Remedium 111 - Marek Boszko-Rudnicki

-
Proszę czekać

Prolog

Deszcz padał od kilku godzin. Nic nie wskazywało, aby było to tylko chwilowe oberwanie chmury. Krople wielkości grochu coraz intensywniej waliły o szyby. Gałęzie cyprysów targane wiatrem uderzały coraz gwałtowniej w ściany domu, jakby próbowały zedrzeć z niego tynk. Niebo raz po raz rozdzierała błyskawica i niemal równocześnie następował potworny huk wyładowań.

Mimo to Raul wyłowił z odgłosów burzy jakiś dźwięk. Wydał się czymś obcym i nienaturalnym na tle szalejącej nawałnicy.

W rogu pokoju paliła się tylko lampa naftowa. Nie dawała wiele światła, wydobywała z mroku zaledwie najbliższe meble. Ogień na kominku zgasł pewnie w chwili, gdy wraz z burzą siła wiatru zaczęła wpychać powietrze do komina. W pewnym momencie płomień lampy zamigotał i przygasł, jak gdyby gdzieś w głębi domu powstał przeciąg.

Raul wzdrygnął się i sięgnął po berettę leżącą na stoliku. Przeładował pistolet i czekał. Zdawał sobie sprawę, że to tylko jego bujna wyobraźnia, wiedział, że dom jest bardzo dobrze strzeżony. Jednocześnie przeczuwał, że coś jest nie tak. Poznane ostatnio fakty były zbyt ważne, by mógł je zignorować, chociaż przez swój wrodzony racjonalizm nie dopuszczał myśli, że może to być prawda.

Wziął do ręki mały czerwony notes, gdzie notował uwagi, które uznał za istotne dla sprawy i które przyszły mu do głowy w trakcie prowadzonych wykopalisk. Wolno przekartkował strony, zatrzymując się na ostatniej z nich.

- Chyba tak... - skwitował wpis i wstał z fotela.

Podszedł do starego kaflowego, ozdobnego pieca, nieużywanego od wielu lat. Kiedyś w wolnej chwili z zawodowej ciekawości dokładnie go obejrzał, żeby się dowiedzieć, jak dawniej je konstruowano. Dziś takie piece częściej spotykane były w muzeach niż w prywatnych domach. Dlaczego w jednym, dużym wprawdzie pomieszczeniu zainstalowano jednocześnie piec i kominek? Przed wiekami musiało tu być bardzo zimno, mimo że mieścina leżała nad samym morzem.

Wówczas to trafił na obluzowany kafel od strony ściany, za którym kryła się mała wolna przestrzeń. Od tego czasu wykorzystywał ją jako prywatną skrytkę. Wyszedł z założenia, że każdy sejf można otworzyć, a skrytkę najpierw trzeba zlokalizować. Schował notes, czując lekki powiew na dłoni, włożył kafel na miejsce i wrócił na fotel.

Przez długą chwilę wpatrywał się z napięciem w wiszący zegar. Śledził mijające minuty z takim natężeniem, że nie zauważył, jak minęła kolejna godzina. Dochodziła czwarta rano. Godzinna przerwa w myśleniu poprawiła jego kondycję psychiczną.

Kryzys minął.

Nagle dźwięk znowu się powtórzył, ale tym razem Raul go zignorował. Powoli się uspokajał. To pewnie jakieś obluzowane krokwie, które pod wpływem ciężaru dachu wydawały nietypowy odgłos. Dom wynajęty przez DIA nie był nowy i liczył sobie pewnie dużo więcej niż dwieście lat. Miał prawo trzeszczeć i skrzypieć pod naporem wiatru.

Zdawał sobie sprawę, że jego przemęczenie jest wynikiem zbyt intensywnego śledztwa prowadzonego od dłuższego już czasu. Program "Gargantua" musiał wywoływać takie stany. Tak przynajmniej twierdził Johnson, psychoanalityk przydzielony do jednostki. Tłumaczył, że zabawa w poszukiwanie duchów przeszłości i próby dopasowania ich do dnia dzisiejszego powodują reakcję organizmu podobną do stanu, w którym wirtualne doświadczenia stają się w jaźni bytem rzeczywistym. Układ nerwowy odreagowywał, ale zbyt wolno, rodząc naturalne lęki i obawy.

Odetchnął głębiej, zabezpieczył ściskany w ręku pistolet i odłożył go na stolik. Wstał z fotela, sięgnął po karafkę z burbonem i nalał sobie jedną trzecią kryształowej szklanki. Chwilę zastanawiał się, czy nie rozpalić w kominku, bo zrobiło się chłodno. Burza jakby zelżała, nie powinien więc mieć kłopotów z rozpaleniem ognia.

Podszedł do kominka, podrzucił kilka polan i uruchomił gaz. Po chwili drewno płonęło, a w pokoju zrobiło się jaśniej. Czerwono-pomarańczowe błyski ognia wydobyły z mroku starą bibliotekę zajmującą całą ścianę naprzeciw okna. Grzbiety starych książek, często ze złoconymi napisami, mieniły się teraz, odbijając drobinki światła. Podobnie drobne bibeloty z kryształu i fajansu - ozdabiające narożny kredens, i duże biurko, właściwie stół - które zgromadzili tu wynajmujący dom właściciele.

Sięgnął po szklaneczkę i wówczas szóstym zmysłem uświadomił sobie zbagatelizowane wcześniej niebezpieczeństwo.

Puścił szkło, rzucając się całym ciałem na stolik, by sięgnąć po berettę.

Była za daleko.

Dłoń zdążyła jeszcze chwycić kolbę, palec odbezpieczyć bezpiecznik, ale nim lufa przesunęła się we właściwą stronę, jego głowa rozprysła się na setki kawałków, a mózg i krew obryzgały wszystko wokół.

1.

Maniek wiedział, co będzie robił, gdy tylko ten skok wypali. Na szybkie wyklepanie ze sracza w Nowogardzie wprawdzie nie liczył, ale na przepustkę, jeśli coś wykombinuje, już tak. Dostał ją i teraz nie zamierzał marnować czasu na opalanie się nad morzem.

Krzywy już czekał z robotą. Nadał mu ją jakiś kolekcjoner staroci. Dobrali jeszcze Edka, bo miał wrodzoną smykałkę do otwierania każdego zamka. A jak wszystko pójdzie po jego myśli, zmyje się do Irlandii. Do Gawry, który z zagranicy regularnie przysyłał mu kartki. Przed wsypą to Gawra nawiał, bo miał nosa, a on go nie słuchał i zamiast gdzieś się przyczaić, głupi wrócił do domu. Tam już czekali na niego.

Głupia wpadka, myślał, przypadek. Jednak szybko się zorientował, a za murami wiadomości rozchodziły się błyskawicznie, że ktoś musiał wpaść, no i padło na niego i Gawrę, na frajerów, którzy nie skumali w porę, że ich wrobiono. Miał być włam i ktoś musiał wdepnąć. A że znikła flota i blit z sejfu, o którego istnieniu dowiedział się dopiero podczas przesłuchań, to była osobna bajka. Śledczy męczył, kto z nim był i kogo kryje, którego kasiarza?

Nie on pierwszy trafił tu garować i nie jego tylko wrobiono. Stał za tym jakiś szmontak wysoko ustawiony. Mańkowi wystarczyło, że znał naganiacza, to z niego resztę wyciśnie. Wiedział, że za dobre sprawowanie dostanie przepustkę, i robił wszystko, by na nią zasłużyć.

Wyklepał wyjście i już wiedział, co będzie robił. Najpierw ten skok, później zajmie się garbatym Jonuszem, który mu zlecił robotę. A ten wyśpiewa wszystko. Sejf był rozpruty jeszcze przed jego i Gawry wizytą. Oni mieli służyć tylko za przynętę. I to ich mieli zgarnąć.

- Coś taki niebyty - dobiegł go szept Krzywego, który szedł obok. - Myślisz ciągle, kto cię przewalił? Znajdziemy gnoja, nie martw się.

- Uważaj, nie twoja sprawa, sam wyrasuję.

Przeszli przez las i teraz rozglądali się, czy przez wieś nikt nie idzie. Było już ciemno, ale woleli nie rzucać się w oczy. Co innego w Trzęsaczu, gdzie dzień spędzili na plaży, a co innego tu, na tym zadupiu w Dreżewie, gdzie mieli namiar. Wiocha i pałac. Pusty. Właścicieli nie ma, bo podobno wystawiony na sprzedaż.

Zleceniodawca chciał tylko dwie figury z pałacowej kaplicy. Dla siebie mogli wziąć srebrne lichtarze i co tam znajdą. Postawił tylko jeden warunek - z figurami mieli obchodzić się ostrożnie. Były z drewna, niezbyt duże, nie powinny sprawić kłopotu. Drzwi do kaplicy zamknięte na klucz, ale zamek stary, łatwo go otworzyć.

Skręcili w lewo i z daleka zobaczyli ciemny gmach dworu i jego charakterystyczną wieżę. Byli na miejscu. Z tego, co narysował zleceniodawca, za małymi drzwiami kryła się kaplica.

Edek wyjął swoje wytrychy i wziął się do roboty. Nie musieli mu świecić latarką. Czuł wszystko w palcach. Łebski nie był, ale paluchy miał zdolne. Nie minęły trzy minuty, jak wyrychtował zamek i wyprostował się zadowolony.

Gotowe.

Maniek ruszył do drzwi i ostrożnie je otworzył, badając, czy nie zaczną skrzypieć.

Były naoliwione. Nie wydały żadnego dźwięku.

Otworzył je szerzej, sięgnął ręką po latarkę i nagle zamarł.

- Co jest, leź... - Krzywy stojący za nim zniecierpliwił się. Zawsze był nerwowy, a dziś jeszcze miał kaca, suszyło go i chciał jak najszybciej odwalić robotę. - Rusz dupę.

Maniek nadal stał w miejscu.

- Co jest, kurwa, zamurowało cię czy jak?

- Chyba coś widziałem, ale...

- No i co? - Krzywy zajrzał mu przez ramię, a gdy nic nie zobaczył, uruchomił latarkę, oświetlił wnętrze i zniecierpliwiony przepchnął się obok Mańka. To samo zrobił Edek.

Pomieszczenie nie było duże. Latarka dobrze je oświetlała. Miało może sześć metrów na sześć. W rogu po prawej stronie kręte schody prowadziły na piętro. Przy ścianie po lewej był stary drewniany ołtarz, a tuż obok równie stara gablota. Taka, jakie widuje się tylko w muzeach, wielka, zdobiona, z rzeźbami i kolumienkami po bokach. Nieco powyżej ołtarza widać było zagłębione w ścianie wykusze, a w nich rzucające się w oczy dwie figury. Takie, jak im to narysował zleceniodawca. Małe, bez koloru, takie byle co. Że też komuś takie gówno chciało się zbierać.

Porozglądali się za obiecanymi lichtarzami, ale nigdzie nie było ich widać. Krzywy kiwnął do Edka, wskazując szafę. Pewnie tam są.

Nie była zamknięta na klucz. Zajrzeli do środka i przywołali Mańka, który nadal stał przy drzwiach i nie miał ochoty wejść do środka.

