Rozdział I. Dom
Rozdział I
Dom
Proszę mi powiedzieć, jak wyglądał pana dom rodzinny?
Fajnie. Jak na tamte czasy - normalnie, tak mi się wydaje. To znaczy
ojca przeważnie nie było, bo siedział w szpitalu, mamy często też, a ja
chodziłem z kluczem na szyi. Wówczas mnóstwo domów tak wyglądało. Dziś,
jak dziecku zdarzy się wypadek, to zazwyczaj rodziców chcą wsadzić do
więzienia, bo zaniedbali dziecko. To moim zdaniem paranoja, bo nikt nie
jest w stanie być dwadzieścia cztery godziny przy dzieciaku, który się
już samodzielnie porusza. Wielu moich rówieśników się wychowało z kluczem na szyi, łaziliśmy samopas i nic się złego nie działo, nikt się
o nas nie bał, nikt się nie dziwił, że takie bachory z pierwszych klas
podstawówki chodziły same. Świat był inny. Ja mojego ośmiolatka bałbym
się gdziekolwiek puścić samego.
Nasi rodzice - mam starszą siostrę - nie mieli czasu, żeby za nami
biegać, ale patrząc wstecz, wydaje mi się, że znaleźli go wystarczająco
wiele, żeby mi przekazać najważniejsze rzeczy. I to się nazywa
wychowanie. Jak rozmawialiśmy, oni umieli dobrać formę przekazu do
naszego poziomu rozwoju. Często dziennikarze pytali mnie i siostrę, czy
czujemy się pokrzywdzeni przez to, że ojca tak często nie było w domu.
Nie, nie czujemy się pokrzywdzeni, nie mamy żadnego żalu. Przeciwnie,
jesteśmy wdzięczni za to, że i on, i mama byli dla nas wzorem.
Rodzice dawali nam spokój, mogliśmy robić wszystko, co tylko chcieliśmy.
Choć oczywiście w jakimś stopniu nas kontrolowali, wyznaczali granice,
których nie przekraczaliśmy. Bo po co? Jeśli mamy tyle wolności, jeżeli
nam tak ufają, to będziemy bardzo się starać, żeby ich nie zawieść. To
się sprawdziło w moim dzieciństwie, w mojej młodości - to zaufanie,
jakie mi dano. Moi rodzice z ogromnym spokojem i tolerancją znosili
typowy dla młodych ludzi okres kompletnej głupoty. Jak człowiek ma
naście lat, to jest durny. I ja byłem właśnie takim durniem. Oni to
przeczekali. Pozwalali mi na wszystko, czekali, aż się ogarnę. Czasem
tylko zwracali uwagę na możliwe zagrożenia płynące z pomysłów, które
przychodziły mi do głowy. Ufali mi. Wyrażali również opinie na temat
zachowania, ale przede wszystkim dali mi przykład. Nie trzeba
przeprowadzać wielkich rozmów, mówić: "Mój synu, ty musisz postępować
tak i tak". Jestem wdzięczny za to rodzicom, sam jako ojciec starałem
się ich naśladować i teraz mam z trójką swoich dzieci bardzo dobre
relacje, takie koleżeńskie.
Obawiam się, że dla czytelników nasza rozmowa będzie rozczarowaniem. Bo
może wyobrażali sobie, że rodzina wielkiego profesora Religi musi być
nadzwyczajna, jak z kolorowych czasopism lub filmów familijnych. A ona
była najzupełniej zwyczajna. W dodatku nie było pomiędzy nami jakiegoś
wylewnego okazywania uczuć, takiego tiu, tiu, tiu. Dla mnie
najważniejsze jest jednak to, że wszyscy się lubili i szanowali, dbali o siebie. Nie zawracali sobie dupy nawzajem, w dorosłym życiu nie
prześladowali się pięcioma telefonami w ciągu dnia: "A co tam u ciebie?". Ja też nie zadręczam swoich dorosłych dzieci, a mimo to
jesteśmy w bardzo bliskim kontakcie. Moja mama jest już w pewnym wieku,
schorowana, mieszka sama, i choć wciąż sobie świetnie radzi, dzwonię do
niej częściej niż kiedyś. Dwa, trzy razy w tygodniu z pytaniem, czy
czegoś nie potrzebuje. Jak do niej wpadam, to też nie ma żadnego tiu,
tiu, tylko gadamy o tym, co słychać, komentujemy, co się wydarzyło na
świecie. Ona wie z reguły więcej niż ja, bo trochę z nudów ma włączony
telewizor i coś tam chcąc nie chcąc usłyszy. Ja nie oglądam telewizji,
wiadomości o świecie czerpię z Twittera, nie otwieram żadnych portali
informacyjnych, bo nie jestem w stanie znieść tego wszechobecnego
bełkotu. Więc po pracy uciekam na działkę, na pole golfowe, na
strzelnicę. I do domu, do moich bliskich. Tak samo jak robił to mój
ojciec. Żeby odpocząć, wyluzować się, odzyskać kontakt z rzeczywistością.
Proszę opowiedzieć o mamie.
Mama skończyła medycynę, ale nigdy nie zrobiła stażu, czyli nie ma
formalnych uprawnień lekarza. Twierdziła, że nie lubi tego zawodu i została pracownikiem naukowym na fizjologii na Akademii Medycznej. Całe
życie tam pracowała, a doktorat zrobiła wcześniej niż mój ojciec.
Prowadziła zajęcia ze studentami z fizjologii, a w pracy naukowej
zajmowała się receptorami komórkowymi. Mieszkaliśmy sobie w Warszawie, a potem tata wyjechał na Śląsk, do Zabrza, to było bodaj w 1984 roku, a ja
z mamą i z siostrą zostaliśmy. Szczerze mówiąc, niewiele się zmieniło,
bo jak ojciec mieszkał w Warszawie, to też go nie było w domu. On nie
wychodził ze szpitala. Dlatego dla mnie jest to absolutnie naturalny
stan, mam tak samo jak on.
Jak ojciec był w Zabrzu, to się widywaliście w weekendy?
Przeważnie tak.
I co robiliście?
Różnie, jak to w rodzinie, w której są nastolatki, jakim ja już wtedy
byłem. W tym wieku nie spędza się czasu z rodzicami, tylko ze znajomymi.
Z rodzicami się widzi przez chwilę, wymieni pięć zdań i koniec. Dopiero
potem, jak się jest dorosłym, człowiek uświadamia sobie, jak bardzo
ważne były te zdania. Ja z ojcem długie, poważne dysputy zacząłem toczyć
dużo później, kiedy już byłem dojrzałym człowiekiem. Natomiast z dzieciństwa mam bardzo fajne wspomnienia, zwłaszcza dotyczące dwóch,
niesamowitych jak na tamte czasy, wydarzeń. Ponieważ oboje rodzice byli
w Stanach na stażach, pracowali tam i przywieźli jakieś na polskie
warunki całkiem niezłe pieniądze, postanowili je wydać na superwakacje.
Za pierwszym razem pojechaliśmy do Hiszpanii pod namiot, samochodem, na
cały miesiąc. A następnego lata razem do Grecji. Wtedy mogliśmy pobyć z rodzicami dwadzieścia cztery godziny na dobę. Było bardzo fajnie.
Natomiast na co dzień nie było na to czasu. Kiedy ojciec był na Śląsku,
z mamą też się nie bardzo widywałem. Jak wychodziłem do szkoły, ona
jeszcze spała, bo później szła do pracy, ale wracała o dwudziestej
drugiej, dwudziestej trzeciej w nocy, gdyż oprócz pracy dydaktycznej ze
studentami prowadziła eksperymenty. Czasem eksperyment się przedłużał,
to tak jak z operacją.
Czasy, kiedy ojciec pracował w Zabrzu, z punktu widzenia medycyny, a na
pewno kardiochirurgii, były wspaniałe, ale dla niego również potwornie
ciężkie. Zapłacił za to wszystko zdrowiem. Kiedy przyjeżdżał do domu, to
z reguły z jakimiś problemami, o których albo nie gadał z nikim, a jeżeli już, to z mamą. Więc nie było między nim a mną takiej relacji,
jak się ogląda w filmach familijnych. Nie miał na to czasu ani głowy.
Oczywiście pytał, co u mnie, to nie było takie pytanie na odwal się,
naprawdę się mną i siostrą interesował. Te nasze relacje były chyba
zwykłe, dobre. Nie umiem i nie lubię na ten temat gadać, bo nie spełniam
oczekiwań publiczności. Nie mam wspomnień z długich rodzinnych wieczorów
przy kominku... Za to chodziliśmy razem na ryby. W pewnym sensie ja go w to wkręciłem. Bo najpierw razem z moim dziadkiem, a jego ojcem,
jeździliśmy podczas wakacji na działkę nad Bug, siedzieliśmy tam dwa
tygodnie, dziadek łowił amatorsko, to ja też łowiłem i się od niego
uczyłem co i jak. A potem pojechaliśmy tam razem z rodzicami, poszliśmy
z tatą nad rzekę z wędkami i on tego bakcyla połknął zdecydowanie
bardziej niż ja. Choć do dziś od czasu do czasu, jak mam okazję, to z przyjemnością sobie połowię. Ale nie mam takiego kota jak ojciec. On od
pewnego momentu życia każdą wolną chwilę spędzał na rybach.
Siostra Małgorzata jest starsza od pana o cztery lata, może to ona
opiekowała się młodszym bratem?
Nie mam takiego poczucia, żeby się mną opiekowała, zdarzały się między
nami kłótnie, ale raczej się dogadywaliśmy i nasze relacje zawsze były i są dobre. Przy czym trudno było na niej coś wymóc, jeśli uważała, że ma
rację, a zwykle ją miała, bo jest dużo mądrzejsza ode mnie. Poza tym
Małgośka w przeciwieństwie do mnie ma świetny słuch i ogromny talent do
języków. Jest sinologiem, ale dla niej żaden obcy język nie stanowi
problemu. Jeśli ma jakiś najmniejszy kontakt z nowym językiem, to za
chwilę zaczyna się w nim poruszać. Dla niej to wszystko się składa w jakąś całość, a dla mnie każdy obcy język... jest kompletnie obcy, nic mi
się w nim nie skleja. Siostra pisze po chińsku, czyta po chińsku,
tłumaczy chińską literaturę i poezję, to rzeczy, które się wydają
normalnemu człowiekowi absolutnie niemożliwe. Myślę, że dla mnie
nauczenie się jednego znaku chińskiego byłoby szczytem możliwości.
Najwcześniejsze wspomnienia o ojcu?
Pamiętam jak przez mgłę, że jakoś długo go nie było i nie było, aż
pewnego dnia, miałem wtedy imieniny, nagle zjawia się ojciec, przynosi
dziesięć pudeł z różnymi grami i zabawkami, pamiętam swoją radość i szczęście. A potem, miałem wówczas siedem lat, wrócił ze Stanów i przywiózł mi pistolet hukowy. Taki prawdziwy. Teraz każdy może sobie coś
takiego w Polsce kupić, a wtedy to chyba było nielegalne. Ale jakie
wspaniałe.
Chodziliście razem na spacery, siadał pan tacie na kolana, czytał panu
bajki przed snem?
Gdy byłem w wieku, kiedy dzieciak potrzebuje bliskości, tulenia,
siadania na kolanach i bajek, to moi rodzice byli w Stanach, a ja i siostra u dziadków. To raczej ich pamiętam z przytulasów i ze spacerów.
Dziadka i babcię, nie rodziców.
Jak mama znosiła ciągłą nieobecność męża w domu?
Moja mama jest mądrą kobietą. Poza tym oboje umieli sobie w odpowiedni
sposób ustalić wartości. A poza tym to było prawdziwe partnerstwo dwojga
ludzi, którzy zawsze mieli o czym ze sobą rozmawiać. Czasem zdarzały się
między nimi spięcia, jak to między najbliższymi sobie ludźmi, ale szybko
mijały. Nie było kłótni, a potem ich rozpamiętywania. Byli ze sobą
bardzo zżyci, Zbyszek i Hanka, tak do siebie mówili, choć miśki i kotki
w ich intymnym języku także się pojawiały. Takich związków się nie
zmienia. Ludzie odchodzą od siebie wtedy, gdy albo dochodzi do jakiegoś
konfliktu, który jest nierozwiązywalny, albo gdy się sobą totalnie
znudzą, nie mają już wspólnych tematów. Jakby wyrastają z siebie. Moi
rodzice przez całe wspólne życie byli bardzo dla siebie.
Jak ojciec przyjeżdżał z Zabrza, nadrabiali życie towarzyskie?
Nieszczególnie, ich życie towarzyskie było dosyć ograniczone. Z winy
ojca, a mama się do tego dostosowała. Ojciec wciąż - w pracy, potem w polityce - był otoczony ludźmi. Ciągle gdzieś gnał, coś załatwiał. Jak
wracał do domu, to dalej niż do babci i dziadka, jak jeszcze żyli, nie
miał ochoty się ruszać. Oczywiście czasami rodzice musieli bywać. Na
przykład Jerzy Woy-Wojciechowski, świetny lekarz, muzyk, w ogóle
humanista, urządzał co roku imprezę, na którą zapraszał różnych ważnych
gości, dużych profesorów. To były bardzo przyjemne spotkania, z muzyką
na żywo, z interesującymi ludźmi, dobrym jedzeniem, ciekawymi tematami
rozmów. I rodzice tam bywali, nie wypadałoby odmówić, bo ojciec był
dobrze wychowany, a poza tym Woy-Wojciechowskiego lubił i szanował. Nie
sprawiało mu to zresztą jakiegoś szczególnego bólu - szedł i dobrze się
bawił. Ale gdyby nie dostał zaproszenia, to z ulgą zostałby w domu.
Ojciec był uśmiechniętym, ciepłym człowiekiem. Po prostu promieniował
dobrą energią. I miał charyzmę, cokolwiek to znaczy. To przyciągało do
niego ludzi, gdziekolwiek się zjawił. Ale czasem tych ludzi, tego
zamieszania wokół niego było za dużo. Dlatego tak się lubił chować w domu, być z rodziną, tam się najlepiej czuł. Ale żeby była jasność - nie
byliśmy rodziną, która spędza ze sobą każdą wolną chwilę - tu razem na
rowery, potem kino, wspólna kolacja. Nie. Każdy z nas miał swoje sprawy,
którymi się zajmował, nie wchodziliśmy sobie na głowę, szanowaliśmy
wolność innych. I dlatego ten nasz dom był taki fajny. Azyl. Dla nas
wszystkich był azylem, w którym czuliśmy się dobrze i bezpiecznie.
Były oczywiście wspólne wyjścia. Na przykład do opery. To nie było żadne
wydarzenie towarzyskie, po prostu chodziliśmy. Tak samo jak do teatru.
Ojciec miał autentyczną potrzebę, żeby wszystko zobaczyć, wszystkiego
spróbować. Chłonął świat na różne sposoby. No i na pewno był bardzo
oczytany.
Co czytał?
Wszystko. Klasyków miał w małym palcu. Wielkich rosyjskich pisarzy
czytał w oryginale. Jego ulubiona książka to "Mistrz i Małgorzata"
Michaiła Bułhakowa.
A filmy?
Tu potrafił czasem zburzyć mój świat. Byłem zakochany w "Taksówkarzu",
uważałem, że to wielki film. Ojciec go obejrzał i stwierdził, że jest
beznadziejny, to po pierwsze, a po drugie głupi potwornie. Bo to jest
niemożliwe, żeby przyszedł facet, wystrzelał dziesięć osób i został
bohaterem - on by nie wyszedł żywy z tego budynku, boby go policja
rozwaliła i koniec. No i ja też przestałem lubić "Taksówkarza"... Ze dwa
lata temu obejrzałem go ponownie, żeby to zweryfikować. I nadal nie
lubię. Ale to nie jest tak, że ojciec oczekiwał od filmu tylko powagi i wiarygodności, potrafił oglądać głupie produkcje - ja zresztą też
potrafię - dla czystej rozrywki. Na przykład "Rambo" - wiadomo, czego
oczekiwać. Szczególnie pamiętam jedno z naszych wyjść do kina - to było
12 grudnia 1981 roku, dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego. W kinie
Moskwa szedł wtedy "Czas apokalipsy" Francisa Forda Coppoli. Poszliśmy
razem, bo byłem wtedy jeszcze za smarkaty, żeby sam na niego wejść.
Podobał mu się. Mnie też. Tyle że w przeciwieństwie do mnie, ojciec nie
ekscytował się nadmiernie filmami. Dla niego coś było albo dobre, albo
niedobre.
Kiedy myślę o ojcu w domu, to widzę go w fotelu z książką, a nie przed
telewizorem czy w kinie. On był czytającym zwierzęciem. Starał się być
na bieżąco z nowościami wydawniczymi, pozycjami ważnymi albo głośnymi.
Był erudytą, co nie przeszkadzało mu pasjonować się piłką nożną. Jak już
siadał przed telewizorem, to po to, żeby obejrzeć jakiś mecz. Polską
ligę tylko czasami. Oglądał ligę angielską i kibicował Arsenalowi.
Niestety, mojej ukochanej drużyny nie lubił. Bo ja jestem Liverpool od
dziecka, zostało mi to do dziś. Moim ulubionym piłkarzem w młodości był
Steven Gerrard, a ojciec go uważał za prymitywnego brutala i chama. No,
jego prawo.
Oglądaliście razem rozgrywki?
Jak była taka możliwość, to tak. Z polskich drużyn kibicował Górnikowi
Zabrze, i to od młodości, jeszcze zanim pojechał na Śląsk. No a potem
los tak zdecydował, że spędził dwadzieścia lat życia w Zabrzu i chodził
na mecze Górnika, miał nawet swoje miejsce na stadionie. Potem zabierał
na mecze mojego starszego syna, Maćka, który jest zagorzałym kibicem
Górnika Zabrze tak samo jak dziadek. Tak na poważnie - Torcida, szalik,
nie ma żartów.
Ten wyraz na "t"?
Torcida? To taki odpowiednik Żylety na Legii, ultrasowa trybuna kibiców
w Zabrzu. U nas w domu Maciek jest Torcida, a ja Żyleta. Kiedyś byłem z nim w Warszawie na spotkaniu Legia - Górnik. Usiedliśmy na trybunie dla
rodzin, na wszelki wypadek, żeby nas tam nie zabili. Bo ten skubany
twardziel poszedł na Legię z szalikiem Górnika. Wprawdzie schowanym pod
kurtką, no ale...
A z ojcem chodził pan na mecze?
Tak, parę razy. Pierwszy mecz, który z nim pamiętam, był rozgrywany na
Stadionie Dziesięciolecia. Grała Polska z kimś tam. Mieszkaliśmy wtedy
po drugiej stronie Wisły, dokładnie naprzeciwko stadionu. A potem, jak
ojciec już był w Zabrzu, czasami chodziliśmy razem na Legię, jak grała z Górnikiem. Pamiętam mecz, na którym Górnik zebrał straszne lanie 4:0.
Ojciec był niepocieszony.
Jaki typ kibicowania obowiązuje w rodzinie Religów?
No, nie tłuczemy się z innymi kibicami. Jak nasi strzelą, to się
cieszymy, jak tamci zdobędą gola, to używamy mocno niecenzuralnych
wyrazów. A jak naszego sfaulują, to się drzemy, że ma być czerwona
kartka. Normalnie.
Wrzeszczycie i wstajecie z miejsc?
Na stadionie tak, w domu mniej, to zależy, jaki poziom napięcia wywołuje
dany mecz. Jak Liverpool przez ostatnie trzy lata nieźle grał, a w 2020
roku jeszcze zdobył mistrzostwo, to mnie momentami podrywało.
Ojciec też się darł?
W czasach, jak Polacy jeszcze coś w mistrzostwach świata wygrywali, to
tak. No i oczywiście na Górniku, był naprawdę jego zagorzałym kibicem,
zawsze zakładał szalik, siadał z innymi na trybunie. Choć potem, jak
został VIP-em, prezes Górnika zapraszał ojca razem ze wszystkimi
świętymi do pomieszczenia klubowego. To już nie ta atmosfera, stamtąd
się całkowicie inaczej ogląda mecz. Ja sam miałem kiedyś taki okres w życiu, że chodziłem na Żyletę. Tam się czuje atmosferę.
Jak przebiegały pańskie rozmowy z ojcem w młodości?
Od czasu do czasu miały wymiar wychowawczy. Miałem fazę, że grałem na
perkusji, napieprzałem w nią całymi dniami. I kiedyś ojciec przyjechał z Zabrza, przyszedł do mojego pokoju, i mówi: "Słuchaj, strasznie głośno
grasz na tej perkusji". Ja szybko mu odpowiadam, że będę słynnym
punkowym perkusistą. A on do mnie: "To świetnie, bardzo dobrze, no ale
to się zapisz do jakiejś szkoły i się naucz, kurwa, grać. A jak nie, to
nie zawracaj gitary i daj nam spać". On uważał, że jak coś się robi, to
dobrze, trzeba się temu absolutnie poświęcić. Więc jeśli ja ani się nie
uczę, ani nie umiem grać na perkusji, to jest bez sensu. No i miał
rację. Wcześniej była inna historia - chodziłem na zajęcia z metaloplastyki do Pałacu Kultury. Przez pierwszy rok nawet mi się
podobało, ale potem zaczęło mnie nudzić, więc zacząłem się wykręcać,
żeby tylko jakoś uniknąć zajęć. One były płatne, choć jakieś grosze.
Kiedy po raz kolejny zacząłem coś wymyślać, żeby tam się nie zjawić,
ojciec się wściekł. Powiedział mi, że mam się zdecydować - albo chodzę,
albo nie chodzę. Albo coś robię na maksa, albo wcale.
Dwóch silnych mężczyzn w jednym domu - to musiało być trudne.
Kłóciliście się?
Parę razy się pokłóciliśmy, z reguły bez sensu. Jak byłem gówniarzem,
głównie się wydzierałem, jak to nastolatek. Ojciec zostawał przy swoim,
ale dawał mi się wykrzyczeć, a potem spokojnie gadaliśmy. Jako dorośli
ludzie pokłóciliśmy się raz, ale porządnie. Pojechałem do niego na
Śląsk, do Zabrza, i mało nie daliśmy sobie po pysku. Poszło o ludzi,
których tam zatrudniał. On był szefem, coś mi się nie podobało w jego
postępowaniu. To była poważna awantura. A ponieważ byliśmy po kieliszku,
to zrobiła się burza z błyskawicami. Ja wrzeszczałem, on się
wydzierał... W rezultacie każdy został przy swoim, ale poszliśmy spać
pogodzeni. Co napawa mnie ogromnym szacunkiem dla niego jako człowieka.
Nie podobało mu się to, co mówiłem, w jaki sposób się zachowywałem, ale
mi odpuścił. I nigdy później ta awantura w żaden sposób nie przełożyła
się na nasze dalsze relacje. Nigdy. To jest dosyć chyba rzadka cecha -
nie zgodzić się, powrzeszczeć, wciągnąć powietrze i dać spokój. Machnąć
ręką i budować dobrą relację. Zaimponował mi wówczas bardziej niż wtedy,
kiedy przeszczepił pierwsze serce. Właśnie tym, że potrafił się cofnąć,
a potem iść do przodu.
Dlaczego pokłóciliście się akurat o ludzi zatrudnianych przez ojca?
Nie pamiętam szczegółów albo może nie chcę pamiętać. Mówiąc oględnie -
on się często mylił w ocenie poszczególnych osób. Był za bardzo ufny.
Miał tę ogromną zaletę, która zarazem, szczególnie dla szefa, jest
wielką wadą, że bardzo wierzył w ludzi. A, niestety, wielu osobom nie
można ani wierzyć, ani ufać.
Jak potem ojciec poszedł w politykę, rozmawialiście o niej?
Bardzo rzadko. Ja się na niej nigdy nie znałem, nie interesowałem się
nią, w dużej mierze tak zostało do tej pory, może dziś nieco lepiej
kojarzę wydarzenia i fakty niż wówczas, kiedy ojciec do niej wchodził.
On nią żył, a ja nawet nie kojarzyłem ludzi, którymi się otaczał.
Dlatego w tematach politycznych nie byłem dla niego partnerem. Owszem,
czasem mnie zapytał, co sądzę o tej czy innej sprawie, wysłuchał, potem
machał ręką: "Głupi jesteś jak but". A ja mogłem tylko kiwnąć głową, że
się z nim zgadzam. Kwestie polityczne konsultował z mamą, bardzo się
liczył z jej opinią, to mądra i rozsądna kobieta. Jak już byłem dorosły,
najczęściej rozmawialiśmy o medycynie.
Nie pytał pan ojca, czy mu nie szkoda operowania, pacjentów?
Pytałem wiele razy. Odpowiadał, że jego to już nudzi, że to, co chciał
zrobić, zrobił. Poza tym wychował wielu lekarzy, którzy mogą to robić
równie dobrze i iść dalej do przodu. Po co robić to samo? Poza tym mocno
wkręcił się w politykę. Nie mówię, że był dobrym politykiem, bo nie był,
ale był wkręcony, to mu się podobało.
Co mu się w polityce podobało?
Władza. To znaczy możliwość realnego wpływu na rzeczywistość. Dlatego po
tym, jak przez dwie kadencje był senatorem, chciał zostać posłem, bo w Senacie realnej władzy nie ma.
Wróćmy jeszcze do domu. Jak wyglądały święta u Religów?
Fantastycznie, zwłaszcza Boże Narodzenie wspominam z rozrzewnieniem. W Wigilię od rana był post, z apetytem trzeba było zaczekać do pierwszej
gwiazdki i wieczerzy. Spędzaliśmy je w naszym domu albo u którychś
dziadków. Ale zawsze była choinka, duża, wystrojona, która, nawiasem
mówiąc, dwa razy nam się zapaliła, raz całkiem konkretnie się jarała, bo
drzewko się przewróciło, lampki stłukły, doszło do zwarcia... No, ale
wszystko skończyło się szczęśliwie. W Wigilię nie było na stole żadnego
alkoholu, za to były prezenty, które przynosił Mikołaj zaraz po
pojawieniu się pierwszej gwiazdki, ale jeszcze przed kolacją, bo dzieci
by nie wytrzymały tego napięcia. To było tak, że rozlegał się dzwonek u drzwi, my biegliśmy, żeby wpuścić Mikołaja, nikogo nie było za progiem,
za to pod choinką w tajemniczy sposób materializowały się prezenty. A potem na stół wjeżdżały kolejne potrawy. Niestety, najpierw ryby,
których ja od małego nie biorę do ust. Tak więc dla mnie post trwał
jeszcze dłużej niż dla reszty rodziny, przez pół kolacji siedziałem
wściekle głodny. Ale wreszcie nadchodziła ta chwila, kiedy pojawiała się
waza z czerwonym barszczem na wywarze z suszonych grzybów, aromatycznym,
mocnym, do tego oczywiście uszka z grzybami. No i moje ulubione grzyby w cieście. To coś w rodzaju racuchów z namoczonymi wcześniej suszonymi
grzybami, je się je raz w roku, właśnie na Wigilię. Podobnie jak gołąbki
z kiszonej kapusty, z kaszą gryczaną w środku, z cebulką, polane ciemnym
olejem rzepakowym, to regionalna potrawa, popularna na przykład w Radomskiem, gdzie ludzie specjalnie kiszą całe główki kapusty. Ale można
sobie poradzić także w inny sposób - że podkisza się głowy kapuściane w posiekanej, kiszonej kapuście. No, ale to są już sekrety mojej mamy,
które przekazała mojej Marioli, ja tam nieszczególnie pcham się do
kuchni.
A Wielkanoc?
Wolę jednak - to ciągnąca się od wieków dyskusja nad wyższością którychś
z tych świąt - Boże Narodzenie. Nie podchodzę do tego z poziomu
religijnego, mistycznego, tylko tradycji, które należy kultywować. I Wigilia wydaje mi się jakaś bardziej niezwykła, spokojniejsza, rodzinna,
zmuszająca do kontemplacji i wspomnień, ten pusty talerz dla wędrowca,
którego trzeba przyjąć pod dach, dla bliskich, których z nami już nie
ma. Niezwykłe potrawy, jedzone tylko raz w roku. A Wielkanoc kulinarnie
nie jest zbyt wyrafinowana - jajka i mięcho. Natomiast to, co naprawdę
lubię w tych wiosennych świętach, to święconki, wyprawy do kościoła,
gdzie ksiądz macha kropidłem, pachnie dym kadzidlany. Mnie małego
dziadkowie i rodzice prowadzali do kościoła z koszyczkiem, ja
prowadzałem tam starsze dzieci, teraz młodego. I psy też z nami zawsze
idą, oczywiście.
Kiedy się zaprzyjaźniliście z ojcem?
Myśmy się zawsze przyjaźnili, kochali, tylko to nie było okazywane w bezpośredni sposób. Dla mnie przejawem przyjaźni z rodzicami, zaufania,
jakim się nawzajem darzyliśmy, było to, na co mi pozwalali, kiedy miałem
czternaście, piętnaście lat. A mogłem wszystko. Na festiwal do Jarocina
pierwszy raz pojechałem, zanim skończyłem piętnastkę. Sam. I nie było
problemu. Nasz układ polegał na tym, że nie kłamałem. Zawsze mówiłem,
dokąd idę i po co, oni mnie nigdy nie sprawdzali. Ten układ się
wytworzył sam - dzięki ich mądrości.
Rodzice nie bali się, że w Jarocinie zacznie pan ćpać albo palić zioło?
Na pewno się bali, ale mi ufali. A narkotyki są straszne. Wiem, bo
spędziłem sporo czasu w środowisku punkowym, w którym marihuana była na
porządku dziennym. Mówi się o niej, że to jest taki lekki narkotyk,
fantastyczny, rozrywkowy, że można go bezpiecznie przyjmować, bo po nim
nic złego się nie dzieje. Gówno prawda. Przykładem są dziesiątki ludzi,
którzy poszli do piachu z powodu marihuany właśnie, a nie ciężkich
narkotyków. Ona zmienia nieodwracalnie głowę, powoduje trwałe
uszkodzenia mózgu. Jako lek - proszę bardzo, tak samo jak morfina. Ale
nie jestem moralistą, gdyby to ode mnie zależało, zdepenalizowałbym
dragi. To ukróciłoby zarobki podziemia i pozwoliło kontrolować państwu
rynek. Niech będą dostępne od dwudziestego piątego roku życia. Jak ktoś
chce, niech się zabija. Nie jestem aż tak pozytywnie społecznie
nastawiony, żeby wszystkich ratować, jeśli tego nie chcą. Pod warunkiem
że będą gotowi płacić za to sami, tak samo jak za ewentualne zdrowotne
konsekwencje swoich przyjemności i ich leczenie.
Chcę jednak dobitnie podkreślić - jednoznacznie mówię, że narkotyki są
złe. Mam dzieci. I mam również kolegów, którzy mieli dzieci. I narkotyki
im je zabrały bezpowrotnie. Chyba nie ma nic gorszego w życiu, co może
człowieka spotkać. Strata dziecka. Na szczęście większość nie próbuje
tego świństwa. Albo dopalaczy. Za płotem mojego szpitala w Łodzi jest
toksykologia i tam przywożą ludzi, także dzieci, w szale po dopalaczach.
Wygląda to koszmarnie. Agresywne, chcą bić wszystkich, czasem im się to
udaje - policjantów, lekarzy, są kompletnie bez rozumu. Część z nich
przeżywa jakiś czas, dopóki nie wpadną pod samochód albo nie
przedawkują.
Strasznie wkurzają mnie ci wszyscy celebryci, którzy chcą być tacy
fajni, tacy popularni i promują lekkie narkotyki, wychwalają je pod
niebiosa.
A jednak moralista. Nigdy nie zapalił pan zioła?
Paliłem, oczywiście. Spróbowałem dwa razy. Ale na szczęście bardzo źle
reaguję na THC, po konopiach indyjskich mam lęki zamiast frajdy. Więc po
cholerę? Żadnych ciężkich narkotyków nigdy nie próbowałem, a to dlatego,
że jestem tchórzem i się bałem. W czasach punkowych miałem dostęp do
wszystkiego - od kleju, poprzez polską heroinę, na opium kończąc. Same
najgorsze rzeczy. Nigdy nie spróbowałem, i całe szczęście. Bo pewnie
byśmy nie rozmawiali w tej chwili. Wielu moich kolegów z tamtych czasów
przekręciło się z ich powodu w głupi sposób. To byli ludzie, z którymi
się widywałem codziennie w liceum, z którymi się kumplowałem, chodziłem
na imprezy. Szkoda.
A tytoń jest dobry?
Tytoń jest bardzo zły. I też zabija. Ale ponieważ nauczyłem się go
palić, mając czternaście lat, nie mogę się jakoś oduczyć. Jeśli ktoś
potrafi, to niech rzuci palenie.
W jakich okolicznościach zaczął pan palić, jaki smak miał ten pierwszy
papieros?
Mnie, niestety, zawsze ciągnęło do palenia, oboje rodzice palili,
zresztą w tych czasach chyba prawie wszyscy palili. I wszędzie. Zacząłem
pod koniec podstawówki, pewnie chciałem sam sobie udowodnić, jaki to
jestem dorosły. Pierwszego papierosa nie pamiętam, pewnie wypaliłem
gdzieś z kolegami w kącie. Potem na początku liceum miałem przerwę w paleniu, bo zostałem harcerzem, a harcerz nie pali i nie pije, to trwało
półtora roku. Ale kiedy zostałem punkiem (przez jakiś czas byłem takim
harcerzopunkiem) to, niestety, złamałem przysięgę, bo w nowym
towarzystwie wszyscy jarali jak wściekli, w związku z tym trzeba było
zrezygnować z harcerstwa. Trochę szkoda. I wtedy zacząłem palić. Źle się
stało, że jak miałem siedemnaście, osiemnaście lat, paliłem w domu.
Przy rodzicach?
Nie, ale to była śmieszna sytuacja. Rodzaj niepisanej umowy - paliłem u siebie w pokoju i kiedy któreś z nich wchodziło do mnie, grzeczność
nakazywała, żeby odłożyć papierosa na popielniczkę. Nie rozmawiałem z rodzicami z petem w zębach, ale nikt nie udawał, że nie palę. Formalnie
miałem nie palić, ale ponieważ paliłem, nikt nie robił z tego żadnej
afery.
W waszym domu musiał być siwy dym.
I był, rodzice palili, ja, siostra podpalała. Tak się zastanawiam, jak,
kurczę, można było tak żyć, teraz nie przyszłoby mi do głowy, aby
zapalić w domu przy dziecku. I niesamowite także jest to, że wtedy nie
można było sobie skoczyć do kiosku i tak po prostu kupić fajki, wszystko
było na kartki, także papierosy, które się załatwiało przez różnych
znajomych. Ale nie normalne, tylko takie odpady poprodukcyjne, różnej
długości, niektóre trzeba było ciąć na krótsze kawałki. Ojciec przynosił
całe worki tych papierosów. Młodzi ludzie teraz nie zrozumieją, o czym
opowiadam, tego świata, w jakim dorastałem. Tak, był okropny, ale
ponieważ to świat mojej młodości, to ja go z rozczuleniem wspominam.
Podsumujmy: narkotyki są złe, tytoń nie najlepszy, ale jeszcze spoko. A co z alkoholem?
Alkohol postawiłbym prawie na równi z narkotykami. On tylko trochę
wolniej zabija.
O lekarzach, podobnie jak o kilku innych grupach zawodowych, że wymienię
tylko policjantów i dziennikarzy, mówi się, że nadmiarowo piją. O pana
ojcu też mówiono, że dużo pił.
Miał w swoim życiu taki okres. Kiedyś w medycynie faktycznie strasznie
się piło, było też społeczne przyzwolenie na picie na dyżurach. Myślę,
że większość tych lekarzy, którzy pili w szpitalach, nie robiło tego w domu, boby im żony łby pourywały. Ale na dyżurach mogli sobie pozwolić
na luz, było bezpiecznie. Spotykało się z kolegami, były fajne
dziewczyny, a flaszek nie brakowało, bo każdy pacjent przynosił w dowód
wdzięczności jakąś butelkę. Całe szczęście, że to się już skończyło, bo
było niesamowicie groźne dla pacjentów. To jest akurat dobra zmiana. Ale
i tak co jakiś czas pojawiają się doniesienia, że nietrzeźwy doktor nie
przyszedł na wezwanie na dyżurze, że lekarz na radomskim SOR wprowadził
w siebie tyle alkoholu, że mu wyszło dwa i pół promila we krwi, że jakiś
chirurg z Lublina chciał operować, mając sporo promili. To jest po
prostu nieakceptowalne, nie ma dyskusji. Jak człowiek idzie do roboty,
to ma być czysty jak łza. I trzeba się z tym pogodzić.
Powiedział pan, że w życiu ojca był alkoholowy okres.
Ojciec pił we wczesnych latach swojej kariery. To był zupełnie inny
świat, to po pierwsze. Po drugie, kilkanaście lat życia spędził poza
domem. Był sam, nie wracał wieczorem do kochającej żony, nie mógł
przytulić dzieci. A do tego żył w potwornym stresie, robił przełom w medycynie, a takie rzeczy nie dzieją się bezkosztowo. Zanim przyszedł
sukces, ponosił porażki. To wszystko razem sprawiało, że zaglądał do
kieliszka. Ja go nie tłumaczę, stwierdzam fakt. Ale też wiem, że
człowiek musi gdzieś uciec chociaż na chwilę, jak pacjent mu zginął. Nie
widzę w tym nic nadzwyczajnego. Natomiast nadzwyczajne jest to, że w pewnym momencie, jak już życie ojcu się trochę bardziej ułożyło, problem
alkoholu przestał istnieć. I już. Na szczęście tak był skonstruowany, że
nie dał mu się pochłonąć, pożreć, co się często zdarza ludziom. On się
zatrzymał. To nie było tak, że nagle zamienił się w totalnego
abstynenta, nie mówił o sobie "Mam na imię Zbigniew i jestem anonimowym
alkoholikiem". Podczas spotkań towarzyskich wypił parę kieliszków, był
duszą towarzystwa, umiał się bawić. Ale na drugi dzień znów szedł do
pracy, nie miał żadnych ciągów. Natomiast to, że kiedyś pił więcej,
niżby powinien, no, takie życie.
A pan czego lubi się napić?
Co ja lubię? W zależności od okoliczności. W lecie, a lubię jeździć do
Grecji, uwielbiam pić zimne piwo w zmrożonym kuflu. Na co dzień
nienawidzę piwa, ale jak siedzę sobie w greckiej tawernie z widokiem na
morze, temperatura powietrza plus trzydzieści pięć stopni, a ja pociągam
łyk z tego zmrożonego kufla, o Boże, jakie to jest pyszne. Potem wracam
do Polski, kupuję zgrzewkę piwa, wsadzam do lodówki, żeby po upływie
roku wyrzucić ją do śmieci. Wino czasem piję, ale bez szczególnego
entuzjazmu. Jeśli już mam pójść na imprezę i się czegoś napić, to albo
wódki, albo whisky.
Ojciec miał też słabość do hazardu.
Bo to taka natura, w końcu pionierskie operacje to w pewnym stopniu
ruletka. Tak, zostawił trochę pieniędzy w kasynach, jak przegrywał
sporo, to musiał odpracować. Kiedyś sam go wyciągnąłem z kasyna. Dobrze
mu szło w oczko, ale nagle fortuna się odwróciła i zaczął tracić.
Przekonałem go, żeby spasował, wyszedł na zero. Lubił to, choć na
szczęście nigdy się nie zatracił. Jak kilka miesięcy przed śmiercią
pojechali z mamą w sentymentalną podróż po Stanach Zjednoczonych, poszli
do kasyna, ojciec wygrał siedemset dolarów.
No to jeszcze powiedzmy o innej słabości ojca - do szybkiej jazdy.
Podobno trasę Zabrze - Warszawa pokonywał w mniej niż dwie godziny w czasach, w których nikomu się nie śniło o autostradach w Polsce.
Jeździł bardzo szybko, ale miał w nosie samochody, było mu wszystko
jedno, jeździł tym, co miał. I nigdy w życiu nie wydałby dużych
pieniędzy na auto, nawet gdyby miał taką kasę.
To czym jeździł?
Pierwszym samochodem, który pamiętam z domu, był duży Fiat, potem
Polonez, bardzo długo ojciec nim jeździł, wreszcie kupił sobie Forda
Taurusa, używanego, ale to było superwypasione auto. I jeszcze potem
Renault 19, kupił go mamie. Natomiast pierwsze nowe, zagraniczne auto,
które się u nas pojawiło, to była Honda Concerto, taki troszeczkę
usportowiony Civic, niżej położony, bardzo fajne autko, zwinne, małe. A po Concerto miał już tylko Accorda i koniec. Nie wspominam o wozach,
którymi się bujał w Stanach, to całkiem inna historia. Ale faktycznie
tymi wszystkimi autami, do których wsiadał, jeździł, ile fabryka dała,
ile się dało wydusić z silnika. I te jego słynne rekordy na trasie
Warszawa-Zabrze w godzinę pięćdziesiąt minut to jest prawda, ale to były
inne czasy, ruch na drogach był niemrawy.
Nocą tak zasuwał?
Nocą, ale w dzień wcale niewiele wolniej. Przeżył parę wypadków, w tym
jeden fundacyjnym autem. Mam tutaj na myśli Fundację Rozwoju
Kardiochirurgii, którą powołał do życia w 1991 roku i był jej prezesem.
Ojcu przysługiwało wtedy auto z kierowcą, ale często sam prowadził,
jeśli tak było poręczniej. Jechał fundacyjnym Fordem Mondeo, to była
jesień, na szosie mokre liście, ojciec wszedł w zakręt - pewnie dużo za
szybko. Obróciło go, wyleciał z zakrętu, pieprznął w drzewo. Auto
straciło cały tył. Jemu się złamał tylko obojczyk. Na szczęście to było
tuż po tym, jak zaczął myśleć i mówić, że przejechał tak wiele
kilometrów, że już pora, aby zacząć zapinać pasy. Wówczas je zapiął,
dlatego przeżył. Wcześniej jeździł bez pasów, jak większość kierowców.
To był początek lat dwutysięcznych, po tym zdarzeniu zaczął nieco wolnej
jeździć, ciut ostrożniej. Ale bez przesady. Bo on nigdy nie dbał o siebie. O pacjentów - jak najbardziej. O rodzinę - owszem. Ale o siebie
nigdy. Był wypadek, to był, koniec rozmowy.
Wcześniej miał parę innych incydentów, z których wychodził poturbowany.
Raz na przykład wpadł na dzika, wtedy całkowicie skasował samochód, no i tego zwierzaka, ale ojcu nic się nie stało. Tego typu zdarzeń było
więcej. Ja tak sobie myślę, że ojcu się wydawało - co jest głupie,
biorąc pod uwagę jego wiedzę i doświadczenie - że jest nieśmiertelny.
Pod tym względem był niemądry. Tak jak wielu z nas. Nie zakładamy, że
nas może spotkać coś złego. Ale jeszcze raz podkreślę - to były całkiem
inne czasy. Samochodów w Polsce było mało, no i gliniarze byli wtedy
całkiem inni. Ojcu tam, na Śląsku, tylko się kłaniali. Pamiętam, jak raz
go wiozłem. Jechałem też szybko, może ze sto trzydzieści kilometrów na
godzinę przez wieś - no i mnie chapnęła policja. Rozmawiam z funkcjonariuszami, kajam się, tłumaczę, że ojca wiozę do roboty, on się
bardzo śpieszy. Ojca? A kto to jest? Profesor Religa. Aaa, to szerokiej
drogi, niech pan uważa, bo tam dwadzieścia kilometrów dalej nasi stoją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki