Rękopis znaleziony w Licheniu - Ahmed Goldstein

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rok 2113, wy­ko­pa­li­ska ar­che­olo­giczne na te­re­nie ruin póź­no­ka­to­lic­kiej ba­zy­liki w Li­che­niu

Lip­cowe słońce grzało nie­mi­ło­sier­nie, lecz ma­gi­ster No­wicki mu­siał nie­stety opu­ścić swoje schro­nie­nie, by przy­pil­no­wać grze­bią­cych w ziemi stu­den­tów dru­giego roku ar­che­olo­gii.

- No, Grze­siek, co tam masz? - spy­tał sie­dzą­cego w kucki blon­dyna.

- Ka­mień, pa­nie ma­gi­strze!

- Świet­nie, kop da­lej. Tylko jesz­cze spy­taj tego z Ame­ryki, czy też coś wy­grze­bał.

- What did you wy­grze­ba­łeś, Johnny? - Wy­po­wie­dziane "płynną an­gielsz­czy­zną" py­ta­nie Grześka było skie­ro­wane do sie­dzą­cego kilka me­trów da­lej czar­no­skó­rego sty­pen­dy­sty z Mi­chi­gan.

- A stone! - od­parł Johnny.

- Też ka­mień - spraw­nie prze­tłu­ma­czył blon­dyn.

- No to kop­cie da­lej! - po­pę­dził ich ma­gi­ster. - A gdzie są Zby­szek, Ari, Da­vid i Lu­cyna?

- Źle się czuli i nie przy­szli - po­in­for­mo­wał Grze­siek, dłu­biąc w ziemi.

- Znowu mają kaca? - Ma­gi­ster nie wy­glą­dał na za­sko­czo­nego.

- Nie wiem, pa­nie ma­gi­strze, to pan z nimi wczo­raj pił, nie ja... A tak w ogóle to nie mieli nam dziś przy­wieźć ska­nera ul­tra­dź­wię­ko­wego?

- Mieli, ale ta menda Ko­wal­ski tak długo li­zał dupę dzie­ka­nowi, że to on do­stał ska­ner i te­raz ga­nia z nim po To­ru­niu.

- What does "lizał dupe" mean? - wtrą­cił się Johnny. Lecz za­nim kto­kol­wiek zdą­żył mu od­po­wie­dzieć, Ame­ry­ka­nin wy­sko­czył z wy­kopu, krzy­cząc: - I fo­und a beer bot­tle!

- Mówi, że ma bu­telkę piwa - prze­tłu­ma­czył Grze­siek.

- Weź mu po­wiedz, że ja już dziś nie piję - od­parł ma­gi­ster po­spiesz­nie.

- Pa­nie ma­gi­strze, jemu chyba cho­dzi o to, że ją tam w wy­ko­pie zna­lazł.

Wszy­scy trzej przy­kuc­nęli przy dziu­rze w ziemi, pa­trząc się na le­żącą na dnie szklaną bu­telkę z wy­bla­kłą ety­kietą.

- Tsie­eee... stieee.... Tsie­kan? - Johnny pró­bo­wał od­szy­fro­wać na­pis na bu­telce.

- Tak - po­wie­dział ma­gi­ster - je­śli wie­rzyć źró­dłom, był to pierw­szy bro­war w Pol­sce za­ło­żony przez osobę otwar­cie trans­pł­ciową. Bar­dzo cenne zna­le­zi­sko. Good job!

- Ni ma piwa - od­po­wie­dział ze smut­kiem Johnny, który co­raz le­piej wła­dał mową pol­ską.

Rze­czy­wi­ście, w bu­telce nie było piwa, były za to ja­kieś pa­piery. No­wicki na­tych­miast za­rzą­dził prze­rwę i wy­słał stu­den­tów po bułki, sam na­to­miast udał się z pa­pie­rami do biura znaj­du­ją­cego się w po­bli­skim ba­raku.

Kilka mi­nut póź­niej le­żał już na ka­na­pie, pod­czas gdy ska­ner 3d ana­li­zo­wał plik pa­pie­rów wy­cią­gnię­tych z bu­telki. Nie mi­nęła chwila, kiedy ma­gi­ster usły­szał me­cha­niczny głos od­czy­tu­jący pierw­sze li­nijki ta­jem­ni­czego do­ku­mentu...

Tekst, który ma­cie przed sobą zre­da­go­wa­łem ja, Da­vid Le­iter, były stu­dent i ser­deczny przy­ja­ciel pro­fe­sora No­wic­kiego. Opie­ra­łem się głów­nie na rę­ko­pi­sie z Li­che­nia i in­nych do­ku­men­tach od­na­le­zio­nych przez pro­fe­sora w trak­cie jego ba­dań. Rę­ko­pis, któ­rego ory­gi­nał znaj­duje się obec­nie w In­sty­tu­cie Póź­no­ka­to­lic­kim w War­sza­wie, nie tylko oka­zał się prze­ło­mowy dla ba­dań dzie­jów naj­now­szych, ale także stał się in­spi­ra­cją, dzięki któ­rej mo­gła po­wstać pierw­sza po­wieść hi­sto­ryczna opi­su­jąca tak ważne dla na­szego kraju lata dwu­dzie­ste XXI wieku, ze szcze­gó­łami, które z po­wodu braku źró­deł były nam wcze­śniej nie­znane. W związku z ży­cze­niami ży­ją­cych krew­nych i po­tom­ków po­zwo­li­łem so­bie zmie­nić dane nie­któ­rych osób, które po­ja­wiają się na ko­lej­nych stro­nach mo­jej opo­wie­ści. Ży­czę mi­łej lek­tury!

Adam Ko­wal­ski się spie­szył. Był już pięt­na­ście mi­nut spóź­niony, tram­waj się nie po­ja­wiał, a w pracy cze­kał Adama bar­dzo ważny dzień. Kto by po­my­ślał, że ruch tram­wa­jowy ma tak duży wpływ na kontr­wy­wiad, a przez to na bez­pie­czeń­stwo i su­we­ren­ność pań­stwa pol­skiego? Ter­ro­ry­ści, któ­rych Adam nie upil­no­wał, mogą w tej chwili pod­kła­dać bomby i nikt im nie prze­szka­dza, bo mo­tor­ni­czy do­stał roz­wol­nie­nia i tram­waj nie opu­ścił za­jezdni. Ro­syj­scy agenci kradną ta­jem­nice woj­skowe, bo ktoś po­sta­wił "na chwilę" ny­skę na to­rach, żeby za­pa­ko­wać do niej po­ła­maną wer­salkę.

Prawdę mó­wiąc, Adam w tym mo­men­cie tro­chę prze­ce­niał swój wpływ na obron­ność Rzecz­po­spo­li­tej. Na­wet je­śli spóź­niłby się po­nad go­dzinę, to ist­nieje spora szansa, że nikt by tego nie za­uwa­żył, tak samo jak nikt nie za­uwa­żał, kiedy trzeba było pła­cić za nad­go­dziny.

Tak jak wielu bok­se­rów za­częło swoje ka­riery po obej­rze­niu w dzie­ciń­stwie fil­mów o Roc­kym, tak samo Adam po­sta­no­wił, że wstąpi do służb, kiedy stał się fa­nem Ja­mesa Bonda. Nie był to jed­nak ten Bond z fil­mów, który ści­gał wy­ima­gi­no­wa­nych prze­stęp­ców z me­ta­lo­wymi zę­bami, tylko ten z ksią­żek, z lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku, który ści­gał ko­mu­ni­stów. Zło­wro­gich ko­mu­ni­stów, o któ­rych tyle opo­wia­dał Ada­mowi jego wu­jek Ste­fan. Traf chciał, że Adam fak­tycz­nie przy­po­mi­nał książ­ko­wego Bonda. Tro­chę po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, szczu­pły, z ciem­nymi wło­sami za­cze­sa­nymi na bok i wy­raź­nie za­ry­so­wa­nymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi. Od­róż­niała go za to gar­de­roba, gdyż nie­czę­sto miał oka­zję ustroić się w smo­king czy gar­ni­tur, a także brak bli­zny na po­liczku.

Cho­ciaż Adam uro­dził się już po upadku muru ber­liń­skiego i po roz­pa­dzie ZSRR, ko­mu­ni­ści od­gry­wali bar­dzo ważną rolę w jego ży­ciu. Do dziś wie­dział, gdzie się znaj­do­wał sklep, który przed wojną na­le­żał do pra­dziadka. Jako dziecko spa­ce­ro­wał tam z wuj­kiem, który za­wsze po­wta­rzał "To cen­trum han­dlowe by­łoby te­raz na­sze, gdyby ko­mu­chy nie za­brały dziad­kowi sklepu!". Nie­stety, sklep miał po­zo­stać już na za­wsze w rę­kach za­chod­niej kor­po­ra­cji, kie­ro­wa­nej przez no­wo­jor­skich Ży­dów (jak więk­szość kor­po­ra­cji, przy­naj­mniej we­dług wujka Ste­fana). Wszyst­kiemu były winne ko­mu­chy, które jak na złość albo już dawno po­wy­mie­rały, albo gdzieś się po­cho­wały.

Na szczę­ście ist­niała jedna osoba, która do­brze ro­zu­miała sy­tu­ację Adama. Puł­kow­nik Ku­kul­ski, jego bez­po­średni zwierzch­nik, do­brze zbu­do­wany i świet­nie za­kon­ser­wo­wany ży­la­sty męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, nie­na­wi­dził ko­mu­ni­stów chyba jesz­cze bar­dziej niż wu­jek Ste­fan, któ­rego, jak się póź­niej oka­zało, po­znał w mło­do­ści. Adama i puł­kow­nika łą­czyła także mi­łość do przy­gód Bonda. Ku­kul­ski stwier­dził pod­czas pierw­szej roz­mowy, że nie­stety na ra­zie nie jest w sta­nie za­pew­nić mło­demu agen­towi przy­gód na tro­pi­kal­nych wy­spach i po­ści­gów asto­nem mar­ti­nem po al­pej­skich ser­pen­ty­nach, ale jest mu w sta­nie za­pew­nić co in­nego: ko­mu­ni­stów.

Przez ostat­nich pięć lat Adam zaj­mo­wał się in­fil­tro­wa­niem naj­róż­niej­szych le­wac­kich or­ga­ni­za­cji dzia­ła­ją­cych w Pol­sce. Re­zul­taty były marne, bo zwy­kle oka­zy­wało się, że na­wet naj­bar­dziej gor­liwi le­wi­cowcy stwa­rzają ze­rowe za­gro­że­nie dla wła­dzy pań­stwo­wej i ka­to­lic­kich war­to­ści gło­szo­nych przez rząd. Adam stał się znany w śro­do­wi­sku, cho­dził na ma­ni­fe­sta­cje, wy­gła­szał prze­mó­wie­nia, za­pi­sał się do dwóch par­tii i kilku po­mniej­szych or­ga­ni­za­cji. Raz tro­chę prze­sa­dził i po­niósł na de­mon­stra­cję trans­pa­rent ze Sta­li­nem, co skoń­czyło się po­bi­ciem przez anar­chi­stów. Adam był wtedy bar­dziej za­sko­czony niż wku­rzony. Prze­cież mógł prze­wi­dzieć, że je­den z na­past­ni­ków był mi­strzem Pol­ski w bok­sie taj­skim. Poza tym jed­nak nic cie­ka­wego się nie działo, a ża­den z po­zna­nych le­wa­ków nie oka­zał się ko­mu­ni­stycz­nym ter­ro­ry­stą czy choćby agen­tem ob­cego wy­wiadu. Wła­śnie dla­tego taką eks­cy­ta­cją i pod­nie­ce­niem na­peł­niła go wia­do­mość, którą otrzy­mał wczo­raj wie­czo­rem od Ku­kul­skiego: "Nie bę­dziesz się już zaj­mo­wał pier­do­łami. Mam dla cie­bie coś waż­nego. Ju­tro, kiedy już spo­rzą­dzisz wszyst­kie ra­porty, przyjdź do mnie do ga­bi­netu".

Jesz­cze ni­gdy chyba ra­porty z nud­nych spo­tkań nie po­wstały tak szybko. Adam kle­pał w kla­wi­sze jak sza­lony, po­mi­jał wszystko, co uwa­żał za nie­istotne i nie­po­trzebne. Po go­dzi­nie klik­nął "wy­ślij", po czym na­tych­miast wy­łą­czył kom­pu­ter, wstał i po­szedł szyb­kim kro­kiem w kie­runku ga­bi­netu puł­kow­nika.

Za­pu­kał i wszedł do po­koju na końcu ko­ry­ta­rza. Sie­dząca za biur­kiem se­kre­tarka puł­kow­nika mie­szała her­batę w kubku, wpa­tru­jąc się w le­żące przed nią do­ku­menty.

- Można wejść - po­wie­działa pani Zło­tow­ska, nie od­ry­wa­jąc wzroku od pa­pie­rów. - Puł­kow­nik czeka.

- Dzię­kuję! - od­parł szybko Ko­wal­ski i ru­szył do ga­bi­netu.

Ma­rzena Zło­tow­ska była je­dyną ko­bietą w biu­rze, która ni­gdy nie od­po­wia­dała na jego uśmie­chy ani nie wda­wała się w żadne roz­mowy poza te­ma­tami bez­po­śred­nio zwią­za­nymi z ich pracą. Z tego po­wodu w mó­zgu Adama za­wsze była ska­ta­lo­go­wana jako "star­sza pani", ale w rze­czy­wi­sto­ści była nie­wy­soką szczu­płą ko­bietą nie­wiele po czter­dzie­stce, z krót­kimi ciem­nymi, lekko si­wie­ją­cymi wło­sami i świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem kota, który wie, że przy­nio­słeś ze sklepu puszkę z tuń­czy­kiem, ale nie masz za­miaru się po­dzie­lić.

- O, Ko­wal­ski! Je­steś w końcu! - wy­krzyk­nął zza biurka puł­kow­nik. - Sia­daj i słu­chaj, bo jest o czym ga­dać.

- Dzień do­bry, pa­nie puł­kow­niku. O co cho­dziło z tą wia­do­mo­ścią wczo­raj? Wresz­cie coś cie­ka­wego? - za­in­te­re­so­wał się Adam.

- Tak jest! - po­twier­dził puł­kow­nik, dra­piąc się po swo­jej równo przy­strzy­żo­nej si­wej bródce. - Bę­dzie ro­bota dla cie­bie, bo szy­kują się po­ważne zmiany na le­wicy.

- Ktoś ku­pił nową ka­napę? - za­py­tał od­ru­chowo młody agent.

- Pier­do­lony żar­tow­niś - wes­tchnął puł­kow­nik Ku­kul­ski i wró­cił do głów­nego te­matu: - Sły­sza­łeś o Mło­dej Pol­sce? Tej, co działa te­raz, nie tej z po­cząt­ków dzie­więt­na­stego wieku.

- Sły­sza­łem - od­po­wie­dział Adam. - To ja­kaś grupka lu­dzi, któ­rzy łażą po knaj­pach i opo­wia­dają bajki o po­ko­jo­wej re­wo­lu­cji albo o zbroj­nej re­wo­lu­cji, nie pa­mię­tam. Nikt ich nie bie­rze na po­waż­nie. Po­do­bno na­wet chcą re­je­stro­wać par­tię po­li­tyczną, ale nie wiem po co, skoro do­staną mniej gło­sów, niż mają człon­ków, bo jedna trze­cia to nie­letni.

- No wła­śnie. - Puł­kow­nik był wy­jąt­kowo pod­eks­cy­to­wany. - Do wczo­raj też tak my­śla­łem. Oka­zuje się, że to wszystko to tylko po­zory. Zło­tówa - tu wy­ko­nał gest w stronę drzwi, za któ­rymi znaj­do­wał się po­kój se­kre­tarki - wy­grze­bała ano­nim, który do nas przy­szedł parę dni temu. Oczy­wi­ście w pierw­szym od­ru­chu chcia­łem go zi­gno­ro­wać, bo więk­szość ano­ni­mów to bred­nie, ale ten był inny. Nie mam po­ję­cia, kto go na­pi­sał, swoją drogą li­czę, że ty się tego do­wiesz. Oka­zuje się, że Młoda Pol­ska ma po­moc z ze­wnątrz. Nie wiem jaką i od kogo, ale wy­gląda na coś po­waż­nego, mowa jest o du­żych pie­nią­dzach, broni i za­gra­nicz­nych szko­le­niach. Po­do­bno są po­dzie­leni na kilka nie­groź­nie wy­glą­da­ją­cych or­ga­ni­za­cji, które nie mają ze sobą ofi­cjal­nie żad­nego związku, i dla­tego prze­mknęli poza na­szym ra­da­rem. Część in­for­ma­cji z li­stu udało mi się zwe­ry­fi­ko­wać i oka­zało się, że są praw­dziwe. Te­raz mu­simy jak naj­szyb­ciej zwe­ry­fi­ko­wać resztę i do­wie­dzieć się wię­cej, bo wy­gląda na to, że nie do­ce­ni­li­śmy prze­ciw­nika. Za­sta­na­wia­łem się wczo­raj, kogo wy­zna­czyć do tej ope­ra­cji, a Zło­tówa aku­rat wspo­mniała o to­bie i tak so­bie po­my­śla­łem... Czemu nie? Masz kon­takty w śro­do­wi­sku, bę­dzie ci ła­two ich zin­fil­tro­wać.

- Zło­tów... Zna­czy się pani Zło­tow­ska o mnie wspo­mniała? - zdzi­wił się Adam.

- Tak... W su­mie nie pa­mię­tam już, o co cho­dziło. Co w tym dziw­nego? Za­wsze cię chwali, że przy­no­sisz jej pa­piery o cza­sie i nie trzeba ci mi­lion razy prze­sy­łać ra­por­tów do po­prawki.

- Na­prawdę? - Ko­wal­ski nie mógł otrzą­snąć się ze zdu­mie­nia - My­śla­łem, że mnie nie znosi.

- Za dużo my­ślisz - skwi­to­wał puł­kow­nik. - Bierz do­ku­menty, bierz ten pier­do­lony ano­nim ra­zem z ko­pertą i idź się za­jąć czymś po­ży­tecz­nym. Jak już mu­sisz my­śleć o ba­bach, to tam, w teczce, masz zdję­cia i dane jed­nej z sze­fo­wych Mło­dej Pol­ski. Jest młoda, w twoim wieku mniej wię­cej, i z tego, co tam jest na­pi­sane, włó­czy się po tych sa­mych knaj­pach co reszta le­wac­twa. Bę­dzie ci ła­two się z nią skon­tak­to­wać. Zna cię pew­nie z wi­dze­nia z de­mon­stra­cji i tym po­dob­nych pier­dół, więc może ci za­ufa. Zaj­mij się pa­pie­rami w domu, je­śli wo­lisz, nie mu­sisz w biu­rze sie­dzieć. Łażą tu ja­kieś łajzy z mi­ni­ster­stwa, niby kon­trolę ro­bią, a tylko wszyst­kim dupę za­wra­cają. Po­do­bno, kurwa, za dużo kasy na kse­rówki wy­da­li­śmy, więc ciesz się tymi, co do­sta­łeś, bo jak do­brze pój­dzie, to od przy­szłego roku bę­dziesz, kurwa, mu­siał gę­sim pió­rem z mo­ni­tora prze­pi­sy­wać. Wszystko ja­sne? Tak? To wy­pier­da­laj, a ja zajmę się tymi kur­wiami, co tu kon­trolę ro­bią. Po­wo­dze­nia i ode­zwij się na­tych­miast, jak tylko do­wiesz się cze­goś waż­nego.

- Tak jest, pa­nie puł­kow­niku! - Młody agent za­sa­lu­to­wał i wy­szedł z po­miesz­cze­nia.

Sie­dząca w se­kre­ta­ria­cie Zło­tow­ska spoj­rzała na niego znu­dzo­nym wzro­kiem i wró­ciła do pa­pie­rów le­żą­cych na biurku. Nie ob­da­rzyła Adama na­wet prze­lot­nym spoj­rze­niem, gdy mó­wił jej "do wi­dze­nia". Ale on nie miał czasu się nad tym za­sta­na­wiać, bo pę­dził do domu, żeby za­jąć się sprawą. Ba­wiło go to, jak czę­sto do­sta­wał od Ku­kul­skiego tajne akta, które w teo­rii ni­gdy nie miały prawa opusz­czać ar­chi­wum. Wi­dać puł­kow­nik dzia­łał na wła­snych za­sa­dach, a wy­żej od losu oj­czy­zny sta­wiał tylko wła­sną wy­godę.

Słońce już dawno za­szło, na dwo­rze ro­biło się co­raz zim­niej, a sklep mo­no­po­lowy był za­mknięty na głu­cho. Łu­kasz Si­ciń­ski wie­dział, że już naj­wyż­sza pora po­ło­żyć się spać. Ze spa­niem było zresztą ostat­nio ciężko. Łu­kasz, nie­gdyś naj­młod­szy po­seł w Sej­mie, a obec­nie trzy­dzie­sto­letni, za­czy­nał po­woli wy­glą­dać na swój wiek. Na­dal chudy i lekko zgar­biony, ale na twa­rzy wiecz­nego na­sto­latka po­ja­wiły się wory pod oczami, które mo­głyby za­wsty­dzić nie­jedną pandę. Na szczę­ście bo­go­wie ły­sie­nia po­sta­no­wili oszczę­dzić jego głowę i cią­gle mógł po­chwa­lić się bujną czu­pryną ciem­nych blond wło­sów, po­dob­nie jak za pierw­szej ka­den­cji. Nie wia­domo jed­nak było, jak długo włosy te za­cho­wają ory­gi­na­lny ko­lor, gdyż ko­lejne ty­go­dnie były pełne pracy, a nie­długo cze­kał go bar­dzo ważny dzień, może na­wet naj­waż­niej­szy w jego nie­zbyt dłu­giej ka­rie­rze po­li­tycz­nej. Jed­ność, par­tia rzą­dząca, któ­rej był człon­kiem, miała prze­gło­so­wać nową kon­sty­tu­cję. Po kilku la­tach rzą­dów oraz po­łknię­ciu jed­nej li­be­ral­nej par­tii w ca­ło­ści i dru­giej w po­ło­wie do więk­szo­ści kon­sty­tu­cyj­nej bra­ko­wało Jed­no­ści tylko jed­nego po­sła. Trzy ty­go­dnie temu je­den z po­słów nie­za­leż­nych, który do nie­dawna jesz­cze na­zy­wał nową kon­sty­tu­cję "za­ma­chem na de­mo­kra­cję" i "jaw­nym wpro­wa­dze­niem dyk­ta­tury", zde­cy­do­wał się za­pi­sać do Jed­no­ści i po­przeć zmianę ustawy za­sad­ni­czej. Ta­jem­nicą po­li­szy­nela był fakt, że zda­rze­nie to stało się wy­ni­kiem mie­sięcy ne­go­cja­cji i obie­cy­wa­nia panu po­słowi co­raz to wyż­szych stoł­ków.

Łu­kasz my­ślał o wy­da­rze­niach sprzed lat, kiedy to brał udział w kam­pa­nii wy­bor­czej. Do nie­dawna asy­stent jed­nego z mniej waż­nych po­słów z pod­la­skiej pro­win­cji tro­chę z przy­padku zna­lazł się na dwu­na­stym miej­scu na li­ście Jed­no­ści w swoim okręgu. Nikt oczy­wi­ście nie da­wał mu szans na wej­ście do sejmu, poza pierw­szą trójką na li­ście czę­sto znaj­do­wali się też lu­dzie, któ­rzy na­wet nie my­śleli o po­waż­nym za­an­ga­żo­wa­niu się w po­li­tykę.

Wszystko ule­gło zmia­nie, gdy na mo­ment przed roz­po­czę­ciem kam­pa­nii wy­bor­czej po­seł Du­dziak po­wie­dział Łu­ka­szowi, że go zwal­nia, a od te­raz funk­cję asy­stenta bę­dzie peł­nił jego sio­strze­niec, bo bio­rąc pod uwagę son­daże, to re­elek­cję i tak ma za­pew­nioną. Po la­tach cięż­kiej pracy Łu­kasz przy­jął to jako oso­bi­stą znie­wagę. W ciągu jed­nego week­endu zor­ga­ni­zo­wał swój sztab wy­bor­czy, zło­żony głów­nie z daw­nych ko­le­gów z li­ceum i by­łych pra­cow­ni­ków spry­wa­ty­zo­wa­nej w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych fa­bryki me­bli, która wła­śnie upa­dła, bo wła­ści­ciel na­gle zwi­nął się z biz­ne­sem do Chin.

Łu­kasz prze­ko­nał ich do­syć pro­stymi ar­gu­men­tami: "Słu­chaj­cie, ko­le­dzy! I tak nie ma­cie lep­szego za­ję­cia, a do­brze wie­cie, że Du­dziak za­wsze miał i za­wsze bę­dzie miał was w du­pie. Z na­szego mia­sta, choć­by­śmy się ze­srali, i tak za­wsze wej­dzie ktoś z Jed­no­ści, więc le­piej niech to będę ja. Na­sze mia­steczko to je­bana dziura i nikt z po­li­ty­ków się nami nie przej­muje. Ja nie chcia­łem być po­li­ty­kiem, zo­sta­łem asy­sten­tem po­sła tro­chę z przy­padku, bo w szkole by­łem do­bry z pol­skiego, a wy­gląda na to, że tu nikt z par­tii nie umie po­praw­nie na­pi­sać na­wet trzech słów na krzyż. Lu­dzie wcze­śniej gło­so­wali na sta­rych ko­mu­chów, po­tem na sty­ro­pia­nów i ja­koś nikt nic do­brego dla mia­sta nie zro­bił. Wiem, że się nie zga­dza­cie z wie­loma rze­czami, które robi Jed­ność, ale w su­mie to inne par­tie też nic do­brego nie ro­bią. Co­kol­wiek by­śmy ro­bili, to w Pol­sce bę­dzie jak w le­sie, ale może je­śli do­stanę się do sejmu, to uda mi się coś zro­bić, żeby u nas w mia­steczku nie było jak w ba­gnie. Po­mo­że­cie?". No to po­mo­gli.

Parę mie­sięcy bie­ga­nia bez prze­rwy na wszyst­kie msze, po­chody, wy­stępy ze­spo­łów lu­do­wych... Dru­ko­wa­nie ton ulo­tek za pie­nią­dze po­ży­czone od cioci, wpy­cha­nie ich w skrzynki, bramy i za wy­cie­raczki sa­mo­cho­dów. Roz­mowy z bi­sku­pem, ko­men­dan­tem po­li­cji i róż­nymi pre­ze­sami. Wi­zyta w lo­kal­nym ra­diu za­owo­co­wała krótką prze­mową pełną pięk­nych obiet­nic, które tra­fiły do słu­cha­czy mię­dzy jedną a drugą pio­senką di­sco polo. Al­fred, je­den z ko­le­gów z li­ceum, miał młod­szego brata i za­in­we­sto­wał w kilka skrzy­nek piwa, dzięki czemu pewna grupa uczniów spę­dzała wszyst­kie okienka w szkol­nej bi­blio­tece na spa­mo­wa­niu lo­kal­nych fo­rów za­chwy­tami nad przy­szłym po­słem Si­ciń­skim i dziw­nymi alu­zjami do ży­cia pry­wat­nego An­to­niego Du­dziaka i in­nych lo­kal­nych po­li­ty­ków. "Są lepsi niż boty z In­dii" - sko­men­to­wał ra­do­śnie Al­fred.

Wszystko to, a szcze­gól­nie go­dzinna roz­mowa z ar­cy­bi­sku­pem w trak­cie jed­nego z licz­nych po­lo­wań, na które za­pra­szano miej­sco­wych no­ta­bli, za­owo­co­wało tym, że na­zwi­sko Łu­ka­sza jako je­dy­nego kan­dy­data z okręgu, poza oczy­wi­ście Du­dzia­kiem, pa­dło ze sceny pod­czas wi­zyty prze­wod­ni­czą­cego Jed­no­ści. Słowo prze­wod­ni­czą­cego było naj­sil­niej­szym afro­dy­zja­kiem, więc no­to­wa­nia Si­ciń­skiego po­szy­bo­wały pod nie­biosa. Wi­zyty prze­wod­ni­czą­cego na pro­win­cji były tro­chę jak piel­grzymki pa­pieża, a tro­chę jak spo­tka­nia taj­nego brac­twa. Z jed­nej strony wszystko było przy­go­to­wane z wielką pompą, a człon­ko­wie i sym­pa­tycy Jed­no­ści w na­boż­nym po­dzi­wie spi­jali z ust swego szefa każde jego słowo, a z dru­giej ni­gdy nie było do końca wia­domo, gdzie i kiedy do­kład­nie się po­jawi, a na spo­tka­nia nie wpusz­czano byle kogo.

W ostat­niej chwili na łapu-capu miej­scowi dzia­ła­cze wy­naj­mo­wali jak naj­więk­szą salę i wy­ko­rzy­sty­wali wszyst­kie moż­liwe zna­jo­mo­ści, żeby za­ła­twić miej­sca w ho­telu i wy­kwintny ca­te­ring. Czę­sto ten wy­si­łek szedł jed­nak na marne, bo po spo­tka­niu prze­wod­ni­czący od razu za­wi­jał się wraz z chmarą swo­ich ochro­nia­rzy i ko­lumną opan­ce­rzo­nych li­mu­zyn od­jeż­dżali w siną dal bez ko­la­cji, ła­miąc wszyst­kie moż­liwe prze­pisy ru­chu dro­go­wego, a cza­sem wy­da­wa­łoby się, że na­wet prawa fi­zyki. Zło­śliwi mó­wili, że nie­któ­rym dzia­ła­czom taka sy­tu­acja od­po­wia­dała, a sam Du­dziak był wi­dziany, jak wy­cho­dził po ostat­nim spo­tka­niu z torbą de­wo­la­jów pod pa­chą.

Na ty­dzień przed wy­bo­rami był już na pierw­szym miej­scu w an­kie­cie na naj­po­pu­lar­niej­szego po­li­tyka przy­go­to­wa­nej przez lo­kalny por­tal in­for­ma­cyjny z wy­ni­kiem po­nad 40 pro­cent. Całe szczę­ście, że ni­komu nie przy­szło do głowy śle­dzić ad­re­sów IP gło­su­ją­cych, bo za­sko­czyłby ich fakt, że pra­wie jedna trze­cia gło­sów zo­stała od­dana w szkol­nej bi­blio­tece.

Kiedy Łu­kasz z Al­fre­dem wra­cali z lo­kalu wy­bor­czego, de­lek­tu­jąc się ke­ba­bami za­ku­pio­nymi za­raz po odej­ściu od urny u Turka, który za­pewne za­ra­biał for­tunę, po­nie­waż umiej­sco­wił swój biz­nes kil­ka­na­ście me­trów od szkoły, byli dziw­nie spo­kojni. Sza­leń­stwo się skoń­czyło, ci­sza wy­bor­cza wy­rwała im pracę z rąk (ale nie bratu Al­freda, który wła­śnie od­krył, jak można ukry­wać ad­res IP, i na­dal spa­mo­wał lo­kalne fora, jakby mu sam Pu­tin pła­cił). W pew­nym mo­men­cie Al­fred ode­zwał się znie­na­cka:

- Zda­jesz so­bie sprawę, że ty rze­czy­wi­ście mo­żesz wejść do sejmu?

- Chyba w tym wła­śnie celu to wszystko ro­bi­li­śmy, nie? - od­po­wie­dział Łu­kasz, zer­ka­jąc na niego z ukosa.

- Tak - od­po­wie­dział Al­fred. Spoj­rzał przed sie­bie nie­obec­nym wzro­kiem, jakby wła­śnie obu­dził się z dłu­giego snu. - Ale do­piero te­raz zda­łem so­bie sprawę, że to wszystko to nie była ja­kaś za­bawa i po­moc kum­plowi z li­ceum, który chciał się ze­mścić na by­łym sze­fie. Dziś rano wi­dzia­łem je­den z ostat­nich son­daży, po­li­czy­łem so­bie, ile mniej wię­cej lu­dzi na sto pro­cent na cie­bie za­gło­suje, i wy­cho­dzi tak pół na pół. Od nas z li­sty wej­dzie pew­nie osiem osób. Pierw­sza bę­dzie Ty­law­ska, jej nikt nie prze­sko­czy. Sio­stra bi­skupa, wła­ści­cielka naj­więk­szej firmy w re­gio­nie i była bur­mi­strzyni, a do tego oczy­wi­ście je­dynka na li­ście Jed­no­ści. Po­tem masz róż­nych lo­kal­nych ka­cy­ków, spa­do­chro­nia­rzy z War­szawy i szy­chy z Bia­łe­go­stoku, któ­rych nie ma sensu na­wet ko­men­to­wać, bo tak jak wcho­dzili od lat dzie­więć­dzie­sią­tych, tak wejdą i te­raz. Siódmy na li­ście jest ten ga­moń Du­dziak. Ósmy jest Cym­bal­ski, ale on nie dość, że ma durne na­zwi­sko, to jesz­cze oka­zało się, że miał ko­chankę i nie było go na pro­ce­sji w Boże Ciało, więc gówno do­sta­nie, a nie głosy. Reszta li­sty prak­tycz­nie się nie li­czy. Du­dziak strasz­nie się obi­jał w trak­cie kam­pa­nii. My­ślę, że masz szansę go prze­sko­czyć, wtedy wej­dzie Ty­law­ska z dużą prze­wagą i ty, tak na styk.

- Wow! - Si­ciń­ski nie mógł wyjść z po­dziwu wy­wo­ła­nego tak do­głębną ana­lizę te­matu z ust ko­legi, który jesz­cze nie­dawno twier­dził, że wszy­scy po­li­tycy to zło­dzieje i nie za­gło­suje, ani nie pój­dzie na żadną ma­ni­fe­sta­cję, bo to i tak nic nie da. - Mu­szę się przy­znać, że wcze­śniej sta­ra­łem się o tym nie my­śleć za dużo, ale te­raz też za­czy­nam się oswa­jać z my­ślą, że jest cień szansy na to, że na­prawdę ktoś na mnie za­gło­suje.

- Za­gło­sują, o to się nie martw. Czy tylu, ile trzeba, żeby wejść, to nie wiem, ale cał­kiem nie­zły wy­nik so­bie wy­pra­co­wa­li­śmy, z całą pew­no­ścią. Mam te­raz do cie­bie inne py­ta­nie: Czy na­prawdę masz za­miar zro­bić coś z tego, co nam wszyst­kim obie­ca­łeś, je­śli na­gle się okaże, że wsze­dłeś?

Łu­kasz za­milkł na chwilę. Wie­dział, że po­wi­nien od­po­wie­dzieć, że tak, oczy­wi­ście, zrobi, co tylko się da, ale wła­śnie do­tarło do niego, że bar­dzo moż­liwe, że mimo szcze­rych chęci bę­dzie zmu­szony zo­stać jed­nym z tych po­słów z ostat­niej ławki, któ­rzy mają się nie od­zy­wać i gło­so­wać tak, jak każe prze­wod­ni­czący.

- Po­wiem ci prawdę - od­po­wie­dział w końcu. - Do­tych­czas my­śla­łem, że tak, zro­bię wszystko, co obie­ca­łem, albo i wię­cej. Ale te­raz do­szło do mnie, że mogą mi prze­szko­dzić, w końcu, jak przy­cho­dzi co do czego, i tak wszy­scy mają ro­bić to, co każe prze­wod­ni­czący. Ale jedno ci mogę obie­cać: co się da, to zro­bię.

- O wię­cej cię nie pro­szę - za­pew­nił Al­fred.

Resztę drogi prze­byli w ci­szy.

Ko­lejne wy­da­rze­nia po­to­czyły się z nie­sa­mo­witą pręd­ko­ścią. Nie­spo­dzie­wa­nie wy­soki wy­nik Jed­no­ści w ca­łym kraju, sa­mo­dzielna więk­szość i re­kor­dowa liczba po­słów wy­bra­nych do sejmu. Po ogło­sze­niu osta­tecz­nych wy­ni­ków oka­zało się, że Łu­kasz do­stał o trzy głosy wię­cej niż An­toni Du­dziak i to ten pierw­szy znaj­dzie się w sej­mo­wych ła­wach. Po­tem jesz­cze tylko gra­tu­la­cje od bi­skupa, po­słanki Ty­law­skiej i prze­wod­ni­czą­cego (a także ese­mes o tre­ści "spier­da­laj", który przy­szedł do niego z nie­zna­nego nu­meru, ale mógłby przy­siąc, że wy­czu­wał w nim au­tor­stwo by­łego po­sła Du­dziaka).

Miał wra­że­nie, że nie mi­nęło pięć mi­nut, a sie­dział w sej­mie i gło­so­wał za ja­kąś dziwną ustawą o ry­bo­łów­stwie, któ­rej w ogóle nie ro­zu­miał. Po ja­kimś cza­sie oka­zało się, że ry­bo­łów­stwo było jedną z bar­dziej lo­gicz­nych dzie­dzin, którą przy­szło mu się zaj­mo­wać. Już pod­czas pierw­szej ka­den­cji miał oka­zję brać udział w gło­so­wa­niu nad ustawą au­tor­stwa po­sła Ło­kietka, która o mało co, w ra­mach walki z pro­pa­gandą LGBT, nie za­ka­zała sprze­daży ser­ków ho­mo­ge­ni­zo­wa­nych. In­nym ra­zem po­seł Se­rocki, szef Par­tii De­mo­kra­tycz­nej, pró­bo­wał prze­for­so­wać ustawę, która tak ob­ni­żała wy­datki z bu­dżetu, że do­pro­wa­dzi­łaby do cał­ko­wi­tego pa­ra­liżu pań­stwa. Wy­ha­mo­wał do­piero wtedy, gdy bro­daty z No­wego Pro­le­ta­riatu zwró­cił mu uwagę na to, że Se­rocki wła­śnie pró­buje po­zba­wić wy­płaty sa­mego sie­bie i swoją pra­cu­jącą w spółce skarbu pań­stwa żonę. Był też pro­jekt oby­wa­tel­ski lobby my­śliw­skiego ma­jący na celu znie­sie­nie kar za przy­pad­kowe wy­pa­tro­sze­nie uczest­nika po­lo­wa­nia, ale utknął gdzieś w ko­mi­sjach.

Dwie ka­den­cje i pół trze­ciej prze­le­ciały rów­nie szybko, co li­ber­ta­ria­nin od­ma­wia­jący za­pi­na­nia pa­sów bez­pie­czeń­stwa przez przed­nią szybę sa­mo­chodu przy czo­łówce. Słowa Al­freda dźwię­czały mu w uszach pra­wie co­dzien­nie. Udało mu się speł­nić wiele obiet­nic. Spro­wa­dził do mia­steczka in­we­sto­rów, ścią­gnął na­wet pod­stę­pem z Chin i wsa­dził za kratki biz­nes­mena, który do­pro­wa­dził do upadku fa­brykę me­bli (a przy oka­zji za­le­gał z ali­men­tami u trzech róż­nych ko­biet i z po­dat­kami z pra­wie dwu­dzie­stu lat dzia­łal­no­ści).

A te­raz na­gle mieli to wszystko dia­bli wziąć. Nowa kon­sty­tu­cja li­kwi­do­wała sejm i za­stę­po­wała go dwu­dzie­sto­oso­bową radą na­ro­dową, któ­rej człon­ko­wie mieli być wy­bie­rani w jed­no­man­da­to­wych okrę­gach wy­bor­czych na dzie­się­cio­let­nie ka­den­cje. Na czele rady stał na­czel­nik pań­stwa, który przej­mo­wałby obo­wiązki pre­zy­denta i pre­miera. "Silna wła­dza na cięż­kie czasy", tak Jed­ność tłu­ma­czyła po­trzebę ra­dy­kal­nej zmiany ustroju pań­stwa. Kon­sty­tu­cja mia­łaby za­bra­niać także wszel­kiej dzia­łal­no­ści or­ga­ni­za­cji o cha­rak­te­rze ko­mu­ni­stycz­nym, so­cja­li­stycz­nym i anar­chi­stycz­nym (w tym mo­men­cie Łu­kasz par­sk­nął lekko, bo jesz­cze pod­czas kam­pa­nii Al­fred wy­ja­śnił mu, że anar­chi­ści nie­spe­cjal­nie przej­mują się tym, co jest le­galne, a co nie). Wszystko to było wy­tłu­ma­czone wyż­szą ko­niecz­no­ścią i po­trzebą obrony na­rodu oraz wła­sno­ści pry­wat­nej przed wy­wro­tow­cami na­sy­ła­nymi na Rzecz­po­spo­litą przez za­gra­nicz­nych wro­gów pra­wo­ści i ka­to­li­cy­zmu. Na nic się zda­wały upo­mnie­nia eu­ro­pej­skich po­li­ty­ków i liczne (tym licz­niej­sze, im bar­dziej pa­ło­wane) pro­te­sty na uli­cach pol­skich miast. Nowa kon­sty­tu­cja miała przejść, choćby się wa­liło i pa­liło. A z tego, co prze­wi­dy­wał Łu­kasz, wa­lić i pa­lić miało się bar­dziej, niż kto­kol­wiek jesz­cze nie­dawno by przy­pusz­czał.

Pod­czas gdy po­seł Si­ciń­ski co­raz cia­śniej owi­jał się w koł­derkę i po­woli za­sy­piał, w miesz­ka­niu Adama Ko­wal­skiego na­dal pa­liło się świa­tło. Młody agent, pod­gry­za­jąc słone pa­luszki, prze­glą­dał ko­lejne strony akt za­ba­zgra­nych nieco cha­otycz­nym pi­smem puł­kow­nika i tych sen­sow­niej­szych, które za­pewne zre­da­go­wała Zło­tówa. Cza­sem miał wra­że­nie, że gdyby ona rzą­dziła w biu­rze, to dawno wy­le­ciałby z ro­boty, bo wszy­scy wro­dzy szpie­dzy już dawno zo­sta­liby zła­pani, a on nie miałby co ro­bić.

Tak czy siak, trudno było wy­cią­gnąć z pa­pie­rów ja­kieś sen­sowne wnio­ski. Z jed­nej strony wszy­scy zi­den­ty­fi­ko­wani człon­ko­wie Mło­dej Pol­ski wy­da­wali się ja­ki­miś przy­pad­ko­wymi dzie­cia­kami, stu­den­tami, kor­posz­czu­rami, bez­ro­bot­nymi, sprze­daw­cami czy pra­cow­ni­kami fi­zycz­nymi. Mi­gnął mu wśród nich ja­kiś dawny czło­nek So­li­dar­no­ści i parę star­szych dzia­ła­czek lo­ka­tor­skich. Ni­kogo, kto mógłby bu­dzić cho­ciaż cień po­dej­rzeń, że spra­wia za­gro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­wego.

Ra­port z do­cho­dzeń prze­pro­wa­dzo­nych po otrzy­ma­niu ta­jem­ni­czego ano­nimu był jed­nak po pro­stu nie­wia­ry­godny. Oka­zało się, że pod ad­re­sem po­da­nym w li­ście fak­tycz­nie od­na­le­ziono ma­ga­zyn, w któ­rym Młoda Pol­ska miała prze­pro­wa­dzać szko­le­nia strze­lec­kie. Od­da­lony od miast i wsi, z głu­chym jak pień ho­dowcą tru­ska­wek za je­dy­nego są­siada. Miej­sce kryło nie tylko pro­wi­zo­ryczną strzel­nicę, ale także ślady broni, któ­rej na co dzień uży­wają wy­łącz­nie służby spe­cjalne USA, Izra­ela, Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Tech­nik z la­bo­ra­to­rium po ana­li­zie łu­sek zna­le­zio­nych w ma­ga­zy­nie stwier­dził, że nie wie, kto mógł uży­wać tej broni w Pol­sce, ale jest le­piej uzbro­jony, niż ja­ka­kol­wiek jed­nostka do za­dań spe­cjal­nych, którą mo­gliby po niego wy­słać.

Adam po­dra­pał się po gło­wie. Ja­koś nie mógł so­bie wy­obra­zić stu­den­tów, dzia­ła­czek lo­ka­tor­skich i kor­po­ra­cyj­nych pier­dzi­stoł­ków od­by­wa­ją­cych re­gu­larne ćwi­cze­nia z ka­ra­bi­nami, które same po­tra­fią brać po­prawkę na wiatr, ni­we­lują od­rzut przy uży­ciu pola ma­gne­tycz­nego i wy­strze­li­wują po­ci­ski grzyb­ku­jące ze zu­bo­żo­nego uranu, bę­dące w sta­nie przy od­po­wied­nim tra­fie­niu do­słow­nie ko­muś nogi z dupy po­wy­ry­wać. Paf, paf i zo­staje z cie­bie mo­kra plama, a le­żą­cego na da­chu dwa ki­lo­me­try da­lej snaj­pera na­wet ra­mię nie za­boli. Adam wzdry­gnął się lekko.

Do tego ja­kieś dzi­waczne po­wią­za­nia z za­gra­nicz­nymi or­ga­ni­za­cjami, o któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie sły­szał, a w ra­por­cie były opi­sane w le­d­wie paru zda­niach, przy czym na nic się zdało szu­ka­nie ich nazw w in­ter­ne­cie. Irish Anar­chist Army, anar­chi­ści, któ­rzy ode­szli z IRA po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści przez Ir­lan­dię, żeby kon­ty­nu­ować walkę, tym ra­zem prze­ciwko dyk­ta­tu­rze ka­pi­tału. Ejer­cito Po­pu­lar de Pan­cho Villa, czyli ja­cyś prak­tycz­nie nie­znani par­ty­zanci z Mek­syku, Eidech­sen­klub - tajna or­ga­ni­za­cja, coś w stylu loży ma­soń­skiej z sie­dzibą w Szwaj­ca­rii, ma­jąca po­do­bno zrze­szać naj­bar­dziej zna­nych biz­nes­me­nów i po­li­ty­ków Eu­ropy Za­chod­niej. Do tego Fo­rza e Glo­ria, czyli wła­ściwe cho­lera wie kto z Włoch, i Les Fil­les du Loup-ga­rou, ko­lejna ab­so­lut­nie nie­zi­den­ty­fi­ko­wana or­ga­ni­za­cja wy­wro­towa z Fran­cji. Bar­dzo dziwny ze­staw, co mają wspól­nego biz­nes­meni i po­li­tycy z anar­chi­stami i mek­sy­kań­skimi par­ty­zan­tami? A może cho­ciaż bę­dzie oka­zja, żeby so­bie po­jeź­dzić po świe­cie? Adam od­rzu­cił tę myśl, żeby nie ro­bić so­bie na­dziei. Na ra­zie kto inny zaj­muje się tymi spra­wami. Jego za­da­nie było o wiele mniej skom­pli­ko­wane.

Wziął ostat­nią teczkę. So­nia, rok młod­sza od niego, na­uczy­cielka an­giel­skiego w szkole ję­zy­ko­wej, prze­by­wała za gra­nicą - Ir­lan­dia, Wło­chy, Niemcy, parę in­nych kra­jów... Obec­nie za­an­ga­żo­wana w sprawy lo­ka­tor­skie, ochronę zwie­rząt, po­moc sa­mot­nym mat­kom i or­ga­ni­zo­wa­nie le­wi­co­wych wy­da­rzeń kul­tu­ral­nych. Ni­gdy nie aresz­to­wana, na­wet man­datu dro­go­wego nie do­stała. Nie­ofi­cjal­nie wia­domo, że jest jedną z waż­niej­szych lo­kal­nych dzia­ła­czek Mło­dej Pol­ski, ma praw­do­po­dob­nie re­gu­larne kon­takty ze ści­słym kie­row­nic­twem or­ga­ni­za­cji... Na końcu było kilka zdjęć. Uśmiech­nięta, dłu­gie włosy, far­bo­wane na rudo. "Ładna" - po­my­ślał so­bie Adam, po czym zga­nił się za brak pro­fe­sjo­na­li­zmu.

- No, to by było na tyle - po­wie­dział sam do sie­bie. - Ju­tro pią­tek, do­brze się składa, bo trzeba bę­dzie się po­włó­czyć po ba­rach. Może być cie­ka­wie.

Po­seł Si­ciń­ski wbiegł po scho­dach re­gio­nal­nej sie­dziby Jed­no­ści. Mie­ściła się ona w re­pre­zen­ta­cyj­nym bu­dynku, za­raz obok ple­ba­nii ko­ścioła pod we­zwa­niem pa­pieża Alek­san­dra VI. Wszy­scy w mia­steczku wie­dzieli, że ów re­pre­zen­ta­cyjny bu­dy­nek był nie­gdyś sie­dzibą PZPR. Ci wta­jem­ni­czeni wie­dzieli także, że do­star­czał prąd i cie­płą wodę na ple­ba­nię, jedno i dru­gie opła­cane z pie­nię­dzy po­dat­ni­ków. Łu­kasz nie wie­dział, komu przy­szło do głowy or­ga­ni­zo­wać spo­tka­nie par­tyjne w so­botę o siód­mej rano, ale miał ochotę tę osobę za­mor­do­wać.

Na miej­scu cze­kał już były po­seł Du­dziak, który przez ostat­nie trzy lata zdą­żył zo­stać bur­mi­strzem mia­steczka. Roz­ma­wiał z po­słanką Ty­law­ską, która naj­wy­raź­niej także nie miała pro­ble­mów z ran­nym wsta­wa­niem.

- Lu­dzie to kurwy, mó­wię ci, Jadźka... - prze­ko­ny­wał Du­dziak, po­pi­ja­jąc wodę z pla­sti­ko­wego ku­beczka. - Dzie­sięć lat... Dzie­sięć lat no­sze­nia pa­ra­wanu nad bi­sku­pem na pro­ce­sji i co? I gówno! Za­miast mnie wy­brali tego gów­nia­rza, a ja zo­sta­łem na stałe w tej je­ba­nej dziu­rze!

- Bal­da­chimu - po­pra­wiła po­słanka Ty­law­ska.

- Co? - Du­dziak nie zro­zu­miał.

- Ta szmata na ki­jach, którą no­si­cie za Gien­kiem na pro­ce­sji, na­zywa się "bal­da­chim".

- Chyba, kurwa, wiem, co no­si­łem - od­burk­nął bur­mistrz, a Ja­dwiga prze­wró­ciła oczami.

Oboje ob­ró­cili się w kie­runku wcho­dzą­cego Łu­ka­sza.

- Pa­trz­cie, kto przy­lazł! Si­ciń­ski ra­czył się zja­wić... - rzu­cił na po­wi­ta­nie Du­dziak.

- Cześć, An­tek! Dzień do­bry, pani Ja­dwigo! - od­po­wie­dział Łu­kasz, nie zwra­ca­jąc uwagi na za­czepkę Du­dziaka. Przy­zwy­czaił się, przy­naj­mniej prze­stał już do­sta­wać ese­mesy z blu­zgami za każ­dym ra­zem, kiedy An­toni był na ja­kiejś za­kra­pia­nej im­pre­zie.

- Dzień do­bry, Łu­ka­szu. - Po­słanka Ty­law­ska się uśmiech­nęła, bo miała już dość prze­by­wa­nia sam na sam w jed­nym po­miesz­cze­niu z Du­dzia­kiem. - Cze­kamy jesz­cze na Sławka, Wojtka i Kryśkę i bę­dziemy mo­gli za­czy­nać.

- A co z rad­nymi? - zdzi­wił się Łu­kasz. - My­śla­łem, że wszy­scy dziś będą.

- Nie będą - wtrą­cił się Du­dziak. - Jak bę­dzie gło­so­wa­nie no­wej kon­sty­tu­cji, to zrobi się straszny roz­pier­dol, nie­za­leż­nie od wy­niku, i mu­simy wy­my­ślić stra­te­gię lo­kalną, ale tym ra­zem na po­waż­nie. Je­śli bę­dziemy py­tać tych wszyst­kich de­bili o zda­nie, to gówno wy­my­ślimy.

Sier­giej był pod­de­ner­wo­wany. Jego port­fo­lio wi­siało na dar­kwe­bo­wej stro­nie do­piero od dwóch dni, a już zo­stał za­pro­szony na roz­mowę o pracę. Mało tego, po płat­nego za­bójcę nie się­gała tym ra­zem zwy­kła ma­fia ani mi­lio­ner chcący się po­zbyć ry­wala biz­ne­so­wego, ale sek­tor rzą­dowy.

Zgod­nie z wy­tycz­nymi po­da­nymi w mejlu skrę­cił w ciemną uliczkę i za­czął li­czyć za­mknięte bramy. Przy pią­tej za­trzy­mał się i za­pu­kał trzy­krot­nie. Od­cze­kał trzy­dzie­ści se­kund i za­pu­kał jesz­cze dwa razy. Coś za­skrzy­piało i jedno ze skrzy­deł bramy za­częło się po­woli otwie­rać. Sier­giej prze­śli­znął się przez otwór i sta­nął na nie­wiel­kim dzie­dzińcu. Na roz­cią­gnię­tym mię­dzy odra­pa­nymi bu­dyn­kami dru­cie wi­siała emi­tu­jąca żółte świa­tło lampa oświe­tla­jąca schody, na któ­rych końcu znaj­do­wały się drzwi do piw­nicy. Pod­szedł i za­pu­kał.

Gdy tylko prze­stą­pił przez próg, ja­sne świa­tło pra­wie go ośle­piło. Spo­dzie­wał się ob­skur­nej piw­nicy, w któ­rej w naj­lep­szym wy­padku można zna­leźć ogórki, a w naj­gor­szym zwłoki, a tra­fił do cze­goś, co przy­po­mi­nało sie­dzibę za­chod­niej kor­po­ra­cji. Blask świe­tló­wek da­wał po oczach jak bomby fos­fo­rowe, ścianki dzia­łowe były wy­ko­nane z mlecz­nego szkła, a po­rę­cze błysz­czały jak ły­sina cy­borga.

- Do­bry wie­czór, mam na imię Kac­per i za­pro­wa­dzę pana do działu HR! - przy­wi­tał go ochro­niarz na sa­mym wej­ściu. - Nie musi pan po­ka­zy­wać do­ku­men­tów, zresztą mam na­dzieję, że pan ich przy so­bie nie nosi. My i tak wszystko wiemy.

Sier­giej ner­wowo ski­nął głową i po­szedł za ochro­nia­rzem, który już ma­sze­ro­wał w stronę windy. Na­wet nie za­uwa­żył, kiedy do­stał do ręki smycz z iden­ty­fi­ka­to­rem "Gość Spe­cjalny". Bez za­sta­no­wie­nia za­ło­żył ją so­bie na szyję.

Pię­tra nie były po­nu­me­ro­wane, po­dob­nie jak po­koje. Za­bójca nie miał po­ję­cia, w jaki spo­sób pra­cow­nicy orien­tują się, do­kąd mają iść, ale naj­wy­raź­niej świet­nie so­bie ra­dzili. On za to na­wet na tor­tu­rach nie miałby po­ję­cia, jak przed­sta­wić roz­kład bu­dynku. Po chwili zna­lazł się w prze­stron­nym po­koju sam na sam z pa­nią w śred­nim wieku, która przy­glą­dała mu się zza gru­bych oku­la­rów. Cała lewa ściana była lu­strem, a Sier­giej był pe­wien, że ob­ser­wują go zza niego czujne oczy straż­ni­ków wy­po­sa­żo­nych w broń ma­szy­nową. "Kac­per" (który za­pewne cał­kiem ina­czej miał na imię) gdzieś się ulot­nił.

- Do­bry wie­czór. - Ka­drowa uśmiech­nęła się blado. - Za­nim po­roz­ma­wia pan z na­szym kie­row­ni­kiem pro­jektu, mu­szę za­dać panu parę stan­dar­do­wych py­tań, żeby po­twier­dzić to, co pi­sał pan w swoim li­ście mo­ty­wa­cyj­nym. Mo­żemy za­cząć?

- Tak, oczy­wi­ście - od­po­wie­dział Sier­giej, który w mię­dzy­cza­sie zdą­żył się tro­chę uspo­koić.

- Za­cznijmy od pana sta­tusu praw­nego, z tego, co wi­dzę, nie jest pan oby­wa­te­lem Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej, ale to na­wet le­piej. Te­raz waż­niej­sze py­ta­nia: Czy jest pan ści­gany li­stem goń­czym?

- Tak - od­po­wie­dział Sier­giej bez za­sta­no­wie­nia. Pa­mię­tał rady ko­le­gów po fa­chu ("Nie kłam, oni i tak wszystko wie­dzą i nie lu­bią, kiedy ktoś ich pró­buje oszu­kać! A na­wet jakby ci się uda, a po­ła­pa­liby się do­piero po­tem, to bę­dzie jesz­cze go­rzej. Zwol­nie­nia dys­cy­pli­na­rne w sek­to­rze rzą­do­wym można za­skar­żyć do­piero na są­dzie osta­tecz­nym...").

- Czy rząd kraju, w któ­rym jest pan ści­gany li­stem goń­czym, ma pod­pi­saną umowę o eks­tra­dy­cję z Rzecz­po­spo­litą Pol­ską?

- Nie.

- Wspa­niale! Mo­żemy za­tem kon­ty­nu­ować. - Ka­drowa prze­rzu­ciła kilka kar­tek. - Jaką formę umowy pan pre­fe­ruje? B2B? Umowa o dzieło? Umowa-zle­ce­nie? Wy­rzu­ce­nie wa­lizki peł­nej stu­do­la­ro­wych bank­no­tów z okna ja­dą­cego sa­mo­chodu?

- Hmm... - Sier­giej spo­dzie­wał się tego py­ta­nia. - Mu­sia­łem za­wie­sić dzia­łal­ność go­spo­dar­czą, bo ZUS mnie do­bi­jał, więc nie­stety B2B od­pada. My­ślę, że w tej sy­tu­acji mo­gli­by­śmy po­zo­stać tra­dy­cyj­nie przy wa­lizce z okna sa­mo­chodu.

- No tak, składki, składki... - Ka­drowa po­ki­wała głową. - Tak się nisz­czy drob­nych przed­się­bior­ców. Ale nie musi się pan mar­twić, kap­sułka z cy­jan­kiem jest re­fun­do­wana przez pry­wat­nego ubez­pie­czy­ciela. To by było na tyle, pro­szę do drzwi na prawo, kie­row­nik pro­jektu już czeka.

Za­bójca po­że­gnał się grzecz­nie i wy­szedł. "Chyba nie po­wie­dzia­łem nic głu­piego" - za­sta­na­wiał się po ci­chu. "Tu i tak trzeba było tylko po­wtó­rzyć to samo, co mia­łem w CV i wcze­śniej na­pi­sa­łem im ma­ilem. Na chuj w su­mie to samo pi­sać i mó­wić po dzie­sięć razy?"

Po chwili sie­dział już w biu­rze kie­row­nika pro­jektu. Tym ra­zem sy­tu­acja wy­glą­dała tro­chę ina­czej. W po­miesz­cze­niu pa­no­wał mrok. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła była sto­jąca na biurku lampa skie­ro­wana pro­sto w twarz sie­dzą­cego po­środku po­koju Sier­gieja. Pod ścia­nami stali ko­man­dosi w ko­mi­niar­kach, a za biur­kiem sie­działa po­stać cał­ko­wi­cie ukryta w cie­niu. Kie­row­nik pro­jektu mu­siał być kimś na tyle waż­nym, że nie mógł po­ka­zy­wać twa­rzy zwy­kłym spe­cja­li­stom od mo­krej ro­boty.

- Do­bry wie­czór, Sier­giej. - Kie­row­nik mó­wił znu­dzo­nym gło­sem, to nie była dla niego pierw­sza taka roz­mowa tego dnia. - Pana CV bar­dzo nam za­im­po­no­wało, ale chciał­bym za­mie­nić z pa­nem parę słów twa­rzą w twarz, żeby się prze­ko­nać, czy pa­suje pan do na­szej firmy i czy bę­dziemy w sta­nie stwo­rzyć ra­zem przy­ja­zną at­mos­ferę. Pro­szę po­wie­dzieć coś o swo­ich mo­ty­wa­cjach. Dla­czego po­sta­no­wił pan pod­jąć współ­pracę ze służ­bami Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej?

- Um... - Za­bójca prze­łknął ślinę, te py­ta­nia po­wta­rzały się na każ­dej roz­mo­wie z pra­co­dawcą, ale za­wsze się oba­wiał, że wy­łoży się na ja­kimś nie­zna­czą­cym szcze­góle. - Od kil­ku­na­stu lat pra­co­wa­łem już w sek­to­rze pry­wat­nym, dla ma­fii, biz­nes­me­nów, a na­wet związ­ków wy­zna­nio­wych. Mu­szę przy­znać, że po­czu­łem pewne wy­pa­le­nie, praca jest po­wta­rzalna, wy­zwań bra­kuje, boję się, że gdy zbrak­nie mi pa­sji, mogę śmier­tel­nie roz­cza­ro­wać mo­ich klien­tów, ha, ha! - Sier­giej nie umiał oce­nić, czy dow­cip się mu udał, ale miał na­dzieję, że się nie prze­sły­szał i kie­row­nik rze­czy­wi­ście wy­dał z sie­bie lek­kie prych­nię­cie. - Pań­stwo ofe­rują zu­peł­nie nowe wy­zwa­nia i pro­jekty, które bar­dzo chciał­bym mieć w swoim port­fo­lio. No i w śro­do­wi­sku krążą słu­chy, że pen­sje w sek­to­rze rzą­do­wym są zde­cy­do­wa­nie wyż­sze niż przy in­nych zle­ce­niach, co oczy­wi­ście jest rów­nież dość ważne.

W tym mo­men­cie kie­row­nik nie­znacz­nie mruk­nął, a Sier­giej już wie­dział, że strze­lił nie­wy­ba­czalną gafę. Na ta­kiej roz­mo­wie w ogóle nie po­winno się wspo­mi­nać o wy­na­gro­dze­niu. Płatny za­bójca musi uda­wać, że pra­cuje wy­łącz­nie dla przy­jem­no­ści, dla Boga i oj­czy­zny albo dla idei, ale aż do ostat­niej chwili nie można wspo­mi­nać o pie­nią­dzach. Szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę, że taj­nym służ­bom czę­sto się zda­rza na­gi­nać prawa pra­cow­ni­cze i pro­po­no­wać za­bój­com dar­mowe prak­tyki lub za­ma­chy do port­fo­lio.

- Do­brze, przejdźmy da­lej. - Kie­row­nik na szczę­ście chyba zi­gno­ro­wał tę wtopę. - Pro­szę mi po­wie­dzieć, dla­czego jest pan za­in­te­re­so­wany tym kon­kret­nym pro­jek­tem.

- Och, to chyba oczy­wi­ste! - od­po­wie­dział pod­eks­cy­to­wany Sier­giej. - Któż nie chciałby wziąć udziału w za­ma­chu na li­derkę opo­zy­cji! To wielka szansa na zbu­do­wa­nie so­bie marki na rynku i oczy­wi­ście na nie­zwy­kłe wspo­mnie­nia czy na­wet tra­fie­nie do pod­ręcz­ni­ków do hi­sto­rii.

- No, no! Pro­szę się nie roz­pę­dzać! - Kie­row­nik się za­śmiał. - To bę­dzie wy­glą­dało na wy­pa­dek, więc trafi pan do pod­ręcz­nika, tylko je­śli się panu nie uda, a tego by­śmy nie chcieli!

Sier­giej za­śmiał się ner­wowo.

- To jesz­cze ostat­nia rzecz. - Kie­row­nik za­pi­sał coś na kartce. - Pana za­lety i do­świad­cze­nie znamy aż za do­brze, ale może po­wie mi pan, ja­kie ma pan wady?

- Hmm... - Sier­giej udał, że się za­sta­na­wia, ale aku­rat na to py­ta­nie był przy­go­to­wany. - Wy­daje mi się, że moją wadą jest to, że zda­rza mi się znę­cać nad ofiarą, na­wet je­śli zle­ce­nie tego nie prze­wi­duje.

- Ależ pro­szę pana! Cóż to za wada? To prze­cież za­leta, byle tylko le­karz są­dowy ni­czego nie wy­pa­trzył! Na­leży się jej jak naj­bar­dziej - od­po­wie­dział kie­row­nik, śmie­jąc się. - No do­brze. To by było na tyle. Je­śli ma pan ja­kieś py­ta­nia, to pro­szę o nich za­po­mnieć, bo my tu na py­ta­nia nie od­po­wia­damy. Za­dzwo­nimy do pana. Ju­tro o dwu­dzie­stej trze­ciej pro­szę być w ja­kimś od­lud­nym miej­scu. Za­strze­gamy so­bie, że skon­tak­tu­jemy się tylko z wy­bra­nymi kan­dy­da­tami. - To mó­wiąc, kie­row­nik wy­cią­gnął te­le­fon z szu­flady biurka i wrę­czył go Sier­gie­jowi. - Pro­szę nie uży­wać tego te­le­fonu do żad­nych in­nych ce­lów - za­strzegł. - Że­gnam pana, nie­za­leż­nie od tego, czy roz­pocz­niemy współ­pracę, czy nie, ni­gdy mnie już pan nie zo­ba­czy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki