrobisz, zabiorę cię na Mykonos. Osobiście dopilnuję, by była
to wycieczka twojego życia, ale musisz zaakceptować warunki umowy.
Korepetycje, apartament, kamery, wszystko.
- A co, jeśli tego nie zrobię?
Przesunął językiem po dolnej wardze i jakkolwiek seksowne by to nie
było, odniosłam wrażenie, że zrobił to nieświadomie, w nerwowym odruchu.
- Zapewnię ci powrót do domu pierwszą klasą na mój koszt i będziesz
mogła wspominać dzisiejszy dzień jako ten, gdy prawie zrobiłaś coś
wyjątkowo głupiego.
- A co wtedy będzie z tobą? Nic, prawda? Po prostu wyciągniesz kolejne
imię z korepetytorskiej tiary przydziału?
Paxton pokręcił głową.
- Wszyscy dostępni korepetytorzy zostali już przydzieleni. Poza tym
zostałaś wybrana specjalnie dla mnie ze względu na swoje zdolności.
Jeśli odejdziesz, prawdopodobnie zawalę rok, a ci wszyscy ludzie -
gestem dłoni wskazał na ekipę zebraną dookoła nas i pochylił się, by
dokończyć szeptem: - stracą pracę.
Poczułam, jakby właśnie złożył mi na ramionach ogromny ciężar i w tej
samej sekundzie zaczęłam się zastanawiać, czy to właśnie o tym myślał,
gdy po raz pierwszy dostrzegłam go tak zadumanego.
- Ile zajmie nam zjazd?
- Maksymalnie pięć sekund.
Moje serce zabiło mocniej, jakby wiedziało już, jaką decyzję podejmę.
Jeśli zamknę oczy, to nim się zorientuję, będzie po wszystkim, co?
Delikatnym ruchem założył mi kosmyk włosów za ucho, odsuwając go poza
paski kasku wiszące przy uszach. Jak mogłabym dać mu do zrozumienia, o jak wiele prosi, bez niepotrzebnego roztrząsania swojej przeszłości i robienia z siebie idiotki? Bez powrotu do tamtej nocy... i następnego
poranka? Bez patrzenia, jak ta pełna zarozumiałości mina nieuchronnie
zmienia się pełną współczucia, ale i chorobliwej ciekawości?
Jak mogłabym kiedykolwiek zostawić przeszłość za sobą, jeśli nie
wsiadłabym na ten cholerny statek? Czy byłoby lepiej, gdybym wciąż
tkwiła w kokonie bezpieczeństwa, zamknięta w sobie? Tak.
Ale co się wtedy stanie z całą tą ekipą? Z ludźmi, którzy stracą pracę?
Uniosłam spojrzenie i utkwiłam je w oczach Paxtona. Przez moment
patrzyliśmy na siebie, bez słowa dzieląc się tym, czego nie czułam od
lat: zaufaniem. On zapewni mi bezpieczeństwo. Z jakiegoś powodu czułam
to w każdym skrawku połatanego ciała.
- To jak będzie, Leah? Jesteś gotowa na przygodę? - spytał, tym razem
miękko, jakby jakimś cudem domyślił się, jak wiele przez niego ryzykuję.
W odpowiedzi wykrztusiłam jedno słowo, o którym wiedziałam, że odmieni...
wszystko.
- Tak.
Rozdział drugi
Paxton
Port w Miami
Powiedziała "tak". Nie spodziewałem się, jak wiele może znaczyć jedno
krótkie słowo, dopóki nie wydobyło się z jej niemal całkowicie
zaciśniętych ze złości ust. Ust, które przykuły moją uwagę już w pierwszej chwili, w której ją ujrzałem. Doprowadziłem ją do platformy,
gdzie czekał już Landon, który znacząco pokręcił głową.
Co najmniej tuzin dziewczyn dałoby się pokroić za to, byśmy mogli razem
zjechać z tego miejsca, i mój przyjaciel doskonale o tym wiedział. Ale
ja kazałem się odwalić praktycznie każdej z nich, włączając w to Zoe, i zabrałem tutaj tę spiętą korepetytorkę w nadziei, że to ją do mnie
przekona. Tyle że Leah wyglądała, jakby udało mi się osiągnąć coś
dokładnie odwrotnego.
Gdy przypiąłem nas do tyrolki, wyglądała na jeszcze bardziej
zestresowaną.
John zabezpieczył sprzęt i dał nam ostatnie wskazówki.
- No dobra, miejsce do lądowania macie oznakowane. Kiedy pociągniecie za
ten pasek, wypniecie się i zaczniecie spadać. Od ziemi będą was dzielić
jakieś trzy metry, ale miejsce jest dobrze napchane pianką, więc nie
macie się o co martwić.
- Chwila, na dodatek wypinamy się i spadamy? - dziewczyna pisnęła i zacisnęła dłonie na uprzęży z taką mocą, że aż pobielały jej knykcie. -
Nic nie mówiłeś o spadaniu. Powiedziałeś, że będzie bezpiecznie.
- Spadniemy na ogromną poduchę, Leah. Albo to, albo uderzymy w ścianę.
Mamy hamulce, one nas spowolnią, więc o nic się nie bój.
- O nic się nie bój, mówi - wymamrotała. - Będzie bezpiecznie, mówi.
Dupek jeden.
- Hej, słyszałem to! - warknąłem. Zazwyczaj zasługiwałem na to miano
dopiero rano, gdy pozbywałem się laski po tym, jak ją przeleciałem. Nie
żebym miał cokolwiek przeciwko numerkowi z Leah. Do diabła, ręce aż mnie
świerzbiły, by położyć je na jej niewiarygodnie idealnym tyłku, ale po
takiej akcji moje szanse na zdobycie w tym roku średniej, jakiej ode
mnie oczekiwano, byłyby równe zeru.
- I dobrze - odwarknęła.
- Ooo, już ją lubię! - zaśmiał się Landon.
- Zamknij się, Nova - zwróciłem się do niego pseudonimem, pamiętając, że
wciąż obserwują nas kamery, i zanotowałem w duchu, żeby uświadomić Leah,
że w pierwszej kolejności nazywamy go "Casanova".
Wpiąłem się pod tyrolkę za Leah i mocno przyciągnąłem do siebie to jej
drobne ciałko. W momencie, gdy nasze ciała się zetknęły, niemal się we
mnie wtuliła, a ja poczułem przedziwną chęć, by otoczyć ją ramionami i zanieść z powrotem na statek - pieprzyć numer, kamery, wszystko. Coś mi
mówiło, że cała ta złość, którą mi okazywała, była tylko przykrywką dla
innego uczucia - strachu.
- Jesteś tego pewna? - spytałem, muskając ustami jej ucho.
- Tak, jest okej - odszepnęła.
Przesunęliśmy się do przodu, aż po krawędź platformy, którą zbudowała
ekipa Renegatów, a wtedy Leah ponownie zesztywniała.
- Ja... ja... kiepsko radzę sobie z wysokością.
Kurwa, teraz mi o tym mówi? Boże, ale ze mnie dupek.
- Powiedz tylko słowo, a wszystko odwołam, Leah. Wykombinujemy, jak cię
przetransportować na pokład.
- Nie. - Całym ciałem dziewczyny wstrząsnął dreszcz, jednak kontynuowała
pewnym siebie, mocnym głosem: - Zrobię to, po prostu... - Zaczęła szybciej
oddychać, więc otoczyłem ją ramionami, prawie kryjąc w nich całą jej
sylwetkę. - Po prostu nie pozwól mi spaść.
Zaufała mi. W moich kończynach rozwinęło się jakieś prawie nieznane mi
uczucie. To była potrzeba, by ją ochronić. Sprawiała, że czułem się jak
ostatni gnój, że namówienie jej do tego zjazdu, a jednocześnie potężny
jak sam Superman, bo mogłem trzymać ją w swoich ramionach.
Tylko dlaczego przeczuwałem, że ta drobna kobietka okaże się moim
kryptonitem?
Pozbyłem się tej myśli z głowy.
- Nie pozwolę, by coś ci się stało. Przyrzekam.
- Okej, miejmy to już głowy.
Wyciągnąłem kciuka w stronę Landona.
- Nova?
- Gotowy! Wilder?
- Jazda z tym!
Rozpędziliśmy się do skoku i nagle znaleźliśmy się w powietrzu. Czułem w żyłach porywający pęd, wyrzut jedynego narkotyku, którego nie potrafiłem
sobie odmówić - adrenaliny.
W pierwszej chwili Leah wstrzymała oddech, jednak po chwili wydała z siebie westchnienie. Nie sięgała dłońmi ku własnym paskom, a moje
ramiona wciąż otaczały ją bezpiecznie w talii. Powinienem był ją
wypuścić, dać nieco przestrzeni, którą nakazywały wymogi bezpieczeństwa,
ale coś mi podpowiadało, że najbezpieczniejsza będzie przy mnie.
A może po prostu zwariowałem i to ja potrzebowałem trzymać ją jak
najbliżej siebie.
Minęliśmy dziób statku, a później mostek, i zbliżyliśmy się do górnego
podkładu. Mocny bas z głośników w miejscu, w którym odbywała się
impreza, rósł z każdym kolejnym metrem, by powitać nas w naszym nowym
tymczasowym domu. Około tysiąca studentów doskonale bawiło się pod nami
i wiwatowało, gdy ich mijaliśmy, chociaż wszystko działo się tak szybko,
że pewnie ledwo nas widzieli.
Strefa lądowania znajdowała się tuż przed basenem - była nią ogromna
poduszka powietrzna z równie wielkim nadrukowanym X-em, jakby
rzeczywiście istniała szansa przeoczenia jej. Mniej więcej w tym samym
czasie co Landon sięgnąłem w bok, by zacząć hamować.
Pociągnąłem za pasek, jednak nic się nie stało.
Przelecieliśmy obok Landona, więc szarpnąłem jeszcze raz. Kurwa.
Nie panikuj. Przesunąłem dłoń do przodu, by użyć zapasowego mechanizmu
hamującego na uprzęży Leah, jednak poddał się ze zbyt dużą łatwością. Co
gorsza, zjeżdżaliśmy teraz jeszcze szybciej.
Strefa lądowania była o jakąś sekundę przed nami, a my wciąż
poruszaliśmy się ze zbyt dużą prędkością. Obiecałeś, że będzie
bezpieczna. Że nic się jej nie stanie. Przy tak szybkim zjeździe
istniało ryzyko uderzenia w poduszkę i odbicia się od niej prosto w tłum, albo co gorsza, wypadnięcia za burtę.
- Umiesz pływać? - krzyknąłem, ściskając ją mocniej.
- Tak? - odpowiedziała.
- To dobrze! - Strefa lądowania zniknęła za nami, nim w ogóle zdążyliśmy
odetchnąć. - Wstrzymaj oddech!
Poczułem, jak jej klatka piersiowa się unosi. Zaraz przed tym, jak
dotarliśmy do basenu, chwyciłem za obydwa paski, o których wcześniej
wspominał Mały John, i szarpnąłem za nie z całej siły, modląc się, by
zadziałały. Linki puściły.
A my spadliśmy.
Przyciągnąłem ją mocno do siebie i uniosłem kolana, by przyjąć na siebie
siłę uderzenia.
Kurwa, to zaboli.
Uderzyliśmy o taflę wody tak mocno, że aż zdziwiło mnie, że się od niej
nie odbiliśmy. Zaparło mi dech w piersiach, a po całych plecach rozszedł
się ból, jednak nie wypuściłem Leah z objęć aż do momentu, gdy dotknąłem
tyłkiem dna. Dopiero wtedy z całej siły wypchnąłem ją do góry, by mogła
wypłynąć na powierzchnie.
Z każdym wymachem nóg zbliżałem się w stronę słońca, aż wreszcie byłem w stanie napełnić płuca czystym, słodkim powietrzem.
- Wszystko dobrze? - spytałem Leah, która dryfowała obok. Miała szeroko
otwarte oczy i urywany oddech, jakby była na granicy hiperwentylacji. -
Leah?
Zmniejszyłem dystans między nami i przyciągnąłem ją do siebie, holując
nas oboje w kierunku płycizny, aż byłem w stanie dotknąć stopami dna.
Jej usta otwierały się i zamykały, jednak nie wydobywał się z nich żaden
dźwięk.
- Stary, to było epickie! - wrzasnął jakiś student znad basenu, przez co
stałem się aż nadto świadomy, że wszyscy nas obserwowali.
- Renegaci! Renegaci! - skandował tłum.
Po raz pierwszy w życiu nie posłałem do kamery swojego dzikiego
renegackiego uśmieszku ani nie wyrzuciłem rąk w górę w geście
zwycięstwa. Zamiast tego chwyciłem twarz Leah w swoje dłonie i przechyliłem nieco jej podbródek, by spojrzeć w te oczy o barwie whisky.
- Leah, powiedz coś. Cokolwiek.
Głęboko nabrała tchu i przestała drżeć, gdy uniosła ręce do mojej
piersi.
- Jesteś. Prawdziwym. Dupkiem.
Chyba można zaliczyć to jako "cokolwiek".
Chwilę później popchnęła mnie do tyłu, a ja poślizgnąłem się i wpadłem
pod wodę, smarkając nią, gdy wynurzyłem się z powrotem na powierzchnię.
Pozbierałem się i podążyłem za Leah wychodzącą z basenu. Mokra koszulka
otulała wszystkie jej drobne krągłości, a dżinsy przylepiły się do ud.
