Remedium - Richard Phillips

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? 2010 BY Richard Phillips COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2018
TYTUŁ ORYGINAŁU Immune. Book Two of the RHO Agenda
Opublikowano w Stanach Zjednoczonych przez Amazon Publishing, 2012.
Wydanie to było możliwe na podstawie umowy licencyjnej pochodzącej z Amazon Publishing, www.apub.com
WYDANIE I
ISBN 978-83-7964-318-9
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
W książce przedstawiono fikcyjne wydarzenia i postacie. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących bądź martwych, jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
ILUSTRACJA NA OKŁADCE Dark Crayon
PROJEKT OKŁADKI Dark Crayon, black gear Paweł Zaręba
TŁUMACZENIE Piotr Kucharski
REDAKCJA Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska
KOREKTA Maria Brzyska, Magdalena Byrska
SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI "Grafficon" Konrad Kućmiński
SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl www.facebook.com/fabryka instagram.com/fabrykaslow
Nagi nastolatek leżał płasko, zawieszony w powietrzu, jakby spoczywał na niewidzialnej leżance.
Gdyby mógł mrugnąć oczyma, zrobiłby to, nie było to jednak możliwe. Pole statyczne utrzymujące go ponad metr nad podłogą nie pozwalało na takie ruchy, więc nie mogąc zamknąć powiek, musiał wpatrywać się w górę. Jego ciało podlegało teraz woli kogoś innego.
Szary blask z przewodów wijących się pod sufitem oświetlał liczne znajdujące się w pomieszczeniu urządzenia. W uszach nastolatka pulsował niskim tętnem odgłos maszynerii, która go otaczała. Nie był pewien, od jak dawna leżał. Nie licząc dudnienia, przez cały ten czas jedynym stałym kompanem chłopca był ból. Nie ośmielał się myśleć o tym drugim, rzadszym gościu.
Delikatny podmuch powietrza omiótł mu ciało. Przelotny chłód lekko otarł się o włosy na rękach i ostrzegł o nadejściu mężczyzny, zanim ten pojawił się na skraju pola widzenia. Przybycie tego człowieka potwierdziło jedno: chłopak został opuszczony przez Boga, ograbiony z wiary, która towarzyszyła mu przez całe życie, i teraz pozostała jedynie okropna, naga prawda. Gdyby Bóg istniał, nie pozwoliłby, aby jego dziecko musiało znosić coś takiego.
Przed oczyma chłopca pojawiła się twarz profesora Donalda Stephensona, wicedyrektora Narodowego Laboratorium Los Alamos. Naukowiec omiótł go wzrokiem w podobny sposób, w jaki patolog mógłby się przyglądać zwłokom. W palcach Stephensona tkwił przedmiot rozmiarów małego śrubokrętu. Z jednego jego krańca wystawał na cztery centymetry pęk cienkich jak włos przewodów, drugi zaś kończył się soczewką o dziwnym kształcie, którą można było obracać. Nachyliwszy się bliżej nastolatka, naukowiec przysunął urządzenie do jego twarzy, po czym lewą ręką dotknął skóry w pobliżu prawego oka chłopca. Po chwili wicedyrektor z zadowoleniem odłożył sprzęt na bok i naciągnął na dłonie lateksowe rękawiczki.
- Dzień dobry, Raulu. Możemy zacząć? - powiedział, pochylając nad nastolatkiem jastrzębią twarz.
Usta Raula, uwięzione w pętach niewidzialnego pola siłowego, które otaczało jego ciało, nie mogły się nawet wykrzywić w krzyku, gdy skalpel usuwał mu prawą powiekę, po czym wbijał się w gałkę oczną. Krew trysnęła nastolatkowi na twarz pojedynczym krótkim strumieniem, bo zaraz nanoboty powstrzymały jej wypływ. Działając szybciej niż procesy lecznicze Raula, Stephenson wcisnął końcówkę urządzenia w pusty oczodół. Włosowate druciki zagłębiły się w odsłonięty nerw wzrokowy.
Chłopak zrezygnował z modlitw o śmierć i teraz przeklinał w myślach Boga, który porzucił swego syna, pozwalając na coś znacznie straszniejszego niż ukrzyżowanie.
Szkoła skończyła się przed niecałym tygodniem. Heather powinna już odczuwać tę wspaniałą ulgę wynikającą z faktu, że nie miała żadnych prac domowych do odrobienia, a jednak coraz silniej ogarniały ją złe przeczucia.
Znów śniła. Znów miała te dziwne sny, których nie pamiętała, gdy budziła się w środku nocy ze skórą zlaną potem. Mark i Jennifer nie wspominali o podobnych koszmarach, zatem to tylko ona nie mogła spokojnie się wyspać i wyglądać na wypoczętą.
Dziwne było już to, że nie była w stanie przywołać treści koszmarów. W końcu pamiętała wszystko inne. Cała trójka potrafiła odtworzyć każdą rzecz, jaką zobaczyli. Na ekranach ich umysłów obrazy wyświetlały się tak wyraźnie, jakby widzieli je na nowo. Z tymi snami było jednak inaczej. Wręcz bała się kłaść spać z obawy przed nimi. Jeśli udawało jej się zasnąć, działo się to dopiero przed świtem, co zaburzało jej rytm życia rannego ptaszka.
Tego dnia jasny promień słońca przedarł się przez konary drzewa za jej oknem i wpadł do środka pokoju. Gałęzie kołysały się na lekkim porannym wietrze, a irytujący blask wciąż drażnił oczy, kojarząc jej się z zajączkami puszczanymi przez sygnalizacyjne lusterko kawalerzysty w starym westernie.
- No dobrze, dobrze. Już wstaję!
Nie dość, że się nie wyspała, to jeszcze bolała ją głowa. Narzekanie na słoneczne promienie nic nie zmieniało, jednak pomogło dziewczynie trochę złagodzić irytację, jaką czuła na wszechświat.
Zastanawiała się, czy nie narzucić po prostu szlafroka i nie zejść na parter po kubek gorącej herbaty. Skusiła się jednak na prysznic. Wdychała parę, stojąc pod pulsującym biczem dyszy masującej. Temperaturę ustawiła minimalnie poniżej poziomu pozwalającego uniknąć powstania pęcherzy na skórze. Cieszyła się, że stary budynek postawiono, zanim wprowadzono ograniczniki przepływu redukujące dostępne ciśnienie wody do żałosnego ciurkania. Była to jedna z licznych cech jej domu, które uwielbiała.
Gdy ubrała się i zeszła do kuchni, czuła się już niemal jak istota ludzka. Z salonu dobiegał ryk telewizora wskazujący, gdzie przebywali rodzice. Poszła dalej, odcinając się od zdyszanych głosów prezenterów znajdujących się w trybie przekazywania wieści z ostatniej chwili, i ustawiła kurs na puszkę z torebkami herbaty.
- Dzień dobry, mamo, dzień dobry, tato - zawołała przez ramię, wkładając kubek do mikrofalówki, by podgrzać wodę.
Brak odpowiedzi na powitanie wzbudził jej ciekawość. Być może rodzice wyszli na zewnątrz i zapomnieli wyłączyć telewizor. Uznała, że zgasi odbiornik i dołączy do nich, gdy tylko przygotuje herbatę.
Na myśl o telewizorze skupiła wreszcie uwagę i treść przekazu wkradła się w jej świadomość.
- ...tego ranka w swoim domu w pobliżu Fort Meade w stanie Maryland. Komunikat wystosowany przez policję głosi, że jest to tragiczny przypadek morderstwa oraz samobójstwa. Agenci FBI natrafili w rezydencji na ciała dyrektora NSA Jonathana Rilesa oraz pracującego również w NSA starszego informatyka doktora Davida Kurtza. Choć wciąż trwa śledztwo, wysoko postawione źródła w administracji rządowej zdradziły CNN, że FBI przeszukiwało dom Rilesa na podstawie nakazu, gdy w prywatnym gabinecie admirała agenci natknęli się na dwa ciała. Otrzymaliśmy również informację, że na stan psychiczny Jonathana Rilesa mogło wpłynąć prowadzone przez FBI dochodzenie w sprawie nielegalnych czynności podejmowanych przez NSA, które zostały zaaprobowane przez admirała bez wiedzy i zgody prezydenta. Moment. Właśnie poinformowano nas, że wiceprezydent, wieloletni przyjaciel i dawny współlokator admirała Rilesa w Akademii Marynarki Wojennej, zamierza wygłosić krótkie oświadczenie. Połączymy się teraz z jego gabinetem.
Heather nie pamiętała, kiedy opuściła kuchnię i przeszła do salonu. Stała jednak teraz za kanapą, na której jej rodzice siedzieli, wpatrując się w ekran. Wiceprezydent Gordon patrzył poważnie w obiektyw kamery zza swego biurka w Białym Domu.
- Drodzy rodacy. Zwracam się do was dziś rano pogrążony w wielkim smutku. Zdecydowałem się na tak niezwykły krok, ponieważ nie mogę znieść myśli o tym, w jaki sposób mój dobry przyjaciel będzie przedstawiany w zbliżających się dniach. Dlatego uważam, że jest ważne, abyście wy, mieszkańcy USA, dowiedzieli się prawdy o tym człowieku oraz o sytuacji, która doprowadziła go do tak tragicznego końca. Znałem Jonathana Rilesa, odkąd zostaliśmy współlokatorami w Annapolis[1]. Grałem u jego boku w drużynie futbolowej marynarki. Uczyliśmy się przy sąsiednich biurkach, starając się o zakwalifikowanie do stypendium Rhodesa. Później służyłem pod jego dowództwem, gdy został awansowany do stopnia admirała floty marynarki Stanów Zjednoczonych. Nigdy nie spotkałem kogoś odważniejszego i bardziej dbającego o swój kraj niż Jonny Riles. Był wspaniałym człowiekiem, nie z tej epoki. Pierwsze doświadczenia zdobył w trakcie historycznych zmagań zimnej wojny. Rywalizacja ze Związkiem Radzieckim utwierdziła go w jego stanowczych przekonaniach i uważam, że w ostatecznym rozrachunku właśnie te przekonania go zniszczyły. Wszyscy jesteście świadomi ogromnych konsekwencji, jakie niosło za sobą publiczne ogłoszenie przez prezydenta istnienia okrętu Rho, a także planu stopniowego udostępniania ludzkości korzystnych technologii, które rząd zdążył do tej pory rozszyfrować. Niewątpliwie jesteście także świadomi trwającej zaciekłej debaty, zarówno w rządzie, jak i poza nim, na temat tego, czy upublicznianie owych informacji było rozsądnym krokiem. Nasz prezydent podjął odważną i w moim mniemaniu słuszną decyzję, by przedłożyć dobro planety nad samolubny interes narodowy, i odtajnił tę wiedzę. Niestety, pomimo wieloletniej przykładnej służby dla naszego kraju mój najstarszy przyjaciel nie potrafił zaakceptować tej decyzji. W ostatnich dniach dotarły do nas informacje, że admirał Riles nadużywał swego stanowiska w Agencji Bezpieczeństwa Krajowego, starając się zdyskredytować świetną pracę wykonywaną przez naukowców z Projektu Rho. Czynił tak w nadziei, że zapobiegnie w ten sposób ujawnieniu technologii, które według niego powinny zostać zachowane w tajemnicy i służyć wyłącznie interesom Stanów Zjednoczonych. Gdy admirał Riles uświadomił sobie, że jego nieuprawniona działalność została odkryta, zabił doktora Davida Kurtza, którego uważał za informatora władz, a następnie obrócił broń przeciwko sobie.
Wiceprezydent przerwał na chwilę, a w jego oczach zalśniły łzy.
- Często mówi się o strachu przed nieznanym na polu bitwy. Jednak istnieje również inny strach. Potrafi on przyćmić wzrok osobom, które osiągnęły wysoką pozycję, poświęciwszy życie służbie krajowi. Jest to strach wywołany osobistymi przekonaniami. Czasami potrafi on ogarnąć człowieka w takim stopniu, że przysłania mu rzecz stanowiącą dla nas zawsze latarnię morską, pozwalającą nam wprowadzać nasze okręty bezpiecznie do portu. Tą rzeczą jest Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki. Będę się już z wami żegnać z nadzieją, że pozwoliłem wam lepiej poznać człowieka, którego sam znałem. Dobrego człowieka, odważnego i honorowego Amerykanina, starego marynarza, który zagubił się we mgle i stracił z oczu latarnię morską, dzięki której mógłby bezpiecznie przepłynąć groźne wody. Niech Bóg zlituje się nad moim najstarszym przyjacielem i mu przebaczy. Niech towarzyszy jego rodzinie w tych straszliwych chwilach. Niech strzeże nas wszystkich.
Gdy na ekranie wiceprezydent został zastąpiony którymś z niezliczonych telewizyjnych analityków, Heather zauważyła, że po policzkach płyną jej łzy. Nigdy wcześniej nie słyszała o Jonathanie Rilesie, ale miała wrażenie, jakby go znała. Złe przeczucia, które dojrzewały w niej przez ostatnie dni, wreszcie znalazły potwierdzenie. Najwyraźniej jej i bliźniakom nie udało się powstrzymać Projektu Rho.
Z kuchni dobiegało miarowe piszczenie kuchenki mikrofalowej, która zakończyła cykl podgrzewania. Nikt nie zwracał na nią uwagi.
1 Annapolis - miasto w amerykańskim stanie Maryland, siedziba Akademii Marynarki Wojennej. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
Te oczy.
Stanowiły element legendy Kosiarza. Gdy był rozgniewany, źrenice o dziwnym kształcie odbijały światło w sposób sprawiający wrażenie, jakby płonęły wewnętrznym ogniem. Ci, którzy ujrzeli ten czerwony błysk i to przeżyli, uważali, że było to niczym spoglądanie w piekielne płomienie. Ogniki w oczach skakały i tańczyły, zupełnie jakby do melodii, którą mogli grać jedynie Belzebub i Jack Gregory.
Janet znała jednak prawdę. Lucyfer mógł sobie rządzić w piekle, lecz tu, na planecie Ziemia, to Jack Gregory był najpotężniejszym aniołem śmierci.
Gdy teraz spojrzała mu w twarz, dreszcz przebiegł jej od grzbietu aż do czubka głowy, pozostawiając po sobie mrowienie kojarzące się z efektami oberwania paralizatorem. Niesamowite. Nic nie mogło się równać z emocjami, jakie odczuwała, spoglądając w te oczy. Boże, ależ na nią działały. Pragnęła otoczyć go nogami i wbić paznokcie w skórę jego nagich pleców. Takie rzeczy musiały jednak zaczekać.
Jack planował coś dużego, zebrali się więc przy stole w bezpiecznym domu na północ od Santa Fe, by opracować do końca szczegóły.
- Zatem mamy potwierdzenie? - głos Jacka wyrwał ją z zadumy.
- Tak - przytaknęła Janet. - Ciężarówka-chłodnia opuści o północy specjalne laboratorium medyczne w Bazie Sił Powietrznych Kirkland, wjedzie na autostradę międzystanową I-dwadzieścia pięć i obierze kierunek bezpośrednio na Santa Fe, po czym zjedzie w stronę Los Alamos. Wygląda na to, że zamierzają oddać ciało profesorowi Stephensonowi w Sekcji Rho Narodowego Laboratorium Los Alamos na trochę przed świtem.
Raymond Bronson wychylił się do przodu, opierając łokcie na stole.
- Nie musiało minąć wiele od śmierci Rilesa, żeby rządzący nakazali przewiezienie ciała Kapłana do szefostwa Projektu Rho - stwierdził.
- Zabrali się na całego za sprzątanie. - Jack wzruszył ramionami. - Właśnie dlatego tej nocy trochę im nabałaganimy.
Bronson zmarszczył brwi.
- Jack, wiesz dobrze, że nigdy nie kwestionowałem twoich decyzji. Nie sądzisz jednak, że będziemy stąpać po naprawdę cienkim lodzie?
Janet bez zaskoczenia zarejestrowała ostrożność Bronsona. Jego natura w cenny sposób równoważyła wystudiowaną nonszalancję Jacka.
- Nie bardziej niż teraz. Jesteśmy zupełnie zdani na siebie. Zostaliśmy odcięci od wszelkich kontaktów z władzami i musimy dopilnować, żeby tak zostało. Riles najwyraźniej zdołał jakimś cudem zachować w tajemnicy wiedzę o naszym udziale, ujawniona została jedynie grupa obejmująca jego oraz Davida Kurtza. Gdyby ta wiedza nie zginęła wraz z nimi, na pewno mielibyśmy już do czynienia z ludźmi wysłanymi po to, by z nas również zrobić trupy. Ktokolwiek zdradził Jonathana, musiał jednak wiedzieć, że admirał wprowadził do akcji specjalny oddział, ale zapewne zakłada, że teraz zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby zniknąć.
Tym razem Bronson pokręcił głową.
- Co wydaje mi się cholernie słusznym posunięciem - uznał.
- Możliwe, ale nie zamierzamy im pomagać.
Z cienia przy oknie wyłonił się Bobby Daniels, wysoki, chudy mężczyzna z głową łysą niczym bilardowa kula.
- Wchodzę w to. Nie możemy żyć wiecznie - oznajmił.
Janet uśmiechnęła się. Dobry stary Bobby.
Widząc, że Jack się w niego wpatruje, Bronson wzruszył ramionami.
- Oczywiście, że jestem z wami. Pomyślałem tylko, że zaproponuję ci ostatnią szansę na proste wyjście z sytuacji.
- Wolę być myśliwym niż zwierzyną - odparł Gregory. - I potrzebne mi to ciało.
Nachyliwszy się nad stołem, na którym rozłożono mapy taktyczne docelowego obszaru w skali jeden do pięćdziesięciu tysięcy, Jack wcisnął pineskę w punkt na autostradzie, a dwie kolejne w miejscach, w których poziomice wskazywały, że można stamtąd obserwować teren akcji.
- Bobby, ty zaczekasz tutaj, na tym zakręcie, jakieś osiemset metrów przed zasadzką. Bronson, zajmiesz drugie miejsce i zablokujesz podejście do autostrady od drugiej strony. Pamiętaj, gdy już Bobby da znak, minie od trzydziestu do czterdziestu pięciu sekund, zanim ciężarówka dotrze do mnie i usłyszycie, że ją zdjąłem. O tej porze, w nocy, nie powinno być zbytniego ruchu, jeśli jednak coś się pojawi, musicie zatrzymać nadjeżdżające pojazdy.
- A jeśli ktoś znajdzie się zbyt blisko ciężarówki i przejedzie, zanim postawię policyjny nakaz objazdu? - spytał Bobby.
- Wtedy sam się nim zajmę. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie - powiedział Jack. - Janet, a jak idzie z nagraniem Abdula Aziza?
Kobieta poczuła adrenalinę płynącą do żył, gdy tylko Gregory wypowiedział jej imię.
- Zostało mi jeszcze około godziny pracy. Mam dostępne rejestracje jego wypowiedzi i wykorzystuję jak najwięcej z jego naturalnych sformułowań. Muszę jednak zsyntetyzować po części głos, żeby uzyskać potrzebne nam dodatkowe słowa i zachować naturalne brzmienie. Gdy przepuszczę całość przez telefon na kartę, najlepsi analitycy w branży nie zdołają ze stuprocentową pewnością stwierdzić, czy nagranie zostało zmanipulowane.
- To dobrze, ponieważ nawet lokalne centrale alarmowe wszystko nagrywają. I przecież chcemy, żeby połączenie zostało zarejestrowane.
- A co ze śmigłowcem? - zapytał Bobby.
- Pożyczę go od służb leśnych w pobliżu Taos. W środku będziemy Janet i ja. Wy dwaj zdobądźcie dla siebie szybkie motocykle crossowe. Pamiętajcie, że macie blokować drogę przez dokładnie pięć minut, a w tym czasie my zajmiemy się ciężarówką i jej zawartością. Później przywleczcie tyłki tą gruntową drogą do miejsca spotkania. Zrzućcie motory do kanionu. Będziemy czekać w śmigłowcu na polanie.
Jack wyprostował się i przekazał każdemu egzemplarz mapy z naniesionymi oznaczeniami.
- Jakieś pytania? - spytał.
- Tylko to, co zawsze. - Bronsonowi wrócił pyszałkowaty uśmieszek. - Jak to się stało, że taki ze mnie przystojniak?
- Tylko się nie spóźnijcie - ostrzegł Gregory. - Dajemy wam piętnaście minut na dotarcie do nas, a później znikamy.
- Nawet by mi to nie przyszło do głowy - stwierdził Bronson, gdy wychodzili wraz z Bobbym.
Gdy tylko ci dwaj opuścili dom, Jack podszedł do szafy i wyciągnął duże pudło pełne sprzętu i innych ciekawych rzeczy, które przywłaszczyli sobie z mieszkania Carltona "Kapłana" Williamsa. Wśród nich znajdowały się dwa duże skoroszyty z informacjami na temat ich dwojga, lecz to nie one zwróciły uwagę Gregory'ego.
Znalazłszy, czego szukał, Jack podniósł breloczek w kształcie czaszki.
- Chyba pora na kolejną wizytę w dawnej chacie Kapłana.
Janet skinęła głową. Tylko ich dwoje, jak zawsze. Oddzielnie, lecz razem. Prawą dłonią podświadomie wymacała kompaktowy pistolet Heckler & Koch kaliber dziewięć milimetrów tkwiący w kaburze pod jej lewą pachą. Na płaskowyżu Los Alamos miało zrobić się gorąco.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.