Areszt śledczy, zakład karny Fosie, Malmö
WIGILIA 2014
W szwedzkich więzieniach co roku odbiera sobie życie nie więcej niż pięć osób, a najczęściej zdarza się to w okolicy Bożego Narodzenia. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Sama Ina nie jest szczególną wielbicielką świąt - za dużo złych wspomnień, i przypuszcza, że to samo dotyczy wielu siedzących tu osób. Mimo wszystko... kiedy do jej życia wkroczyła Tamara, pojawiło się w nim też trochę przyjemnych wspomnień, które wywołują sentymentalny nastrój w taki dzień jak ten. Chociaż klawisze chodzą w idiotycznych mikołajowych czapkach i już samo to wystarczy, żeby mieć ochotę kogoś zabić.
Ostatnią rzeczą, jaką zrobiła w swojej starej celi przed przeniesieniem do nowego oddziału, było schowanie Görana do częściowo opróżnionej paczki papierosów. Nie miał nic przeciwko temu, wydawał się nawet trochę podekscytowany perspektywą zmiany, a teraz znalazł sobie miejsce pod przymocowanym do ściany narożnym stolikiem z jasnego drewna. Jest więc takim samym udomowionym stworzonkiem jak przedtem. A co on zresztą, do cholery, je? I skąd wiadomo, że to facet? Czy chrząszcze w ogóle mają płeć?
Zagłębia się w rozważaniach, machinalnie głaszcząc zabandażowane lewe ramię. Boli. Kość łokciowa nie jest złamana, ale cios pałką był potężny. Prawdopodobnie coś tam jest pęknięte - Ina wie, jakie to uczucie, dla niej to nie pierwszyzna. A jednak Granitowy Podbródek następnego dnia był w pracy, jakby nic się nie stało. Oczywiście.
Istnieją klawisze, którzy są w porządku, zdarza się, że bywają całkiem mili, ale absolutnej większości się wydaje, że ta robota to znakomita okazja, żeby dać ujście swoim najgorszym faszystowskim ciągotom. Przynajmniej w wypadku mężczyzn. Jeśli Ina uważała, że w policji panuje zbyt silny duch wspólnoty, to nie miała pieprzonego pojęcia, o czym mówi. Klawisze to prawdziwa sekta. Mają władzę absolutną. Chociaż Granitowy Podbródek przynajmniej nie zbliżał się do niej od czasu, kiedy ją zaatakował. Jaka szkoda. Ina bardzo chętnie by popatrzyła, jak chodzi, kulejąc, z fioletową moszną. Pamięta, że wymierzony kopniak trafił w cel.
Wesołych świąt, pieprzona świnio.
Powinna go była jeszcze ugryźć, tak żeby musiał pójść na test na HIV i dwa tygodnie w nerwach czekał na wynik.
Na tym oddziale drzwi są zamykane, ale jeśli się chce, można przebywać razem z innymi osadzonymi przez dwie godziny dziennie. Nie będzie żadnej przesady w stwierdzeniu, że Ina absolutnie, za Chiny ludowe, nigdy w życiu tego by nie chciała. Rozniosło się już tutaj, że była policjantką. I że sama się tu posadziła. Ina wiedziała, że tak będzie, zanim postanowiła, że pozostanie przy swojej decyzji.
No, ale jednak.
Wolałaby nie rozbijać więcej czaszek, niż to było absolutnie konieczne.
Można by pomyśleć, że klawisze będą ją traktować nieco lepiej niż pozostałych, biorąc pod uwagę jej przeszłość, ale nic z tego... To było błędne koło. W oczach służby więziennej i policji jest zdrajczynią, która przeszła na ciemną stronę. A w oczach ciemnej strony, wiadomo: raz glina, zawsze glina.
W sumie jest tak jak zawsze. Jest samotna. Nigdzie nie przynależy. Nie licząc sześdziesięciosiedmioletniej zwariowanej węgierskiej babci, która jest jedyną znaną jej kobietą z silniejszym niż jej prawym sierpowym.
Inie trudno jest powstrzymać się od nienawiści do sędzi, która nie wypuściła jej do domu w oczekiwaniu na wyrok. Mogłaby spędzić ostatnie dni z Tamarą. Spotkać się z Neveną.
Drapie się po czaszce i drży, kiedy dochodzi do wielkiego plastra za prawym uchem. Zaletą pięciomilimetrowego jeżyka jest to, że urazy głowy mniej się paprzą. Druga jest taka, że kiedy przejeżdża się dłonią po głowie, to tak, jakby głaskało się aksamit. Bardzo przyjemne.
Pieprzony świr, myśli Ina i przypomina sobie bójkę.
Granitowy Podbródek mógł ją trwale uszkodzić. Tak mało do tego potrzeba. Jedno niefortunne uderzenie może okazać się brzemienne w skutki i wszystko zmienić. Ona wie o tym najlepiej.
Nagle w zamku grzechocze klucz, drzwi się otwierają i Ina zostaje wyrwana ze swoich myśli, znów gotowa na wszystko, gdy w szparę wsadza głowę Johan Trolle, pastor szwedzkiego Kościoła narodowego.
- Cześć, Ina. Wesołych świąt - mówi.
Rany-kurwa-boskie.
Uśmiecha się. Johan ma na sobie jasnoczerwony kostium Mikołaja. Z szerokim pasem, złotymi guzikami i całą resztą. Problem w tym, że jest wymoczkiem. Cienkim jak patyk i mniej więcej równie solidnym, jeśli chodzi o budowę ciała. Wygląda jak Mikołaj, z którego ktoś wyciągnął korek. Ale jest fajny.
- Cześć, Johan.
- Chcesz chwilę pogadać? Ale... co się stało?
Patrzy przerażony na opatrunki. Zabandażowane ramię, gruby plaster na czaszce i otarcie na szyi bijące po oczach jaskrawą czerwienią. Sama nie pamięta, skąd się wzięło, lecz swędzi jak diabli wieczorami, kiedy próbuje zasnąć.
- Przewróciłam się, a co? Wszystkim tutaj się to przytrafia, no nie? My... ciągle się przewracamy. Dzień w dzień.
Johan wygląda na wstrząśniętego.
- Wszystko w porządku?
Ina kiwa głową.
- Mogę wejść?
- Nie trzeba, mam dzisiaj widzenie.
Twarz Johana się rozjaśnia.
- Fantastycznie! A więc święta jednak istnieją.
- Ano, istnieją - wzdycha Ina.
- To ja dam ci tylko to tutaj i lecę dalej. Powiedz, jeśli będziesz chciała pogadać później, jestem tu do ósmej wieczorem.
- Nie masz rodziny, która czeka na ciebie w domu? - Ina natychmiast żałuje tych słów. Głupio jest zawstydzać pastora, który tylko próbuje czynić dobro.
Ale Johan Trolle jedynie się uśmiecha, wcale nieurażony, a przynajmniej tak się wydaje. Może tak jest, kiedy się wierzy w jakiegoś boga? Raczej nie. Dziewięćdziesiąt procent wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z religią, obraca się wokół wstydu. Powinien być najlepszy we wstydzie.
- A jakże - odpowiada wesoło. - Czekają z kolacją i prezentami, aż wrócę do domu. Wiedzą, jak ważna jest praca, którą tu wykonuję.
Bierze zwisający mu z ramienia worek i grzebie w nim.
- Wesołych świąt, moja piękna.
Wyciąga prezent, który wszyscy osadzeni dostają od szwedzkiego Kościoła. Czekoladowe ciasto i kartkę świąteczną z motywem Jenny Nyström. Na tej, którą trzyma teraz Ina, widać konia pałaszującego pieczywo chrupkie, a karmi go nim świąteczny skrzat.
Odwraca kartkę. "Wesołych świąt" i wers z Biblii, którego nawet nie chce jej się czytać.
- Dzięki - mówi mimo to. - I nawzajem.
Pastor stoi jeszcze przez chwilę w drzwiach, tak jakby chciał coś dodać, ale w końcu ponownie życzy jej wesołych świąt i znika. Zamek grzechocze.
Kiedy drzwi są zamknięte, jest lepiej, chociaż tutejsza wentylacja jest całkiem do niczego. Tak jakby nastrój nie był wystarczająco ciężki bez braku ruchu powietrza. Ina patrzy na telewizor, który z wyłączonym dźwiękiem stoi na biurku. Zbliża się pora obiadowa i na kanale TV4 leci jakiś program o majsterkowaniu. Tilde de Paula siedzi w świątecznej czapce oraz broszce i szczerzy zęby, kiedy Dogge Doggelito próbuje zmontować świąteczny wieniec, czy co tam kleci, ale ku powszechnej radości nic mu z tego nie wychodzi.
*
Zostały dwie godziny do Wigilii z Kaczorem Donaldem, dwie klawiszki w idiotycznych błyszczących czapeczkach z pomponami zabierają Inę do jednej z czterech sal widzeń w Fosie. Przechodzą obok tak zwanego kącika gier w jednej z mijanych sal zajęć. Meble z sosny i grube niebieskie poduszki ze zbyt szorstkiego materiału. Ina rozpoznaje jedną z dziewczyn, która siedzi samotnie, gapiąc się w szachownicę, tak jakby mieszkała tam cała jej przyszłość. Przypomina sobie, że kiedyś ją przesłuchiwała.
Kurwa mać.
Co za kicha! Jak myśliwy, który nagle stwierdza, że trafił do jaskini lwów i teraz musi się zmierzyć z przeciwnikami. Nie ich jednak się obawia. Tylko lwa drzemiącego wewnątrz niej. Bardziej tego, do czego może być zmuszona, jeśli nie zostawią jej w spokoju.
Cudownie będzie tak żyć przez następne sześć i pół roku. Jeśli w ogóle dostanie ograniczony wymiar kary.
Ale na to zasłużyłam.
Widzi przed sobą ciało. Leżące bez tchu. Nieruchome. Które na nic nie patrzy. W ogóle nic. Już nigdy niczego nie zrobi. Zgrzytają zęby i Ina przypomina sobie, że nie może tak mocno zaciskać szczęk. Kiedy była nastolatką, Tamara załatwiła jej gryzak, który miała zakładać na noc. Przegryzła go jednak na wylot. To pewnie dlatego ma tak silnie zaznaczoną linię szczęki, mięśnie ciężko nad tym pracowały przez całe życie. Może to ona sama, jeszcze bezzębna, przeżuła krwawą pępowinę po porodzie?
Sala widzeń jest bardzo wydłużona, co wywołuje u Iny nieprzyjemne klaustrofobiczne uczucie od razu po wejściu. Z lewej strony toaleta, na wprost zakratowane okno. Stolik kawowy, dwuosobowa sofa i dwa fotele. Przynajmniej nie ma przykręconej do ściany pryczy. Ina słyszała, że w pokoju są chusteczki, papierowe prześcieradła, prezerwatywy i lubrykator, z których mogą korzystać małżeństwa, ale nie wie, czy to prawda.
Zapada się w jednym z foteli.
- Można dostać kawę? - pyta jednej z klawiszek.
Ta jest najmilsza. Jej opiekunka w areszcie. Jak ona ma na imię? Milla. Pillan. Cilla. Coś w tym guście. Cios pałką w głowę może narobił więcej szkód, niż się wydawało... Opiekunka kilka razy jej mówiła, jak ma na imię.
- Jeśli chcecie, możecie dostać grog z sokiem - odpowiada i przekrzywia głowę tak, że pompon na końcu czapki zwisa obok i dynda w powietrzu.
Co za dziwaczny pomysł, siedzieć w areszcie i pić grog z sokiem.
- Kawa wystarczy. Z mlekiem proszę. - Ina bardzo się stara, żeby wyglądać na wdzięczną.
- Ale pierniczki pewnie chcecie?
- A chcemy. Żebyśmy były grzeczne.
Millapillacilla milknie, chichocze sarkastycznie przez chwilkę, stwierdza, że to może niestosowne i znów milknie.
- To ja to załatwię - mówi na koniec, kiedy otwierają się drzwi i wchodzi Tamara z głową wciśniętą między ramiona.
Ina od razu widzi, że jest strasznie wkurzona, ale obie milczą, aż klawiszki wyjdą, zamykając za sobą drzwi.
- Moja maleńka - mówi Tamara i zamyka Inę w jednym ze swoich węgierskich żelaznych uścisków. Zanim go zwolni, Ina słyszy, jak ciężko oddycha.
- Rany boskie, co oni z tobą zrobili?
Tamara wyciąga rękę i bardzo delikatnie dotyka opatrunku na głowie Iny, patrząc jednocześnie na zabandażowane lewe ramię.
- Nic takiego. Trzeba było widzieć tego gościa - próbuje rozładować sytuację Ina.
- Gościa? - pyta zaskoczona Tamara.
- Klawisza - odpowiada Ina. - Próbował się na mnie wyżyć. Ale, prawdę mówiąc, nie wyszedł z tego bez szwanku. A teraz nie wolno mu się do mnie zbliżać. Naprawdę jest spoko.
- Co oni tu za cyrk odwalają?
Ina zbywa to ruchem ręki.
- Coś się stało?
Drzwi znów się otwierają, wchodzą klawiszki w swoich czapeczkach, z tacą z kawą, dzbanuszkiem z mlekiem i jasnoniebieskim plastikowym talerzem z ośmioma ciemnymi serduszkami z piernika. Tamara przygląda się tej, która stawia to wszystko na stole, i tylko Ina dziękuje, zanim znowu zostaną same.
Od razu po zamknięciu drzwi Tamara pochyla się do przodu z łokciami na kolanach i przeczesuje rękami swoją siwą, kędzierzawą grzywę.
- Czy ty wiesz, co tu się dzieje, kiedy się wchodzi do tego pieprzonego miejsca? - mówi z przejęciem i sięga po pierniczka, którego w całości wciska do ust. - Bramki elektroniczne i psy wykrywające narkotyki to jeszcze nic. Musiałam się rozebrać. Rozumiesz? Do naga!
Wpycha do buzi kolejnego pierniczka i wypija połowę swojej kawy jednym haustem.
Ina od razu czuje wyrzuty sumienia. To wszystko jej wina. Potem zaczyna w niej narastać wściekłość. Wypełnia całe ciało jak gorący hel.
- To była przynajmniej dziewczyna?
Wydaje się, że Tamara z początku nie rozumie, co Ina ma na myśli, a potem kiwa głową i pierwszy raz wygodniej siada w fotelu. Zdmuchuje grzywkę z czoła.
- Tak... ale mimo wszystko... Nie mogłam nic zostawić. Nawet jednej niteczki.
Ina zauważa, że obie siedzą z zaciśniętymi pięściami. Próbuje się odprężyć i robi, co może, żeby rozładować atmosferę.
- No przecież widać, że przemycasz prochy i broń. No halo! Wiadomo, jacy są ci cudzoziemcy.
Tamara wybucha uzdrawiającym śmiechem i pięści się rozluźniają.
- No jasne - odpowiada, opuszczając ramiona. - W zadku zmieści się niejedno. A tam głąby nie sprawdzały.
Znów trochę traci humor.
- Miałam ze sobą prezenty świąteczne. Nic wielkiego, parę czasopism. Bieliznę. Kilka książek. Ale zabrali wszystko. Powiedzieli, że zanim to dostaniesz, trzeba wszystko skontrolować. Co oni sobie, kurwa, wyobrażają, że wymoczyłam te rzeczy w narkotykach, czy jak?
Kąciki jej ust nagle opadają, a zmarszczki na twarzy się pogłębiają.
Milczą. Popijają kawę. Tamarze nie pozwolili uczestniczyć w rozprawie i Ina wie, że jest ciekawa. Unika jednak tego tematu. I nie rozmawiają o tym, za co tutaj siedzi. Kiedy sama zgłosiła się na linię alarmową, zadzwoniła też do Tamary i opowiedziała w skrócie, co się stało. Potem jednak już o tym nie rozmawiały.
- A jak cię tu karmią? Wystarcza ci? - pyta Tamara po chwili.
Jak każda mama, uśmiecha się Ina. Tamara jest cudowna, pokręcona, czasem zupełnie nierozsądna i twarda jak kamień. Ale Ina kocha ją ponad wszystko, co do tego nie ma wątpliwości. Zdała sobie z tego sprawę już w połowie ósmej klasy. I już tego samego wieczoru zdobyła się na odwagę, chociaż denerwowała się tak, że omal się nie porzygała, i zapytała, czy Tamara nie chciałaby pomyśleć o adopcji.
*
Kiedy Ina wraca do celi, życie wydaje się lżejsze niż przedtem. Nie jest całkiem sama. I nie będzie tu siedziała przez całe życie, jak przypomniała jej Tamara. Odbędzie swoją karę, potem wyjdzie. Jeśli dadzą jej dziesięć lat, to może wyjść po sześciu i pół, a wtedy nie będzie jeszcze miała trzydziestu sześciu lat. "Zostanie więcej niż połowa życia" - jak powiedziała Tamara. I ma rację. Jeszcze masa czasu na życie. Z czystym sumieniem. Odpokutuje za swoją zbrodnię. Gdy tylko zaczyna o tym myśleć, znów pojawiają się obrazy. Zaciśnięta pięść trafiająca w skroń... mocno.
Zasłużył na to. Ale nie na to, co było później.
Musi się zająć czymś innym. Podchodzi do łóżka. Ktoś tu był i zostawił jeszcze jeden prezent. Z Miejskiej Misji. Kiedy odkrywa, co to jest, nie może powstrzymać gorzkiego uśmiechu. Kalendarz. Tak jakby wszyscy, którzy tu siedzą, i tak nie śledzili pilnie mijających dni. Siada na materacu i przegląda rok 2015, miesiąc po miesiącu. Stawia w myślach czerwone krzyżyki na każdym dniu. Poniedziałek - siedzi. Wtorek - siedzi. Środa - siedzi. I tak dalej. Wpada w jeszcze większy dół i bierze do ręki kartkę leżącą koło kalendarza. To quiz od personelu. Pewnie ten, komu pójdzie najlepiej, wygra coś fajnego. Pierwsze pytanie brzmi tak:
"Kto prowadził program świąteczny w SVT najwięcej razy z rzędu?".
Przegląda szybko resztkę kartki. Wszystkie pytania są równie łatwe. Co za szkoda. Nawet Göran miałby same poprawne odpowiedzi. A właśnie... Göran.
Ina schyla się i na czworakach wpełza pod biurko. Chrząszcz leży tam, gdzie poprzednio, wciśnięty w róg między podłogą a ścianą. Cichutko. Ina wyciąga okruszki pierniczków, które przemyciła z tacy, i mówiąc do owada, rozsypuje je wokół niego. Nie ma pojęcia, czy chrząszcze rzeczywiście jedzą okruszki, czy nie, ale jeśli tak, to i on będzie przynajmniej mógł coś uszczknąć ze świątecznego nastroju, na pewno mu się należy. Z tego, co Ina wie, może siedzieć w pudle znacznie dłużej niż ona.
Za niecałą godzinę Wigilia z Kaczorem Donaldem. Nic z tego nie będzie. Jeśli zacznie to oglądać, na pewno się rozklei, wyraźnie to czuje. Myśli przez chwilę, czy zadzwonić do Neveny, ale to raczej głupi pomysł. Wszystkie rozmowy wychodzące z telefonów zainstalowanych w areszcie są nagrywane. A tak cholernie dobrze byłoby usłyszeć jej głos. Nevena zawsze w Wigilię śpiewała tę piskliwą piosenkę myszek z Kopciuszka i brzmiała dokładnie jak one.
Ściska ją w gardle. Ściska we wspomnieniach.
Ina dzwoni po klawiszy. Nie zaszkodzi pójść do siłowni, żeby czas szybciej minął. Nie ma tam worka z piaskiem, podobnie jak w innych szwedzkich więzieniach, bo nie chcą zachęcać osadzonych do przemocy, nie ma też ciężarów powyżej pięćdziesięciu kilo, ale i tak można się zmęczyć. Przynajmniej prawe ramię, lewe musi jeszcze co najmniej tydzień odpocząć. Ina nie potrzebuje worka ani rękawic. Wystarczy postawić przy ścianie gumową matę i walić w nią pięściami au naturel.