Obudziłem się na głos pustelnika, który zdawał się
niesłychanie cieszyć widząc mnie zdrowego i wesołego. Uściskał mnie
ze łzami w oczach i rzekł: "Synu mój, dziwne rzeczy działy się tej
nocy. Powiedz prawdę, czy przepędziłeś noc w Venta Quemada i czy
miałeś tam do czynienia z potępieńcami? Jeszcze można złemu
zaradzić. Klęknij u stóp ołtarza, wyznaj twoje winy i czyń pokutę."
Tak upominając, zamilkł i czekał na moją odpowiedź. "Ojcze mój, -
rzekłem - właśnie spowiadałem się wyjeżdżając z Kadyxu, a od tego
czasu nie sądzę abym popełnił jaki grzech śmiertelny, chybaby we
śnie. Wprawdzie nocowałem w Venta Quemada, ale jeżelim tam co
widział, mam moje powody dla których niechcę o tem wspominać."
Pustelnik na pozór zdziwił się mocno tą odpowiedzią, wyrzucał że
dałem się uwieść szatanowi pychy i koniecznie chciał mnie przekonać
o nieodbitej potrzebie spowiedzi. Wkrótce jednak widząc że
niezłomnie trwałem w mojem postanowieniu, udobruchał się, porzucił
ton apostolski jakim do mnie przemawiał i rzekł: "Dziwi mnie twoja
odwaga, powiedz mi kto jesteś? kto cię wychował i czy wierzysz lub
nie wierzysz w duchy. Bądź tak dobry i zaspokój moją ciekawość." "Ojcze - rzekłem - zaszczycasz mnie tą chęcią bliższego
poznania mojej osoby i bądź przekonany że umiem ją cenić. Pozwól
abym wstał, a wtedy przyjdę do pustelni i opowiem ci wszelkie
szczegóły mnie dotyczące jakich sam tylko zażądasz." Pustelnik
znowu mnie uściskał i odszedł. Ubrawszy się wszedłem do pustelni; zastałem starca
warzącego kozie mleko które mi podał wraz z cukrem i chlebem; sam
zaś poprzestał na kilku gotowanych korzonkach. Skończywszy śniadanie, pustelnik obrócił się do opętanego
i rzekł: "Paszeko, Paszeko! w imieniu twojego odkupiciela,
rozkazuję ci zaprowadzić kozy na górę." Paszeko zaryczał
straszliwie i odszedł. Natenczas, w te słowa zacząłem opowiadać
własne przygody:
HISTORYA ALFONSA VAN WORDEN.
"Pochodzę z starożytnej rodziny która jednak więcej
obfitowała w znakomitych mężów niż w dostatki. Cały nasz majątek,
składało rycerskie dominium nazwane Worden, zależące od Burgundyi i
położone śród gór Ardeńskich. Ojciec mój, mając starszego brata, musiał poprzestać na
małej cząstce dziedzictwa, która mu jednak wystarczała do
przyzwoitego utrzymania się w wojsku. Służył podczas całej wojny o
sukcessyą i po zawarciu pokoju, król Filip V. zaszczycił go
stopniem podpułkownika w gwardyi wallońskiej. W wojsku hiszpańskiem podówczas panował punkt honoru
posunięty do najwyższego stopnia, który mój ojciec jeszcze za
niedostateczny uważał i w istocie niemożna mu tego brać za złe,
gdyż prawdę mówiąc, honor powinien być duszą życia wojskowego. W
Madrycie nieodbywał się żaden pojedynek żeby mój ojciec nie układał
warunków, a skoro raz wyrzekł że zadosyć uczynienie było
dostatecznem, nikt przeciw temu wyrokowi nie śmiał stawić oporu.
Jeżeli zaś szczególniejszym trafem ktoś nie był zupełnie
zadowolonym, natychmiast miał do czynienia z moim ojcem, który
ostrzem szpady popierał każde swoje zdanie. Nadto ojciec mój
utrzymywał wielką księgę w której zapisywał historyę każdego
pojedynku ze wszelkiemi szczegółami, i zwykle w nadzwyczajnych
razach do niej odwoływał się po radę. Tak ciągle tylko zajęty swoim krwawym trybunałem, mój
ojciec długo zostawał nieczułym na ponęty miłości, nareszcie
wzruszyły mu serce wdzięki młodej jeszcze dziewczyny, Uraki
Gomelez, córki Oidora Grenady, pochodzącej z krwi dawnych królów
tego kraju. Wspólni przyjaciele wkrótce zbliżyli obie strony i
skojarzyli małżeństwo. Mój ojciec postanowił zaprosić na wesele wszystkich tych z
którymi kiedykolwiek się pojedynkował, ma się rozumieć których nie
pozabijał. Sto dwudziestu dwóch zasiadło do stołu, trzynastu nie
było w Madrycie, o miejscu zaś pobytu trzydziestu trzech z którymi
bił się w wojsku, nie mógł powziąść żadnej wiadomości. Matka moja
opowiadała mi, że nigdy nie widziała tak wesołej uczty i na
którejby szczerość tak powszechnie panowała; łatwo temu uwierzyłem,
gdyż ojciec mój miał wyborne serce i był lubionym od wszystkich. Z swojej strony, ojciec mój, silnie przywiązany do
Hiszpanji, niebyłby nigdy opuścił służby, gdyby we dwa miesiące po
małżeństwie nie był otrzymał listu podpisanego przez burmistrza
miasta Bouillon. Donoszono mu: że jego brat, zszedłszy bezpotomnie
ze świata, zostawił mu cały majątek. Wieść ta niesłychanie
zmięszała mego ojca, i matka mówiła mi że wpadł w takie
roztargnienie, że nie można było jednego słowa z niego wydobyć.
Nareszcie rozłożył księgę pojedynków, wyszukał dwunastu ludzi
którzy ich mieli najwięcej w całym Madrycie, zaprosił do siebie i
przemówił do nich w te słowa: "Drodzy towarzysze broni, wiecie ile razy uspokoiłem wasze
sumienia gdy honor wasz zdawał się być zagrożonym. Dziś sam jestem
zmuszony odwołać się do waszego światła, lękam się albowiem aby mój
własny sąd niebył dość jasnym, czyli raczej aby uczucie stronności
nie stanęło mi na zawadzie. Oto jest list od burmistrza z
Bouillonu, którego świadectwo zasługuje na szacunek, jakkolwiek
urzędnik ten bynajmniej nie pochodzi z krwi szlacheckiej.
Wyrzeknijcie więc, czy honor nakazuje mi zamieszkiwać zamek moich
przodków, lub też czy dalej mam służyć królowi Don Filipowi, który
obsypał mnie dobrodziejstwami i w ostatnich nawet czasach wzniósł
do godności generała brygady. Zostawiam list na stole i sam
odchodzę; za pół godziny powrócę i dowiem się o waszem
postanowieniu." To mówiąc, mój ojciec wyszedł z pokoju. Gdy wrócił w pół
godziny, zaczęło się głosowanie. Pięć głosów było za zostaniem w
służbie siedm zaś za przeniesieniem się w góry Ardeńskie. Mój
ojciec bez szemrania skłonił się za większością. Matka moja chętnie byłaby pozostała w Hiszpanji, ale tak
dalece kochała swego męża, że bez najmniejszego żalu zgodziła się
na opuszczenie ojczyzny. Odtąd zajęto się jedynie przygotowaniami
do podróży i przyjęciem kilku osób któreby mogły śród gór
Ardeńskich przypominać Hiszpaniję. Chociaż ja, niebyłem jeszcze
wtedy na świecie, jednakże mój ojciec bynajmniej nie wątpiąc o
mojem przybyciu, pomyślił że czas był wyszukać dla mnie nauczyciela
fechtunku; w tym celu rzucił wzrok na Garciaza Hierro,
najbieglejszego fechtmistrza w całym Madrycie. Młodzieniec ten,
znudzony niespokojnem życiem miasta, chętnie przystał na podane mu
warunki. Z drugiej strony, matka moja, niechcąc puszczać się w
podróż bez spowiednika, wybrała Inniga Veleza, teologa
patentowanego w Cuenza, który miał mnie nauczać zasad religji
katolickiej i języka hiszpańskiego. Wszystkie te rozporządzenia
względem mego wychowania, poczyniono na rok przed mojem przyjściem
na świat. Skoro wszystko już było gotowe do odjazdu, ojciec mój
poszedł pożegnać się z królem i według zwyczaju przyjętego na
dworze hiszpańskim, ukląkł na jedno kolano aby mu ucałować rękę,
ale nagle żal tak mu ścisnął serce, że zemdlał i odniesiono go bez
przytomności do domu. Nazajutrz poszedł pożegnać się z Don
Ferdynandem de Lara, który był na ów czas pierwszym ministrem. Don
Fernando przyjął go nader łaskawie i zawiadomił, że król wyznaczał
mu dwanaście tysięcy realów dożywotniej pensyi wraz ze stopniem
Serhente hénéral, który odpowiada dzisiejszemu generałowi
dywizyi. Mój ojciec byłby połową własnej krwi okupił szczęście
rzucenia się raz jeszcze do stóp monarchy, ale ponieważ już się był
pożegnał, musiał przeto tymrazem poprzestać na listowem wyrażeniu
gorących uczuć wdzięczności jaka go wskroś przejmowała. Nareszcie,
nie bez rzewnych łez, opuścił Madryt. Mój ojciec wybrał drogę przez
Katoloniję aby raz jeszcze zwiedzić pola, na których dał tyle
dowodów męztwa i pożegnać się z kilku dawnymi towarzyszami, którzy
dowodzili oddziałami wojsk rozstawionemi na granicy. Ztamtąd przez
Perpignan dostał się do Francyi. Całą podróż aż do Lyonu odbył jak najspokojniej, ale
wyjechawszy z Lyonu końmi pocztowemi wyprzedzony został przez
powóz, który daleko lżej wyładowany, pierwszy przybył do stacyi.
Niebawem mój ojciec zajechał także przed dom pocztowy, wziął szpadę
i zbliżywszy się do podróżnego prosił o udzielenie mu chwilkę
osobnej rozmowy. Podróżny, jakiś pułkownik francuzki, widząc mego
ojca w generalskim mundurze, aby mu nieuchybić także przypasał
szpadę. Weszli oba do gospody położonej naprzeciw domu pocztowego
i zażądali osobnego pokoju. Gdy znaleźli się sami, mój ojciec temi
słowy odezwał się do podróżnego: "Mości panie, powóz pański
wyprzedził moją karetę usiłując koniecznie pierwej zajechać przed
pocztę. Postępek ten, jakkolwiek sam przez się nie jest zniewagą,
ma przecież dla mnie coś niemiłego, z czego raczysz się pan
wytłumaczyć." Pułkownik mocno zdziwiony zwalił całą winę na pocztylionów
i zaręczał że bynajmniej się do tego nie mięszał. "Mości panie, - przerwał mój ojciec - nieuważam tego
bynajmniej za sprawę zbyt wielkiej wagi i dla tego poprzestanę na
pierwszej krwi." To mówiąc dobył szpady. "Wstrzymaj się pan na chwilę, - rzekł Francuz - mniemam że
to wcale nie moi pocztylioni wyprzedzili pańskich, ale przeciwnie
pańscy wlokąc się niedbale pozostali w tyle." Mój ojciec nieco zamyślił się i rzekł do pułkownika:
"Sądzę że masz pan słuszność i gdybyś był wcześniej uczynił mi tę
uwagę, to jest zanim dobyłem szpady, bezwątpienia byłoby się obyło
bez pojedynku; ale teraz pojmujesz pan że doprowadziliśmy rzeczy do
tego stopnia, że bez rozlewu trochy krwi nie możemy się rozejść." Pułkownik znalazł zapewne tę przyczynę zupełnie
dostateczną i także dobył szpady. Walka krótko trwała. Mój ojciec
czując się rannym, natychmiast zniżył ostrze swej szpady i jął
przepraszać pułkownika że śmiał go trudzić, na co ten odpowiedział
ofiarując swoje usługi, wymienił swoje nazwisko i gdzie można było
go znaleźć w Paryżu; poczem wsiadł do powozu i odjechał. Mój ojciec z początku nie zważał na ranę, ale ciało jego
tak było innemi pokryte, że nowy ten cios uderzył w dawną bliznę. Pchnięcie szpady pułkownika odkryło postrzał karabinowy po
którym kula mu jeszcze pozostała. Ołów tym razem wydostał się na
wierzch i po dwu miesięcznem okładaniu i przewijaniu, rodzice moi
puścili się w dalszą drogę. Mój ojciec przybywszy do Paryża natychmiast pośpieszył
odwiedzić Margrabiego d'Urfé (tak się nazywał pułkownik z którym
miał spotkanie). Był to jeden z ludzi najwięcej poważanych na
dworze; przyjął mego ojca z niewypowiedzianą uprzejmością i obiecał
przedstawić go ministrowi jakoteż pierwszym panom francuzkim. Mój
ojciec podziękował mu i prosił tylko o przedstawienie go księciu de
Tavannes, który naówczas był dziekanem marszałków, chciał bowiem
zasięgnąć bliższych wiadomości względem trybunału honorowego o
którym dotąd miał wysokie wyobrażenie, często rozpowiadał w
Hiszpanii jako o nader mądrej ustawie i wszelkiemi siłami starał
się zaprowadzić ją w tym kraju. Marszałek również rad był memu ojcu
i polecił go kawalerowi de Beli?vre, pierwszemu sekretarzowi panów
marszałków i obrońcy przy rzeczonym trybunale. Kawaler często odwiedzając mego ojca spostrzegł raz u
niego kronikę pojedynków; dzieło to tak dalece wydało mu się
jedynem w swoim rodzaju, że prosił o pozwolenie pokazania go panom
marszałkom, którzy podzielili zdanie ich sekretarza i posłali do
mego ojca z prośbą: aby raczył dozwolić uczynić odpis, który miał
być na wieczne czasy złożonym w aktach trybunalskich. Żądanie to
sprawiło memu ojcu niesłychaną przyjemność i z radością na nie
zezwolił. Podobne oświadczenia szacunku bezustannie uprzyjemniały
memu ojcu pobyt w Paryżu, ale wcale inaczej działo się z moją
matką. Postanowiła ona niezwłocznie nietylko nie uczyć się po
francuzku, ale nawet nie słuchać gdy przemawiano tym językiem.
Spowiednik jej Innigo Velez ciągle gorzko wyśmiewał się z wolnych
obrządków kościoła gallikańskiego, Garcias Hierro zaś kończył każdą
rozmowę utrzymując, że Francuzi byli tchórzami i niezgrabiaszami. Nareszcie rodzice moi opuścili Paryż i po czterech dniach
podróży przybyli do Bouillon. Ojciec mój dopełnił aktu rozpoznania
przed urzędnikami i objął swój majątek w posiadanie. Dach naszych
przodków, oddawna pozbawiony obecności swych panów, w równym stanie
znajdował się co do dachówek; deszcz tak dobrze lał w pokoju jak na
podwórzu, z tą różnicą: że bruk podwórza wkrótce wysychał, podczas
gdy kałuże w pokojach ciągle się powiększały. Ten zalew domowego
ogniska bardzo podobał się memu ojcu, przypominał mu bowiem
oblężenie Leridy, podczas którego trzy tygodnie przepędził stojąc
po pas w wodzie. Pomimo tych miłych wspomnień, postarał się jednak o
umieszczenie w suchem miejscu łóżka swojej małżonki. W obszernym
bawialnym pokoju był komin flamandzki przy którym piętnaście osób
mogło grzać się wygodnie; wystające sklepienie tego komina tworzyło
niejako dach, podparty z każdej strony dwoma słupami. Zabito więc
dymnik i pod tym dachem postawiono łóżko mojej matki, stolik i
jedno krzesło, ponieważ zaś ognisko było wyniesione na jedną stopę,
matka moja przeto mogła zamieszkiwać tę wyspę dość nieprzystępną
dla powodzi. Ojciec mój osiedlił się w przeciwnym końcu pokoju na dwóch
stołach spojonych deskami, oba zaś łóżka połączono mostem
umocowanym w środku podwalnią z pak i kufrów. Dzieło to zostało
ukończone pierwszego dnia naszego przybycia do zamku i w dziewięć
miesięcy potem przyszedłem na świat. Podczas gdy z wszelką
czynnością zajmowano się wyporządzeniem naszego mieszkania, mój
ojciec odebrał list który przepełnił go radością. W liście tym
marszałek książe de Tavannes, prosił go o sąd w pewnej sprawie
honorowej która całemu trybunałowi wydała się nader trudną do
rozstrzygnięcia. Mój ojciec z takiem szczęściem przyjął ten dowód
szczególniejszej łaski, że postanowił z tego powodu wyprawić wielki
bal dla sąsiadów. Ale ponieważ niemieliśmy żadnych sąsiadów, bal
przeto skończył się na fandango wykonanem przez mego fechtmistrza i
Signorę Fraskę pierwszą garderobianę mojej matki. Ojciec mój, w odpowiedzi na list marszałka, upraszał aby
raczono mu w następstwie przesyłać wyciągi z wyroków trybunału. Ta
łaska została mu udzieloną i odtąd każdego pierwszego miesiąca
otrzymywał wielki zwój papierów, który przez cztery tygodnie
wystarczał na domowe rozmowy i sprzeczki pod czas długich wieczorów
zimowych przy kominie, w lecie zaś na dwóch ławkach przypartych do
zamkowej bramy. Gdy zapowiadałem już moje narodzenie, ojciec mój ciągle
rozmawiał z moją matką o synu którego się spodziewał i o wyborze
ojca chrzestnego. Matka moja obstawała za księciem de Tavannes lub
też za margrabią d'Urfé, ojciec zaś utrzymywał że to byłby dla nas
wielki zaszczyt, ale przytem obawiał się aby ci panowie nie sądzili
że mu czynią zbyt wielki zaszczyt, i tak zrozumiawszy należycie
własną godność prosił kawalera de Beliévre, który z swojej strony z
szacunkiem i wdzięcznością przyjął zaproszenie. Nakoniec przyszedłem na świat; w trzecim roku życia
wywijałem już małą szpadą, w szóstym zaś strzelałem z pistoletu nie
zmrużywszy oka. Już miałem blizko siedm lat gdy mój ojciec
chrzestny przyjechał do nas w odwiedziny. Kawaler od tego czasu
ożenił się był w Tunak i piastował tam urząd namiestnika i zarazem
obrońcy przy trybunale honorowym. Początek tych godności odnosi się
aż do czasów sądów bożych, później przyłączono je do trybunału
marszałków Francyi. Pani de Beli?vre była nader wątłego zdrowia i mąż wiózł ją
do wód w Spa. Oboje wkrótce niesłychanie mnie polubili a ponieważ
niemieli własnych dzieci, uprosili przeto mego ojca aby im
powierzył moje wychowanie, które niemogło być pielęgnowanem w
samotnej okolicy jaką zamieszkiwaliśmy. Ojciec mój chętnie przystał
na ich żądania, zachęcony zwłaszcza urzędem obrońcy przy trybunale
honorowym, który mu obiecywał, że w domu Beli?vrów zawczasu przejmę
się zasadami mającemi ustalić dalsze moje postępowanie. Z początku chciano aby Garcias de Hierro mi towarzyszył,
gdyż mój ojciec zawsze był tego zdania że najszlachetniejszy
pojedynek był ze szpadą w prawej, puginałem zaś w lewej ręce. We
Francyi zupełnie nieużywano tego rodzaju szermierstwa. Ponieważ
jednak mój ojciec przyzwyczaił się każdego poranku szermować z
Garciasem, i ta rozrywka stała się potrzebną dla jego zdrowia,
postanowił zatem zatrzymać fechtmistrza przy sobie. Również, myślano wysłać ze mną teologa Inniga Veleza, ale
ponieważ matka moja umiała tylko po hiszpańsku, niepodobieństwem
więc było pozbawiać ją spowiednika znającego ten język. Tak więc
rozłączony zostałem z dwoma ludźmi których jeszcze przed mojem
urodzeniem przeznaczono na moich nauczycieli. Jednakże dano mi
służącego Hiszpana, ażebym w jego towarzystwie nie zapomniał mowy
macierzyńskiej. Wyjechałem z moim ojcem chrzestnym do Spa gdzie
przepędziliśmy dwa miesiące, ztamtąd udaliśmy się do Hollandyi i
nareszcie w końcu jesieni wróciliśmy do Turnak. Kawaler de Beli?vre
wybornie odpowiedział zaufaniu mego ojca i przez sześć lat
nieszczędził wszelkich starań aby mnie z czasem wykształcić na
znakomitego wojskowego. W końcu szóstego roku mego pobytu, Pani de
Beli?vre nagle umarła, mąż jej opuścił Flandryę i przeniósł się do
Paryża, mnie zaś odwołano do rodzicielskiego domu. Po nieznośnej podróży z powodu spóźnionej pory, we dwie
godzin po zachodzie słońca przybyłem do zamku, gdzie zastałem
wszystkich mieszkańców zebranych koło wielkiego komina. Mój ojciec
jakkolwiek uszczęśliwiony z mego przyjazdu, przecież bynajmniej nie
objawił oznak radości, lękając się na szwank wystawić to co wy
Hiszpanie nazywacie
la gravedad; natomiast matka moja przyjęła mnie ze łzami.
Teolog Innigo Velez przywitał mnie błogosławieństwem, szermierz zaś
Garcias Hierro natychmiast podał mi floret. Wnet uderzyłem na niego
i zadałem mu kilka pchnięć które dały obecnym niepospolite
wyobrażenie o mojej zręczności. Mój ojciec zbyt był biegłym znawcą
aby w tej chwili nie miał zastąpić dawnej oziębłości najżywszym
rozczuleniem. Zastawiono wieczerzę i wszyscy wesoło zasiedli do stołu.
Po wieczerzy znowu przysunięto się do komina i mój ojciec rzekł do
teologa: "Przewielebny Don Innigo, uczyń mi tę przyjemność,
przynieś wielką księgę z cudownemi historyami i przeczytaj nam
którą." Teolog poszedł do swego pokoju i wkrótce wrócił z ogromnym
foliałem oprawionym w biały pargamin który pożółkniał już od
starości. Otworzył księgę na chybił-trafił i zaczął czytać w te
słowa:
HISTORYA TRIWULDA Z RAWENNY.
Był raz przed laty we włoskiem mieście nazwanem Rawenna,
młodzieniec nazwiskiem Triwuld. Przystojny, bogaty ale przytem
nadzwyczaj zarozumiały. Dziewczęta raweńskie wyglądały oknami aby
go ujrzeć przechodzącego, ale żadna nie mogła sprawić na nim
wrażenia. Jeżeli zaś przypadkiem która przypadła mu do smaku,
milczał z obawy aby się nie poniżył okazaniem kobiecie tak
wysokiego zaszczytu. Nareszcie wdzięki, młodej Niny Dei-Gieraci
skruszyły jego obojętność i Triwuld oświadczył jej swoją miłość.
Nina na to odpowiedziała, że kawaler Triwuld wielce ją tym zamiarem
zaszczycał, ale że od dzieciństwa kochała swego kuzyna Teobalda
Dei-Gieraci i że zapewne do śmierci kochać go nie przestanie. Na tę
niespodziewaną odpowiedź, Triwuld wyszedł dając oznaki
najzapalczywszej wściekłości. W ośm dni potem, a było to właśnie w niedzielę, gdy
wszyscy mieszkańcy Rawenny dążyli do katedry świętego Piotra,
Triwuld rozpoznał śród tłumu Ninę wspartą na ramieniu jej krewnego.
Zawinął się w płaszcz i pośpieszył za niemi. Gdy wszyscy weszli do kościoła gdzie niewolno było twarz
płaszczem zakrywać, kochankowie mogli byli łatwo spostrzedz że
Triwuld ich ścigał, ale tak dalece zajęci byli miłością że nawet
nie uważali na mszę, co prawdę mówiąc wielkim jest grzechem. Tymczasem Triwuld usiadł za niemi w ławce, słuchał ich
rozmowy i podniecał w sobie zawziętość. Natenczas ksiądz wstąpił na
ambonę i rzekł: "Mili chrześcijanie, ogłaszam wam zapowiedzi
Teobalda i Niny Dei-Gieraci, czy kto z was ma co przeciw temu
małżeństwu?" "Ja się temu sprzeciwiam," krzyknął Triwuld, i w tej
chwili zadał obu kochankom kilkanaście ciosów sztyletem. Chciano go przytrzymać, ale znowu wziął się do sztyletu,
wymknął się z kościoła, następnie z miasta i uciekł do Wenecyi.
Triwuld był pyszny i zepsuty przez los, ale duszę miał tkliwą;
zgryzoty sumienia zemściły się za nieszczęśliwe ofiary. Triwuld
tułał się od miasta do miasta i w rozpaczy pędził życie. Po kilku latach, krewni jego załagodzili całą sprawę i
powrócił do Rawenny; ale nie był to już ten sam młodzieniec
błyszczący szczęściem i dumny z swojej urody. Zmienił się tak
dalece że własna mamka nie mogła go poznać. Zaraz pierwszego dnia po przybyciu, Triwuld wywiedział się
gdzie był grób Niny; powiedziano mu że razem ze zwłokami kochanka
została pochowaną w kościele świętego Piotra, tuż obok miejsca
gdzie ich zamordowano. Triwuld drżący poszedł do kościoła, upadł na
grób i oblał go rzewnemi łzami. Pomimo całej boleści jakiej
nieszczęśliwy zabójca doznał w tej chwili, łzy przecież ulżyły mu
na sercu; dał więc swoją kiesę zakrystyanowi i otrzymał pozwolenie
wchodzenia do kościoła kiedy mu się tylko spodoba. Odtąd
przychodził każdego wieczora i zakrystyan tak się do niego
przyzwyczaił że niezwracał nań najmniejszej uwagi. Pewnego wieczoru, Triwuld przepędziwszy poprzednią noc
bezsennie, zasnął na grobie, a gdy się obudził znalazł kościół już
zamknięty; postanowił więc śmiało przepędzić noc w miejscu które
tak zgadzało się z jego głębokim smutkiem. Słuchał jak godziny biły
jedna za drugą i żałował tylko, że każdy ostatni dźwięk niebył
ostatnią chwilą jego życia. Nareszcie północ uderzyła. Otwarły się drzwi od zakrystyi
i Triwuld ujrzał zakrystyana wchodzącego z latarnią w jednej, z
miotłą zaś w drugiej ręce. Nie był to jednak zwyczajny zakrystyan
ale kościotrup; miał wprawdzie nieco skóry na twarzy i coś
nakształt zapadłych oczu, ale okrywająca go opończa wyraźnie
pokazywała że na kościach zupełnie nie było ciała. Okropny zakrystyan postawił latarnię na wielkim ołtarzu i
pozapalał świece jak do nieszporów; następnie zaczął zamiatać
kościół i okurzać ławki, przeszedł nawet kilka razy obok Triwulda
ale nie zdawał się go spostrzegać. Nareszcie zbliżył się do drzwi
zakrystyi i jął dzwonić w sygnaturkę; na ten dźwięk podniosły się
grobowce, wyszli umarli owinięci w całuny i na posępną nutę
zawiedli hymny i żałobne i litanie. Gdy tak przez jakiś czas już wyśpiewywali, jeden martwiec
odziany w albę i stułę wstąpił na ambonę i rzekł: "Mili bracia,
ogłaszam wam zapowiedzi Teobalda i Niny Dei-Gieraci, przeklęty
Triwuldzie, czy masz co przeciw temu?" - Tu ojciec mój przerwał teologowi i zwracając się do mnie,
rzekł: "Synu mój Alfonsie, czy zląkłbyś się gdybyś był na miejscu
Triwulda." "Drogi ojcze, - odpowiedziałem - sądzę że zląkłbym się
niesłychanie." Na te słowa, ojciec mój, porwał się uniesiony szalonym
gniewem, poskoczył do szpady i chciał mnie nią przybić do ściany. Obecni rzucili się między nas i przecie zdołali go
uspokoić. Gdy usiadł na swojem miejscu, spojrzał na mnie
straszliwie i rzekł: "Synu niegodny twojego ojca, nikczemność twoja
hańbą okrywa pod pewnym względem pułk gwardyi wallońskiej w którym
cię chciałem umieścić." Po tych gorzkich wymówkach na które myślałem że umrę ze
wstydu, nastąpiło głębokie milczenie. Garcias pierwszy go przerwał
i zwracając się do mego ojca rzekł: "Czy nie lepiej byłoby Jaśnie
Wielmożny Panie aby zamiast tego wszystkiego, można było przekonać
syna Waszej Miłości, że niema na świecie ani widm, ani upiorów, ani
umarłych którzy śpiewają litanije. Tym sposobem, bezwątpienia
panicz nie drżałby na ich wspomnienie." "Mości Hierro, - odpowiedział cierpko mój ojciec, -
zapominasz Wacpan że wczoraj miałem zaszczyt pokazywać mu historyę
o duchach, napisaną własną ręką mego pradziada." "Ja bynajmniej, - odparł Garcias - nie zadaję fałszu
pradziadowi Jaśnie Wielmożnego Pana." "Jak to rozumiesz, - rzekł ojciec - bynajmniej nie zadaję
fałszu. Czy wiesz że to wyrażenie przypuszcza możność zadania
fałszu memu pradziadowi, przez Wacpana." "Jaśnie Wielmożny Panie, - mówił dalej Garcias, - wiem że
jestem zbyt małoznaczącą osobą, aby Jaśnie Wielmożny pradziad
Waszej Miłości, miał wymagać po mnie jakiegokolwiek zadosyć
uczynienia." Wtedy mój ojciec przybrawszy jeszcze straszliwszą postawę,
zawołał: "Hierro! niech cię Bóg broni abyś miał czynić wymówki,
gdyż takowe przypuszczają możność obrazy." "W takim razie, - rzekł Garcias - niepozostaje mi jak
tylko z pokorą poddać się karze jaką Jaśnie Wielmożny Pan w imieniu
swego pradziada raczy na mnie wymierzyć, śmiem tylko błagać aby dla
ochrony godności mego powołania, kara ta została mi wyznaczoną
przez naszego spowiednika; tym sposobem będę mógł ją uważać za
pokutę kościelną." "To nie jest zła myśl, - rzekł mój ojciec znacznie
uspokojony. - Pamiętam żem kiedyś napisał mały traktat o zadosyć
uczynieniach w razie gdyby pojedynek niemógł mieć miejsca; muszę
się nad tem głębiej zastanowić." Mój ojciec zdawał się z początku głęboko rozmyślać nad tym
przedmiotem, ale przechodząc z jednych uwag do drugich, zasnął
nareszcie w swojem krześle. Matka moja i teolog oddawna już spali i
Garcias niebawem poszedł za ich przykładem. Natenczas ja odszedłem
do mego pokoju i tak minął pierwszy dzień powrotu do
rodzicielskiego domu. Nazajutrz z rana fechtowałem się z Garciasem, następnie
poszedłem na polowanie, po wieczerzy zaś gdy wszyscy zasiedli koło
komina, mój ojciec znowu posłał teologa po wielką księgę.
Przewielebny przyniósł ją, otworzył na pamięć i zaczął czytać co
następuje:
HISTORYA LANDULFA Z FERRARY.
W pewnem mieście włoskiem nazwanem Ferrara, żył raz pewien
młodzieniec nazwiskiem Landulf. Był to rozpustnik bez czci i wiary,
który zgrozą przejmował wszystkich pobożnych mieszkańców. Ten
niegodziwiec szukał tylko podobnych sobie kobiet, żadna jednak nie
podobała mu się tyle ile Bianka de Rossi z powodu że wszystkie inne
przewyższała w lekkomyślności. Bianka nie tylko była rozpustną, chciwą złota i zepsutą w
głębi serca, ale nadto wymagała zawsze aby jej kochankowie zniżali
się do niej hańbiącemi postępkami; nalegała więc na Landulfa aby
każdego wieczora prowadził ją na wieczerzę do jego matki i siostry.
Landulf natychmiast poszedł do matki i oświadczył jej ten zamiar,
jak gdyby nic w tem nie widział nieprzyzwoitego. Biedna matka
zalała się łzami i zaklinała syna aby miał wzgląd na dobrą sławę
siostry. Landulf pozostał głuchym na te prośby i przyrzekł tylko
dochować ile możności tajemnicy, poczem przyprowadził Biankę do
domu. Matka i siostra Landulfa przyjęły niegodziwą daleko lepiej
niż na to zasługiwała; ale Bianka widząc ich dobroć podwoiła
jeszcze zuchwałość, zaczęła rozprawiać o nieprzystojnych rzeczach i
dawać siostrze swego kochanka nauki, bez jakich ta byłaby się
zupełnie obeszła. Nareszcie wyprawiła obie z pokoju, mówiąc że dość
już ją znudziły. Nazajutrz, bezwstydna rozniosła tę historyę po całem
mieście, tak że przez kilka dni o niczem innem nie mówiono;
niebawem wieść o tym wypadku doszła Odoarda Zampi, brata matki
Landulfa. Odoardo wcale niebył człowiekiem bezkarnie puszczającym
urazę, ujął się strony swej siostry i tego samego dnia kazał
zamordować niegodziwą Biankę. Gdy Landulf udał się do swej
kochanki, znalazł ją broczącą we krwi i nieżywą. Wkrótce dowiedział
się że to była sprawa jego wuja, pobiegł więc chcąc go karać, ale
dzielni towarzysze otaczający Odoarda naigrawali się jeszcze z jego
bezsilnej złości. Landulf nie wiedząc na kim wywrzeć swoją wściekłość,
pobiegł do matki aby na niej pomścić swojej krzywdy. Biedna kobieta
właśnie siadała z córką do wieczerzy i widząc syna wchodzącego
zapytała, czy dziś Bianka przyjdzie do stołu?.. "Oby mogła przyjść, - krzyknął Landulf - i zaprowadzić cię
do piekła razem z twoim bratem i całą rodziną Zampich." Nieszczęśliwa matka padła na kolana wołając: "Wielki Boże,
przebacz mu jego bluźnierstwu!." W tej chwili drzwi otwarły się z łoskotem i ujrzano
wchodzące straszliwe widmo, pokryte ranami sztyletu, w którem
jednak nie można było nierozpoznać trupa Bianki. Matka i siostra Landulfa zaczęły żarliwie się modlić i Bóg
udzielił im łaskę zniesienia tego okropnego widoku. Wiedźma zbliżyła się wolnemi kroki i zasiadła do stołu jak
gdyby chciała społu wieczerzać. Landulf z odwagą, jaką samo tylko
piekło mogło go natchnąć, podał jej półmisek. Widmo otworzyło tak
wielką paszczę że głowa zdawała mu się łupać na dwoje i zionęło
czerwonawym płomieniem; następnie wyciągnęło osmoloną rękę, wzięło
kawałek, połknęło go i wnet usłyszano jak spadał pod stół. Tym
sposobem pożarło cały półmisek, ale wszystkie kawałki upadały pod
stół. Wtedy zwracając straszliwe oczy na gospodarza, rzekło: "Teraz muszę ci podziękować za wieczerzę drogi Landulfie."
Przy tych słowach zarzuciło mu na szyję skrwawione ręce, zaczęło
uśmiechać się i kłapać zębami... - Tu mój ojciec przerywając spowiednikowi obrócił się do
mnie i rzekł: "Synu mój Alfonsie, czy zląkłbyś się gdybyś był na miejscu
Landulfa?..." "Kochany ojcze, - odpowiedziałem - zaręczam że wcale bym
się nie zląkł." Odpowiedź ta ucieszyła mego ojca; przez cały wieczór był
wesół i z radością na mnie poglądał. Tak przepędzaliśmy dni jeden za drugim, z tą różnicą że w
zimie zasiadaliśmy koło komina, w lecie zaś na ławce przypartej do
zamkowej bramy. Sześć lat upłynęło w tym słodkim pokoju i gdy teraz
sobie przypominam, zdaje mi się że każdy rok nie trwał dłużej jak
tydzień. Gdy skończyłem siedmnasty rok życia, ojciec pomyślił o
umieszczeniu mnie w pułku gwardyi wallońskiej, i w tym celu napisał
do kilku dawnych towarzyszów na których najwięcej jeszcze liczył.
Ci zacni i szanowni wojskowi połączyli wspólne starania i otrzymali
dla mnie patent na kapitana. Mój ojciec otrzymawszy tę wiadomość
tak dalece był nią wzruszony, że lękano się o jego życie; wszelako
niebawem przyszedł do siebie i odtąd zajmował się tylko
przygotowaniami do mego wyjazdu. Chciał abym udał się przez morze i
wylądowawszy w Kadyxie, naprzód przedstawił się Don Henrykowi de
Sa, wielkorządcy prowincyi, który najwięcej przyczynił się do
otrzymania dla mnie stopnia. Gdy powóz pocztowy zajechał już na podwórze zamkowe,
ojciec mój zaprowadził mnie do swego pokoju i zaryglowawszy drzwi
za sobą, rzekł: "Kochany Alfonsie, pragnę powierzyć ci tajemnicę
którą otrzymałem od mego ojca a którą ty przekażesz kiedyś twemu
synowi, gdy go jej godnym osądzisz." Byłem przekonany że ta tajemnica tyczyła się jakiego
ukrytego skarbu, odpowiedziałem więc: że zawsze uważałem złoto
jedynie jako środek przyjścia w pomoc nieszczęśliwym. "Mylisz się kochany Alfonsie, - odparł mój ojciec, - nie
chodzi tu bynajmniej o złoto lub srebro. Pragnę nauczyć cię
nieznanego dotąd pchnięcia, za pomocą którego zasłaniając prawy bok
i szybkim zwrotem podbijając końcem szpady rękojeść przeciwnika,
jesteś pewnym zawsze wytrącić mu broń z ręki." To mówiąc wziął
florety, nauczył mnie nieznanego pchnięcia; dał błogosławieństwo na
drogę i zaprowadził do powozu. Uściskałem moją matkę i po chwili
opuściłem zamek rodzicielski. Udałem się lądem aż do Flessingi, tam wsiadłem na okręt i
wylądowałem w Kadyxie. Don Henryk de Sa zajął się mną jak gdybym
był własnym jego synem, dopomógł mi do przyzwoitego oporządzenia
się i polecił dwóch służących, z których jeden zwał się Lopez drugi
zaś Moskito. Z Kadyxu przybyłem do Sewilli, z Sewilli do Kordowy,
następnie do Anduhar zkąd postanowiłem obrócić drogę przez
Sierra-Morena. Na nieszczęście przy źródle w Alcornoques, oba
służący mnie opuścili. Pomimo to, tego samego dnia dostałem się do
Venta-Quemada, wczoraj zaś wieczorem do twojej pustelni. - "Kochany synu, - rzekł pustelnik - twoja historya mocno
mnie zajęła i dziękuję ci żeś mi ją raczył opowiedzieć. Widzę teraz
po sposobie twego wychowania, że bojaźń jest dla ciebie zupełnie
nieznanem uczuciem; ale ponieważ przepędziłeś noc w Venta-Quemada,
lękam się abyś tam nie był doświadczył nagabań dwóch wisielców i
żebyś kiedyś nie uległ smutnemu losowi opętanego Paszeko." "Wielebny ojcze - odpowiedziałem - długom się zastanawiał
tej nocy nad przygodami pana Paszeko. Jakkolwiek ma on djabła w
ciele, przecież jest szlachcicem, nie sądzę więc aby wszystko co
mówił nie było najistotniejszą prawdą. Z drugiej jednak strony,
Innigo Velez, nasz spowiednik zamkowy zaręczył mi, że jakkolwiek
dawniej znajdowali się opętani, zwłaszcza w pierwszych czasach
chrześcijaństwa, atoli dziś niema już ich zupełnie i jego
świadectwo tem ważniejszem mi się wydaje, że ojciec mój rozkazał mi
we względzie naszej religji, ślepo wierzyć czcigodnemu Velezowi." "Jako? - rzekł pustelnik, - nie widziałeś więc okropnej
postaci opętanego, któremu djabli wyłupili jedno oko?.." "I owszem mój ojcze, wszelako pan Paszeko, mógł innym
sposobem nabawić się tego kalectwa. Wreszcie co się tyczy tych
rzeczy, odnoszę się zawsze do tych którzy więcej umieją odemnie.
Dość dla mnie że nielękam się żadnych widm ani strachów. Jednakże
jeżeli chcesz, dla zachowania spokoju duszy mojej, dać mi jaką
świętą relikwiję, przyrzekam nosić ją z wszelką wiarą i
poszanowaniem." Pustelnik zdawał się uśmiechać z mojej prostoty, poczem
rzekł: "Widzę mój synu, że masz jeszcze wiarę, ale obawiam się abyś
nadal zdołał w niej wytrwać. Ci Gomelezowie od których wiedziesz
twój ród po kądzieli, są od niedawna dopiero chrześcijanami,
niektórzy z nich nawet, jak mówią, w głębi serca wyznają islamizm.
W razie, gdyby ci ofiarowali niezmierne bogactwa, z warunkiem
przejścia na ich wiarę, co byś wtenczas uczynił?.." "Nie przyjąłbym, - odpowiedziałem - gdyż mniemam że
wyparcie się wiary lub opuszczenie sztandaru, zawsze może tylko
okryć hańbą." Tu pustelnik znowu zdawał się uśmiechać i rzekł: "Ze
smutkiem spostrzegam że cnoty twoje zasadzają się na zbyt
wygórowanem uczuciu honoru i uprzedzam cię, że dziś niema już tyle
pojedynków w Madrycie ile ich bywało za czasów twego ojca. Oprócz
tego, cnoty dziś opierają się na innych, daleko trwalszych
zasadach. Ale niechcę cię dłużej zatrzymywać gdyż masz jeszcze
długą drogę przed sobą, zanim dostaniesz się do
Venta del Pegnon, czyli gospody pod skałą. Oberżysta
mieszka tam pomimo złodziejów, liczy bowiem na opiekę bandy cyganów
która obozuje w okolicy. Po jutrze, przyjedziesz do
Venta de Cardegnas i wtedy będziesz już za Sierra-Moreną.
Przy siodle znajdziesz niektóre zapasy na drogę." To mówiąc
pustelnik czule mnie uściskał, ale nie dał mi żadnej relikwji dla
zachowania spokoju mej duszy. Niechciałem mu przypominać i
dosiadłszy konia, opuściłem pustelnią. Przez drogę rozmyślałem nad szczególniejszemi mniemaniami
pustelnika, nie mogłem bowiem pojąć jakim sposobem cnota może
opierać się na silniejszej podstawie jak na uczuciu własnego
honoru, który sam obejmował w sobie wszystkie cnoty. Właśnie zastanawiałem się nad temi uwagami, gdy nagle
jakiś jeździec ukazał się z poza skały, stanął mi w poprzek drogi i
rzekł: "Czy pan nazywasz się Alfonsem van Worden?" Odpowiedziałem że tak jest. "W takim razie, aresztuję pana w imieniu króla i
przenajświętszej inkwizycyi; racz mi pan oddać szpadę." W milczeniu
spełniłem jego żądanie, gdy w tem jeździec gwiznął i zewsząd
otoczony zostałem uzbrojonymi. Rzucili się na mnie, związali mi
ręce w tył, zapuścili manowcami w góry i po godzinie drogi ujrzałem
przed sobą warowny zamek. Spuszczono most zwodzony i wjechaliśmy w
dziedziniec; natychmiast zaprowadzono mnie do narożnej wieży i
wepchnięto do więzienia, nie troszcząc się bynajmniej o rozwiązanie
powrozów które mnie krępowały. Więzienie było zupełnie ciemnem,
niemogłem wyciągnąć rąk przed siebie, lękając się zatem uderzyć
głową w mur, usiadłem w miejscu gdzie mnie postawiono, i jak można
łatwo pojąć, zacząłem rozmyślać nad przyczynami tak gwałtownego ze
mną postępowania. Z razu myślałem że inkwizycya schwytała Eminę i
Zibeldę i że murzynki opowiedziały wszystko co się stało w
Venta-Quemada. W takim przypadku, bezwątpienia zadadzą mi zapytania
względem pięknych afrykanek. Miałem dwie drogi przed sobą: albo
zdradzić moje kuzynki i złamać dane im słowo honoru, lub też
wyprzeć się ich znajomości; utrzymując to drugie zdanie, byłbym
zabrnął w pasmo bezwstydnych kłamstw, czego bynajmniej nie
chciałem. Namyśliwszy się więc przez chwilę, postanowiłem zachować
jak najgłębsze milczenie i na wszelkie zapytania nie odpowiadać ani
słowa. Raz usunąwszy tę wątpliwość, zacząłem marzyć o wypadkach
dwóch dni ubiegłych. Byłem mocno przekonany że miałem do czynienia
z istotami z tego świata, jakieś tajemne uczucie silniejsze nad
wszelkie wyobrażenia o potędze złych duchów utwierdzało mnie w tem
mniemaniu; wszelako oburzała mnie niegodziwa psota przeniesienia
mnie pod szubienicę.
Tak mijały godziny. Głód zaczął mi doskwierać; słysząc że
w więzieniach nie brakowało chleba i dzbanków z wodą, jąłem szukać
nogami czy nie znajdę jakiego pożywienia. W istocie wkrótce
domacałem się jakiejś półkuli, która rzeczywiście była chlebem;
szło tylko jakim sposobem ponieść go do ust. Położyłem się obok
chleba i chciałem go schwycić zębami, ale za każdym razem wymykał
mi się dla braku oporu; natenczas przyparłem go do muru, i
znalazłszy bochenek rozkrojony przez środek, zdołałem go ugryźć.
Dziękowałem opatrzności że pomyślano wprzódy o rozkrojeniu chleba,
w przeciwnym bowiem razie usiłowania moje byłyby pozostały
bezskutecznemi. Następnie domacałem się dzbanka, ale znowu żadnym
sposobem nie mogłem do ust go przychylić; w istocie zaledwie
odwilżyłem gardło, wnet cała woda wylała się na ziemię. Tak czyniąc
dalsze poszukiwania, znalazłem w kącie garść słomy i położyłem się.
Związano mi ręce tak sztucznie że niedoznawałem żadnej boleści i
wkrótce zasnąłem.