Remedium. Część 0 - Suzanne Young

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nadeszła pora, żeby się pożegnać. Siedziałam w fotelu przy drzwiach, z rękami złożonymi grzecznie na kolanach. W pokoju było za ciepło. I zbyt cicho. Kiedy moja matka wyszła z kuchni, zobaczyłam, że lewe oko ma podbite i spuchnięte, a policzki poranione. Kulejąc, zbliżyła się do kraciastej sofy. Chciałam jej pomóc, ale powstrzymała mnie niecierpliwym gestem. Po chwili usiadła na wzorzystej poduszce, tuż obok ojca. Posłałam mu niepewne spojrzenie, jednak nie zareagował - siedział z opuszczoną głową, a łzy kapały mu na szare spodnie. Szybko uciekłam spojrzeniem w bok.

Nerwowo przygryzłam dolną wargę i w milczeniu czekałam, aż rodzice znajdą odpowiednie słowa. Inaczej wyobrażałam sobie nasze pożegnanie. To było zbyt gwałtowne, wiedziałam jednak, że ta chwila znaczy dla nich wiele, dlatego się nie odzywałam. Obrzuciłam tęsknym spojrzeniem mój znoszony plecak, który czekał przy drzwiach. Miałam nadzieję, że tym razem Aaron nie każe na siebie zbyt długo czekać i odbierze mnie o umówionej porze.

- Na pewno nie możesz spędzić w domu jeszcze tej nocy? - spytał ojciec, chwytając żonę za rękę.

Jego uścisk musiał być kurczowy, ponieważ momentalnie zbielały mu knykcie. Rodzice wpatrywali się we mnie błagalnym wzrokiem, nie chciałam jednak robić im żadnych nadziei. Moje okrucieństwo miało swoje granice.

- Przykro mi, ale to niemożliwe - wyjaśniłam uprzejmie. - Musimy się rozstać teraz.

Matka wyrwała dłoń z uścisku ojca, zacisnęła ją w pięść i zakryła nią usta. Z jej gardła dobyło się stłumione łkanie, a skóra wokół zszytej rany na policzku zaczęła się marszczyć.

Spróbowałam zmusić się do płaczu, żeby sprawić wrażenie współczującej córki. Nigdy więcej nie zobaczysz swoich rodziców - powtarzałam sobie w myśli. - Czyż to nie smutne? Osiągnęłam jednak tylko tyle, że obraz przed moimi oczami stał się lekko zamazany. Nie byłam w stanie przejąć się ich tragedią. Z jednej strony świadczyło to o pewnej nieczułości, ale z drugiej znałam tych ludzi dopiero od dwóch dni. Poza tym do szaleństwa doprowadzały mnie spinki, na których trzymały się pasma przedłużające moje włosy. W pewnym momencie nie wytrzymałam - sięgnęłam pomiędzy czerwone kosmyki i podrapałam się tipsem po swędzącej skórze głowy.

Matka wzięła głęboki oddech, po czym rozpoczęła swoją pożegnalną przemowę.

- Emily, kiedy umarłaś, moje życie też dobiegło końca - odezwała się drżącym głosem. Po jej twarzy potoczyła się łza, która przez chwilę zatrzymała się w dołeczku na policzku, a potem spłynęła dalej. - Smutek po twojej stracie przesłonił mi cały świat. Terapeuci radzili, żebym się z tym pogodziła, ale nie byłam w stanie. Przez cały czas odtwarzałam w pamięci te ostatnie chwile w samochodzie. Żyłam w straszliwej pętli cierpienia. - Tłumiony szloch odebrał jej na moment mowę, a wtedy ojciec pogłaskał ją uspokajająco po plecach. Nie chciałam jej przerywać. Po chwili spojrzała znów na mnie i odezwała się szeptem: - Kochałam cię nad życie, jednak zostałaś mi odebrana. Próbowałam cię uratować, lecz na próżno. Przepraszam, Emily.

No cóż, moje podobieństwo do jej nieżyjącej córki było tylko umowne - miałam inne oczy, drobniejszą brodę - dla zrozpaczonej matki nie miało to jednak większego znaczenia. Wiedziałam, że gdy spogląda na mnie przez łzy, wyglądam dla niej identycznie jak Emily. Kto wie, może to podobieństwo sprawiało jej teraz dodatkowy ból.

- Ja też cię kocham, mamo - wyrecytowałam beznamiętnym tonem, po czym spojrzałam na ojca. - Tato, dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Byłam bardzo szczęśliwa. Niezależnie od tego, co się ze mną stanie, zawsze będę z wami. - Mówiąc to, przyłożyłam dłoń do piersi. - Zawsze pozostanę w waszych sercach.

Nie brzmiało to zbyt naturalnie, jednak trzymałam się scenariusza. Nie umiałabym wyrazić tego w inny sposób. Zresztą przecież to właśnie chcieli usłyszeć. A raczej tego potrzebowali, aby żałoba po stracie dziecka mogła się dopełnić. Chcieli, abym wiedziała, że mnie kochali.

W pewnym momencie poczułam, że w kieszeni wibruje mi komórka, ale nie dałam po sobie nic poznać. Chwila była zbyt podniosła. Powinnam była już wyjść. Za oknami zapadła ciemność. Musiałam jednak zaczekać, aż będę pewna, że rodzice poradzą sobie z moim odejściem. Odczekałam jeszcze chwilę, w końcu matka pociągnęła nosem i otarła łzy z twarzy.

- Emily, tak bardzo za tobą tęsknię - odezwała się. Gdy wymawiała moje imię, głos jej się załamał. - Ta tęsknota towarzyszy mi każdego dnia.

I dopiero wtedy poczułam, że do oczu napływają mi pierwsze łzy. Szczerość jej emocji zaczęła przenikać mury, którymi pieczołowicie odgrodziłam się od ich uczuć. Zdobyłam się na uśmiech, mając nadzieję, że ukoi on nieco jej ból.

- Wiem, że mnie kochałaś - zapewniłam, odbiegając od scenariusza. - Ale, mamo, w tym, co się stało, naprawdę nie było twojej winy. To był wypadek. Straszny, tragiczny wypadek. Proszę, nie obwiniaj się już o to. Wybaczam ci.

Matka zbliżyła obie dłonie do ust, jej ciałem wstrząsnęły spazmy szlochu. To był ten moment, do którego dążyliśmy - dokonało się domknięcie jej żałoby. Kobieta potrzebowała, by ktoś zdjął z niej brzemię winy. Ojciec wstał i ruszył w kierunku drzwi. Podążyłam za nim, jednak po chwili przystanęłam i obejrzałam się na matkę.

- Jestem już bezpieczna. Nic mi już nie grozi. Absolutnie nic. - To rzekłszy, skierowałam się do drzwi. Jej łkanie wypełniało teraz cały pokój, mój głos był ledwie słyszalny, gdy powiedziałam: - Żegnaj, mamo.

Zlecenie wykonane.

Ruszyłam w ślad za ojcem w kierunku drzwi wejściowych. Kiedy znaleźliśmy się w przedsionku, sięgnęłam do plecaka. Przez chwilę gmerałam w porwanej środkowej kieszeni w poszukiwaniu bluzy dresowej. Ściągnęłam też z siebie T-shirt z logo Rolling Stonesów, zostałam w koszulce bez rękawów, którą miałam pod spodem. Zdjęty podkoszulek podałam mojemu tacie, a raczej... Alanowi Pinnacle'owi.

Przez ostatnie kilka dni nosiłam ulubione ciuchy jego córki, zajadałam się jej ulubionymi potrawami, spałam w jej łóżku. Byłam niczym dziewczynka z bajki O złotowłosej i trzech niedźwiadkach, którą gospodarze zapraszają do domu, żeby zastąpiła im utraconego członka rodziny. Moja rola była prosta - miałam po prostu się pożegnać.

Alan spojrzał na czarny podkoszulek Emily i podał mi go z powrotem.

- Weź go - poprosił, przypatrując się z nabożeństwem T-shirtowi, jakby uszyty był z jakiejś kosztownej tkaniny.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, cofając się o krok.

- Ale to przecież nie moje - zauważyłam cichym głosem. - Ta koszulka należała do pana córki.

Niekiedy zdarza się, że rodzicom wszystko się miesza. Moim zadaniem jest sprawienie, by trzymali się rzeczywistości. Kątem oka dostrzegałam, że Martha siedzi nadal na sofie. Wpatrywała się w okno, na jej twarzy malował się spokój. Niepokoił mnie jednak stan, w jakim znalazł się Alan. Czyżby groziło mu załamanie nerwowe?

- Masz rację - przyznał smutnym głosem, podając mi koszulkę. - Ale przecież Emily już nie wróci, a jeśli ktoś dalej będzie nosił ten T-shirt, jej duch będzie nadal żył. Dzięki temu Emily nie przestanie być częścią tego świata.

- Naprawdę nie powinnam... - zaprotestowałam, choć prawdę mówiąc, akurat noszenie tego podkoszulka było najfajniejszą częścią zlecenia. Nie wolno nam było zachowywać żadnych rzeczy należących do zmarłych. Groziło to pozwami przeciwko całemu wydziałowi żałoby. Mogło ściągnąć na nas posądzenia o brak profesjonalizmu.

- Proszę - szepnął Alan. - Myślę, że Emily by cię polubiła.

Przecież to tylko zwyczajna koszulka - pomyślałam. - Nikogo jeszcze nie zwolnili z powodu T-shirta. Niechętnie sięgnęłam po niego, a gdy znalazł się w moich rękach, twarz Alana wykrzywił grymas bólu. Kierowana nagłym impulsem nachyliłam się i pocałowałam go w policzek.

- Emily była szczęściarą - szepnęłam mu do ucha. Po chwili, nie sprawdzając, jaką reakcję wywołały moje słowa, odwróciłam się i wyszłam z domu Emily Pinnacle.

* * *

Kiedy stanęłam na deskach werandy, na twarzy poczułam parne od padającego deszczu powietrze. W oddali błysnęły światła zaparkowanego przy chodniku samochodu i dopiero wtedy rozluźniłam napięte z nerwów mięśnie. Nie uśmiechało mi się łapanie po nocy okazji, a Aaron nie należał do osób punktualnych. Zanurzyłam dłoń we włosach i zaczęłam zdejmować podoczepiane kosmyki, wrzucając je do plecaka, gdzie wcisnęłam wcześniej T-shirt z logo Rolling Stonesów.

Gdy samochód podjechał bliżej, ruszyłam w jego stronę, unosząc plecak nad głową dla ochrony przed deszczem. Na odchodnym rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie w kierunku domu - na szczęście żadne z rodziców nie wyglądało przez okno. Zawsze starałam się unikać sytuacji, w których prysłaby iluzja, jaką dla nich stworzyłam. Takie momenty były jak spotkanie swojego nauczyciela w sklepie spożywczym albo zobaczenie człowieka, który na co dzień pracuje w parku rozrywki przebrany za jakąś bajkową postać, ale tym razem zdjął kostium.

Podbiegłam do lśniącego czarnego cadillaca, otworzyłam drzwi od strony pasażera i zajęłam miejsce. W środku śmierdziało skórą i kokosowym odświeżaczem powietrza. Spojrzałam na Aarona i uniosłam w zdziwieniu brwi. Zerknęłam na swój przegub, udając, że sprawdzam godzinę na zegarku, którego tak naprawdę wcale nie miałam.

- A ty kim teraz jesteś? - spytałam.

- Teraz znowu sobą - wyjaśnił z uśmiechem Aaron - tylko nie miałem czasu się przebrać.

Obrzuciłam uważnym spojrzeniem ubiór mojego przyjaciela, próbując stłumić cisnący się na usta śmiech. Na pasiastą koszulę z przypinanym kołnierzem narzucił marynarkę z ciemnobrązowego sztruksu. Mimo że Aaron niedawno skończył dziewiętnaście lat, ubrany był w stylu, którego nie powstydziłby się osiemdziesięcioletni profesor. Jakby przeczuwając, że za moment wybuchnę śmiechem, mój przyjaciel ruszył gwałtownie i po chwili mknęliśmy już przed siebie. W pewnym momencie Aaron zrobił głośniej radio i stwierdził:

- No dobrze, odgrywałem dwudziestotrzyletniego studenta prawa. Ale tak naprawdę pasjonowała go matma. - Po tych słowach posłał mi znaczące spojrzenie, jakby udzielone informacje wyczerpywały temat jego ostatniego zlecenia. - Terapeuci naprawdę mogliby przestać obsadzać mnie w rolach starszych gości. To pewnie przez tę superbrodę - zauważył, przeczesując palcami zarost, na co zareagowałam zmarszczeniem nosa.

- Jest obrzydliwa - stwierdziłam. - Masz szczęście, że w Oregonie ceni się męski zarost, inaczej wyleciałbyś z pracy. Kiedy się wreszcie ogolisz?

Raz do roku, w listopadzie, gładka smagła skóra Aarona ginęła pod warstwą zarostu. Ale przecież listopad był pięć miesięcy temu. Pracowałam z małpoludem.

- Nigdy - odparł takim tonem, jakby była to rzecz zrozumiała sama przez się. - Broda mi pasuje, dziewczyno.

Odpowiedziałam śmiechem, a po chwili skupiłam się na studiowaniu swojego odbicia w lusterku na osłonie przeciwsłonecznej. Po jej opuszczeniu zaświeciła się lampka, światło padło na mój ostry makijaż. Przeczesałam palcami włosy - nadal pełno w nich było sięgających mi ramion czerwonych kosmyków. Emily za życia miała niesamowicie długie włosy, dlatego musiałam zadbać o przedłużenie swoich. Minusem było straszne swędzenie. Nie mogłam doczekać się chwili, gdy na dobre się ich pozbędę.

- Świetnie wyglądasz w długich włosach - pochwalił Aaron, wskazując moje odbicie w lusterku. - Szkoda, że chcesz je usunąć.

- A mnie podoba się twoja marynarka. Na pewno nie możesz jej zatrzymać?

- Trafiony zatopiony - przyznał Aaron. Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. W końcu mój przyjaciel odchrząknął i mimo iż wiedział, że nie cierpię rozmawiać o moich zleceniach, spytał uprzejmym głosem terapeuty: - No to opowiadaj, jak było. Przez telefon brzmiałaś bardzo enigmatycznie. Zaczynałem się niepokoić.

- Nic specjalnego. Zlecenie jak każde inne.

- Chodziło o mamę?

- Tak - odparłam i zapatrzyłam się w okno po stronie pasażera. - Dręczyło ją poczucie winy, że to ona przeżyła. Doszło do wypadku samochodowego i to matka siedziała wtedy za kierownicą. W szpitalu biegała z jednej sali do drugiej, szukając córki. Emily zmarła jednak zaraz po przywiezieniu z miejsca wypadku. - Po tych słowach przełknęłam głośno ślinę. Próbowałam w ten sposób ukryć drżenie głosu. - Matka pragnęła przeprosić córkę za to, że straciła panowanie nad samochodem. Chciała błagać ją o przebaczenie. Zapewnić o swojej miłości. Los nie dał jej jednak takiej szansy. Nie mogła nawet pożegnać się ze swoim dzieckiem. Dla Marthy było to strasznie trudne doświadczenie.

- Dla Marthy? - powtórzył z naciskiem Aaron i poczułam na sobie jego spojrzenie. - Jesteście na "ty"?

- Nie, ale nie muszę już nazywać jej mamą, a określenie "pani Pinnacle" wydaje mi się zbyt oschłe, nie sądzisz? - spytałam, kiedy jednak spojrzałam na Aarona, jego twarz wyrażała powątpiewanie. - No co? Przecież ta kobieta jeszcze wczoraj prała moją bieliznę. Nie jesteśmy już dla siebie obcymi ludźmi.

- Bzdura! Jesteście dla siebie obcymi ludźmi! - zaprotestował, unosząc palec. - Przez jakiś czas odgrywałaś rolę jej zmarłej córki, ale to w żaden sposób nie czyni was przyjaciółkami. Quinn, nie możesz przekraczać pewnych granic.

- Wiem, jak wykonywać swoją robotę - ucięłam lekceważąco. Serce zabiło mi jednak żywiej.

Co prawda zadanie każdego sobowtóra polega na wcieleniu się w zmarłą osobę, ale tylko ja naprawdę wczuwam się w daną rolę. Staram się myśleć jak ktoś, kogo odgrywam, dzięki czemu jestem bardziej autentyczna. Prawdę mówiąc, to dlatego cieszę się opinią najlepszego sobowtóra.

- Daruj sobie oceny - zwróciłam się do Aarona. - Ty masz swój styl pracy, ja swój. Kiedy zlecenie dobiega końca, umiem się od niego całkowicie odciąć.

- Serio? - Aaron zachichotał. - Po co w takim razie zachowujesz pamiątki?

- Nie zachowuję żadnych pamiątek - zaoponowałam, czując, jak gorąco oblewa mi policzki.

- Mogę się założyć, że w plecaku masz coś więcej niż tylko odpięte przedłużenia włosów.

Rzuciłam okiem na torbę i dostrzegłam, że wystaje z niej brzeżek T-shirta.

- To nie tak - tłumaczyłam. - Jej ojciec podarował mi tę koszulkę. To się nie liczy.

- Kolczyki od Susan Bell też się nie liczą? - droczył się Aaron. - A efektowny, elegancki pasek Audrey... jak jej było? Quinn, przyznaj wreszcie, że jesteś kleptomanką życia innych. Przechowujesz fragmenty istnienia tych osób niczym jakiś stuknięty seryjny morderca.

- Co ty pleciesz? - wybuchłam śmiechem.

Aaron mruknął coś na potwierdzenie swoich słów i wjechał na autostradę. Do Corvallis mieliśmy co najmniej czterdzieści pięć minut jazdy. Nie cierpiałam co prawda zleceń w terenie, ale miasto, z którego pochodziliśmy, było niezbyt duże; prawdziwy wysyp zgonów notowano w Eugene i Portland. Robota na wyjeździe była jednak niebezpieczna - mogła namieszać w głowie. Trafiałam w okolice, gdzie nic nie było znajome: ani miejsca, ani ludzie. W takich sytuacjach łatwo zapomnieć, kim tak naprawdę się jest. Zlecenia takie wiązały się z dużym ryzykiem, a całkowite odcięcie od znajomego świata sprawiało, że powrót do niego po zakończeniu zadania przychodził z większym trudem. Cóż, na tym właśnie polegała nasza praca.

Aaron Rios i ja pracowaliśmy jako sobowtóry - naszym zadaniem było udzielanie pomocy pogrążonym w żałobie rodzinom. Przydzielano nas do skomplikowanych przypadków rozpaczających rodziców. W pracy z nimi stosowaliśmy radykalną metodę terapeutyczną: terapię przez odgrywanie ról. W przypadku gdy jakaś rodzina albo pojedynczy człowiek doświadczali straty, z którą nie potrafili sobie poradzić i która zagrażała ich zdrowiu psychicznemu, specjaliści z wydziału żałoby zalecali im terapię. W zamian za nieujawnianą sumę kierowano do nich nas, sobowtóry, abyśmy odegrali rolę zmarłego. Dzięki temu możliwe stawało się domknięcie żałoby, na którym zależało rozpaczającym krewnym.

Mogłam wcielić się w rolę dowolnej nieżyjącej osoby, pod warunkiem że w chwili śmierci była kobietą w wieku piętnastu-dwudziestu lat. Oczywiście nie stawałam się wierną kopią zmarłej, ale ubierałam się w jej odzież i czesałam tak jak ona. Pomocą służyły mi jej zdjęcia i filmy. Po jakimś czasie byłam w stanie zachowywać się tam samo jak ona, pachniałam tak jak ona, praktycznie stawałam się nią. A ponieważ trafiałam do rodzin ogłuszonych po śmierci bliskiej osoby, zazwyczaj bez trudu mnie akceptowano.

Mój pobyt w domu zmarłego trwał kilka dni, nigdy jednak dłużej niż tydzień. W tym czasie najbliżsi zmarłej mieli okazję powiedzieć mi wszystko to, na co nie dano im wcześniej szansy. Był to też okres, w którym mogli usłyszeć słowa, na których najbardziej im zależało i o których wcześniej poinformowali terapeutów. A ja mogłam w tym czasie odgrywać rolę idealnej córki. Dzięki mnie mogli uleczyć swoje rany.

Tak, ratowałam ludziom życie, czasami przy tym zapominając, które życie należy tak naprawdę do mnie, a które jest tylko odgrywaną rolą.

- No to opowiadaj, co mnie ominęło - poprosiłam Aarona.

Kiedy zadzwonił do mnie poprzedniego wieczoru, pretekstem było ustalenie godziny, o której ma mnie odebrać. Przede wszystkim jednak chciał pogadać i przygotować mnie do powrotu do prawdziwego świata. Kiedy realizuję zlecenie, to właśnie Aaron jest zazwyczaj moim łącznikiem ze światem zewnętrznym. Zanim jednak zostaliśmy zawodowymi partnerami, pracowałam też z innymi. Kiedy zadzwonił dzień wcześniej, oglądałam film na komputerze Emily. Wcisnęłam mu jakąś lewą wymówkę, żeby się rozłączyć. Teraz jednak umierałam z ciekawości, co mi powie. Chciałam usłyszeć coś, co przypomni mi o moim prawdziwym życiu. Obróciłam się do niego, opierając skroń o zagłówek.

- Prawdę mówiąc, niewiele - odezwał się, wzruszając ramionami. - Deacon zasypywał mnie SMS-ami. Twierdzi, że nie odbierasz telefonu.

- Nie powinien do mnie dzwonić, kiedy realizuję zlecenie - zauważyłam. Nasze wytyczne wyraźnie mówią, że podczas pracy możemy kontaktować się wyłącznie z partnerami zawodowymi albo doradcami. W ten sposób unikamy ryzyka, że wyjdziemy z odgrywanej roli. Mimo zasad mogłam jednak odpowiedzieć na SMS-y Deacona, ale po prostu nie miałam na to ochoty.

Poczułam, że zaczynają mnie piec oczy. Rozejrzałam się po samochodzie i po chwili na półce pod radiem znalazłam mieszankę studencką. Paczka była otwarta, wysypywały się z niej solone orzeszki. Przez myśl przeszło mi, że mój ojciec zamorduje Aarona, kiedy zorientuje się, że ten wsiadł z jedzeniem do samochodu i brudzi wnętrze cadillaca.

Sięgnęłam po plecak i ułożyłam go sobie na kolanach. Przez chwilę myszkowałam w środku, aż wreszcie odnalazłam pojemnik na soczewki kontaktowe. Moja alergia na orzeszki nie grozi co prawda śmiercią, ale sprawia, że szczypią mnie oczy i dokucza mi ból gardła. Aaron zwykle pilnuje się, żeby nie jeść ich w moim towarzystwie. Tym razem pewnie o tym zapomniał, co zresztą zupełnie zrozumiałe - po wykonaniu zlecenia przez jakiś czas jesteśmy nieco otumanieni.

- Deacon chyba martwi się, że uciekniesz bez słowa - podjął temat Aaron. - Ta myśl doprowadza go do szału.

- Deacon nigdy niczym się nie przejmuje - poprawiłam Aarona. Zbliżyłam do źrenicy opuszkę palca wskazującego i po chwili poczułam, że przylgnęła do niej soczewka. - Nie rozumiem, po co cię wypytuje. Przecież gdybym postanowiła prysnąć, ty też nie miałbyś o tym pojęcia.

Wyjęte szkło kontaktowe umieściłam w pojemniku, po czym skupiłam się na drugim oku.

- No cóż, Deacon po prostu się o ciebie martwi - mruknął Aaron. Deszcz ustał, mógł już wyłączyć wycieraczki. - A ty przez cały czas zamartwiasz się o niego, niezależnie od tego, czy przyznajesz się do tego, czy nie.

- Przyjaźnimy się - przypomniałam. Odbywaliśmy tę rozmowę z tuzin razy. - Jesteśmy przyjaciółmi, to wszystko.

- Jasne - stwierdził ironicznie. - Jesteś zadymiarą, a on twardzielem. Oboje jesteście zbyt bezkompromisowi, by między wami mogła zrodzić się miłość.

- Zamknij się - powiedziałam, wybuchając śmiechem. - Po prostu nie możesz się pogodzić z tym, że dogaduję się z Deaconem lepiej niż ty ze swoją dziewczyną.

- Racja - zgodził się z prowokacyjnym uśmiechem. - To nie fair. Wy dwoje...

- Przestań, błagam! - jęknęłam, nie pozwalając mu dokończyć. - Pogadajmy o czymś innym. Deacon i ja nie jesteśmy już parą. Zerwaliśmy ze sobą. Koniec tematu.

Pojemnik z soczewkami wylądował z powrotem w plecaku, który ułożyłam sobie pod nogami. Ruch na autostradzie zmalał, przed nami rozciągała się w ciemności pusta szosa.

- Nie twierdzę, że powinniście ziać do siebie nienawiścią - nie poddawał się Aaron. - Ale moim zdaniem nie powinnaś marzyć o wskoczeniu mu do łóżka za każdym razem, kiedy się spotykacie.

- Jesteś stuknięty. Wiesz o tym, prawda?

- Yhm. Jasne, to ze mną jest coś nie w porządku - mruknął, kiwając z politowaniem głową. Po chwili gwizdnął cicho i spojrzał w moją stronę. - Oboje macie poważne problemy.

- Nieprawda - żachnęłam się. - Obojgu lepiej nam, odkąd się rozstaliśmy. Przypomnij o tym Deaconowi, kiedy znów będzie cię o mnie wypytywał.

Aaron prychnął gniewnie i zapewnił, że nie ma zamiaru się w to mieszać. Oczywiście to kompletna bzdura. W rzeczywistości wierzył, że ja i Deacon dalej za sobą tęsknimy. I... może miał trochę racji. Jednak moja relacja z Deaconem miała teraz charakter wyłącznie platoniczny.

Deacon Hatcher to mój ekschłopak, a obecnie najlepszy przyjaciel. Przede wszystkim pracował kiedyś jako sobowtór. Wie, z czym wiąże się taka robota. Rozumie mnie. Pracowaliśmy razem, zanim zastąpił go Aaron. Nasza współpraca trwała blisko trzy lata, a skończyła się osiem miesięcy temu, kiedy Deacon rzucił posadę u mojego ojca. Tego samego dnia rozstał się też ze mną. Niezbyt dobrze zniosłam porzucenie, właściwie byłam całkiem rozbita. Byliśmy z Deaconem bardzo blisko, nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Umówiliśmy się, że będziemy wobec siebie absolutnie szczerzy, co ludziom z naszej branży przychodzi z pewnym trudem.

Kiedy powiedział mi, że odchodzi, nie wiedziałam jeszcze, że rzucił już pracę w wydziale żałoby. Wyjaśnił mi, że w jego życiu nastąpiła zmiana, a ponieważ założyłam, że poznał kogoś nowego, nie kontaktowaliśmy się przez ponad miesiąc. Byłam w szoku, czułam się zdradzona. Jedyną rzeczą w moim życiu, na której mogłam się skupić, stała się praca. Byłam w niej naprawdę świetna. Chłonęłam życie osób, w które się wcielałam, syciłam się miłością ich rodzin. Stopniowo z ich pomocą, karmiąc się ich wspomnieniami, odbudowałam poczucie własnej wartości. Wtedy mój ojciec przydzielił mi nowego partnera, Aarona.

Już nazajutrz na progu mojego mieszkania pojawił się Deacon. Zapewniał mnie, że jest mu bardzo przykro, twierdził, że tęsknota za mną nie daje mu żyć. A ja mu uwierzyłam. Jednak za każdym razem, kiedy zbliżaliśmy się do siebie - ilekroć na nowo się w nim zakochiwałam - Deacon odsuwał się ode mnie. A ja cierpiałam, widząc, że nie odwzajemnia moich uczuć. Był czarującym chłopakiem. Nie wiem, czy to zasługa treningu, jaki odebrał, czy może po prostu miał taki charakter. Był w nim ten rodzaj męskiego uroku, który sprawiał, że w jego towarzystwie czułam się jak ta jedyna i najważniejsza. Aż w końcu coś się w nim zmieniało - i przestawałam się tak czuć.

Miałam już dość tej ciągłej zabawy w przyciąganie i odpychanie, zabliźnianie i otwieranie raz za razem tej samej rany. Oznajmiłam mu, że nie pozwolę już więcej, by mnie krzywdził. Powiedziałam, że związek z nim ma na mnie zgubny wpływ. To go zupełnie dobiło. Uzgodniliśmy, że nie będziemy już parą. Ale oboje równocześnie przyznaliśmy, że nie umiemy się bez siebie obejść. Zdecydowaliśmy się na rozwiązanie kompromisowe - zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki temu mogliśmy zaspokajać potrzebę przebywania w swoim towarzystwie, nigdy nie posuwając się za daleko. I taki układ świetnie się sprawdzał. A równocześnie był totalnie niezdrowy.

W pewnym momencie komórka Aarona, wsunięta w uchwyt na kubek na desce rozdzielczej, zaczęła wibrować. Zanim zdążyłam po nią sięgnąć, mój towarzysz chwycił ją, oparł o kierownicę i odczytał SMS-a. Po chwili wyłączył aparat i umieścił go z powrotem w uchwycie na kubek.

- Masz pozdrowienia od Myry - odezwał się, zerkając w moją stronę. - Niesamowicie się cieszy, że wracasz.

- Nie wątpię - odparłam, posyłając mu rozbawione spojrzenie.

Dziewczyna Aarona była niziutka - mierzyła zaledwie metr pięćdziesiąt, miała szeroko rozstawione oczy łani i mroczną duszyczkę. Nie cierpiała mnie, ale tylko wtedy, kiedy byłam sobą. Gdy wcielałam się w inne osoby, jej niechęć do mnie malała. Od czasu do czasu dochodziło między nami do spięć, ale chyba obie miałyśmy do całej tej sprawy w miarę dojrzały stosunek. (Zazwyczaj) udawało mi się jej unikać, a ona (rzadko) trzymała język za zębami. Wkrótce jednak wszystko miało się zmienić. To miał być ostatni miesiąc pracy Aarona jako sobowtóra. Jego umowa wygasała za cztery tygodnie. Potem planował wyjechać z Myrą, osiedlić się w Dakocie Północnej albo Południowej i cieszyć się życiem na totalnym zadupiu.

- Czy będziesz tak miły i podrzucisz mnie najpierw do domu? - spytałam obrzydliwie słodkim głosikiem. - Przez cały weekend marzyłam, żeby położyć się na swoim łóżku. Emily za życia sypiała na japońskim materacu.

Aaron, zanim się odezwał, gwizdnął ze współczuciem.

- Nie zazdroszczę, Quinn, ale uprzedziłem już Marie, że do niej jedziemy - wyjaśnił, a po chwili dodał z uśmiechem: - Wiesz, jak uwielbia nocne sprawozdania.

Nieprawda. Marie nie cierpiała, gdy nachodziliśmy ją po zmroku.

Westchnęłam ciężko na myśl o czekającym nas spotkaniu. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, życzyć dobrej nocy mojemu ojcu i walnąć się do łóżka. Niestety wszystko to będzie musiało poczekać do momentu, gdy zgłosimy wykonanie zadania i wyspowiadamy się z naszych grzeszków. Zanim wolno nam będzie powrócić do zwykłego życia, nasza doradczyni Marie będzie musiała nas przepytać. Abyśmy nie przynosili ze sobą do domu smutku rodzin, z którymi pracowaliśmy, stworzono dla nas specjalne procedury. Jak powiada stare przysłowie: nieszczęścia chodzą parami. A smutek bywa zaraźliwy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Budynek nie miał windy i liczył cztery piętra. Marie mieszkała na najwyższym. Drzwi wejściowe do jej mieszkania jak zawsze się zacięły i Aaron musiał z całej siły naprzeć na nie ramieniem. Kiedy w końcu ustąpiły, zatoczył się, wpadając do środka. Obejrzał się na mnie i posłał mi uśmiech.

- Prawdziwy siłacz - powiedziałam, bezgłośnie poruszając wargami, czym wywołałam jego śmiech.

Ruszyłam w ślad za nim, a kiedy przestąpiłam próg, zamknęłam za sobą drzwi na zamek. Następnie rozejrzałam się po wnętrzu. Minął co najmniej miesiąc, odkąd ostatnio odwiedziłam Marie w jej domu. Nic się jednak nie zmieniło przez ten czas - wnętrze było tak samo zagracone jak zawsze. Mieszkanie było pełne pięknych starych antyków, wszędzie stały bogato zdobione fotele i stoliki na cienkich nóżkach. W powietrzu wisiał lekko wyczuwalny aromat kadzidła. Nad oknem umieszczono czerwony gobelin. Pokój skąpany był w miękkim świetle zapalonych lamp. Całe to miejsce było eleganckie, lecz równocześnie zaniedbane. Dokładnie tak, jak jego lokatorka.

- Spóźniliście się. - Z kuchni dobiegł nas zachrypnięty głos. Po chwili przed oczami mignęło mi odsłonięte ramię i cienkie długie warkocze gospodyni, która akurat szukała czegoś w szafkach kuchennego kredensu.

- Quinlan znowu była tak miła, że została z klientami trochę dłużej - krzyknął w jej stronę Aaron.

Opadł na sofę z wytartą aksamitną tapicerką i zrzucił buty ze stóp. Posłałam mu wściekłe spojrzenie za to, że na samym wstępie mnie wsypał. Po chwili też ściągnęłam tenisówki. Nie chciałam narazić się na gniew gospodyni, która mogłaby pomyśleć, że nie okazałam szacunku jej mieszkaniu.

- Quinn po prostu ma za dobre serce - zawołał znów Aaron. - Powiedz jej, żeby nie przesadzała.

Przy tych słowach mój towarzysz wychylił się w kierunku kuchni, a zza drzwiczek szafki ukazała się głowa Marie.

- Nie bądź dla nich taka milutka - sarknęła kobieta, po czym skupiła się znów na przetrząsaniu półek.

- No widzisz - triumfalnie oświadczył Aaron, unosząc palec. Zdjął marynarkę i ostrożnie rozwiesił ją na oparciu sofy.

Przewróciłam oczami.

- Wykonywałam tylko swoją pracę - wyjaśniłam, siadając na krześle niedaleko drzwi. - Wystarczy spytać państwa Pinnacle. Założę się, że wystawią mi najwyższe noty.

- O to możesz być spokojna - oznajmiła Marie, wychodząc z kuchni. W rękach trzymała tacę. - Zawsze was sprawdzamy.

Posłała mi uśmiech, a następnie zbliżyła się do stolika kawowego i postawiła na nim tacę. Znajdował się na niej niewielki czajniczek i filiżanki. Unosił się z nich aromat mięty. Oczywiście nie była to zwyczajna herbata. W tym mieszkaniu nigdy takiej nie pijałam. Była to mieszanka lecznicza, po której wypiciu człowiek stawał się bardziej prawdomówny. Na szczęście nie miałam nic do ukrycia.

Marie podała filiżankę Aaronowi.

- Wygląda na to, że ja jestem pierwszy w kolejce - mruknął, po czym kilkoma łykami opróżnił filiżankę. Kiedy skończył, musiał zaczerpnąć głęboko powietrza, żeby ochłodzić usta po gorącym napoju.

- Obrzydlistwo - poskarżył się, tłumiąc dreszcz obrzydzenia. Po chwili odstawił filiżankę na stolik.

- Zajmę się papierkową robotą - oświadczyła Marie.

Skierowała się do gabinetu. Jej krokom towarzyszył brzęk łańcuszków zawieszonych nad kostkami jej bosych stóp, a długie warkocze tańczące na plecach uderzały o siebie z cichym dźwiękiem. Marie Devoroux miała około czterdziestki. Śniada skóra, czarne oczy o przeszywającym spojrzeniu i naturalna uroda łatwo zjednywały jej zaufanie obcych ludzi. Od samego początku służyła mi jako doradca. Wciąż pamiętam początki naszej współpracy. Zwłaszcza dzień, kiedy jako mała dziewczynka siedziałam Marie na kolanach i opowiadałam jej o Barbarze Richards. Barbara miała dziewięć lat, kiedy upadła podczas jazdy na rowerze i rozbiła sobie czaszkę. Popijałam miętową herbatkę i zwierzałam się Marie, jakim smutkiem przepełniał mnie widok zapłakanej mamy Barbary. Na początku niełatwo było mi przywyknąć do pracy z ludźmi w żałobie.

Obecnie Marie nie była już tak cierpliwa, jak na początku. Szczególnie jeśli chodziło o mnie. Pokłóciła się z moim ojcem z powodu jakiegoś zlecenia, o którym żadne z nich nie chciało z nikim rozmawiać. Nie miałam pojęcia, jak do tego doszło, jednak teraz Marie była o krok od decyzji o opuszczeniu wydziału żałoby. Nie wiedziałam, co by bez niej poczęli terapeuci.

Po chwili Marie wróciła do pokoju. Przyniosła dwie teczki i dyktafon. Zajęła miejsce na sofie obok Aarona i zarzuciła włosy na ramię, po czym zajęła się przeglądaniem tej podpisanej "Dexter Reed".

Sięgnęłam po moją filiżankę i zamieszałam gorący płyn. Smak mięty napawał mnie tak wielkim obrzydzeniem, że bardziej nie mogłam go już chyba znienawidzić. Po dziesięciu latach picia tego świństwa człowiek ma go naprawdę dość. Upiłam maleńki łyk i natychmiast się zakrztusiłam. Marie posłała mi chmurne spojrzenie, jakby moja reakcja głęboko ją uraziła. Szybko się zreflektowałam - wzniosłam filiżankę w geście toastu i wypiłam wszystko do ostatniej kropli, po czym zakrztusiłam się ponownie.

Aaron tymczasem rozpoczął relację ze swojego ostatniego zlecenia, kiedy odgrywał rolę wybitnego studenta prawa, Dextera Reeda. Wystarczyły niespełna dwadzieścia cztery godziny, by zdołał domknąć historię życia tego człowieka. Nie przysłuchiwałam się opowieści Aarona, a nawet gdyby tak było, nie zrobiłaby na mnie specjalnego wrażenia. Słuchanie o jego doświadczeniach nie sprawiłoby, że stanę się smutna - w przeciwieństwie do samodzielnego odtwarzania czyjejś przeszłości. To właśnie po to przyjechaliśmy do Marie - sobowtórowi nie wolno wrócić do własnego domu, dopóki nie przepracuje smutku wzbudzonego przez zlecenie. Bierzemy na siebie ciężar, z którym nie radzą sobie nasi klienci, i w ten sposób pomagamy im wrócić do zdrowia. W procesie tym możemy jednak sami ucierpieć, kiedy przejmowane od nich smutek i cierpienie potraktujemy jako nasze własne. Metoda terapeutyczna, jaką wykorzystujemy, ma radykalny charakter i wiąże się z pewnym ryzykiem. Ponieważ terapeuci chcą nas przed tym uchronić, pozostaje nam rozmowa z doradcami. Boże, czasami wypływają z nas nieskończone potoki słów. Najchętniej w takich chwilach wyrwałabym sobie język.

Przywołałam na usta uśmiech i rozparłam się wygodnie w fotelu. Herbatka prawdopodobnie zaczęła już działać - nawet moje myśli były teraz szczere.

Pokój wypełniał monotonny głos Aarona ciągnącego swoją opowieść, a moje myśli poszybowały ku wydarzeniom tego wieczoru. Na języku czułam wyraźny miętowy posmak. Pomyślałam, że mogło być gorzej. Mogłam przecież skończyć jak Emily Pinnacle.

Tylko określony typ ludzi nadaje się do tej pracy. Na terenie Oregonu łącznie pracuje piętnaścioro sobowtórów - to ludzie w różnym wieku, o różnym kolorze skóry, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Nasz zespół w większości przypadków jest w stanie zapewnić pomoc miejscowej ludności. Zostaliśmy wybrani przez terapeutów zajmujących się osobami pogrążonymi w żałobie ze względu na pewne cechy - łatwość przystosowywania się, zdolności naśladowcze i skłonność do dystansowania się. Emocje odczuwamy inaczej niż pozostali ludzie, z dystansem, jakbyśmy byli obojętni. Większość z nas faktycznie jest. Normalni ludzie chcą się dzielić z innymi swoimi emocjami, natomiast nam zależy przede wszystkim na ich analizowaniu. Uczymy się kopiować wzorce zachowania, mimikę. Uczymy się, jak stać się innym człowiekiem.

W ciągu ostatnich kilku lat pojawiła się presja, by zreformować ośrodki zdrowia psychicznego. W rezultacie tych przekształceń ludzie stali się bardziej świadomi swoich emocji. Oregon był pierwszym stanem, w którym przeprowadzono restrukturyzację tych instytucji. Najpierw każdej szkole przydzielono terapeutę, jednak to nie rozwiązało sprawy - pojawiły się głosy, że szkoły nie są w stanie zapewnić dzieciom bezpieczeństwa. W środowisku uczniowskim zastraszająco często dochodziło do aktów przemocy i nie umiano temu zaradzić. Niektóre placówki zamknięto, a dzieciom zaproponowano nauczanie domowe. Do pomocy rodzicom skierowano terapeutów, którzy przez Internet mieli pomagać ich dzieciom w nauce i radzeniu sobie z burzą hormonów. Sami dorośli zaczęli też masowo korzystać z terapii - zawsze znalazł się powód, by ją rozpocząć. Podczas spotkań terapeutycznych opowiadali bez zahamowań o wszystkim.

Obecnie panuje przekonanie, że społeczeństwo wkroczyło w fazę szukania równowagi. Służyć mu ma wypracowanie skuteczniejszych mechanizmów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. Wydział żałoby stopniowo się rozrasta i choć wynajmowanie sobowtórów nie jest jeszcze powszechną praktyką, coraz więcej osób cierpiących po stracie bliskich zwraca się do nas o pomoc. Osobiście nie podważam etycznej strony naszej działalności - koniec końców pomagam cierpiącym rodzicom odnaleźć się w nowej sytuacji życiowej. A przecież każdy zasługuje na szansę, by odbić się od dna, czyż nie?

- Quinlan - zawołała Marie, wyrywając mnie z rozmyślań. Przypatrywała mi się uważnie, z brodą wysuniętą do przodu. - Twoja kolej.

Z radia sączyły się usypiające dźwięki rockowej ballady. Nie bardzo mogłam się zorientować, ile czasu upłynęło. Kiedy zerknęłam na Aarona, ocierał mokre od łez policzki i pociągał nosem.

- Widzimy się niedługo - powiedział cicho i wymknął się z pokoju.

Wiedziałam, co teraz zrobi. Pójdzie do pokoju gościnnego i położy się na łóżku. Będzie czekał, aż skończę, a herbatka przestanie działać. Marie wyjaśniła nam kiedyś, że doradcy nie zawsze raczyli swoich podopiecznych naparem będącym w rzeczywistości roztworem psychoaktywnego amobarbitalu. Sądzono, że sobowtóry będą mówiły prawdę na temat swych zleceń. Wkrótce jednak metodą prób i błędów odkryto, że proces przywracania nas do normalnego życia przebiega znacznie szybciej, gdy zupełnie zlikwiduje się ryzyko kłamstwa. Dokonano korekty ogólnych założeń i zreformowano cały system opieki, aby uniknąć w przyszłości błędów - odtąd nie mieliśmy już przynosić do swych domów smutku, od którego uwalnialiśmy naszych klientów.

Nie znosiłam tego naparu. Myśl, że jestem do czegoś zmuszana, budziła mój instynktowny opór, nawet jeśli zmuszano mnie do mówienia prawdy. Nie miałam jednak wyboru. Mój kontrakt z wydziałem wygasał dopiero za pół roku.

- Usiądź - poleciła Marie, sięgając po teczkę Emily. Kiedy zajęłam miejsce na sofie i spojrzałam na nią, spytała niezobowiązującym tonem: - Jak się masz?

- Jestem wykończona - przyznałam. Oparłam ramię na podłokietniku sofy i usiadłam wygodniej. Nigdy nie było wiadomo, ile potrwa dana sesja. Marie otworzyła teczkę i coś zanotowała. Następnie włączyła dyktafon i położyła go na stole.

- Quinlan McKee - wyrecytowała, kierując te słowa do dyktafonu, po czym uśmiechnęła się do mnie serdecznie i odezwała spokojnym głosem terapeutki: - Quinn, opowiedz mi, proszę, o Emily Pinnacle.

Zmarszczyłam brwi, rozważając jej słowa.

- Była cichą, grzeczną dziewczyną. Trzy razy przestudiowałam jej pamiętnik, przeglądałam albumy z jej zdjęciami. Zapoznałam się też dokładnie z jej profilami w mediach społecznościowych. Nie miała chłopaka, ale była po uszy zakochana w Jaredzie Bathamie. Nigdy jednak mu o tym nie powiedziała. Chyba powinna była, prawda? - spytałam, na co Marie mruknęła coś niezobowiązującego, więc po chwili podjęłam opowieść. - Obawiała się, że mu się nie spodoba. W dniu jej śmierci Jared porozmawiał z nią po meczu koszykówki. Była z tego powodu niesamowicie podekscytowana. Wracając za szkoły, napisała SMS-a do przyjaciółki o tym, co się stało. Nigdy jednak nie zdołała dotrzeć do domu. To nie fair, że Emily musiała umrzeć. Miała dopiero szesnaście lat.

To mówiąc, utkwiłam wzrok w swoich kolanach. Po policzkach ciekły mi łzy.

- Masz rację - powiedziała Marie. - Z akt wynika, że matka Emily bardzo źle zniosła jej śmierć. O pomoc do nas zwrócił się ojciec, ponieważ żona stała się chwiejna emocjonalnie. Jej stan wzbudzał niepokój terapeutów. Co zaobserwowałaś na miejscu?

- Widziałam kobietę, której zawalił się cały świat - szepnęłam.

- Jakie uczucia to w tobie budziło?

- Jakby w mojej piersi ziała głęboka, mroczna dziura. Rozpacz. Zaczynałam rozumieć, że już nigdy nie zobaczę moich rodziców. - Poszukałam ciemnych oczu Marie i po chwili się poprawiłam: - To znaczy jej rodziców. Byłam przerażona. Nie chciałam zostać sama. Nie chciałam umierać. Wiedziałam, że już zawsze będę samotna.

Smutek i poczucie straty stały się przytłaczające, po policzkach płynęły mi strumienie łez. Dopóki odgrywałam Emily, starałam się tłumić te uczucia. Teraz nie umiałam już dłużej kłamać. Nie byłam w stanie ukryć ich przed samą sobą.

Marie ujęła mnie za rękę i uściskiem starała się dodać mi otuchy.

- Quinn, jeszcze dzisiaj spotkasz się przecież ze swoim ojcem. To nie ty umarłaś, tylko Emily Pinnacle.

- Ale to mogłam być ja - powiedziałam, potrząsając gwałtownie głową. - To samo, co wszystkim tym dziewczynom, mogło przydarzyć się mnie.

- Nie. Nazywasz się Quinlan McKee. Mieszkasz przy Seneca Place 2055 w Corvallis, w stanie Oregon. Masz siedemnaście lat i jeździsz starą zdezelowaną hondą, której twój ojciec nie chce wymienić na nowszy model. - Marie dotknęła mojego policzka, żeby przywrócić mnie do rzeczywistości. Po chwili dodała szeptem: - A przede wszystkim, Quinn, ty żyjesz. Jesteś tu i teraz, i jesteś żywa.

Przez chwilę milczałam, pozwalając jej słowom wybrzmieć w mojej głowie. Pomyślałam o swoim starym samochodzie, o tym, że zawsze świeci się w nim kontrolka stanu silnika i nie da się jej wyłączyć. I właśnie ten szczegół sprowadził mnie z powrotem na ziemię, zakorzenił w moim życiu. Otarłam łzy i sięgnęłam po chusteczkę, żeby wysiąkać nos. Kiedy doprowadziłam się do porządku, Marie zajęła z powrotem miejsce na sofie.

- A może opowiesz mi o T-shircie? - zaproponowała.

Z nerwów poczułam mdłości, a moje spojrzenie automatycznie powędrowało w kierunku pokoju dla gości.

- Aaron mnie wydał? - domyśliłam się. Na myśl o tym, że odkąd tu przyszliśmy, zdążył już dwa razy mnie podkablować, zagotowało się we mnie ze złości.

- Nie miał innego wyjścia.

Racja. Nawet gdyby mój przyjaciel chciał zachować to w tajemnicy, nie miał szans.

- Dlaczego wypytywałaś go o mnie? Marie, dobrze wiesz, że nie cierpię, kiedy ktoś mnie szpieguje.

- Przecież już to przerabiałyśmy - westchnęła doradczyni, puszczając mimo uszu moją ostatnią zaczepkę. - Zabieranie rzeczy zmarłych jest niebezpieczne dla twojego zdrowia psychicznego. Nie wspominając już o tym, że stanowi pogwałcenie zasad.

- Nie ukradłam tej koszulki, podarował mi ją ojciec Emily - oznajmiłam. Zaczynały buzować we mnie emocje wypierające smutek. Teraz przepełniał mnie gniew. I chęć buntu.

- Wcale nie twierdzę, że ją ukradłaś - zauważyła Marie. - Ale po co ci T-shirt Emily? Czy ma dla ciebie wartość emocjonalną?

W głowie wirowały mi myśli, gdy próbowałam przemóc działanie napoju. Gdybym przyznała, że poczułam się emocjonalnie związana z tą rodziną, mogłabym trafić prosto na terapię. Właśnie dlatego nie znosiłam rozmów o tym, co czuję.

- Po prostu spodobała mi się - powiedziałam, czując ulgę na dźwięk wypowiadanych słów. Jak to dobrze, że jestem jeszcze zdolna do niewinnego kłamstewka. Nie dałam po sobie niczego poznać, ale moje serce galopowało jak szalone. Nie było to jakieś wielkie kłamstwo, ot, wymijająca odpowiedź. Jednak tak naprawdę wszystkie przedmioty, które zachowuję, mają znaczenie. Nie zawsze wielkie, ale jednak. Ten T-shirt będzie przypominał mi o moim ojcu, to znaczy ojcu Emily, o tym, jak kupił mi go na urodziny dwa lata temu, ponieważ zawsze uwielbiał Rolling Stonesów. Na zdjęciach z tamtego dnia oboje jesteśmy tacy uśmiechnięci, stoimy obok siebie, obejmując się. To nie moje wspomnienia, ale i tak je lubię. I chciałabym móc je zachować.

Marie przypatrywała mi się przez dłuższą chwilę. Chyba domyślała się, że nie mówię jej wszystkiego. Nie bardzo rozumiałam, jakim cudem było to możliwe. Kiedy doradczyni przestała mnie obserwować, obrzuciłam spojrzeniem czajniczek. Czyżby stężenie amobarbitalu było dzisiaj mniejsze? A może po prostu Marie nalała mniej płynu do mojej filiżanki? Kobieta zanotowała coś w moich aktach i zamknęła teczkę.

- To wszystko, możesz jechać do domu - oświadczyła i uśmiechnęła się do mnie nieznacznie. - Quinn, na przyszłość pamiętaj, że nie wolno ci zabierać żadnych pamiątek. Terapeuci mogliby uznać, że jesteś zbyt uczuciowa, żeby realizować kolejne zlecenia.

- Marie, obiecuję być pozbawioną serca suką - stwierdziłam.

Zachichotała i wstając z sofy, klepnęła mnie w kolano.

- Aha - dodała - Nie wyżywaj się na Aaronie. Nie chciał mi powiedzieć o T-shircie. Twój ojciec dodał nowe pytania do wywiadu. Aaron nie miał wyjścia, musiał powiedzieć prawdę.

Ta rewelacja zupełnie zbiła mnie z tropu.

- Dlaczego w takim razie nie wypytywałaś mnie o niego? - spytałam.

- Ponieważ te nowe pytania dotyczą wyłącznie ciebie.

Marie miała nieprzenikniony wyraz twarzy, nie udało mi się z niego nic wyczytać. Nagle obróciła się, zarzucając warkoczami, i pomaszerowała do swojego gabinetu.

* * *

Bez słowa poszliśmy do cadillaca, a następnie ruszyliśmy w kierunku mojego domu, gdzie Aaron zaparkował wcześniej swój samochód. Przez cały czas w głowie rozbrzmiewały mi słowa Marie. Nie dawała mi spokoju myśl, po co ojciec miałby dodawać do kwestionariusza jakieś pytania na mój temat. Dlaczego mnie sprawdzał? Poza tym odczuwałam też niepokój - co prawda podczas wywiadu nie skłamałam, ale nie byłam też stuprocentowo szczera. Czyżby to Marie zrobiła tym razem coś inaczej? A może to ja się zmieniłam?

- Przepraszam - odezwał się nieśmiało Aaron. Nie spojrzał w moją stronę, ale czułam, że jest w nie najlepszym stanie. Zdanie raportu Marie musiało go sporo kosztować. Odniosłam wrażenie, że ciągle jest w lekkim szoku. - Nie chciałem jej o tym mówić.

- A o co dokładnie pytała?

Zanim odpowiedział, przełknął nerwowo ślinę i zacisnął palce na kierownicy.

- Jak zawsze omawialiśmy po kolei to, co zaszło. Ale na koniec spytała, czy zauważyłem coś nietypowego, kiedy cię odbierałem. W pierwszej chwili nie wiedziałem, o co jej chodzi. Po chwili spytała, czy moim zdaniem zbyt mocno przywiązujesz się emocjonalnie do klientów... I wtedy powiedziałem jej o T-shircie. - Po tych słowach spojrzał na mnie żałosnym wzrokiem. - Quinn, naprawdę nie chciałem...

- Nic się nie stało - zapewniłam. Poczułam, że muszę pomóc mu poradzić sobie ze stresem. - Marie nie była nawet wkurzona.

Słysząc to, zmrużył nieznacznie oczy, po czym skupił się znów na drodze.

- To chyba dobry znak - stwierdził ostrożnie, a po długiej chwili milczenia spytał: - Pytała o mnie?

- Nie.

Zauważyłam ledwo dostrzegalne drgnienie kącików jego ust, ale nie pozwolił sobie na uśmiech. Dla Aarona przede wszystkim liczyło się teraz dotrwanie do końca kontraktu. Za kilka tygodni miał dostać sowitą wypłatę, dzięki której będzie mógł się przeprowadzić i urządzić gdzie indziej. Aaron nie siedział w tym biznesie tak długo jak ja, jednak moja sytuacja była zupełnie inna - mój ojciec pełnił obowiązki szefa całego wydziału, więc ciążyła na mnie szczególna presja, bym nadal pracowała jako sobowtór. Nie zmieniało to jednak faktu, że zazdrościłam Aaronowi: mój partner niedługo zniknie i będzie mógł wieść normalne życie. Czasami zachodziłam w głowę, czy kiedykolwiek będę wolna, czy może ojciec znów znajdzie sposób, żeby przedłużyć mój kontrakt.

Zazwyczaj umowa o pracę dotyczyła trzyletniego okresu, choć wielu sobowtórów przedłużało kontrakt. Rzadko ktoś pracował u nas dłużej niż sześć lat. Zresztą nie było to zalecane, ponieważ długotrwały stres był niebezpieczny dla sobowtóra. W grę wchodził cały szereg potencjalnych zagrożeń, między innymi ryzyko zatraty własnej osobowości. Tymczasem ja pracowałam już na czwartym kontrakcie z kolei. Zmiany w mojej psychice zaszły tak daleko, że nie umiałabym teraz wskazać, które z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa należały faktycznie do mnie. Granice między moimi własnymi a tymi przejętymi od martwych osób dawno już się u mnie zatarły. Kiedy przeglądałam nasze rodzinne albumy, nie umiałam połączyć niektórych swoich zdjęć z żadnymi wspomnieniami. Działało to też w drugą stronę - miałam wspomnienia, których nie umiałam skojarzyć z żadnymi fotografiami z tych albumów.

Jedno z takich niejasnych wspomnień dotyczyło mojej matki. Widziałam w nim kobietę o lśniących ciemnych włosach. Leżała na szpitalnym łóżku i uśmiechała się do mnie ciepło. We wspomnieniu wdrapywałam się na łóżko i przytulałam do niej. Czytała mi bajki, mówiła, że mnie kocha, i całowała po włosach.

A przecież moja prawdziwa matka była błękitnooką blondynką. Była delikatną, ładną kobietą. Nigdy nie widziałam jej w szpitalnym łóżku, zginęła w wypadku samochodowym. Nie byłam w stanie odnaleźć żadnych zdjęć kobiety ze szpitalnego wspomnienia. Kiedy spytałam o nią ojca, stwierdził, że musi to być wspomnienie jednej z odgrywanych przez mnie osób, choć nie był w stanie wskazać dokładnie której.

Na tym między innymi polegał mój problem - czasem niełatwo mi rozpoznać moje prawdziwe wspomnienia. Życia osób, w które się wcieliłam, po jakimś czasie zlewają się w jedno z moim własnym życiem. Gdy to sobie uświadamiam, ogarnia mnie lęk. Najczęściej dzieje się tak, gdy odgrywana rola pochłania mnie bez reszty i potrzebuję czegoś, co sprowadziłoby mnie z powrotem do realnego świata. Zresztą prześladują mnie wspomnienia wszystkich dziewcząt, które odgrywałam, dlatego od dawna po prostu staram się nie wnikać w to, co jest naprawdę moje, a co nie.

Mój ostatni dozwolony kontrakt wygasł, kiedy miałam piętnaście lat. Jakimś cudem mój ojciec zdołał jednak przekonać wydział (i mnie), żeby zaangażować mnie na kolejny okres. Argumentacja ojca zawsze jest logiczna i trudno się z nim spierać. Jeszcze trudniej sprawić mu zawód. Gdy już będzie po wszystkim, odbiorę poczwórną pensję plus bonus. Ojciec twierdzi, że będę mogła wtedy z góry zapłacić za całe studia, a nawet kupić sobie dom. Uważa, że pieniądze te pozwolą mi się urządzić na starcie. W jego oczach to pewnie coś wspaniałego, ja jednak wolałabym chyba uczcić ten moment w inny sposób - poszłabym na studniówkę albo zrobiła coś równie szalonego.

W Corvallis nadal działały dwa licea, ale obecnie nie chodziłam do żadnego z nich. Moja praca wymagała ciągłych wyjazdów, a nauka przez Internet niezbyt mnie pociągała. Brakowało mi w niej prawdziwych skandali - największy, jaki zapamiętałam, zdarzył się wtedy, gdy padły serwery i nauczyciele musieli zresetować nasze hasła. Niezbyt fascynujące. Deacon uczęszczał do mojej dawnej szkoły, ale w końcu rzucił naukę. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego to zrobił. Dałabym się pokroić na plasterki, byle móc wrócić do normalnego liceum.

Kiedy Aaron skręcił w kierunku mojego domu, jęknęłam głucho. Nadal byłam wkurzona na ojca za to, że mnie sprawdza, a nie chciałam pojawiać się w domu w takim nastroju.

- Może wpadniemy do Deacona? - zaproponowałam.

Aaron potrząsnął głową.

- Myra już na mnie czeka. Ale mogę cię do niego podrzucić.

- A co z twoim samochodem?

- Odstawię potem cadillaca pod wasz dom i przesiądę się do swojego wozu, zanim twój ojciec zdąży podejść do okna - powiedział. - Przekaż mu, że kluczyki schowałem za osłoną przeciwsłoneczną.

Zgodziłam się. Opadłam na oparcie fotela i odprowadziłam wzrokiem mijany przez nas zjazd do domu. Oczami wyobraźni widziałam mojego ojca, jak siedzi przy kuchennym stole i popija kawę, żeby nie zasnąć i być na chodzie, kiedy wrócę do domu. Uznałam jednak, że nic się nie stanie, jeśli poczeka trochę dłużej. Miała to być moja zemsta za szpiegowanie. Napięcie, jakie wywoływała we mnie myśl, że mam wrócić do domu, powoli ustępowało. Zaczynało za to docierać do mnie, jak strasznie jestem zmęczona. Czułam się wycieńczona.

Miałam wrażenie, jakby moja dusza była na wyczerpaniu.