Reminiscencje i duchy - Leszek Głuś

Kup ebooka

40.99 zł
32.79 zł (29,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Szanowny Czytelniku!

Długo zwlekałem z zabraniem się do pisania, to prawda. Żeby móc pisać do siebie listy, trzeba trochę się znać, mieć wspólny temat do wymiany spostrzeżeń, innych niż o chorobach i pogodzie. Również książki każdy odbiera inaczej, a rozmowa o nich jest jak opowiadanie o muzyce. Dlatego opowiem Ci o zachowanych przeze mnie obrazach Dobczyc.

Do Dobczyc wędrowałem przeważnie w niedziele, do kina Raba. Jest nikła szansa, że za Twoich czasów jeszcze istniało. Ścieżkami, których już nie ma, dochodziło się do drewnianego mostu, zazwyczaj porywanego przez kolejne wiosenne powodzie. Droga prowadziła obok obecnego parku miejskiego. Po lewej stronie, w lesie, ukryły się dwa stawy, o których wiedzieli nieliczni. Po prawej stały dwie wille, i stoją tam nadal, braci Figlewiczów. Jeden był rymarzem, drugi okuwał beczki, koła do wozów i inne cudeńka drewniane, stawiane dzisiaj w ogródkach dla przyozdobienia kwietników.

Z mostu oglądało się ławice pstrągów, błyszczące w przeźroczystej wodzie. Dzisiaj jest ona mętna i brudna. Ale wtedy śmiałkowie wchodzili na balustradę i skakali jak z mostu w Mostarze, na główkę, na nogi, jak leci. Bywało różnie. Woda w Rabie zachęcała do kąpieli. Wydaje mi się, że ryzykantów i kawalerów w Dobczycach z biegiem lat ubywało, tak jak i czystej wody.

Po prawej stronie rzeki, na plaży, kąpała się i opalała długonoga Figlewiczówna. Zatrzymywałem się tam na dłuższą chwilę, by nasycić wzrok jej piękną, smukłą postacią. Obiecaliśmy sobie spotkanie po latach. Jak wiesz, przeważnie na wszystkie spotkania po latach jest za późno.

W zimie, po rynku - tak, tak, po nieposypywanym niczym rynku, bo wtedy wszystkie drogi i ulice były bajkowo białe, a zimy srogie - ślizgały się na butach, jak na łyżwach dzieci, przyczepione wełnianymi, przemarzniętymi rękawiczkami do pędzących sań. Niektórzy ślizgali się za saniami na łyżwach. Woźnica smagał batem raz to po końskich zadach, raz odganiając dziatki. Na chwilę chowały się one za burtami wozu na płozach, by znów przejechać z radosnym piskiem aż pod figurkę Floriana.

Dobczyce słynęły z kuśnierzy. Wełniane czapki, robione przez mamy na drutach, szybko zamieniały się w śnieżne kule. Krętą, bystrą uliczką pod zamkiem dochodziło się do nielegalnego warsztatu - wtedy wszystko było nielegalne - chociaż miejscowi milicjanci sami zachodzili tam, by uszyć swoim dzieciom nakrycia głowy z owczej skóry zapinane rzemyczkami pod szyją, chroniące główki jak hełmy podczas bitew na kulki śnieżne. Wiedząc, nie wiedzieli, widząc, nie widzieli. Tym sposobem całe Dobczyce i okolice ubierały się w owcze, brązowe czapeczki.

Przez miasto płynęła Młynówka, po której dzisiaj nie ma śladu. Zza Młynówki wyjeżdżał pan Walas odkrytą poangielską ciężarówką, po której, jak i po Walasie, również nic nie zostało. Dobczyce przypominały uśpione włoskie miasteczko z filmu Felliniego, życie toczyło się tam wolno, w aurze tajemniczości, z krótkim przystankiem, od czasu do czasu, na lody. Do dzisiaj, z powodu tego niepośpiechu, podstawowym środkiem lokomocji pozostał rower, nieodzowny w spowalnianiu czasu.

Nasze spotkania i rozmowy, bynajmniej nie o książkach, pozwalają nieco więcej zrozumieć, podejrzeć i zabrać rozmyślania ze sobą. Przy każdym spotkaniu myślę sobie: to już ostatni raz. I pewnie wkrótce będzie to ten ostatni raz - prześladuje mnie takie dziwne przeczucie, jak to o nadchodzącym końcu świata, kiedy będziemy tylko wyglądać zza szyb, podglądając świat, który wymknął się nam i skoczył nieszczęśliwie na główkę z balustrady drewnianego mostu, łamiąc sobie kręgosłup. Czasami myślę, że to byłoby najciekawsze rozwiązanie.

Do zobaczenia więc. Chciałbym Cię poznać i rozprawiać o dzieciństwie, historii, książkach. Może dojdziemy do poezji Szymborskiej, która do mnie nie przemawia, nie pamiętam żadnego jej wiersza i nie mam zamiaru zapamiętać. Wtedy, popijając kawkę, będę sobie dyskretnie milczał. To po trosze dziwi, a po trosze oburza, że nie rozumiem poezji, etc. Wspomnienia zawarte w tej książce niech okażą się substytutem Twoich oczekiwań.

Reminiscencja-2 Gęsi i baran

Stawy opasane były groblami, na których Baba Jaga wypasała stado gęsi.

Do szkoły można było więc dojść z obszczypanymi porciętami albo utytłanym po łydki w błocie - polną drogą, która tylko w wakacje osuszała się na tyle, aby dało się zwieźć do stodoły to, co w międzyczasie obrodziło lepiej lub gorzej.

Buty, obstalowane u szewca, wypastowane na glanc, czekały na niedzielę; wykonane na zamówienie, nie przymierzając - jak dla papieża, nie śmiały widzieć wody ani, Boże broń, błota.

Gęsi reagowały na podrzucane im okruchy. Przepuszczały nas dalej z aprobującym gęganiem. Koło spróchniałej wierzby, z której wiosną wybierało się próchnicę dla kwiatuszków mamusi, a potem polną ścieżką wśród łanów zboża (znaliśmy właściciela każdego zagonu, co pozwalało nam nie zabłądzić) docieraliśmy do szkoły.

Po drodze można było zagłębić się w żytni zagon, gdzie czekały na nas kąkole, bratki polne i bławatki. Zbieraliśmy je, suszyliśmy, jak zresztą wiele innych ziół, aby kiedyś stać się na tyle bogatymi, by kupić sobie w pobliskim miasteczku kredki Kohinoora, zamiast beznadziejnych świecówek w sześciu kolorach. Tak uczyliśmy się podstaw ekonomii. Do skupu Herbapolu trzeba było jechać do Krakowa. Oczywiście nigdy nie staliśmy się bogatsi niż wczoraj, natomiast nasza znajomość ziół dorównywała wiedzy wiejskich zielarek.

Baba Jaga, widząc jak poradziliśmy sobie z gęsiami, sprawiła sobie barana, na którego wołaliśmy: "baziu, baziu, puc, puc, puc", co doprowadzało Babę Jagę, i samego rogatego zainteresowanego, do furii. Przeważnie udawało nam się przed nim zwiać i schować za furtką, gdzie czatowało nasze kochane psisko, gotowe oddać za nas życie.

Od czasu do czasu rzeka zachowywała się nielojalnie, rozlewała się po wszystkich okolicznych łąkach, chcąc dać znać, że nie do końca jest z nas zadowolona. Wypływaliśmy wówczas w blaszanej balii na pastwiska, pragnąc dotrzeć aż do Raby, co okazywało się trudnym zadaniem nawet dla tak wytrawnych żeglarzy jak my, bo balia kręciła się wkoło, zamiast płynąć przed siebie; nie pomagało nawet sterowanie kawałkiem kija.

Kiedy wody opadały, na piechotę szliśmy za nurtem rzeki i docieraliśmy do następnej śluzy. Ten teren stanowił obszar zakazany i niedostępny, co sprawiało nam jeszcze większą frajdę.

Reminiscencja-3 Rzeka

Trzeba było przejść przez rzeczkę w bród, wdrapać się po stromym brzegu i już było się w krainie niezapominajek, maślanek i stokrotek, otulających ścieżkę prowadzącą przez następną łąkę Baby Jagi, nieopodal Tatarówki. Należało się pochylić i szybko przebiec w stronę zapewniających skuteczną osłonę, czekających już na nas krzaków. Czasami przeważała chęć zerwania bukietu maślanek, pierwszych kwiatów wieszczących zbliżające się majówki. Z maślanek i stokrotek wiliśmy wianki i tak wystrojeni, zabezpieczeni przed wszelkim "złym", dochodziliśmy do przeprawy skonstruowanej z dębowych bali wzdłuż kolejnego zachwycającego miejsca.

Należało, trzymając się oburącz górnej belki, obejmującej stawiska zatrzymujące wodę nad kamiennymi, zrujnowanymi przez powodzie schodkami, prześliznąć się, nie patrząc w dół, na przeciwległą groblę. Okazywanie lekceważenia wobec narastającego strachu było w dobrym, dziecięcym tonie.

Staliśmy już na wrogim terenie, opanowanym przez młynarza niemiłościwie panoszącego się po tej stronie rzeki.

Maszerowaliśmy dalej i dalej, gdzie widniał kolejny staw porośnięty kaczeńcami, sitowiem i brązowymi pałkami imitującymi berła. Naszym celem jednak nie była dalsza wędrówka. Spojrzenie w dół, na pędzącą wodę, przypominało o spełniającym się przekleństwie, rzuconym na lokatorów tego młyna.

Opowiadano o młynarczyku, który podczas powodzi, usiłując podnieść zastawy, by woda nie wlała się na okalające łąki i stawy, porywając ryby do pobliskiej Raby, pośliznął się i przepadł w ryczącym wodospadzie bez śladu.

Ktoś wpadł pod napędzającą młyn turbinę. Kto? Pewnie właściciel gospodarstwa. Ktoś ponoć powiesił się we młynie. Powiesił się - dlaczego? W naszym mniemaniu nie było to sprawą najistotniejszą.

Należało zamknąć zastawę, kierującą wodę na śluzę prowadzącą do pracującej turbiny. Wówczas, zanim woda przestała płynąć w pożądanym przez młynarza kierunku, stwarzaliśmy sobie najprawdziwszy basen do kąpieli.

Po jakimś czasie od strony młyna nie dało się nie słyszeć nadciągających przekleństw, co było hasłem do natychmiastowej rejterady. Młynarz - tak myśleliśmy - zrzuci nas do spienionego wodospadu i znikniemy z jego czujnych oczu na zawsze.

W mokrych majtkach, w wiankach na głowach sunęliśmy przez łąkę Baby Jagi, by niepostrzeżenie schować się za drewutnią.

Reminiscencja-4 Młynica

Pod młynicą, strzeżoną przez Babę Jagę, stał brusek. Brusek służył do bruszenia, czyli do ostrzenia noży i siekier. Brusek był nasz, bo Baba Jaga poszła na wyjątkowe ustępstwo i w obawie przed niechybną zemstą drwali, niemogących naostrzyć swoich siekier przed pójściem na wyrąb lasu, pozwoliła nam nim bruszyć. Ja, jak zwykle ja, byłem tym najważniejszym, który kręcił okrągłym kamieniem, polewał kamień wodą, żeby siekiery podczas ostrzenia się nie rozhartowywały. Drwal pomruczał, pomruczał, ale w końcu godził się na moje kręcenie. Siekiera drwala przecinała w locie włos, siekiera drwala, ostra jak brzytwa, potrafiła powalać olbrzymie drzewa, ponieważ nie istniały, jak pamiętam, żadne skuteczniejsze narzędzia do powalania drzew. Piła "moja-twoja" wgryzała się podstępnie i cicho w pień, jak to potrafią tylko bobry, zaś łomot siekier zapowiadał kategoryczną bliskość upadku.

Młynica nie rozleciała się tylko dlatego, że od wiatru osłonięta była groblą. Brakowało jej dachówek, część desek szalunku zniknęła bez wieści. Schody na podest, gdzie w zamierzchłych czasach funkcjonowała maszyneria, zżarły korniki. Na dole, jakby nigdy nic, wisiały jeszcze worki na mąkę, przymocowane do zsypów. Przy młynicy stała przylepiona do niej przybudówka, z której Baba Jaga wyglądała od czasu do czasu, najczęściej w tym celu, żeby posłać w naszą stronę jakieś przekleństwo. Wyglądało na to, że jej jedynym i ulubionym zajęciem jest straszenie dzieci. Dostawało się też każdemu, kto chciał przekroczyć kładkę na jej rzece, przejść jej ścieżką w jej lesie, zjechać na sankach z jej górki. Pewnego razu podeszła do naszego domu z łopatą, żeby ustalić nowe granice, niezbędne do pilnowania. Dziadek Edward przejął łopatę i trzasnął ją tą łopatą w tyłek, co zakończyło definitywnie jej imperialne zakusy.

Baliśmy się Baby Jagi, ponieważ zabierała nam zabawki. Baliśmy się chyba z przyzwyczajenia, bo biegaliśmy szybko i na nic zdawało się jej gonienie za nami. Poza tym mieliśmy swojego dziadka Edwarda. To była nasz gwarancja bezpieczeństwa. Przekleństwa Baby Jagi docierały nawet do odległego kościoła i stanowiły niejednokrotnie temat religijnych rozważań, wygłaszanych przez proboszcza z ambony do wiernych. Baba Jaga, jak wszystkie Baby Jagi, miała swojego pomocnika - tego baliśmy się bardziej, więc na wszelki wypadek, przed ucieczką, przezywaliśmy go wymyślonymi naprędce wyzwiskami. Nie byliśmy grzecznymi dziećmi, fakt, ale czy można być grzecznym, nie mając innej możliwości obrony?