Czemu, do diabła, w ogóle miała na sobie dżinsy w taką pogodę?
Ale chyba wszystko było z nią w porządku? Nie kulała, więc raczej
sprawdziłem się jako poduszka przyjmująca na siebie całą siłę uderzenia.
Tak czy siak, wyglądała na całą. Wkurwioną, ale całą.
- Wilder, twoja kolej! - krzyknął Bobby gdzieś znad krawędzi basenu.
Miał słuchawkę w uchu i podkładkę w dłoni.
Zdjąłem kask, odgarnąłem włosy z twarzy i zmusiłem się, by ruszyć w przeciwnym kierunku niż Leah - ku scenie, na której tuż obok DJ-a stał
już Landon, przyćmiewając drobną postać Penny. Z głośników wydobywał się
głęboki rytm i zazwyczaj ten moment był szczytem mojego haju, bo kolejny
numer zakończył się powodzeniem. Wszyscy, których mijałem, nieważne, czy
faceci, czy dziewczyny, dotykali mnie albo poklepywali po plecach, gdy
szedłem w stronę podwyższenia.
Przykleiłem na twarz sztuczny wilderowy uśmiech, pokonując jednocześnie
po dwa stopnie.
- Chcę widzieć tu cały kurewski sprzęt, mój i Leah - syknąłem cicho do
Bobby'ego, kiedy go mijałem.
Otworzył szerzej oczy, ale skinął głową.
- Jasne, Wilder. Ktoś z ekipy zaraz je ogarnie.
Potrzebowałem rozkręcić na czynniki pierwsze każdy z systemów
hamulcowych i dowiedzieć się, dlaczego, do cholery, obydwa zawiodły.
Boże, ten numer mógł skończyć się tragicznie. Mogłem właśnie nieść Leah
do punktu medycznego, by nastawili jej złamane kości albo, co gorsza,
zdrapywać jej skórę ze ściany, do której przymocowany był koniec liny.
Penna posłała mi szeroki, olśniewająco biały uśmiech i uniosła dłoń, by
zbić ze mną piątkę, jednak nie umknął mi niepokój malujący się w jej
oczach. Przyciągnąłem ją do siebie w czymś, co dla innych miało wyglądać
jak uścisk świętujących przyjaciół, układając przy tym dłonie nad talią
dziewczyny. Trzymanie jej w ten sposób, gdy miała na sobie bikini, od
zawsze wydawało mi się trochę niezręczne.
- Wszystko gra? - wyszeptała.
- Taaa. Po wszystkim musimy się spotkać. Bez kamer.
Skinęła głową i odsunęła się z uśmiechem, po czym uniosła mikrofon.
- To dopiero była jazda bez trzymanki, co? - spytała, zarażając śmiechem
wszystkich zebranych.
Tłum studentów zaryczał, a Landon wyrzucił dłonie do góry w geście
zwycięstwa, choć uniósł brwi, gdy spojrzał w moją stronę.
- Później - rzuciłem bezgłośnie, na co skinął głową.
Penna podała mi mikrofon. Nadeszła moja kolej.
- Jak tam, Renegaci?
Widzowie oszaleli, a ja posłałem im uśmieszek, z którego byłem znany.
- W razie, gdybyście jeszcze się nie połapali, ja jestem Wilder, ten
tutaj to Nova - wskazałem na Landona, który uniósł pięść - a to Rebel. -
Penna pomachała w charakterystyczny dla siebie sposób. - Razem tworzymy
ekipę Renegatów.
Z tłumu dobiegły kolejne wiwaty.
- Tak sobie pomyśleliśmy, że skoro letnie rozgrywki X Games1
dobiegły końca, zrobimy sobie przerwę od zdobywania medali i odwalania
różnych akrobacji, które później oglądacie na YouTubie, i zamiast tego
popłyniemy z wami w rejs dookoła świata. Na całe szczęście sponsorzy nie
mieli nic przeciwko. I co wy na to?
Ludzie zaczęli wrzeszczeć, a wtedy Landon postanowił dodać coś od
siebie.
- No, ale nie oczekujcie żadnych pojebanych numerów na pokładzie,
obiecaliśmy się zachowywać.
- I jak sami widzicie, dotrzymują słowa - wtrąciła Penna, a tłum ryknął
śmiechem.
Statek wypłynął z portu. Landon oddał mi mikrofon.
- To co, ziomeczki, jesteście gotowi na przygodę życia? - spytałem,
rzucając sloganem, którego często używaliśmy.
- Jesteśmy gotowi!
- Aj, wy nasi mali Renegaci! - droczyła się Penna z uśmiechem na ustach.