- Ducha zobaczył, jajce w tany - zakpił Edek, za co otrzymał szturchańca w żebra. Krzywy mógł drwić z kolegi, Edek już nie.

Omietli latarkami ciemne wnętrze. Na środkowej półce stały dwa lichtarze. Tylko dwa, ale masywne i wyglądały na srebrne. W małej szkatułce stojącej obok leżał kielich. Ładny, ozdobny i błyszczący, znak, że używany. I pewnie drogi, bo odbijał światło jak lustro. Nic więcej oprócz tych trzech przedmiotów.

Maniek zdecydował się ruszyć. Podszedł do nich. Nadal jednak pamiętał, co zobaczył, otwierając drzwi. Wyraźnie widział jakąś maniurę w białej sukni, która na niego patrzyła, całkiem realna, jak Krzywy i Edek, i zaraz znikła. Obleciał go cykor, bo nic nie pił, postać zobaczył, a do strachliwych nie należał. Nigdy nie miał omamów, nawet po szpachlówie.

Wyjął latarkę, uruchomił i najpierw omiótł światłem całe pomieszczenie. Nic ciekawego. Zalatujące starością ściany, drewniane, z wypłowiałymi malunkami, czysta podłoga, dwa rzędy krótkich ławek, jak to w kaplicy, i nic więcej. Podszedł nawet pod schody i poświecił do góry. Też pucha: zwyczajne, kręte i ginące gdzieś w suficie piętra. Zwrócił uwagę, że pokryte były kurzem. Gdyby ktoś wszedł, pomyślał, byłoby widać. Palcem przejechał, został ślad. Nikt tędy nie lazł, wydawało mi się, próbował się uspokoić.

Trza kończyć tyrkę, przemknęło mu przez głowę, podszedł do kumpli i też zajrzał do szafy. Pusta. Oprócz lichtarzy i kielicha, na górnej półce leżała jedynie Biblia. Nawet wina mszalnego nie było. Wzruszył ramionami. Trudno, nie ma więcej, to nie ma, swoją dolę i tak dostaną, a lichtarze i kielich opchną za kilka złotych.

- Sfiluję, co u góry - mruknął Krzywy. - Może się co trafi ...- I nie czekając na odpowiedź, zaczął wchodzić po schodach.

- I co, jak tam? - Edek był niecierpliwy, a gdy Krzywy nie odpowiadał, ruszył za nim.

Maniek nie miał na nic ochoty. Oświetlił ołtarz, wszedł na niego i wyjął z nisz dwie figury. Zdjął z ramion plecak, owinął obie przygotowanymi na tę okazję szmatami, a później dodatkowo folią z pęcherzykami.

Popatrzył na schody. Nie schodzili, może coś wyniuchali. Wzruszył ramionami. Podszedł do schodów.

- Macie coś?

Nie odpowiadali. Przyszło mu do głowy, że znaleźli coś wartego zachodu, co szybko chowają przed nim. Różnie bywa, choć Krzywy nigdy go nie przekręcił, a Edek był za głupi.

Skierował raz jeszcze promień latarki na schody. Nie miał ochoty na wejście, ale myśl, że może mimo wszystko coś mają, później wrócą i zabiorą, wnerwiła go.

Zaczął się szybko wspinać na górę.

Na szczycie uderzył głową w Edka, który stał tuż przy brzegu. Latarka leżała na ziemi, jasnym snopem oświetlając wzdłuż zakurzone deski podłogi.

- Co jest... - rzucił, ale odpowiedziała mu cisza.

Podniósł głowę, jednak nic nie zobaczył. Odepchnął kumpla i skierował światło na pomieszczenie. Nie dalej niż dwa metry od nich stał Krzywy i też nic nie mówił. Obaj patrzyli w kierunku dużego starego stołu z sześcioma równie starymi krzesłami.

Pusto.

- Co jest, kurwa... - wzmocnił pytanie i szybko zaczął omiatać latarką pokój.

Nie dostrzegł niczego, co by usprawiedliwiało zachowanie kumpli, ale napięcie w nim nagle wzrosło. Pikawa przyspieszyła, wyczuwał, że coś jest nie tak, ale jeszcze nie rozumiał co.

- Tu było... - wyszeptał wreszcie Krzywy, który pierwszy zaczął dochodzić do siebie. - Kurwa, naprawdę widziałem. Było i znikło.

- Takie białe jak duch... - niby echo wykrztusił po nim Edek.

Pewnie jakiś bajerowski system alarmowy, Mańka olśniło, kiedyś coś słyszał na ten temat od kumpli, i zaraz wróciła mu odwaga.

- Też mi mykło, ale nic, znikło, elektronika jakaś czy co.

Krzywy oprzytomniał i zaczął śmiać się histerycznie.

- Ale nas, kurwa, zrobili, alarm, kurwa mać, a ja stary dałem się zrobić - powtarzał nagle uspokojony. Odwrócił się do Mańka i zamilkł. Tylko dolna warga jeszcze się poruszała, jak gdyby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. - Ooo...

- Frajerze, bajery nie ze mną - roześmiał się Maniek, czując, że tym razem to kumple próbują z niego zadrwić. Nie lubił tego, ale rozumiał, dał dupy przy wejściu, teraz mają ubaw. Należało mu się.

Uderzył ze śmiechem w plecy stojącego obok Edka.

- Zbieramy się, bo jeszcze jakiś szczur połączy alarm z psami i ścierwa się zjawią.

Odwrócił się...

...i struchlał. Oczy wyszły mu z orbit.

