Renegaci. Wilder. Renegaci - Rebecca Yarros

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Leah

Port w Miami

Powie­trze we wnę­trzu windy, wypeł­nio­nej czte­rema innymi stu­den­tami oraz ich baga­żem, było gorące i wil­gotne mimo dzia­ła­ją­cej kli­ma­ty­za­cji. Dało się też w nim wyczuć woń nie do pomy­le­nia z żadną inną - połą­cze­nie pod­eks­cy­to­wa­nia oraz sło­nej wody.

Na dzie­sią­tym pię­trze roz­legł się dźwięk dzwonka i roz­su­nęły się drzwi windy. Boy hote­lowy wysiadł z niej z moim baga­żem. Chwila... Na statku też nazywa się tych pra­cow­ni­ków "boy­ami hote­lowymi"? A może to ste­war­dzi kabi­nowi? Chyba powin­nam się tego dowie­dzieć, zwa­żyw­szy na to, że sta­tek sta­nie się moim domem na kolejne dzie­więć mie­sięcy.

- Pro­szę zacze­kać - rzu­ci­łam, podą­ża­jąc za nim. - To nie moje pię­tro.

- Wszystko się zga­dza - zapew­nił, rzu­ca­jąc mi uro­czy uśmiech przez ramię odziane w biały uni­form. - Pani pokój znaj­duje się zaraz obok, panno Baxter.

Zaczę­łam prze­rzu­cać kartki w teczce, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie nie potknąć i nie wpaść na innych stu­den­tów tło­czą­cych się na kory­ta­rzu pod­czas szu­ka­nia swo­ich kabin.

- Widzi pan? - Mach­nę­łam boy­owi przed nosem kartką z infor­ma­cjami doty­czą­cymi zakwa­te­ro­wa­nia. - Powin­nam być na czwar­tym pię­trze.

Czyli na tym, gdzie miesz­czą się kwa­tery naj­niż­szej klasy. Na samą myśl o tym zaśmia­łam się w duchu, w ostat­niej chwili uni­ka­jąc zde­rze­nia z prze­po­co­nym typem w bez­rę­kaw­niku z nazwą brac­twa, gdy ten cią­gnął walizkę do pokoju po mojej pra­wej, nie zwra­ca­jąc na nic uwagi.

- Dosta­łem infor­ma­cję, że powinna się pani zna­leźć na tym pokła­dzie - popra­wił mnie. - Pani współ­lo­ka­torka już dotarła?

- Trzy dni temu zacho­ro­wała na mono­nu­kle­ozę. - Już tęsk­ni­łam za moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, a poczu­cie winy nie dawało mi spo­koju. Mia­łam nadzieję, że wypo­czywa, a jej mama dobrze się nią opie­kuje. Przez ostat­nie dwa lata to ona była przy mnie, gdy naj­bar­dziej tego potrze­bo­wa­łam, a ja ją teraz zosta­wi­łam. Sama kazała ci to zro­bić.

Naprawdę nie mogłam uwie­rzyć, że udało mi się dotrzeć na sta­tek bez Rachel, zwa­żyw­szy na to, że przez ostat­nie dwa lata ni­gdzie się bez niej nie rusza­łam. Cho­lera, na początku ledwo w ogóle byłam w sta­nie wyczoł­gać się z łóżka.

Ale miała rację - to, że żyłam wła­snym życiem, nie zmniej­szało mojej miło­ści do niego. Ozna­czało po pro­stu, że kocham też samą sie­bie.

- O, nie! Zwró­cono jej pie­nią­dze za pro­gram? - zapy­tał boy, cze­ka­jąc, aż kolejna grupa stu­den­tów zaj­mie swoje pokoje.

- Nie, dotrze do nas na początku przy­szłego try­me­stru. - Dzięki Bogu pro­gram Stu­dia na Rej­sie dzia­łał na w try­bie try­me­stral­nym, ina­czej Rachel musia­łaby cze­kać aż do stycz­nia, a tym­cza­sem dołą­czy do reszty stu­den­tów w listo­pa­dzie, gdy dobi­jemy do portu w Abu Zabi.

Abu Zabi. Wciąż nie mogłam uwie­rzyć w to, że dosta­łam się do pro­gramu cało­rocz­nych stu­diów na mię­dzy­na­ro­do­wym rej­sie i moje życie rze­czy­wi­ście teraz tak wygląda. Dotar­łam do Miami i nie­długo mia­łam poże­gnać się ze Sta­nami na całe dzie­więć mie­sięcy. Po pro­stu nie spo­dzie­wa­łam się, że to się uda, ani też nie chcia­łam robić tego na wła­sną rękę.

Choć jeśli spoj­rzeć na to z innej per­spek­tywy, w końcu to wła­śnie dla­tego posta­no­wi­łam apli­ko­wać. Nade­szła pora na opusz­cze­nie strefy kom­fortu, w któ­rej zako­pa­łam się na dobre dwa lata, a uczest­nic­two w tym pro­gra­mie będzie wyglą­dało rewe­la­cyj­nie na moim zgło­sze­niu na póź­niej­sze stu­dia magi­ster­skie na kie­runku sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych.

Poza tym nie mogłam ocze­ki­wać, że Rachel będzie pro­wa­dziła mnie za rączkę przez resztę życia.

- Jeste­śmy na miej­scu - oznaj­mił ste­ward pokła­dowy, nie­po­rad­nie szu­ka­jąc karty do drzwi, gdy dotar­li­śmy na tyły... par­don, na rufę statku.

Dwie roz­chi­cho­tane dziew­czyny w krót­kich sukien­kach wpa­dły na mnie i nie zatrzy­mu­jąc się, rzu­ciły tylko prze­pro­siny. W duchu pozaz­dro­ści­łam im tej lek­ko­ści i śmie­chu, gdy wcho­dziły do pokoju po prze­ciw­nej stro­nie kory­ta­rza.

- Prze­pra­szam - rzu­cił ste­ward. - To dopiero mój drugi dzień na statku, nie ogar­ną­łem jesz­cze do końca tych kart.

Wes­tchnął z ulgą, gdy w końcu pora­dził sobie z zam­kiem.

- Nic nie szko­dzi - odpar­łam, kiedy otwo­rzył przede mną drzwi, po czym doda­łam, zer­ka­jąc na zie­loną naszywkę na jego koszuli: - Dzię­kuję, Hugo.

- Nie ma za co - rzu­cił, gdy minę­łam go, by wejść do środka.

Jasna. Cho­lera.

- Ano, to samo sobie pomy­śla­łem - zaśmiał się cicho.

- O, powie­dzia­łam to na głos? - spy­ta­łam, choć moją uwagę zaprzą­tały teraz mar­mu­rowe pod­łogi i ogromna prze­strzeń apar­ta­mentu.

W brą­zo­wych oczach chło­paka tań­czyły iskierki roz­ba­wie­nia.

- To pani pokój, może pani sobie prze­kli­nać do woli. Gar­de­roba znaj­duje się tam. - Wska­zał na drzwi po pra­wej.

"Gar­de­roba"? To jedno pomiesz­cze­nie wystar­czy­łoby mi za całe miesz­ka­nie.

Prze­sta­łam zwra­cać uwagę na to, co mówi chło­pak, i po pro­stu roz­po­czę­łam prze­chadzkę po apar­ta­men­cie. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wały się dwie sypial­nie, połą­czone ze sobą ogromną łazienką z dwiema umy­wal­kami, prysz­ni­cem oraz wanną natry­skową. To wszystko na serio?

Im dłu­żej zwie­dza­łam apar­ta­ment, tym bar­dziej musia­łam zbie­rać szczękę z pod­łogi. Znaj­do­wały się w nim jesz­cze jadal­nia ze sto­łem prze­zna­czo­nym dla sze­ściu osób oraz salon z mięk­kimi skó­rza­nymi kana­pami i wiel­kim tele­wi­zo­rem. Co innego jed­nak spra­wiło, że onie­mia­łam - do tego stanu dopro­wa­dził mnie widok, jaki roz­cią­gał się za oknami, które two­rzyły całą ścianę. Jak to będzie budzić się tutaj przez kolejne dzie­więć mie­sięcy? Wycho­dzić przez ogromne drzwi bal­ko­nowe i wygrze­wać się na słońcu?

Myśleć o sobie jako o kimś, kogo rze­czy­wi­ście na to wszystko stać?

Apar­ta­ment był po pro­stu ide­alny, ale z pew­no­ścią nie nale­żał do mnie.

Gdy­bym wyna­jęła tę kabinę, już po tygo­dniu macha­ła­bym na poże­gna­nie wszyst­kim moim oszczęd­no­ściom.

- Hugo, nie powin­nam tutaj być. Dołą­czy­łam do pro­gramu po czę­ści jako pra­cow­nik. Mam pokój na czwar­tym pokła­dzie.

Ste­ward na moment prze­stał spraw­dzać wypo­sa­że­nie mini­lo­dówki i zer­k­nął na mnie.

- Tak, wiem. - Potrzą­snął głową. - To zna­czy, wiem, że bie­rze pani udział w pro­gra­mie. Ja też. Ale zapew­niam, że to wła­ściwy apar­ta­ment. Będzie pani udzie­lać kore­pe­ty­cji, prawda?

Potwier­dzi­łam ski­nie­niem głowy. To wła­śnie ta oferta prze­bu­dziła mnie z mara­zmu i przy­wró­ciła do świata żywych. Jeśli zgo­dzi­ła­bym się udzie­lać kore­pe­ty­cji jed­nemu ze stu­den­tów na Athe­nie, koszty uczest­nic­twa w pro­gra­mie, zajęć w tere­nie oraz zakwa­te­ro­wa­nia zosta­łyby pokryte, nie tylko dla mnie, ale rów­nież dla Rachel. Zaraz po tym, jak upew­ni­łam się, że nie jest to jakiś okrutny żart, uszczyp­nę­łam się, a póź­niej wysła­łam zgło­sze­nie. Rodzice przy­ja­ciółki zga­dzali się na jej wyjazd wyłącz­nie pod warun­kiem, że zro­bimy to razem, moi z kolei wciąż spła­cali górę rachun­ków za lecze­nie... więc wszystko ide­al­nie się zło­żyło.

- Więc to pani pokój.

- Nie­moż­liwe - zapro­te­sto­wa­łam, zer­ka­jąc na żyran­dol. Słowo daję, tam wisiał cho­lerny żyran­dol. - Czyli co, każ­demu kore­pe­ty­to­rowi dostał się apar­ta­ment? Nawet jeśli to sta­tek dla bana­no­wych dzie­cia­ków, jakoś trudno uwie­rzyć, że pro­gram aż tak wspiera wspólną naukę.

Hugo wypro­sto­wał się i posłał mi uśmiech.

- Nie, dostał się tylko pani. Pro­szę wybrać sobie któ­rąś z sypialni albo może zer­k­nąć na bal­kon, a ja w tym cza­sie mogę zadzwo­nić do pani Tren­ton, jeśli to pomoże roz­wiać wąt­pli­wo­ści.

- Byłoby świet­nie, dzięki.

Posta­no­wi­łam wypró­bo­wać opcję numer dwa. Popo­łu­dnie powoli dobie­gało końca, jed­nak w powie­trzu wciąż dało się wyczuć męczący skwar. Prze­su­nę­łam cięż­kie szklane drzwi i wyszłam na wypo­le­ro­waną drew­nianą pod­łogę. Upały w sierp­niu nie były niczym szcze­gól­nym w Miami, a dżinsy nie zali­czały się do naj­lep­szych wybo­rów na taką pogodę. Upię­łam gęste włosy w nie­dbały kok na czubku głowy, by odsło­nić szyję, a póź­niej ruszy­łam w kie­runku gład­kiej barierki, testu­jąc przy tym wła­sne gra­nice. W końcu o to cho­dziło w całym tym rej­sie, prawda? Z każ­dym kolej­nym kro­kiem czu­łam jed­nak rosnący ucisk w klatce pier­sio­wej, a gdy dostrze­głam w dole wodę, odda­loną o kilka pokła­dów, jej szum aż za bar­dzo przy­po­mi­nał wycie wia­tru znad kali­for­nij­skiego kanionu, a sta­now­czo za mało wia­te­rek z Miami.

Nie teraz. Boże, tylko nie teraz.

Posta­no­wi­łam nie igno­ro­wać ostrze­że­nia wysy­ła­nego mi przez wła­sne ciało i cof­nę­łam się znad wywo­łu­ją­cej mdło­ści kra­wę­dzi.

Chyba jesz­cze nie jesteś na to gotowa.

Tyle że cze­kało mnie dzie­więć mie­sięcy na statku, więc być może, jeśli każ­dego dnia pró­bo­wa­ła­bym podejść nieco bli­żej, w końcu uda­łoby mi się to zro­bić. Ale póki co... po pro­stu będę trzy­mać się bli­żej drzwi.

Bal­kon oka­zał się piękną prze­strze­nią z fote­lami wypo­czyn­ko­wymi oraz wido­kiem roz­cią­ga­ją­cym się po pra­wej stro­nie... to zna­czy, na pra­wej bur­cie statku.

Kilka metrów dalej dostrze­głam innego stu­denta, opie­ra­ją­cego się o barierkę. Miał na sobie jedy­nie ciem­no­nie­bie­skie spodenki w hawaj­ski wzór, nisko zawie­szone na bio­drach, co pozwa­lało mi podzi­wiać jego opa­lone i umię­śnione ciało całe w tatu­ażach.

Bez skrę­po­wa­nia chło­nę­łam oczami linie wyzna­czane przez mię­śnie, godny uwagi ośmio­pak oraz to, jak jego wyta­tu­owane bicepsy napięły się, gdy z wes­tchnie­niem ode­pchnął się od barierki i prze­cze­sał dło­nią ciemne jak noc włosy. Po chwili splótł palce na karku.

Był naprawdę przy­stojny i to nie w zwy­czajny spo­sób, raczej w taki, że samym spoj­rze­niem mógłby spra­wić, że doszła­bym tu i teraz. Cho­lera, wyglą­dało na to, że już jestem w poło­wie, a on nawet jesz­cze na mnie nie spoj­rzał.

Co, u dia­bła, jest z tobą nie tak?

Potrzą­snę­łam głową i popa­trzy­łam w inną stronę, bo jaki miało sens gapie­nie się na niego i roz­bu­dza­nie w sobie pra­gnie­nia, skoro był tak bar­dzo poza moją ligą, że nie­mal upra­wia­li­śmy zupeł­nie inny sport? Poza tym, co to za sport, który rzeźbi takie ciało? Co to za sport, w któ­rym każdy mię­sień speł­nia jakąś ważną funk­cję?

Chcąc nie chcąc, jesz­cze raz zer­k­nę­łam na chło­paka i przyj­rza­łam się kon­tu­rom jego twa­rzy, ide­al­nie widocz­nym z miej­sca, w któ­rym sta­łam, i tatu­ażom, poru­sza­ją­cym się wraz ze skórą przy każ­dym ruchu.

To nie facet dla cie­bie. No ba, ale prze­cież jesz­cze jedna sekunda wpa­try­wa­nia się w niego nikomu nie zaszko­dzi? Do dia­bła, przy­naj­mniej moje libido przy­po­mniało sobie o swoim ist­nie­niu... i wła­śnie szy­bo­wało.

Nie­zna­jomy wyglą­dał na zato­pio­nego we wła­snych myślach, jakby niósł na swo­ich bar­kach cię­żar godny samego Atlasa. Jakaś część mnie zasta­na­wiała się, o co taki męż­czy­zna mógłby się mar­twić, pod­czas gdy inna instynk­tow­nie pra­gnęła go pocie­szyć.

I wtedy zła­pał mnie na tym, że mu się przy­glą­da­łam.

Zdu­si­łam w sobie pierw­szy instynkt, by umknąć spoj­rze­niem, i zamiast tego zmu­si­łam się, by utrzy­mać z nim kon­takt wzro­kowy. Prze­krzy­wił głowę, jakby pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, czy skądś mnie zna, po czym lekko się uśmiech­nął.

Yep. Stare dobre libido wró­ciło do gry.

Niech to szlag. On nie był zwy­czaj­nie przy­stojny - był prze­piękny.

Drzwi za jego ple­cami roz­su­nęły się i na bal­kon weszła dłu­go­noga bogini o blond wło­sach. Odwró­cił się w jej stronę i jakby w mgnie­niu oka zaszła w nim jakaś prze­miana. Teraz pew­ność sie­bie biła z całego jego ciała.

- Gotowy? - spy­tała. Nawet jej głos brzmiał pięk­nie.

Odwró­ci­łam głowę, by nie patrzeć dłu­żej na tę parę. W tej samej chwili zosta­łam ura­to­wana przez Hugona otwie­ra­ją­cego drzwi.

- Panno Baxter?

- Możesz mówić mi po imie­niu - popro­si­łam. - Jestem Leah.

- Dobrze. Leah, przy­szła pani Tren­ton. - Przy­trzy­mał dla mnie drzwi, a ja wró­ci­łam do środka, w myślach żegna­jąc się już z luk­su­sem (a także z przy­stoj­nia­kiem na bal­ko­nie).

Nad moim sto­łem w jadalni pochy­lała się blon­dynka w śred­nim wieku w ołów­ko­wej spód­nicy. Nad sto­łem, tyle że nie twoim. Nie przy­zwy­cza­jaj się.

- Panno Baxter - przy­wi­tała mnie z uśmie­chem i wycią­gnęła przed sie­bie dłoń, a ja ją uści­snę­łam. - Jak rozu­miem, pokój nie przy­padł pani do gustu?

Natych­miast poczu­łam cie­pło zale­wa­jące policzki.

- Nie, nie, jest nie­sa­mo­wity, uwiel­biam go, tyle że powin­nam zająć kabinę wewnętrzną na pokła­dzie dla pra­cow­ni­ków. Być może cho­dzi o zbież­ność nazwisk i na statku znaj­duje się jesz­cze jedna Leah Baxter?

- Nie, nie ma mowy o żad­nej pomyłce. Stu­dent, któ­rego kore­pe­ty­torką pani będzie, popro­sił, by umie­ścić panią w tym apar­ta­men­cie, żeby była pani łatwo dostępna. Ma dość wyma­ga­jący plan dnia.

- Kim jest ten stu­dent?

- To Paxton Wil­der - odpo­wie­działa z nie­ga­sną­cym uśmie­chem na twa­rzy.

- Panno Baxter, którą sypial­nię chce pani zająć? - zawo­łał Hugo z przed­po­koju, uno­sząc moją walizkę.

- Żadną! - odkrzyk­nę­łam. "Łatwo dostępna"? Co on sobie myśli, że będę na każde jego ski­nie­nie? Oby nie, bo nie zamie­rzam być taka dla nikogo.

- Non­sens. Prze­nieś rze­czy pani do więk­szej sypialni, skoro jej współ­lo­ka­torka dołą­czy do nas dopiero w listo­pa­dzie.

- Nie zga­dzam się, ten rejs jest marze­niem Rachel i to jej należy się więk­sza sypial­nia.

- Świet­nie, w takim razie zaj­mie pani pokój z więk­szym bal­ko­nem.

Cho­lera. Czy ja wła­śnie nie­chcący zgo­dzi­łam się na ten apar­ta­ment?

- Nie stać mnie na to - przy­zna­łam cicho.

- Cóż, przyj­rzę się tej spra­wie razem z komi­sją do spraw sty­pen­diów, a teraz pro­szę, tutaj jest pani iden­ty­fi­ka­tor. Służy też jako klucz do pokoju oraz zapew­nia dostęp do przy­wi­le­jów dla gości VIP, takich jak wcze­śniej­sze zej­ście z pokładu przed zaję­ciami w tere­nie, więc radzę jej nie zgu­bić. Smycz powinna w tym pomóc.

Gości VIP? Nie ma takiej opcji, żeby cho­dziło o mnie, chyba że to dzień na opak, bo sądząc po sta­nie mojego konta, jestem raczej prze­ci­wień­stwem VIP-a.

Kobieta podała mi kartę i rze­czy­wi­ście dostrze­głam na niej napis: "Ele­anor Baxter, VIP", tuż przy żenu­ją­cym zdję­ciu, jakie zro­biono mi w por­cie. Cudow­nie. Z tymi mdłymi, brą­zo­wymi wło­sami wyglą­dam jak na fotce sprzed meta­mor­fozy, które poka­zują w reality show.

- Mam nadzieję, że spę­dzi pani z nami wspa­niały rok.

Niby jak, skoro nie stać mnie na żadne z tych udo­god­nień? Nim jed­nak byłam w sta­nie wydu­kać z sie­bie coś elo­kwent­nego, pani Tren­ton ruszyła w stronę wyj­ścia.

- Hugo, liczę, że odpo­wied­nio zaj­miesz się panną Baxter?

- Oczy­wi­ście, pro­szę pani - odparł w chwili, gdy zamy­kały się za nią drzwi.

- Co to miało zna­czyć?

- Twoim obo­wiąz­kiem jest udzie­la­nie kore­pe­ty­cji panu Wil­de­rowi, moim bycie twoim pomoc­ni­kiem, od tego tutaj jestem.

Pomoc­ni­kiem? Dość tego, jak nic wylą­do­wa­łam w jakiejś alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. Z całych sił posta­ra­łam się pozbie­rać szczękę z pod­łogi i w końcu z tru­dem udało mi się wykrztu­sić coś na kształt spój­nej myśli:

- Który pokój zaj­muje pan Wil­der?

- Tysiąc trzy­dzie­ści dwa.

Nie zdo­łał nawet dokoń­czyć, a ja już masze­ro­wa­łam kory­ta­rzem z iden­ty­fi­ka­to­rem zawie­szo­nym na szyi.

- Tysiąc trzy­dzie­ści dwa - mam­ro­ta­łam do sie­bie, mija­jąc dwie pary drzwi, aż dotar­łam do kolej­nego naroż­nego apar­ta­mentu i zapu­ka­łam.

Z wnę­trza dobie­gała gło­śna roc­kowa muzyka, więc zało­mo­ta­łam jesz­cze raz.

- Chwila! - roz­legł się dono­śny męski głos. Chwilę póź­niej drzwi otwo­rzyły się i sta­nął w nich łysy, bar­czy­sty męż­czy­zna. - W czym mogę pomóc?

- Ja... szu­kam pana Wil­dera.

Zlu­stro­wał mnie wzro­kiem od stóp do głów, po czym uśmiech­nął się pod nosem.

- Nie jesteś w jego typie, słonko, przy­kro mi.

O ile wcze­śniej moje policzki były cie­płe, to teraz nagrzały się tak, jakby wysko­czyły z cho­ler­nego pie­kar­nika.

- Nie mam w pla­nach go zali­czyć, prę­dzej pomóc mu z zali­cze­niami na stu­diach. Jestem jego kore­pe­ty­torką. - Unio­słam nieco smycz, przez co iden­ty­fi­ka­tor zako­ły­sał się przed twa­rzą męż­czy­zny. Sły­sząc to, otwo­rzył sze­rzej oczy.

- A, panna Baxter? Wła­śnie się zbiera, ale pro­szę wejść. Wil­der! - krzyk­nął, zamy­ka­jąc za mną drzwi. - Tak w ogóle to jestem Mały John.

- Miło poznać - rzu­ci­łam, w ostat­niej chwili powstrzy­mu­jąc się od spy­ta­nia, gdzie zgu­bił Robin Hooda.

Apar­ta­ment Wil­dera oka­zał się jesz­cze więk­szy niż mój, co dosłow­nie roz­wa­liło mi mózg. Po co komu­kol­wiek tyle prze­strzeni? Prze­szli­śmy kory­ta­rzem i dotar­li­śmy do salonu, na widok któ­rego prych­nę­łam. Znaj­do­wało się w nim co naj­mniej tuzin odzia­nych wyłącz­nie w bikini dziew­czyn, roz­ło­żo­nych na kana­pach i popi­ja­ją­cych coś z czer­wo­nych pla­sti­ko­wych kubecz­ków. Wszystko jasne, tyle miej­sca zde­cy­do­wa­nie się przy­daje, gdy podró­żuje się z wła­snym hare­mem.

Przy­ha­muj z tą kry­tyką.

Już za późno.

Trudno było mi się powstrzy­mać, bo posta­no­wi­łam dołą­czyć do pro­gramu, by na poważ­nie zająć się stu­dio­wa­niem i przy oka­zji zwie­dzić tro­chę świata, tym­cza­sem on... ani tro­chę.

Zer­k­nę­łam w górę i dostrze­głam, że wła­śnie scho­dzi po scho­dach. Może i jesz­cze bar­dziej roz­wa­liłby mnie fakt, że apar­ta­ment oka­zał się dwu­pię­trowy, gdy­bym nie była aż tak oszo­ło­miona wido­kiem samego Pana Turbo-Spoza-Mojej-Ligi, kro­czą­cego w moją stronę z sze­ro­kim uśmie­chem. Nie. Ma. Kurwa. Mowy.

- Dziew­czyna z bal­konu?

O, Boże. Widział mnie. I ten głos... Głę­boki, nieco zachryp­nięty, ale przede wszyst­kim sek­sowny jak dia­bli, podob­nie jak tatuaż: smok wijący się od serca aż po koń­cówkę ogona na pro­szą­cych się o poli­za­nie mię­śniach brzu­cha.

Żad­nego liza­nia. Ani tro­chę.

- Hm... hej. - Słodki Jezu, czuję się, jak­bym grała w żenu­ją­cej sce­nie rodem z Dirty Dan­cing, gdy Baby po raz pierw­szy spo­tyka Johnny'ego. - To nie tak miało być.

Nie­wia­ry­god­nie sek­sowny uśmiech na jego twa­rzy tylko się powięk­szył.

- A jak? Nie chcia­łaś się przy­wi­tać?

Zamru­ga­łam kilka razy.

- Nie, oczy­wi­ście, że chcia­łam.

- To nie widzę pro­blemu.

Jedna z prze­cho­dzą­cych obok impre­zo­wi­czek potrą­ciła mnie, przez co stra­ci­łam rów­no­wagę i pole­cia­łam pro­sto na Wil­dera, a ten bez trudu mnie zła­pał, zaci­ska­jąc palce na mojej talii. Powin­nam była zało­żyć top z grub­szego mate­riału, bo ten aż za bar­dzo prze­pusz­czał cie­pło bijące od jego dłoni, pobu­dza­jąc do życia każde zakoń­cze­nie ner­wowe na mojej skó­rze.