- Czas rozkręcić tę imprezę! - wrzasnąłem i dałem znak DJ-owi.
Muzyka ponownie rozbrzmiała w powietrzu, równie głośno, co wcześniej, a studenci zaczęli tańczyć i wymachiwać drinkami. Oddałem mikrofon, po
czym skinąłem do Penny i Landona, by przeszli ze mną na bok sceny, nim
dorwą nas kamery.
- Co tam się stało, do kurwy nędzy? - spytał z powagą Landon, od razu
przechodząc do sedna.
- Hamulce zawiodły. Obydwa.
Spojrzeliśmy na siebie znacząco.
- Uprzedzając twoje pytanie, sprawdziłem obydwa jeszcze w pokoju, zanim
w ogóle wyszliśmy na wieżę.
- Ale przed czy po tym, jak sprowadziłeś tu swoją kolejną gwiazdkę? -
rzuciła Penna. - Nie była częścią planu, a ty dobrze wiesz, że
nienawidzę takich niespodzianek.
- To tylko moja korepetytorka i z kolei wy obydwoje dobrze wiecie, że
jeśli ona w pełni się nie zaangażuje, to będę miał przejebane. Zresztą,
wszyscy będziemy mieli. Liczyłem na to, że dzięki temu uda mi się
przeciągnąć ją na naszą stronę.
- No i ten pomysł okazał się strzałem w kolano, bracie - skomentował
Landon.
- Powiedz mi coś, o czym nie wiem. Słuchajcie, nie chcę brzmieć jak
paranoik, ale dopóki nie dostanę tych części i nie ustalę, co pominąłem,
to każde z nas samo zajmuje się własnym sprzętem. Umowa stoi?
Przyjaciele skinęli głowami. Na pewno nie spartoliłem sprawy ze sprzętem
i obydwoje o tym wiedzieli, ale żadnemu z nas nie przeszła przez gardło
ta inna opcja. Nie chciałem nawet myśleć, że ktoś celowo miałby
sabotować numer, tym bardziej, gdy brała w nim udział Leah. To była
chyba najłatwiejsza akcja, na jaką postawiłem w ciągu ostatnich dwóch
lat, ale z łatwością mogła się przerodzić w tę z najgorszym
zakończeniem.
- Od teraz mamy oczy dookoła głowy. Spotkajmy się później, żeby
przedyskutować następną miejscówkę. I ani słowa o tym przed kamerami.
Ani przy Leah. - Wbijałem w nich spojrzenie aż do chwili, gdy
potwierdzili skinieniami głów.
- Wilder!
Bobby truchtał w naszą stronę, a jego czoło przecinała duża zmarszczka.
Od około roku zajmował się produkcją naszego dokumentu i przez cały ten
czas nigdy nie widziałem go zestresowanego.
- Co tam?
- Sprzęt zniknął. Nie wiem, kto go zabrał, ale teraz została tylko lina.
Ten Novy wciąż wisi, ale obydwa twoje zniknęły.
- Kurwa.
- Patrzą na nas - mruknęła Penna, wskazując w miejsce za mną, w którym
zebrała się już ekipa filmowa.
- Na dziś to wszystko. Możecie nakręcić trochę materiału z imprezy, ale
ja wracam do pokoju, żeby się upewnić, że mam wszystko gotowe na
jutrzejsze zajęcia - oznajmiłem.
- Zajęcia, jeeej... - skomentowała Penna, ironicznie klaszcząc w dłonie.
Landon przewrócił oczami i odszedł, bez wątpienia po to, by znaleźć
kolejną dziewczynę, którą wpisze na swoją listę podbojów. W normalnej
sytuacji miałbym daleko gdzieś życie erotyczne przyjaciół, ale w tym
temacie Landon balansował już na granicy autodestrukcji. Z każdym
kolejnym numerkiem staczał się coraz bardziej, a jego oczy stawały się
ciemniejsze i coraz bardziej puste, a ja nie miałem w tej kwestii nic do
powiedzenia - nie, dopóki nie uda mi się naprawić tego, co sam w nim
zepsułem... o ile było to jeszcze w ogóle możliwe.
Ekipa postanowiła zrobić to, do czego ich zachęciłem, i poprzyglądać się
trochę studentkom w strojach kąpielowych, tym samym zostawiając mnie z Penną na odległym krańcu sceny.
Przesunąłem wzrokiem po zgromadzonym tłumie, mimo że dostrzeżenie jej
wśród tysiąca innych osób graniczyło z cudem.
- Poszła sobie - oznajmiła z uśmieszkiem Penna.
- Muszę sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Coś mi się zdaje, że
spierdoliłem po królewsku, namawiając ją na ten zjazd. Ani przez chwilę
nie przeszło mi przez myśl, że aż tak ją to przerazi.
- Nie każdy jest zbudowany z tej samej gliny, co my, Pax. Większość
będzie z uwagą oglądać nasze numery, skoki na motorach, szalone zjazdy
na nartach, ale sami w życiu nawet ich nie spróbują. Poza tym po tym, co
usłyszałam u ciebie w apartamencie, ona nie do końca wie, kim jesteś.
Wygląda na to, że blask sławy wielkiego Paxtona Wildera nie spłynął
jeszcze na wszystkich.
Uniosłem dłonie w geście poddania.
- Dobra, załapałem.
- A poza tym, jeśli chciałbyś zapewnić dziewczynie prywatność, to może
nie wciągaj jej swoje popisy kaskaderskie, dupku.
- Jasna sprawa, mamusiu.
Przyjaciółka wierzchem dłoni pacnęła mnie w pierś.
- I nie wchodź do jej pokoju frontowymi drzwiami, tylko rozsiejesz
niepotrzebne plotki, a wątpię, czy marzy jej się niepotrzebne
zainteresowanie, więc po prostu przechodź przez balkon.
- Dobry plan. Co ja bym bez ciebie zrobił?
Penna położyła głowę na moim ramieniu.
- Na szczęście nigdy się tego nie dowiesz, a teraz spadaj. Jeśli uda ci
się wtopić w tłum na tyle, by kamery złapały kilka dobrych ujęć, później
będziesz mógł wymknąć się przy barze, żeby sprawdzić, jak się ma.
- Dzięki - rzuciłem, przytulając ją do siebie.
- Nie ma za co - stwierdziła, gdy się od siebie odsunęliśmy. - No,
dziewczyna była przerażona, ale coś mi mówi, że jest silniejsza, niż ci
się wydaje.
- Czemu tak myślisz?
Leah drżała, ledwo oddychała, a kiedy uderzyliśmy o taflę basenu, jej
twarz miała bledszy odcień niż większość moich prześcieradeł.
- Przede wszystkim zdecydowała się wziąć udział w zjeździe. Mogła
odmówić i zażądać, żebyś zabrał ją z powrotem na statek i dobrze wiesz,
że byś to zrobił, a jednak tak się nie stało. Zaufała ci i pozwoliła
przypiąć się do liny.
- I patrz no, co z tego wyszło.
- Dowiemy się, co się stało ze sprzętem, musimy go po prostu znaleźć.
Założę się, że ktoś z ekipy go zabrał przed Bobbym. Nie przejmuj się tym
na zapas.
Naprawdę miałem nadzieję, że to prawda, i że cała sytuacja okaże się
tylko głupim wypadkiem przy pracy, którego bez trudu będzie można
uniknąć w przyszłości. Z tyłu głowy coś mi jednak podpowiadało, że wcale
tak nie było, tyle że sam nie wiedziałem, skąd się brało to przeczucie.
- Dobra, lepiej znajdźmy ten sprzęt. Pogadamy później. - Odwróciłem
twarz w kierunku imprezującego tłumu i zacząłem szukać najszybszej drogi
do wyjścia.
- Pax, ona nawet nie wrzasnęła.
- Co? - spytałem, zerkając na Pennę jeszcze raz.
- Ani w trakcie zjazdu, ani nawet kiedy wypiąłeś ją nad basenem.
Spadaliście, a ona nie wydała z siebie dźwięku. Może i była przerażona,
ale nie dała tego po sobie poznać. Pamiętaj o tym, gdy będziesz
przepraszał.
- A skąd wiesz, że będę przepraszał? - Nigdy mi się to nie zdarzało.
Słowo "przepraszam" nie istniało nawet w moim słowniku. Po co żałować
czegokolwiek, gdy wszystko, co się dzieje w życiu, prowadzi do obecnej
chwili? Kształtuje osobę, którą się jest? Nawet największy błąd jest po
prostu kolejną nicią na płótnie zwanym życiem.
- Widziałam, jak na nią patrzysz. Uwierz mi, jeśli nie przeprosisz
teraz, z pewnością kiedyś zrobisz to za coś innego.
Nie znosiłem w Pennie tylko jednego - prawie nigdy się nie myliła.
Rozejrzałem się po korytarzu, po czym zapukałem do apartamentu Leah.
Penna miała rację, nie chciałem, by korepetytorka stała się bohaterką
jakiejś durnej plotki, ale nie mogłem też wparować do niej przez balkon
- nie po tym, jak zarzuciła mi, że chcę mieć do niej "łatwy dostęp".
Drzwi otworzyły się na oścież i stanęła w nich Leah. Była świeżo po
prysznicu, miała na sobie białą bokserkę i spodnie od piżamy, a jej oczy
ciskały w moją stronę gromy. Jasna cholera, czy ona naprawdę musiała
mieć takie zabójcze ciało? Czemu nie mogła być po prostu przeciętna albo
wredna? To, jak bardzo mnie pociągała, było naprawdę nie na miejscu.
- Czego chcesz, Wilder? - spytała, krzyżując ramiona na idealnych
piersiach. Tyle że nie patrzyłem w ich stronę, o nie. Wpatrywałem się w jej twarz, nigdzie indziej. Wspięła się na palce, by spojrzeć ponad moim
ramieniem. - A gdzie się podział zastęp kamer i ubóstwiających cię
fanów?
Skrzywiłem się na te słowa.
- Żadnych kamer i fanów. Mogę wejść?
Wyzywająco uniosła brew.
- A co, jeśli powiem, że nie?
- To będę siedział na progu, aż dogonią mnie tu wcześniej wspomniane
kamery i ubóstwiający fani.
Prychnęła w odpowiedzi, ale cofnęła się i wpuściła mnie do środka. Drzwi
zatrzasnęły się za nami, a później przeszliśmy do salonu, który był
mniejszy, a jednocześnie o wiele bardziej przytulny niż mój. Przesunąłem
dłońmi po wciąż wilgotnych spodenkach, by upewnić się, że nie ścieka z nich woda, na której mogłaby się później poślizgnąć.
- Podoba mi się twój pokój.
- To dobrze, skoro uparłeś się, by za niego zapłacić. Ile mamy czasu,
zanim zjawi się tu ekipa filmowa i zażąda, żebym ich wpuściła? Bo nie
zamierzam tego zrobić. Nie na to się pisałam, Wilder.
- Paxton - poprawiłem ją. - Dla reszty świata może i jestem Wilderem,
ale skoro będziemy spędzać ze sobą mnóstwo czasu, wolałbym w twoim
towarzystwie nie grać pod publiczkę, o ile nie masz nic przeciwko.
Cholera, zabrzmiało to o wiele mocniej, niż planowałem. Coś w tej
dziewczynie sprawiało, że w każdej komórce ciała czułem napięcie, przez
co zapominałem o wyluzowaniu i opanowaniu, jakie przez ostatnich kilka
lat dopracowywałem w pocie czoła do perfekcji. Wystarczyło jedno
spojrzenie na jej skrzyżowane ramiona, by wiedzieć, że ta dziewczyna, ta
zagadka, zbudowała wokół siebie gruby mur. Mur, który desperacko
pragnąłem zburzyć, by ją uszczęśliwić i by chociaż odrobinę przejęła się
tym, czy zdam, czy zawalę rok.
- I żadnych kamer. Nie wolno im tu przychodzić. Twój pokój jest
całkowicie poza zasięgiem ekipy filmowej.
Nieco rozluźniła ramiona, co odczytałem jako oznakę ulgi.
- No cóż, dziękuję, że wziąłeś to pod uwagę.
- Możesz też przekazać swojej współlokatorce, że nie ma się o co
martwić.
Leah potrząsnęła głową, a mokre kosmyki włosów przesunęły się po jej
koszulce.
- Rachel dotrze tutaj dopiero w następnym trymestrze. Złapała
mononukleozę.
Cholera. Trzy długie miesiące. Jak, u diabła, mam sprawić, że Leah
będzie tutaj zadowolona aż do przyjazdu Rachel? Pennie udało się odkryć,
że były praktycznie nierozłączne. Co, jeśli Leah mnie znienawidzi i wyjedzie przed końcem trymestru? Szansa na to, że mój dokładnie
przemyślany plan trafi szlag, okazała się całkiem duża.
- Więc jesteś tutaj sama? Nie będziesz się czuła samotna?
Zaczęła pocierać ramiona.
- Mam się świetnie. Poza tym, jeśli będziesz potrzebował się pouczyć, to
racja, mój pokój to najlepsze miejsce, bo jeśli nie będę musiała, nawet
nie zamierzam zbliżać się do kamer.
Poczułem, jak moje mięśnie nieco się rozluźniają, gdy dotarło do mnie,
że nie ma zamiaru wykręcić się z umowy.
- Rozumiem.
- To dobrze. Dostałeś już plan zajęć? Chciałabym wiedzieć, na co jesteś
zapisany.
- Mamy takie same przedmioty.
Leah wyglądała, jakby opadła jej szczęka.
- Jak to w ogóle możliwe?
- Musiałem się upewnić, że będziesz w stanie mi pomóc albo przynajmniej
robić notatki, jeśli opuszczę jakieś godziny. - Bo tak to wszystko
zaplanowałem.
- Przespałeś się z babką z dziekanatu czy co? Jak ci się to w ogóle
udało? Albo wiesz, chyba nawet nie chcę wiedzieć. Jutro o dziewiątej
mamy seminarium. Uda ci się na nie dotrzeć czy masz w planach śmigać za
statkiem na nartach wodnych?
- To nawet nie... - Moment. Ciekawe, czy rzeczywiście mogłoby się to udać?
Gdyby tak użyć wystarczająco długiej liny i wystartować z....
- Niewiarygodne. Ani trochę mnie nie dziwi, że potrzebujesz korepetycji.
Zgubiłeś wszystkie szare komórki na tych gównianych numerach, które
wykręcasz. Powiedz mi tylko, jesteś tutaj wyłącznie dla kanału
Renegatów?
Otworzyłem szerzej oczy.
- Wydawało mi się, że nie wiesz, kim jestem?
Wywróciła oczami w odpowiedzi.
- Daj spokój. Nie odbiliśmy jeszcze na tyle daleko od portu, żeby
zabrakło nam internetu, a nie da się w nim znaleźć zbyt wielu Paxtonów
Wilderów. Wujek Google całkiem nieźle radzi sobie z wyszukiwaniem ludzi.
Przełknąłem ślinę i zacząłem się zastanawiać, jak wiele wie.
- No, to czego się dowiedziałaś?
- Że razem z kilkorgiem znajomych prowadzisz kanał na YouTube, wszyscy
macie jakieś śmieszne ksywki, zdobyliście kilka medali na X-Games w konkurencjach z motocrossem, czy tam skuterem śnieżnym.
- Właściwie to w obydwu - poprawiłem z automatu.
- To świetnie. Najwyraźniej uwielbiasz rzucać się z klifów czy budynków
i ogólnie sprawdzać, co cię w końcu zabije. A ja mam za zadanie sprawić,
że zaliczysz ten rok akademicki, podczas gdy ty będziesz rozbijał się
tak jak zwykle, tyle że po całym świecie.
Kurwa. Całkiem szybko poskładała sobie wszystko w całość.
- Skąd ta myśl?
- No cóż, nie sądzę, że te ekstremalnie drogie kamery kręcą właśnie
nudny reality show o twoim studenckim życiu, więc jedynym sensownym
wyjaśnieniem jest to, że zamierzasz zadbać o to, żeby wasz kanał poznali
widzowie z innych krajów. No chyba że chodzi o coś jeszcze.
- Tak - przyznałem zgodnie z prawdą. - Niektóre z naszych numerów nie są
do końca legalne w Stanach, więc stwierdziliśmy, że to świetny czas na
nakręcenie dokumentu. Czego jeszcze się dowiedziałaś?
- Że preferujesz długonogie blondynki o dosyć zaburzonych proporcjach
biustu do talii, ale nic mi do tego. Bez wątpienia będziesz miał z czego
wybierać, a ja jestem zupełnie bezpieczna, bo nie wpisuję się w te
kryteria.
- Wow, kiedy niby dałem...
Wyrzuciła dłonie w powietrze.
- Nie dałeś, tego po prostu sama się domyśliłam. Słuchaj, już mnie
dzisiaj prawie zabiłeś, wrzucając do tego ogromnego basenu, i wiem już,
że utknęłam z tobą, jeśli chcę zostać na statku do końca rejsu.
Rozumiem, na co się zdecydowałam, ale chcę, żeby była między nami
jasność. Nigdy więcej nie mam zamiaru angażować się w to, co robisz.
Dzisiaj był pierwszy i ostatni raz. Ciebie i mnie łączą tylko wspólne
interesy, jasne?
Powoli skinąłem głową.
- Jasne. - Co się właśnie, do kurwy, wydarzyło?
- Świetnie. A teraz możesz sobie iść. Widzimy się jutro na seminarium. -
Podeszła do drzwi, otworzyła i stała przy nich, aż wyszedłem. Wtedy
zamknęła je z głośnym kliknięciem przekręcanego zamka.
W połowie drogi do własnego pokoju zacząłem się śmiać. Mała Eleanor
Baxter zrobiła coś, na co żadna inna dziewczyna w moim życiu się nie
odważyła - najzwyczajniej w świecie mnie wykopała.
Wiedziałem, że polubiłem ją z konkretnego powodu.