Rektorski czek. Afera na wiele zer - Joanna Jodełka

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ka­ro­lina jak na prze­kór Ma­xowi od sa­mego rana w pracy za­częła grze­bać w sta­rych do­ku­men­tach. Chciała się do­wie­dzieć jak naj­wię­cej. Ale też przy­rze­kła so­bie, a przede wszyst­kim Ma­xowi, że prze­sta­nie już roz­my­ślać o zmar­łym lo­ka­to­rze. Za­mie­rzała tej obiet­nicy do­trzy­mać. Mąż miał ra­cję. A wie­czo­rem, za­raz po tym, jak wy­szedł, za­dzwo­nił Wik­tor. Mu­siała go od­ho­lo­wać. Jego wy­pa­siona bryka znowu się po­psuła, a chwi­lowo nie było go stać na czę­ści do tego dro­giego auta. Ale też nie chciał z niego re­zy­gno­wać. "Dla wi­ze­runku", tłu­ma­czył. Za­po­wie­dział, że przed trzy­dziestką za­robi mi­lion na nie­ru­cho­mo­ściach. Wy­dało jej się to za­bawne, bo cią­gnęła przy­szłego mi­lio­nera na lince sta­rym fia­tem, ale kto wie. Nie wie­działa prze­cież, jak się za­ra­bia mi­liony. Oprócz tego en­tu­zjazm Wik­tora, który uśmie­chał się naj­sze­rzej ze wszyst­kich zna­nych Ka­ro­li­nie lu­dzi, udzie­lał się na­wet jej. Max też był w niego wpa­trzony. Nie tylko ra­zem re­mon­to­wali miesz­ka­nia, ale na­wet za­częli mó­wić jed­nym gło­sem, bo Wik­tor po­wtó­rzył pra­wie słowo w słowo to, co po­wie­dział jej mąż. Tak samo pod­kre­śla­jąc, że po pro­stu nie chciał jej de­ner­wo­wać. Trudno było w to nie uwie­rzyć.

Fakt, pew­nie w każ­dym miesz­ka­niu w cen­trum Po­zna­nia ktoś kie­dyś zmarł.

- Nie ma się co nad tym za­sta­na­wiać - po­wta­rzała so­bie i wie­czo­rem, i rano.

Od razu za­jęła się urzą­dza­niem wnę­trza. Po­roz­sta­wiała książki na pół­kach, po­ukła­dała ubra­nia w sza­fie. Chwilę po­grała na pia­ni­nie i zro­biło się na­wet przy­tul­nie.

- Po co do tego wra­cać. - Przy­po­mi­nała so­bie po raz setny i na mo­ment to dzia­łało.

Ale co in­nego hi­sto­ria sprzed wieku. W ar­chi­wum prze­trzą­snęła li­sty stu­den­tów sprzed stu lat i inne teczki ze spra­wami róż­nymi. Na na­zwi­sko Ja­wor­ska do pary z cha­rak­te­ry­stycz­nym imie­niem nie tra­fiła. Nie zdzi­wiła się zbyt­nio. Wiele do­ku­men­tów spło­nęło w cza­sie wojny. Za to ku swemu bez­brzeż­nemu zdzi­wie­niu tra­fiła na małą, po­bla­kłą kar­teczkę, wy­pi­saną na ma­szy­nie. Kar­teczka opa­trzona była datą 15 czerwca 1921. Pod spodem ty­tuł druku: PO­ŚWIAD­CZE­NIE. A pod nim treść. Czy­ta­jąc ją, za­marła z wra­że­nia.

Po­świad­czam ni­niej­szym, że słu­żący Wy­działu Le­karskiego w Uni­wer­sy­te­cie Po­znań­skim, Jan Kanty Rosa, je­dzie do War­szawy służ­bowo, po­czem wraca do Po­zna­nia do swo­ich obo­wiąz­ków. Po­świad­cze­nie to wy­daje się ce­lem oka­za­nia wła­dzom ko­le­jo­wym i uzy­ska­nia uła­twień we wszel­kich for­mal­no­ściach oraz wy­le­gi­ty­mo­wa­nia się niem w ra­zie po­trzeby.

Czyli że to wszystko może być prawdą! - po­wie­działa już na głos i przy­sia­dła z wra­że­nia na krze­śle i chwy­ciła się za głowę.

Zna­czyło to mniej wię­cej tyle, że znowu musi od­być wy­cieczkę do szpi­tala i spo­tkać się ze sta­ruszką. Za­drżała na samą myśl o moż­li­wym wy­bu­chu bab­ci­nego gniewu. O jej ko­ści­stym palcu, wy­mie­rzo­nym pro­sto w nią przy ko­lej­nym ataku wście­kło­ści. Ale nie miała in­nego wyj­ścia. Do końca ży­cia by so­bie nie wy­ba­czyła, gdyby nie spró­bo­wała zdo­być tak cen­nych ma­te­ria­łów. Albo choć zro­bić z nich do­ku­men­ta­cję, je­żeli wła­ści­cielka do śmierci nie bę­dzie chciała się z nimi roz­stać. A w tym celu trzeba było spró­bo­wać się z nią za­przy­jaź­nić.

Bab­cia, jak się oka­zało, na­zy­wała się Apo­lo­nia Po­lań­czyk i miała spę­dzić w szpi­talu kilka na­stęp­nych dni. Czuła się co­raz le­piej, bo ude­rze­nie nie było zbyt mocne, ale chyba z ja­kie­goś po­wodu po­sta­no­wiła na od­dziale po­miesz­kać. Tak się przy­naj­mniej Ka­ro­li­nie wy­da­wało. Tym ra­zem dla od­miany przy­wi­tała ją do­syć ra­do­śnie.

- Moje dziecko - za­częła - je­śli nie je­steś drobną zło­dziejką, to może je­steś łow­czy­nią spad­ków?

- Nie, nie je­stem - od­po­wie­działa dziew­czyna, prze­ły­ka­jąc ślinę.

- Jedną taką wła­śnie po­go­ni­łam! Przy­znaj się le­piej! Li­czysz, jak co po­nie­któ­rzy, że ci coś prze­pi­szę.

- Nie na to li­czę. Jak już mó­wi­łam, pra­cuję w ar­chi­wum uni­wer­sy­tec­kim. A pani, zdaje się, ma wiele in­te­re­su­ją­cych do­ku­men­tów... Przy­go­to­wuję wy­stawę o daw­nych stu­dent­kach...

- Po czym ci się zdaje, że ja coś mam, ha? - Ka­ro­lina mu­siała wziąć głę­boki od­dech. - Znowu grze­ba­łaś? - do­py­ty­wała bab­cia, ce­lu­jąc w nią chu­dym, lekko trzę­są­cym się pal­cem. Choć nie miała już tak groź­nej miny, a sy­tu­acja ra­czej ją ba­wiła.

- Za­cie­ka­wiła mnie hi­sto­ria - tłu­ma­czyła jej naj­spo­koj­niej, jak po­tra­fiła, nieco spe­szona roz­mów­czyni - tej stu­dentki, Ol­chy Ja­wor­skiej, i chcia­ła­bym...

- Wścib­ska, zna­czy się - prze­rwała jej znowu re­kon­wa­le­scentka, śmie­jąc się pod no­sem. Ka­ro­lina nie wie­działa już, co na to od­po­wie­dzieć. Nie ode­zwała się więc wcale. - Do­brze już, do­brze. Je­steś pod ręką, a ja tam­tej... tej... nie chcę wi­dzieć - stwier­dziła sta­now­czo, dra­piąc się po przy­le­pio­nym do głowy pla­strze. - Jesz­cze mnie za­bije. Przy­nieś mi tu kilka rze­czy. Na po­czą­tek moją pe­rukę - za­częła wy­li­czać. - Prze­ciągi tu są, a nic tak do­brze nie chroni przed prze­cią­gami jak gę­sta pe­ruka. No, może z wy­jąt­kiem wła­snych wło­sów.

Dziew­czyna bez­wied­nie przy­tak­nęła. "A więc każ­dego po­dej­rzewa o mor­der­cze za­miary", prze­stra­szyła się, że na nią też w końcu pad­nie po­dej­rze­nie, ale za­raz po­my­ślała, że to pew­nie tylko zwy­kłe star­cze ma­ru­dze­nie. Tym bar­dziej że bab­cia nie wspo­mniała o otru­tym pro­fe­so­rze z jej miesz­ka­nia. Wi­docz­nie już o nim za­po­mniała. Ka­ro­lina miała na­wet ochotę za­py­tać, ale osta­tecz­nie wo­lała już nie wy­obra­żać so­bie wię­cej trupa na swo­jej pod­ło­dze.

Za to z ra­do­ścią zgo­dziła się na przy­nie­sie­nie pe­ruki i in­nych rze­czy z miesz­ka­nia na pierw­szym pię­trze. Mu­siała tylko zło­żyć przy­rze­cze­nie, że "nie bę­dzie nie­chcący wkła­dać rąk tam, gdzie lo­ka­torka jej nie po­zwoli i ni­czego przy­pad­kiem nie zrzuci, otwie­ra­jąc szu­flady". Aby tej obiet­nicy do­trzy­mać, pod­jęła de­cy­zję, że nie po­wie o swo­jej wy­pra­wie Ma­xowi, bo ten naj­pierw ją wy­śmieje, a po­tem, co gor­sza, znowu ze­chce jej to­wa­rzy­szyć. W głębi du­szy miała na­dzieję, że oprócz pe­ruki do tych "in­nych rze­czy", które miała za­brać z miesz­ka­nia, będą się też za­li­czać ja­kieś uni­ka­towe, nie­sa­mo­wite, wcze­śniej za­gi­nione do­ku­menty. Po­czuła się jak po­szu­ki­wacz skar­bów, choć po­czą­tek był mało fa­scy­nu­jący. Przez kilka pierw­szych dni no­siła do szpi­tala wy­łącz­nie weł­niane skar­pety, włócz­kowe swe­try, kawę zbo­żową i tym po­dobne. Wszystko spraw­nie i bez po­my­łek od­naj­dy­wane po sza­fach i pół­kach. Ści­śle we­dług wy­tycz­nych. Bab­cia do­kład­nie wie­działa, gdzie co jest i co gdzie po­cho­wała. Ni­czego in­nego Ka­ro­lina nie od­wa­żyła się wziąć do ręki.

Do­piero za trze­cim ra­zem Apo­lo­nia Po­lań­czyk ka­zała jej ścią­gnąć z półki puszkę po her­bat­ni­kach.

- Może byś przy­nio­sła... ale nie otwie­raj przy­pad­kiem! - prze­strze­gła.

Ura­żona Ka­ro­lina miała ochotę wstać i wyjść, ale bab­cia ją po­wstrzy­mała.

- Sama ci po­każę, nie mu­sisz szpe­rać.

Ka­ro­lina chwy­ciła za klamkę.

- Mam próbę chóru - burk­nęła. - Pójdę już.

Za­sta­na­wiała się, czy to wy­ty­ka­nie jej pierw­szej wpadki kie­dyś babci mi­nie, bo na ra­zie końca nie miało.

- Aby na pewno próba chóru, nie zmy­ślasz? - Sta­ruszka prze­krzy­wiła głowę.

- Próba. Li­sto­pad się zbliża i ob­chody stu­le­cia od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści. Chór uni­wer­sy­tecki rzecz ja­sna w nich uczest­ni­czy. A ja w nim śpie­wam.

- Chyba cie­een­kim gło­sem.

- Do wi­dze­nia.

- Stój! - krzyk­nęła. - Chcesz się do­wie­dzieć wię­cej o tej dziew­czy­nie? O tej z in­deksu? I o swo­jej uczelni? I o tym, jak to wszystko sto lat temu było? Za­chłanna na tę wie­dzę je­steś, wiem - za­śmiała się sta­ruszka. - Przyjdź. Nie po­ża­łu­jesz. Albo nie przy­chodź - do­dała Apo­lo­nia i za­mknęła oczy.

Ka­ro­lina wzru­szyła ra­mio­nami i wy­szła.

"Dzielni Po­znań­cza­nie po­ka­zali światu, jak Pru­saka się wy­pę­dza, śpiesz­nie do He­imatu, hej, za broń!", śpie­wała na pró­bie, ale nie mo­gła prze­stać my­śleć o tym, co znaj­dzie w puszce po her­bat­ni­kach. W końcu się do­cze­kała. Zgod­nie z za­po­wie­dzią Apo­lo­nii Po­lań­czyk - nie ża­ło­wała. Czy­tała z wy­pie­kami na twa­rzy raz, drugi, trzeci, cały czas nu­cąc tę samą pio­senkę. Opo­wieść była za­pi­sana na kilku kart­kach zszy­tych ra­zem ni­cią. Kartki były wy­raź­nie skądś wy­rwane i rę­ko­pis ury­wał się w pół słowa. Ale mina babci, gdy na drugi dzień Ka­ro­lina we­szła do szpi­tal­nej sali, upew­niła młodą ar­chi­wistkę, że jest gdzieś jesz­cze ciąg dal­szy. I tylko od ka­prysu sta­ruszki za­leży, ile się do­wie.

Dziś serce moje le­dwo bije. Przy­zwy­czaja mnie do my­śli, że zmę­czone dłu­gim ży­ciem, w końcu kie­dyś ude­rzać prze­sta­nie. Ale te­raz na samo wspo­mnie­nie tego li­sto­pada roku osiem­na­stego ło­mo­tać w piersi za­częło moc­niej i ra­do­śniej, na­pę­dza­jąc przy tym krew w ży­łach i ostrząc wzrok w prze­szłość za­pa­trzony. Ręka moja też zdaje się go­nić za pę­dem tam­tych dni i pró­buje na­dą­żyć za wy­da­rze­niami. Był to bo­wiem li­sto­pad, który już ni­gdy w moim ży­ciu po­wtó­rzyć się nie miał. Niby sza­ruga za oknem była zwy­czajna, dzień krótki, wiatr prze­ni­kliwy, a wszystko wy­glą­dało ina­czej. Jakby ja­kaś inna po­goda na­wie­dziła du­sze udrę­czone, jakby ja­kie inne słońce świe­ciło nad Po­zna­niem. Słońca wi­dać zza chmur nie było, a lu­dzie mimo to oczy mru­żyli, to ze śmie­chu, to z prze­ję­cia, to z nie­do­wie­rza­nia. Bo jakże tak po tylu la­tach nie­woli uwie­rzyć, że Wil­helm II, z Bo­żej ła­ski ce­sarz, czego zda­wało się od­mie­nić nie­po­dobna, ze swego tronu mu­siał ab­dy­ko­wać. Po czym uciekł w po­pło­chu do Ho­lan­dii, bo ni­jak opa­no­wać już nie mógł ba­ła­ganu, który sam na­ro­bił, ra­do­śnie przy­kla­sku­jąc woj­nie świa­to­wej. A prze­cież nie tak dawno jesz­cze, śniąc swoje ce­sar­skie sny, ka­zał so­bie po­bu­do­wać po­tężny za­mek w Po­zna­niu, który jest chyba naj­młod­szym zam­kiem w ca­łej wiel­kiej Eu­ro­pie, a już na pewno jego ostat­nim.

Te­raz to wszystko za­częło się zmie­niać. Re­wo­lu­cja wy­bu­chła w Ber­li­nie. We­spół z ro­bot­ni­kami na­wet i żoł­nie­rze wła­dzę w mie­ście za­częli przej­mo­wać, do­ma­ga­jąc się końca wojny i god­nego ży­cia. Bo tam już nikt przy­po­mnieć so­bie nie mógł, o co w tej woj­nie cho­dziło i dla­czego wal­czą la­tami w oko­pach. Ale jak to w ży­ciu bywa - to, co nie­szczę­ściem dla nie­któ­rych, szczę­ściem dla in­nych oka­zać się może. Bo tak ten świat jest skon­stru­owany, że ile par oczu, tyle wi­do­ków na przy­szłość.

Nam, Po­la­kom, już Mic­kie­wicz ka­zał się mo­dlić o wojnę po­wszechną, bo tylko taka moc za­bor­ców mo­gła osła­bić. Wy­mo­dli­li­śmy! Po czte­rech la­tach nie­pew­no­ści już sami w War­sza­wie spra­wo­wa­li­śmy rządy. Ale wieszcz nie tylko o nie­pod­le­głość, ale i o ca­łość oj­czy­zny mo­dły za­no­sił. Prze­wi­du­jący był!

O tę ca­łość, to my w Po­zna­niu mu­sie­li­śmy sami za­dbać. Nie­pew­ność co do na­szych lo­sów była ogromna, ale i pod­nie­ce­nie ol­brzy­mie. Nie­miec­kich żoł­nie­rzy w bród tu jesz­cze było, a i wła­dze po­zo­stały w nie­miec­kich rę­kach. Ale już nie tak od­ważne i do­ga­dy­wać się za­częły pol­skimi ra­dami żoł­nier­skimi. Bo żoł­nie­rze ci, zbie­gł­szy z głębi Nie­miec, do do­mów wra­cali i przy­no­sili no­winy o końcu tych rzą­dów bez­kar­nych.

Nie, zda­rzyć, to się jesz­cze tak szybko nie zda­rzyło. Ale już w tym cza­sie wszy­scy wie­dzieli, że swoją wol­ność sami bę­dziemy mu­sieli wy­wal­czyć. I w Po­zna­niu kto żyw, or­ga­ni­zo­wał przy­szłość na­szą, nie cze­ka­jąc na czy­je­kol­wiek po­zwo­leń­stwo.

Nie ina­czej sy­tu­acja się miała w na­szym pa­łacu Dzia­łyń­skich, gdzie mój pan He­lio­dor Świę­cicki, mimo wieku już po­de­szłego, pro­jek­to­wać za­czął swoją nową ideę. Nie­po­jęt­nym cu­dem miała się ona kilka mie­sięcy stać rze­czy­wi­sto­ścią. Naj­pierw więc po­słał mię na ulicę świę­tego Mar­cina do składu win Hi­po­lita Ro­biń­skiego. Mój pan ra­czej w trun­kach nie gu­sto­wał, a na­wet część jego go­ści na­le­żała do róż­nych to­wa­rzystw czy­sto­ści i wstrze­mięź­li­wo­ści. Do­piero gdy spo­tka­nia prze­cią­gały się cza­sem do póź­nych go­dzin noc­nych, także jemu zda­rzyło się zwil­żyć usta do­brym wi­nem mo­zel­skim albo wę­gier­skim. Za­kupy te czy­ni­łem z przy­jem­no­ścią, bo też miej­sce było szcze­gólne.

Do składu przy­cho­dziło wiele osób, aby trun­ków pró­bo­wać na miej­scu, a byli i tacy, co prze­sia­dy­wali tam po wiele go­dzin. Jed­nym z tych, któ­rych pra­wie za­wsze można było u Ro­biń­skiego spo­tkać, był dzien­ni­karz "Kur­jera Po­znań­skiego", który czę­sto tam wła­śnie na bie­żąco pło­dził ar­ty­kuły. Za­tem nie­któ­rzy mo­gli jesz­cze za­wczasu się do­wie­dzieć, co też bę­dzie wy­dru­ko­wane dziś o szó­stej po po­łu­dniu, za co albo sam wła­ści­ciel składu, albo któ­ryś z go­ści sta­wiał mu ko­lejny kie­li­szek ma­dery. Na­zwi­ska tego dzien­ni­ka­rza już nie pa­mię­tam, ale mam przed oczami jego za­cze­sane z lewa na prawo dłu­gie pa­smo si­wych wło­sów, oka­la­jące ły­sinę, które zwy­kło od­le­piać się od głowy, gdy jego wła­ści­ciel z wiel­kim en­tu­zja­zmem od­czy­ty­wał co lep­sze zda­nia na głos, uno­sząc rękę i po­trzą­sa­jąc ca­łym cia­łem. Włosy fru­wały mu wtedy z jed­nej na drugą, a wszy­scy słu­chali w sku­pie­niu, czu­jąc się wy­brań­cami.

By­wał też w wi­niarni na Mar­ci­nie po­ste­run­kowy Hę­ciak, który i te­raz w ja­kichś for­ma­cjach po­rząd­ko­wych się zna­lazł. Chudy był jak za­wsze, choć jego żona po­dobno po­dwo­iła wagę tak, że przez drzwi le­dwo przejść mo­gła. Je­dyne, co się zmie­niło, to wąsy, które za­pewne tak samo nie­spo­dzie­wa­nie spa­dły na brodę jak Wil­helm II z tronu i te­raz były przy­cięte bar­dziej niż u mi­strza Pa­de­rew­skiego. Uni­ka­łem Hę­ciaka, jak mo­głem, bo za­wsze o coś mnie py­tał, gło­śno się dzi­wiąc, że nie od­po­wia­dam.

- Usza­no­wa­nie panu He­lio­do­rowi Świę­cic­kiemu prze­każ ode mnie - zwykł mó­wić za każ­dym ra­zem, gdy mnie doj­rzał. - A prze­cież ty mó­wić nie po­tra­fisz. Na co komu taki sługa? - py­tał gło­śno wszyst­kich do­okoła.

"A ty pi­sać", my­śla­łem so­bie, gdy od wiel­kiego dzwonu wy­cią­ga­łem mały no­tat­nik w skó­rza­nej opra­wie, który do­sta­łem od mo­jego pana, by kto ze­chce, wia­do­mość do niego na­pi­saną mógł prze­ka­zać. Do­by­wa­łem też kró­ciut­kiego ołówka, któ­rego po­ste­run­kowy ni­gdy do ręki nie wziął i bał się jak ognia. Tak też było, gdy za­sze­dłem tego dnia po od­biór za­mó­wie­nia. Coś za­czął mó­wić, ale gdy tylko rękę do kie­szeni scho­wa­łem, od­wró­cił głowę, przy­gła­dza­jąc wąsa ku gó­rze. Wąsa, któ­rego już tam nie było. Spe­szył się przy tym, a ja tylko się uśmiech­ną­łem.

Każdą z tych chwil pa­mię­tam, na­wet ten szcze­gół, wszystko za­pi­sane w gło­wie już na za­wsze. Dla­tego po­czą­tek przy­szłych wy­da­rzeń mogę do­kład­nie przy­to­czyć, bo to wtedy skrzy­żo­wały się drogi, co już na za­wsze po­zo­staną splą­tane i wbiją cierń w moje serce. Tak wiele razy od­twa­rza­łem we wspo­mnie­niach ten mo­ment, pró­bu­jąc uchwy­cić, kiedy to się za­częło.

Tego po­po­łu­dnia już od wej­ścia usły­sza­łem, jak po­chy­lony nad kartką pa­pieru dzien­ni­karz od­czy­tuje to, co przed chwilą na­kre­ślił. Naj­pierw szep­cząc pod no­sem, nie­wy­raź­nie, a po­tem jak zwy­kle wsta­jąc, by le­piej uwagę przy­kuć.

- W chwi­lach, w któ­rych fala re­wo­lu­cyjna prze­lewa się wo­koło nas jak rzeka wez­brana - wy­czy­tał, z po­czątku tro­chę ci­cho, po­tem co­raz gło­śniej. W końcu uniósł wy­soko rękę. - Rzeka, która rwie wszyst­kie tamy. Mu­simy, pod­kre­ślam, mu­simy za wszelką cenę za­cho­wać ja­sność my­śli i rów­no­wagę ner­wów! - wy­krzyk­nął, po­trzą­sa­jąc pa­smem wło­sów.

Ota­cza­jący go nie­mały tłum rów­nież ki­wał gło­wami z uzna­niem. Je­den do dru­giego. Hę­ciak przy­ta­ki­wał naj­moc­niej, roz­glą­da­jąc się przy tym do­koła. Moją uwagę przy­kuło jed­nak kilku żoł­nie­rzy, któ­rzy sie­dzieli przy drzwiach i coś mię­dzy sobą szep­tali. Są­dząc po na­szyw­kach na mun­du­rach, mu­sieli na­le­żeć do gar­ni­zonu sta­cjo­nu­ją­cego na po­znań­skiej Ła­wicy. "Pi­loci", po­my­śla­łem z dumą. "Nasi", bo ina­czej być nie mo­gło. Nie­mieccy lot­nicy w pol­skiej wi­niarni ra­czej by nie sie­dzieli.

Dzien­ni­karz uci­szył tym­cza­sem roz­go­rącz­ko­wany tłum i za­pi­su­jąc, czy­tał jed­no­cze­śnie ko­lejne słowa.

- Mu­simy wie­dzieć, do czego dą­żymy - wy­gło­sił i przy­gła­dził włosy - aby­śmy nie byli tylko roz­bit­kami uno­szo­nymi przez prąd wi­ru­jący! - I tym ra­zem spo­tkał się z aplau­zem.

Bez woli by­li­śmy już po­nad sto lat. Wszy­scy wie­dzieli, że te­raz czas za­cząć dzia­łać. Go­ście bili brawo. A dzien­ni­karz usiadł i pod­pie­ra­jąc ręką czoło, pi­sał da­lej. Ja, nie­stety albo na szczę­ście, słu­chać już da­lej nie mo­głem, bo wrę­czono mi w skrzy­neczce, zbi­tej z de­se­czek, sześć naj­przed­niej­szych win. Wy­do­sta­łem się na ulicę, po­wta­rza­jąc w my­ślach za­sły­szane słowa, ale nie usze­dłem na­wet kilku kro­ków, jak zo­ba­czy­łem garstkę wo­jen­nych ma­ru­de­rów. Chcia­łem ich omi­nąć, bo ta­ra­so­wali chod­nik, gdy zo­rien­to­wa­łem się, że roz­ocho­ceni wo­jacy za­cze­pili młodą pa­nienkę. Ze­rwaw­szy jej ka­pe­lusz z głowy, prze­rzu­cali go po­mię­dzy sobą. Dziew­czę, z małą wa­lizką w ręku, mio­tało się po­mię­dzy nimi co­raz bar­dziej.

- Od­daj to! Ła­chu­dro je­den! - wy­krzy­ki­wała płacz­li­wym to­nem.

Było ich z sied­miu, ona sama. Bram do­okoła pełno, a wy­zwa­nemu od ła­chu­dry stę­żała twarz, już i tak mocno na­pita. Sam nie dał­bym im rady w ża­den spo­sób. Chudy by­łem, z wie­sza­kiem w sa­lo­nie z fra­kami ła­two mnie było po­my­lić. Poza tym i nec Her­cu­les contra plu­res, jak czę­sto ma­wiał pan He­lio­dor.

- Ła­chu­dro? - dro­czył się wo­jak. - Tak nie­pięk­nie do mnie mó­wisz?

- A wo­lisz łajzo? - wrza­snęła mu pro­sto w twarz.

- Łap! - ka­pe­lusz po­le­ciał w prze­ciwną stronę i upadł tuż obok wiel­kiej ka­łuży.

Nie cze­ka­łem, wró­ci­łem się do wi­niarni. Po­ste­run­ko­wego gdzieś aku­rat na złość, jak to zwy­kle bywa, nie było. Ale szu­kać go nie za­mie­rza­łem, tylko od progu szarp­ną­łem za man­kiet naj­po­staw­niej­szego z ofi­ce­rów, tam upa­tru­jąc po­mocy. Ofi­cer tylko się żach­nął.

- Nie mam! - chciał mnie po­go­nić, my­śląc może, że drobne chcę od niego wy­łu­dzić.

Od­wró­cił się ple­cami, lecz ja nie da­wa­łem mu spo­koju. Mój pan za­wsze mi po­wta­rzał, że choć mó­wić nie po­tra­fię, to twa­rzą moją, do gry­ma­sów prze­róż­nych na­wy­kłą, po­wie­dzieć je­stem w sta­nie wszystko. Cią­gną­łem więc go do wyj­ścia i na in­nych przy tym ki­wa­łem, ro­biąc roz­pacz­liwe miny.

- Nie­mowa ja­kaś?

- Wa­riat chyba!

- Ale czego chce? Daj mu gro­sza. To pój­dzie so­bie!

Za­prze­czy­łem gwał­tow­nie.

- Coś się dzieje na ze­wnątrz...

- Woła nas chyba?

- Spraw­dzimy le­piej, bo i tak nie da ci spo­koju.

Chwilę tak de­li­be­ro­wali, pa­trząc po so­bie, a ja ki­wa­łem głową jak osza­lały, by dać im znać, że zro­zu­mieli.

Wy­szli­śmy. W ostat­niej chwili, bo z po­zoru ni­kogo na chod­niku już nie było. Tylko w bra­mie stało kilku ma­ru­de­rów. Śmiali się. Po­stawny pi­lot tylko fuk­nął na mnie i wzru­szył ra­mio­nami.

- Wra­camy - rzekł do po­zo­sta­łych.

Bez­rad­nie za­gro­dzi­łem mu drogę i pal­cem wska­za­łem na bramę. Pod­pici wo­jacy rów­nież się od­wró­cili, dzięki czemu dało się do­strzec po­łać zie­lo­nej sukni, która za­ha­czyła się o ja­kiś pręt w ścia­nie. Na pewno doj­rzał ją ten naj­po­staw­niej­szy. Ode­tchną­łem z ulgą.

Wszy­scy na­raz po­bie­gli. I aż miło było pa­trzeć, jak kilku ochla­pu­sów ucieka, a reszta, zło­mo­tana, po ścia­nach się osuwa. Na­zwany ła­chu­drą przy­kład­nie obe­rwał naj­pierw­szy. Szybko ochło­nął i z im­pe­tem pró­bo­wał się rzu­cić na ata­ku­ją­cego go lot­nika, ale ten od­su­nął się tylko i po chwili wo­jak ta­plał się w wiel­kiej ka­łuży.

Panna w tym cza­sie pod­nio­sła z chod­nika ka­pe­lusz, otrze­pała i za­ło­żyła na głowę. Upięte włosy roz­pa­dły się tro­chę, kilka lo­ków po­ucie­kało. Prze­gar­nia­jąc je na boki i chli­piąc, na­ło­żyła drżą­cymi wciąż rę­kami ka­pe­lu­sik, który prze­krę­cił się na bok. Wy­glą­dała w tam­tej chwili do­kład­nie tak, jak ją za­pa­mię­ta­łem na całe moje ży­cie. Była drob­nej, kru­chej po­stury. Miała duże ja­sne oczy, za­darty, tro­chę pie­go­waty nos, wą­skie, lekko na­dą­sane usta, ru­mieńce na po­licz­kach i ma­leńką wa­lizkę w ręku. W tym prze­krę­co­nym na bok ka­pe­lu­siku wy­glą­dała nieco za­dzior­nie.

- Nic się pan­nie nie stało? - za­py­tał ten naj­po­staw­niej­szy, który przy­glą­dał się jej z nie mniej­szym za­in­te­re­so­wa­niem ode mnie. - Czy my się nie znamy?

- Nie - od­po­wie­działa, po­cią­ga­jąc no­sem. Głę­boko przy tym od­dy­chała, sta­ra­jąc się ukryć po­de­ner­wo­wa­nie. Nie wia­domo prze­cież, jak by się mo­gła sy­tu­acja sprzed jesz­cze mi­nuty roz­wi­nąć. My­śleć też o tym nie chcę, bo grunt, że opa­mię­ta­nie pod po­sta­cią so­lid­nych kop­nia­ków na ma­ru­de­rów przy­szło.

- Ste­fan Ha­ber - przed­sta­wił się dziew­czy­nie jej wy­bawca, ten, który ła­chu­drę sprał przy­kład­nie. Te­raz ocze­ki­wał wy­lew­nych, i to na­leż­nych po­dzię­ko­wań, ale panna za­jęła się otrze­py­wa­niem su­kienki i le­dwo na niego spoj­rzała. Zdaje się, nie był do tego przy­zwy­cza­jony, wy­raź­nie go to roz­ba­wiło, a już na pewno za­in­try­go­wało. Nie zna­łem się na uro­dzie, szcze­gól­nie mę­skiej, ale od razu wi­dzia­łem, że ten ofi­cer był wy­jąt­kowo przy­stojny, więc ra­czej na­wy­kły do roz­piesz­cza­nia przez cały ród nie­wie­ści. Wy­soki, szczęka pro­sto­kątna, brą­zowe włosy, nie­na­gan­nie przy­cięte, za­cze­sane do tyłu, wąs sta­ran­nie uło­żony, po­stawa dumna. Jed­nak dziew­czyna zda­wała się tego nie za­uwa­żać.

- Ol­cha Ja­wor­ska - po­wie­działa tak szybko, że na­wet ja, choć sta­łem bli­żej, nie by­łem pewny, czy do­brze zro­zu­mia­łem. - Pójdę już - do­dała, chli­piąc jesz­cze tro­chę i za­ci­ska­jąc palce na rączce od wa­lizki.

- Ol­cha...? Cóż... my­śla­łem, że jak mi kie­dyś dane bę­dzie ura­to­wać cześć nie­wie­ścią, to ja­kieś po­dzię­ko­wa­nie cho­ciaż otrzy­mam. Nie wspo­mnę już o wdzięcz­nym po­ca­łunku.

- Aha! - wes­tchnęła gło­śno, jakby do­piero te­raz zro­zu­miała, o co cho­dzi. - Dzię­kuję ład­nie. - Dy­gnęła, pod­gi­na­jąc jedną stopę. - Tak wy­star­czy?

- To ci się do­stało - za­śmiał się je­den z ko­le­gów.

- Ta­kie ci to po­dzię­ko­wa­nie. - Klep­nął pi­lota po ra­mie­niu drugi.

- O, jakże nie­praw­dziwe są te ro­manse! - Ste­fan Ha­ber roz­ło­żył ręce, po­ki­wał głową i uśmiech­nął się sze­roko. - Spe­cjal­nie czy­ta­łem no­cami, wzrok psu­łem, a to wszystko w celu zro­zu­mie­nia za­ka­mar­ków du­szy ko­bie­cej, i co? Masz ci los!

- Pro­szę wy­ba­czyć - za­częła Ol­cha znacz­nie pew­niej­szym to­nem. Jakby już jej cał­kiem z głowy wy­wie­trzało, że jesz­cze przed chwilą była w nie­ma­łych opa­łach. - Dla mnie mę­ska na­tura jest zu­peł­nie nie­zro­zu­miała. Tak samo jak du­sza dam­ska dla pana. Przed chwilą zbóje, te­raz dla od­miany bo­ha­te­rzy. Nadto dla mnie wra­żeń, że­bym za każ­dym ra­zem wie­działa, jak się wła­ści­wie za­cho­wać. Na Stary Ry­nek to tędy? - za­py­tała na­gle, zwra­ca­jąc się pro­sto do mnie, choć trzy­ma­łem się na ubo­czu.

Przy­tak­ną­łem.

- Dzię­kuję raz jesz­cze - do­dała, po­wtór­nie roz­ba­wia­jąc uśmiech­nię­tego Ha­bra.

- Pa­no­wie, wo­bec ta­kiego ob­rotu sprawy, ostrze­gam... - roz­po­czął pod­nio­słym to­nem oświad­cze­nie lot­nik i za­wie­sił na chwilę głos - ...że wła­śnie się za­ko­cha­łem.

- Ja nie­stety nie - od­pa­ro­wała mu szybko Ol­cha. - I przy­kro mi, je­śli pana roz­cza­ro­wa­łam - do­koń­czyła, od­wra­ca­jąc się na pię­cie. - Prze­pra­szam, śpie­szę się. Nie jest tu naj­bez­piecz­niej.

- Może cho­ciaż pannę od­pro­wa­dzę? - jęk­nął przy­stoj­niak roz­pacz­li­wie, wśród śmie­chów ko­le­gów.

- Pan mi po­to­wa­rzy­szy, prawda? - za­py­tała, pa­trząc na mnie, po czym ru­szyła przed sie­bie.

Za­sko­czony, kiw­ną­łem głową i po­sze­dłem za nią. Zdą­ży­łem się tylko od­wró­cić, żeby ski­nie­niem po­dzię­ko­wać ofi­ce­rom za in­ter­wen­cję. Roz­ba­wieni kom­pani cią­gnęli już do wi­niarni wciąż wpa­trzo­nego w Ol­chę pi­lota.

Ja przez całą drogę zer­ka­łem zaś na dziew­czynę, po któ­rej zu­peł­nie już znać nie było, że przed chwilą pła­kała. Chyba się na­wet uśmie­chała pod no­sem. Cie­kawy też by­łem, do­kąd idzie, czego do­wie­dzieć się mia­łem za parę chwil.

Na Ry­nek do­tar­li­śmy naj­krót­szą drogą, którą zwy­kłem wra­cać tam, gdzie miesz­ka­łem i gdzie było wej­ście do pa­łacu. Sta­nę­li­śmy na sa­mym środku rynku.

- A pa­łac Dzia­łyń­ski to gdzie jest? - za­py­tała, sto­jąc do­kład­nie ple­cami do jego bramy.

Po­ka­za­łem go pal­cem.

- Ach tak - wes­tchnęła gło­śno, lu­stru­jąc bu­dowlę z góry na dół. - A więc to tu... - tym ra­zem za­prze­czy­łem. Po­ka­za­łem chyba nie­zbyt do­kład­nie, bo mia­łem prze­cież przy­nieść wino, a nie przy­pro­wa­dzać młode pa­nienki z wa­liz­kami. Ni­gdy mi się to nie zda­rzyło, więc by­łem prze­ra­żony.

- Tu mu­szę się do­stać - gło­śno my­ślała, a ja z prze­ra­że­niem krę­ci­łem głową na boki. - A pan co? Mó­wić nie umie? - za­py­tała, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - Tylko tak w kółko kiwa tą głową i kiwa.

Po­twier­dzi­łem, zgod­nie z prawdą, do­ty­ka­jąc ręką ust.

- Aaa... - zro­biło się jej nie­zręcz­nie, jak każ­demu w ta­kim mo­men­cie. Zna­łem te miny. - Prze­pra­szam naj­moc­niej - chwy­ciła mnie za rękę i jak każdy, za­częła mó­wić gło­śniej i wy­raź­niej. - Tym bar­dziej mu­szę po­dzię­ko­wać. Przy­pro­wa­dził mnie pan we wła­ściwe miej­sce. Do­kład­nie tu idę.

Znowu prze­czy­łem ca­łym sobą, nie mo­gła tam iść.

- A czy tu mieszka dok­tor He­lio­dor Świę­cicki? - za­py­tała, a ja tym ra­zem mu­sia­łem przy­tak­nąć. - To do­brze tra­fi­łam - uśmiech­nęła się sze­roko. - Nie martw się, nie przy­szłam że­brać. Pie­nią­dze mam.

Mocy już nie było, żeby ją przed wej­ściem do na­szego pa­łacu za­trzy­mać. Za­trza­snąć drzwi przed no­sem też nie mo­głem. Wpu­ści­łem pannę do środka i z wiel­kim prze­stra­chem po­sze­dłem po mo­jego pana. Spo­dzie­wał się on go­ści i na jedno moje ski­nie­nie po­szedł do wej­ścia. Jed­nak na wi­dok pa­nienki w prze­krzy­wio­nym ka­pe­lu­siku sta­nął jak wryty.

- Ja do pana dok­tora Świę­cic­kiego - po­wie­działa tro­chę wy­stra­szo­nym gło­sem, gdy tylko go zo­ba­czyła. - Dzień do­bry - do­dała szybko i dy­gnęła.

- Kim­kol­wiek panna jest - za­czął mój pan swym do­bro­tli­wym gło­sem - mu­szę pannę po­in­for­mo­wać, że nie ma już tu kli­niki i pa­cjen­tek tu nie przyj­muję.

- Bar­dzo prze­pra­szam. Na­zy­wam się Ol­cha Ja­wor­ska. Przy­je­cha­łam z Se­danu, Strze­szyna, zna­czy się. Gdzie przed śmier­cią le­śni­kiem był mój oj­ciec... oj­czym... jak się nie­dawno oka­zało. Zna­czy, po po­grze­bie mo­jej matki... nie matki... jak się oka­zało... o czym nie omiesz­kał po­in­for­mo­wać mnie mój brat... nie cał­kiem brat... jak się oczy­wi­ście oka­zało z lo­giką zda­rzeń...

Mó­wiła szybko, po­ta­ku­jąc so­bie głową i roz­kła­da­jąc na boki ręce. A my słu­cha­li­śmy jej obaj, nie prze­ry­wa­jąc, ale też nie wie­dząc, do czego ta opo­wieść pro­wa­dzi. Choć coś się nam za­częło ukła­dać, jakby pod­po­wie­dzi w za­gadce, bo po­pa­trzy­li­śmy na sie­bie na­wza­jem, od­ga­du­jąc, że ta opo­wieść nam obu ja­kimś cu­dem jest znana.

- W ob­li­czu ta­kich in­for­ma­cji - cią­gnęła da­lej, wy­kła­da­jąc przed sie­bie otwarte dło­nie - nie­spo­dzie­wa­nych, bo prze­cież któż się może ta­kich hi­sto­rii o swoim po­cho­dze­niu spo­dzie­wać... chyba nikt? Wła­śnie! - pod­kre­śliła gło­śno, wy­cią­ga­jąc pa­lec do góry. - Z tego po­wodu mu­sia­łam tu przy­je­chać - oświad­czyła. Po czym za­le­gła ci­sza. Spoj­rze­li­śmy po so­bie, bo prawda za­czy­nała nam w gło­wach świ­tać co­raz ja­śniej.

- W dal­szym ciągu nie ro­zu­miem po­wodu przy­jazdu panny tu­taj. - Pró­bo­wał do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej mój pan.

Dziew­czyna wy­cią­gnęła z kie­szeni po­mięty ka­wa­łek ga­zety i roz­ło­żyw­szy, po­dała dok­to­rowi.

- Niech pan czyta. Pro­szę. Mnie to wszystko przez gar­dło przejść nie może - za­rze­kła się.

Dok­tor wziął ga­zetę, po­pra­wił na no­sie oku­lary i za­czął po­słusz­nie czy­tać za­kre­ślone ogło­sze­nie.

- "Dla sio­stry mo­jej, panny, lat dzie­więt­na­ście, z ła­god­nym cha­rak­te­rem, do­brze wy­cho­wa­nej, nie­brzyd­kiej, która je­dy­nie w mał­żeń­stwie wi­dzi szczę­ście swoje, po­szu­kuję męża. Pa­no­wie do lat czter­dzie­stu, do­brze sy­tu­owani niech ze­chcą prze­słać swoje oferty ze zdję­ciem i osza­co­wa­nym rocz­nym do­cho­dem na ad­res "Kur­jera Po­znań­skiego". Rzecz trak­tuje się po­waż­nie. Czas na­gli. Ano­ni­mów czy­tać nie za­mie­rzamy" - prze­czy­taw­szy, od­dał strzęp ga­zety bez słowa.

- Niech może pan coś zrobi - oświad­czyła Ol­cha, za­ci­ska­jąc piąstki.

- Ale ja się do ożenku nie szy­kuję i zdaje się, po­zo­staję poza skalą - za­śmiał się pan Hie­ro­nim do­bro­dusz­nie. - Ra­czy panna wie­dzieć, mam lat sześć­dzie­siąt.

- Ale to nie tak! - jęk­nęła, chwy­ta­jąc się za głowę. - Ja wcale swego szczę­ścia w mał­żeń­stwie nie upa­truję. Co to, to nie! Ja zro­bi­łam kurs pie­lę­gniar­ski. Chcę się uczyć. Stu­dio­wać. Chcę być, jak pan, le­ka­rzem. Lu­dzi le­czyć, ra­to­wać... - wy­mie­niała ciur­kiem co­raz bar­dziej płacz­li­wym gło­sem.

- Ro­zu­miem, szczytne pra­gnie­nia. Ale co ja mam z nimi wspól­nego?

- Bo ja się wszyst­kiego do­wie­dzia­łam - chlip­nęła gło­śno. - Pan mnie do ży­cia przy­wo­łał, to niech pan te­raz coś z moim ży­ciem zrobi! - krzyk­nęła i roz­pła­kała się mo­men­tal­nie. - Ja nie mogę tam wró­cić - za­no­siła się pła­czem. - Bo on mnie siłą za mąż wyda. Ja się za­biję, to pewne - do­dała, ocie­ra­jąc rę­ka­wem sukni le­jące się po po­licz­kach łzy.

- Ja­nie Kanty, po­zwól za mną. Panna niech tu po­czeka - za­rzą­dził dok­tor, po­da­jąc dziew­czy­nie wy­cią­gniętą z bru­sta­szy chustkę.

Gdy już zo­sta­li­śmy sami, uśmiech­nął się pod no­sem, pod­krę­ca­jąc wąsa.

- Pa­mię­tasz? - za­py­tał.

Kiw­ną­łem głową. Jakże mógł­bym tamtą noc za­po­mnieć...

- Wie­czór się zbliża, nie jest bez­piecz­nie na ulicy - stwier­dził i znowu przy­szło mi się tylko z tym zgo­dzić. - Dziwne są ko­leje losu i przy­padki ludz­kie. Wła­ści­wie można by rzec, że wła­śnie w jej spra­wie mamy dziś zwo­łane ze­bra­nie. Po­ja­wiła się więc w samą porę.

Tego do końca wtedy nie zro­zu­mia­łem, ale mój pan jak zwy­kle nie my­lił się za­nadto.

- Na­karm ją i po­łóż, pro­szę, spać. Cze­ka­łem na nią - po­wie­dział, czym mnie zdzi­wił, ale przy­tak­ną­łem z ra­do­ścią.

- Chyba do­brze też bę­dzie ją prze­ba­dać - do­dał po chwili, gła­dząc wąsa. - Pa­mię­tasz? Bóg wie, jak te akro­ba­cje do ży­cia przy­wo­łu­jące, któ­re­śmy na niej pierw­szej wy­pró­bo­wali... skut­kują na resztę ży­cia. Może ja­kie stałe wstrzą­śnie­nie mó­zgu po­zo­staje - mru­gnął jed­nym okiem, po czym za­śmiał się szcze­rze.

Ka­ro­lina nie mo­gła się sku­pić na pracy ani na ni­czym w domu. Max raz tylko się zdzi­wił, że nie ma jej do późna, czyli tak samo długo jak jego. Ale nie do­py­ty­wał się zbyt­nio. Do­my­ślała się przy­czyny. W miesz­ka­niu cią­gle było sporo nie­roz­pa­ko­wa­nych rze­czy. Miał jesz­cze wiele do prze­wier­ce­nia i przy­krę­ce­nia. Obie­cał też za­jąć się kar­ni­szami i kin­kie­tami, ale mu się nie chciało.

Bez prze­szkód więc już pra­wie co­dzien­nie cho­dziła po pracy do szpi­tala. Ja­dała po dro­dze, Max z Wik­to­rem też sto­ło­wali się gdzieś na mie­ście. Od mie­siąca ob­my­ślali logo i na­zwę firmy, aby za­wie­rały "M jak Max" i "V jak Vic­to­ria", czyli "Wik­tor na Maxa" lub coś w tym stylu. Ba­wiło ich to, a poza tym wy­da­wało im się nie­praw­do­po­dob­nie ważne. Waż­niej­sze od wszyst­kiego. A ona i tak nie znała się na tym ani na tych ich in­te­re­sach, o któ­rych mó­wili go­dzi­nami. Przy­naj­mniej miała czas dla sie­bie i dla sta­ruszki, na­wet je­śli ta nie za­wsze miała dla niej coś cie­ka­wego do po­czy­ta­nia i obej­rze­nia. Raz tylko są­siadka wy­słała Ka­ro­linę po pta­sie mleczko i sok z bu­ra­ków. Ale Ka­ro­lina nie na­rze­kała. Wie­działa, że musi cier­pli­wie cze­kać, aż znowu wy­da­rzy się coś, co przy­prawi ją o wy­pieki na twa­rzy. Tym bar­dziej że bab­cia nie chciała zdra­dzić, co się stało z tą Ol­chą i o co cho­dziło z otru­ciem.

- Wszystko w swoim cza­sie - po­wta­rzała, mru­żąc oczka i zmie­nia­jąc te­mat albo od razu wy­zna­cza­jąc jej różne za­da­nia.

Tego dnia Ka­ro­lina też już stała przy wyj­ściu z li­stą za­ku­pów w ręce, gdy Apo­lo­nia na­gle ka­zała jej się wró­cić. Dziew­czyna sta­nęła więc przy łóżku i za­sty­gła w ocze­ki­wa­niu, a bab­cia uśmie­chała się tylko i wpa­try­wała w nią, do­zu­jąc emo­cje jak w bra­zy­lij­skim se­rialu. Po czym w końcu po­woli za­częła mó­wić:

- Za lu­strem w przed­po­koju jest teczka. Wy­cią­gnij ją. Może to cię za­in­te­re­suje. Ja lu­bię ta­kie, wiesz... krwawe mę­skie hi­sto­rie.

Ka­ro­lina od razu do­stała wy­pie­ków na twa­rzy. Krwawe hi­sto­rie! W jej ży­ciu nic się nie działo, na­wet ope­ra­cji wy­rostka nie miała, na­wet man­datu ni­gdy jej nikt nie wle­pił. A tu opo­wie­ści, które prze­ży­wała, jakby miała je przed oczami. Chciała za­py­tać o coś jesz­cze, ale sta­ruszka tylko znów uśmiech­nęła się pod no­sem i za­mknęła po­wieki. Trudno było stwier­dzić, czy przy­snęła, czy w ten spo­sób za­koń­czyła au­dien­cję, jak to już czę­sto ro­biła, spraw­dza­jąc tylko po­tem jed­nym okiem, czy gość już wy­szedł.

Te­raz Ka­ro­li­nie było wszystko jedno, nie miała nic do ro­boty, próbę prze­ło­żono na ju­tro, więc jak na skrzy­dłach bie­gła do swo­jej ka­mie­nicy zer­k­nąć, co też tam jest po dru­giej stro­nie lu­stra. Mimo li­sto­pa­do­wego chłodu przez całą drogę do domu było jej go­rąco z wra­że­nia, na­wet roz­su­płała sza­lik, roz­pięła kurtkę i zsu­nęła wielką czapkę na tył głowy.

- To nie lada co! Skoro tak do­brze ukryte! Ja­kaś zbrod­nia sprzed lat.

Po­cie­szała się, że hi­sto­rie mają być mę­skie, więc nic się mło­dej stu­dentce nie sta­nie. Miała też na­dzieję, że Maxa nie bę­dzie. Wtedy mu­sia­łaby cze­kać do wie­czora albo na­wet do rana. Jęk­nęła na tę myśl. Przy­po­mniała so­bie o nim do­kład­nie wtedy, kiedy zna­la­zła się przed wej­ściem do ka­mie­nicy i spoj­rzała w roz­świe­tlone okno kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej na par­te­rze. Był to wy­soki par­ter, ale nie na tyle, by przy włą­czo­nych wie­czo­rem lam­pach nie było wi­dać, co się dzieje w środku. Zer­k­nęła bez­wied­nie, a po­tem zo­ba­czyła swo­jego męża z kie­lisz­kiem wina w ręce. Sta­nęła jak wryta. Nie wie­działa, co ma ze sobą zro­bić. Setki my­śli prze­bie­gły jej przez głowę, mię­dzy in­nymi bez­sen­sowne. Prze­cież on ni­gdy nie pił wina. Tylko piwo! I to z ja­kichś prze­dziw­nych bro­wa­rów. Ukryła się pod drze­wem. Owi­nęła się sza­li­kiem, mocno na­su­nęła czapkę na oczy i pa­trzyła.

Obok Maxa stała praw­niczka. Ka­ro­lina wi­działa ją wcze­śniej tylko raz, przy pod­pi­sy­wa­niu umowy, ubraną w sztywną gar­sonkę, w mi­ster­nie upię­tym koku, z za­cię­tym wy­ra­zem twa­rzy. Te­raz wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej. Miała na so­bie ko­szulę z roz­piętą od góry po­łową gu­zi­ków, przy­naj­mniej tak się jej wy­da­wało.

Poza tym była w szam­pań­skim na­stroju, po­kle­py­wała jej męża po ra­mie­niu i śmiała się, jakby co chwilę mó­wił coś wy­jąt­kowo śmiesz­nego. By­wał za­bawny, ow­szem, ale nie aż tak. Ka­ro­lina nie miała po­ję­cia, co mógł po­wie­dzieć, że star­sza o co naj­mniej pięt­na­ście lat ko­bieta za­śmie­wała się do łez, zgi­na­jąc się wpół. Zro­biło się jej ja­koś dziw­nie.

Nie miała po­ję­cia, jak długo tak stała, wpa­tru­jąc się w tę nie­co­dzienną scenę, ale co naj­mniej kilka li­ści spa­dło na nią z drzewa, za które się scho­wała, nim doj­rzała w oknie kan­ce­la­rii jesz­cze dru­giego męż­czy­znę. Był w roz­pię­tym gar­ni­tu­rze, rów­nie za­do­wo­lony co reszta, pod­szedł z bu­telką wina i uzu­peł­nił po­zo­sta­łej dwójce kie­liszki.

Po­czuła się głu­pio, ale też ode­tchnęła z ulgą i od­kle­iła się w końcu od drzewa. Je­den krok wy­star­czył, żeby do­strze­gła za­par­ko­wane kilka me­trów da­lej czarne audi. Miało za­pa­lone świa­tło. Zdzi­wiła się, bo wie­lo­krot­nie wcze­śniej od­no­siła wra­że­nie, że tym sa­mo­cho­dem nikt nie jeź­dzi. Te­raz na pewno za kie­row­nicą sie­dział młody męż­czy­zna z brodą. Nie miała po­ję­cia, jak długo, ale była pewna, że się jej przy­pa­try­wał. Fakt, mu­siała wy­glą­dać co naj­mniej dzi­wacz­nie. Wy­glą­dała prze­cież zza pnia i wpa­try­wała się w okna ka­mie­nicy. Mo­gła przy tym na­wet bez­wied­nie gryźć pa­znok­cie. Czę­sto tak ro­biła. Za­wsty­dzona i zła na sie­bie, opu­ściła głowę i szybko we­szła do środka.

Po dro­dze na górę za­sta­na­wiała się, jak mo­gła prze­pu­ścić przez swój mózg tyle głu­pich my­śli. Nie dziwne, że ktoś się na nią ga­pił, skoro za­cho­wy­wała się oso­bli­wie, pod­czas gdy jej mąż zwy­czaj­nie za­zna­ja­miał się z są­sia­dami. Nie tylko z są­siadką. Sama prze­cież była nie­to­wa­rzy­ska i z tru­dem na­wią­zy­wała nowe kon­takty, więc na pewno go nie do­ce­niała, a im może wy­jąt­kowo od­po­wia­dało jego po­czu­cie hu­moru. Chciała jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu i nie spo­tkać ni­kogo na klatce. Przy­sta­nęła tylko na chwilę pod drzwiami babci.

"Może zdążę wejść i wy­jąć teczkę...", po­my­ślała. Wy­jęła klucz, ale się wstrzy­mała. Zda­wało się jej, że usły­szała ja­kiś szmer ze środka, więc przy­ło­żyła ucho do drzwi, lecz nie było szans, by coś usły­szeć. Ktoś na dole wy­cho­dził z kan­ce­la­rii i nie ro­bił tego ci­cho. Roz­le­gły się grom­kie śmie­chy. Sko­rzy­stała z za­mie­sza­nia i szybko wbie­gła na górę.

Po chwili do miesz­ka­nia wszedł Max i tro­chę chwiej­nym kro­kiem ru­szył pro­sto do ła­zienki.

- Nie masz po­ję­cia, co się stało... - Przez drzwi sły­chać było lekko beł­ko­tliwy głos. - Wy­obraź so­bie, spo­tka­łem na scho­dach tych praw­ni­ków, a oni mnie za­pro­sili...

- No co ty? - zdzi­wiła się uprzej­mie.

- Tak. Wik­tor miał ra­cję. Prze­sym­pa­tyczna para. Jesz­cze bar­dziej sym­pa­tyczna, niż my­śla­łem wcze­śniej.

- To da się bar­dziej? - wy­zło­śli­wiła się pod no­sem.

- Nie­wy­klu­czone, że bę­dziemy współ­pra­co­wać... I to na więk­szą skalę.

- Wy?! - Te­raz była na­prawdę zdzi­wiona.

- A dla­czego nie? - Wy­szedł z ła­zienki, pod­szedł i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. - Mają na oku jedną po­ważną nie­ru­cho­mość, mam oce­nić, na ile im się opłaca re­mont.

- Ty?

- W ogóle mnie nie do­ce­niasz! I nie słu­chasz. Nie masz po­ję­cia, ile ja wiem. Do­brze, że Wik­tor się na mnie po­znaje. Cza­sami bar­dziej od cie­bie. - Uśmiech­nął się, ro­biąc ło­bu­zer­ską minę. Pu­ścił oko i rzu­cił się na le­żący na ziemi ma­te­rac.

- Nie ob­raź się, ale opo­wiem ci... - za­czął, jed­nak już nic nie opo­wie­dział. Za­snął z bło­gim wy­ra­zem na twa­rzy.

Przy­kryła go ko­cem. Nie było sensu go bu­dzić, w ta­kich mo­men­tach spał jak głaz.

Przez chwilę my­ślała o tym, o co to niby mo­głaby się ob­ra­zić, oraz o tym, że ostat­nio u Maxa Wik­tor po­ja­wiał się już w co dru­gim zda­niu. W końcu jed­nak mach­nęła ręką. Też go lu­biła i też lu­biła z nim roz­ma­wiać. A on za każ­dym ra­zem, kiedy u nich by­wał, pro­sił ją, by coś za­grała. I za­wsze ją chwa­lił. Parę razy przy­szedł na­wet na kon­cert chóru i twier­dził, że bar­dzo mu się po­do­bało, choć Ka­ro­lina przy­pusz­czała, że mówi to z grzecz­no­ści. Ob­sta­wiała, że wo­lałby w tym cza­sie po­dzi­wiać dłu­gie nogi ja­kiejś dziew­czyny, ewen­tu­al­nie ko­zaki na tych no­gach, je­śli były do­brej marki. Tak czy ina­czej, był dla niej miły.

Dała so­bie w końcu spo­kój z roz­my­śla­niami o przy­zwo­ito­ści. Od­cze­kała do­brą go­dzinę, krzą­ta­jąc się po miesz­ka­niu, żeby na pewno ni­kogo nie spo­tkać na klatce. Od dłuż­szego czasu była ci­sza. Ze­szła więc na dół w kap­ciach i ko­szuli. Prze­krę­ciła klucz i zna­la­zła się w środku. Lu­stro wi­siało w ko­ry­ta­rzu. Miało grubą ramę i od­sta­wało od ściany. Chwilę mo­co­wała się, aby je zdjąć z ha­czy­ków, a po­tem, by go nie upu­ścić. Sie­dem lat nie­szczę­ścia mo­gło być ni­czym w po­rów­na­niu z gnie­wem sta­ruszki. Z po­zoru za lu­strem nic nie było, tylko stara, gruba tek­tura. Za­wie­dziona, już chciała je od­wie­sić, gdy zo­ba­czyła, że za­gięte gwoź­dziki przy­trzy­mu­jące tek­turę dają się po­ru­szyć. Po­od­gi­nała kil­ka­na­ście z nich i od­chy­liła tył lu­stra.

- Aaa! - pra­wie krzyk­nęła, za­ty­ka­jąc usta. W kant ramy od tyłu wkom­po­no­wany był po­okle­jany pla­strami, stary, owi­nięty chu­s­teczką w kratę, lekko za­rdze­wiały re­wol­wer z drew­nianą okła­dziną na rę­ko­je­ści. - Broń! - zdzi­wiła się po chwili, wpa­tru­jąc się w bę­be­nek, w któ­rym wi­dać było pu­ste otwory po na­bo­jach. Uspo­ko­iła się rów­nie szybko, jak się prze­stra­szyła. Sta­roć. Ob­ró­ciła go kilka razy w ręku.

- Mam jej to za­nieść? Iść z tym przez mia­sto? Do­brze cho­ciaż, że nie ma Maxa, bo za­cząłby z nim ga­niać jak kow­boj - po­cie­szała się i za­glą­dała za ramę, cie­kawa, co tam też jesz­cze się cho­wało.

Za kar­to­nem jed­nak była już tylko duża ko­perta. Wy­jęła ją i otrze­pała z ku­rzu. Nie była za­kle­jona, więc ją otwo­rzyła. W środku zna­la­zła kilka wy­cin­ków z ga­zet. Odło­żyła na chwilę ko­pertę, cho­ciaż nie miała ochoty się z nią roz­sta­wać, po­za­gi­nała gwoź­dziki i od­wie­siła lu­stro. Do­piero wtedy zwró­ciła uwagę na kil­ka­na­ście ob­ra­zów na ścia­nach. Nie były ja­koś spe­cjal­nie cie­kawe. Więk­szość przed­sta­wiała zma­to­wiałe kwiatki. I to z ja­kichś szkol­nych po­pi­sów. Ra­czej nie miały war­to­ści. Ale co mo­gło być pod nimi? Może pod każ­dym z nich? Za­częła się roz­glą­dać po miesz­ka­niu. Pełno było po­dob­nych skry­tek. Oprócz mar­twych na­tur, ma­lo­wa­nych gru­bym pędz­lem, były też stare fo­to­gra­fie w ram­kach, kilka ma­ka­tek, dwa ścienne ze­gary. Do tego szu­flady, szu­fla­deczki, za­rdze­wiałe puszki... Roz­glą­dała się w za­chwy­cie przez do­brych kilka mi­nut, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie co może być po­cho­wane.

Do­piero po dłuż­szej chwili za­uwa­żyła, że coś jej nie pa­suje. W wielu miej­scach, na które pa­trzyła, coś było nie tak. Kilka drzwi­czek w to­a­letce było lekko nie­do­mknię­tych, na kilka mi­li­me­trów. Jedna szu­flada tro­chę bar­dziej otwarta. Może na cen­ty­metr, ale jed­nak. Po­ukła­dane ga­zety na biurku, a jed­nak tro­chę roz­rzu­cone. Roz­chy­lone też były drzwi do szafy. Mo­gły się otwo­rzyć same... Ale nie. Gdy brała z nich swe­ter, mu­siała użyć siły, aby je otwo­rzyć, i tak samo, aby je za­mknąć. Za­wiasy były opusz­czone. Skrzy­dła szo­ro­wały po de­skach. Na­wet my­ślała, że Max po­wi­nien je przy­krę­cić moc­niej... Bez­wied­nie przy­su­nęła do sie­bie le­żący obok niej re­wol­wer. Nie miała już żad­nych wąt­pli­wo­ści. Ktoś oprócz niej prze­szu­ki­wał to miesz­ka­nie!

"Ale czego szu­kał? Ta­kich pa­mią­tek jak ona? Broni? Czy cze­goś zu­peł­nie in­nego?", za­częła się za­sta­na­wiać, a po­tem się prze­ra­ziła. "A je­śli coś zgi­nęło? Ni­gdy się z tego nie wy­tłu­ma­czę!". I to prze­stra­szyło ją naj­bar­dziej.

Ka­ro­lina krę­ciła się w łóżku. Wy­da­wało jej się o dwa roz­miary za duże. Już od dawna nie lu­biła za­sy­piać sama. Max po­wie­dział, że wróci jesz­cze póź­niej niż zwy­kle. Wy­bie­rał się z Wik­to­rem na ja­kiś mecz. Za­pra­szał ją, ale nie była za­in­te­re­so­wana piłką nożną. Jak zwy­kle zresztą. Drę­czyła ją rów­nież wi­zyta w miesz­ka­niu babci. To, że ktoś tam gmera pod jej nie­obec­ność, mo­gła prze­ka­zać do­piero rano, bo na wi­zytę w szpi­talu było już za późno. Bała się też jej re­ak­cji, tym bar­dziej od­kła­dała sprawę na póź­niej. Je­dyne, co spra­wiało jej przy­jem­ność, to się­ga­nie do łu­pów, które wła­śnie zdo­była. Kilka razy wy­cią­gała i cho­wała ko­pertę. Re­wol­wer skrzęt­nie ukryła w kar­to­nie pod łóż­kiem i tam nie się­gała. Chciała się go ra­czej jak naj­szyb­ciej po­zbyć. W ko­per­cie za to oprócz wy­cin­ków ze sta­rych ga­zet było jedno od­ręczne pi­smo.

Ka­ro­lina prze­glą­dała wszyst­kie te pa­pierki. Jej uwagę przy­kuła mię­dzy in­nymi mała re­klama:

Od­na­la­zła na­wet zdję­cie ele­ganc­kiego, prze­stron­nego lo­kalu z wy­so­kimi ko­lum­nami i trzema rzę­dami sto­li­ków po­na­kry­wa­nych bia­łymi ob­ru­sami, z kwia­tami w dłu­gich wa­zo­nach. Z tego, co wy­czy­tała w in­ter­ne­cie, dziś już nie ist­nieje tamta czte­ro­pię­trowa ka­mie­nica przy Placu Wol­no­ści 17, z windą i trzy­na­stoma oknami od strony ulicy. Szkoda, bo swego czasu mu­siała być nie­zwy­kle re­pre­zen­ta­cyjna. Sie­dzibę miały tam biura mły­nów Her­manna, pla­cówka ob­rotu zie­mio­pło­dami, To­wa­rzy­stwo Han­dlowe dla Prze­my­słu Kok­sow­ni­czego, Cen­trala Oliw Mi­ne­ral­nych. Gdzieś z tyłu mie­ściły się Fa­bryka Farb, a na­wet se­kre­ta­riat Wiel­ko­pol­skiego Związku Kół Śpie­wa­czych.

Ar­ty­ku­łów do­ty­czą­cych tego, co się wy­da­rzyło w Carl­to­nie, było kilka. Wszyst­kie wy­cięte, ale duża czcionka wska­zy­wała na to, że przez ja­kiś czas mu­siały być na pierw­szych stro­nach ga­zet. Ten był naj­więk­szy:

KRWAWA TRA­GE­DIA

Wczo­raj w "Carl­to­nie" do­szło do strze­la­niny!

Wczo­raj w go­dzi­nach ran­nych w "Carl­to­nie" do­szło do strze­la­niny. Na­zwi­ska osób za­mie­sza­nych w to tra­giczne wy­da­rze­nie nie mogą jesz­cze zo­stać ujaw­nione szer­szej pu­blicz­no­ści. Prze­bieg wy­padku po­da­jemy na pod­sta­wie świa­dectw pra­cow­ni­ków wi­niarni.

Zda­niem na­ocz­nych świad­ków sprawa się miała, jak nastę­puje. Ofi­cer X przy­szedł do wi­niarni sam. Po chwili do­łą­czyli do niego dwaj kom­pani, za­cho­wu­jący się podej­rza­nie, co stwier­dził sam wła­ści­ciel lo­kalu. Po pewnym cza­sie do ich sto­lika udał się inny ofi­cer i z miejsca, wzbu­rzony, wy­cią­gnął re­wol­wer marki Na­gant. Nie wia­domo, co było źró­dłem nie­po­ro­zu­mie­nia, świadkowie sły­szeli jed­nak, jak oświad­czył on bar­dzo wy­raź­nie, że kom­pani ofi­cera X po­winni się wsty­dzić prze­by­wa­nia w jego to­wa­rzy­stwie. Wła­ści­ciel, po­dej­rze­wa­jąc, co się szy­kuje, na­tych­miast we­zwał po­li­cję, ta jed­nak przy­była za późno, by udało się za­ra­dzić kłótni. Wy­wią­zała się sza­mo­ta­nina, po któ­rej padł strzał.

Tu tekst się ury­wał.

Nic więc dziw­nego, że ów­cze­sna prasa za­in­te­re­so­wała się taką zbrod­nią!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Stary je­stem i znie­do­łęż­niały. Nie pi­szę tego, by się ża­lić i uty­ski­wać na lata, które ostat­nimi dzie­siąt­kami w ja­kimś za­mgle­niu prze­byte, jedne od dru­gich od­róż­nić się nie dają.

Nie to jest moim ce­lem. Nie o moją po­stać tu cho­dzi. Nie dla sie­bie wzrok słaby wy­tę­żam. Nie dla sie­bie rękę drę­twie­jącą zmu­szam do tego ostat­niego wy­siłku i mo­dlę się, by Bóg dał mi zre­ali­zo­wać mój za­miar i opi­sać wszystko, co za­mie­rzam. Ufam, że w ob­li­czu tego, co się wy­da­rzyło, nie prze­rwie mnie, grzesz­nemu, w pół słowa. Że po­czeka z we­zwa­niem mnie na sąd osta­teczny i po­zwoli, by ta hi­sto­ria o mi­ło­ści i śmierci wy­brzmiała do końca, wy­sta­wia­jąc świa­dec­two ży­cia wszyst­kim tu przed­sta­wio­nym.

Pro­szę je­dy­nie o wy­ro­zu­mia­łość dla pi­sma star­czego, bo nie­wy­raźne jest i co­raz bar­dziej się chwieje. Od dawna do­strze­gam, jak li­tery przeze mnie pi­sane prze­wra­cają się to na prawo, to na lewo, jakby sztorm jaki po kart­kach hu­lał, jakby kre­ślone były w ka­ju­cie ka­pi­tań­skiej, a nie na pod­da­szu Col­le­gium Me­di­cum, gdzie miesz­kać mi po­zwo­lono. Ale o tym póź­niej. Może jesz­cze zdążę.

Wy­tłu­ma­czyć się jed­nak mu­szę i prze­lać na pa­pier tę drę­czącą mnie nie­pew­ność. Może ist­nieje bo­wiem jesz­cze inna przy­czyna, dla któ­rej li­tery moje drob­nieją i sa­mo­wol­nie suną w górę, wspi­nają się jedna po dru­giej, to znów opa­dają, roz­ła­żąc się po mar­gi­ne­sach? Może daje o so­bie znać ten pa­skudny uraz głowy, który pięt­nem ułom­no­ści na­zna­czył całe moje ży­cie? Wy­po­wie­dzieć się ni­gdy nie po­zwo­lił? Tego już chyba ni­gdy nie bę­dzie mi dane się do­wie­dzieć. Nie ma już obok mnie mo­jego dro­giego dok­tora, który by mi to wy­ja­śnił. Te­raz, gdy się nad tym za­sta­na­wiam, przed mo­imi oczami staje je­dy­nie panna Adela Zy­ber­tówna, jak żywa. Ma spi­cza­sty pod­bró­dek i mę­ski dru­ciany mo­nokl na zmarsz­czo­nym no­sie. Za­mie­ram ze stra­chu, pa­trząc na swoje ko­ślawe pi­smo. Sły­szę wy­raź­nie, jak na­uczy­cielka ude­rza sprę­ży­stą li­nijką w otwartą dłoń, od­li­cza­jąc gło­śno: "raz... i... dwa..., raz... i... dwa...". Znowu je­stem chu­der­la­wym chłop­cem, który łok­ciami chce przy­sło­nić le­żący przed sobą ze­szyt do ka­li­gra­fii. Cała klasa pi­sze w rytm od­li­cza­nia. Na "raz" cią­gnie grubą kre­skę li­tery, na "i" - tę cienką, i znowu na "dwa" - tę grubą. Kulę się, udaję, że nie sły­szę. Ale ona wie, że nie je­stem głu­chy i tylko mó­wić nie po­tra­fię. Po­dej­rzewa mnie za to o upo­śle­dze­nie umy­słowe, bo choć li­tery sta­wiam krą­głe, to ręce wiecz­nie całe mam upa­prane w atra­men­to­wymi klek­sami. Ćwi­czy mnie li­nijką czę­ściej niż in­nych uczniów. Z przy­zwy­cza­je­nia wy­cią­gam trzę­sącą się dłoń o skó­rze ca­łej po­na­kra­pia­nej star­czymi pla­mami. Już wi­dzę unie­sioną li­nijkę, sły­szę świst, krzy­wię się jak dziecko... ale ból nie przy­cho­dzi. Panna Zy­ber­tówna nie żyje prze­cież z do­bre pół wieku.

Mimo to pa­mię­tam wszystko wy­raź­nie, bar­dzo wy­raź­nie. Wy­da­rze­nia same ci­sną mi się do głowy. Po­tra­fię przy­wo­łać wspo­mnie­nia z tam­tych lat z taką samą ła­two­ścią, jak spi­ry­ty­ści wy­wo­łują du­chy z za­świa­tów. Tyle że ja, w od­róż­nie­niu od nich, na­pa­trzy­łem się na to wszystko, co chcę opi­sać, i wszyst­kich tych lu­dzi po­zna­łem oso­bi­ście. Za­rę­czyć to mogę ca­łym sobą, a świad­kiem mi Bóg, któ­rego ob­li­cze wkrótce dane mi bę­dzie oglą­dać. Przy­rze­kam też uni­kać są­dów wła­snych (z wie­kiem ta obiet­nica przy­cho­dzi mi ła­twiej, bo zro­zu­mia­łem, że sę­dzią nie je­stem). Nie mnie oce­niać in­nych - na­wet tych, któ­rzy na zgubę swoją i in­nych śmierć przy­wo­łali zbyt wcze­śnie. Nie chcę się więc ani kary dla nich do­ma­gać, ani ich roz­grze­szać. Będę prze­zro­czy­sty jak szkło, które świa­tło prawdy prze­pusz­cza. Niech każdy przez nie spoj­rzy.

Rę­ko­pis ukryję, by zna­le­ziony zo­stał, do­piero gdy wo­koło za­pa­nuje spo­kój - naj­pew­niej już po mo­jej śmierci, zwa­żyw­szy na to, co się dzieje za oknem. Dla nie­do­wiar­ków do­łą­czę plik do­wo­dów, na po­twier­dze­nie tego, co na­pi­sa­łem.

Śpie­szyć się mu­szę, gdyż hi­sto­ria jest długa. Za­czyna się dawno temu, w je­de­na­stym roku pa­no­wa­nia Wil­helma II z fran­koń­skiej li­nii Ho­hen­zol­ler­nów ce­sa­rza Rze­szy Nie­miec­kiej, króla pru­skiego, mar­gra­biego Bran­den­bur­gii, bur­gra­biego No­rym­bergi, wiel­kiego księ­cia Ślą­ska, Nad­re­nii i Po­zna­nia... Zresztą ty­tuły nie są istotne w tej opo­wie­ści. Choć sam ce­sarz, a w szcze­gól­no­ści jego za­mek, ode­grają tu­taj wielką rolę.

Na ra­zie wszystko, co ważne, wy­da­rzy się na Pie­ka­rach, na pod­da­szu ka­mie­nicy pod nu­me­rem 3, w pa­miętną noc z 25 na 26 maja 1899 roku. Noc, w którą strasz­liwa bu­rza prze­to­czyła się nad Po­zna­niem. Pio­runy wa­liły je­den za dru­gim. Tak za­ja­dle cięły niebo, że ja­sno było jak za dnia. Wiatr trząsł szy­bami i rzu­cał wszyst­kim, co nie­opatrz­nie zo­sta­wiono na dwo­rze. Deszcz stru­gami lał się z nieba, a uli­cami pły­nęły rwące po­toki, po­ry­wa­jąc ze sobą wszystko to, czego wiatr unieść nie zdo­łał. Pies z ku­lawą nogą nie wy­szedł na ulicę ani żadna inna żywa du­sza przy zdro­wych zmy­słach. Tym bar­dziej dziw­nym i zło­wiesz­czym zdał się stu­kot ko­łatki u drzwi Pa­łacu Dzia­łyń­skich, gdzie za­miesz­ki­wa­łem, bę­dąc w służ­bie u jego ów­cze­snego wła­ści­ciela He­lio­dora von Świę­cic­kiego i jego żony hra­biny He­leny z Dąmb­skich.

Młody by­łem, nie­le­d­wie kilka dni wcze­śniej przy­gar­nięty i do pracy nie­zbyt jesz­cze przy­uczony. Odźwierny do drzwi wej­ścio­wych pod żad­nym po­zo­rem zbli­żać mi się nie po­zwa­lał. Bo i jak niby miał­bym za­anon­so­wać go­ścia, skoro od dzie­ciń­stwa nie po­tra­fi­łem z sie­bie głosu wy­do­być? Nie po­do­bało się sta­remu, że nie­motę przy­jęli do naj­bar­dziej oka­za­łego pa­łacu przy Sta­rym Rynku. Jed­nak nie tyle ani­mo­zje odźwier­nego są w tej opo­wie­ści istotne, ile fakt, że tego wie­czoru go nie było. Bu­rza za­stać go miała, o czym do­wie­dzia­łem się znacz­nie póź­niej, u jed­nej wdowy na Szew­skiej. Wy­my­kał się do niej, gdy na od­wie­dziny w pa­łacu było już za późno. Tym bar­dziej w taką po­godę, gdy nie na­le­żało się spo­dzie­wać go­ści. Wy­le­gi­wał się więc na jej po­tęż­nych pier­siach, pod­czas gdy ja trzą­słem się ze stra­chu przed pio­ru­nami, wzma­ga­nego co­raz bar­dziej na­tar­czy­wym stu­ka­niem do drzwi.

Nie zwia­sto­wało ono ni­czego do­brego. Ale w ży­ciu ludz­kim ni­czego nie prze­wi­dzisz... Tej nocy mu­sia­łem pa­trzeć na krew ście­ka­jącą po rę­kach, ale to odźwierny, któ­rego imie­nia już dziś nie pa­mię­tam, po­śli­znął się i skrę­cił kark, spa­da­jąc z mo­stu Chwa­li­szew­skiego, jesz­cze nim ra­nek na­stał.

Zło­rze­czy­łem, sto­jąc pod drzwiami, że na mnie tra­fiła ta nie­spo­dzie­wana wi­zyta. Ba­łem się, że może sam dia­beł stoi za drzwiami i wpusz­czę go do środka, gdy tylko prze­kręcę klucz. Ale jesz­cze bar­dziej mnie prze­ra­żało, że je­śli nie otwo­rzę, to pań­stwo we­zmą mnie za do­ku­ment­nie głu­chego i ni­jak się z tego nie wy­tłu­ma­czę. Ostroż­nie uchy­li­łem więc drzwi. Do­kład­nie w tej sa­mej chwili niebo cięła bły­ska­wica i roz­legł się grom. W zu­peł­nej ja­sno­ści zo­ba­czy­łem męż­czy­znę w czar­nym płasz­czu i cy­lin­drze. Od­sko­czy­łem prze­ra­żony, gdy ten pchnął drzwi i wszedł do środka.

- Ile mam cze­kać?! - wrza­snął od sa­mego progu, otrze­pu­jąc zmok­nięty płaszcz. - Nie znam cię. - Spoj­rzał na mnie spode łba, ścią­ga­jąc cy­lin­der. Miał długą siwą ko­zią bródkę i czoło zmarsz­czone tak, jakby cały czas po­zo­sta­wał w wiel­kim sku­pie­niu lub gnie­wie.

Prze­ra­zi­łem się.

- Dok­tor Grodzki. Pan w domu? - kon­ty­nu­ował.

Kiw­ną­łem głową i wy­cią­gną­łem rękę po mo­kry płaszcz.

- Nie czas! Coś jesz­cze mu­szę spraw­dzić. - Na­chy­lił się i za­czął grze­bać w du­żej skó­rza­nej tor­bie. - Na co cze­kasz?! Ona za­raz umrze! Po­wiedz mu tylko: eklamp­sja. No już! Co tak sto­isz?! Po­wtórz: eklamp­sja...

Ucie­kłem, nie od­wra­ca­jąc się. Na­wet gdy­bym po­tra­fił mó­wić, to nie wiem, czy bym po­wtó­rzył. Zro­zu­mia­łem je­dy­nie, że szkoda tra­cić czas na bu­dze­nie po­ko­jówki, czy też ku­chen­nej, które spały w od­dziel­nym skrzy­dle.

Ru­szy­łem wprost na po­koje, a było ich osiem z rzędu. Bie­głem po omacku jak sza­lony, otwie­ra­jąc ko­lejne drzwi. Naj­pierw bu­du­arek dla go­ści, po­tem biały sa­lon, gdzie po ciemku o mały włos nie prze­wró­ci­łem się o wielki fo­tel, da­lej po­cze­kal­nia z wiecz­nie za­sło­nię­tymi ko­ta­rami, któ­rej ba­łem się jak ognia. I wresz­cie ga­bi­net. Tam go zna­la­złem! Mój pan He­lio­dor sie­dział nad gru­bym bru­lio­nem przy ma­syw­nym biurku. W rę­kach trzy­mał no­życzki i ka­wa­łek ga­zety. Po­pa­trzył na mnie, zdej­mu­jąc z nosa bi­no­kle, po czym z po­wro­tem je za­ło­żył, po­tarł wąsa i po­krę­cił głową z nie­za­do­wo­le­niem.

- Cóż to za wia­do­mość, z którą po­sy­łają do mnie, zdaje mnie się, naj­mniej wy­mowną osobę w tym domu?

Nie po­wi­nie­nem był ru­szać sam na po­szu­ki­wa­nia dok­tora. Nie wie­dzia­łem co zro­bić, pa­dłem więc na ko­lana i zło­ży­łem ręce jak do mo­dli­twy (sporo jesz­cze czasu upły­nie, za­nim pa­niczny strach, któ­rego na­ba­wi­łem się w dzie­ciń­stwie, prze­sta­nie zwa­lać mnie z nóg). Chcia­łem ja­koś prze­pro­sić. Chcia­łem, żeby mnie nie wy­rzu­cili. Nie na tę bu­rzę. Nie w te pio­runy.

- Ja­nie Kanty, wstań! - usły­sza­łem.

Pod­nio­słem głowę i wy­ba­łu­szy­łem oczy z wra­że­nia. Wtedy jesz­cze nie by­łem przy­zwy­cza­jony, by ktoś zwra­cał się do mnie oboj­giem imion.

- Coś waż­nego się wy­da­rzyło? - za­py­tał pan, na­chy­la­jąc się nade mną.

Kiw­ną­łem głową i pod­nio­słem się z ziemi.

- Ktoś przy­szedł?

Po­twier­dzi­łem.

- Kto?

Po­ka­za­łem szybko na le­żącą obok biurka torbę le­kar­ską, a ośmie­lony jego spoj­rze­niem, do­tkną­łem jesz­cze brody i su­ną­łem pal­cami, tak jak­bym gła­dził długi, spi­cza­sty za­rost.

- Dok­tor Grodzki! - wy­krzyk­nął He­lio­dor Świę­cicki, uno­sząc ręce nad oczy­wi­sto­ścią tego od­kry­cia. - O tej po­rze? To w isto­cie musi być coś nie­zwy­kle waż­nego - mó­wił do sie­bie, już wy­cho­dząc z ga­bi­netu. W drzwiach obej­rzał się i kiw­nął na mnie ręką.

Śpiesz­nie ru­szy­łem za nim.

- Rzu­cawka. Stan ko­ma­tyczny - tłu­ma­czył bez zwłoki sto­jący przy drzwiach dok­tor.

- Przy­nie­ście ją tu­taj.

- To nie­moż­liwe. Ma drgawki od kilku go­dzin. Traci przy­tom­ność. Jest przy niej dok­tor Ka­pu­ściń­ski.

- A gdzie jest?

- Nie­da­leko, na Pie­ka­rach.

- Ro­zu­miem. Przy­nieś moją torbę. I skrzynkę, jest obok - po­wie­dział pan He­lio­dor już bez­po­śred­nio do mnie. - Za­bierz też lampę i naftę. Bóg je­den wie, co nas tam spo­tka...

Bóg w isto­cie mu­siał to wie­dzieć, bo sam prze­cież ze­słał bu­rzę nad mia­sto. Za­przę­gane do wyj­ścia ko­nie sta­wały dęba, a gdy w końcu je okieł­znano, za nic nie chciały się ru­szyć. Nie dzi­wi­łem się im - sam wo­lał­bym nie wy­ściu­biać nosa z pa­łacu. Ale na­wet gdy­bym mógł mó­wić, słowa bym nie po­wie­dział. Kar­nie po­dą­ża­łem za dok­to­rami, któ­rzy nie ma­jąc wyj­ścia, ru­szyli pie­szo w tę straszną noc. Nie było da­leko, ale wiatr wiał tak mocno, że w górę ulicy No­wej szli­śmy zgięci wpół. O roz­ło­że­niu pa­ra­sola nie było co ma­rzyć. Trzy­ma­łem go więc pod pa­chą, ra­zem z bu­telką nafty i drew­nianą skrzynką, którą ka­zano mi za­brać. Za­trzy­ma­li­śmy się tylko raz, przed ko­ścio­łem Świę­tego Mar­cina, gdzie dok­tor przy­sta­nął i prze­że­gnał się, szep­cząc. Ja też się po­mo­dli­łem. Nie mia­łem po­ję­cia, o co pro­sił dok­tor, ale ja bła­ga­łem po pro­stu o to, żeby mnie pio­run nie strze­lił. Udało się! Prze­mo­czeni, do­tar­li­śmy na róg Pie­kar i Świę­to­mar­ciń­skiej. W drzwiach ka­mie­nicy nu­mer trzy już ktoś nas wy­pa­try­wał.

- Po­ste­run­kowy Hę­ciak. - Chudy męż­czy­zna przed­sta­wił się nam, nie wy­chy­la­jąc się na­wet z bramy. Miał wąsy mod­nie ufry­zo­wane na Wil­helma II. Pięły ku oczom, jakby chciały się z nimi spo­tkać, co za­pewne wy­ma­gało tony po­mady i spa­nia z bindą, za­cze­pioną o uszy. Mimo sta­rań wąs z le­wej strony nieco opa­dał, więc po­ste­run­kowy dys­kret­nie pró­bo­wał przy­du­sić go ręką.

- Gdzie chora?

- Do sa­mej góry trzeba iść, ale czy to co po­może, to nie wiem. Bo od rana...

Ale mój pan już nie słu­chał. Ra­czej nie­zbyt li­czył się z opi­nią po­lic­maj­stra. Pod­da­sze, na które do­tar­li­śmy, było tak cia­sne, że miej­sca na pod­ło­dze star­czyło je­dy­nie dla trzech dok­to­rów. Ja sam mu­sia­łem się wgra­mo­lić na zbite z de­sek, wą­skie łóżko, chorą zaś za­sta­li­śmy le­żącą na stole po­ży­czo­nym od go­spo­dyni, jak się póź­niej oka­zało - żony po­ste­run­ko­wego. Aż dziw, że po­zwo­liła przy­nieść tu swój me­bel, bo wy­glą­dała na wy­jąt­kowo wredną babę. Miała wielki py­peć na no­sie i po srebr­nym pier­ście­niu na każ­dym z pulch­nych pal­ców. Tyle za­pa­mię­ta­łem, gdy pro­wa­dziła nas na górę, li­cząc na dar­mowy spek­takl.

- Ma ro­dzinę? Męża? - za­py­tał mój dok­tor, wcho­dząc po scho­dach.

- A ja­kiś tam jest, prze­cież brzuch jej na­dmu­chał - za­śmiała się. - Ale czy to mąż... Jak to było w pio­sence? "Taki ci to stryj, co ona jego sio­strze­nicą nie jest". Gdy­bym wcze­śniej wie­działa... "Taka ci to panna... jak ze mnie... jak ze mnie...". Jak to szło? - za­py­tała, od­wra­ca­jąc się w kie­runku dok­tora. Uśmiech­nęła się przy tym przy­mil­nie, od­sła­nia­jąc brak kilku przed­nich zę­bów.

Mój pan nie od­po­wie­dział i ku jej nie­za­do­wo­le­niu nie po­zwo­lił też wejść na pod­da­sze. Za­trza­snął ba­bie drzwi przed sa­mym no­sem.

- Po­móc chcia­łam! - wrza­snęła. - Zrób coś na ko­niec! - rzu­ciła w stronę po­ste­run­ko­wego, który w tej chwili do­czła­pał się na górę, wciąż za­jęty przy­gła­dza­niem opa­da­ją­cego wąsa.

- Ale co?

Go­spo­dyni pró­bo­wała jesz­cze do­bi­jać się do cho­rej, ale dok­tor już o niej nie my­ślał. Wi­dzia­łem to po nim. Na co dzień ten czło­wiek o życz­li­wym ob­li­czu wy­ka­zy­wał spo­kój i uprzej­mość w każ­dym mo­men­cie. Ja­sne włosy i zdo­biący twarz wąs czy­niły jego fi­zjo­no­mię jesz­cze przy­jem­niejszą, a dru­ciane bi­no­kle do­da­wały po­wagi temu nie­sta­remu, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niemu męż­czyź­nie. Po­ko­cha­łem go od pierw­szego spo­tka­nia. Ale gdyby tam, na pod­da­szu, spoj­rzał na mnie tym wzro­kiem, jaki zwykł mieć pod­czas pracy... na­tych­miast bym uciekł. W tam­tym mo­men­cie twarz mu stę­żała, czoło miał zmarsz­czone, usta za­ci­śnięte. Jesz­cze zdej­mo­wał płaszcz, a już wpa­try­wał się w le­żącą na stole ko­bietę z mak­sy­mal­nym sku­pie­niem.

- Wi­tam, dok­to­rze Ka­pu­ściń­ski. Jak długo to trwa? - za­py­tał, pod­wi­ja­jąc man­kiety bia­łej ko­szuli.

Na­chy­la­jący się nad pa­cjentką dok­tor pod­niósł głowę. Był mło­dym ciem­no­wło­sym męż­czy­zną, o drob­nej, chło­pię­cej uro­dzie. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łem, że miał przy uchu trąbkę, którą przy­sta­wiał do go­łego brzu­cha brze­mien­nej.

- Kilka go­dzin. Od go­dziny jest nie­przy­tomna. Ma na­wra­ca­jące drgawki.

- A dziecko?

- Cią­gle żyje. Silne, do­brze roz­wi­nięte - oznaj­mił, ocie­ra­jąc man­kie­tem ko­szuli spo­cone czoło.

Dok­tor Grodzki pod­szedł do ko­biety, pod­niósł jej rękę i pu­ścił. Opa­dła bez­wład­nie. Chwy­cił ją za nad­gar­stek i przy­trzy­mał, sku­biąc się przy tym drugą dło­nią po bro­dzie i pa­trząc w su­fit. Nie wie­dzia­łem wtedy, co chciał tam wy­pa­trzyć.

- Tętno szyb­kie... ale płyt­kie, le­dwo da się wy­czuć.

- Torba - za­żą­dał mój pan.

Szybko mu ją pod­su­ną­łem, po czym na­dal sto­jąc na łóżku, oświe­tli­łem lampą głowę cię­żar­nej i za­czą­łem się jej przy­glą­dać. Nie umia­łem roz­strzy­gnąć, czy mam przed sobą doj­rzałą ko­bietę, czy też mło­dziutką dziew­czynę. Jej włosy przy­po­mi­nały mo­kre strąki, a opu­chli­zna na jej czer­wo­nej i spo­co­nej twa­rzy cał­kiem wy­pa­czyła jej rysy. Le­żała bez­wład­nie w pod­wi­nię­tej, prze­po­co­nej ko­szuli na stole tak ma­łym, że nie star­czyło już miej­sca na nogi. Pod­gięte, stopy miały uło­żone na opar­ciach dwóch do­ci­śnię­tych do ściany krze­seł. Ktoś je mu­siał przy­nieść ra­zem ze sto­łem, bo na co dzień nie mo­gły tu stać. Cia­snota była tak okrutna, że je­den z dok­to­rów wciąż mu­siał się po­chy­lać. Ja też, po­nie­waż do ni­skich nie na­le­ża­łem, a do tego sta­łem na łóżku, opie­ra­łem się głową o strop i wy­krzy­wia­łem do ta­kiej po­zy­cji, że mo­głem le­żą­cej dziew­czy­nie pa­trzeć wprost w oczy. Miała je otwarte, lecz po­ka­zy­wały się w nich przede wszyst­kim białka.

- Oczo­pląs - wy­ja­śnił mój pan, roz­sze­rza­jąc jej po­wieki pal­cami i wo­dząc wzro­kiem za źre­ni­cami.

Po­tem roz­po­czął ba­da­nie tam, gdzie ja pa­trzeć już nie za­mie­rza­łem.

- Usta ma­ciczne za­mknięte - usły­sza­łem tylko, wpa­tru­jąc się w spły­wa­jący z jej szyi srebrny łań­cu­szek, na któ­rym wi­siał zgrabny, gra­we­ro­wany me­da­lio­nik. Dok­to­rzy kon­ty­nu­owali swoje con­si­lium, a ja za­wzię­cie wpa­try­wa­łem się w ara­be­skowy wzór, pró­bu­jąc ze wszyst­kich sił doj­rzeć wpi­sane weń li­tery.

- Utrzy­mu­jący się stan ko­ma­tyczny. Mamy też zbli­ża­jące się ob­jawy opu­chliny płuc­nej - stwier­dził na ko­niec mój pan, gdy po­łoż­nica za­częła jesz­cze gło­śniej rzę­zić.

Wszy­scy trzej po­pa­trzyli wza­jem na sie­bie. Na chwilę za­pa­no­wała ci­sza. Na­wet char­cze­nie na ten je­den mo­ment ustało. Aż na­gły grom roz­ciął niebo za ma­łym okien­kiem z taką siłą, że na pod­da­szu zro­biło się ja­śniej.

- Pa­no­wie - po­wie­dział po­waż­nym to­nem mój pan, He­lio­dor von Świę­cicki, prze­ry­wa­jąc pełne na­pię­cia mil­cze­nie. - W tej sy­tu­acji nie wi­dzę in­nego wyj­ścia. Stan cho­rej jest groźny. Ry­chło mo­żemy spo­dzie­wać się zej­ścia śmier­tel­nego. Mimo nie­do­god­nych wa­run­ków wska­za­nie do za­biegu ce­sar­skiego cię­cia uwa­żam za wprost nie­pod­wa­żalne.

- Zga­dzam się - przy­tak­nął dok­tor Ka­pu­ściń­ski, od­gar­nia­jąc przy­le­pione do czoła ciemne włosy.

- Ura­tu­jemy cho­ciaż dziecko - do­dał dok­tor Grodzki.

Silna drgawka na uła­mek se­kundy po­de­rwała ciało dziew­czyny.

- Wody - usły­sza­łem i z po­czątku nie zro­zu­mia­łem, że to cho­dzi o mnie. - Przy­nieś dużo go­rą­cej wody - po­wtó­rzył gło­śniej.

Już nie cze­ka­łem. Wy­sze­dłem, nie wie­dząc wszak, gdzie mam się o nią wy­sta­rać. W drzwiach mi­ną­łem go­spo­dy­nię, która przez ten czas wci­snąć zdo­łała nos ra­zem z pyp­ciem w dziurkę od klu­cza i nie za­mie­rzała opusz­czać sta­no­wi­ska.

- I co?! I co?! - do­py­ty­wała się wstrętna baba. Pulch­nymi pal­cami w srebr­nych pier­ścion­kach chwy­ciła mnie za ło­kieć i szar­pała nie­lekko.

- Nie do­py­tasz się. Znam go. To nie­mowa - uświa­do­mił ją po­ste­run­kowy.

- On?

- Tak. Nie wiem, co on u tak wiel­moż­nego pana robi! W mo­jej ro­dzi­nie wielu było słu­żą­cych i mó­wić każ­den je­den po­tra­fił!

- Też jest się czym chwa­lić - huk­nęła na niego żona, sku­pia­jąc na całe szczę­ście całą uwagę na nim.

Gdy tylko mnie pu­ściła, po­czu­łem, że znów ktoś mnie cią­gnie za man­kiet. Była to tym ra­zem sto­jąca za babą chuda ko­bieta. Mu­siała wie­dzieć, o co cho­dzi, bo za­pro­wa­dziła mnie wprost do miesz­ka­nia po­ni­żej.

- Już dwie go­dziny jak w piecu palę - oznaj­miła, wkła­da­jąc mi w jedną rękę wielką pu­stą mied­nicę, a w drugą wy­mbo­rek z go­rącą wodą.

Wró­ci­łem na pod­da­sze, mi­ja­jąc sie­dzą­cego na scho­dach mło­dego czło­wieka z po­tar­ga­nymi dłu­gimi wło­sami pra­wie do ra­mion i w roz­cheł­sta­nym ubra­niu, uszy­tym na za­gra­niczną mo­dłę. Gra­na­towe, ak­sa­mitne, z ja­sną je­dwabną apaszką, owi­niętą kilka razy wo­kół szyi. Nie pa­mię­tam, żeby wcze­śniej tam był.

- Co z nią?! - Pa­ni­czyk za­gro­dził mi drogę po­wrotną, chwy­cił obu­rącz za ko­szulę i szar­pał ją za­wzię­cie. Był blady, choć miał nie­zdrowo za­ru­mie­nione po­liczki i szkli­ste oczy. Z po­czątku po­my­śla­łem, że to z po­wodu afektu. Po cza­sie do­wie­dzia­łem się jed­nak, że śmierć już od dawna stała u jego boku, wy­cze­ku­jąc tylko na od­po­wiedni mo­ment.

- Co z nią?! - po­wtó­rzył.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami. Ani nie wie­dzia­łem, ani nie umia­łem po­wie­dzieć.

- Zo­staw go pan! - ryk­nęła wredna baba i ob­ła­pu­jąc go, od­cią­gnęła na bok. - Wcze­śniej trzeba było po­my­śleć! Le­dwo dy­cha, a się do ko­bity jesz­cze za­biera - wark­nęła, pcha­jąc go całą sobą na ścianę. Oswo­bo­dziła mnie, więc przy­zna­łem w du­chu, że tym ra­zem się przy­dała. Gdy do­tar­łem na pod­da­sze, dok­tor Grodzki prze­cie­rał watą brzuch dziew­czyny, a mój pan wła­śnie od­kła­dał skrzynkę znie­czu­la­jącą wła­snej kon­struk­cji. Mu­siał za­wczasu po­trak­to­wać cię­żarną ga­zem. Wy­cią­gnął nóż i wtedy już wie­dzia­łem, że za chwilę wy­da­rzy się coś, czego do końca ży­cia nie za­po­mnę.

- Świa­tło, jesz­cze jedno - za­ko­men­de­ro­wał.

Trzy­ma­łem więc dwie lampy naf­towe, sto­jąc na łóżku pod­da­sza w ka­mie­nicy nu­mer 3 na Pie­ka­rach, i pa­trzy­łem. Ze­mdlał­bym nie­chyb­nie, gdyby nie to, że czas ja­kiś miesz­ka­łem przy rzeźni, gdzie so­lid­nie obity, pa­trzeć mu­sia­łem, jak się zwie­rzę opra­wia. Te­raz w su­mie wy­glą­dało to po­dob­nie, je­śli się nie pa­trzyło na twarz. A nie chcia­łem już na nią pa­trzeć.

Wi­dzia­łem więc do­kład­nie, jak mój dok­tor pewną ręką kroi na­pięty brzuch. Cien­kim skal­pe­lem roz­ci­nał ciało, po­czy­na­jąc trzy palce pod most­kiem, z omi­nię­ciem pępka, aż pra­wie do sa­mego łona. Try­snęła krew, roz­chy­liły się poły skóry, od­sła­nia­jąc ga­la­re­to­waty tłuszcz. Dok­tor Grodzki wy­cie­rał ser­we­tami try­ska­jącą krew. Sto­jący z prze­ciw­nej strony dok­tor Ka­pu­ściń­ski chwy­cił wy­pły­wa­jące z wnętrz­no­ści dłu­gie, po­skrę­cane je­lita i przy­trzy­my­wał je wy­go­to­wa­nymi ga­zo­wymi ser­we­tami. Prze­sią­kła krew cie­kła mu po rę­kach i man­kie­tach ko­szuli. Nie ina­czej wy­glą­dał dok­tor Świę­cicki. Ten unu­rzał dło­nie w roz­po­ło­wio­nym brzu­chu ko­biety i roz­ci­nał ko­lejne po­włoki dłu­gimi że­la­znymi no­życz­kami. Li­try wód lały się nie tylko na pod­łogę, ale i na spodnie dok­tora, a on zda­wał się tego nie czuć. Po­tem wy­do­był na po­wierzch­nię cię­żarną ma­cicę.

- O! Ło­ży­sko ode­szło sto­sun­kowo ła­two - rzekł w końcu gło­śno. Pierw­sza wy­szła głowa dziecka, po­tem cała sina i sku­lona reszta, za nią cią­gnący się, fio­le­towy, po­skrę­cany frę­dzel, który za­raz prze­ciął dok­tor Grodzki. Kie­dyś wcze­śniej sły­sza­łem, że od­cina się pę­po­winę, ale do głowy mi nie przy­szło, że dzieje się to do­słow­nie. My­śla­łem wtedy, że dziecko za­raz za­cznie krzy­czeć, ale nie. Na­wet nie drgnęło. Po­łoż­nica z roz­cię­tym brzu­chem też le­żała jakby spo­koj­niej, rzę­żąc co­raz ci­szej.

- Spró­buję je do­ce­rać - po­wie­dział Grodzki, od­su­wa­jąc się z dziec­kiem na bok i wy­cie­ra­jąc je z ob­le­pia­ją­cej mazi.

Pa­trzy­łem na mo­jego dok­tora. Na­wle­kał je­dwabne nici na srebrne pół­ko­li­ste igły, nie od­ry­wa­jąc jed­no­cześnie wzroku od roz­war­tego brzu­cha.

- Na spo­sób Frit­scha zszyję - oznaj­mił po­zo­sta­łym dok­to­rom. - I spe­cjal­nie nie będę zwra­cał uwagi na omi­ja­nie błony do­cze­snej, jak to za­leca Sa­en­ger. Z do­brym re­zul­ta­tem zro­bi­łem tak w ze­szłym roku, przy cię­ciu ce­sar­skim z po­wodu guza.

"Boże! To nie pierw­szy raz?!", prze­bie­gło mi przez głowę i myśl ta prze­ra­ziła mnie tak bar­dzo, że mu­sia­łem ręką prze­trzeć czoło. Po­ru­szy­łem przy tym świa­tłem, ale dok­tor spoj­rzał na mnie i nic nie po­wie­dział.

Prze­nio­słem wzrok na Grodz­kiego, który trzy­mał dziecko. On rów­nież mó­wił do sie­bie.

- Me­toda Pro­chow­nika. No­winka z Ham­burga... może za­działa... - Zła­pał dziecko za nogi, głową w dół i lekko nim bu­jał. Z da­leka zda­wało mi się, że to chyba dziew­czynka. Chcia­łem wy­chy­lić się bar­dziej, ale nie mo­głem.

- Świa­tło - skar­cił mnie znowu dok­tor, tym ra­zem nie pa­trząc w moim kie­runku. - Ma­cica skur­czyła się do­brze - kon­ty­nu­ował. - Bę­dziemy zszy­wać - do­dał, na­wle­ka­jąc ko­lejną pół­okrą­głą igłę, pod­czas gdy Ka­pu­ściń­ski umie­ścił je­lita z po­wro­tem we wnę­trzu brzu­cha. Grodzki tym­cza­sem da­lej bu­jał dziec­kiem, lecz tym ra­zem jedną ręką trzy­mał je za nogi, drugą zaś za głowę, jak w ko­ły­sce.

- Tętno? - za­py­tał pan He­lio­dor, wkłu­wa­jąc się w skórę brzu­cha.

- Pełne i na­pięte.

- Do­koń­czy pan? - za­pro­po­no­wał Ka­pu­ściń­skiemu i prze­ka­zał mu igłę, po czym pod­szedł do Grodz­kiego.

- Spró­bujmy może wa­hań Schult­zego.

- Nie znam.

- Czy­ta­łem ostat­nio. Spró­bujmy - po­wtó­rzył, przej­mu­jąc sine dziecko. Ob­ró­cił je głową do góry we wciąż za­krwa­wio­nych rę­kach.

- Nie­któ­rzy mó­wią, że to do­bra me­toda. Je­śli się uda, bę­dzie o tym w ko­lej­nym nu­me­rze "No­win Le­kar­skich". Zła­pał dziecko pod pa­chy, kciu­kami przy­trzy­mał jego klatkę pier­siową, a głowę ści­snął nad­garst­kami. Pa­trzy­łem jak onie­miały na sto­ją­cego w roz­kroku dok­tora, który huś­tał tak unie­ru­cho­mio­nym dziec­kiem mię­dzy roz­sta­wio­nymi no­gami przez dłuż­szą chwilę. Na­gle tak się za­mach­nął bied­nym nie­mow­lę­ciem, że wy­ko­nało ono nie­mal salto w po­wie­trzu i o mały włos nie ude­rzyło stóp­kami w su­fit, po czym wy­lą­do­wało brzu­chem na jego ra­mie­niu.

- Nie wie­rzę, że to za­działa - wes­tchnął Grodzki.

Nie­zra­żony Świę­cicki da­lej bu­jał dziec­kiem.

- Znane są po­dobno przy­padki, że na­wet i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach dziecko oży­wało z po­zor­nej mar­twicy.

- Skoń­czy­łem - oznaj­mił z boku Ka­pu­ściń­ski. - Ale nie jest do­brze. Obrzęk płuc się zwięk­sza - do­dał i przy­sta­wił ucho do jej ust.

Za­rzę­ziła gło­śniej, a po chwili po po­liczku po­pły­nęła jej krwi­sta piana.

- Zdaje się, że twier­dze­nie dok­tora Hal­bert­smy z Utrechtu, że uwol­nie­nie ma­cicy z płodu za­wsze ko­rzyst­nie wpływa na drgawki, nie do końca jest praw­dziwe - za­uwa­żył Świę­cicki i po­now­nie za­mach­nął się dziec­kiem. Gdy nie­mowlę zna­la­zło się na jego ra­mie­niu, za­stygł. Nie­mowlę bo­wiem ci­cho za­chrzą­kało.

Śmiało mogę po­wie­dzieć, że pierw­szy je usły­sza­łem, a dok­tor mu­siał zo­ba­czyć zdzi­wie­nie w mo­ich oczach, bo od­chy­lił głowę dziecka, ono zaś za­częło char­czeć, po­tem się krztu­sić i w końcu pła­kać.

- To chyba cud akro­ba­cji - wes­tchnął dok­tor Grodzki, mię­to­ląc swoją brodę.

Mój pan po­ki­wał głową, a pod ja­snym jego wą­sem pierw­szy raz po­ja­wił się uśmiech.

Ja z ko­lei za­ci­sną­łem usta z ca­łej siły, żeby nie wy­dać z sie­bie żad­nych dźwię­ków, które w moim wy­ko­na­niu mo­gły być tylko bez­ład­nymi ję­kami. Dziew­czynka za to krzy­czała gło­śno. Pierw­sza na pod­da­sze wpa­dła chuda ko­bieta. Wi­docz­nie miała naj­wię­cej do­świad­cze­nia z dziećmi, bo szybko wzięła małą na ręce i za­wi­nęła w chu­stę. Chwilę po­tem na pod­da­szu zna­lazł się też blady mło­dzie­niec, który od razu pod­szedł do nie­przy­tom­nej. Głowę we­tknęła też baba z pyp­ciem, a za­raz za nią po­ste­run­kowy Hę­ciak z cał­kiem opa­dłym wą­sem i zdało się mnie, że na­wet łzę z oka ob­tarł.

Mi­nęło kilka chwil. Grodzki pod­szedł do dziew­czyny i do­tknął jej brzu­cha.

- Cóż, mo­żemy śmiało po­wie­dzieć, że ma­cica skur­czyła się wspa­niale. Ope­ra­cja prze­bie­gła w do­skonałym cza­sie, zdaje się, że za­jęło to mniej niż pół go­dziny. We­dług mo­ich ob­li­czeń to ósme w Eu­ro­pie ce­sar­skie cię­cie z po­wodu eklamp­sji... Nie­stety, po­stę­pu­jące oedema pul­mo­num...

- Prze­nie­śmy ją na łóżko - za­de­cy­do­wał dok­tor Świę­cicki. Pod­szedł do mi­ski z wodą i umył ręce.

- Prze­żyje? - za­py­tał nie­pew­nym gło­sem mło­dzian.

- Ra­czej nie.

Chło­pak ukląkł przy po­łoż­nicy i przy­ty­ka­jąc swój po­li­czek do bla­dego jej czoła, drżą­cymi pal­cami gła­dził nie­ru­chome ra­mię. Tym­cza­sem dok­tor Ka­pu­ściń­ski, który trzy­mał ją za nad­gar­stek, po­krę­cił głową.

- Prze­cież ona nie żyje! - wy­krzyk­nął młody czło­wiek. Wstał. Oczy jego stały się bar­dziej szkli­ste, skóra bled­sza, na czole zaś per­lił się pot i struż­kami spły­wał po skro­niach. - Zo­staw­cie mnie wszy­scy w spo­koju! W spo­koju! Nic już nie ma! - Roz­cza­pie­rzył chude palce przed sobą i ru­szył w kie­runku wyj­ścia.

- Po­cho­wać ją trzeba! - wrza­snęła za nim baba.

- Pa­piery spi­sać - do­rzu­cił po­ste­run­kowy.

- Niech się pan za­trzyma! - za­żą­dał sta­now­czym to­nem mój dok­tor.

- A, po­cho­wać...? Nie chcę... Zrób­cie to! - od­rzekł mło­dzie­niec już spo­koj­niej, po czym wło­żył rękę do kie­szeni i wy­rzu­cił z niej garść mo­net.

Pie­nią­dze po­ku­lały się po pod­ło­dze. Świa­tła było mało, ale każdy, jak stał, wi­dział, że ozło­ciły drew­nianą pod­łogę. Wszy­scy za­mil­kli­śmy na chwilę, wy­trzesz­cza­jąc oczy. Je­dy­nie mój pan kiw­nął na mnie głową, więc pa­dłem na ko­lana, by po­zbie­rać mo­nety. "Ze trzy ka­mie­nice można by za to ku­pić", po­my­śla­łem.

- Wszystko nie­ważne! Nic już nie ma! - po­wta­rzał mło­dzie­niec jak obłą­kany.

- Dziecko jest pań­skie. - Mój pan wska­zał na za­wi­niątko, które trzy­mała ko­bieta. - Pań­ska córka.

- A, to... - Chło­pak po­pa­trzył nie­przy­tom­nym wzro­kiem. - Ach tak... - Pod­szedł do chu­dej ko­biety i wziął od niej dziecko, na które na­wet nie spoj­rzał. - Przy­rze­ka­łem jej - burk­nął pod no­sem.

- Do­kąd pan je za­biera?

- Do jej brata.

- Gdzie to?

- Se­dan, chyba.

- Aha, Strze­szyn. A do­kład­nie gdzie?

- Jest le­śni­kiem. Gdzieś pod ol­szyną ma dom...

- Ol­chy, tak? - za­py­tał spo­koj­nie dok­tor, pod­cho­dząc do chło­paka. - Zdrowe drzewa. Niech mi pan ją jesz­cze po­każe - po­pro­sił, wy­cią­ga­jąc ręce po dziecko. - Zdaje się, jedną piękną, zdrową ol­chę już pan tu ma.

Młody czło­wiek pa­trzył na niego bez­ro­zum­nym wzro­kiem.

- Pro­szę mi ją dać. Obie­cuję, ju­tro udo­stęp­nię panu po­wóz. Za­wie­zie pana pod wska­zany ad­res. Te­raz jest noc... Bu­rza nie ode­szła da­leko... - Ła­god­ność w gło­sie za­dzia­łała.

Mło­dzie­niec po­ło­żył za­wi­niątko na ręce mo­jego pana, a ten prze­ka­zał je na­tych­miast ko­bie­cie.

- Trzeba ją na­kar­mić - przy­ka­zał.

Ko­bieta kiw­nęła głową.

- A i pana trzeba by prze­ba­dać...

- Mnie już nic nie po­może - od­rzekł chło­pak i za­czął kasz­leć tak mocno, że w końcu zmę­czony, osu­nął się po ścia­nie.

- Dziś dam panu kro­ple, a ju­tro się pa­nem zajmę. Zgoda?

Mło­dzian sie­dział pod ścianą z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Trząsł się.

Na­za­jutrz dok­tor po­noć go prze­ba­dał. Rów­nież pie­nią­dze po­gu­bione wrę­czył i długo z nim roz­ma­wiał, a po­tem pod­sta­wił obie­cany po­wóz. Ale ja, choć do­sko­nale mło­dzieńca za­pa­mię­ta­łem, ni­gdy wię­cej już go nie zo­ba­czy­łem. Cóż, śmierć ła­koma, która dziew­czę jesz­cze młode za­brała, po­chy­lała się też nad nim. Wia­domo, ona za­wsze pa­rami lu­dzi do grobu pę­dzi. Ha! Wy­dar­łaby i nie­mowlę, ale mój pan do ży­cia je przy­wo­łał. I dla­tego dane mi było jesz­cze zo­ba­czyć tę istotę, na­ro­dzoną owej burz­li­wej ma­jo­wej nocy.

- "A Wil­hel­mek my­ślał, że mu bę­dziem słu­żyć...". A Wil­hel­mek?! Co to jest? - Ka­ro­lina Ro­sada otwo­rzyła za­spane oczy, zdzi­wiona, że nu­ciła przez sen. - Aaa... - ziew­nęła mocno i do­śpie­wała, zwle­ka­jąc się z ma­te­raca roz­ło­żo­nego na pod­ło­dze. - "Pój­dziemy na Ber­lin, pój­dziemy na Ber­lin, aż się bę­dzie ku­rzyć. Ku­rzyć" - do­dała pod no­sem, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

Na pod­ło­dze wciąż stały mniej­sze i więk­sze nie­roz­pa­ko­wane kar­tony, które ze­brały cały kurz z cięża­rówki ba­ga­żo­wej i wszyst­kiego in­nego, co spo­tkały na swo­jej dro­dze pod­czas prze­pro­wadzki. Trwała ona kilka dni, wczo­raj do­piero wnie­śli ostat­nie sprzęty. Max zdał stare klu­cze i tym sa­mym osta­tecz­nie wpro­wa­dzili się na trze­cie pię­tro ka­mie­nicy przy Mic­kie­wi­cza. Prze­piękne, prze­stronne miesz­ka­nie. Cztery duże po­koje, je­den więk­szy od dru­giego, wszyst­kie wy­so­kie, w sa­lo­nie okna od ziemi pra­wie do su­fitu, za nimi po­tężne drzewa. Nie my­ślała, że bę­dzie ich stać na wy­na­jem cze­goś ta­kiego przez na­stęp­nych dzie­sięć lat, co naj­mniej! A tu taka nie­spo­dzianka. Mąż Max spi­sał się do­sko­nale, co zdą­żył pod­kre­ślić już mi­ni­mum ze sto razy.

- Wo­jenko, wo­jenko - nu­ciło się jej da­lej, bo też wszystko do­okoła rze­czy­wi­ście wy­glą­dało jak kra­jo­braz po bi­twie. Ale na do­brze wy­sprzą­ta­nym polu bi­tew­nym! Mu­siała to przy­znać. Kurz może jesz­cze się uno­sił, ale tylko ze świeżo wnie­sio­nych rze­czy. W sa­mych wnę­trzach za­stała od­ma­lo­wane ściany i wy­cy­kli­no­waną pod­łogę. Tego też się nie spo­dzie­wała. Max miał ten­den­cję do sprzą­ta­nia je­dy­nie ry­neczku, na­pra­wia­nia rze­czy wi­docz­nych i ma­lo­wa­nia ścian wo­kół re­gału, bez od­su­wa­nia me­bli, je­śli go nie pil­no­wała. A nie pil­no­wała, po­nie­waż na­wet nie wie­działa, że będą się prze­pro­wa­dzać. Gnieź­dzili się wcze­śniej w cia­snej klitce, ale i tak za­miana miesz­ka­nia na lep­sze po­zo­sta­wała w sfe­rze ma­rzeń. Max za­jął się re­mon­tem gdzieś na zle­ce­nie i po­in­for­mo­wał ją na­wet, że za­mie­rza się re­mon­tami za­jąć na po­waż­nie. Ale nie za­in­te­re­so­wała się tym zbyt­nio, bo w jego przy­padku po­ważne plany na­le­żało oce­niać na ja­kieś góra trzy, cztery mie­siące. Poza tym miała to być spółka z Wik­to­rem. Wik­tora lu­biła, ale on rów­nież nie był ty­ta­nem pracy. Tak czy ina­czej, po­chwa­liła zdaw­kowo ich plany i nie za­mie­rzała się wtrą­cać. Tym bar­dziej że z po­czątku Max wra­cał do domu po­de­ner­wo­wany. Jak twier­dził, wy­ma­ga­nia zle­ce­nio­daw­ców były duże, ter­miny na­pięte, a nowy sa­mo­chód Wik­tora, czyli stare BMW, co drugi dzień trzeba było ho­lo­wać. Z cza­sem jed­nak mu­siało iść mu co­raz le­piej, bo przy­cho­dził we­sel­szy i ze szcze­gó­łami opo­wia­dał o cy­kli­no­wa­niu. Słu­chała go jed­nym uchem i przy­ta­ki­wała.

- Ach, tak - mruk­nęła też bez głęb­szego za­sta­no­wie­nia, gdy za­ko­mu­ni­ko­wał jej ra­do­śnie, że wła­śnie wy­re­mon­to­wał im więk­sze i ład­niej­sze gniazdko.

- Nie cie­szysz się? - za­py­tał pod­ła­many.

Już chwilę póź­niej ska­kała z ra­do­ści, gdy się oka­zało, że ro­bota Maxa na tyle spodo­bała się wła­ści­cie­lom miesz­ka­nia, że pierw­szemu za­pro­po­no­wali mu wy­na­jem.

- Max, czyli wszystko na maksa! - wy­krzy­czał jej, dumny z sie­bie, wpro­wa­dza­jąc ją na po­koje.

Roz­glą­dała się przez do­brą go­dzinę, nie mo­gąc w to wszystko uwie­rzyć. Za cenę, którą usta­lili, na mie­ście mo­gli mieć co naj­wy­żej po­łowę tego me­trażu. Albo wy­na­jąć lo­kum nie wia­domo gdzie. A nie w cen­trum, na Je­ży­cach! A poza tym ściany były po­ma­lo­wane od góry do dołu, a pod­łoga czy­sta i świeżo wy­cy­kli­no­wana. Ka­ro­lina wciąż wy­czu­wała ten che­miczny za­pach, który trudno było wy­wie­trzyć.

- Wo­jenko, wo­jenko - nu­ciła więc pod no­sem, przy­my­ka­jąc piękne drew­niane okno. Już jej nie dzi­wiło, że jest, gdzie jest, i że jest taka za­do­wo­lona. Ani też to, że wstała z po­wstań­czą pio­senką na ustach.

Przy­po­mniała so­bie. Próba chóru skoń­czyła się wy­jąt­kowo późno. Z po­wodu tej prze­pro­wadzki nie po­winna w ogóle na nią iść, ale li­sto­pad miał się lada mo­ment za­cząć, a wraz z nim huczne ob­chody stu­leci prze­róż­nych. Stu­le­cie od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, stu­le­cie po­wsta­nia wiel­ko­pol­skiego, wkrótce stu­le­cie uczelni i nie wia­domo czego jesz­cze. Chór uni­wer­sy­tecki miał uświet­niać to wszystko ra­zem i z osobna, więc prób było wię­cej i prze­cią­gały się do późna.

Max od dawna mó­wił, żeby dała so­bie z tym spo­kój. Stu­dia prze­cież skoń­czyła już parę lat temu. Ale co z tego! Cią­gle jesz­cze nie mo­gła się z tym chó­rem roz­stać, za dużo wspo­mnień, za do­bry czas. Do tego rok był szcze­gólny. Poza tym pra­co­wała w uni­wer­sy­tec­kim ar­chi­wum, więc wciąż była zwią­zana z uczel­nią, choć te­raz nie było to już tak za­bawne jak daw­niej.

- ...có­żeś ty za pani... - śpie­wała da­lej w dro­dze do ła­zienki. Po mał­żonku zo­stał tylko mo­kry ręcz­nik, no i od­bite ze ściany płytki, bo tego nie zdą­żył po­pra­wić. Tak samo jak wnęki na końcu ko­ry­ta­rza, za­bu­do­wa­nej do po­łowy. Osta­tecz­nie po­sta­no­wił jej nie koń­czyć, tylko za­dzia­łać w swoim stylu i za­mó­wić szafę, która bę­dzie tam ide­al­nie pa­so­wała. Szaf ni­gdy nie za wiele, więc Ka­ro­li­nie było to na rękę. Go­rzej z gla­zurą w ła­zience, za­le­ga­jącą w pacz­kach na pod­ło­dze. "Tak. Te­raz już się nie do­cze­kam", wie­działa, że w przy­padku jej męża rzecz raz odło­żona na po­tem da­lej już od­kłada się sama.

W domu już go nie było. Mu­siał wyjść znacz­nie wcze­śniej. Kie­dyś spał do późna, ale te­raz Wik­tor sku­tecz­nie zmu­szał go do wcze­snego wsta­wa­nia. Tak po­dej­rze­wała i tym ra­zem. Miała ra­cję. Na ku­chen­nym bla­cie le­żała spora kartka z dość zgrab­nym ry­sun­kiem ma­łego auta, wiel­kim zna­kiem do­da­wa­nia i pę­katą sa­kiewką ozna­czoną do­la­rem. Po­wy­żej wid­niało kilka ser­du­szek. Ręczny do­pi­sek gło­sił: "Ko­cha­nie, po­je­cha­łem za­ra­biać".

- Przy­szło nowe - skwi­to­wała pod no­sem, pa­trząc na sza­rugę za oknem. Mia­rowo ko­ły­sały się gołe ga­łę­zie drzewa, z któ­rego ostat­nie li­ście opa­dały na czarny, ele­gancki sa­mo­chód za­par­ko­wany na chod­niku. - Te­raz tak za­cznę to śpie­wać: "For­tuno, for­tuno có­żeś ty za pani, że za tobą lecą, że za tobą lecą chłopcy ma­lo­wani...". No tak, te­raz będę miała to w gło­wie przez cały dzień - stwier­dziła, wy­cią­ga­jąc z kar­tonu naj­mniej po­gnie­cione ubra­nia.

Nie my­liła się. Jesz­cze gdy za­my­kała drzwi do miesz­ka­nia, nu­ciła ko­lejną zwrotkę, prze­ro­bioną na wła­sny uży­tek.

- "For­tuno, for­tuno, co za moc jest w to­bie? Kogo ty po­ko­chasz, kogo ty po­ko­chasz, w zim­nym leży gro­bie". - Rany, co ja śpie­wam! - Stuk­nęła się pal­cem w głowę i za­trzy­mała na pół­pię­trze.

Jej uwagę przy­kuły wiel­kie, drew­niane, ob­dra­pane drzwi. Były nie­do­mknięte. Scho­dziła da­lej, ale co­raz wol­niej, mocno wy­krę­ca­jąc głowę. W końcu się za­trzy­mała.

Miesz­kali tu od wczo­raj, ni­kogo jesz­cze nie spo­tkała. Od praw­ni­ków z kan­ce­la­rii na dole, któ­rzy za­rzą­dzali tą nie­ru­cho­mo­ścią, wie­działa tylko tyle, że pod nimi mieszka przy­głu­cha bab­cia. Naj­waż­niej­szą in­for­ma­cją było więc to, że nie mu­sieli się za­cho­wy­wać prze­sad­nie ci­cho. Co było im na rękę, bo na swoje dru­gie pię­tro wtar­gali pia­nino. Max cie­szył się też jak dziecko, że bę­dzie grał na swo­jej uko­cha­nej gi­ta­rze aku­stycz­nej, a za chwilę kupi so­bie jesz­cze elek­tryczną i dwa piece. Jed­nym sło­wem mo­gli ha­ła­so­wać, a ko­bie­cina z dołu miała nic nie sły­szeć. Jak na iro­nię wła­śnie to te­raz sta­no­wiło pro­blem, bo Ka­ro­lina nie wie­działa, co zro­bić. Pa­trzyła i pa­trzyła, a drzwi po­zo­stawały nie­do­mknięte. Nie wie­działa, czy ma krzyk­nąć coś z progu, czy od razu wejść.

Po­de­szła bli­żej i nad­sta­wiła ucha. Ci­sza. Za­pu­kała gło­śno. Ci­sza. Spe­szona, ze­szła kilka scho­dów, ale wró­ciła. Oparta o fu­trynę, za­sta­na­wiała się, czy nie naj­pro­ściej by­łoby je po pro­stu do­mknąć i odejść. Ale je­śli ktoś po­trze­bo­wał po­mocy?

- Dzień do­bry! - krzyk­nęła przez szparę. Tak jak się spo­dzie­wała, nikt nie od­po­wie­dział. Przez taką wą­ską szcze­linę sama mo­głaby nie do­sły­szeć. Lekko więc pchnęła drzwi. Cięż­kie za­wiasy za­skrzy­piały tak, że sama się prze­stra­szyła

- Halo! Dzień do­bry! - po­no­wiła próbę po chwili. Po­tem jesz­cze raz. Ci­sza. - Daj so­bie spo­kój - burk­nęła pod no­sem - ktoś w końcu za­re­aguje. - Za­częła scho­dzić na dół. - A je­śli nikt? - We­szła z po­wro­tem i za­pu­kała naj­gło­śniej, jak się da. - Halo! Ma pani nie­za­mknięte drzwi! - krzy­czała wręcz, wcho­dząc do środka. - Jest tu kto?

Nikt jej nie od­po­wie­dział. Zo­sta­wiła za sobą sze­roko otwarte wej­ście. Wą­skim ko­ry­ta­rzem prze­szła do środka. W po­koju pa­no­wały za­duch i pół­mrok. Nie z po­wodu mar­nej je­sien­nej po­gody, ale gru­bych we­lu­ro­wych ko­tar, szczel­nie za­sła­nia­ją­cych wy­so­kie okna. Ka­ro­lina stą­pała po­woli po skrzy­pią­cej pod­ło­dze i miała wra­że­nie, że od­dy­cha ku­rzem na­nie­sio­nym tu przez po­przed­nie po­ko­le­nia.

- Halo - po­wta­rzała, roz­glą­da­jąc się.

Na­tra­fiła na stare za­śnie­działe lu­stro i szybko przy­gła­dziła po­wy­krę­cane we wszyst­kie strony krót­kie brą­zowe włosy. Zro­biła to od­ru­chowo, jakby chciała wy­glą­dać grzecz­niej, skoro już we­szła nie­pro­szona do cu­dzego miesz­ka­nia.

- Dzień do­bry! - krzyk­nęła, prze­cho­dząc do sa­lonu. - A to co? - za­py­tała na­gle sama sie­bie.

Pa­trzyła na wiel­kie drew­niane śmi­gło. Wi­siało na ścia­nie mię­dzy pół­kami, na któ­rych stały lor­netki i le­żały ja­kieś go­gle i inne sta­ro­cia. Po­de­szłaby bli­żej, ale w sa­lo­nie nie było ni­kogo. Nie chciała więc po nim cho­dzić. Je­dyne, co sto­jąc w progu, mo­gła wy­raź­nie zo­ba­czyć, to duże, opra­wione w ramy, czarno-białe zdję­cia. Na jed­nym z naj­więk­szych na tle dwu­pła­towca stała ko­bieta w stroju lot­nika.

- Ach tak - po­wie­działa do sie­bie Ka­ro­lina, jakby coś od­ga­dła, choć nie do końca wie­działa co. - Jest tu kto?! - za­wo­łała znowu, za­glą­da­jąc do kuchni. Ni­kogo nie było ani tam, ani w są­sia­du­ją­cej z kuch­nią ma­łej sy­pialni z wą­skim łóż­kiem i wielką koł­drą. Chwy­ciła ją w dwa palce z lek­kim obrzy­dze­niem i od­chy­liła po­woli. Bar­dzo nie chciała tam ni­czego zna­leźć. Na szczę­ście pod pier­na­tami ni­kogo nie było. Ode­tchnęła, ale co­fa­jąc się, za­cze­piła stopą o bam­bosz z żół­tym pom­po­nem. Prze­stra­szyła się i od­sko­czyła, pisz­cząc i ma­cha­jąc rę­kami.

- Rany, nie! Wy­cho­dzę - po­sta­no­wiła.

I pra­wie by wy­szła, gdyby w ostat­niej chwili nie do­strze­gła jesz­cze jed­nych drzwi w ko­ry­ta­rzu. Otwo­rzyła je. W ciem­no­ści wi­dać było tylko że­liwną wannę. Za­pa­liła świa­tło. Naj­pierw na ran­cie wanny zo­ba­czyła ja­kieś bru­natne plamy, ale gdy zro­biła krok, uj­rzała... ją. Krzyk­nęła i znie­ru­cho­miała. Na po­sadzce mię­dzy wanną a se­de­sem le­żała sta­ruszka. Nie­dziwne, że Ka­ro­lina nie doj­rzała jej od razu. Ko­bieta le­żała bez ru­chu na wie­ko­wej nie­bie­skiej te­ra­ko­cie i wy­glą­dała jak po­marsz­czone chu­chro. Jak dziecko, które za szybko prze­nio­sło się w cza­sie. Cią­gle miało na so­bie za duże włócz­kowe skar­pety i za sze­roką fla­ne­lową ko­szulę. I bar­dzo nie­wiele wło­sów na gło­wie. Do­piero gdy Ka­ro­lina na­chy­liła się nad star­szą pa­nią, do­strze­gła, że na czole miała ona roz­ciętą skórę, wo­kół któ­rej za­krze­pła już krew.

- Ożeż! Co ja te­raz mam zro­bić? Prze­wró­ciła się, biedna. Pro­szę pani? - Lekko dźgnęła ją pal­cem.

"A je­śli do­ty­kam trupa?", po­my­ślała i od­sko­czyła.

"A je­śli jest tru­pem, to jak zo­sta­wiła otwarte drzwi?". Zmar­twiała. "Może wcze­śniej? Za­nim się prze­wró­ciła", po­cie­szała się, roz­glą­da­jąc do­okoła. "Mu­szę za­dzwo­nić po po­go­to­wie. Ale co po­wiem? Żyje? Nie żyje?". Jej wzrok padł na umy­walkę i le­żące na niej małe pod­ręczne lu­sterko. Gdzieś na fil­mie zo­ba­czyła, że po­winno za­pa­ro­wać od cie­pła od­de­chu, przy­ło­żyła je więc do na wpół otwar­tych ust sta­ruszki. Od­cze­kała, ale nic na nim nie zo­ba­czyła. Przy­sta­wiła bli­żej. Nic. Wy­jęła z kie­szeni ko­mórkę i trzę­są­cymi się pal­cami wy­brała nu­mer. Gdy tylko usły­szała sy­gnał ocze­ki­wa­nia na po­łą­cze­nie, na ziemi przed nią roz­legł się coś jakby char­kot.

- Po­go­to­wie ra­tun­kowe, słu­cham.

- Ona się ru­sza! - wrza­snęła do słu­chawki na cały głos.

A po­tem zo­ba­czyła, jak le­żąca na ziemi stara, pra­wie łysa ko­bieta otwiera jedno oko.

- Nie wie­rzę! Prze­nio­słaś ją na łóżko? Sama? - Ma­xy­mi­lian Ro­sada z uzna­niem po­ki­wał głową. - Szkoda, że pia­nina nie wnio­słaś. Że o tych pu­dłach nie wspo­mnę. - Po­ka­zał na roz­sta­wione po ca­łej kuchni kar­tony, któ­rych nie opła­cało się roz­pa­ko­wy­wać, bo szafki nie były jesz­cze po­przy­krę­cane. - Po­pro­siła cię?

- Prze­cież ona wa­żyła ze trzy­dzie­ści kilo, nie wię­cej - tłu­ma­czyła mu żona, na­kła­da­jąc pie­rogi na pla­sti­kowy ta­lerz. - I nie po­pro­siła, tylko za­żądała - do­dała, za­pa­la­jąc świeczkę, bo ża­rówka, wi­sząca smęt­nie na dru­cie do­kład­nie nad sto­łem, wła­śnie się prze­pa­liła.

- Jak za­żą­dała?

- Jesz­cze ka­zała mi po­dać ubra­nie z szafy. Po­dobno nie wia­domo, kogo się spo­tka w dro­dze do szpi­tala.

- Coś po­dob­nego! A ile ona ma lat?

- Ze sto chyba. Nie wiem, nie zdą­ży­łam za­py­tać. Znowu ze­mdlała albo za­snęła, za­nim przy­je­chało po­go­to­wie. Sa­ni­ta­riusz po­wie­dział, że mo­gła cał­kiem mocno ude­rzyć się w głowę, skoro ją so­bie roz­cięła. Wiesz, że chyba była pi­lo­tem?

- Co ty nie po­wiesz?

- A na pewno w sza­fie ma czapkę pi­lotkę, jesz­cze sprzed wojny.

- Cie­kawe któ­rej... - za­żar­to­wał Max.

- Ju­tro się do­wiem.

- A skąd?

- Pójdę do tego szpi­tala i od­dam jej klucz.

- Jaki klucz? - za­py­tał, ob­li­zu­jąc się po skoń­czo­nym po­siłku.

- Wzię­łam z jej miesz­ka­nia, za­mknę­łam drzwi... Co mia­łam zro­bić? Ona była pra­wie nie­przy­tomna. Zo­sta­wię kartkę w drzwiach. Może przy­cho­dzi ktoś z ro­dziny albo cho­ciaż z opieki. Ktoś, kto robi jej za­kupy - gdy­bała. - Może zna jej ro­dzinę?

- Zda­jesz so­bie sprawę, że jej wnuki mo­gły już dawno umrzeć ze sta­ro­ści. A Ka­cho­niów z par­teru py­ta­łaś, tych ad­wo­ka­tów? Prze­cież oni będą wie­dzieć.

Ka­ro­lina zda­wała so­bie sprawę, że do nich pierw­szych po­winna zajść. To oni jako kan­ce­la­ria prawna w imie­niu ja­kie­goś wła­ści­ciela, do któ­rego na­le­żało kilka ka­mie­nic, zle­cili Ma­xowi re­mont, a po­tem pod­pi­sali umowę wy­najmu. Mu­sieli wszyst­kich znać. Tego była pewna, ale w prze­ci­wień­stwie do męża ja­koś nie za­pa­łała do nich sym­pa­tią. Szcze­gól­nie do ko­biety, która wy­dała się jej prze­sad­nie za­sad­ni­cza i pa­trzyła na nią z góry. Tak czy ina­czej, po pracy na­wet przy­sta­nęła przy ich drzwiach, przy­ło­żyła pa­lec do dzwonka, ale nie za­dzwo­niła.

- Chyba ich nie było - skła­mała.

- To po­dejdę do nich ju­tro. A te­raz... - za­wie­sił głos i wrzu­cił pla­sti­kowe tacki do ku­bła ze śmie­ciami sto­ją­cego na środku kuchni - chodźmy zo­ba­czyć, co tam u babci są za skarby.

- Chyba zwa­rio­wa­łeś!

- No, chodź! Prze­cież nic nie weź­miemy. Za­po­znamy się... Zo­ba­czymy, gdzie są piony i jak usta­wić łóżko w sy­pialni, żeby jej nie bu­dzić.

- Jest przy­głu­cha. - Ka­ro­lina się wzdry­gnęła. - A poza tym śpimy na ma­te­racu! Le­żą­cym na ziemi!

- Nie pa­ni­kuj. Jak się bo­isz, to sam pójdę. Spraw­dzę, jak idą in­sta­la­cje, i tyle. Sama mó­wi­łaś, żeby prze­nieść zlew.

- Ale na ra­zie nie chcę - wy­co­fała się szybko z po­my­słu.

Ka­ro­lina nie pa­ni­ko­wała, ale też nie miała za­ufa­nia do po­my­słów męża. Po­ślu­biła go nie­dawno, lecz znała już do­brych dzie­sięć lat. Miał w so­bie ty­leż na­iw­no­ści, co szczę­ścia, które nie raz już ra­to­wało go opre­sji i po­zwa­lało mu pa­trzeć na ży­cie bez lęku. W prze­ci­wień­stwie do niej. Ona trak­to­wała świat i lu­dzi ze znacz­nie więk­szą po­wagą i dy­stan­sem. To mię­dzy in­nymi dla­tego Max urzekł ją za­równo chło­pię­cym wy­glą­dem, jak i ze­sta­wem ko­szu­lek z bo­ha­te­rami Mup­pet Show. Po tro­sze też en­tu­zja­zmem, któ­rego jej bra­ko­wało, i par­ciem do przodu, któ­rego nie miała w ogóle. Za­wsze usta­wiała się nieco z boku. W końcu śpie­wała al­tem, a nie so­pra­nem.

- Tylko piony, gdzie woda idzie i ta­kie tam - tłu­ma­czył Max, prze­wią­zu­jąc gumką ja­sne włosy, się­ga­jące mu do ra­mion. - To ważne, że­bym się gdzieś przy­pad­kiem nie prze­bił. No, chodź! - za­chę­cał radośnie, ki­wa­jąc ręką już w otwar­tych drzwiach.

Ka­ro­lina wstała z wielką nie­chę­cią. Mo­głaby się bro­nić dłu­żej, ale nie miała siły. Za­raz usły­sza­łaby całą ty­radę na te­mat sto­sunku do świata, któ­rego nie na­leży brać tak se­rio. Do­brej ener­gii i pro­jek­to­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Max mógł o tym mó­wić go­dzi­nami. Wła­śnie udało mu się w ciągu dwóch mie­sięcy ku­pić, wy­re­mon­to­wać i sprze­dać z zy­skiem pewne małe miesz­ka­nie. Ona była prze­ciwna temu za­ku­powi, mno­żyła trud­no­ści, ale jak się oka­zało, nie miała ra­cji. Te­raz od rana do wie­czora sły­szała o re­mon­tach, eki­pach i szyb­kich trans­ak­cjach. To się na­zywa "flip", jak się do­wie­działa. Dla­tego mo­gli wy­na­jąć to miesz­ka­nie. Trzeba było w nim wiele zro­bić. Max zro­bił to wszystko, ona na­wet nie chciała wie­dzieć co... i dzięki temu mają nie­wielki czynsz.

- A jak ktoś nas zo­ba­czy? - Wstrzy­mała się przed wło­że­niem dłu­giego klu­cza w stary za­mek.

- A kto by nas miał zo­ba­czyć? Wi­dzisz tu ko­goś? - Na klatce w tym miej­scu nie było okna.

Wes­tchnęła i prze­wra­ca­jąc oczami, prze­krę­ciła klucz. Max od razu wpa­ro­wał do środka. Po chwili był już w sa­lo­nie.

- Nie pal tych świa­teł! - Ka­ro­lina prze­stra­szyła się nie na żarty, wi­dząc, jak mąż włą­cza wszyst­kie na­raz. Ona bała się na­wet skrzy­pią­cej pod­łogi. Sta­rała się iść tak, żeby nie po­ru­szać kle­pek. - A jak ktoś nas usły­szy?

- Mó­wi­łaś, że praw­ni­ków nie ma. Nie pa­ni­kuj, za­raz wy­cho­dzimy. Ale czad! Szkoda, że Wik­tora tu nie ma. Jak mu ju­tro opo­wiem... - Pod­szedł do półki i ścią­gnął z niej lot­ni­cze go­gle. Po se­kun­dzie miał je na no­sie. Roz­ło­żył ręce i krę­cił się w kółko po po­koju, uda­jąc sa­mo­lot. - A może po­każę! Na­graj mnie.

- Wy­klu­czone! Odłóż to w tej chwili! - krzyk­nęła zroz­pa­czona. - Piony ja­kieś mia­łeś spraw­dzać.

- Już lą­duję... My­ślisz, że to ona? - za­py­tał, wska­zu­jąc na zdję­cie ko­biety przy dwu­pła­towcu.

- Nie wiem. - Ka­ro­lina ścią­gnęła mu go­gle z nosa nie­mal w lo­cie. - Wy­cho­dzimy! - Za­de­cy­do­wała, od­kła­da­jąc je na półkę.

Ale Max dla od­miany chwy­cił le­żącą obok starą lor­netkę. Uniósł nad głowę, jed­nak Ka­ro­lina szybko mu ją wy­szar­pała. Nie­stety tak się przy tym za­mach­nęła, że strą­ciła stare bla­szane pu­dełko po her­bat­ni­kach. Puszka po­le­ciała na zie­mię, a okrą­głe wieczko z le­dwo już wi­doczną parką amor­ków po­tur­lało się pod łóżko. Na zie­mię wy­sy­pało się kilka sta­rych kar­tek.

- Te­raz już na­prawdę wy­cho­dzimy! - bła­gała wy­stra­szona dziew­czyna, drżą­cymi rę­kami pod­no­sząc z pod­łogi po­żół­kłe ar­ku­sze. Uło­żyła je w sto­sik i już chciała wpa­ko­wać do puszki, gdy na jej dnie spo­strze­gła stary in­deks. - Nie do wiary! To jest nie do wiary! - szep­nęła pod no­sem.

- Wiem, wiem - jęk­nął Max. - Za­raz mi po­wiesz, że za­cho­wuję się jak gów­niarz. Bla, bla, bla. Wiel­kie mi halo!

- Patrz! - Żona po­ka­zała mu do­ku­ment.

- A ty to mo­żesz ru­szać! - żach­nął się. - Stary in­deks i co? - Wzru­szył ra­mio­nami. - Prze­cież u was w ar­chi­wum pew­nie pełno tego jest.

- Ale tego aku­rat nie mamy! Nic nie ro­zu­miesz.

- Ja­sne...

- Zo­bacz, jaka fajna. - Po­ka­zała mu dziew­czynę na zdję­ciu.

Nie mo­gła ode­rwać od niej wzroku. Dziew­czyna miała drobną, de­li­katną twarz, sze­roko otwarte, we­sołe oczy i mały, za­darty, pie­go­waty nos. Z upię­cia wło­sów przy skro­niach i szyi wy­pa­dło kilka locz­ków. Sama fo­to­gra­fia była do­sko­nała. Wy­raźna, mocno skon­tra­sto­wana, na pa­pie­rze, który się pra­wie nie po­sta­rzał. Zdję­cie por­tre­towe. Roz­myte kon­tury, le­d­wie ry­su­jąca się biała bluzka z koł­nie­rzy­kiem.

- Anioł - po­wie­działa do sie­bie.

- Dla mnie za grzeczna. Wolę tro­chę ostrzej­sze. - Max po­ki­wał głową.

- To co ty ze mną ro­bisz?

- Z tobą się oże­ni­łem.

- Aaaha.

- To co, idziemy?

- Za­raz, za­raz - wstrzy­my­wała go. - Prze­cież wiesz, że ro­bię wy­stawę w ar­chi­wum. "Stu­dentki uni­wer­sy­tetu"...

- Wiem tylko tyle, że to­bie wolno grze­bać, a mi nie!

- Patrz, ja­kie dziwne imię, Ol­cha. Ol­cha Ja­wor­ska - prze­czy­tała za­ma­szy­sty pod­pis pod zdję­ciem, z prze­pięk­nie za­wi­niętą li­terą "J" o dwóch pę­tel­kach, więk­szą na gó­rze i mniej­szą na za­koń­cze­nie. Prze­wró­ciła stronę. - O, jest karta wpi­sowa. Uro­dzona 26 maja 1891 roku. Strze­szyn. Re­li­gia rzym­sko-ka­to­licka. Oj­ciec Leon, le­śni­czy. Matka Anna. Miesz­ka­nie wpi­su­ją­cego się... Max, zo­bacz! Tu miesz­kała na stu­diach, do­kład­nie tu... Ale hi­sto­ria! Nie­praw­do­po­dobne! - wy­krzy­ki­wała.

Od­wró­ciła się i za­uwa­żyła, że Max wy­szedł do przed­po­koju, a ona mówi sama do sie­bie. Po­krę­ciła ze zło­ścią głową.

Szybko prze­kart­ko­wała in­deks i spo­strze­gła pie­czątkę. "Wpi­sowe: pięć­dzie­siąt zło­tych. Cze­sne: czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, udział w se­mi­na­riach: sto pięć­dzie­siąt, ko­rzy­sta­nie z bi­blio­teki: sześć­dzie­siąt, ćwi­cze­nia z che­mii: zwol­niona".

- Do­bre i to - mruk­nęła.

"Opła­cono ósmego stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego pierw­szego". Z in­deksu wy­sta­wała po­żół­kła kar­teczka w kratkę. "Stu­dentce Ol­sze Ja­wor­skiej uchwa­lono po­życzkę zwrotną na za­kup płasz­cza".

- Nie prze­le­wało się - pod­su­mo­wała i z ża­lem włożyła in­deks do sta­rej puszki.

Była tam jesz­cze jedna luźna kartka za­pi­sana z obu stron drob­nym, rów­nym, choć pły­wa­ją­cym pi­smem. Wy­glą­dała na starą. Trzeba by było dłuż­szej chwili, żeby ją od­cy­fro­wać.

- Może by po­ro­bić zdję­cia - po­my­ślała. - Max, masz te­le­fon przy so­bie? - za­py­tała, pod­no­sząc wzrok.

Stał nad nią w sta­rej skó­rza­nej pi­lotce.

- Ty zło­dziejko! - Ka­ro­lina od­sko­czyła od szpi­tal­nego łóżka o do­bre dwa kroki. - Jak śmia­łaś grze­bać w mo­ich rze­czach! Jak śmia­łaś! Kto ci po­zwo­lił?! Kraść po­szłaś?! Po­li­cję we­zwę!

Po tym, jak we­szła do sali szpi­tal­nej i zo­ba­czyła bab­cię, po­my­ślała, że mimo pra­wie ły­sej głowy wy­gląda cał­kiem spo­koj­nie, na­wet po­god­nie. Te­raz zmie­niła zda­nie. Stała jak wryta i pa­trzyła na roz­sier­dzoną sta­ru­chę, która cała się trzę­sła, ma­cha­jąc głową i wy­gra­ża­jąc ko­ści­stym, za­krzy­wio­nym pal­cem.

Źle to ro­ze­grała. Przez całą drogę do szpi­tala za­sta­na­wiała się, jak za­py­tać bab­cię o in­deks, a w dal­szej ko­lej­no­ści na­kło­nić, by prze­ka­zała go do ar­chi­wum. Tak wiele do­ku­men­tów za­gi­nęło w cza­sie wojny, a każdy nowo od­na­le­ziony był na wagę złota. Przy­naj­mniej dla niej. Oczy­wi­ście, przede wszyst­kim mu­siała się naj­pierw ja­koś wy­tłu­ma­czyć z tego, że go w ogóle wi­działa. Prze­cież nie le­żał na wierz­chu. Wy­my­ślała różne hi­sto­rie, mniej lub bar­dziej praw­do­po­dobne, żadna jed­nak nie wy­dała się jej wia­ry­godna. W końcu, wziąw­szy głę­boki od­dech, wy­znała wprost, że puszka spa­dła nie­chcący. Sta­ruszka pa­trzyła na nią bez słowa przez chwilę. A po­tem się za­częło!

Ka­ro­lina nie była w sta­nie nic od­po­wie­dzieć. Stała za­wsty­dzona i prze­ra­żona tym, że jest wy­zy­wana. Ale też tym, że za mo­ment ta ko­bieta umrze, i to z jej po­wodu. Cała się trzę­sła. Naj­bar­dziej trząsł się wy­mie­rzony w nią spi­cza­sty pa­lec, od­dziel­nie zaś trzę­sła się zwi­sa­jąca z ra­mie­nia skóra. La­tała też dolna szczęka.

- Bar­dzo pa­nią prze­pra­szam, nie chcia­łam...

- Co ta­kiego?! Nie chcia­łaś gme­rać po cu­dzych do­mach?

- Bar­dzo pa­nią prze­pra­szam, pra­cuję w uni­wer­sy­tec­kim ar­chi­wum...

- Tam cię kraść na­uczono?

- Nie, chcia­łam tylko...

- Pro­szę o spo­kój - zwró­ciła się do obu pań kor­pu­lentna pie­lę­gniarka, która w tej chwili we­szła do sali. Zo­sta­wiła ta­bletki w szkla­nym po­jem­niku i po­pra­wiła po­duszki.

- A dla­cze­góż to?! - wrza­snęła bab­cia.

- Bo złość pięk­no­ści szko­dzi.

- Two­jej szko­dzą pączki. I czy ja w ogóle coś mó­wię?

Pie­lę­gniarka wznio­sła oczy do nieba, po­tem spoj­rzała wy­mow­nie w stronę Ka­ro­liny i wes­tchnęła. Gdy wy­cho­dziła, po­de­szła do na­dal wy­stra­szo­nej dziew­czyny i zni­żyła głos.

- Niech się pani nie de­ner­wuje. Sta­rzy lu­dzie tak mają. Im się cią­gle wy­daje, że ktoś ich okrada. Wszę­dzie wie­trzą spi­sek. Po­dro­żeją cze­re­śnie, to od razu twier­dzą, że to zmowa świa­towa!

- Że co mi się wy­daje? - syk­nęła sta­ruszka, która jak się wła­śnie oka­zało, na słuch jed­nak na­rze­kać nie mo­gła. - Może to, że sama na głowę upa­dłam? - Po­ka­zała na czoło. - Samo się to stało?

- Może au­re­ola uwie­rała? - Pie­lę­gniarka wzru­szyła ra­mio­nami, od­wró­ciła się na pię­cie i po­szła do dru­giej pa­cjentki w dru­gim końcu sali.

- Ty też tak my­ślisz? Że sama się prze­wró­ci­łam? - Sta­ruszka spoj­rzała na Ka­ro­linę.

Ka­ro­lina nic nie my­ślała. Za­mie­rzała tylko sko­rzy­stać z za­mie­sza­nia i szybko się ulot­nić. Po­ło­żyła długi klucz na szafce obok łóżka babci i za­częła ty­łem się wy­co­fy­wać.

- Wróć! - usły­szała, gdy była już pra­wie w drzwiach.

Po­tul­nie sta­nęła z po­wro­tem przy łóżku.

- Cie­kawe, czy na sta­rość też się bę­dzie jej wy­da­wało. Tej pie­lę­gniarce. Ra­czej nie, za gruba jest, nie do­żyje - ko­men­to­wała zgryź­li­wie sta­ru­cha. - Czyj in­deks wi­dzia­łaś? - za­py­tała te­raz Ka­ro­linę. - W róż­nych miej­scach cho­wam. Żeby ci, któ­rzy mi cią­gle grze­bią, wszyst­kiego do­grze­bać się nie mo­gli! Spo­wia­daj się te­raz.

- Jesz­cze raz pa­nią...

- Nie jęcz! To nic nie da. Trzeba było nie grze­bać. Czyj?

- Dziew­czyny o na­zwi­sku Ja­wor­ska, Ol­cha Ja­wor­ska - od­po­wie­działa Ka­ro­lina, a sta­ruszka oparła głowę o po­duszkę i przy­mknęła oczy. Trwało to długo i zda­wało się, że ko­bieta za­snęła. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak się ode­zwała.

- Uro­cza... szkoda, że tak źle skoń­czyła - wes­tchnęła głę­boko, po czym długo ki­wała głową.

- A co się stało? - za­in­te­re­so­wała się Ka­ro­lina, ośmie­lona zmianą tonu.

- Ktoś ją otruł - po­in­for­mo­wała ją bab­cia, mru­żąc oczy.

- Na­prawdę?!

- Nie masz po­ję­cia, jak czę­sto się to zda­rza! Je­śli uwa­żasz, że pro­fe­sor, który nade mną miesz­kał, tak sam z sie­bie umarł... to się mocno... moja pani... nowa... mysz­ku­jąca są­siadko, my­lisz! - oświad­czyła, ce­dząc po­je­dyn­cze słowa.

- Ale jak? Jaki? Kto tam umarł? - Ka­ro­lina za­sty­gła z otwar­tymi ustami.

- My­ślisz, że to pię­tro dla cie­bie spe­cjal­nie wy­bu­do­wano? - za­py­tała wy­cze­ku­jąco.

Ka­ro­lina po­krę­ciła głową, ale słowa z sie­bie wy­du­sić nie mo­gła.

- Pro­fe­sor tam miesz­kał. I mó­wię ci, sam tak z tego świata nie zszedł. Ktoś mu po­mógł! Młody jesz­cze był. Le­dwo po osiem­dzie­siątce. Do tego dwa ty­go­dnie sam tam le­żał i się roz­kła­dał. A upał był nie­mi­ło­sierny. Pa­mię­tasz? Do­brze, że mi przez su­fit nie prze­siąkł. Bie­da­czyna... - do­dała i za­mknęła oczy.

Ka­ro­lina sie­działa wpa­trzona w nią i cze­kała na co­kol­wiek. Ale je­dyne, czego się do­cze­kała, to mia­rowy, lekko chra­pliwy od­dech. Długo jesz­cze nie mo­gła ru­szyć się z miej­sca. A gdy już wstała, plą­tały jej się nogi.

Pol­skie To­wa­rzy­stwo Kry­mi­na­li­styczne

Ana­liza fi­zy­ko­che­miczna do­star­czo­nych pró­bek pa­pieru

Punkt 4

2/124 - po­je­dyn­cza kartka, zgięta i za­pi­sana dwu­stron­nie, wy­raź­nie ode­rwana od więk­szej ca­ło­ści, ślady szy­cia pa­pieru na zgię­ciach.

Ode­rwa­nie na­stą­piło współ­cze­śnie. Wi­doczne w ba­da­niu mi­kro­sko­po­wym strzępki ce­lu­lozy są po­szar­pane. W wy­padku uszko­dze­nia bar­dziej od­le­głego w cza­sie ule­głyby wy­gła­dze­niu. Do­kładne usta­le­nie, kiedy na­stą­piło przed­mio­towe uszko­dze­nie, nie jest moż­liwe. Sza­cun­kowy prze­dział cza­sowy może obej­mo­wać okres od kilku mie­sięcy do kilku lat wstecz. Osza­co­wa­nie do­kład­nej daty za­leżne jest od wielu nie­po­sia­da­nych przez nas da­nych, m.in. od wa­run­ków prze­cho­wy­wa­nia do­ku­mentu.

Punkt 5

Po­rów­na­nie pró­bek o nu­me­rze 2/1-14 z po­bra­nym ma­te­ria­łem ozna­czo­nym nu­me­rem 2/124 wska­zuje jed­no­znacz­nie, że za­ob­ser­wo­wane róż­nice do­ty­czą wy­łącz­nie ja­ko­ści i ga­tunku uży­tego pa­pieru (skład i ana­liza pa­pieru w od­dziel­nym do­ku­men­cie).

Ba­da­nia wieku względ­nego do­ku­men­tów wska­zują, że wszyst­kie do­star­czone za­pi­ski po­wstały w po­dob­nym cza­sie. W przy­padku tak sta­rego do­ku­mentu nie spo­sób stwier­dzić, w ja­kiej ko­lej­no­ści atra­ment zo­stał na­ło­żony na pa­pie­rowe pod­łoże ani po­rów­nać chro­no­lo­gii przed­ło­żo­nych do ba­dań pod­pi­sów.

Stwier­dzić na­to­miast można, że oba rę­ko­pisy mimo róż­nicy ga­tun­ko­wej pa­pieru zo­stały wy­ko­nane przez tę samą osobę na pa­pie­rze po­cho­dzą­cym w przy­bli­że­niu z tego sa­mego okresu.

*

Za­łącz­nik: Skan do­ku­mentu ozna­czo­nego nu­me­rem 2/124

Oj, ciężko! Bar­dzo ciężko wspo­mi­nać mi tamte chwile. Żyję długo i był czas się na­pa­trzyć na rze­czy złe i jesz­cze gor­sze. Wi­dzia­łem krzywdy ludz­kie roz­dzie­ra­jące serce i nie­go­dzi­wo­ści wsze­la­kie. Ale tamto wspo­mnie­nie przy­wo­łuję z wiel­kim smut­kiem. I ból ten z nie­zmienną siłą prze­nika mnie na wskroś po dziś dzień. By opi­sać to, co się wtedy stało i skąd mnie się udało za­czerp­nąć wiedzę, która zwy­kłym śmier­tel­ni­kom nie jest dana, opo­wie­dzieć tu mu­szę o cza­sach, kiedy to już na­sza wszech­nica ist­nieć za­częła, a mnie za­szczyt wielki spo­tkał, gdy z pro­tek­cji mego pana He­lio­dora von Świę­cic­kiego w roku ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dru­gim zo­sta­łem słu­żą­cym Wy­działu Le­kar­skiego na Uni­wer­sy­te­cie Po­znań­skim. Wy­tłu­ma­czyć się przy tym mu­szę, że je­dy­nie z sza­cunku i przy­zwy­cza­je­nia przed na­zwi­skiem pana He­lio­dora do­pi­suję von, które pod­kre­śla jego szla­chec­kie uro­dze­nie i waż­ność rodu. On sam bo­wiem jesz­cze we wcze­snej mło­do­ści za­nie­chał uży­wa­nia tego na­leż­nego mu ty­tułu. Od­rzu­cił go, jesz­cze za­nim Pol­ska uzy­skała nie­pod­le­głość, po­zby­wa­jąc się tego, co z nie­miec­kim pa­no­wa­niem nie­od­par­cie się ko­ja­rzyło. Choć nie­je­den ro­dak za taki ty­tuł go­tów był za­pła­cić, i to nie­mało. Ja, który z tam­tych cza­sów po­cho­dzę, mu­szę się tu przy­znać, że cza­sem z wła­snej próż­no­ści owo von wsta­wię, jakby to na mnie część jego splen­doru miała spły­nąć, abym mimo mej ułom­no­ści po­śród słu­żą­cych stał się waż­niej­szym. Ot, taka sła­bostka, za co o wy­ba­cze­nie pro­szę.

Wra­ca­jąc do spraw, któ­rych opi­sa­nie, jak się zdaje, pod­świa­do­mie od­wle­kam w cza­sie. Z po­czątku zo­sta­łem słu­żą­cym or­ga­ni­za­tora i pierw­szego dzie­kana Wy­działu Le­kar­skiego. Dok­tor Adam Wrzo­sek przy­był do nas z Kra­kowa. Wiel­kim cie­szył się tam po­wa­ża­niem i sym­pa­tią mo­jego pana, z któ­rym po­zo­sta­wał w ogrom­nej za­ży­ło­ści aż do końca jego dni. Spo­tkaw­szy go pierw­szy raz w stycz­niu ty­siąc dzie­więć­set dzie­więt­na­stego, mimo że już doj­rzały by­łem w la­tach, tro­chę się go prze­stra­szy­łem. I rzecz nie była w mo­jej nie­mo­cie, bo ro­zu­mieć zda­wał się mnie do­sko­nale i nie­zbyt mu ona prze­szka­dzała, a ra­czej w jego wy­glą­dzie. Za­po­mnieć go bo­wiem było nie spo­sób. Ze swoim prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, czar­nymi jak wę­giel brwiami, zmarsz­czo­nym czo­łem i kom­plet­nie łysą głową wy­glą­dał bar­dziej na cu­dzo­ziem­skiego ma­gika, men­ta­li­stę czy pre­sti­di­gi­ta­tora niż le­ka­rza i na­ukowca. Wspo­mi­na­jąc go wszakże, stwier­dzić mu­szę, że do mało kogo bar­dziej pa­so­wał cy­lin­der i aż żal było, że wy­cho­dzi on z mody, a Wrzo­sek, tak jak wszy­scy, no­sić go za­prze­stał.

Dok­tor ten w samą porę się u nas w Po­zna­niu po­ja­wił: i żeby urzą­dzić wy­dział le­kar­ski po­dług no­wo­cze­snej wie­dzy, i żeby wy­ja­śnić za­gad­kową sprawę, o czym przyj­dzie mi jesz­cze na­pi­sać. Te­raz tylko wspo­mnę, że w kry­tycz­nym mo­men­cie mój pan roz­ka­zał mnie, swo­jemu słu­żą­cemu, po­dą­żać dok­to­rowi z po­mocą i naj­pil­niej wy­ko­ny­wać wszel­kie po­le­cone mi za­da­nia. Bez roz­ka­zów i pro­sze­nia także zro­bił­bym to wszystko, bo śmier­tel­nie by­łem prze­ra­żony. Zda­wało mi się przy tym, że w moim wieku nie­wiele jesz­cze może mnie za­sko­czyć, ale do­staw­szy pierw­sze za­da­nie, wy­ba­łu­szy­łem tylko oczy, bo ni­czego bar­dziej cu­dacz­nego nikt ode mnie wcze­śniej nie wy­ma­gał.

Mia­łem mia­no­wi­cie do­star­czyć dok­to­rowi Wrzo­skowi bez­po­śred­nio do pra­cowni: dwa małe koty, kilka my­szy i coś może w ro­dzaju świnki mor­skiej. Po­le­ce­nie wy­ko­na­łem zna­ko­mi­cie. Za­ku­pi­łem cały ten to­war pod ogro­dem na Zwie­rzy­niec­kiej od jed­nego han­dla­rza, któ­remu wy­star­czyło pal­cem po­ka­zać, bo chyba wszyst­kie stwory świata miał w klat­kach. A jak nie miał, to zor­ga­ni­zo­wał. Ru­szy­łem z tym zwie­rzyń­cem do Col­le­gium Mi­nus. Koty mia­łem w worku na ple­cach, myszki w kie­szeni, a rudo-białą świnkę trzy­ma­łem w ręku.

Tak do­sze­dłem na pod­da­sze by­łej ce­sar­skiej Kró­lew­skiej Aka­de­mii Nauk, gdzie z sa­mego po­czątku umiesz­czono pra­cow­nie che­miczne. O tym, że ja­kieś eks­pe­ry­menta tam się robi, czuć było dwa pię­tra ni­żej. Z tego też po­wodu schody na pod­da­sze z rzadka za­mia­tano - sprzą­taczki na górę bały się cho­dzić. Mó­wiły, że samo pie­kło się pod da­chem po­sa­do­wiło. I że kie­dyś "te dok­tory" pusz­czą wszystko z dy­mem. Gwoli prawdy trzeba przy­znać, że choć nie­uczone i prze­sądne były to ko­bie­ciny, nie po­my­liły się zbyt­nio. Ja­kiś czas póź­niej w isto­cie wy­buchł tam po­żar, spło­nęły pra­cow­nie i dach. La­bo­ra­to­ria prze­nie­siono więc do pralni w pod­zie­miach zamku, ale tam też bano się tych do­świad­czal­nych po­pi­sów i pew­nie dla­tego od­dzielny gmach Col­le­gium Che­mi­cum przy Grun­waldz­kiej po­wstał w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Idąc po krę­tych scho­dach Mi­nusa, i ja minę mia­łem nie­tęgą. Za­pach siarki na ko­ry­ta­rzach był tam tak do­mi­nu­jący, że na­wet koty w worku na ple­cach za­częły się bar­dziej wier­cić. Dok­tor Adam Wrzo­sek usa­do­wił się ze swoją pra­cow­nią w sa­mym środku tego ba­ła­ganu na pod­da­szu. Po ca­łym jego po­koju po­roz­sta­wiane były słoje z od­czyn­ni­kami i kon­struk­cje ze szkla­nymi rur­kami, kol­bami, chłod­ni­cami. Jesz­cze za cza­sów Aka­de­mii za­wsze coś w nich bul­go­tało, prze­le­wało się i skra­plało.

Dok­tor kiw­nął na mnie ręką i po­ka­zał są­sied­nie po­miesz­cze­nie, gdzie pod oknem, obok biurka pełno było mniej­szych lub więk­szych kla­tek. Naj­pierw po­da­łem mu świnkę, po­tem wy­cią­gną­łem my­szy z kie­szeni. Gdy je po­za­my­kał w od­dziel­nych ko­mór­kach, zdją­łem z ple­ców wo­rek. Wi­docz­nie był słabo za­wią­zany, bo mały bury kot wy­sko­czył z niego jak opa­rzony i za­czął od­bi­jać się od ścian. Za­nim go zła­pa­li­śmy, zdą­żył po­strą­cać z pó­łek wiele przed­mio­tów. Na ziemi wy­lą­do­wała mię­dzy in­nymi puszka po her­ba­cie. Wieczko z niej spa­dło, więc my­śla­łem, że z po­jem­nika wy­sy­pie się susz. A tym­cza­sem po pod­ło­dze po­tur­lało się kil­ka­na­ście na­boi, chyba ka­ra­bi­no­wych, które przy mo­jej po­mocy dok­tor Wrzo­sek wy­zbie­rał co do jed­nego, nie­które z wiel­kim po­świę­ce­niem.

- Wożę je ze sobą wszę­dzie. To moje pa­miątki po ope­ra­cjach w szpi­ta­lach po­lo­wych. Wszyst­kie oso­bi­ście wy­ją­łem z ran­nych żoł­nie­rzy - tłu­ma­czył, wy­dłu­bu­jąc ostatni na­bój ze szpary mię­dzy de­skami.

Zmar­twia­łem. Ale dok­tor się tym nie prze­jął.

- Zbie­ram tylko te wy­jęte wła­sno­ręcz­nie - za­ko­mu­ni­ko­wał, za­my­ka­jąc puszkę. - A te­raz zaj­mijmy się zwie­rzę­tami. Po­cze­kaj do końca ba­da­nia. My­ślę, że uzy­skamy pew­ność. We­dług mnie nie­które trzeba bę­dzie wy­nieść z po­wro­tem.

Nie by­łem tym za­chwy­cony, bo han­dla­rza ze Zwie­rzy­niec­kiej na pewno już nie było, a do pa­łacu z my­szami nie było co iść.

- Mamy tu ważną rzecz do zba­da­nia. Śmier­telną, jak przy­pusz­czam - do­dał, marsz­cząc czarne brwi, po czym po­wkła­dał do kla­tek uprzed­nio na­są­czone wa­ciki.

Po pół­go­dzi­nie pierw­sza mysz do­stała drga­wek. Trzę­sła się, mio­tała, aż w końcu opa­dła z sił. Dok­tor ją wy­jął, stuk­nął mło­tecz­kiem w głowę i po­brał od niej krew. Po­nie­waż by­łem pod ręką, po­da­wał mi na głos wy­niki, a ja je za­pi­sy­wa­łem.

- Liczba czer­wo­nych krwi­nek... przed ba­da­niem dwa­na­ście ty­sięcy dwie­ście, po ba­da­niu... dzie­więć ty­sięcy dwie­ście.

W tym cza­sie z ko­tem też za­częły dziać się rze­czy nie­miłe. Naj­pierw in­ten­syw­nie się śli­nił. Ślina spły­wała mu z mordki opusz­czo­nej pra­wie do sa­mej ziemi. Po­tem za­czął się sła­niać i przy­my­kać oczy, krę­cił przy tym głową na boki. W końcu zro­bił się senny i padł. Dok­tor zba­dał go po­śmiert­nie. Po­tem po­dyk­to­wał mi ko­lejne wy­li­cze­nia i ob­ser­wa­cje.

Te­raz jesz­cze, po la­tach, cią­gle wy­obra­żam so­bie Ol­chę, która tak nie­spo­dzie­wa­nie wkro­czyła w ży­cie pro­fe­sora Świę­cic­kiego i moje. Wi­dzę ją pod za­mknię­tymi po­wie­kami. Wy­gląda tak jak ten mały bury kot. Ska­zana na męki. Le­dwo stoi, nie wie­dząc, co się z nią dzieje, a po­tem sła­nia­jąc się, idzie do łóżka. Do­ciera i pod­nieść się już z niego nie może. Przy­krywa się więc płasz­czem... Si­nieją jej usta, a białka żół­cią za­cho­dzą...

Pa­mię­tam wszystko, na­wet za­pach tej pra­cowni.

- To ja już wiem, dla­czego tak che­mią je­dzie! - de­ner­wo­wała się Ka­ro­lina, cho­dząc w kółko po miesz­ka­niu. - My­śla­łam, że to po cy­kli­no­wa­niu! - Za­sło­niła ręką usta i nos.

- A co?! Może nie było cy­kli­no­wa­nia? - od­ci­nał się Max. - Każdą klepkę pod­nio­słem i przy­kle­iłem z po­wro­tem. Ty­dzień w pyle za­su­wa­łem. Ostu­ka­łem każdy kąt. Ściany oskro­ba­łem na gładko. Nie prze­sa­dzaj! - wark­nął na ko­niec.

Od go­dziny sie­dział w ką­cie i od­po­wia­dał mniej wię­cej na co szó­ste py­ta­nie, stu­ka­jąc bez prze­rwy w te­le­fon. Był zły i ob­ra­żony. Mimo to od czasu do czasu się od­zy­wał, choć roz­mowa wciąż krę­ciła się wo­kół tego sa­mego: zwłok, które po­dobno le­żały tu gdzieś na pod­ło­dze.

- Ale gdzie le­żały?

- Ja ich nie wi­dzia­łem! - Po raz ko­lejny od­po­wia­dał na to samo py­ta­nie. - Nie po­wiem ci więc gdzie!

- A jak on się na­zy­wał?

- A czy to mój dzia­dek? Skąd mam wie­dzieć i dla­czego mia­łoby mnie to in­te­re­so­wać?

- Może Wik­tor bę­dzie wie­dział?

- On tu na­wet nie chciał wejść!

- Dzi­wisz się mu?

- Dzi­wię! Prze­wraż­li­wieni je­ste­ście. I ty, i on. Jak so­bie przy­po­mnę... - za­czął, ale urwał w pół słowa.

- Co?!

- Nie­ważne.

- Jak nie­ważne? Jak cię to mo­gło nie za­in­te­re­so­wać? Nie chcia­łeś się do­wie­dzieć, kto tu miesz­kał?

- A czy to ja w ar­chi­wum pra­cuję? Ja grze­bię w sta­ro­ciach. Po­myśl cza­sem, że to nie każ­dego ob­cho­dzi. Po­my­śla­łaś? Cie­bie byle sta­roć pod­nieca, a mnie nie. Ty śpie­wasz w chó­rze stare ka­wałki, a ja słu­cham tylko no­wych!

- Nie tylko stare - żach­nęła się. - Śpie­wa­li­śmy na pró­bie Co­hena.

- Pio­senki sprzed ilu de­kad? Weź prze­stań. Od dwóch go­dzin tak cho­dzisz! Nie zmę­czyło cię to?

- Ja się te­raz będę bała tu spać. - Nie mo­gła się opa­no­wać. Nie pa­mię­tała już, kiedy była tak roz­trzę­siona. - Ja nie wiem... Ja nie wiem... - po­wta­rzała w kółko.

- Czego nie wiesz? Zo­bacz! - Szarp­nął ją za ra­mię i za­cią­gnął przed okno. Na ze­wnątrz było już ciemno. W więk­szo­ści miesz­kań pa­liły się świa­tła. W nie­któ­rych wi­dać było krzą­ta­ją­cych się lu­dzi. - Wi­dzisz?

- Co?

- Wszyst­kie ka­mie­nice do­okoła mają po­nad sto lat. W sen­sie: stare są, ro­zu­miesz? Tak? - Kiw­nęła głową. - To po­myśl, że w każ­dym z tych miesz­kań ktoś umarł. W każ­dym! Gwa­ran­tuję ci to! I to w każ­dym po­ko­le­niu.

Ka­ro­lina pa­trzyła przez okno. Na lu­dzi w do­mach i na tych cho­dzą­cych po chod­ni­kach. Przez chwilę nic nie mó­wiła.

- Prze­cież te ka­mie­nice stały, jak jeź­dziły tu do­rożki - cią­gnął da­lej Max, jakby czu­jąc, że to do­bry kie­ru­nek. - Mi­nęły dwie wojny. Nie żyje ża­den z pierw­szych lo­ka­to­rów, któ­rzy wpro­wa­dzili się za­raz po ich zbu­do­wa­niu. Wszy­scy umarli! To pewne. Ka­mie­nice po­sta­wiono tu przed pierw­szą wojną, a lu­dzie daw­niej umie­rali w do­mach, a nie w szpi­ta­lach. Kła­dli się do łóżka i już! Po­my­śla­łaś o tym?

Przez chwilę pa­trzyła na męża tę­pym wzro­kiem.

- Le­żał w łóżku?

- Nie, mam już dość! - krzyk­nął Max.

Ka­ro­lina roz­glą­dała się po po­koju, jakby szu­ka­jąc miej­sca, w któ­rym to łóżko mo­gło stać. Usia­dła przy stole, pod­parła się łok­ciami i długo trzy­mała twarz w dło­niach. W końcu unio­sła głowę.

- I w ogóle cię nie za­in­te­re­so­wało, co się stało z tym pro­fe­so­rem? - drą­żyła.

- Nic się nie stało! - Max prych­nął, krę­cąc głową z nie­do­wie­rza­niem. - My­śla­łem, że skoń­czy­łaś! Nie pa­mię­tasz już?

- Czego?

- Lata. Grzało od maja. Po trzy­dzie­ści pięć stopni, ca­łymi ty­go­dniami! Sam my­śla­łem, że zdechnę, a mam pół wieku mniej! To był stary dzia­dek! I tyle!

- A skąd wiesz, ile miał lat? - Ka­ro­lina spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie.

- Do­my­śli­łem się. Nie wiem skąd. Daj mi już spo­kój!

- Ale dla­czego mi nie po­wie­dzia­łeś? - jęk­nęła bez­sil­nie.

- Se­rio? Se­rio mnie o to py­tasz? - Max opu­kał się wska­zu­ją­cym pal­cem w pierś. - Wła­śnie dla­tego. Tego chcia­łem unik­nąć. - Zro­bił ob­ra­żoną minę. - Wik­tor od razu mnie prze­strzegł, że­bym ci nic nie mó­wił.

- Ale ty nic mi nie po­wie­dzia­łeś już na po­czątku... Jak tylko za­czą­łeś to miesz­ka­nie re­mon­to­wać...

- Bo mi od po­czątku za­su­ge­ro­wali, że­bym ro­bił jak dla sie­bie. Niby taka gadka, żeby wy­mu­sić ja­kość, ale ja głupi nie je­stem. Po­my­śla­łem, że skoro wy­naj­mu­jemy miesz­ka­nie... a oni to chcą w przy­szło­ści wy­na­jąć... Za­czą­łem skle­jać mo­del. Wik­tor mnie po­parł. "Idź w to", ra­dził. Ura­bia­łem te­mat i mam. Na­pra­co­wa­łem się po pa­chy i... ta­dam! Max na maksa! Źle ci? Każdy ma swój po­kój, jesz­cze dwa zo­stają. Aku­styka, mó­wi­łaś, ide­alna. Pia­nino się mie­ści. Po­wiedz: mie­ści się?

- Tak - po­twier­dziła, roz­glą­da­jąc się po miesz­ka­niu. Było prze­cież ide­alne.

- To z czym masz jesz­cze pro­blem?

- Ta są­siadka z dołu mó­wiła, że tego pro­fe­sora ktoś otruł - wy­du­kała, cho­ciaż wcze­śniej wcale nie za­mie­rzała tego mó­wić.

- Ta stu­let­nia sta­ruszka, co się w głowę wal­nęła?

Przy­tak­nęła mu.

- Wy­cho­dzę. Mam dość! Za­dzwoń po mnie, gdy ochło­niesz i prze­sta­niesz o tym ga­dać! - oświad­czył, za­kła­da­jąc kurtkę. - Wiesz, jaka jest mię­dzy nami róż­nica? - za­py­tał jesz­cze w drzwiach. - Ja chcę pa­trzeć w przy­szłość i coś two­rzyć, a nie jak ty: ba­brać się w prze­szło­ści, któ­rej już nie ma. I tyle.