René I Syn Słońca - Beata Grzegorczyk

Reflow text when sidebars are open.
CZĘŚĆ PIERWSZA
I
RENÉ
Kiedy byłem dzieckiem, Zirra, moja matka, miała zwyczaj mi powtarzać, żebym zawsze pomyślał dwa razy, zanim coś zrobię. Bez względu jednak na to, czy jej słuchałem, czy nie, i tak ciągle wpadałem w kłopoty. Ostatnio, o dziwo, nic mi się nie przydarzało - jestem więc pewny, że czeka mnie spokojny dzień.
Trwa jedna z tych letnich niedziel, gdy w osadzie Pompte odbywa się jarmark. Na tę okazję ubieram najmniej zużytą tunikę sięgającą do pół uda. Jest zbyt gruba na tę porę roku, ale ma inne właściwości, które cenię. Pod jej kapturem mogę ukryć długie włosy barwy zboża, a gdy naciągam materiał głębiej na twarz, moje oczy - prawe brązowe jak kora sosny i lewe szare jak morze podczas sztormu - stają się niemal niewidoczne. Zakładam sandały i ruszam w drogę.
W samo południe wchodzę na główny plac osady. Jest okrągły, obszerny i przystrojony pstrokatymi papierowymi girlandami, które szeleszczą na wietrze jak suche liście. Kramy kupców zajmują całą przestrzeń. Białe płachty, które je osłaniają, oślepiają mnie, odbijając promienie słońca prosto w moje oczy. Panują tu ciasnota i gwar tak głośny, że nie słychać własnych myśli. Na rynku można kupić wszystko: od jedzenia, poprzez zioła i mikstury, aż po łuk, strzały i inne narzędzia. Ale ja nie przychodzę tu na zakupy. Interesują mnie plotki.
Poruszam się między kramami spacerowym krokiem. Moje sandały klapią głucho, lecz dźwięk niknie w tutejszym harmidrze. Opuszczam głowę. Ukradkiem przyglądam się każdemu, kogo mijam. Nasłuchuję, co mówią.
Rolnicy zwykle narzekają między sobą na ciężkie życie podczas suszy. Tym razem pojawia się inny powód: pobliska, spokojna do tej pory rzeka wylała i porwała z nurtem część zapasów. Kilka młodych dziewcząt chichocze głośno - omawiają zabawę, która odbędzie się tego wieczoru gdzieś na południowym krańcu osady. Mężczyzna o bystrym spojrzeniu i miłym uśmiechu w zeszłym tygodniu odwiedził w interesach stolicę. Teraz relacjonuje swojemu towarzyszowi, co tam widział. Wychwala piękno pałacu królewskiego:
- Jest tak wielki, wspaniały i pyszny, jak mówią. I nie, nie było mi dane zobaczyć króla. Już od dawna nie pozdrawiał poddanych z balkonu.
Przystaję na chwilę i biorę kilka głębszych wdechów. Zwykle poświęcam więcej czasu na słuchanie plotek, ale teraz czuję, że już wystarczy. Idę dalej i ignoruję kolejne słowa, które padają wokół mnie. Szybko docieram do krańca placu. Mam tu do załatwienia jeszcze jedną sprawę.
Mijam kram za kramem. Przy jednym z ostatnich na tej drodze ponownie przystaję, a idący za mną ludzie wymijają mnie z niezadowolonymi pomrukami. To kolory wstrzymały moje kroki. W drewnianych skrzynkach leży mnóstwo smakowicie wyglądających owoców: różowe gruszki, zielone cytryny, ciemnofioletowe, ociekające sokiem śliwki. W oczy rzuca mi się krwistoczerwone nangao - dorodne, dojrzałe, wielkości małych arbuzów. Trzeba je sprowadzać, bo rośnie wyłącznie na terenie Krainy Ziemi. Podobno na długo syci głód i posiada właściwości lecznicze. Niektórzy twierdzą, że potrafi przywrócić wzrok ślepcom i sprawić, by odrosły utracone części ciała. Tego mi właśnie potrzeba. Szukam nangao za każdym razem, gdy tu przychodzę, lecz do tej pory nie sprzyjało mi szczęście.
Naciągam mocniej kaptur, a grzywka zachodzi mi na oczy.
- Po ile? - pytam kramarza i wskazuję palcem na jedną z dalszych skrzynek. Leży w niej fasola.
- Dwie sztuki srebra - odpowiada.
Nie składam oferty kupna, tylko wycofuję się nieco, więc kramarz traci mną zainteresowanie i wychyla się w prawo do następnej osoby - staruszki w zgniłozielonej tunice i chuście na głowie. Rozpoczyna się spór o cenę. Kilka czekających na swoją kolej osób dołącza do kłótni.
- Szybciej tam, szybciej!
- Płać, starucho!
- Panie, obniż jej cenę i przyjmuj dalej!
To typowe przekomarzanie towarzyszące targowaniu, które słyszałem już wielokrotnie. Co chwila słychać wybuch serdecznego śmiechu.
Zanim kilka lat temu przeprowadziłem pierwszą próbę kradzieży, najpierw długo wahałem się, czy w ogóle to zrobić, a jeśli tak, to w jaki sposób. Bardzo nie chciałem zostać przyłapany na gorącym uczynku. Wtedy przypadkowo natknąłem się na szajkę drobnych złodziejaszków. Mogłem ich śledzić i obserwować przy pracy. Właśnie tak dowiedziałem się, że nie należy zbyt długo stać przed jednym kramem i czekać na okazję, bo kramarz może wtedy przejrzeć moje zamiary. Kradzież była możliwa, jeśli najpierw zamieniło się z nim słowo. Zupełnie jakby tym samym dawało się świadectwo swojej uczciwości i wykluczało się z kręgu osób zdolnych do popełnienia niegodziwości.
Niejedni zapewne uznaliby to za naiwność albo głupotę. Dla mnie jest to piękna prostota serca. Jestem szczęściarzem, że mogę mieszkać w Krainie Słońca, gdzie żyją tak ufni ludzie. Uśmiecham się do siebie na tę myśl. Tymczasem targowanie wchodzi w ostatnią fazę: skandowanie przybiera na sile, a staruszka odlicza drobne i wysypuje je z sakiewki na drżącą dłoń.
Wiem, że teraz nadszedł idealny moment. Ostatni raz rozglądam się wokół, by mieć pewność, że nikt na mnie nie patrzy. Nie czekam dłużej. Wyciągam rękę, chwytam nangao, po czym najszybciej, jak potrafię, chowam je pod tunikę. Odwracam się i czmycham w tłum.
Serce bije mi mocno. Mięśnie moich nóg dygoczą, a stopy rwą się do ucieczki, ale nie przyspieszam. Drugim warunkiem udanej kradzieży jest zachowanie bezwzględnego spokoju. Idę więc takim samym spacerowym krokiem, jakim tu przyszedłem. Lawiruję między ludźmi. Cały czas wsłuchuję się w otaczające mnie dźwięki: szum girland, śmiechy, pokrzykiwania. Coraz wyraźniej słychać chichoty dzieci i gdakanie kur. Żadnych krzyków. Nikt za mną nie woła. Dopiero teraz patrzę za siebie. Ten sam tłum, harmider, poruszenie, kolory i śmiechy.
Jestem bezpieczny.
Przystaję dopiero, gdy znajduję się po drugiej stronie rynku, gdzie handlują zwierzyną i mięsem.
Znów to zrobiłem. Znów uszło mi płazem. Aby uniknąć wyrzutów sumienia, kradnę tylko jedną rzecz i nigdy nie okradam tego samego kramarza więcej niż raz. Zawsze też podczas kolejnego jarmarku wracam na miejsce przestępstwa i zostawiam tam owoce, które sam zebrałem. Równowartość skradzionego towaru. Wygnaniec, który się ukrywa, nie ma możliwości, by podjąć uczciwą pracę, więc nie może zarobić pieniędzy i wydać ich na zakup potrzebnych rzeczy. Ale może próbować odkupić swoje winy. Choć za bardzo to nie pomaga.
Przez chwilę chcę wrócić i oddać nangao, ale zaraz przypominam sobie wszystkie powody, dla których to robię. Woń krwi i świńskich tusz wiszących na hakach uderza mnie w nozdrza i ciężko mi znieść ten zapach. Dzięki temu przerywam swoje rozważania i szybko wycofuję się z rynku.
W głębi osady jest nieco spokojniej. Wchodzę na główną drogę, po obu stronach usianą skromnymi budynkami z drewna i kamieni. Spoglądam przed siebie i widzę w oddali soczystą zieleń Lasu Wamkijskiego.
Niemal w samym jego sercu stoi chata. Jest stara i otoczona cieniami. Dach ma dziurawy, a po ścianach pnie się bluszcz. Odkryłem ją trzy lata temu. Chociaż od początku wyglądała na opuszczoną, odczekałem parę dni, zanim się do niej wprowadziłem - na wszelki wypadek, gdyby właściciele się pojawili. Jednak nikt nigdy nie zajrzał do domku i odtąd nazywam go swoim.
Nie mogę jeszcze tam wrócić. Szybko odbijam w prawo, w mniejszą uliczkę. Przechodzę obok leżących w nieładzie stosów butwiejącej słomy i docieram do części dla ubogich. Zapach mięsa unoszący się nad rynkiem zastępuje zatęchła woń rozkładu. Idę dalej. Patrzę pod nogi, aby nie deptać walających się fragmentów kości. Wielu ludzi zna to miejsce i wielu przychodzi tu tak jak ja. Przynoszą jedzenie potrzebującym.
Zatrzymuję się przed stertą starych szmat. Dochodzi mnie ciche pochrapywanie. Materiały nagle drgają i spomiędzy nich wyłania się ręka. Jest ciemna, brudna, z długimi, czarnymi paznokciami. Należy do jednego z mężczyzn, którym pomagam. Nazywam go staruszkiem, bo nigdy nie zdradził mi swojego imienia. Zazwyczaj wymieniamy tylko kilka słów, obaj nie należymy do zbyt rozmownych.
- Hej, staruszku - mówię cicho. Nie zamierzam go budzić. - Zdobyłem dla ciebie nangao.
Pochylam się i kładę owoc obok słomy. Staruszek mruczy sennie, przekręca się na drugi bok, kieruje pomarszczoną twarzą w mo-ją stronę. Pod wpływem ruchu drugi rękaw jego tuniki, w którym nie ma ręki, spływa luźno aż do ziemi. Coś ściska mnie w gardle. Staję prosto. To zapewne absurd myśleć, że wszystkie pogłoski na temat nangao są prawdziwe, ale chcę w nie wierzyć.
Nie mam tu już nic więcej do roboty. Zawracam na główną drogę i ruszam do domu.
?
Przemierzam kolejne kilometry zadrzewioną ścieżką. Liście mienią się w słońcu na wiele odcieni zieleni. Trawa jest mokra od wczorajszego deszczu, chłodzi mi stopy. Nie śpieszę się, wykorzystuję ten czas na obserwowanie przyrody. Dwór moich rodziców co prawda otaczała roślinność, ale ogrody nigdy nie będą lasem.
Jestem tu bezpieczny, odrzucam więc kaptur. Wchodzę głębiej w las i kieruję się na wschód. Co jakiś czas zbaczam z drogi w krzewy poziomek i malin. Kiedy natrafiam na jedno z moich ulubionych owocowych drzew, zakasuję rękawy i wspinam się na nie. Zrywam całe garście liczi. Pod pobliskimi dębami znajduję grzyby, więc wypełniam nimi kieszenie. Potem zbieram jeszcze trochę leczniczych ziół na ból żołądka i gorączkę. To wystarczy. Nie potrafiłbym zabić, dlatego nie poluję. Obce jest mi oprawianie zwierzyny i ani myślę uczyć się tego bestialskiego aktu. Na szczęście to, co daje mi las, w zupełności wystarczy, by zapełnić brzuch. Jestem niski i wątłej budowy, więc nie potrzebuję dużo. W przeciwieństwie do mojego młodszego brata, który odznacza się wysokim wzrostem i krzepą. On pokonywał mnie w zapasach, a ja jego w wyścigach. Myślę, że nic w tej kwestii się nie zmieniło, chociaż nie mogę mieć co do tego całkowitej pewności. Od wielu lat go nie widziałem.
Przed ostatnim, porośniętym dzikimi fiołkami podwyższeniem terenu, które dzieli mnie od chaty, przystaję na chwilę. Dróżka pod stopami jest nierówna, ale dokładnie wydeptana. Widzę tu jedynie moje ślady, więc wiem, że nikt oprócz mnie tędy nie szedł. Słyszę poruszenie gdzieś nad głową i ochrypłe krakanie. To kruk-śmierciopazur, niewielkich rozmiarów czarny drapieżny ptak, który nie gardzi także padliną, przeskakuje po gałęzi świerku. Podrywa i opuszcza dziób, jakby na coś wskazywał. Podążam spojrzeniem w tamtą stronę i zamieram.
Niedaleko wije się inna ścieżka, której wcześniej nie było. Żołądek ściska mi się boleśnie. Czyżby to właściciele domu, który zająłem, wreszcie się pojawili, by odebrać to, co należy do nich? Potrząsam głową, szybko odsuwając od siebie tę myśl. Pewnie przechodził tędy kłusownik. Zdarzało się już, że odkrywałem zastawione przez nich wnyki. Mimo wszystko muszę to sprawdzić.
Zebrawszy się na odwagę, ruszam ścieżką i zapuszczam się głębiej w trawę. Śmierciopazur trzepocze skrzydłami i odfruwa. Niektóre długie kłosy pod moimi nogami poznaczone są czerwienią. Przystaję i się pochylam. Na ziemi leży martwy, na wpół rozszarpany zając. Wszędzie wokół fruwają fragmenty szarego futra. Możliwe, że to śmierciopazur dokonał tego mordu, ale może gdzieś tu się czaić inny drapieżnik: niedźwiedź albo wściekły pies, który nie pogardziłby łatwym kąskiem. Nie zamierzam tego sprawdzać. Wracam na moją dróżkę. Obraz rozprutego zwierzęcia prześladuje mnie całą drogę do domu.
Czeka tam na mnie stały komitet powitalny: gwizd wiatru i śpiew wiatrówek, które założyły gniazdo na poddaszu. Jeden z tych połyskujących, srebrnych ptaszków śmiga mi obok głowy, gdy idę do drzwi, i w ostatniej chwili się przed nim uchylam. Rozglądam się uważnie, wypatruję obcych śladów pod sandałami. Nic. Jestem tu tylko ja, wiatr i wiatrówki. Wszelkie obawy jak zwykle okazały się niepotrzebne. Wchodzę do środka.
W mojej chatce znajduje się jedna mała izdebka z trzema oknami, a w niej łóżko, komoda i kominek. Otwieram okiennice na całą szerokość, żeby wpuścić świeże powietrze. Wysypuję zawartość kieszeni na podłogę. Rozbieram się do naga i pozwalam podmuchom wiatru owiewać spocone ciało. Oddycham pełną piersią. Minęło wiele miesięcy, zanim nauczyłem się odnajdować przyjemność w nowym życiu, które składa się z chwil takich jak ta. Teraz nie wyobrażam sobie, by wyglądało inaczej.
Niegdyś nie było dla mnie granic, wolności nie wyznaczały linie lasu. Jako potomek króla Muraka i królowej Zirry byłem następcą tronu - miałem panować nad całą Krainą Słońca. Książę Vo Solle, Syn Słońca... to byłem ja.
Odkąd pamiętam, rodzice i nauczyciele kładli mi do głowy, że w prostej linii pochodzę od bogów.
- We wszystkich pięciu Krainach rządy sprawują ludzie i istoty, w żyłach których płynie prawdziwie boska krew - mówili. - Dziedziczenie przechodzi z pokolenia na pokolenie i jest gwarantem pokoju oraz dostatku we wszystkich krainach.
W stolicy otoczonej połyskującymi wodami rzek, w pałacu z białego marmuru przeżyłem beztroskie osiemnaście lat. Pobierałem nauki od najznakomitszych uczonych. Nosiłem stroje wyszywane złotymi nićmi. Służące codziennie mnie kąpały i masowały, upinały moje włosy w kunsztowne fryzury. Podczas licznych uczt dogadzałem podniebieniu najpyszniejszymi potrawami.
Wszystko zmieniło się po śmierci ojca. Ktoś odnalazł ukryte dokumenty, z których wynikało ponad wszelką wątpliwość, że tron mi się nie należy. Zostałem więc obwołany bękartem i zwolniony z obowiązków względem Krainy Słońca. Vo Solle przestał istnieć - świat obiegła wieść, że zapadł na śmiertelną chorobę i dołączył do swoich rodziców w zaświatach. Nielicznych, którzy znali prawdę, zobowiązano do utrzymania tajemnicy. Panowanie przeszło w ręce mojego młodszego brata, Kabala, a ja przyjąłem nowe imię - René - i odszedłem z dworu, spokojny o losy Pięciu Krain. Nie żałowałem tego, co się stało. Taka była wola bogów i nikt, nawet członek ich rodu, nie ma prawa się z nią spierać.
Padam na łóżko. Przymykam oczy. Promienie słońca prześwitują pomiędzy poruszającymi się na wietrze gałęziami drzew, malują migoczące obrazy pod powiekami. Oglądam je, aż w końcu zasypiam.
W moim śnie jest biało i zimno. Stąpam po cienkim lodzie pokrywającym zimowe jezioro. Idę powoli, by kra nie pękła. Jeśli wpadnę do lodowatej wody, zginę. Ktoś mi towarzyszy, postępuje za mną krok w krok. Wyciąga ramiona i już prawie, prawie mnie dosięga. Zaraz mnie złapie i oboje będziemy bezpieczni... Słyszę głuche pukanie, a potem trzask. Lód pęka.
Budzi mnie jakiś dźwięk.
Przekręcam się na bok, z wciąż zaciśniętymi powiekami, twarzą w stronę dochodzącego zza okna chłodu. Coś ponownie szura, skrzypi... Tak skrzypią deski podłogi pod naciskiem stóp. Przewracam się z powrotem na plecy i dopiero wtedy otwieram oczy.
Pod przeciwległą ścianą ktoś stoi. Dostrzegam potężną, zdecydowanie męską sylwetkę i oczy, które przypominają ślepia kota. Gwałtownie się rozbudzam. Nie wiem, co następuje pierwsze: ciało mi drży pod wpływem strachu czy podrywam się do góry? Piszczy drewniana rama łóżka. Tego jestem pewien.
- Kto...? - pytam odruchowo.
Uderzenie zrzuca mnie z posłania. Upadam na podłogę, twarzą w dół. Czuję smak krwi w ustach. Szczęka pulsuje mi ostrym bólem. Na chwilę tracę kontakt z rzeczywistością.
Następne, co pamiętam, to fakt, że leżę w dziwnej pozycji. Ręce mam wykręcone do tyłu, tak samo nogi. Nie mogę ich rozprostować, są związane razem nad plecami. Ledwo łapię powietrze. Obracam głowę w bok i oddychanie staje się odrobinę łatwiejsze. Skroplona wilgoć kapie z sufitu prosto na czubek mojej głowy. Denerwuje mnie to i rozprasza. Nie mogę się skupić.
On stoi nade mną. Przygląda mi się w ciszy. Potem kuca. Ma potężne, muskularne, opalone ciało, odziane jedynie w skórzaną przepaskę biodrową. Cały błyszczy, jakby dopiero co wyszedł z wanny wypełnionej oliwą. Pachnie piżmem. Nie widzę jego twarzy. Nosi czerwoną maskę kształtem przypominającą pysk lwa.
- To było zdecydowanie za łatwe - mówi tubalnym głosem.
Brzmi, jakby był rozbawiony. Co tu się dzieje?
Wypuszczam powietrze i znów je wciągam. Powoli. Pot spływa mi strużkami po twarzy, łaskocze skórę. Jestem obolały i na wpół przytomny, zmęczony walką o oddech. Moje myśli są teraz chaotyczne, nic z nich nie wynika prócz uporczywego nakazu: "Wdech, wydech, wdech, wydech...". Nie chcę odpłynąć... Nie mogę...
- Gratuluję. - Do moich uszu dociera ten sam rozbawiony, tubalny głos. - Właśnie dostałeś się w ręce katów.
To ostatnie słowa, które słyszę, zanim przegrywam walkę i ostatecznie tracę przytomność.