Rozdział 3
Monika w zamyśleniu patrzyła na uwijających się w pocie czoła techników. Fascynowała ją ich praca. Niewiele jest zawodów, które wymagają takiego skupienia, dbałości o każdy szczegół i drobiazgowości. Ich mrówczy trud i zaangażowanie, często lekceważone przez innych funkcjonariuszy, niejednokrotnie przyczyniły się do rozwikłania spraw. Policjantka miała nadzieję, że i tym razem uda im się znaleźć coś, co pozwoli schwytać mordercę.
- Jak wam się układa po tamtym? - zapytała Aldona Kunicka, wybijając ją z zamyślenia.
Po słynnej na całą Polskę sprawie mordercy, którego opinia publiczna nazwała "Ręce Boga", pracowało się im całkiem dobrze. Pierwszego dnia po powrocie z przymusowego urlopu, na który komendant wysłał Ariela, obawiała się jego reakcji. W końcu to ona powiadomiła przełożonych o planowanej przez podkomisarza akcji. Gdyby nie jej nadgorliwość i strach o partnera, być może byliby w stanie schwytać mordercę. Niestety kolejne radiowozy na sygnale spłoszyły zwyrodnialca, który pozostawał nieuchwytny do tej pory. Na szczęście Janicki szybko o wszystkim zapomniał i zamiast obwiniać ją o nieudaną akcję, dziękował, że pomogła mu odnaleźć córkę, którą ten zwyrol przetrzymywał.
- Dobrze - odpowiedziała zdawkowo.
- Na pewno? - dopytywała.
- Tak, nie mam na co narzekać.
Monika poczuła na sobie przenikliwy wzrok prokuratorki. Postanowiła nie być jej dłużna. Zamiast odwrócić głowę, wpatrywała się w jej oczy. Nie czuła skrępowania przy tak urodziwej kobiecie. Dawno temu się nauczyła, że wszystkie są takie same i nawet zatwardziałe heteroseksualistki potrafią dostrzec piękno w innej kobiecie. Symetryczna twarz, kształtne piersi, figura czy włosy działały na nie tak samo jak na mężczyzn. Prawda była taka, że nie stroiły się dla facetów, tylko dla innych kobiet.
- Pytam, bo Ariel to trudny typ. - Aldona uciekła wzrokiem na wychodzącego z pomieszczenia technika.
- Wiem, ale zna się na robocie. Poza tym odnoszę wrażenie, że mam na niego dobry wpływ. - Mówiąc to, policjantka miała na myśli skłonność do procentów swojego partnera. Na początku ich współpracy kilkukrotnie wyczuła od niego woń przetrawionego albo dopiero co wypitego alkoholu. Ostatnio miała wrażenie, że Janicki nie dość, że nie roznosił specyficznego zapachu, to jeszcze wyglądał lepiej. Nie przyjeżdżał do firmy skacowany, miał zdrowszą cerę, wydawał się szczęśliwy, o ile w ogóle można tak o nim powiedzieć.
- To dobrze. Wiedz, że jeśli coś będzie się działo, zawsze możesz ze mną porozmawiać.
- Znaczy się przyjść na skargę?
- Możesz to nazywać, jak chcesz. Ja pragnę ci tylko powiedzieć, że świat, w który wchodzisz, to brutalne miejsce, które nie znosi kompromisów. Poza tym idzie nowe, nikt nie może być pewny swojego miejsca - wyjaśniła prokuratorka.
- Dzięki za troskę, ale poradzę sobie. - Monika uśmiechnęła się półgębkiem.
- Pamiętaj, że moje drzwi zawsze stoją dla ciebie otworem.
- Będę pamiętać. Dzięki - powiedziała policjantka, po czym zgodnie z poleceniem Ariela ruszyła szukać kogoś odpowiedzialnego za monitoring obiektu.
Kiedy szła w kierunku pomieszczeń stadionowych, poczuła dopadającą ją falę zimna. Ciepło, które zabrała ze sobą z mieszkania kochanki, uleciało całkowicie. Przenikliwy wiatr wdzierał się pod krótką kurtkę. Koszulka, wciąż wilgotna od potu, zamiast chronić przed zimnem, tylko potęgowała chłód.
Po tym, jak dostała telefon od dyżurnego, wzięła taksówkę. Nie chciała, żeby Ariel dowiedział się, gdzie jest. Nie potrzebowała jego głupkowatych docinków czy uśmieszków pełnych niedopowiedzeń. Lubiła tego faceta, ale czasami jego poczucie humoru ją drażniło, a nawet irytowało. Ona zawsze wolała ugryźć się w język, przemilczeć coś, on wręcz przeciwnie. Na wszystko miał ripostę, z wszystkiego potrafił zażartować. Różnili się od siebie, ale to wychodziło im na dobre. Byli jak dwa przeciwstawne bieguny magnesu, plus i minus, które razem są w stanie zdziałać więcej niż osobno.
Weszła do środka, gdzie zobaczyła komendanta, nadinspektora Janusza Okuckiego, rozmawiającego z Szerszeniem. Nie miała ochoty na pogawędkę z szefem, dlatego postanowiła się wymknąć. Ukradkiem weszła na schody prowadzące na pierwszy poziom trybun, kiedy doszedł do niej głos przełożonego.
- A Janicki gdzie? - zapytał komendant, głośno dysząc. Najwyraźniej ludziom z nadwagą ciężko było nie tylko latem, kiedy sapali od upałów, ale też zimą.
- Poszedł rozpytać faceta, który znalazł ciało - odpowiedziała.
- A ty gdzie idziesz?
- Zabezpieczyć monitoring.
- Aldonka jest już na obiekcie? - dopytywał.
- Tam. - Wskazała drogę do prokuratorki.
Komendant skinął jej głową i wyszedł na zewnątrz. Monika poczekała chwilę, aż zniknie za rogiem, po czym zeszła ze schodów i ruszyła w stronę posterunkowego. Ten dał jej wskazówki, jak dojść do stróżówki ochrony.
Na miejsce dotarła bez najmniejszych problemów. Szerszeń opisał jej drogę na tyle jasno, że pomimo stadionowego labiryntu nie zabłądziła. Zastanawiała się, czy posterunkowy, tak jak jej partner, był fanem piłki nożnej i to miejsce nie miało przed nim żadnych tajemnic, czy po prostu miał dobrą pamięć do mapy, którą zapewne musiał przestudiować.
W niewielkiej klitce oddzielonej wysokimi szybami siedział starszy mężczyzna. Mógł mieć około sześćdziesięciu kilku lat. Był lekko otyły, miał charakterystyczny czarny, modnie zawinięty wąs.
Chwyciła za klamkę i weszła do środka.
- Dzień dobry, sierżant Monika Dydek z Komendy Miejskiej Policji w Białymstoku, mogę zająć chwilę?
- A i owszem, he, he. - Mężczyzna zaśmiał się rubasznie. - Jak mógłbym odmówić tak pięknej kobiecie?
- Mógłby pan, ale wtedy spotkalibyśmy się na komendzie - powiedziała beznamiętnym do granic możliwości tonem.
- Skoro pani sierżant zaprasza, to ja może... he, he... dałbym się skusić na takie spotkanie w cztery oczy, he, he, niekoniecznie na komendzie. - Puścił do niej oczko. - Jeśli wie pani, co mam na myśli.
- Nie wchodzę w prywatne relacje ze świadkami - rzuciła oschle - i jeśli to już mamy wyjaśnione, to proszę zabezpieczyć monitoring z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, i to już!
- Pani tak się nie denerwuje, he, he. Zaraz zadzwonię do szefa i zapytam, czy mogę.
- Proszę pana! - Wzrokiem starała się przewiercić mężczyznę na wylot. - Tu zabito człowieka. Na dole jest prokuratorka i komendant Komendy Miejskiej. Naprawdę pan myśli, że szef nie udostępni nam nagrań?
- Dobrze już, dobrze. Taka ładna, a taka nerwowa. - Cmoknął głośno, otworzył szufladę biurka i wyciągnął pamięć przenośną z logo zarządcy stadionu. - Już to zrobiłem, he, he. Myślałem, że porozmawiamy trochę dłużej.
Monika sięgnęła po pendrive'a i kątem oka spojrzała na monitor. Na jednym z małych kwadracików, na które podzielony był ekran, dostrzegła Ariela z rękoma uniesionymi w geście poddania i mężczyznę, który wymachiwał przed nim jakimś przedmiotem. Nie zastanawiając się długo, złapała za pamięć i wybiegła.
***
Janicki wszedł do ciepłego i przestronnego holu prowadzącego do poszczególnych trybun, rozejrzał się i zdjął czapkę. Stadion, na którym jego niegdyś ukochana drużyna rozgrywała domowe mecze, przeszedł ogromną metamorfozę. Od obiektu z lichymi drewnianymi siedzeniami na Jurowieckiej, przez stadion Hetmana Białystok, po nowoczesny, spełniający normy UEFA, ogromny moloch.
Lata temu, kiedy jako młody i zafascynowany ruchami kibicowskimi chłopak, uczestniczył w jednej z ustawek, zginął jego brat, a on ranny trafił do szpitala. Ta tragedia odcisnęła piętno na nim i całej jego rodzinie. Rodzice, nie mogąc pogodzić się z pustką, jaka wypełniła ich serca po utracie dziecka, zapełniali ją wódką. On obiecał sobie wendetę. Z kolegami szukał osoby odpowiedzialnej za tragedię, jednak kiedy ją odnalazł, pragnienie zemsty przestało być najważniejsze. Postanowił się zmienić. Zostawił za sobą przeszłość i wstąpił w szeregi policji, co oczywiście nie spodobało się jego byłym kolegom. Stał się persona non grata w środowisku. Do dzisiaj utrzymywał kontakt jedynie z Bladym, wysoko postawionym w hierarchii kibicem, który za nic miał odgórne ustalenia. Niestety pomimo jego buńczucznej natury, ich przyjaźń nie mogła ujrzeć światła dziennego. Policjant i kibol - to nie mogło wyjść na jaw.
Podkomisarz postanowił rozejrzeć się po obiekcie. Wiedział, że pan Mieczysław musiał kręcić się gdzieś w okolicach biur, sklepów, skyboxów lub kas. Jeśli zabójstwo miało motyw rabunkowy, to były jedyne miejsca, w których mógłby coś znaleźć.
Wszedł po schodach na pierwszy poziom trybun i podszedł do przeszklonej ściany oddzielającej je od płyty boiska. Było cicho i spokojnie. Gdyby nie szalejący za oknem wiatr, w środku panowałaby niczym niezmącona cisza. Zielona na co dzień trawa dziś przykryta była grubą warstwą szronu. Żółto-czerwone rzędy krzeseł przypominały teraz surowy syberyjski krajobraz, gdzie każde, nawet najdrobniejsze kolorystyczne odstępstwo od normy, momentalnie skuwane było lodem. Monochromatyczny obraz zawładnął kolorową do tej pory przestrzenią.
Pod skórą czuł, że nie należy już do tego miejsca. Był na tym terenie obcy, jednak gdzieś w głębi serca tęsknił. Zaczęło brakować mu dawnej, twardej rzeczywistości, kontrolowanej i zdominowanej przez argument siły. Dobrze się tam odnajdował, nigdy nie odpuszczał, nie chował głowy w piach, zawsze parł do przodu z wysoko uniesionym czołem.
- "Żółta Jotka w czerwieni się mieni..." - zaśpiewał pod nosem jedną z kibicowskich przyśpiewek.
To miejsce nie mogło być ciche. Cisza stała w sprzeczności z ideałami, które były tu przekazywane. Hart ducha, nieustępliwość, walka, wola zwycięstwa - to wszystko doprawione nieokiełznaną agresją, przesiąkniętą testosteronem, siłą i brutalnością. W tym miejscu nie było mowy o spokoju.
- Na dole jest policja - usłyszał za plecami głos starszego mężczyzny. - Bez numerów, kiurwa, bo pierdolnę pałką w łeb i zawołam pomoc - powiedział trochę bardziej hardo.
Ariel w milczeniu się odwrócił. Zobaczył dobrze zbudowanego jak na swój wiek mężczyznę. Wbrew temu, co się utarło, ochroniarz nie miał piwnego brzucha, nie kulał, nie wyglądał na inwalidę ani osobę upośledzoną. W grubej kurtce i bojówkach, z rozłożonymi na bok rękami bardziej przypominał komandosa niż ciecia.
Mężczyzna zrobił zdecydowany krok w jego stronę. Z pasa wyszarpnął pojemnik z gazem pieprzowym, a zaraz potem z kabury dobył pałkę teleskopową. Jednym zdecydowanym ruchem rozłożył broń, na co Janicki zareagował uniesieniem rąk.
- Benek! - krzyknął na całe gardło. - Benek, dawaj tu, kiurwa, bo intruza mamy!
- Pan się uspokoi. Policja. - Podkomisarz opuścił rękę i powoli starał się wyciągnąć legitymację służbową.
- Gdzie, kiurwa! - Ochroniarz wycelował pałkę w jego kierunku. - Łapy do góry, bo wpierdol! Benek, kiurwa, stawia się, dawaj no tu szybko! - Kolejny raz krzyknął w przestrzeń za sobą.
- Legitymację chciałem pokazać - tłumaczył Ariel.
- Nie ze mną te numery, kiurwa. Pies, co to piosenki kibolskie śpiewa, tak? Łapy! - Machnął pałką tuż przed Janickim.
- Mogę to udowodnić.
- Ta - parsknął śmiechem. - Ciekawe jak.
- Wystarczy, że pozwoli mi pan wyciągnąć legitymację - tłumaczył cierpliwie.
- Myślisz, że ja głupi jestem, młody? Pewnie broń jakąś tam trzymasz. Mnie też chcesz zajebać jak tego na dole? Łapy, kiurwa! - Machnął nerwowo pałką.
Ariel nabrał głęboko powietrza i uniósł ręce wyżej. Czuł, jak podkoszulka wychodzi mu ze spodni. Przewrócił oczami na samą myśl o przedzieraniu się przez kolejne warstwy ubrań tylko po to, żeby wsadzić to, co wypadło. Wiedział, że tę walkę przegra. Zawsze w takiej sytuacji robił więcej szkód niż pożytku. A to wciśnie coś nierówno, przez co zagięcie przez cały dzień będzie go męczyło, albo zaciągnie nogawkę bokserek, zamieniając je w stringi.
Zastanawiał się, czy obezwładnić mężczyznę. Owszem, ten miał broń, ale nie spodziewał się ataku. Szybki zwód w prawo zdezorientowałby staruszka. Biorąc pod uwagę jego roztrzęsienie i fakt, że wzywał zmarłego kolegę, na pewno dałby się na to nabrać. Ochroniarz zrobiłby zamach, co on skrzętnie by wykorzystał. Dopadłby go z drugiej strony, zadał mocny cios w wątrobę, który na chwilę ostudziłby zapędy dziarskiego mężczyzny. Jednym zdecydowanym ruchem wytrąciłby mu pałkę, wyrwał gaz, przewrócił i byłoby po zawodach. Jasne, mógłby tak zrobić, ale nie miał ochoty na walkę. Nie dziś, nie z takim przeciwnikiem.
- Benek, kiurwa, dawaj tu! - krzyknął.
- Pan Bernard panu nie pomoże. W tej chwili moi koledzy zaglądają w każdy otwór jego ciała, sprawdzając, czy morderca czegoś przypadkiem tam nie zostawił. - Starał się brzmieć do bólu spokojnie, chociaż tak naprawdę tracił cierpliwość do tego człowieka. Obawiał się, że gość nie wytrzyma ciśnienia i w końcu zamachnie się na niego. Nie chciał brudzić staruszkowi w papierach, szczególnie jeśli by go trafił. Napaść na funkcjonariusza to przestępstwo, za które mógłby pierdzieć na Kopernika. - Pan, panie Mieczysławie, znalazł go tam na dole, prawda?
Mężczyzna wpatrywał się w niego badawczo.
- Mówiłem, że jestem policjantem. Jeśli pan pozwoli, powoli wyjmę legitymację i pokażę.
- Nie tą ręką! - Wycelował pałką w prawą dłoń Janickiego. - Drugą.
- Dobrze. - Ariel sięgnął lewą ręką do lewej kieszeni spodni. Facet mu zaimponował. Pomimo stresu był w stanie zachować zimną krew.
- Podkomisarz Ariel Janicki? - Mężczyzna zmrużył oczy i czytał to, co było napisane na wystawionym w jego kierunku kawałku poliwęglanu.
- Mogę już opuścić ręce?
- Tak. Przepraszam. - Mieczysław uderzył czubkiem pałki o betonową podłogę, złożył ją i wpiął w kaburę. - Wie pan, panie komisarzu...
- Podkomisarzu. - Poprawił go.
- No tak, podkomisarzu. Chodzi o to, że tu zawsze spokój jest. Nikt nie chodzi, nie przeszkadza w pracy, a dzisiaj... - Pokręcił głową. - Taka tragedia. Ech.
Janicki schował legitymację i zawczasu wsunął rękę pod kurtkę. O dziwo, koszulka nie wyszła całkowicie, przez co z łatwością był w stanie wcisnąć ją głębiej.
- Dobrze znaliście się z Bernardem?
- Jak to z kolegą z pracy. Zdarzało się, że razem na zmianie byliśmy, to gadaliśmy, żeby czas zabić.
- Zwierzał się panu? Może miał jakieś problemy, ktoś mu groził, bał się kogoś? - dopytywał policjant.
- A gdzieżby tam, kiurwa. To spokojna chłopina była. Sam jak ten palec na tym świecie żył. Rodzina gdzieś w Polsce, tylko bratanka miał, ale on to młody, student, nie miał czasu dla stryjka, ale nie ma co się młodemu dziwić. Wie pan, my już inne pokolenie. Ja to na przykład tych telefonów to nie rozumiem. Odebrać, kiurwa, odbiorę, ale żeby SMS-y wysyłać, e-maila czy internety oglądać, to gdzieżby tam.
- A ten bratanek... to gdzie go znajdę?
- Na politechnice studiuje. Pokój ma w akademiku. Nazwisko takie samo, łatwo będzie znaleźć, ale imienia ni chryna nie pamiętam.
Janicki rozluźnił spięte do tej pory mięśnie pleców i dopiero teraz poczuł, że wcześniej dłonią zawinął bokserki. Chwycił przez nogawkę za kawałek materiału i pociągnął, wyrywając przy tym kilka włosów na udach. Skrzywił się, a do oczu napłynęły mu łzy.
- Zginęło coś? - zadał kolejne pytanie, ignorując dyskomfort.
- No właśnie nic. Została mi już tylko pakamera kibiców.
- Pakamera kibiców? - zapytał zdziwiony.
- A tak. Ultrasi mają tu takie pomieszczenie, gdzie trzymają te wszystkie flagi, sektorówki czy inne chorągwie. O tam. - Palcem wskazał na wąski, ciemny korytarz po lewej. - Chcesz pan, to razem możemy pójść.
- Jasne - odpowiedział.
Mężczyźni weszli do kolejnego pomieszczenia. Czujka ruchu wydała charakterystyczne pyknięcie i automatyczne światło rozjaśniło przestrzeń, ukazując szpaler z koszulek zasłużonych piłkarzy.
- Oczy się komisarzowi bardziej zaświeciły niż te lampy. - Ochroniarz się zaśmiał.
Janicki w pierwszym odruchu chciał go poprawić, jednak widok, jaki się przed nim rozciągał, odebrał mu zdolność mówienia. Patrzył na oprawione w antyramy koszulki ludzi, którzy kiedyś byli dla niego półbogami. Każda z nich opatrzona była autografem i komentarzem, w którym meczu piłkarz miał ją na sobie. Jego uwagę przykuł pierwszy, lekko wypłowiały uniform piłkarski. Zbliżył się do niego i wpatrywał, nie wierząc we własne szczęście.
- Nasz pierwszy reprezentant, Jacek Bajer. Panie, ale to był kot. Jakie on brameczki strzelał. Teraz to już nie ma takich piłkarzy. Nie sport im w głowie, a wyżelowane fryzury, drogie zegarki, sportowe fury. W reprezentacji grać to jak za karę, kiurwa, a kiedyś uuu... - Zmarszczył czoło. - Kiedyś, proszę pana, to był zaszczyt wyjść z orzełkiem na piersi, zaśpiewać hymn przed tysiącami kibiców. To było marzenie każdego młodego chłopaka. A dzisiaj, daj pan, kiurwa, spokój. - Machnął ręką zrezygnowany. - Kluby płacą im takie pieniądze, że dla kraju grać im się nie chce. Boją się, wie pan, że kontuzje złapią, z klubu wylecą i kurek z fortuną zostanie przykręcony.
- Święte słowa.
- A tam Frankowskiego koszulka wisi. - Pokazał w głąb korytarza. - Wie pan, jaka to miła osoba jest? Kiedyś przyszedł tu, porozmawiał, pożartował jak normalny człowiek, żadnego gwiazdorzenia.
Ariel pokiwał mu głową i ruszył w kierunku koszulki najbardziej rozpoznawalnego wychowanka klubu. Przyglądał się żółto-czerwonej pasiastej koszulce z czarnym autografem piłkarza. Poczuł coś na kształt dumy. Cieszył się, że tak znakomita postać reprezentowała jego miasto i klub. Naszła go myśl, że może niepotrzebnie oddalił się od sportu. W końcu to nie piłka nożna sama w sobie, a środowisko kibicowskie postawiło na nim krzyżyk. Może wiosną zabiorę Lenę na mecz, przeszło mu przez myśl. Przecież czasy burd i bijatyk minęły już bezpowrotnie, a na stadionach są specjalne sektory dla rodzin z dziećmi.
Jego rozważania przerwał dźwięk rozsuwanych drzwi i zdecydowany głos jego partnerki.
- Wszystko w porządku? - rzuciła, wbiegając do pomieszczenia.
- Tak. Co ty taka zdyszana?
- Widziałam na monitoringu, że...
- A, to. - Janicki machnął ręką. - To nic takiego. Pan Mieczysław pokazywał mi swoją taktykę walki batonem.
Monika spojrzała najpierw na niego, później na ochroniarza. Nie wyglądali, jakby przed chwilą wybuchł między nimi jakiś konflikt. Być może źle zinterpretowała to, co widziała. Poczuła, jak powoli oblewa się rumieńcem. Postanowiła jak najszybciej odwrócić od siebie uwagę mężczyzn.
- No to widzę, świetnie się tu bawicie - skomentowała.
- No. Przydałby się jeszcze szampan albo coś mocniejszego, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? - Ariel zerknął na ochroniarza.
- Alkohol jest kategorycznie zabroniony na służbie - przyznał starszy mężczyzna.
- Panie Mieciu. - Janicki pokręcił zrezygnowany głową. - Ja to myślałem, że pan by się w policji odnalazł. Mało jest tak psychicznie odpornych ludzi. Znajduje pan martwego kumpla, dzwoni po służby, dokonuje rozpoznania. Postawa godna podziwu, ale zakaz spożywania alkoholu na służbie i to w dodatku kategoryczny? Zawiodłem się na panu.
Mężczyzna zaniemówił. Otworzył szeroko oczy, opuścił lekko żuchwę i wpatrywał się z miną nieskalaną myślą w policjanta. Monika tylko przewróciła oczami.
- No nic, sprawdźmy tę pakamerę - rzucił podkomisarz po chwili milczenia.
Ochroniarz jak wybudzony ze snu szybko zamrugał oczami, pokręcił głową i wyciągnął pęk kluczy. Podszedł do białych drzwi, wsunął jeden z kluczy i pchnął skrzydło do środka.
W ich nozdrza uderzył ostry, chemiczny zapach. Nie był to jednak taki sam swąd, jak ten z pomieszczenia, w którym znaleziono Bernarda. Tu śmierdziało rozpuszczalnikami, lakierami i farbą. Zapach, a zwłaszcza jego stężenie, bardziej przywodził na myśl lakiernię samochodową niż schowek na klubowe artefakty.
- Co tu tak jedzie? - zapytał ochroniarz i zapalił światło.
Szaro-pomarańczowe pomieszczenie wymazane było zieloną farbą w sprayu. Ściany, podłoga i zalegające na półkach płachty materiału pokryte były bezsensownymi wzorami, jakby do puszki sprayu dorwał się średnio uzdolniony przedszkolak.
- Flagi zajebał! - Ochroniarz wskazał drżącą ręką na pustą półkę. - Tam były flagi z herbem Jagiellonii.
Janicki oparł rękę na ramieniu mężczyzny i pociągnął go do wyjścia.
- Niech niczego pan nie dotyka! - rozkazał. - Monika, zostań tu i pilnuj, żeby nikomu nie przyszło do głowy włazić do środka. My pójdziemy na dół do Eli.
- Ja mogę pomóc pani Monice - zaproponował Mieczysław.
- Pan będzie mi potrzebny na dole. Dla pana mam specjalne zadanie.
Mężczyzna skinął mu głową na zgodę i ruszyli.
Kiedy znaleźli się na parkingu, wiatr lekko ucichł, przez co temperatura stała się odrobinę mniej mordercza. Przed pomieszczeniem, w którym znajdował się denat, nie było już prokuratorki. W środku cały czas krzątało się kilku techników. Ich pracę nadzorowała Elżbieta Terlicka, która zobaczywszy Ariela, rzuciła oschle:
- Daj nam jeszcze kilka minut.
Podkomisarz skinął jej głową, po czym dodał:
- Słuchaj, tam na górze jest kolejne pomieszczenie, które trzeba będzie prześwietlić. Wyślij któregoś ze swoich ludzi.
- Kolejne ciało?
- Nie tym razem. Nasz człowiek skroił klub z flag i postanowił odnowić wnętrze pomieszczenia.
- Artur! - krzyknęła szefowa techników.
Ze środka wyszedł wysoki mężczyzna w białym kombinezonie, z ogromnymi goglami ochronnymi i kapturem naciągniętym na głowę.
- Weź sprzęt i zacznij robotę w kolejnym pomieszczeniu - wydała polecenie.
Technik nabrał głęboko powietrza i już chciał coś powiedzieć, kiedy w słowo wszedł mu Janicki:
- Wcześniej odepnij panu Mieczysławowi batona. - Wskazał na przypiętą do paska pałkę teleskopową. - I dodaj do dowodów.
- Co też pan! - obruszył się ochroniarz.
- Panie Mieciu, pan wie, że wy nie możecie używać takiego sprzętu. Zabierzemy to od pana, coby pan krzywdy sobie albo komuś nie zrobił, sprawdzimy, czy aby krwi jakiejś nie ma. Jak wszystko będzie okej, zwrócimy.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Artur! - Janicki spojrzał na przyglądającego się im technika. - Co tak stoisz jak słup soli? Leć po wora na dowody!