Góral po mieczu i po kądzieli
Mówił pan, że zbójnickie tradycje odziedziczył w genach.
To po pradziadku ze strony mojej matki. Jędrzej Dziadoń był niezwykłą, charakterystyczną i znaną postacią na Podhalu. Można powiedzieć, że nosił geny zbójnika. Muzyk, zawadiaka, bitnik i polowac, czyli myśliwy. Wywodził się z Rzepisk.
To wieś położona na górze nad Jurgowem, tuż przy granicy ze Słowacją.
Jurgów w przeszłości ciążył ku Słowacji, a Rzepiska nie. Gazdowie z Rzepisk mieli swoje polany, jeszcze z nadań królewskich, w okolicach Łysej Polany, Doliny Roztoki, Doliny Pięciu Stawów, Wołoszyna, Rusinowej Polany. Dziadonie też byli tam zakorzenieni. Gdy hrabia Władysław Zamoyski nabył tzw. klucz zakopiański, zatrudnił u siebie najlepszych kłusowników, między innymi Jędrzeja Dziadonia. W dobrach Zamoyskiego pełnił on funkcję leśnego w Morskim Oku. W tamtych okolicach podhalańscy górale mieli swoje pastwiska, z których korzystali z dziada pradziada. O te tereny przez wieki toczyły się spory między Polską a Węgrami.
Dlaczego?
Bo nie było jasno sprecyzowane, gdzie jest granica. Do tego stopnia, że w XVI wieku kanclerz koronny osadził w Nowym Targu pułk huzarów, by pilnować granicy i nie dopuścić do ekspansji węgierskiej na północ. Jeszcze wtedy nie było Białki, Bukowiny czy Brzegów. O te puste tereny toczyły się spory. Z nadań królewskich wielu górali uzyskało tam własność, głównie za zasługi wojenne. Przykładowo, pierwszym mieszkańcem Bukowiny był Kacper Bukowiński, który od króla dostał grunty i prawo sołectwa.
Babcia opowiadała mi, że Zamoyski, który lubił i cenił pradziadka, mówił mu: - Jędrzeju, możecie tu gazdować i dla własnych potrzeb odstrzał zwierzyny prowadzić, ale pilnujcie mi tych terenów. Tam przecież kwitło kłusownictwo. I to Jędrzej wypełniał bez reszty. Także organizował hrabiemu i jego gościom polowania na głuszce, kozice, niedźwiedzie.
Gdy Zamoyski kupił dobra zakopiańskie, chodziło o ustalenie granicy, w tym także prawa do Morskiego Oka. Trwający od 1889 roku spór sądowy ostatecznie rozstrzygnięty został przez międzynarodowy trybunał rozjemczy w Grazu w 1902 roku. Orzekł on, że dział wód dowodzi, iż Dolina Białej Wody przynależy do Polski. Tym samym stwierdzono polskość Morskiego Oka. Wyrok odbierano jako wydarzenie polityczne potwierdzające naszą narodowość. Śpiewano wtedy triumfalnie: Wiwat plemię Lasze, Morskie Oko nasze!
Był jeszcze jeden spór, indywidualny.
Tak. Między hrabią Władysławem Zamoyskim a najbogatszym podobno w owym czasie w Niemczech magnatem, księciem Christianem Hohenlohe. Po ówczesnej węgierskiej stronie był on właścicielem dóbr jaworzyńskich. Ten prywatny spór trwał jeszcze do 1909 roku. I w pierwszym, i w drugim procesie, oprócz prawników, ważną rolę odegrali miejscowi górale, którzy mimo zachęcających ofert nie zbywali swoich terenów w tamtych okolicach. Co więcej, wykazywali dość brutalnie prawo używania ich. Książę Hohenlohe miał swoją straż, tzw. jegrów. Dochodziło do zbrojnych potyczek, bo górale nie ustępowali pola. Jegrzy na spornym terenie stawiali szałasy i zabudowania, a nasi je zaraz burzyli lub palili. Mój pradziad walnie w tym uczestniczył. Zasłużył się, zaś przeciwnicy mieli go w sercu. Pewnego razu, kiedy jechał na jarmark do Kieżmarku, został aresztowany przez węgierskich żandarmów. Zakutego w kajdany przewozili z aresztu do sądu. W trakcie drogi rzucił się na eskortujących żandarmów, uderzył kajdanami i zbiegł. Do brata mieszkającego w przygranicznych Brzegach przedzierał się trzy dni.
Jak legalnie wykazywano prawo posiadania?
Przed sądami. Przykładowo, bliskim przyjacielem mojego pradziada był Klimek Bachleda, znany później jako wybitny przewodnik. Ale to był jeden z najlepszych polowaców! Mógł zostać przewodnikiem, ponieważ uprawiając tę profesję, spenetrował wcześniej całe Tatry. Pradziad z Klimkiem Bachledą chodzili kłusować na słowacką stronę na tereny księcia. A premię za szkodę uczynioną księciu wypłacał Zamoyski. Bywało też tak, że Jędrzej zatrzymywał za kłusownictwo Klimka i prowadził go do cyrkułu do Nowego Targu. Tam Klimek dostawał grzywnę. Uiszczał ją Zamoyski, ale później w sądach mógł przedstawić zeznania Klimka, że ten polował na swojim. To było dowodem dla prawników przeciwko roszczeniom terytorialnym księcia Hohenlohe.
Pradziadek Jędrzej zbudował dom na Łysej Polanie.
Tam przeniósł się z Rzepisk. Prababcia Maria nie była góralką. Pochodziła z Bawarii.
Jak ją znalazł?
Jak mówiłem, miał na pieńku z żandarmami. Groziło mu więzienie. Musiał zniknąć. Trafił do Ostrawy, do zakładów hutniczych. Ich właściciel, Bawarczyk, miał urodziwą córkę Marię, która zakochała się w Jędrzeju. I ten postawny, prosty góral ją porwał, oczywiście za jej zgodą. Rodzina prababci nie była zadowolona z mezaliansu. Zerwała z nią kontakty. Jednak z relacji babci wiem, że Maria dostała w spadku spore pieniądze. Niestety, te źle ulokowane tysiące przepadły podczas I wojny światowej.
I tak powodziło im się nieźle.
Mieli ośmioro dzieci. Jak na owe czasy prababcia Maria była osobą wykształconą, ukształtowaną w dobrym domu fabrykanta. Z przekazów rodzinnych wiem, że pradziad "słuchał żony". Pewnie tak było. Tego prostego górala rozpierała wewnętrzna energia, pasjonowało łowiectwo i praca leśnika, ale z pisaniem był na bakier. Nie widziałem żadnych dokumentów, które by wyszły spod jego ręki. Jednak prababcia Maria sprawiła, że dzieci były starannie chowane, umiały pisać i czytać. Trójka z nich - dziewczyna i dwóch chłopaków - założyła rodziny na Słowacji, mieli tam duże gazdówki. Co ciekawe, tych dwóch synów Jędrzeja zatrudnił jako leśników książę Hohenlohe. Z tą częścią rodziny ja już nie miałem kontaktów.
Po naszej stronie pozostali: Tomasz i Jędrzej junior, obaj także leśnicy, córka Justyna, gazdująca później na Łysej Polanie, oraz Jan, który pracował jako dróżnik odpowiedzialny za utrzymanie drogi od Wierchu Poroniec do Morskiego Oka. Została też najmłodsza z rodzeństwa, moja babcia Bronisława Dziadońka, słynna na Podhalu prymistka. Wyszła za mąż za Kazimierza Koniecznego z Bukowiny, dokąd się przeniosła. Mieli czwórkę dzieci: moją mamusię Stefanię oraz synów Bronisława, Kazimierza i Edwarda. Na Wierchu Olczańskim mieli swoje rodzinne siedlisko. Moja mama wyszła za mąż za Andrzeja Hodorowicza.
Co warte podkreślenia: hrabia Zamoyski, przekazując skarbowi państwa swoje dobra zakopiańskie, zastrzegł gwarancje zatrudnienia w nich przedstawicieli rodu Dziadoniów. Do dziś potomkowie mego pradziadka pracują w Tatrzańskim Parku Narodowym.
A ród Hodorowiczów?
Dziadek Franciszek Hodorowicz miał rodzinny dom na szczycie Górnego Gronia. Ciekawa jest historia jego żony, babci Elżbiety. Pochodziła z Haładynów, odnogi starego sołtysiego rodu sięgającego XVI wieku. Jako kilkunastoletnia dziewczynka wyjechała do Ameryki. Sprowadziła ją tam starsza siostra Katarzyna, która wyemigrowała wcześniej. W Stanach Zjednoczonych babcia była przez dziesięć lat. Dorobiła się dość znacznego mająteczku, prowadząc, wraz z siostrą i inną góralką, jadłodajnie dla robotników zatrudnionych w hutach koło Chicago. Tam wyszła też za mąż za Antosia, jak nazywała swojego wybranka, górala z Jurgowa. Tuż po ślubie otrzymała od matki list, że ta jest obłożnie chora i pewnie wkrótce zemrze. Babcia wsiadła na statek i przypłynęła do Polski, aby matkę zobaczyć. (Nawiasem mówiąc, prababcia wyzdrowiała i żyła jeszcze prawie 30 lat). Podczas gdy babcia była w Bukowinie, jej świeżo poślubiony mąż zatruł się przy pracy w zakładach farbiarskich. Śmiertelnie chory przyjechał z USA do Polski. Zmarł w tym samym dniu, gdy dotarł do rodzinnego Jurgowa. Z babcią nawet się nie zobaczył. Pochowany został w Jurgowie. A babcia już do Stanów Zjednoczonych nie wróciła. Postanowiła zostać w pobliżu Antosia. Kilkakrotnie mi o tym ze łzami w oczach opowiadała. Prawdziwa miłość! O jej wartości często ostatnio myślę.
Mój dziadek Franciszek, bardzo przystojny mężczyzna, dowiedział się, że jest posażna i młoda wdowa. Pobrali się. Jak doszło do ich spotkania i związku, o tym nigdy się w naszym domu nie mówiło. W każdym razie po ślubie dziadek przeniósł się z Gronia na gazdówkę babci. Ta, za zarobione w Ameryce pieniądze, zakupiła sporo ziemi. Wtedy mierzyło się grunty na role. Babcia kupiła taką rolę od Rusińskiego Wierchu aż po Brzegi. To był szmat ziemi, przez pięć wierchów. Gdy potem mieli siedmioro dzieci - w tym mojego tatę Andrzeja - każdy dostał tyle, że właściwie mógł prowadzić gospodarstwo.
Jak pana rodzice się poznali?
Oboje wyrastali ponad bukowiańską przeciętną. Mamusia po szkole podstawowej została wysłana do sióstr zakonnych, zwanych w Bukowinie prymulankami, od nazwy willi Primula, którą pobudował ksiądz Walenty Gadowski, wielki miłośnik Tatr. U nich, a potem w zgromadzeniu w Krakowie, przeszła kurs gospodarstwa domowego i obsługi gości. W 1935 roku mamusia wraz z babcią założyły pensjonat o nazwie Owsianka, zlokalizowany na Wierchu Olczańskim. W tym czasie była to jedna z nielicznych willi góralskich przyjmujących gości. Powodem po części był fakt, że góralki wtedy nie umiały jeszcze gotować po pańsku, jak powszechnie określano jadłospis dla przyjezdnych. W góralskich domach były dania proste, bazujące głównie na ziemniakach, kapuście i owsianej mące.
A ojciec?
Po bukowiańskiej szkole podstawowej ukończył gimnazjum im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu. Potem zaczął studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak po drugim roku studia przerwał. Zachował się indeks ojca z podpisami profesorów Kutrzeby i Taubenschlaga. Zdecydował brak funduszy na dalsze kształcenie, a może i również nostalgia wyrwanego spod Tatr chłopaka. W rodzinie nie było też determinacji, by sprzedać jedną czy drugą krowę, aby syn mógł studiować dalej. Nie było również wzorców, bowiem z wyjątkiem księdza nie było w Bukowinie nikogo z wyższym wykształceniem. O zaniechaniu studiów być może zdecydowała także opinia Kazimierza Wojciechowskiego, późniejszego profesora Uniwersytetu Warszawskiego o socjaldemokratycznych poglądach. Przyjeżdżał on do dziadków na wczasy. Specjalizował się w pedagogice i naukach społecznych. Zakochał się w mojej cioci Annie, zresztą z wzajemnością. I to on zaproponował tacie, by wyjechał do Warszawy i tam ukończył roczne kursy zawodowe, które umożliwią mu pracę i odłożenie pieniędzy na dalsze studia. Tak się też stało. Tata ukończył kursy bibliotekoznawstwa i księgowości. Dalsze plany niestety pokrzyżowała wojna. Wrócił do Bukowiny i tu podjął pracę. Podczas okupacji ożenił się z mamą. Wspólnie prowadzili punkt Rady Głównej Opiekuńczej. Po wojnie miał sklep, potem przez wiele lat był sekretarzem gminy oraz księgowym w domach wczasowych. Ojciec był bardzo aktywnym społecznikiem. Mama zarządzała gastronomią w Gminnej Spółdzielni, prowadziła też u siebie stołówkę dla wczasowiczów.
Jak to się stało, że babcia Bronisława Konieczna, zwana Dziadońką, zasłynęła grą na skrzypcach?
Jej ojciec, a mój pradziad Jędrzej Dziadoń wraz z braćmi mieli góralską kapelę. Często przygrywali turystom, którzy idąc do Morskiego Oka i na tatrzańskie szlaki, zatrzymywali się w karczmie prowadzonej przez pradziadków na Łysej Polanie. Częstym gościem był hrabia Zamoyski, hrabia Baczyński i inni ludzie z tak zwanego świata. Było biesiadowanie i tańce przy dźwiękach góralskich melodii. Wielkim druhem i przyjacielem pradziada był jeden z najwybitniejszych skrzypków podhalańskich, Bartłomiej Obrochta.
Szymanowskiemu często grywał...
Rzeczywiście. Zresztą także wspólnie z moją babcią. Często bywał u moich pradziadów. Prowadził w Tatry turystów, ale chodził też z Jędrzejem na wyprawy myśliwskie, głównie w Tatry Słowackie. Polowali na niedźwiedzie, kozice, świstaki, głuszce, jelenie, sarny. No, przecież trzeba było mieć sadło niedźwiedzie, tłuszcz kozic czy świstaczy. To były powszechnie uznane środki lecznicze (śmiech).
Babcia na pewno miała wrodzony i nieprzeciętny talent muzyczny. Ale równocześnie słuchała Obrochty (żona Bartusia była jej chrzestną matką), rodzinnej kapeli i innych muzyków. I sama, nieszkolona, zaczęła próbować. Po kryjomu przed ojcem. Wszak skrzypce to była świętość. Jędrzej wieszał je na ścianie i nie wolno było ich ruszać. Ale babcia podbierała i grała. Z jej przekazów wiem, że początkowo ojciec z tego powodu karcił ją. Aż pewnego razu Bartłomiej Obrochta usłyszał grającą dziewczynkę i powiedział mu: - Jyndrek, przecie ona gro lepiyj od ciebie. Ile lat mogła wtedy mieć mała Broncia? Siedem, osiem? Od tego momentu poważnie zabrała się za grę na skrzypcach i już jako dziewczynka została prymistką.
To znaczy: grała pierwsze skrzypce?
Kapela góralska liczy co najmniej trzy osoby: prymista, sekund wtórujący prymiście i basista. Często bywa, że jest dwóch sekundantów. Ale to prymista naprawdę nadaje ton muzyce. Babcia z czasem stała się słynna na całe Podhale. A konkurencja była ogromna: świetne kapele Obrochtów, Chotarskich, Maśniaków, Duszów. Jednak w organizowanych konkursach kapel babcia pokonywała wielu prymistów. Miała własny zespół i wychowała niejedno pokolenie podhalańskich skrzypków. Babci grania pilnie słuchał chociażby Władysław Trebunia-Tutka. Wykształciła też świetnych muzyków z Bukowiny: Stanisławę Górkiewicz i Eugeniusza Wilczka. Od kilkunastu lat jest organizowany konkurs Dziadońcyne Granie. Startują najlepsi tatrzańscy prymiści i ich kapele.
Pan nie poszedł w ślady babci.
Trochę grałem, nawet byłem w zespole szkolnym, ale na pewno nie odziedziczyłem po niej talentu. No, może charakter... (ze śmiechem). Ucho jednak nie to! Gdy tylko zjawiałem się u babci, rzucała: - Dziecko, siednij ze se, a jo ci zagrom. Potrafiła godzinami grać, improwizując i nie powtarzając się. Nasze góralskie melodie, słowackie, czardasze. Mnie jednak nigdy nie zmuszała do nauki grania. Chyba czuła, że do muzykowania, jak powiadamy: ciongu ni mom.
Jaka była?
Niewysoka, dość szczupła, ale niezwykle silna. Wszyscy Dziadonie byli bardzo silni. Pradziad był mężczyzną około dwumetrowym, potężnej postury. Jego synowie też. I jakoś to przeszło genetycznie. Ja podnosiłem ciężary i wcale się nie dawałem, nawet starszym. W wyciskaniu, choć w podrzutach nie, dorównywałem koledze, który miał mistrzostwo Polski...
A babcia?
Nie dość, że silna, to o bardzo mocnym i zdecydowanym charakterze. Takim, powiedziałbym: czarno-białym. Autorytety szanowała, ale to był szacunek, bez odcienia służalczości. Potrafiła powiedzieć wprost, co myśli, w bezpardonowy sposób okazać swoje niezadowolenie. Gdy grała, nie mógł jakiś pierwszy lepszy tancerz wyjść przed kapelę i tańczyć. Zaraz mu robiła afront, mówiąc: - Coz mi tu bedzies drobić! Taka była. Otoczona zawsze wiankiem młodych i krewkich chłopaków, takich bitników. W młodości za jedną cholewką sznurowanych butów miała nóż, a za drugą pistolet. Jak się zaczynała jakaś bójka, to i babcia się... aktywizowała.
Kochała konie. Zawsze u niej były. Mniej do pracy, ale odszykowane, na pokaz. Bardzo nie lubiła Spiszaków. Wynikało to prawdopodobnie jeszcze z przedwojennych zadrażnień między Słowakami a Polakami. Mamusia opowiadała mi, że z duszą na ramieniu jeździła z babcią na jarmark. Podcinając konie, zmuszała jadących ze spiskich wsi gazdów do szybkiego usuwania się z drogi. Jeśli okazali się w tym powolni, babcia okładała ich batem.
Ostro i surowo wychowywała swoje dzieci. A jednocześnie była nad wyraz pobłażliwa dla wnuków, a zwłaszcza dla najstarszego.
Pana?
A jakże. Była też pełna góralskiej mądrości życiowej. Warto wspomnieć taką scenę: przyjeżdżam z Krakowa do szpitala w Zakopanem. Babcia w tym czasie zaczęła już chorować. Miała sercowe przypadłości. Pytam:
- Jakoz babciu sie mocie?
A ona: - Ej, dziecko, jak sie cuje, tak sie cuje. Nie nalepiyj. No dyć ci tyz powiym, co tu ni ma zodnyk dochtorów.
- Jakze babciu ni ma?
- Ej, chłopce, to nie dochtory. Dochtory to były za Austryje. Ino jedyn nicego. Dobry. Wiys dziecko, to tyn, co mi rzók, ze kielusecek śpyrytusa do herbaty mi nie zaskodzi.
To była cała babcia. Rzecz jasna, nigdy nie upijała się, ale dla kurażu wypiła.
Pamiętam, jak przychodziłem do niej po młodzieńczych bójkach. Mówiła:
- Podź dziecko, opowiydz mi. Wybiyliście ik?
- Wybiyli!
- To sie ciese.
Uwielbiałem do babci chodzić. Bardzo dobrze gotowała, choć specjalnie tego nie lubiła. Świetne mięso, rosół. Zawsze mi opowiadała, że w jej rodzinnym domu na Łysej Polanie stały cztery beczki. W jednej była kapusta, w drugiej zarosolone (marynowane) połacie dziczyzny, w trzeciej marynowane łososie i pstrągi, a czwarta to była beczka z rumem.
Babcia Bronisława "Dziadońka"
Była kobietą niezwykłą, pełną subtelności, ale też twardą. Potrafiła błyskotliwie ripostować. Często zapraszano ją na uroczystości, występy, dożynki w kraju i za granicą. Ale nigdy nie zdecydowała się pojechać do Stanów Zjednoczonych, bo miała uraz do wody. Jako młoda dziewczyna, podczas łowienia z braćmi ryb, podtopiła się. Zachłysnęła się wodą i uraz pozostał.
Zachowały się jej nagrania?
Trochę tak, choć nie najlepszej jakości. Niedawno były obrabiane, by uzyskać lepszy dźwięk. A słychać z nich, że styl Dziadońki jest specyficzny. To prawdziwe bogactwo góralskiego grania.
To znaczy?
Prawdziwej góralskiej melodii nie da się zapisać nutami. Tam są tony, które nie mają odpowiednika w zapisie nutowym. Na tym polega oryginalność tej muzyki. Gdy jestem na konkursach góralskich skrzypków, to od razu da się poznać: Oho! ten młody czuje tę muzykę. To kwestia także obfitości melodyki, uderzenia i nacisku smyczka. Podobnie ze śpiewem: najlepiej szkolony śpiewak operowy nie ma tej melodyki góralskiej, tego nie da się podrobić. Operowy śpiewak musiałby złamać układ strun głosowych - bez tego efektu nie będzie. W każdym razie Dziadońka w stylu gry, melodyce jest uznawana za najwybitniejszą skrzypaczkę podhalańską. Była prawdziwym samoukiem. Pełna pasji, żyła swoim graniem. Potrafiła godzinami grać sama dla siebie. Wychodziła na balkon swego domu i grała. Bywało, że potajemnie ludzie podchodzili i słuchali.