- Wszystko w porządku? - spy­tał, wbi­ja­jąc we mnie świ­dru­jące spoj­rze­nie nie­sa­mo­wi­cie błę­kit­nych oczu. Magne­tycz­nych. Cudow­nych. Hip­no­ty­zu­ją­cych. Wszyst­kie te słowa nada­wały się, by opi­sać waria­cję barw, jaką w nich widzia­łam, albo to, jak bez więk­szego wysiłku potra­fiły przy­szpi­lić mnie w jed­nym miej­scu.

Pierw­sze wra­że­nie na temat Wil­dera oka­zało się praw­dziwe - jed­nym spoj­rze­niem pew­nie byłby w sta­nie spra­wić, żebym doszła... i takim wła­śnie mnie mie­rzył, jakby sta­rał się wyce­lo­wać pocisk pro­sto mię­dzy moje uda.

Ni­gdy nie wie­rzy­łam w miłość od pierw­szego wej­rze­nia, bo uwa­ża­łam ją za czy­stą głu­potę, ale che­mia i fero­mony to zupeł­nie coś innego. O tak, pożą­da­nie od pierw­szego wej­rze­nia zde­cy­do­wa­nie ist­niało.

Słowa, Leah. Wykrztuś coś z sie­bie.

- O, udało ci się zna­leźć swoją kore­pe­ty­torkę. - Mały John klep­nął Wil­dera po ple­cach. - Musimy lecieć, więc lepiej się zbie­raj.

Chło­pak zesztyw­niał i deli­kat­nie mnie od sie­bie odsu­nął.

- To ty jesteś Ele­anor Baxter?

- Leah - popra­wi­łam go z auto­matu i zaha­czy­łam kciu­kami o szlufki w dżin­sach.

- Jasna cho­lera - wypa­lił, zamy­ka­jąc oczy.

- A z tobą wszystko w porządku?

Ski­nął głową, wciąż z zaci­śnię­tymi powie­kami.

- Sta­ram się wła­śnie wyrzu­cić cię w mojej gło­wie z kate­go­rii lasek do zali­cze­nia. Daj mi chwilę.

Że co? Miał jakieś kate­go­rie? Moment. Ledwo pozna­łam typa, a on już mnie sfrien­dzo­no­wał? No tak, pamię­taj: spoza two­jej ligi.

- Leah - zaczął, otwie­ra­jąc oczy i uśmie­cha­jąc się lekko, jakby podo­bało mu się brzmie­nie mojego imie­nia. - To co mogę dla cie­bie zro­bić?

- Możesz zacząć od wyja­śnie­nia, dla­czego dostał mi się prze­ogromny apar­ta­ment, na który nie mogę sobie pozwo­lić, i to podobno na twoje żąda­nie, bo naj­wy­raź­niej masz tyle wła­dzy, by decy­do­wać, gdzie będę spać? - Skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę z tego, że aż cała drżę.

- O, a mam? - spy­tał z suge­styw­nym uśmiesz­kiem.

Naj­wy­raź­niej frien­dzone nie ozna­czał, że zamie­rzał odpu­ścić sobie flir­to­wa­nie.

Sta­ra­łam się wbić wzrok gdzieś ponad jego ramie­niem, jed­nak oka­zał się za wysoki, więc posta­no­wi­łam spoj­rzeć w bok na stadko dziew­czyn. Gdyby zerwać z nich strzępki mate­ria­łów, jakie na sobie miały, może uda­łoby się uszyć dla nich cały strój.

- Nie­stety. Posłu­chaj, nie mam nic prze­ciwko udzie­la­niu ci kore­pe­ty­cji. Naprawdę cie­szę się, że dosta­łam się do pro­gramu, ale rów­nie dobrze będę w sta­nie wywią­zy­wać się z obo­wiąz­ków, jeśli zatrzy­mam się na czwar­tym pokła­dzie. Wolę pokój, który przy­dzie­lono mi na samym początku. I wolę go na już.

Wil­der sze­rzej otwo­rzył oczy.

- Rezy­gnu­jesz z apar­ta­mentu?

Wypro­sto­wa­łam się na to pyta­nie.

- Tak.

- Wil­der, musimy lecieć - oznaj­mił Mały John, poda­jąc mu jakieś poplą­tane czarne pasy.

- Ale to nie w porządku - odparł.

- Stary, dobrze wiesz, że mamy plan. Ekipa jest już gotowa i na nas czeka.

Paxton mach­nął w kie­runku męż­czy­zny.

- Spoko, nie o to cho­dzi, mówi­łem do Leah. Nie możesz zre­zy­gno­wać z apar­ta­mentu, należy do cie­bie.

- Nie - stwier­dzi­łam, potrzą­sa­jąc głową.

Wkro­czył mię­dzy paski, po czym prze­cią­gnął je przez swoje ciało, zapi­na­jąc ostat­nim klik­nię­ciem na piersi. Ustroj­stwo oka­zało się czymś w rodzaju uprzęży.

- Leah, apar­ta­ment został już opła­cony.

Chwila. Co takiego?

Mru­gnę­łam kil­ka­krot­nie, jed­no­cze­śnie wyobra­ża­jąc sobie poję­ki­wa­nie rodzi­ców w reak­cji na moje zawa­ha­nie.

- Panie Wil­der... to zbyt wiele. Jedyne, czego mi trzeba, to pokój i biurko. Już same dodat­kowe wycieczki to prze­sada. - Czego on ode mnie ocze­kuje w podzię­ko­wa­niu za tego typu "pre­zent"? Na co mia­ła­bym mu pozwo­lić?

- Dla cie­bie Paxton albo Pax, jak wolisz. Apar­ta­ment jest twój.

- Wil­der, musimy iść. - Głos Małego Johna poniósł się nad muzyką, a bru­netka sto­jąca obok niego wbi­jała w nas znie­cier­pli­wione spoj­rze­nie.

- A, tak. Leah, możemy dokoń­czyć tę roz­mowę póź­niej?

Potrzą­snę­łam głową w odpo­wie­dzi. Tylko jeden raz uda mi się zebrać na odwagę. Jeśli teraz odpusz­czę, splen­dor apar­ta­mentu, widok z okna, łóżko i spo­sób, w jaki wanna z hydro­ma­sa­żem roz­luź­ni­łaby obo­lałe mię­śnie, zupeł­nie mnie pochłoną.

- Nie, dokoń­czymy ją teraz.

Paxton prze­krzy­wił głowę na bok dokład­nie w ten sam spo­sób, co wcze­śniej na bal­ko­nie, jed­nak teraz nie był tym zamy­ślo­nym chło­pa­kiem. O, nie, przede mną stał pewny sie­bie męż­czy­zna, ema­nu­jący pry­mi­tyw­nym sek­sa­pi­lem, przez co naprawdę cie­szy­łam się, że mam na sobie dżinsy.

- Jesteś gotowa na przy­godę?

- Co? Prze­cież biorę udział w tym rej­sie, prawda? Co to niby ma wspól­nego z małą willą, do któ­rej wrzu­cono cały mój bagaż?

Przy­glą­dał mi się badaw­czo, przez co poru­szy­łam się ner­wowo i prze­nio­słam cię­żar ciała na drugą nogę. Prze­by­wa­nie w obec­no­ści tego faceta zupeł­nie wytrą­cało mnie ze z tru­dem zdo­by­tej rów­no­wagi i nie mogłam sobie na to pozwo­lić. Nie, kiedy ledwo udało mi się wró­cić jako tako do życia.

- Okej, jeśli wciąż chcesz o tym dys­ku­to­wać, to musisz iść razem ze mną. Pasuje ci to?

- Pasuje.

- Panie przo­dem. - Wska­zał w kie­runku drzwi, więc ruszy­łam w ich stronę, prze­dzie­ra­jąc się przez tłum impre­zo­wi­czów. Gdy dotar­li­śmy do Małego Johna i bru­netki, ta wciąż posy­łała mi pełne wyż­szo­ści spoj­rze­nia, jakby ktoś jej za to pła­cił.

- Zoe, tym razem zosta­niesz, dobra? - rzu­cił Paxton, zatrzy­mu­jąc się przy nich. - Zabiorę cię następ­nym razem.

Dziew­czy­nie opa­dła szczęka.

- Chyba sobie żar­tu­jesz.

- Ani tro­chę. - Po tych sło­wach zupeł­nie ją zigno­ro­wał i zwró­cił się do pozo­sta­łych gości. - Ciąg dal­szy na doku, co wy na to? Widzimy się przy base­nie!

Wszy­scy zaczęli rado­śnie skan­do­wać, a my wyszli­śmy z pokoju.

- Popi­jawa mię­dzy­na­ro­do­wego brac­twa - mruk­nę­łam pod nosem, podą­ża­jąc kory­ta­rzem za sze­ro­kimi ple­cami Małego Johna.

- Nie należę do żad­nego brac­twa - roze­śmiał się Paxton, gdy z tru­dem wymi­nę­li­śmy kil­koro stu­den­tów, mel­du­ją­cych się jesz­cze do swo­ich pokoi. - No dobra, a teraz powiedz mi, co ci nie pasuje w apar­ta­men­cie? Wygląda ład­nie, nawet sam go spraw­dzi­łem, żeby się upew­nić.

Zer­k­nę­łam na niego przez ramię.

- Wiesz, że moje sty­pen­dium obej­muje też obec­ność mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki? Już samo to jest speł­nie­niem marzeń.

Potrzą­snął głową, jakby stwier­dził, że zwa­rio­wa­łam.

- Ale apar­ta­ment to część two­jego wyna­gro­dze­nia i uwierz mi, zde­cy­do­wa­nie na niego zaro­bisz.

Wyna­gro­dze­nia? Zaro­bię? On chyba nie myśli, że będę...

Sta­nę­łam jak wryta, przez co na mnie wpadł, a meta­lowa sprzączka na jego piersi wbiła mi się w głowę.

- Rany, wszystko okej? - spy­tał i spró­bo­wał mnie dotknąć, jed­nak odsu­nę­łam się, nim był w sta­nie to zro­bić. Jeden raz wystar­czył.

- Jestem twoją kore­pe­ty­torką, zda­jesz sobie z tego sprawę, prawda? Tylko tyle. Będziemy się razem uczyć, nic wię­cej, więc nie ma potrzeby, żebym miała ogromny apar­ta­ment... - urwa­łam i prze­łknę­łam ślinę - z osobną sypial­nią.

- To teraz już wiem, co myślisz - odparł z peł­nym nie­do­wie­rza­nia śmie­chem. - Leah, wsia­daj do windy.

Wśli­zgnę­li­śmy się do małej puszki, a Mały John uda­wał, że nie słu­cha, i bawił się paskami od innej uprzęży, pró­bu­jąc zapew­nić nam tro­chę pry­wat­no­ści.

- A co powin­nam sobie myśleć? - spy­ta­łam, gdy zaczę­li­śmy zjeż­dżać. - Dowie­dzia­łam się już, że potrze­bu­jesz, żebym była "łatwo dostępna", więc wola­łam się upew­nić, że od samego początku nie będzie mię­dzy nami żad­nych nie­do­mó­wień i oboje będziemy wie­dzieli, czego ocze­ku­jemy od tej rela­cji. - Bo jestem pewna jak cho­lera, że nie będę na każde twoje zawo­ła­nie. A już na pewno nie w wia­do­mym celu.

- Trudno mi uciec od ludzi, nawet we wła­snym pokoju - rzu­cił po pro­stu, obser­wu­jąc, jak na wyświe­tla­czu zmie­niają się pię­tra. Roz­legł się dzwo­nek, po któ­rym drzwi windy się roz­su­nęły. Wyszłam za chło­pa­kiem na pokład zaj­mo­wany przez załogę i podą­ży­li­śmy wspól­nie aż do zej­ścia ze statku.

- A co to ma wspól­nego z moim apar­ta­men­tem? I dla­czego opusz­czamy sta­tek? Prze­cież mamy odpły­wać - zer­k­nę­łam na zega­rek - za dokład­nie pięt­na­ście minut. Nie powiem, wola­ła­bym być na pokła­dzie, gdy do tego doj­dzie.

- Nic się nie bój, sta­tek nie odpły­nie beze mnie, bez­piecz­nie dostar­czę cię z powro­tem na pokład. - Uśmiech­nął się sze­rzej, przez co na jego twa­rzy poja­wiły się dwa dołeczki.

Cho­lera. Muszę wymy­ślić jakiś spo­sób, by nie pod­da­wać się uro­kowi tego faceta, skoro w tym roku mam efek­tyw­nie poma­gać mu w nauce, a nie uda mi się to, jeśli będzie robił mi z mózgu papkę. Bo co mnie póź­niej czeka? Musi zdać, ina­czej mogę poma­chać na do widze­nia swo­jemu sty­pen­dium, podob­nie jak Rachel. Sprzed nosa ucie­kłoby mi też nie­sa­mo­wite doświad­cze­nie, które przyda się pod­czas zda­wa­nia na stu­dia magi­ster­skie. Umowa jest umową. Poza tym to tylko ładna buźka, a do tej pory trzeba było znacz­nie wię­cej, by przy­kuć moją uwagę.

Dobra, od tego momentu nie pociąga cię już Paxton Wil­der. Nope. Ani tro­chę.

- Uwa­żaj na schod­kach - pole­cił, wycią­ga­jąc do mnie rękę, gdy zaczę­li­śmy scho­dzić po ram­pie.

Okej, no może wciąż odro­binę.

Uję­łam zaofe­ro­waną dłoń, bo jed­nak naj­bar­dziej oba­wia­łam się upadku pro­sto na twarz. Miał cie­płą skórę i mocny uścisk. Powoli scho­dzi­li­śmy po ram­pie, a gdy zorien­to­wa­łam się, że dotar­li­śmy na zie­mię, cof­nę­łam rękę.

Ani razu się nie pośli­zgnę­łam, nie prze­ra­ziła mnie też wyso­kość. Cuda się zda­rzają.

- Dzię­kuję - rzu­ci­łam cicho.

- Nie ma sprawy - odparł. Gdy ruszy­li­śmy nie­mal pustym ter­mi­na­lem w prze­ciw­nym kie­runku, niż prze­mie­rza­łam go wcze­śniej tego ranka, dodał: - Chciał­bym, żebyś została w tym apar­ta­men­cie, i tak, wiem, to samo­lubne z mojej strony.

- Jak to? - spy­ta­łam, dotrzy­mu­jąc mu kroku.

- W szkole ni­gdy nie szło mi dobrze. Naprawdę ni­gdy. Potrze­buję jakie­goś cichego kąta do nauki i mam nadzieję, że wie­czo­rami uży­czysz mi do tego swo­jego salonu, a oprócz niego też tro­chę wie­dzy, to wszystko. Zała­twi­łem ci przy­dział kabiny obok, żebym nie musiał dużo cho­dzić, a kiep­sko by to wyglą­dało, gdy­bym rze­czy­wi­ście umie­ścił cię w swo­jej. Obie­cuję, że usta­limy sobie plan dnia. Nie ocze­kuję, że będziesz na każde moje zawo­ła­nie, ale nie ukry­wam też, że potrze­buję two­jej pomocy. I to sporo.

Na zawo­ła­nie? Zupeł­nie, jakby czy­tał ci w myślach.

- Naprawdę przej­mu­jesz się oce­nami?

- O wiele wię­cej od nich zależy, niż mogłoby ci się wyda­wać. Nie mówiąc o tym, że twoja praca też.

Nim dane mi było nieco go przy­ci­snąć, Mały John otwo­rzył drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową i popro­wa­dził nas do kolej­nej windy, pogwiz­du­jąc pod nosem. Drzwi roz­su­nęły się razem z dzwon­kiem i naszym oczom uka­zał się wysoki, smu­kły, przy­stojny i wyta­tu­owany chło­pak, opie­ra­jący się o ścianę. Miał na sobie iden­tyczną uprząż jak Paxton.

- Wszystko na ostat­nią chwilę, co, Wil­der? - zawo­łał, roz­plą­tu­jąc ramiona skrzy­żo­wane wcze­śniej na piersi i wpa­tru­jąc się pro­sto we mnie.

- Leah, ten dupek to Lan­don, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Nova, poznaj Leah, moją nową kore­pe­ty­torkę.

- Ooo. - Uniósł brwi nad oczami o kry­sta­licz­nie zie­lo­nej bar­wie. - Miło cię poznać, Leah. Jesteś na to gotowa?

- Tak mi się wydaje - odpar­łam. - Na tyle, na ile można przy­go­to­wać się na rejs dookoła świata.

Lan­don zmru­żył oczy i strze­lił spoj­rze­niem w kie­runku Paxtona.

- Wil­der...

Ten wes­tchnął. Świa­tło migało mię­dzy pię­trami, gdy wzno­si­li­śmy się coraz wyżej.

- Leah, pamię­tasz, jak przed przy­zna­niem ci sty­pen­dium pod­pi­sy­wa­łaś klau­zulę pouf­no­ści?

- Jasne. Cho­dziło o to, że nie mogę zdra­dzać toż­sa­mo­ści osoby, któ­rej będę udzie­lać kore­pe­ty­cji ze względu na jej pry­wat­ność.

- Dokład­nie. A co ze zgodą na upo­wszech­nia­nie wize­runku?

Zmarsz­czy­łam czoło. Pod­pi­sa­łam wtedy naprawdę sporo doku­men­tów.

- Cho­dzi ci o to, że zgo­dzi­łam się na upo­wszech­nie­nie wize­runku na zdję­ciach i mate­ria­łach fil­mo­wych? To chyba część mojego sty­pen­dium, mogą być zawarte w mate­ria­łach pro­mo­cyj­nych doty­czą­cych pro­gramu, tak?

Paxton skrzy­wił się, sły­sząc moją odpo­wiedź.

- Co do tego, to... tak jakby krę­cimy wła­śnie film doku­men­talny, a ty, jako moja kore­pe­ty­torka, możesz raz czy dwa się w nim prze­wi­nąć.

- Film doku­men­talny? Na warsz­taty fil­mowe czy coś w ten deseń? I gdy mówisz "raz czy dwa", masz na myśli...

- Że będzie cię tam sporo. Posta­ram się trzy­mać kamery z dala od cie­bie, ale tak czy siak na pewno się w nim poja­wisz, o ile oczy­wi­ście wciąż będziesz chciała dawać mi korki.

Od razu zro­zu­mia­łam, co miał na myśli - jeśli się nie zgo­dzę, moja umowa zosta­nie roz­wią­zana, a to ozna­cza koniec ze sty­pen­dium. Koniec z rej­sem. Żad­nego Myko­nos. Żad­nej wspól­nej wycieczki z Rachel.

Zrób to dla niej.

Wzię­łam głę­boki wdech.

- Ile mam czasu na pod­ję­cie decy­zji?

- Jakieś dwa­dzie­ścia sekund - odparł Lan­don.

- Że co? - wrza­snę­łam.

Paxton wci­snął przy­cisk alar­mowy, by zatrzy­mać windę.

- Tyle, ile potrze­bu­jesz, ale powin­naś wie­dzieć, że twoje waha­nie tro­chę wstrzy­muje wypły­nię­cie statku.

Zaczę­łam ocie­rać pot z czoła i po raz tysięczny prze­klę­łam się w duchu za zało­że­nie dżin­sów. No dobra, cho­dzi o jakiś krótki film, kto niby miałby go zoba­czyć? Kółko fil­mowe na uni­werku, na któ­rym stu­diują?

- No dobra, zga­dzam się.

Paxton wyraź­nie się zre­lak­so­wał i posłał mi pełen ulgi uśmiech. Winda ponow­nie ruszyła.

- Dzię­kuję.

- Pro­szę. - Poza tym nie było we mnie nic, co mogłoby kogo­kol­wiek zain­te­re­so­wać. Będę robiła za tło.

Drzwi roz­su­nęły się, a pierw­sze, co ujrza­łam, to kamery w niczym nie­przy­po­mi­na­jące ama­tor­skiego sprzętu - prę­dzej taki, który kosz­to­wał wię­cej niż samo­chody moich rodzi­ców razem wzięte. O. Cho­lera.

- Uda­waj, że ich tutaj nie ma - wyszep­tał Paxton.

- Pew­nie, bułka z masłem.

Ekipa obsłu­gu­jąca kamery usu­wała nam się z drogi, gdy podą­ża­li­śmy do celu, któ­rym naj­wy­raź­niej była wieża góru­jąca nad ter­mi­na­lem. Powi­tały nas szklane ściany, ale i co naj­mniej tuzin osób dzier­żą­cych kamery, mikro­fony oraz świa­tła.

- To nie jest doku­ment dla stu­denc­kiego kółka fil­mo­wego, co? - spy­ta­łam cicho.

- Nie.

- Jasne, że nie - wymam­ro­ta­łam.

- Gotowi? - rzu­cił Lan­don do kamery, jakby była praw­dziwą grupką fanów. W mgnie­niu oka zmie­nił się z nadą­sa­nego chło­paczka w praw­dziwą gwiazdę, przez co zaczę­łam się zasta­na­wiać, która z jego twa­rzy jest tą praw­dziwą. - Czeka was tu akcja na świa­to­wym pozio­mie.

- A ty, Wil­der? - spy­tał kame­rzy­sta.

- Uro­dzi­łem się gotowy - odparł Paxton, a w jego gło­sie brzmiała czy­sta aro­gan­cja. On też prze­szedł trans­for­ma­cję: teraz był wylu­zo­wa­nym, pew­nym sie­bie typem. Poczu­łam się, jakby ktoś sma­gnął mnie biczem.

- A co to za świeże mię­sko? - zaśmiał się ktoś z ekipy.

- Uwa­żaj na słowa, Lance - odpa­ro­wał Paxton, wska­zu­jąc na niego pal­cem. - Leah może i jest nowa w rodzi­nie Rene­ga­tów, ale ty chyba jesz­cze nie wiesz, że twoja robota zależy od niej.

W pomiesz­cze­niu zapa­dła cisza i wszyst­kie oczy nagle skie­ro­wały się na mnie. Nie mia­łam zie­lo­nego poję­cia, o czym mówi Paxton, ale udało mi się wykrze­sać z sie­bie drżący uśmiech i poma­chać w kie­runku kamery.

- Hej.

Dra­mat, Leah.

- Wil­der, usta­wi­li­śmy sprzęt tak, że poje­dyn­czy zjazd znaj­duje się po lewej stro­nie, a tan­de­mowy po pra­wej - oznaj­mił Mały John, sto­jący po dru­giej stro­nie pokoju. Obok niego znaj­do­wały się otwarte szklane drzwi, pro­wa­dzące na taras.

Paxton popro­wa­dził mnie przez tłum, aż zna­leź­li­śmy się na zewnątrz. Jasna cho­lera. Ile pię­ter dzie­liło nas od ziemi? I jak odda­lone były od sie­bie meta­lowe szcze­belki? Na miłość boską, przez szpary pod moimi sto­pami byłam w sta­nie dostrzec chod­nik i ludzi na nim.

Widok przed oczami zaczął mi się zama­zy­wać i ciem­nieć. To, co jesz­cze przed chwilą było kratą, z każdą sekundą zmie­niało się w strome ska­li­ste zbo­cze kanionu, setki metrów nad zie­mią. Mru­gnę­łam kil­ka­krot­nie, aż przed oczami znowu zoba­czy­łam metal.

- Chyba wrócę do środka - wyszep­ta­łam, cofa­jąc się powoli, aż zde­rzy­łam się ple­cami z brzu­chem Małego Johna i mój oddech przy­spie­szył.

- Ta jest dla cie­bie, Bambi - oznaj­mił, poda­jąc mi uprząż, którą trzy­mał w dło­niach.

- Co? - pisnę­łam. Nie patrz w dół, skup się na nim.

- Bambi, no wiesz... bo wyglą­dasz jak łania w świe­tle reflek­to­rów - odparł.

- Bambi to jelo­nek, a poza tym po cho­lerę mi ta uprząż?

- Po to. - Lan­don wska­zał na dwie grube liny, któ­rym Paxton bacz­nie się teraz przy­glą­dał. Pro­wa­dziły od czubka wieży aż do... kurwa, nie­moż­liwe... ściany przy krańcu jed­nego z base­nów znaj­du­ją­cych się na statku. Naszym statku. Tym, który wła­śnie znaj­do­wał się co naj­mniej sześć pię­ter pod nami. Chło­pak uśmie­chał się, jak­bym wła­śnie dała mu jakiś pre­zent. - Zjeż­dżamy tyrolką na imprezę z oka­zji roz­po­czę­cia rejsu.

- Nie. Nie ma mowy - rzu­ci­łam, potrzą­sa­jąc głową i pró­bu­jąc wejść z powro­tem do wnę­trza wieży.

- Wil­der, ktoś tu chyba rezy­gnuje - zawo­łał Mały John.

Paxton zer­k­nął z miej­sca, gdzie naj­wy­raź­niej zabez­pie­czał ustroj­stwo, które miało mnie zabić. Deli­kat­nie zła­pał mnie za ramię i zapro­wa­dził na bok wieży. Żadna kamera nie była skie­ro­wana w tamtą stronę. Przy­naj­mniej raz nie sku­pia­łam się na tym, jaki był przy­stojny, a bar­dziej zaję­łam sobie głowę tym, jak szybko go zabić i zako­pać zwłoki.

- Nie ma opcji, żebym to zro­biła - mówi­łam tak szybko, że słowa zle­piały się w jeden ciąg. - Po pierw­sze nawet nie wiem jak, a po dru­gie, nie chcę. To czy­ste sza­leń­stwo.

Nie wspo­mi­na­jąc nawet o nie­bez­pie­czeń­stwie. I wyso­ko­ści.

- To świetna zabawa - obie­cał i przy­klęk­nął przede mną. - Stań tutaj. - Usta­wił moje stopy.

- Żadna zabawa, to samo­bój­stwo i nie zmie­rzam brać w nim udziału.

- Jeste­śmy cał­ko­wi­cie bez­pieczni. Jesz­cze jeden krok.

Moje nogi zare­ago­wały, jakby dzia­łały na auto­pi­lo­cie, a spoj­rze­nie mia­łam wbite w tyrolkę.

- Po co, do cho­lery, w ogóle to robi­cie?

- Bo nikt wcze­śniej tego nie zro­bił - odparł, jakby to wszystko wyja­śniało.

- A pomy­śle­li­ście w ogóle, że może był ku temu jakiś powód? Że to zbyt nie­bez­pieczne? Albo nie­le­galne?