U podestu schodów, dwa kroki od niego, stała kobieta w białej sukni, uważnie mu się przypatrując. Nie żadna przezroczysta mara, a lala z krwi i kości. Taka jak po otworzeniu drzwi, co to ją przyjął za omam. Nawet ładna. Mocno opalona. Gdzie się cholera ukryła? I tak cicho jakoś wlazła na te schody... - próbował myśleć racjonalnie, by odgonić narastającą niepewność i przekonać siebie, że jest przy zdrowych zmysłach. Skradała się, głupia, zamiast spieprzać.

Lekko odchyliła głowę w jedną stronę, później w drugą, jak gdyby próbowała go zrozumieć. A później wolno wyciągnęła dłoń przed siebie i oskarżającym gestem wskazała na plecak, który trzymał w ręku. W tym geście było coś irracjonalnego, niemożliwego do przyjęcia, narzucającego wolę, co Maniek wyczuwał szóstym zmysłem.

- A pierdol się - wymamrotał i jednocześnie wyprowadził wyćwiczony w wielu zatargach cios pięścią prosto w twarz kobiety. On, Maniek, nie będzie peniał przed jakąś ciekawską lalą. Pewnie sprzątaczka, jebana planeta, już zapamięta, co to znaczy z nim zadzierać.

Pięść wystrzeliła błyskawicznie do przodu, a gdy niemal docierała do twarzy kobiety, ta twarz... znikła.

Została pusta, czarna przestrzeń. Jak gdyby zapadła się pod ziemię, a raczej pod schody.

Maniek wyprowadził cios tak mocny, że pięść, która nie napotkała oporu, poleciała do przodu, ciągnąc za sobą resztę ciała. Stracił równowagę, wypuścił z dłoni ściskaną ciągle latarkę i stoczył się na pierwsze stopnie schodów. Próbując złapać się czegokolwiek, trafił na poręcz i z całych sił zacisnął na niej kurczowo palce. Próbował szybko zrozumieć, co się stało. Baba miała refleks, zrobiła niewiarygodnie szybki unik, tylko gdzie się podziała?

Rozejrzał się zdezorientowany i zobaczył kobietę stojącą spokojnie za Krzywym, który z twarzą pobladłą ze strachu ostrożnie cofał się ku schodom.

Co jest? - pomyślał zdezorientowany, nim uprzytomnił sobie, że nie mogła przebiec obok niego, bo było za mało miejsca. To jakaś druga... - przemknęło mu przez myśl, ale czuł, że zaczyna mu się to nie podobać. Jego umysł nie potrafił ogarnąć tej sytuacji. Zawsze w życiu wszystko, co spotykał, było proste. A to nie mieściło mu się w głowie.

Kobieta nie ruszała się, tylko patrzyła na całą trójkę. Spowita była mrokiem, gdyż świeciła już tylko latarka Krzywego. Mimo to jej postać wyraźnie odcinała się od mroku pomieszczenia.

Wolno podniosła obie ręce do góry, a dłonie skierowała w ich stronę. I zaczęła wbrew prawom fizyki rosnąć w oczach. Nie nagle, nie tak jak na filmach, ale wyraźnie jej sylwetka ogromniała. Jeszcze przed paroma minutami była niższa od Mańka, a teraz przewyższała go o głowę.

Nie wierzył w to, co rozgrywało się przed jego oczami. Przez chwilę myślał, że to złudzenie optyczne i skutek słabego oświetlenia, ale nie, patrzył teraz, zmuszony lekko odchylić głowę do tyłu, podczas gdy ona stała przez chwilę przy schodach, a jej oczy były na wysokości jego oczu.

Próbował przełknąć ślinę, ale w ustach poczuł nienaturalną suchość. I jeszcze coś, czego nigdy nie doświadczył. Podbródek mu drżał i nie mógł tego powstrzymać. Chciał podnieść ręce i przyjąć postawę, jak to wielokrotnie czynił, gdy nie był pewny towarzystwa, ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Nogi wrosły w podłogę. Czekał z przerażeniem, co będzie dalej.

Postać zaczęła promieniować niebieską aurą. Z końców palców wydobył się krwawoczerwony płomień. Mały, ledwie widoczny, ale z każdą chwilą coraz mocniejszy, bardziej gorejący i skierowany w stronę mężczyzn.

Wraz z jego rosnącą mocą twarz kobiety stawała się coraz bardziej przezroczysta. Skóra bladła i po chwili widać było przez nią zarys ludzkiej czaszki, puste oczodoły i wysunięte zęby, które podobnie jak ciało, zmieniały kształt, aż w miejscu normalnych ludzkich zębów pojawiły się wilcze kły.

Maniek patrzył ze zgrozą, a krótko obcięte w kiciu włosy zaczęły się podnosić. Po chwili sterczały mu jak szpilki wbite w głowę. Nigdy w życiu, nawet w najgorszych chwilach, czegoś takiego nie doświadczył. Przez jego ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz, zrobiło mu się zimno, a oczy wyszły mu z orbit.

Gdy postać otworzyła usta, a właściwie już uzbrojoną w kły paszczę i wydała z siebie przerażający skowyt połączony z gardłowym bulgotem, Maniek poczuł, że puszcza mu pęcherz i mocz leje się po nogach.

Stracił pamięć...

Nie wiedział, kiedy i jak rzucił plecak, jak znalazł się na dole, jak zdołał uciec z pałacu i zwiać przed monstrum, ratując życie.

*

Oprzytomniał nad ranem, tuż na krawędzi lasu, nieopodal stadniny koni w Trzęsaczu.

Całą twarz miał zakrwawioną z powodu rozciętej skóry na głowie. Wielki guz wskazywał, że o coś musiał uderzyć, przedzierając się przez las z Dreżewa. Wiedział, że powinien odszukać Krzywego i Edka, ale za nic na świecie nie odważyłby się wrócić do pałacu. Nawet za dnia.

Piekła go klatka piersiowa. Dotknął. Zabolało. Na materiale widniały plamy zaschniętej krwi. Pomyślał, że musiał rąbnąć w coś nie tylko głową, ale również klatką piersiową. Rozpiął guziki koszuli i zamarł, czując niekontrolowany strach.

Miał głęboką, ledwo co zasklepioną ranę w kształcie krzyża, który ktoś wyciął mu na piersi.

2.

Ulica Calle Velarde nie była długa ani szeroka. Była wąska, nawet jak na tak małą, starą miejscowość jak Tartui, dawniej położoną zaledwie kilka kilometrów od dużo większej Arroyo de la Miel. W ciągu lat przestrzeń między nimi została zabudowana domami i dziś tylko w sensie administracyjnym były to dwa oddzielne miasteczka.

Po obu stronach ulicy rosły ciemnozielone cyprysy o brązowawej korze, łuszczącej się długimi, włóknistymi pasmami. Drzewa były stare i pięły się do nieba niemal na czterdzieści metrów. W wielu miejscach rosły tak blisko siebie, że stykały się gałęziami, przeplatając się na kilkunastu metrach wysokości w sposób, który nie pozwalał odróżnić, która należała do którego.

Gęste konary dawały idealne schronienie, nie można było dostrzec, że ktoś kryje się pośród nich. Noc stwarzała mu dodatkową zasłonę, a polowy mundur był tylko uzupełnieniem maskowania.

Mężczyzna patrzył spokojnie przez monokular, obserwując dom amerykańskiego pułkownika i intruzów, których mógł dostrzec przez niezasłonięte okna. Weszli tam niezauważeni przez niego kilkanaście minut temu i teraz po zlikwidowaniu lokatora pilnie czegoś szukali.

- Bądźcie gotowi - rzucił cicho do małego mikrofonu przyczepionego do kołnierza kurtki. - Uważać na to, co wyniosą. To dla nas najważniejsze.

Gdy przekładał dłoń na gałąź ponad nim, odsłonił miejsce powyżej przegubu. Miał tam wytatuowanego węża z otwartą paszczą, który połyka trójkąt. Wąż miał tylko jedno centralnie umieszczone oko.

3.

Legenda o duchu z Dreżewa, który straszył w zrujnowanym pałacu, miała jeszcze przedwojenne korzenie. Zaintrygowała Petera, gdy tylko o niej usłyszał. Zanotował ją, by dokładniej się czegoś dowiedzieć, a potem obejrzeć to miejsce.

Okazja nadarzyła się niebawem, gdy naczelny wysłał go nad morze. Co roku latem dziennikarze byli tam obecni, relacjonując swoim czytelnikom wydarzenia sezonu.

- Czas karmienia śledzi, nie marudź i jedź - powiedział mu szef, gdy na pokaz protestował, próbując się wymigać poważnym materiałem ekonomicznym, nad którym pracował od kilku dni. - Kogo, kurwa, obchodzi latem jakiś wzrost gospodarczy i polityka banków wobec bogatych. My piszemy dla biedaków, a ci byczą się nad morzem.

O czym tu pisać? O rozleniwionych słońcem cielskach, przewalających się na gorącym piasku? To nie chwyci. Redakcja oczekiwała czegoś więcej. Wszyscy wiedzieli, że materiał bez krwi i spermy to pierwszy kandydat do kosza. Tereny nadmorskie najlepiej znał Rajtan, weteran redakcyjny.

- Jedź do Trzęsacza i poniuchaj w sprawie tamtejszego pałacu. - Stary dziennikarz nie krył zadowolenia, że znalazł kogoś, kto zbierze materiał również dla niego. Mimo podeszłego wieku nadal miał sprawny umysł i był czynny zawodowo. - Jest tam taka barmanka, całkiem jeszcze niezła, ale... - przerwał na chwilę, mruknął coś niezrozumiałego i dodał: - Sam do niej trafisz. Kieruj się nosem. Ma na imię Ewa.

Nos to nie mapa, pomyślał Peter, ale nic nie powiedział.

Trzęsacz przywitał go temperaturą dochodzącą do 40 stopni w cieniu. Gdy wyszedł z samochodu, poczuł się jak przy zderzeniu z rozgrzanym żelazkiem. Chwilę łapał oddech, by przyzwyczaić organizm do różnicy między klimatyzowanym wnętrzem auta i temperaturą na zewnątrz.

Gdzie ja się teraz, kurwa, czegoś dowiem. Zastanawiał się tylko chwilę, po czym ruszył do pałacowej kawiarni. Kelnerki w takich miejscach, gdy miały tylko trochę wolnego, lubiły zazwyczaj pogadać. Wystarczyło kilka słów współczucia dla pracy ponad siły za gówniane pieniądze, a już otwierały przed nim serce...

Późnym popołudniem miał zebrane wszystkie niezbędne informacje. Zadzwonił do Rajtana i streścił mu to, czego się dowiedział. Zatrudniane na lato dziewczyny z całej Polski chętnie dzieliły się plotkami. Tu jedno zdanie, tam dwa, jakaś nieostrożna uwaga. Wszystko razem, poskładane w jedną całość, było na tyle cenne, że mogło Rajtana naprowadzić na trop.

- Dobra robota! - Rajtan był wyraźnie zadowolony. - Podpiszę cię pod tym tekstem. Zawsze coś ci skapnie z wierszówki. A Ewę znalazłeś? Barmanka, pamiętaj. Znak szczególny - ruda, ale z babami, sam wiesz, każdego dnia inna wiecha.

4.

Sierżant Bruce wstał jak zwykle o piątej, szybko się umył i pojechał do pobliskiego sklepiku zrobić poranne zakupy. Pułkownik Raul Huffer lubił na śniadanie zjeść chrupiące bułeczki z miodem lub konfiturami.

Cenił pułkownika i z przyjemnością mu dogadzał, choć nie było tak od początku znajomości. Huffer zupełnie nie przypominał wojskowych, z którymi miał do tej pory do czynienia. Był to raczej rodzaj naukowca, lubianego wujka w rodzinie i jednocześnie starszego kolegi, który nie przywiązywał wagi do wojskowego drylu, ale za to wymagał od współpracowników konstruktywnego myślenia. Miał za sobą przeszłość w jednostkach specjalnych, w których służył za młodu. Po latach służby w wywiadzie i wielu sukcesach na Dalekim Wschodzie już dawno powinien otrzymać pierwszą gwiazdkę, ale przed laty zadarł z jakimś ważnym politykiem.

To się zmieniło, gdy rozpoczęto realizację nowego tajnego programu. Jaki to był program, Bruce nie miał pojęcia, ale z dnia na dzień Raul zaczął kierować jakimiś pracami przy wykopaliskach, co w opinii Bruce'a nie miało żadnego uzasadnienia.

Kiedy pół roku temu dowiedział się, że ma służyć jako ordynans jakiejś szarży, powiedział dowódcy, że równie dobrze może go zwolnić, bo nie najmował się do sił specjalnych za sługusa. Było to w Iraku, gdzie stacjonował na wysuniętej placówce, skąd co jakiś czas przerzucani byli śmigłowcami w oddalone o kilkaset kilometrów miejsca w górach. Wyznaczał je wywiad. Tam podejmowali trop namierzonej wcześniej grupy terrorystów z Al-Kaidy. Służył już trzecią kadencję i był dobry w tym, co robił. Dowodzona przez niego grupa rozbiła kilka oddziałów i wyprawiła na łono Abrahama czy bardziej Mahometa kilka osób z czarnej listy FBI.

Bruce znał się na dowodzeniu. Ukończył West Point z wyróżnieniem, a później sprawdził się w wielu tajnych misjach. Karierę zakończył podczas drugiej wojny w Zatoce Perskiej, gdy dowodzony przez niego batalion współdziałał z siłami Unii Kurdystanu. Nabrał wówczas szacunku dla tych bojowników bez państwa.

Po zdobyciu Saragat oddziały alianckie wraz z kurdyjskimi skierowano na południe. Mieli zaatakować Tikrit, rodzinne miasto Husajna. W jednej z wiosek szef dywizji założył swoją bazę. Nie wiadomo, czy jego późniejsze zachowanie spowodowały narkotyki, wódka, czy mania wielkości. Zabronił Kurdom stacjonowania obok wioski. Ich dowódcy powiedział wprost, że brzydzi się brudasami, a za takiego uważa szejka i jego ludzi. Kurdowie wściekli się, ale zachowali spokój, co amerykański generał uznał za strach, potem kazał sobie sprowadzić do namiotu "kurdyjskie dziwki". I to przeszłoby niezauważenie, gdyby nie fakt, że marines przyprowadzili mu zamiast zwykłej dziewki, córkę szejka. Jedną z wielu, ale córkę, co było już obrazą, której żaden Kurd nie mógł darować. Bojownicy zrobili tumult przed namiotem generała, wygrażając bronią i żądając satysfakcji. Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz bardziej napięta.

Bruce, wówczas w stopniu kapitana, należał do osobistej ochrony generała, który widząc tłum Kurdów, wpadł w histerię. Wydał rozkaz strzelania do "zdrajców". Bruce odmówił przekazania go dalej, trzasnął generała w pysk tak mocno, że ten stracił przytomność. O zdarzeniu sam zameldował dowództwu Airborne Brigade i oddał się do dyspozycji. Szybko przysłano innego dowódcę, generała w tempie ekspresowym odtransportowano do Stanów i sprawę zatuszowano.

Odbiła się jednak rykoszetem.

Oficjalnie - Bruce został zdegradowany do szeregowego. Nieoficjalnie - dowodzący północną grupą wojsk sojuszniczych osobiście przyleciał na miejsce w towarzystwie dwóch innych generałów, przypiął mu na piersi Krzyż za Wybitną Służbę i pogratulował, ale dodał, że gdyby Bruce generała nie uderzył, dostałby awans i Medal Honoru, a tak, stracił stopień.

- Taka polityka - skwitował dowódca, uśmiechając się kwaśno.

Do Iraku Bruce zaciągnął się tak szybko, jak to było możliwe. Awansował z szeregowca na sierżanta, później starszego sierżanta i otrzymał obietnicę skierowania ponownie na szkolenie do West Point, gdy tylko skończy służbę w Iraku.

Pewnego dnia, gdy wypoczywali po misji, jego dowódca i przyjaciel, porucznik Mills, zamierzał coś wytłumaczyć, ale nie dokończył.

Do pokoju wszedł mężczyzna w beżowej koszuli, niskiego wzrostu i niewyglądający na wojskowego. Porucznik wyprężył się i wskazując na sierżanta, zameldował tylko:

- To Bruce Kell, najlepszy z moich ludzi.

Po czym wyszedł.

Przybyły przez chwilę taksował Bruce'a spojrzeniem, które twardością nie przystawało do pozornie rozlazłego właściciela.

- Powiem krótko, sierżancie... starszy sierżancie - poprawił się, wolno cedząc słowa. - Do West Point na razie nie pojedziecie, a zresztą, po co wam drugi raz odwiedzać to miejsce.

Bruce zastygł. Przybyły znał jego przeszłość.

- Jestem generał Benjamin Moore z Departamentu Obrony i tyle powinno wam wystarczyć. Pakujecie się. Wieczorem przyleci po was samolot. Polecicie do Hiszpanii, gdzie będziecie osobistą ochroną, oficjalnie zaś ordynansem pułkownika Raula Huffera z DIA. Wiecie, co to jest?

- Wojskowa Agencja Wywiadowcza, pułkownika Huffera nie znam.

- Współpracowaliście z majorem Kurtlandem z północnej grupy CIA. Bardzo was chwali za dobre wyczucie i wyjątkowe zdolności taktyczne w nieznanym terenie. On też jest, to tylko do waszej wiadomości, z DIA i wie, co macie na sumieniu. Mówię wam o tym, bo być może będziecie dalej współpracować. Później. Wiecie więc, o co chodzi w tej robocie, a pułkownik musi mieć osobistego goryla, który jest doświadczonym oficerem w randze sierżanta. Starszego sierżanta.

- Goryla można kupić... przepraszam...

Bruce szybko umilkł pod ostrym spojrzeniem generała.

- Przeszukaliśmy mnóstwo rozmaitych akt, by znaleźć właśnie was. - Wyjął mały notes i zerknął do niego. - Skończyliście archeologię, doktorat z okresu Sumeru, zainteresowania Wschodem i Mezopotamią. Instruktor sztuk walki i dywersji w szkole FBI. Współpracowaliście z Narodowym Centrum Interpretacji Fotograficznej CIA.

- Czy wolno o coś spytać, panie generale?

- Śmiało.

- Na goryla można wziąć każdego, dlaczego ja?

- Pyskaty? O tym też jest w papierach, ale to dobrze. Służbistów potrafiących tylko włazić w dupę mamy na pęczki. Nie chodzi o to, byście byli... - zamilkł na chwilę, ważąc słowa. - Okay, dowiedzielibyście się i tak wszystkiego w samolocie. Co za różnica, kiedy... Ochrona pułkownika to zasłona dymna, choć też nigdy nie wiadomo. Potrzebny mu pomocnik ze znajomością starożytnej archeologii. Poprosił o kogoś, kto zna Sumer, ale też zdradza zainteresowania daleko wykraczające poza sferę, że tak to ujmę, akademickiej nauki. Zaczęliśmy szukać i znalazło się kilku.

Bruce uniósł brwi, ale nie zadał pytania.

- Znalazło się, ale pułkownik po zapoznaniu się z rozmaitymi CV wskazał na was. Coś najwyraźniej w waszym życiorysie dostrzegł i uparł się. Moim zdaniem, ten nokaut generała bardzo mu się spodobał. Mnie też, ale to nie ma nic do rzeczy.

Tak stał się gorylem i wbrew wcześniejszym obawom, bardzo polubił ten stan rzeczy.

Był tak zamyślony, że prawie nie zauważył, kiedy wrócił do willi. Machnął ręką strażnikowi przy bramie, wyjął klucze i otworzył drzwi. Nocna burza połamała gałęzie cyprysów rosnących w ogrodzie. Część leżała na ziemi, inne, połamane, zwisały oparte o konary.

Coś było nie tak. Był na to wyczulony i jeszcze w Iraku przekonał się, że szósty zmysł rzadko go zawodzi. Pułkownik śmiał się nawet z niego, że jest przewrażliwiony i że taka paranoja frontowców powinna być leczona.

Zlustrował uważnie pomieszczenie. Nadal panował tu porządek, pozostawiony wczoraj, ale... Rozglądał się przez kilka chwil, nim zrozumiał. Krzesła stały idealnie równo, choć ani on, ani pułkownik nigdy ich tak nie pozostawiali. Kilka sprzętów też wydawało się przestawionych. Niby drobiazgi, ale naruszające standard. Sięgnął do okna, by je otworzyć i zerknąć na ogród. Nie było zamknięte. To dodatkowo go zaniepokoiło. Pułkownik bardzo pilnował, by na noc wszystko było zawsze pozamykane. Bruce trochę się temu dziwił, ale nie dyskutował z przełożonym.

Postanowił obudzić szefa i zameldować o swoich spostrzeżeniach. W końcu to on zawsze powtarzał, że głównie drobiazgi mówią o dużych sprawach, a teraz nad taką właśnie pracują. Gdy zapoznał Bruce'a ze szczegółami dotyczącymi wykopalisk prowadzonych nad morskim brzegiem, zrozumiał wreszcie sens ostrzeżeń pułkownika.

Wyszedł z kuchni i skierował się na piętro. Zapukał do sypialni. Nikt nie odpowiadał. Ponowił pukanie, a później ostrożnie uchylił drzwi. Pułkownika nie było. Zerknął na łóżko. Nie wyglądało, by ktoś w nim spał. Odetchnął. Pewnie wezwano go na teren wykopalisk, pomyślał. Tak już kilka razy się zdarzyło. Wzruszył ramionami i skierował się do bawialni, gdzie szef zostawiał mu zazwyczaj wiadomość, dokąd wychodzi.

- O, kurwa... - wypsnęło mu się, gdy jego wzrok padł na podłogę. Chwilę trwał w miejscu, przerażony tym, co zobaczył. Odruchowo rozejrzał się, zapamiętując szczegóły.

Pułkownik Raul Huffer leżał obok fotela.

Krew, która wypłynęła z przestrzelonej głowy, zmieszała się z mózgiem, tworząc na dywanie wielką, brunatną kałużę.

6.

Mężczyzna w czarnych okularach mógł być zarówno turystą, jak i znudzonym mieszkańcem Tartui.

Stał oparty o skuter i od niechcenia przeglądał miejscową gazetę. Gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć drobną kropkę na fantazyjnie zawiniętej wokół szyi apaszce, mikroskopijny japoński mikrofon.

Nie odwracając głowy, rzucił do niego krótkie:

- Wszedł.

Ukryty za ciemnymi szkłami obserwował sierżanta Bruce'a, który otworzył drzwi do willi, niosąc kupione pieczywo.

Gdy Amerykanin przekroczył próg domu, mężczyzna ostentacyjnie ziewnął, rzucił na ziemię gazetę, po czym uruchomił skuter, wsiadł na niego i spokojnie odjechał.

7.

Peter odwiedził kilka restauracyjek, ale w żadnej nie było typowego baru. Znalazł go dopiero po godzinie w starej kawiarni tuż przy wydmach i na uboczu miejscowości. Zamówił kawę i godzinę później wysłał naczelnemu mailem materiał wraz ze zdjęciami zapełnionego parkingu.

- Pan dziennikarz... - Kelnerka w spódniczce biodrówce pokazującej pępek stała nad nim. - A wie pan, ja znam jednego dziennikarza. Mówią na niego Rajtan. Pan go zna?

- Trudno go nie znać - odpowiedział z uśmiechem. - Często tu bywa?

- O tak, nawet podszczypuje koleżanki, ale to taki starszy pan i z takim poczuciem humoru, że mu wybaczamy. - Miała ładny uśmiech mimo drobnego feleru przy dolnej wardze. - A o czym pan pisze?

- Tajemnica zawodowa - powiedział teatralnym szeptem i gdy pochylała się, przecierając szmatką stolik, zerknął w głęboki dekolt bluzki, pod którą nie miała stanika. Krył małe, ładne, ale nieopalone piersi. - Chyba dawno nie była pani na plaży?

- Oj tak, my tu nie mamy czasu na to. - Zauważyła jego wzrok i wcale nieskrępowana dalej wycierała stolik.

- Szukam jakiegoś ciekawego materiału. Coś się tu dzieje? Ktoś z kimś sypia, o czym nie wie mąż lub żona? Jakieś tajemnice? Wyłowiony topielec, o którym dziennikarze nie dostali jeszcze cynku? - rzucił kilka standardowych pytań, nie oczekując wcale odpowiedzi. Dziewczyna nie była brzydka i pytał tylko po to, by nawiązać znajomość.

- Nie, chyba nie, ja tam nie wiem, ale niech pan poczeka. - Odeszła w kierunku baru i chwilę rozmawiała z barmanką. Po chwili wróciła. - Szefowa, pani Ewa, mówi, że powinien pan napisać o Dreżewie. To taka mała wioska kilka kilometrów w głąb lądu. Tam jest pałac, w którym straszy. Kilka lat temu zdarzyła się jakaś afera z obsługą, ale ona nie wie, co było dalej. Właśnie z powodu ducha, który dziewczyny wystraszył.

- A ty jak masz na imię? - spytał niespodziewanie, odnotowując, że prawdopodobnie znalazł wskazaną mu przez Rajtana barmankę. Tyle że nie była ruda.

- Ja? Jola, a co?

- Może jak będę wracał, wstąpię na kawę.

- Nie ma sprawy. Dla kolegi Rajtana wszystko.

- Wszystko?

- Ech, pan jak on, tylko o tym - roześmiała się niespeszona i ruszyła do sąsiedniego stolika, przy którym rozsiadła się głośna rodzina z dziećmi.

Podszedł do baru pod pretekstem podziękowania barmance.

Kobieta po czterdziestce, duży biust w przyciasnej bluzce i życie wypisane na twarzy. Wielokrotnie widział to w działających nad morzem sezonowych restauracjach.

- Pani Jola powtórzyła mi, że najlepiej czegoś szukać w Dreżewie. Dzięki za informację - zagadnął, przywołując zawodowy uśmiech faceta, który w zasadzie wie wszystko, ale jeśli pyta, to z grzeczności.

- Tiaaa... - uśmiechnęła się, ukazując drobne zęby. - Ta mała powiedziała mi, że jest pan kumplem Rajtana. To był kiedyś ... - zamyśliła się na chwilę. - Ale wy wszyscy... Niech jedzie tam, ale niech będzie ostrożny. Znajomy mówi, że coś tam śmierdzi.

- Dosłownie?

- No nie, tylko coś się nie zgadza od paru tygodni. Ktoś myszkuje, ale kto, to miejscowi może wiedzą, a może nie. Po prawdzie, to wielu ich nie ma. Starzy przyzwyczaili się nic nie wiedzieć, taka scheda po dawnych czasach.

Przerwała, aby nalać zamówione przez kelnerkę drinki.

- Młodzi na turnusach nad morzem albo na saksach, ale jest ktoś, tylko niech się powoła na mnie - używała dziwnej składni. - Stary Zyga, ma kuźnię, co to ją przysposobił, jak przestał pływać. Dostarcza mi alkohol na wieczorne imprezy.

Zapłacił, ale już w drzwiach coś mu przyszło do głowy i zawrócił. Znajoma Rajtana? - nie dawało mu to spokoju. Jej monolog przypomniał mu tekst dziennikarza sprzed kilku lat o kobiecie, która wdała się w romans z miejscowym księdzem. Sprawa ujrzała światło dzienne tylko dlatego, że flirt zdenerwował zazdrosną o względy księdza gospodynię. Skandal zatuszowano, kobieta dostała w ekwiwalencie kawiarnię należącą do plebanii, a Rajtan napisał zgrabny reportaż bez umiejscawiania akcji.

A swoją drogą, stary dziennikarz cieszył się na Wybrzeżu i w środowisku mediów opinią faceta, który mimo wieku nie potrafi spokojnie przejść obok ładnej kobiety. Drwili nawet, że nie przepuści niczemu, co się rusza, oprócz tramwaju. Peter był ciekaw, czy Rajtan tę barmankę też zaliczył.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji