René I Syn Słońca - Beata Grzegorczyk

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERW­SZA

I

RENÉ

Kiedy by­łem dziec­kiem, Zirra, moja matka, miała zwy­czaj mi po­wta­rzać, że­bym za­wsze po­my­ślał dwa razy, za­nim coś zro­bię. Bez względu jed­nak na to, czy jej słu­cha­łem, czy nie, i tak cią­gle wpa­da­łem w kło­poty. Ostat­nio, o dziwo, nic mi się nie przy­da­rzało - je­stem więc pewny, że czeka mnie spo­kojny dzień.

Trwa jedna z tych let­nich nie­dziel, gdy w osa­dzie Pom­pte od­bywa się jar­mark. Na tę oka­zję ubie­ram naj­mniej zu­żytą tu­nikę się­ga­jącą do pół uda. Jest zbyt gruba na tę porę roku, ale ma inne wła­ści­wo­ści, które ce­nię. Pod jej kap­tu­rem mogę ukryć dłu­gie włosy barwy zboża, a gdy na­cią­gam ma­te­riał głę­biej na twarz, moje oczy - prawe brą­zowe jak kora so­sny i lewe szare jak mo­rze pod­czas sztormu - stają się nie­mal nie­wi­doczne. Za­kła­dam san­dały i ru­szam w drogę.

W samo po­łu­dnie wcho­dzę na główny plac osady. Jest okrą­gły, ob­szerny i przy­stro­jony pstro­ka­tymi pa­pie­ro­wymi gir­lan­dami, które sze­lesz­czą na wie­trze jak su­che li­ście. Kramy kup­ców zaj­mują całą prze­strzeń. Białe płachty, które je osła­niają, ośle­piają mnie, od­bi­ja­jąc pro­mie­nie słońca pro­sto w moje oczy. Pa­nują tu cia­snota i gwar tak gło­śny, że nie sły­chać wła­snych my­śli. Na rynku można ku­pić wszystko: od je­dze­nia, po­przez zioła i mik­stury, aż po łuk, strzały i inne na­rzę­dzia. Ale ja nie przy­cho­dzę tu na za­kupy. In­te­re­sują mnie plotki.

Po­ru­szam się mię­dzy kra­mami spa­ce­ro­wym kro­kiem. Moje san­dały kla­pią głu­cho, lecz dźwięk nik­nie w tu­tej­szym har­mi­drze. Opusz­czam głowę. Ukrad­kiem przy­glą­dam się każ­demu, kogo mi­jam. Na­słu­chuję, co mó­wią.

Rol­nicy zwy­kle na­rze­kają mię­dzy sobą na cięż­kie ży­cie pod­czas su­szy. Tym ra­zem po­ja­wia się inny po­wód: po­bli­ska, spo­kojna do tej pory rzeka wy­lała i po­rwała z nur­tem część za­pa­sów. Kilka mło­dych dziew­cząt chi­cho­cze gło­śno - oma­wiają za­bawę, która od­bę­dzie się tego wie­czoru gdzieś na po­łu­dnio­wym krańcu osady. Męż­czy­zna o by­strym spoj­rze­niu i mi­łym uśmie­chu w ze­szłym ty­go­dniu od­wie­dził w in­te­re­sach sto­licę. Te­raz re­la­cjo­nuje swo­jemu to­wa­rzy­szowi, co tam wi­dział. Wy­chwala piękno pa­łacu kró­lew­skiego:

- Jest tak wielki, wspa­niały i pyszny, jak mó­wią. I nie, nie było mi dane zo­ba­czyć króla. Już od dawna nie po­zdra­wiał pod­da­nych z bal­konu.

Przy­staję na chwilę i biorę kilka głęb­szych wde­chów. Zwy­kle po­świę­cam wię­cej czasu na słu­cha­nie plo­tek, ale te­raz czuję, że już wy­star­czy. Idę da­lej i igno­ruję ko­lejne słowa, które pa­dają wo­kół mnie. Szybko do­cie­ram do krańca placu. Mam tu do za­ła­twie­nia jesz­cze jedną sprawę.

Mi­jam kram za kra­mem. Przy jed­nym z ostat­nich na tej dro­dze po­now­nie przy­staję, a idący za mną lu­dzie wy­mi­jają mnie z nie­za­do­wo­lo­nymi po­mru­kami. To ko­lory wstrzy­mały moje kroki. W drew­nia­nych skrzyn­kach leży mnó­stwo sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cych owo­ców: ró­żowe gruszki, zie­lone cy­tryny, ciem­no­fio­le­towe, ocie­ka­jące so­kiem śliwki. W oczy rzuca mi się krwi­sto­czer­wone nan­gao - do­rodne, doj­rzałe, wiel­ko­ści ma­łych ar­bu­zów. Trzeba je spro­wa­dzać, bo ro­śnie wy­łącz­nie na te­re­nie Kra­iny Ziemi. Po­dobno na długo syci głód i po­siada wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze. Nie­któ­rzy twier­dzą, że po­trafi przy­wró­cić wzrok ślep­com i spra­wić, by od­ro­sły utra­cone czę­ści ciała. Tego mi wła­śnie po­trzeba. Szu­kam nan­gao za każ­dym ra­zem, gdy tu przy­cho­dzę, lecz do tej pory nie sprzy­jało mi szczę­ście.

Na­cią­gam moc­niej kap­tur, a grzywka za­cho­dzi mi na oczy.

- Po ile? - py­tam kra­ma­rza i wska­zuję pal­cem na jedną z dal­szych skrzy­nek. Leży w niej fa­sola.

- Dwie sztuki sre­bra - od­po­wiada.

Nie skła­dam oferty kupna, tylko wy­co­fuję się nieco, więc kra­marz traci mną za­in­te­re­so­wa­nie i wy­chyla się w prawo do na­stęp­nej osoby - sta­ruszki w zgni­ło­zie­lo­nej tu­nice i chu­ście na gło­wie. Roz­po­czyna się spór o cenę. Kilka cze­ka­ją­cych na swoją ko­lej osób do­łą­cza do kłótni.

- Szyb­ciej tam, szyb­ciej!

- Płać, sta­ru­cho!

- Pa­nie, ob­niż jej cenę i przyj­muj da­lej!

To ty­powe prze­ko­ma­rza­nie to­wa­rzy­szące tar­go­wa­niu, które sły­sza­łem już wie­lo­krot­nie. Co chwila sły­chać wy­buch ser­decz­nego śmie­chu.

Za­nim kilka lat temu prze­pro­wa­dzi­łem pierw­szą próbę kra­dzieży, naj­pierw długo wa­ha­łem się, czy w ogóle to zro­bić, a je­śli tak, to w jaki spo­sób. Bar­dzo nie chcia­łem zo­stać przy­ła­pany na go­rą­cym uczynku. Wtedy przy­pad­kowo na­tkną­łem się na szajkę drob­nych zło­dzie­jasz­ków. Mo­głem ich śle­dzić i ob­ser­wo­wać przy pracy. Wła­śnie tak do­wie­dzia­łem się, że nie na­leży zbyt długo stać przed jed­nym kra­mem i cze­kać na oka­zję, bo kra­marz może wtedy przej­rzeć moje za­miary. Kra­dzież była moż­liwa, je­śli naj­pierw za­mie­niło się z nim słowo. Zu­peł­nie jakby tym sa­mym da­wało się świa­dec­two swo­jej uczci­wo­ści i wy­klu­czało się z kręgu osób zdol­nych do po­peł­nie­nia nie­go­dzi­wo­ści.

Nie­jedni za­pewne uzna­liby to za na­iw­ność albo głu­potę. Dla mnie jest to piękna pro­stota serca. Je­stem szczę­ścia­rzem, że mogę miesz­kać w Kra­inie Słońca, gdzie żyją tak ufni lu­dzie. Uśmie­cham się do sie­bie na tę myśl. Tym­cza­sem tar­go­wa­nie wcho­dzi w ostat­nią fazę: skan­do­wa­nie przy­biera na sile, a sta­ruszka od­li­cza drobne i wy­sy­puje je z sa­kiewki na drżącą dłoń.

Wiem, że te­raz nad­szedł ide­alny mo­ment. Ostatni raz roz­glą­dam się wo­kół, by mieć pew­ność, że nikt na mnie nie pa­trzy. Nie cze­kam dłu­żej. Wy­cią­gam rękę, chwy­tam nan­gao, po czym naj­szyb­ciej, jak po­tra­fię, cho­wam je pod tu­nikę. Od­wra­cam się i czmy­cham w tłum.

Serce bije mi mocno. Mię­śnie mo­ich nóg dy­go­czą, a stopy rwą się do ucieczki, ale nie przy­spie­szam. Dru­gim wa­run­kiem uda­nej kra­dzieży jest za­cho­wa­nie bez­względ­nego spo­koju. Idę więc ta­kim sa­mym spa­ce­ro­wym kro­kiem, ja­kim tu przy­sze­dłem. La­wi­ruję mię­dzy ludźmi. Cały czas wsłu­chuję się w ota­cza­jące mnie dźwięki: szum gir­land, śmie­chy, po­krzy­ki­wa­nia. Co­raz wy­raź­niej sły­chać chi­choty dzieci i gda­ka­nie kur. Żad­nych krzy­ków. Nikt za mną nie woła. Do­piero te­raz pa­trzę za sie­bie. Ten sam tłum, har­mi­der, po­ru­sze­nie, ko­lory i śmie­chy.

Je­stem bez­pieczny.

Przy­staję do­piero, gdy znaj­duję się po dru­giej stro­nie rynku, gdzie han­dlują zwie­rzyną i mię­sem.

Znów to zro­bi­łem. Znów uszło mi pła­zem. Aby unik­nąć wy­rzu­tów su­mie­nia, kradnę tylko jedną rzecz i ni­gdy nie okra­dam tego sa­mego kra­ma­rza wię­cej niż raz. Za­wsze też pod­czas ko­lej­nego jar­marku wra­cam na miej­sce prze­stęp­stwa i zo­sta­wiam tam owoce, które sam ze­bra­łem. Rów­no­war­tość skra­dzio­nego to­waru. Wy­gna­niec, który się ukrywa, nie ma moż­li­wo­ści, by pod­jąć uczciwą pracę, więc nie może za­ro­bić pie­nię­dzy i wy­dać ich na za­kup po­trzeb­nych rze­czy. Ale może pró­bo­wać od­ku­pić swoje winy. Choć za bar­dzo to nie po­maga.

Przez chwilę chcę wró­cić i od­dać nan­gao, ale za­raz przy­po­mi­nam so­bie wszyst­kie po­wody, dla któ­rych to ro­bię. Woń krwi i świń­skich tusz wi­szą­cych na ha­kach ude­rza mnie w noz­drza i ciężko mi znieść ten za­pach. Dzięki temu prze­ry­wam swoje roz­wa­ża­nia i szybko wy­co­fuję się z rynku.

W głębi osady jest nieco spo­koj­niej. Wcho­dzę na główną drogę, po obu stro­nach usianą skrom­nymi bu­dyn­kami z drewna i ka­mieni. Spo­glą­dam przed sie­bie i wi­dzę w od­dali so­czy­stą zie­leń Lasu Wam­kij­skiego.

Nie­mal w sa­mym jego sercu stoi chata. Jest stara i oto­czona cie­niami. Dach ma dziu­rawy, a po ścia­nach pnie się bluszcz. Od­kry­łem ją trzy lata temu. Cho­ciaż od po­czątku wy­glą­dała na opusz­czoną, od­cze­ka­łem parę dni, za­nim się do niej wpro­wa­dzi­łem - na wszelki wy­pa­dek, gdyby wła­ści­ciele się po­ja­wili. Jed­nak nikt ni­gdy nie zaj­rzał do domku i od­tąd na­zy­wam go swoim.

Nie mogę jesz­cze tam wró­cić. Szybko od­bi­jam w prawo, w mniej­szą uliczkę. Prze­cho­dzę obok le­żą­cych w nie­ła­dzie sto­sów bu­twie­ją­cej słomy i do­cie­ram do czę­ści dla ubo­gich. Za­pach mięsa uno­szący się nad ryn­kiem za­stę­puje za­tę­chła woń roz­kładu. Idę da­lej. Pa­trzę pod nogi, aby nie dep­tać wa­la­ją­cych się frag­men­tów ko­ści. Wielu lu­dzi zna to miej­sce i wielu przy­cho­dzi tu tak jak ja. Przy­no­szą je­dze­nie po­trze­bu­ją­cym.

Za­trzy­muję się przed stertą sta­rych szmat. Do­cho­dzi mnie ci­che po­chra­py­wa­nie. Ma­te­riały na­gle drgają i spo­mię­dzy nich wy­ła­nia się ręka. Jest ciemna, brudna, z dłu­gimi, czar­nymi pa­znok­ciami. Na­leży do jed­nego z męż­czyzn, któ­rym po­ma­gam. Na­zy­wam go sta­rusz­kiem, bo ni­gdy nie zdra­dził mi swo­jego imie­nia. Za­zwy­czaj wy­mie­niamy tylko kilka słów, obaj nie na­le­żymy do zbyt roz­mow­nych.

- Hej, sta­ruszku - mó­wię ci­cho. Nie za­mie­rzam go bu­dzić. - Zdo­by­łem dla cie­bie nan­gao.

Po­chy­lam się i kładę owoc obok słomy. Sta­ru­szek mru­czy sen­nie, prze­kręca się na drugi bok, kie­ruje po­marsz­czoną twa­rzą w mo-ją stronę. Pod wpły­wem ru­chu drugi rę­kaw jego tu­niki, w któ­rym nie ma ręki, spływa luźno aż do ziemi. Coś ści­ska mnie w gar­dle. Staję pro­sto. To za­pewne ab­surd my­śleć, że wszyst­kie po­gło­ski na te­mat nan­gao są praw­dziwe, ale chcę w nie wie­rzyć.

Nie mam tu już nic wię­cej do ro­boty. Za­wra­cam na główną drogę i ru­szam do domu.

?

Prze­mie­rzam ko­lejne ki­lo­me­try za­drze­wioną ścieżką. Li­ście mie­nią się w słońcu na wiele od­cieni zie­leni. Trawa jest mo­kra od wczo­raj­szego desz­czu, chło­dzi mi stopy. Nie śpie­szę się, wy­ko­rzy­stuję ten czas na ob­ser­wo­wa­nie przy­rody. Dwór mo­ich ro­dzi­ców co prawda ota­czała ro­ślin­ność, ale ogrody ni­gdy nie będą la­sem.

Je­stem tu bez­pieczny, od­rzu­cam więc kap­tur. Wcho­dzę głę­biej w las i kie­ruję się na wschód. Co ja­kiś czas zba­czam z drogi w krzewy po­zio­mek i ma­lin. Kiedy na­tra­fiam na jedno z mo­ich ulu­bio­nych owo­co­wych drzew, za­ka­suję rę­kawy i wspi­nam się na nie. Zry­wam całe gar­ście li­czi. Pod po­bli­skimi dę­bami znaj­duję grzyby, więc wy­peł­niam nimi kie­sze­nie. Po­tem zbie­ram jesz­cze tro­chę lecz­ni­czych ziół na ból żo­łądka i go­rączkę. To wy­star­czy. Nie po­tra­fił­bym za­bić, dla­tego nie po­luję. Obce jest mi opra­wia­nie zwie­rzyny i ani my­ślę uczyć się tego be­stial­skiego aktu. Na szczę­ście to, co daje mi las, w zu­peł­no­ści wy­star­czy, by za­peł­nić brzuch. Je­stem ni­ski i wą­tłej bu­dowy, więc nie po­trze­buję dużo. W prze­ci­wień­stwie do mo­jego młod­szego brata, który od­zna­cza się wy­so­kim wzro­stem i krzepą. On po­ko­ny­wał mnie w za­pa­sach, a ja jego w wy­ści­gach. My­ślę, że nic w tej kwe­stii się nie zmie­niło, cho­ciaż nie mogę mieć co do tego cał­ko­wi­tej pew­no­ści. Od wielu lat go nie wi­dzia­łem.

Przed ostat­nim, po­ro­śnię­tym dzi­kimi fioł­kami pod­wyż­sze­niem te­renu, które dzieli mnie od chaty, przy­staję na chwilę. Dróżka pod sto­pami jest nie­równa, ale do­kład­nie wy­dep­tana. Wi­dzę tu je­dy­nie moje ślady, więc wiem, że nikt oprócz mnie tędy nie szedł. Sły­szę po­ru­sze­nie gdzieś nad głową i ochry­płe kra­ka­nie. To kruk-śmier­cio­pa­zur, nie­wiel­kich roz­mia­rów czarny dra­pieżny ptak, który nie gar­dzi także pa­dliną, prze­ska­kuje po ga­łęzi świerku. Pod­rywa i opusz­cza dziób, jakby na coś wska­zy­wał. Po­dą­żam spoj­rze­niem w tamtą stronę i za­mie­ram.

Nie­da­leko wije się inna ścieżka, któ­rej wcze­śniej nie było. Żo­łą­dek ści­ska mi się bo­le­śnie. Czyżby to wła­ści­ciele domu, który za­ją­łem, wresz­cie się po­ja­wili, by ode­brać to, co na­leży do nich? Po­trzą­sam głową, szybko od­su­wa­jąc od sie­bie tę myśl. Pew­nie prze­cho­dził tędy kłu­sow­nik. Zda­rzało się już, że od­kry­wa­łem za­sta­wione przez nich wnyki. Mimo wszystko mu­szę to spraw­dzić.

Ze­braw­szy się na od­wagę, ru­szam ścieżką i za­pusz­czam się głę­biej w trawę. Śmier­cio­pa­zur trze­po­cze skrzy­dłami i od­fruwa. Nie­które dłu­gie kłosy pod mo­imi no­gami po­zna­czone są czer­wie­nią. Przy­staję i się po­chy­lam. Na ziemi leży mar­twy, na wpół roz­szar­pany za­jąc. Wszę­dzie wo­kół fru­wają frag­menty sza­rego fu­tra. Moż­liwe, że to śmier­cio­pa­zur do­ko­nał tego mordu, ale może gdzieś tu się czaić inny dra­pież­nik: niedź­wiedź albo wście­kły pies, który nie po­gar­dziłby ła­twym ką­skiem. Nie za­mie­rzam tego spraw­dzać. Wra­cam na moją dróżkę. Ob­raz roz­pru­tego zwie­rzę­cia prze­śla­duje mnie całą drogę do domu.

Czeka tam na mnie stały ko­mi­tet po­wi­talny: gwizd wia­tru i śpiew wia­tró­wek, które za­ło­żyły gniazdo na pod­da­szu. Je­den z tych po­ły­sku­ją­cych, srebr­nych ptasz­ków śmiga mi obok głowy, gdy idę do drzwi, i w ostat­niej chwili się przed nim uchy­lam. Roz­glą­dam się uważ­nie, wy­pa­truję ob­cych śla­dów pod san­da­łami. Nic. Je­stem tu tylko ja, wiatr i wia­trówki. Wszel­kie obawy jak zwy­kle oka­zały się nie­po­trzebne. Wcho­dzę do środka.

W mo­jej chatce znaj­duje się jedna mała iz­debka z trzema oknami, a w niej łóżko, ko­moda i ko­mi­nek. Otwie­ram okien­nice na całą sze­ro­kość, żeby wpu­ścić świeże po­wie­trze. Wy­sy­puję za­war­tość kie­szeni na pod­łogę. Roz­bie­ram się do naga i po­zwa­lam po­dmu­chom wia­tru owie­wać spo­cone ciało. Od­dy­cham pełną pier­sią. Mi­nęło wiele mie­sięcy, za­nim na­uczy­łem się od­naj­do­wać przy­jem­ność w no­wym ży­ciu, które składa się z chwil ta­kich jak ta. Te­raz nie wy­obra­żam so­bie, by wy­glą­dało ina­czej.

Nie­gdyś nie było dla mnie gra­nic, wol­no­ści nie wy­zna­czały li­nie lasu. Jako po­to­mek króla Mu­raka i kró­lo­wej Zirry by­łem na­stępcą tronu - mia­łem pa­no­wać nad całą Kra­iną Słońca. Książę Vo Solle, Syn Słońca... to by­łem ja.

Od­kąd pa­mię­tam, ro­dzice i na­uczy­ciele kła­dli mi do głowy, że w pro­stej li­nii po­cho­dzę od bo­gów.

- We wszyst­kich pię­ciu Kra­inach rządy spra­wują lu­dzie i istoty, w ży­łach któ­rych pły­nie praw­dzi­wie bo­ska krew - mó­wili. - Dzie­dzi­cze­nie prze­cho­dzi z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie i jest gwa­ran­tem po­koju oraz do­statku we wszyst­kich kra­inach.

W sto­licy oto­czo­nej po­ły­sku­ją­cymi wo­dami rzek, w pa­łacu z bia­łego mar­muru prze­ży­łem bez­tro­skie osiem­na­ście lat. Po­bie­ra­łem na­uki od naj­zna­ko­mit­szych uczo­nych. No­si­łem stroje wy­szy­wane zło­tymi nićmi. Słu­żące co­dzien­nie mnie ką­pały i ma­so­wały, upi­nały moje włosy w kunsz­towne fry­zury. Pod­czas licz­nych uczt do­ga­dza­łem pod­nie­bie­niu naj­pysz­niej­szymi po­tra­wami.

Wszystko zmie­niło się po śmierci ojca. Ktoś od­na­lazł ukryte do­ku­menty, z któ­rych wy­ni­kało po­nad wszelką wąt­pli­wość, że tron mi się nie na­leży. Zo­sta­łem więc ob­wo­łany bę­kar­tem i zwol­niony z obo­wiąz­ków wzglę­dem Kra­iny Słońca. Vo Solle prze­stał ist­nieć - świat obie­gła wieść, że za­padł na śmier­telną cho­robę i do­łą­czył do swo­ich ro­dzi­ców w za­świa­tach. Nie­licz­nych, któ­rzy znali prawdę, zo­bo­wią­zano do utrzy­ma­nia ta­jem­nicy. Pa­no­wa­nie prze­szło w ręce mo­jego młod­szego brata, Ka­bala, a ja przy­ją­łem nowe imię - René - i od­sze­dłem z dworu, spo­kojny o losy Pię­ciu Krain. Nie ża­ło­wa­łem tego, co się stało. Taka była wola bo­gów i nikt, na­wet czło­nek ich rodu, nie ma prawa się z nią spie­rać.

Pa­dam na łóżko. Przy­my­kam oczy. Pro­mie­nie słońca prze­świ­tują po­mię­dzy po­ru­sza­ją­cymi się na wie­trze ga­łę­ziami drzew, ma­lują mi­go­czące ob­razy pod po­wie­kami. Oglą­dam je, aż w końcu za­sy­piam.

W moim śnie jest biało i zimno. Stą­pam po cien­kim lo­dzie po­kry­wa­ją­cym zi­mowe je­zioro. Idę po­woli, by kra nie pę­kła. Je­śli wpadnę do lo­do­wa­tej wody, zginę. Ktoś mi to­wa­rzy­szy, po­stę­puje za mną krok w krok. Wy­ciąga ra­miona i już pra­wie, pra­wie mnie do­sięga. Za­raz mnie zła­pie i oboje bę­dziemy bez­pieczni... Sły­szę głu­che pu­ka­nie, a po­tem trzask. Lód pęka.

Bu­dzi mnie ja­kiś dźwięk.

Prze­krę­cam się na bok, z wciąż za­ci­śnię­tymi po­wie­kami, twa­rzą w stronę do­cho­dzą­cego zza okna chłodu. Coś po­now­nie szura, skrzypi... Tak skrzy­pią de­ski pod­łogi pod na­ci­skiem stóp. Prze­wra­cam się z po­wro­tem na plecy i do­piero wtedy otwie­ram oczy.

Pod prze­ciw­le­głą ścianą ktoś stoi. Do­strze­gam po­tężną, zde­cy­do­wa­nie mę­ską syl­wetkę i oczy, które przy­po­mi­nają śle­pia kota. Gwał­tow­nie się roz­bu­dzam. Nie wiem, co na­stę­puje pierw­sze: ciało mi drży pod wpły­wem stra­chu czy pod­ry­wam się do góry? Pisz­czy drew­niana rama łóżka. Tego je­stem pe­wien.

- Kto...? - py­tam od­ru­chowo.

Ude­rze­nie zrzuca mnie z po­sła­nia. Upa­dam na pod­łogę, twa­rzą w dół. Czuję smak krwi w ustach. Szczęka pul­suje mi ostrym bó­lem. Na chwilę tracę kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

Na­stępne, co pa­mię­tam, to fakt, że leżę w dziw­nej po­zy­cji. Ręce mam wy­krę­cone do tyłu, tak samo nogi. Nie mogę ich roz­pro­sto­wać, są zwią­zane ra­zem nad ple­cami. Le­dwo ła­pię po­wie­trze. Ob­ra­cam głowę w bok i od­dy­cha­nie staje się odro­binę ła­twiej­sze. Skro­plona wil­goć ka­pie z su­fitu pro­sto na czu­bek mo­jej głowy. De­ner­wuje mnie to i roz­pra­sza. Nie mogę się sku­pić.

On stoi nade mną. Przy­gląda mi się w ci­szy. Po­tem kuca. Ma po­tężne, mu­sku­larne, opa­lone ciało, odziane je­dy­nie w skó­rzaną prze­pa­skę bio­drową. Cały błysz­czy, jakby do­piero co wy­szedł z wanny wy­peł­nio­nej oliwą. Pach­nie piż­mem. Nie wi­dzę jego twa­rzy. Nosi czer­woną ma­skę kształ­tem przy­po­mi­na­jącą pysk lwa.

- To było zde­cy­do­wa­nie za ła­twe - mówi tu­bal­nym gło­sem.

Brzmi, jakby był roz­ba­wiony. Co tu się dzieje?

Wy­pusz­czam po­wie­trze i znów je wcią­gam. Po­woli. Pot spływa mi struż­kami po twa­rzy, ła­sko­cze skórę. Je­stem obo­lały i na wpół przy­tomny, zmę­czony walką o od­dech. Moje my­śli są te­raz cha­otyczne, nic z nich nie wy­nika prócz upo­rczy­wego na­kazu: "Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech...". Nie chcę od­pły­nąć... Nie mogę...

- Gra­tu­luję. - Do mo­ich uszu do­ciera ten sam roz­ba­wiony, tu­balny głos. - Wła­śnie do­sta­łeś się w ręce ka­tów.

To ostat­nie słowa, które sły­szę, za­nim prze­gry­wam walkę i osta­tecz­nie tracę przy­tom­ność.