Paxton roze­śmiał się, po czym wstał, pocią­gnął za coś wzdłuż moich nóg i zapiął dookoła talii.

- To naprawdę bez­pieczny zjazd, obie­cuję. Robi­łem go już setki razy, no, może nie na wyciecz­kowcu, ale w dżun­gli, z lotni i tak dalej. Tyrolka to jedna z lżej­szych akcji, jakie mam w reper­tu­arze.

- W takim razie zwa­rio­wa­łeś.

- Już to sły­sza­łem. Ramię?

Wycią­gnę­łam je przed sie­bie.

- Tak czy siak, nie zga­dzam się. Mam zamiar zejść z tej śmier­tel­nej pułapki, ina­czej zwa­nej wieżą, i wró­cić nas sta­tek.

- Nie możesz.

- Słu­cham? - wypa­li­łam, gdy zapi­nał sprzączkę na mojej piersi. Jasna cho­lera, wła­śnie skoń­czył wci­skać mnie w uprząż. - Jestem doro­słą kobietą, więc zde­cy­do­wa­nie mogę powie­dzieć "nie".

- A, tak, jak naj­bar­dziej. Tyle że wej­ście na sta­tek zostało zablo­ko­wane, a załoga roz­po­częła pro­ce­duję odbi­ja­nia od brzegu, widzisz? - Wska­zał gdzieś za sie­bie.

Wychy­li­łam się zza jego sze­ro­kich bar­ków, wbi­ja­jąc palce w jego napiętą, wyta­tu­owaną skórę, by nie wypaść przez barierkę. Nie żar­to­wał. Wszyst­kie wej­ścia na sta­tek zamknięto, rampy wcią­gnięto, a ryk sil­ni­ków docie­rał aż tutaj.

- Chyba sobie kpisz.

- Ani tro­chę - stwier­dził, marsz­cząc nos. Wyglą­dał przy tym, jakby czuł cień skru­chy. - Słu­chaj, Leah, chyba po pro­stu zro­bi­łem złe zało­że­nie. Nie sądzi­łem, że rze­czy­wi­ście nie będziesz chciała tego zro­bić. Po pro­stu kiedy zgo­dzi­łaś się ze mną pójść, wyda­wało mi się, że wiesz, w co się paku­jesz.

- Że co? - Odchy­li­łam głowę do tyłu. - Bo według cie­bie powin­nam z auto­matu domy­ślić się, że jakiś ktoś wpad­nie na pomysł zjazdu tyrolką na pokład naszego statku?

- No cóż, ja nie jestem jakimś kto­siem - sko­men­to­wał. - Nie wiesz, kim jestem?

- O Boże, cie­kawe, czy dał­byś radę być jesz­cze bar­dziej aro­gancki?

- Pew­nie.

Prych­nę­łam w odpo­wie­dzi.

- Jakoś trudno mi w to uwie­rzyć. I co ja niby mam teraz zro­bić?

- Zje­chać razem ze mną - odparł z sze­ro­kim uśmie­chem, od któ­rego na jego twa­rzy poja­wiały się dołeczki. Dupek. - Będzie faj­nie, zoba­czysz. Poza tym teraz to jedyny spo­sób na dotar­cie na sta­tek, bo wypły­nie w chwili, gdy wylą­du­jemy, a lina zosta­nie odcięta.

- Wil­der, musimy zaczy­nać! - zawo­łał Lan­don, zacze­piony już o swoją linę.

- Czyli co, moje opcje to albo zje­chać z tobą po tej pie­kiel­nej tra­sie, albo wró­cić pro­sto do domu?

- Zawsze możesz dołą­czyć do nas w następ­nym por­cie. Dobi­jamy do niego chyba za cztery dni, co?

- Stra­ci­ła­bym cały tydzień nauki!

- No, na to wygląda. - Wzru­szył ramio­nami.

- Nie. Lubię. Cię. - Wyplu­łam z sie­bie każde słowo.

Mały John poja­wił się obok z dwoma kaskami. Trzy­maj się tej wście­kło­ści, jest bez­piecz­niej­sza od lęku.

- Ale ja jakby cię lubię, więc to mi wystar­cza. Od zawsze mia­łem sła­bość do takich petard jak ty.

On jest nie­wia­ry­godny.

- Jazda, dzie­ciaki - zawo­łał Mały John.

- No już, pożyj tro­chę.

- To mi wygląda bar­dziej jak pro­sta droga ku śmierci, no chyba że znasz jakiś nie­za­wodny spo­sób na to, żebym rze­czy­wi­ście była bez­pieczna.

Zabrał kask z dłoni kolegi, ścią­gnął gumkę z moich wło­sów i prze­cze­sał mi je pal­cami.

- Masz nie­sa­mo­wite włosy, Leah.

- A ty nie­sa­mo­wite ego, Paxton - skon­tro­wa­łam.

Wsu­nął mi kask na głowę, popra­wił paski, po czym spiął je przy bro­dzie i chwilę póź­niej zro­bił to samo u sie­bie.

- Jest coś, na co naj­bar­dziej cze­kasz przy oka­zji rejsu?

- Na pewno nie na zjazd tyrolką.

- Nie wywi­niesz się. Powiedz mi, jaka jest jedna rzecz, któ­rej nie możesz się docze­kać?

Prze­łknę­łam ślinę i sku­pi­łam się na tym, o czym rze­czy­wi­ście marzy­łam przez ostat­nie pół roku.

- Myko­nos. To jedna z nie­obo­wiąz­ko­wych wycie­czek i wła­śnie tam chcia­ła­bym się zna­leźć.

W jego oczach bły­snęło zasko­cze­nie, jed­nak szybko je ukrył.

- Naprawdę?

- Naprawdę. Mój ojciec oświad­czył się mamie na plaży Kali­fa­tis.

Mama, odkąd pamięta, oba­wiała się mał­żeń­stwa i więk­szych zobo­wią­zań, ale kie­dyś przy­znała, że wła­śnie pobyt z tatą w tam­tym miej­scu spra­wił, że odrzu­ciła cały strach i zaak­cep­to­wała swoje prze­zna­cze­nie. Może to głu­pie, ale nie potra­fi­łam wyzbyć się nadziei, że jeśli też się tam znajdę, to będzie ze mną podob­nie. Tyle że teraz to wła­śnie podobny strach wbi­jał mi stopy w pod­łoże i pró­bo­wał odcią­gnąć jak naj­da­lej od tyrolki.

- Zała­twione. Zabiorę cię na Myko­nos.

Wstrzy­ma­łam oddech, zda­jąc sobie sprawę z tego, jak kosz­towna była ta wycieczka, i że mój pakiet sty­pen­dialny jej nie obej­mo­wał.

- Ale dla­czego?

- Bo muszę odsta­wić swoją kore­pe­ty­torkę na sta­tek. - Zer­k­nął gdzieś nade mną i zaro­zu­miały uśmie­szek powró­cił na jego usta, zale­d­wie parę sekund przed tym, jak kamera mignęła tuż obok mojego lewego ramie­nia. Chwila pry­wat­no­ści dobie­gła końca. - Decy­zja należy do cie­bie, Petardko, ale masz jakąś minutę na jej pod­ję­cie.

To już się chyba stało moty­wem prze­wod­nim tego dnia.

Mój umysł galo­po­wał z pręd­ko­ścią miliona kilo­me­trów na godzinę, jed­nak zwol­nił w chwili, gdy Paxton poło­żył mi dło­nie na ramio­nach, doma­ga­jąc się nie­po­dziel­nej uwagi.

- Jeśli to zro­bisz, zabiorę cię na Myko­nos. Oso­bi­ście dopil­nuję, by była to wycieczka two­jego życia, ale musisz zaak­cep­to­wać warunki umowy. Kore­pe­ty­cje, apar­ta­ment, kamery, wszystko.

- A co, jeśli tego nie zro­bię?

Prze­su­nął języ­kiem po dol­nej war­dze i jak­kol­wiek sek­sowne by to nie było, odnio­słam wra­że­nie, że zro­bił to nie­świa­do­mie, w ner­wo­wym odru­chu.

- Zapew­nię ci powrót do domu pierw­szą klasą na mój koszt i będziesz mogła wspo­mi­nać dzi­siej­szy dzień jako ten, gdy pra­wie zro­bi­łaś coś wyjąt­kowo głu­piego.

- A co wtedy będzie z tobą? Nic, prawda? Po pro­stu wycią­gniesz kolejne imię z kore­pe­ty­tor­skiej tiary przy­działu?

Paxton pokrę­cił głową.

- Wszy­scy dostępni kore­pe­ty­to­rzy zostali już przy­dzie­leni. Poza tym zosta­łaś wybrana spe­cjal­nie dla mnie ze względu na swoje zdol­no­ści. Jeśli odej­dziesz, praw­do­po­dob­nie zawalę rok, a ci wszy­scy ludzie - gestem dłoni wska­zał na ekipę zebraną dookoła nas i pochy­lił się, by dokoń­czyć szep­tem: - stracą pracę.

Poczu­łam, jakby wła­śnie zło­żył mi na ramio­nach ogromny cię­żar i w tej samej sekun­dzie zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy to wła­śnie o tym myślał, gdy po raz pierw­szy dostrze­głam go tak zadu­ma­nego.

- Ile zaj­mie nam zjazd?

- Mak­sy­mal­nie pięć sekund.

Moje serce zabiło moc­niej, jakby wie­działo już, jaką decy­zję podejmę.

Jeśli zamknę oczy, to nim się zorien­tuję, będzie po wszyst­kim, co?

Deli­kat­nym ruchem zało­żył mi kosmyk wło­sów za ucho, odsu­wa­jąc go poza paski kasku wiszące przy uszach. Jak mogła­bym dać mu do zro­zu­mie­nia, o jak wiele prosi, bez nie­po­trzeb­nego roz­trzą­sa­nia swo­jej prze­szło­ści i robie­nia z sie­bie idiotki? Bez powrotu do tam­tej nocy... i następ­nego poranka? Bez patrze­nia, jak ta pełna zaro­zu­mia­ło­ści mina nie­uchron­nie zmie­nia się pełną współ­czu­cia, ale i cho­ro­bli­wej cie­ka­wo­ści?

Jak mogła­bym kie­dy­kol­wiek zosta­wić prze­szłość za sobą, jeśli nie wsia­dła­bym na ten cho­lerny sta­tek? Czy byłoby lepiej, gdy­bym wciąż tkwiła w koko­nie bez­pie­czeń­stwa, zamknięta w sobie? Tak.

Ale co się wtedy sta­nie z całą tą ekipą? Z ludźmi, któ­rzy stracą pracę?

Unio­słam spoj­rze­nie i utkwi­łam je w oczach Paxtona. Przez moment patrzy­li­śmy na sie­bie, bez słowa dzie­ląc się tym, czego nie czu­łam od lat: zaufa­niem. On zapewni mi bez­pie­czeń­stwo. Z jakie­goś powodu czu­łam to w każ­dym skrawku poła­ta­nego ciała.

- To jak będzie, Leah? Jesteś gotowa na przy­godę? - spy­tał, tym razem miękko, jakby jakimś cudem domy­ślił się, jak wiele przez niego ryzy­kuję.

W odpo­wie­dzi wykrztu­si­łam jedno słowo, o któ­rym wie­dzia­łam, że odmieni... wszystko.

- Tak.

Rozdział drugi

Paxton

Port w Miami

Powie­działa "tak". Nie spo­dzie­wa­łem się, jak wiele może zna­czyć jedno krót­kie słowo, dopóki nie wydo­było się z jej nie­mal cał­ko­wi­cie zaci­śnię­tych ze zło­ści ust. Ust, które przy­kuły moją uwagę już w pierw­szej chwili, w któ­rej ją ujrza­łem. Dopro­wa­dzi­łem ją do plat­formy, gdzie cze­kał już Lan­don, który zna­cząco pokrę­cił głową.

Co naj­mniej tuzin dziew­czyn dałoby się pokroić za to, byśmy mogli razem zje­chać z tego miej­sca, i mój przy­ja­ciel dosko­nale o tym wie­dział. Ale ja kaza­łem się odwa­lić prak­tycz­nie każ­dej z nich, włą­cza­jąc w to Zoe, i zabra­łem tutaj tę spiętą kore­pe­ty­torkę w nadziei, że to ją do mnie prze­kona. Tyle że Leah wyglą­dała, jakby udało mi się osią­gnąć coś dokład­nie odwrot­nego.

Gdy przy­pią­łem nas do tyrolki, wyglą­dała na jesz­cze bar­dziej zestre­so­waną.

John zabez­pie­czył sprzęt i dał nam ostat­nie wska­zówki.

- No dobra, miej­sce do lądo­wa­nia macie ozna­ko­wane. Kiedy pocią­gnie­cie za ten pasek, wypnie­cie się i zacznie­cie spa­dać. Od ziemi będą was dzie­lić jakieś trzy metry, ale miej­sce jest dobrze napchane pianką, więc nie macie się o co mar­twić.

- Chwila, na doda­tek wypi­namy się i spa­damy? - dziew­czyna pisnęła i zaci­snęła dło­nie na uprzęży z taką mocą, że aż pobie­lały jej knyk­cie. - Nic nie mówi­łeś o spa­da­niu. Powie­dzia­łeś, że będzie bez­piecz­nie.

- Spad­niemy na ogromną podu­chę, Leah. Albo to, albo ude­rzymy w ścianę. Mamy hamulce, one nas spo­wol­nią, więc o nic się nie bój.

- O nic się nie bój, mówi - wymam­ro­tała. - Będzie bez­piecz­nie, mówi. Dupek jeden.

- Hej, sły­sza­łem to! - wark­ną­łem. Zazwy­czaj zasłu­gi­wa­łem na to miano dopiero rano, gdy pozby­wa­łem się laski po tym, jak ją prze­le­cia­łem. Nie żebym miał cokol­wiek prze­ciwko numer­kowi z Leah. Do dia­bła, ręce aż mnie świerz­biły, by poło­żyć je na jej nie­wia­ry­god­nie ide­al­nym tyłku, ale po takiej akcji moje szanse na zdo­by­cie w tym roku śred­niej, jakiej ode mnie ocze­ki­wano, byłyby równe zeru.

- I dobrze - odwark­nęła.

- Ooo, już ją lubię! - zaśmiał się Lan­don.

- Zamknij się, Nova - zwró­ci­łem się do niego pseu­do­ni­mem, pamię­ta­jąc, że wciąż obser­wują nas kamery, i zano­to­wa­łem w duchu, żeby uświa­do­mić Leah, że w pierw­szej kolej­no­ści nazy­wamy go "Casa­nova".

Wpią­łem się pod tyrolkę za Leah i mocno przy­cią­gną­łem do sie­bie to jej drobne ciałko. W momen­cie, gdy nasze ciała się zetknęły, nie­mal się we mnie wtu­liła, a ja poczu­łem prze­dziwną chęć, by oto­czyć ją ramio­nami i zanieść z powro­tem na sta­tek - pie­przyć numer, kamery, wszystko. Coś mi mówiło, że cała ta złość, którą mi oka­zy­wała, była tylko przy­krywką dla innego uczu­cia - stra­chu.

- Jesteś tego pewna? - spy­ta­łem, muska­jąc ustami jej ucho.

- Tak, jest okej - odszep­nęła.

Prze­su­nę­li­śmy się do przodu, aż po kra­wędź plat­formy, którą zbu­do­wała ekipa Rene­ga­tów, a wtedy Leah ponow­nie zesztyw­niała.

- Ja... ja... kiep­sko radzę sobie z wyso­ko­ścią.

Kurwa, teraz mi o tym mówi? Boże, ale ze mnie dupek.

- Powiedz tylko słowo, a wszystko odwo­łam, Leah. Wykom­bi­nu­jemy, jak cię prze­trans­por­to­wać na pokład.

- Nie. - Całym cia­łem dziew­czyny wstrzą­snął dreszcz, jed­nak kon­ty­nu­owała pew­nym sie­bie, moc­nym gło­sem: - Zro­bię to, po pro­stu... - Zaczęła szyb­ciej oddy­chać, więc oto­czy­łem ją ramio­nami, pra­wie kry­jąc w nich całą jej syl­wetkę. - Po pro­stu nie pozwól mi spaść.

Zaufała mi. W moich koń­czy­nach roz­wi­nęło się jakieś pra­wie nie­znane mi uczu­cie. To była potrzeba, by ją ochro­nić. Spra­wiała, że czu­łem się jak ostatni gnój, że namó­wie­nie jej do tego zjazdu, a jed­no­cze­śnie potężny jak sam Super­man, bo mogłem trzy­mać ją w swo­ich ramio­nach.

Tylko dla­czego prze­czu­wa­łem, że ta drobna kobietka okaże się moim kryp­to­ni­tem?

Pozby­łem się tej myśli z głowy.

- Nie pozwolę, by coś ci się stało. Przy­rze­kam.

- Okej, miejmy to już głowy.

Wycią­gną­łem kciuka w stronę Lan­dona.

- Nova?

- Gotowy! Wil­der?

- Jazda z tym!

Roz­pę­dzi­li­śmy się do skoku i nagle zna­leź­li­śmy się w powie­trzu. Czu­łem w żyłach pory­wa­jący pęd, wyrzut jedy­nego nar­ko­tyku, któ­rego nie potra­fi­łem sobie odmó­wić - adre­na­liny.

W pierw­szej chwili Leah wstrzy­mała oddech, jed­nak po chwili wydała z sie­bie wes­tchnie­nie. Nie się­gała dłońmi ku wła­snym paskom, a moje ramiona wciąż ota­czały ją bez­piecz­nie w talii. Powi­nie­nem był ją wypu­ścić, dać nieco prze­strzeni, którą naka­zy­wały wymogi bez­pie­czeń­stwa, ale coś mi pod­po­wia­dało, że najbez­piecz­niejsza będzie przy mnie.

A może po pro­stu zwa­rio­wa­łem i to ja potrze­bo­wa­łem trzy­mać ją jak naj­bli­żej sie­bie.

Minę­li­śmy dziób statku, a póź­niej mostek, i zbli­ży­li­śmy się do gór­nego pod­kładu. Mocny bas z gło­śni­ków w miej­scu, w któ­rym odby­wała się impreza, rósł z każ­dym kolej­nym metrem, by powi­tać nas w naszym nowym tym­cza­so­wym domu. Około tysiąca stu­den­tów dosko­nale bawiło się pod nami i wiwa­to­wało, gdy ich mija­li­śmy, cho­ciaż wszystko działo się tak szybko, że pew­nie ledwo nas widzieli.

Strefa lądo­wa­nia znaj­do­wała się tuż przed base­nem - była nią ogromna poduszka powietrzna z rów­nie wiel­kim nadru­ko­wa­nym X-em, jakby rze­czy­wi­ście ist­niała szansa prze­ocze­nia jej. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie co Lan­don się­gną­łem w bok, by zacząć hamo­wać.

Pocią­gną­łem za pasek, jed­nak nic się nie stało.

Prze­le­cie­li­śmy obok Lan­dona, więc szarp­ną­łem jesz­cze raz. Kurwa.

Nie pani­kuj. Prze­su­ną­łem dłoń do przodu, by użyć zapa­so­wego mecha­ni­zmu hamu­ją­cego na uprzęży Leah, jed­nak pod­dał się ze zbyt dużą łatwo­ścią. Co gor­sza, zjeż­dża­li­śmy teraz jesz­cze szyb­ciej.

Strefa lądo­wa­nia była o jakąś sekundę przed nami, a my wciąż poru­sza­li­śmy się ze zbyt dużą pręd­ko­ścią. Obie­ca­łeś, że będzie bez­pieczna. Że nic się jej nie sta­nie. Przy tak szyb­kim zjeź­dzie ist­niało ryzyko ude­rze­nia w poduszkę i odbi­cia się od niej pro­sto w tłum, albo co gor­sza, wypad­nię­cia za burtę.

- Umiesz pły­wać? - krzyk­ną­łem, ści­ska­jąc ją moc­niej.

- Tak? - odpo­wie­działa.

- To dobrze! - Strefa lądo­wa­nia znik­nęła za nami, nim w ogóle zdą­ży­li­śmy ode­tchnąć. - Wstrzy­maj oddech!

Poczu­łem, jak jej klatka pier­siowa się unosi. Zaraz przed tym, jak dotar­li­śmy do basenu, chwy­ci­łem za oby­dwa paski, o któ­rych wcze­śniej wspo­mi­nał Mały John, i szarp­ną­łem za nie z całej siły, modląc się, by zadzia­łały. Linki puściły.

A my spa­dli­śmy.

Przy­cią­gną­łem ją mocno do sie­bie i unio­słem kolana, by przy­jąć na sie­bie siłę ude­rze­nia.

Kurwa, to zaboli.

Ude­rzy­li­śmy o taflę wody tak mocno, że aż zdzi­wiło mnie, że się od niej nie odbi­li­śmy. Zaparło mi dech w pier­siach, a po całych ple­cach roz­szedł się ból, jed­nak nie wypu­ści­łem Leah z objęć aż do momentu, gdy dotkną­łem tył­kiem dna. Dopiero wtedy z całej siły wypchną­łem ją do góry, by mogła wypły­nąć na powierzch­nie.

Z każ­dym wyma­chem nóg zbli­ża­łem się w stronę słońca, aż wresz­cie byłem w sta­nie napeł­nić płuca czy­stym, słod­kim powie­trzem.

- Wszystko dobrze? - spy­ta­łem Leah, która dry­fo­wała obok. Miała sze­roko otwarte oczy i ury­wany oddech, jakby była na gra­nicy hiper­wen­ty­la­cji. - Leah?

Zmniej­szy­łem dystans mię­dzy nami i przy­cią­gną­łem ją do sie­bie, holu­jąc nas oboje w kie­runku pły­ci­zny, aż byłem w sta­nie dotknąć sto­pami dna.

Jej usta otwie­rały się i zamy­kały, jed­nak nie wydo­by­wał się z nich żaden dźwięk.

- Stary, to było epic­kie! - wrza­snął jakiś stu­dent znad basenu, przez co sta­łem się aż nadto świa­domy, że wszy­scy nas obser­wo­wali.

- Rene­gaci! Rene­gaci! - skan­do­wał tłum.

Po raz pierw­szy w życiu nie posła­łem do kamery swo­jego dzi­kiego rene­gac­kiego uśmieszku ani nie wyrzu­ci­łem rąk w górę w geście zwy­cię­stwa. Zamiast tego chwy­ci­łem twarz Leah w swoje dło­nie i prze­chy­li­łem nieco jej pod­bró­dek, by spoj­rzeć w te oczy o bar­wie whi­sky.

- Leah, powiedz coś. Cokol­wiek.

Głę­boko nabrała tchu i prze­stała drżeć, gdy unio­sła ręce do mojej piersi.

- Jesteś. Praw­dzi­wym. Dup­kiem.

Chyba można zali­czyć to jako "cokol­wiek".

Chwilę póź­niej popchnęła mnie do tyłu, a ja pośli­zgną­łem się i wpa­dłem pod wodę, smar­ka­jąc nią, gdy wynu­rzy­łem się z powro­tem na powierzch­nię. Pozbie­ra­łem się i podą­ży­łem za Leah wycho­dzącą z basenu. Mokra koszulka otu­lała wszyst­kie jej drobne krą­gło­ści, a dżinsy przy­le­piły się do ud. Czemu, do dia­bła, w ogóle miała na sobie dżinsy w taką pogodę?

Ale chyba wszystko było z nią w porządku? Nie kulała, więc raczej spraw­dzi­łem się jako poduszka przyj­mu­jąca na sie­bie całą siłę ude­rze­nia. Tak czy siak, wyglą­dała na całą. Wkur­wioną, ale całą.

- Wil­der, twoja kolej! - krzyk­nął Bobby gdzieś znad kra­wę­dzi basenu. Miał słu­chawkę w uchu i pod­kładkę w dłoni.

Zdją­łem kask, odgar­ną­łem włosy z twa­rzy i zmu­si­łem się, by ruszyć w prze­ciw­nym kie­runku niż Leah - ku sce­nie, na któ­rej tuż obok DJ-a stał już Lan­don, przy­ćmie­wa­jąc drobną postać Penny. Z gło­śni­ków wydo­by­wał się głę­boki rytm i zazwy­czaj ten moment był szczy­tem mojego haju, bo kolejny numer zakoń­czył się powo­dze­niem. Wszy­scy, któ­rych mija­łem, nie­ważne, czy faceci, czy dziew­czyny, doty­kali mnie albo pokle­py­wali po ple­cach, gdy sze­dłem w stronę pod­wyż­sze­nia.

Przy­kle­iłem na twarz sztuczny wil­de­rowy uśmiech, poko­nu­jąc jed­no­cze­śnie po dwa stop­nie.

- Chcę widzieć tu cały kurew­ski sprzęt, mój i Leah - syk­ną­łem cicho do Bobby'ego, kiedy go mija­łem.

Otwo­rzył sze­rzej oczy, ale ski­nął głową.

- Jasne, Wil­der. Ktoś z ekipy zaraz je ogar­nie.

Potrze­bo­wa­łem roz­krę­cić na czyn­niki pierw­sze każdy z sys­te­mów hamul­co­wych i dowie­dzieć się, dla­czego, do cho­lery, oby­dwa zawio­dły. Boże, ten numer mógł skoń­czyć się tra­gicz­nie. Mogłem wła­śnie nieść Leah do punktu medycz­nego, by nasta­wili jej zła­mane kości albo, co gor­sza, zdra­py­wać jej skórę ze ściany, do któ­rej przy­mo­co­wany był koniec liny.

Penna posłała mi sze­roki, olśnie­wa­jąco biały uśmiech i unio­sła dłoń, by zbić ze mną piątkę, jed­nak nie umknął mi nie­po­kój malu­jący się w jej oczach. Przy­cią­gną­łem ją do sie­bie w czymś, co dla innych miało wyglą­dać jak uścisk świę­tu­ją­cych przy­ja­ciół, ukła­da­jąc przy tym dło­nie nad talią dziew­czyny. Trzy­ma­nie jej w ten spo­sób, gdy miała na sobie bikini, od zawsze wyda­wało mi się tro­chę nie­zręczne.

- Wszystko gra? - wyszep­tała.

- Taaa. Po wszyst­kim musimy się spo­tkać. Bez kamer.

Ski­nęła głową i odsu­nęła się z uśmie­chem, po czym unio­sła mikro­fon.

- To dopiero była jazda bez trzy­manki, co? - spy­tała, zara­ża­jąc śmie­chem wszyst­kich zebra­nych.

Tłum stu­den­tów zary­czał, a Lan­don wyrzu­cił dło­nie do góry w geście zwy­cię­stwa, choć uniósł brwi, gdy spoj­rzał w moją stronę.

- Póź­niej - rzu­ci­łem bez­gło­śnie, na co ski­nął głową.

Penna podała mi mikro­fon. Nade­szła moja kolej.

- Jak tam, Rene­gaci?

Widzo­wie osza­leli, a ja posła­łem im uśmie­szek, z któ­rego byłem znany.

- W razie, gdy­by­ście jesz­cze się nie poła­pali, ja jestem Wil­der, ten tutaj to Nova - wska­za­łem na Lan­dona, który uniósł pięść - a to Rebel. - Penna poma­chała w cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie spo­sób. - Razem two­rzymy ekipę Rene­ga­tów.

Z tłumu dobie­gły kolejne wiwaty.

- Tak sobie pomy­śle­li­śmy, że skoro let­nie roz­grywki X Games1 dobie­gły końca, zro­bimy sobie prze­rwę od zdo­by­wa­nia medali i odwa­la­nia róż­nych akro­ba­cji, które póź­niej oglą­da­cie na YouTu­bie, i zamiast tego popły­niemy z wami w rejs dookoła świata. Na całe szczę­ście spon­so­rzy nie mieli nic prze­ciwko. I co wy na to?

Ludzie zaczęli wrzesz­czeć, a wtedy Lan­don posta­no­wił dodać coś od sie­bie.

- No, ale nie ocze­kuj­cie żad­nych poje­ba­nych nume­rów na pokła­dzie, obie­ca­li­śmy się zacho­wy­wać.

- I jak sami widzi­cie, dotrzy­mują słowa - wtrą­ciła Penna, a tłum ryk­nął śmie­chem.

Sta­tek wypły­nął z portu. Lan­don oddał mi mikro­fon.

- To co, zio­meczki, jeste­ście gotowi na przy­godę życia? - spy­ta­łem, rzu­ca­jąc slo­ga­nem, któ­rego czę­sto uży­wa­li­śmy.

- Jeste­śmy gotowi!

- Aj, wy nasi mali Rene­gaci! - dro­czyła się Penna z uśmie­chem na ustach.

- Czas roz­krę­cić tę imprezę! - wrza­sną­łem i dałem znak DJ-owi.

Muzyka ponow­nie roz­brzmiała w powie­trzu, rów­nie gło­śno, co wcze­śniej, a stu­denci zaczęli tań­czyć i wyma­chi­wać drin­kami. Odda­łem mikro­fon, po czym ski­ną­łem do Penny i Lan­dona, by prze­szli ze mną na bok sceny, nim dorwą nas kamery.

- Co tam się stało, do kurwy nędzy? - spy­tał z powagą Lan­don, od razu prze­cho­dząc do sedna.

- Hamulce zawio­dły. Oby­dwa.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie zna­cząco.

- Uprze­dza­jąc twoje pyta­nie, spraw­dzi­łem oby­dwa jesz­cze w pokoju, zanim w ogóle wyszli­śmy na wieżę.

- Ale przed czy po tym, jak spro­wa­dzi­łeś tu swoją kolejną gwiazdkę? - rzu­ciła Penna. - Nie była czę­ścią planu, a ty dobrze wiesz, że nie­na­wi­dzę takich nie­spo­dzia­nek.

- To tylko moja kore­pe­ty­torka i z kolei wy oby­dwoje dobrze wie­cie, że jeśli ona w pełni się nie zaan­ga­żuje, to będę miał prze­je­bane. Zresztą, wszy­scy będziemy mieli. Liczy­łem na to, że dzięki temu uda mi się prze­cią­gnąć ją na naszą stronę.

- No i ten pomysł oka­zał się strza­łem w kolano, bra­cie - sko­men­to­wał Lan­don.

- Powiedz mi coś, o czym nie wiem. Słu­chaj­cie, nie chcę brzmieć jak para­noik, ale dopóki nie dostanę tych czę­ści i nie ustalę, co pomi­ną­łem, to każde z nas samo zaj­muje się wła­snym sprzę­tem. Umowa stoi?

Przy­ja­ciele ski­nęli gło­wami. Na pewno nie spar­to­li­łem sprawy ze sprzę­tem i oby­dwoje o tym wie­dzieli, ale żad­nemu z nas nie prze­szła przez gar­dło ta inna opcja. Nie chcia­łem nawet myśleć, że ktoś celowo miałby sabo­to­wać numer, tym bar­dziej, gdy brała w nim udział Leah. To była chyba naj­ła­twiej­sza akcja, na jaką posta­wi­łem w ciągu ostat­nich dwóch lat, ale z łatwo­ścią mogła się prze­ro­dzić w tę z naj­gor­szym zakoń­cze­niem.

- Od teraz mamy oczy dookoła głowy. Spo­tkajmy się póź­niej, żeby prze­dys­ku­to­wać następną miej­scówkę. I ani słowa o tym przed kame­rami. Ani przy Leah. - Wbi­ja­łem w nich spoj­rze­nie aż do chwili, gdy potwier­dzili ski­nie­niami głów.

- Wil­der!

Bobby truch­tał w naszą stronę, a jego czoło prze­ci­nała duża zmarszczka. Od około roku zaj­mo­wał się pro­duk­cją naszego doku­mentu i przez cały ten czas ni­gdy nie widzia­łem go zestre­so­wa­nego.

- Co tam?

- Sprzęt znik­nął. Nie wiem, kto go zabrał, ale teraz została tylko lina. Ten Novy wciąż wisi, ale oby­dwa twoje znik­nęły.

- Kurwa.

- Patrzą na nas - mruk­nęła Penna, wska­zu­jąc w miej­sce za mną, w któ­rym zebrała się już ekipa fil­mowa.

- Na dziś to wszystko. Może­cie nakrę­cić tro­chę mate­riału z imprezy, ale ja wra­cam do pokoju, żeby się upew­nić, że mam wszystko gotowe na jutrzej­sze zaję­cia - oznaj­mi­łem.

- Zaję­cia, jeeej... - sko­men­to­wała Penna, iro­nicz­nie klasz­cząc w dło­nie.

Lan­don prze­wró­cił oczami i odszedł, bez wąt­pie­nia po to, by zna­leźć kolejną dziew­czynę, którą wpi­sze na swoją listę pod­bo­jów. W nor­mal­nej sytu­acji miał­bym daleko gdzieś życie ero­tyczne przy­ja­ciół, ale w tym tema­cie Lan­don balan­so­wał już na gra­nicy auto­de­struk­cji. Z każ­dym kolej­nym numer­kiem sta­czał się coraz bar­dziej, a jego oczy sta­wały się ciem­niej­sze i coraz bar­dziej puste, a ja nie mia­łem w tej kwe­stii nic do powie­dze­nia - nie, dopóki nie uda mi się napra­wić tego, co sam w nim zepsu­łem... o ile było to jesz­cze w ogóle moż­liwe.

Ekipa posta­no­wiła zro­bić to, do czego ich zachę­ci­łem, i poprzy­glą­dać się tro­chę stu­dent­kom w stro­jach kąpie­lo­wych, tym samym zosta­wia­jąc mnie z Penną na odle­głym krańcu sceny.

Prze­su­ną­łem wzro­kiem po zgro­ma­dzo­nym tłu­mie, mimo że dostrze­że­nie jej wśród tysiąca innych osób gra­ni­czyło z cudem.

- Poszła sobie - oznaj­miła z uśmiesz­kiem Penna.

- Muszę spraw­dzić, czy wszystko z nią w porządku. Coś mi się zdaje, że spier­do­li­łem po kró­lew­sku, nama­wia­jąc ją na ten zjazd. Ani przez chwilę nie prze­szło mi przez myśl, że aż tak ją to prze­razi.

- Nie każdy jest zbu­do­wany z tej samej gliny, co my, Pax. Więk­szość będzie z uwagą oglą­dać nasze numery, skoki na moto­rach, sza­lone zjazdy na nar­tach, ale sami w życiu nawet ich nie spró­bują. Poza tym po tym, co usły­sza­łam u cie­bie w apar­ta­men­cie, ona nie do końca wie, kim jesteś. Wygląda na to, że blask sławy wiel­kiego Paxtona Wil­dera nie spły­nął jesz­cze na wszyst­kich.

Unio­słem dło­nie w geście pod­da­nia.

- Dobra, zała­pa­łem.

- A poza tym, jeśli chciał­byś zapew­nić dziew­czy­nie pry­wat­ność, to może nie wcią­gaj jej swoje popisy kaska­der­skie, dupku.

- Jasna sprawa, mamu­siu.

Przy­ja­ciółka wierz­chem dłoni pac­nęła mnie w pierś.

- I nie wchodź do jej pokoju fron­to­wymi drzwiami, tylko roz­sie­jesz nie­po­trzebne plotki, a wąt­pię, czy marzy jej się nie­po­trzebne zain­te­re­so­wa­nie, więc po pro­stu prze­chodź przez bal­kon.

- Dobry plan. Co ja bym bez cie­bie zro­bił?

Penna poło­żyła głowę na moim ramie­niu.

- Na szczę­ście ni­gdy się tego nie dowiesz, a teraz spa­daj. Jeśli uda ci się wto­pić w tłum na tyle, by kamery zła­pały kilka dobrych ujęć, póź­niej będziesz mógł wymknąć się przy barze, żeby spraw­dzić, jak się ma.

- Dzięki - rzu­ci­łem, przy­tu­la­jąc ją do sie­bie.

- Nie ma za co - stwier­dziła, gdy się od sie­bie odsu­nę­li­śmy. - No, dziew­czyna była prze­ra­żona, ale coś mi mówi, że jest sil­niej­sza, niż ci się wydaje.

- Czemu tak myślisz?

Leah drżała, ledwo oddy­chała, a kiedy ude­rzy­li­śmy o taflę basenu, jej twarz miała bled­szy odcień niż więk­szość moich prze­ście­ra­deł.

- Przede wszyst­kim zde­cy­do­wała się wziąć udział w zjeź­dzie. Mogła odmó­wić i zażą­dać, żebyś zabrał ją z powro­tem na sta­tek i dobrze wiesz, że byś to zro­bił, a jed­nak tak się nie stało. Zaufała ci i pozwo­liła przy­piąć się do liny.

- I patrz no, co z tego wyszło.

- Dowiemy się, co się stało ze sprzę­tem, musimy go po pro­stu zna­leźć. Założę się, że ktoś z ekipy go zabrał przed Bob­bym. Nie przej­muj się tym na zapas.

Naprawdę mia­łem nadzieję, że to prawda, i że cała sytu­acja okaże się tylko głu­pim wypad­kiem przy pracy, któ­rego bez trudu będzie można unik­nąć w przy­szło­ści. Z tyłu głowy coś mi jed­nak pod­po­wia­dało, że wcale tak nie było, tyle że sam nie wie­dzia­łem, skąd się brało to prze­czu­cie.

- Dobra, lepiej znajdźmy ten sprzęt. Poga­damy póź­niej. - Odwró­ci­łem twarz w kie­runku impre­zu­ją­cego tłumu i zaczą­łem szu­kać naj­szyb­szej drogi do wyj­ścia.

- Pax, ona nawet nie wrza­snęła.

- Co? - spy­ta­łem, zer­ka­jąc na Pennę jesz­cze raz.

- Ani w trak­cie zjazdu, ani nawet kiedy wypią­łeś ją nad base­nem. Spa­da­li­ście, a ona nie wydała z sie­bie dźwięku. Może i była prze­ra­żona, ale nie dała tego po sobie poznać. Pamię­taj o tym, gdy będziesz prze­pra­szał.

- A skąd wiesz, że będę prze­pra­szał? - Ni­gdy mi się to nie zda­rzało. Słowo "prze­pra­szam" nie ist­niało nawet w moim słow­niku. Po co żało­wać cze­go­kol­wiek, gdy wszystko, co się dzieje w życiu, pro­wa­dzi do obec­nej chwili? Kształ­tuje osobę, którą się jest? Nawet naj­więk­szy błąd jest po pro­stu kolejną nicią na płót­nie zwa­nym życiem.

- Widzia­łam, jak na nią patrzysz. Uwierz mi, jeśli nie prze­pro­sisz teraz, z pew­no­ścią kie­dyś zro­bisz to za coś innego.

Nie zno­si­łem w Pen­nie tylko jed­nego - pra­wie ni­gdy się nie myliła.

Rozej­rza­łem się po kory­ta­rzu, po czym zapu­ka­łem do apar­ta­mentu Leah. Penna miała rację, nie chcia­łem, by kore­pe­ty­torka stała się boha­terką jakiejś dur­nej plotki, ale nie mogłem też wpa­ro­wać do niej przez bal­kon - nie po tym, jak zarzu­ciła mi, że chcę mieć do niej "łatwy dostęp".

Drzwi otwo­rzyły się na oścież i sta­nęła w nich Leah. Była świeżo po prysz­nicu, miała na sobie białą bok­serkę i spodnie od piżamy, a jej oczy ciskały w moją stronę gromy. Jasna cho­lera, czy ona naprawdę musiała mieć takie zabój­cze ciało? Czemu nie mogła być po pro­stu prze­ciętna albo wredna? To, jak bar­dzo mnie pocią­gała, było naprawdę nie na miej­scu.

- Czego chcesz, Wil­der? - spy­tała, krzy­żu­jąc ramiona na ide­al­nych pier­siach. Tyle że nie patrzy­łem w ich stronę, o nie. Wpa­try­wa­łem się w jej twarz, ni­gdzie indziej. Wspięła się na palce, by spoj­rzeć ponad moim ramie­niem. - A gdzie się podział zastęp kamer i ubó­stwia­ją­cych cię fanów?

Skrzy­wi­łem się na te słowa.

- Żad­nych kamer i fanów. Mogę wejść?

Wyzy­wa­jąco unio­sła brew.

- A co, jeśli powiem, że nie?

- To będę sie­dział na progu, aż dogo­nią mnie tu wcze­śniej wspo­mniane kamery i ubó­stwia­jący fani.

Prych­nęła w odpo­wie­dzi, ale cof­nęła się i wpu­ściła mnie do środka. Drzwi zatrza­snęły się za nami, a póź­niej prze­szli­śmy do salonu, który był mniej­szy, a jed­no­cze­śnie o wiele bar­dziej przy­tulny niż mój. Prze­su­ną­łem dłońmi po wciąż wil­got­nych spoden­kach, by upew­nić się, że nie ścieka z nich woda, na któ­rej mogłaby się póź­niej pośli­zgnąć.

- Podoba mi się twój pokój.

- To dobrze, skoro upar­łeś się, by za niego zapła­cić. Ile mamy czasu, zanim zjawi się tu ekipa fil­mowa i zażąda, żebym ich wpu­ściła? Bo nie zamie­rzam tego zro­bić. Nie na to się pisa­łam, Wil­der.

- Paxton - popra­wi­łem ją. - Dla reszty świata może i jestem Wil­de­rem, ale skoro będziemy spę­dzać ze sobą mnó­stwo czasu, wolał­bym w twoim towa­rzy­stwie nie grać pod publiczkę, o ile nie masz nic prze­ciwko.

Cho­lera, zabrzmiało to o wiele moc­niej, niż pla­no­wa­łem. Coś w tej dziew­czy­nie spra­wiało, że w każ­dej komórce ciała czu­łem napię­cie, przez co zapo­mi­na­łem o wylu­zo­wa­niu i opa­no­wa­niu, jakie przez ostat­nich kilka lat dopra­co­wy­wa­łem w pocie czoła do per­fek­cji. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie na jej skrzy­żo­wane ramiona, by wie­dzieć, że ta dziew­czyna, ta zagadka, zbu­do­wała wokół sie­bie gruby mur. Mur, który despe­racko pra­gną­łem zbu­rzyć, by ją uszczę­śli­wić i by cho­ciaż odro­binę prze­jęła się tym, czy zdam, czy zawalę rok.

- I żad­nych kamer. Nie wolno im tu przy­cho­dzić. Twój pokój jest cał­ko­wi­cie poza zasię­giem ekipy fil­mo­wej.

Nieco roz­luź­niła ramiona, co odczy­ta­łem jako oznakę ulgi.

- No cóż, dzię­kuję, że wzią­łeś to pod uwagę.

- Możesz też prze­ka­zać swo­jej współ­lo­ka­torce, że nie ma się o co mar­twić.

Leah potrzą­snęła głową, a mokre kosmyki wło­sów prze­su­nęły się po jej koszulce.

- Rachel dotrze tutaj dopiero w następ­nym try­me­strze. Zła­pała mono­nu­kle­ozę.

Cho­lera. Trzy dłu­gie mie­siące. Jak, u dia­bła, mam spra­wić, że Leah będzie tutaj zado­wo­lona aż do przy­jazdu Rachel? Pen­nie udało się odkryć, że były prak­tycz­nie nie­roz­łączne. Co, jeśli Leah mnie znie­na­wi­dzi i wyje­dzie przed koń­cem try­me­stru? Szansa na to, że mój dokład­nie prze­my­ślany plan trafi szlag, oka­zała się cał­kiem duża.

- Więc jesteś tutaj sama? Nie będziesz się czuła samotna?

Zaczęła pocie­rać ramiona.

- Mam się świet­nie. Poza tym, jeśli będziesz potrze­bo­wał się pouczyć, to racja, mój pokój to naj­lep­sze miej­sce, bo jeśli nie będę musiała, nawet nie zamie­rzam zbli­żać się do kamer.

Poczu­łem, jak moje mię­śnie nieco się roz­luź­niają, gdy dotarło do mnie, że nie ma zamiaru wykrę­cić się z umowy.

- Rozu­miem.

- To dobrze. Dosta­łeś już plan zajęć? Chcia­ła­bym wie­dzieć, na co jesteś zapi­sany.

- Mamy takie same przed­mioty.

Leah wyglą­dała, jakby opa­dła jej szczęka.

- Jak to w ogóle moż­liwe?

- Musia­łem się upew­nić, że będziesz w sta­nie mi pomóc albo przy­naj­mniej robić notatki, jeśli opusz­czę jakieś godziny. - Bo tak to wszystko zapla­no­wa­łem.

- Prze­spa­łeś się z babką z dzie­ka­natu czy co? Jak ci się to w ogóle udało? Albo wiesz, chyba nawet nie chcę wie­dzieć. Jutro o dzie­wią­tej mamy semi­na­rium. Uda ci się na nie dotrzeć czy masz w pla­nach śmi­gać za stat­kiem na nar­tach wod­nych?

- To nawet nie... - Moment. Cie­kawe, czy rze­czy­wi­ście mogłoby się to udać? Gdyby tak użyć wystar­cza­jąco dłu­giej liny i wystar­to­wać z....

- Nie­wia­ry­godne. Ani tro­chę mnie nie dziwi, że potrze­bu­jesz kore­pe­ty­cji. Zgu­bi­łeś wszyst­kie szare komórki na tych gów­nia­nych nume­rach, które wykrę­casz. Powiedz mi tylko, jesteś tutaj wyłącz­nie dla kanału Rene­ga­tów?

Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy.

- Wyda­wało mi się, że nie wiesz, kim jestem?

Wywró­ciła oczami w odpo­wie­dzi.

- Daj spo­kój. Nie odbi­li­śmy jesz­cze na tyle daleko od portu, żeby zabra­kło nam inter­netu, a nie da się w nim zna­leźć zbyt wielu Paxto­nów Wil­de­rów. Wujek Google cał­kiem nie­źle radzi sobie z wyszu­ki­wa­niem ludzi.

Prze­łkną­łem ślinę i zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak wiele wie.

- No, to czego się dowie­dzia­łaś?

- Że razem z kil­kor­giem zna­jo­mych pro­wa­dzisz kanał na YouTube, wszy­scy macie jakieś śmieszne ksywki, zdo­by­li­ście kilka medali na X-Games w kon­ku­ren­cjach z moto­cros­sem, czy tam sku­te­rem śnież­nym.

- Wła­ści­wie to w oby­dwu - popra­wi­łem z auto­matu.

- To świet­nie. Naj­wy­raź­niej uwiel­biasz rzu­cać się z kli­fów czy budyn­ków i ogól­nie spraw­dzać, co cię w końcu zabije. A ja mam za zada­nie spra­wić, że zali­czysz ten rok aka­de­micki, pod­czas gdy ty będziesz roz­bi­jał się tak jak zwy­kle, tyle że po całym świe­cie.

Kurwa. Cał­kiem szybko poskła­dała sobie wszystko w całość.

- Skąd ta myśl?

- No cóż, nie sądzę, że te eks­tre­mal­nie dro­gie kamery kręcą wła­śnie nudny reality show o twoim stu­denc­kim życiu, więc jedy­nym sen­sow­nym wyja­śnie­niem jest to, że zamie­rzasz zadbać o to, żeby wasz kanał poznali widzo­wie z innych kra­jów. No chyba że cho­dzi o coś jesz­cze.

- Tak - przy­zna­łem zgod­nie z prawdą. - Nie­które z naszych nume­rów nie są do końca legalne w Sta­nach, więc stwier­dzi­li­śmy, że to świetny czas na nakrę­ce­nie doku­mentu. Czego jesz­cze się dowie­dzia­łaś?

- Że pre­fe­ru­jesz dłu­go­no­gie blon­dynki o dosyć zabu­rzo­nych pro­por­cjach biu­stu do talii, ale nic mi do tego. Bez wąt­pie­nia będziesz miał z czego wybie­rać, a ja jestem zupeł­nie bez­pieczna, bo nie wpi­suję się w te kry­te­ria.

- Wow, kiedy niby dałem...

Wyrzu­ciła dło­nie w powie­trze.

- Nie dałeś, tego po pro­stu sama się domy­śli­łam. Słu­chaj, już mnie dzi­siaj pra­wie zabi­łeś, wrzu­ca­jąc do tego ogrom­nego basenu, i wiem już, że utknę­łam z tobą, jeśli chcę zostać na statku do końca rejsu. Rozu­miem, na co się zde­cy­do­wa­łam, ale chcę, żeby była mię­dzy nami jasność. Ni­gdy wię­cej nie mam zamiaru anga­żo­wać się w to, co robisz. Dzi­siaj był pierw­szy i ostatni raz. Cie­bie i mnie łączą tylko wspólne inte­resy, jasne?

Powoli ski­ną­łem głową.

- Jasne. - Co się wła­śnie, do kurwy, wyda­rzyło?

- Świet­nie. A teraz możesz sobie iść. Widzimy się jutro na semi­na­rium. - Pode­szła do drzwi, otwo­rzyła i stała przy nich, aż wysze­dłem. Wtedy zamknęła je z gło­śnym klik­nię­ciem prze­krę­ca­nego zamka.

W poło­wie drogi do wła­snego pokoju zaczą­łem się śmiać. Mała Ele­anor Baxter zro­biła coś, na co żadna inna dziew­czyna w moim życiu się nie odwa­żyła - naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mnie wyko­pała.

Wie­dzia­łem, że polu­bi­łem ją z kon­kret­nego powodu.

Rozdział trzeci

Leah

Sta­tek

Książki, notes, dłu­go­pis, szcze­góły reje­stra­cji... okej, mia­łam wszystko. Posła­łam kolejne wście­kłe spoj­rze­nie w stronę eks­presu do kawy i wyszłam na semi­na­rium. Walić zaję­cia z lite­ra­tury świa­to­wej, potrze­bo­wa­łam raczej kursu, by nauczyć się, jak korzy­stać z tego ustroj­stwa.

Może i dobrze byłoby się pozbyć uza­leż­nie­nia od kofe­iny, ale poranna kawa z Rachel na pierw­szym roku stu­diów poma­gała mi wsta­wać z łóżka, gdy jedyne, czego pra­gnę­łam, to by pochło­nął mnie wszech­świat. Teraz z kolei stała się nawy­kiem, z któ­rego nie potra­fi­łam zre­zy­gno­wać. Nie cho­dziło nawet o sam napój, bar­dziej o rutynę i o to, że Zie­mia ma gdzieś, że chcia­ła­bym, by na moment prze­stała się krę­cić. Wciąż to robiła, a ja razem z nią... i nie­ważne, że nie widzia­łam już w tym więk­szego sensu.

Dla­tego też każ­dego ranka wsta­wa­łam z łóżka, spraw­dza­jąc, czy dobrze skry­wam w sobie ból, poczu­cie bez­na­dziei oraz prze­ra­że­nie, które zagnież­dżało się w moim wnę­trzu za każ­dym razem, kiedy budzi­łam się i orien­to­wa­łam, że wciąż żyję... że wciąż jestem tą szczę­ściarą. Pod prysz­ni­cem zmy­wa­łam z sie­bie pot, dowód na kosz­mary nawie­dza­jące mnie co noc, nale­wa­łam sobie kawy i dołą­cza­łam do Rachel, bo tak robili żywi ludzie. Po pro­stu... żyli.

Jasne, czas mijał, a pamięć o nim nieco ble­dła, dzięki czemu byłam w sta­nie ode­tchnąć i ruszyć dalej. Brian. I pro­szę, byłam już w sta­nie przy­po­mnieć sobie w gło­wie jego imię i nie wybuch­nąć przy tym pła­czem. To wspo­mnie­nie miało w sobie pewną sło­dycz, a nie wyłącz­nie przy­tła­cza­jący żal - mojego sta­łego towa­rzy­sza od ład­nych kilku lat. Wciąż jed­nak oba­wia­łam się poran­ków.

Być może ten rejs nieco je odmieni.

Może i moje serce nie było bez skazy. Może poskła­dano je do kupy. Może i szwy nieco postrzę­piły w się miej­scach, gdzie nie chciało się do końca zro­snąć - tam, gdzie wyda­wało mi się, że już się to ni­gdy nie sta­nie - a jed­nak było całe. Żyłam.

I jeśli się nie pospie­szę, to spóź­nię się na semi­na­rium.

Rzu­ci­łam okiem w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych do apar­ta­mentu Paxtona i przez moment roz­wa­ża­łam zapu­ka­nie do nich. Nie. To duży chło­piec. Nie zamie­rza­łam przez następne dzie­więć mie­sięcy robić za jego niańkę. Zasta­na­wia­łam się nad tym przez całą noc i doszłam do wnio­sku, że jedy­nym spo­so­bem na to, by tego roku nie osza­leć, będzie zdy­stan­so­wa­nie się na tyle, na ile to tylko moż­liwe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki