Rozdział pierwszy
Piszę przy świetle knota z kawałka sznurówki wepchniętej w skrawek
tłuszczu odkrojony z boczku i umieszczony w połówce skorupki jajka. Będę
pisał nocą, po części dlatego, że już nie mogę spać w przepastnych
bezksiężycowych ciemnościach, a po części dlatego, że za dnia szukam
pożywienia, a dni są krótkie.
Trudno uwierzyć, że to jest Notting Hill, a ta atramentowo czarna i cicha otchłań pode mną to Londyn. Niegdyś za tym oknem widziałem milion
świateł oraz Bayswater Road i Oxford Street przeszywające serce Londynu
niczym lśniący diamentowy miecz. Niegdyś przez to okno szum ulicznego
ruchu wpadał jak pomruk morza przy cichnącym sztormie, lecz teraz zdaję
się zawieszony na tym połamanym drewnianym krześle w nieprzeniknionym
mroku i złowieszczej ciszy.
Jakaś sowa pohukiwała na Ladbroke Square, ale nagle przestała, jakby się
zawstydziła, niczym człowiek, który parsknął śmiechem w katedrze.
Wcześniej tego wieczoru dostrzegłem w dole kilka żałośnie nikłych
światełek, migotliwych i gasnących, gdy ludzie w swych zrujnowanych
domach daremnie usiłowali zapalić prymitywne lampy domowej roboty. Tylko
nieliczni wciąż próbowali walczyć z tymi okropnymi nocnymi ciemnościami.
Większość ludzi jak dzikusy wpełzała o zachodzie słońca do swoich nor i leżała tam w swego rodzaju stuporze do świtu.
Zastanawiam się, o czym myślą, gdy tak tam leżą - gdyż większość z nich
jest samotna, a nikt z nas już nie ma nadziei. Wszyscy tylko czekamy na
koniec.
Mężczyzna, którego wczoraj spotkałem w Kensington Gardens, gdy
wyciągałem wiadro wody, powiedział mi, że teraz w Londynie mieszka
zaledwie siedemset osób i każdy z nas może mieć na własność cały kwartał
domów, jeśli chce.
Starsza pani, która kiedyś mieszkała naprzeciwko mnie pod numerem 10
przy Notting Hill Crescent, zamieszkała w Galerii Narodowej. Usłyszała,
że jest opuszczona, i w ostatnich dniach życia chciała zaspokoić swoje
umiłowanie sztuki i żądzę posiadania.
Dziś poszedłem do niej na herbatkę. Żywi się gołębiami, które spadają
martwe z kolumny Nelsona na Trafalgar Square. Piecze je na ognisku
rozpalanym na kamiennej posadzce holu i podsycanym flamandzkimi
arcydziełami. Nie lubi flamandzkiego malarstwa i napawa się ich
niszczeniem tak samo jak gołębim mięsem.
Po herbatce oprowadziła mnie po galerii, żeby pokazać swoją kolekcję
dzieł Turnera, Constable'a i Gainsborougha. Niektóre znudziły jej się
tak, że tego wieczoru podarła je na opał. Podarowała mi mały
średniowieczny obraz na desce, wart pięć tysięcy funtów. Przyjąłem
prezent, gdyż tak nakazywała uprzejmość, ale wyrzuciłem go, kiedy
wracałem do domu. Nikt nie podważa jej prawa do tych arcydzieł i jestem
rad, że jest choć jedna szczęśliwa osoba w tym umierającym mieście.
Jednak to nie czas na anegdoty. Muszę pisać moją opowieść, jasno i prosto, dopóki mam siłę i światło, przy którym coś widać.
Pomysł spisania mojej opowieści sprawił mi wielką radość. Tylko ja, ze
wszystkich tych pozbawionych nadziei ludzi, umrę ze świadomością, że
zostawiam po sobie coś, co pewnego dnia może zostanie znalezione i równie docenione jak kamień z Rosetty lub bezcenne egipskie papirusy.
W tych szczęśliwych, spokojnych czasach przed Kataklizmem często
studiowałem spuściznę ludzi żyjących u zarania dziejów. Teraz historia
ludzkości się kończy, lecz pewnego dnia może znów się zacznie - więc
pewnego dnia moja opowieść może zostanie znaleziona i wprowadzi mnie do
grona nieśmiertelnych. Tacyt, Ptolemeusz i Beda Czcigodny stworzyli
dzieła, które rozświetliły mrok średniowiecza. Moja opowieść może być
jedyną pochodnią rozjaśniającą mrok, który zapadł po Kataklizmie, bo po
ukończeniu umieszczę ją w szczelnie zakorkowanym termosie i ukryję za
cegłami mojego kominka.
Jestem kawalerem i mam pięćdziesiąt trzy lata. Nazywam się Edgar
Hopkins, pochodzę ze starego i szacownego szlacheckiego rodu z Worcestershire. Majątek mojej rodziny nieco podupadł w ostatnich latach
i w 1912 roku mój ojciec sprzedał naszą starą rodzinną posiadłość w Stoatcastle firmie Victrix Sand and Gravel, po czym osiadł jako emeryt w Chislehurst.
Ukończyłem Winchester i Jesus College w Cambridge. Po uzyskaniu stopnia
magistra nauk podjąłem pracę nauczyciela w szkole podstawowej w Portsea,
którą godnie, jak sądzę, wykonywałem przez dwadzieścia trzy lata, do
czasu, gdy po śmierci ojca w końcu otrzymałem spadek, niewielki, lecz
wystarczający, by przejść na emeryturę.
Zawsze żywo interesowałem się hodowlą drobiu. Przez trzy kolejne lata
moje młode karmazyny zdobywały pierwsze miejsce na wystawie drobiu w Portsea, a moja broszura o dochodowej hodowli drobiu została bardzo
życzliwie zrecenzowana przez "Poultry Gazette". Cierpka i zawistna
krytyka w "Our Feathered Freinds" ani mnie nie zmartwiła, ani
zaskoczyła, gdyż niestety zazdrość jest wśród hodowców drobiu równie
częsta jak wśród metalurgów, w których to kręgach również mam dobre
rozeznanie.
Po przejściu na emeryturę mogłem pogłębić moje zainteresowanie hodowlą
drobiu. W lecie 1940 roku zakupiłem niewielką, lecz uroczą posiadłość na
przedmieściach wioski Beadle w Hampshire. Nazywana Buczynowym Pagórkiem,
obejmowała mały domek na szczycie niewielkiego wzgórza, 580 stóp nad
poziomem morza (co uratowało mi życie). Tarasowy ogród, porośnięty
starymi ostrokrzewami i cisami, łagodnie opadał ku dobrze zmeliorowanej,
osłoniętej łące o powierzchni około pięciu akrów - istnemu rajowi dla
drobiu.
Sprowadziłem z Portsea moje najlepsze kury, w dobrej fermie hodowlanej w hrabstwie Kent zakupiłem sześć doskonałych kogutów i zacząłem wieść
proste, lecz pracowite życie.
Natura obdarzyła mnie łatwością zdobywania przyjaciół, ciętym, lecz nie
złośliwym językiem oraz, jak sądzę, łagodnym i miłym charakterem.
Wkrótce dobrze poznałem moich sąsiadów, z których doktora Percevala i pułkownika Johna Harrisona wybrałem na swoich najlepszych przyjaciół. Z tymi dwoma dżentelmenami spędzałem wiele wieczorów, do późnych godzin
nocnych rozmawiając o moim drobiu, i bardzo żałowałem, gdy obaj
postanowili wyjechać i zamieszkać daleko od Beadle.
Jednak doktor Perceval przed wyjazdem zainteresował mnie hobby, które
miało odegrać ogromną rolę w moim życiu i bez którego nigdy nie miałbym
wiedzy i umożliwiającej mi napisanie tej opowieści.
Doktor Perceval był astronomem amatorem i w letnim domku stojącym w ogrodzie stworzył sobie małe obserwatorium. Obrazy Księżyca oglądane
przez jego wspaniały teleskop pobudziły moją żywą wyobraźnię.
Zafascynował mnie ten jasny, pokryty kraterami mały świat usianej
skałami ciszy i spędziłem wiele godzin z okiem przyciśniętym do okularu,
podczas gdy stary doktor cierpliwie podawał mi nazwy tych odległych gór
i budzących nabożny podziw przepaści.
W ciągu kilku miesięcy dzięki wpływom doktora zostałem członkiem
rzeczywistym Brytyjskiego Towarzystwa Księżycowego - uczonego gremium
całkowicie skupionego na badaniu Księżyca.
Główna siedziba Towarzystwa mieściła się pod numerem 76 przy Barbara
Street w Covent Garden i zajmowała całe najwyższe piętro. Była tam duża
sala prelekcyjna, mały gabinet sekretarza i pomieszczenie socjalne,
które szybko rozsławiły kanapki z mięsem wyhodowanych przeze mnie
kurczaków.
W każdy drugi wtorek miesiąca słuchaliśmy odczytu wygłaszanego przez
jakiegoś szacownego gościa lub członka naszego Towarzystwa. Później
zaczynała się inspirująca dyskusja, a wieczór kończył się przyjemnym
nieformalnym spotkaniem przy kawie i kanapkach. To ostatnie pół godziny
wieczoru przebiegało w tak miłej i swobodnej atmosferze, że szacowny
gość często się odprężał i niemal stawał jednym z nas. Pewnego razu
przeprowadziłem prawie dwudziestominutową rozmowę z profesorem
Rollestonem-Millsem z obserwatorium w Greenwich. Wyjaśniłem mu, że
niezwykła biel kurzego mięsa w kanapkach i jego nadzwyczaj delikatny
smak są rezultatem krzyżowania specjalnie dobranych okazów rasy
Wyandotte. Zdrowo się uśmialiśmy, gdy nazwał mnie "kurzym geniuszem"!
To comiesięczne spotkanie Brytyjskiego Towarzystwa Księżycowego stało
się najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem w moim spokojnym życiu. W każdy
drugi wtorek miesiąca wstawałem szczególnie wcześnie, jak najszybciej
wykonywałem niezbędne czynności przy moich kurczakach, pospiesznie
zjadałem lunch i o 14:14 jechałem pociągiem do Londynu.
Ten pociąg przyjeżdżał na dworzec Waterloo o 16:23, dzięki czemu mogłem
jeszcze pójść do kina przed naszym spotkaniem zaczynającym się o 18:30.
Zwykle rozchodziliśmy się około dwudziestej, więc miałem czas, by
spokojnie zjeść kolację w przyjemnej restauracyjce w Soho, ponieważ mój
powrotny pociąg do domu odjeżdżał o 21:52.
W ten sposób miałem "wolny wieczór", który cieszył mnie tym bardziej, że
w ciągu kilku minionych lat stałem się "wiejskim odludkiem", więc zawsze
wracałem do domu z poczuciem satysfakcji.
Obawiam się, że stary posterunkowy Wilson krzywo na mnie patrzył, gdy
dobrze po północy maszerowałem w zawadiacko przekrzywionym kapeluszu po
Burntash Lane do mojego domu i zapewne z niezrozumiałą dla niego swadą,
z niedbałym machnięciem parasola życzyłem mu dobrej nocy.
To comiesięczne spotkanie Brytyjskiego Towarzystwa Księżycowego nie
tylko było intelektualnie odświeżające, ale budziło szacunek
miejscowych, uważających mnie za "niezwykłego faceta"!
Moja opowieść tak naprawdę zaczyna się w pewien letni wieczór przed
siedmioma laty. Czy to możliwe, że upłynęło zaledwie siedem lat? Wydaje
się, że minęły wieki, ale dokładne obliczenia dowodzą słuszności tego
stwierdzenia. Nawet słowa "letni wieczór" wychodzą opornie spod mojego
pióra i dziwnie wyglądają na papierze w świecie, w którym już od dawna
nie ma letnich wieczorów.
Ponieważ nie ma wieczorów - nie ma zmierzchu w krainie, w której słońce
zapada za horyzont upiornym, krwawoczerwonym susem. Jest żółtawy blask
dnia - a potem nagle czarna ciemność nocy.
Pamiętam, że w tamten letni wieczór po podwieczorku poszedłem do wioski,
by zobaczyć się z panem Flidale'em, przewoźnikiem. Musiałem omówić z nim
szczegóły transportu moich trzech wyjątkowych kogutów rasy Wyandotte na
wystawę drobiu w Brigtree i uzgodniliśmy, że zabierze je następnego dnia
wieczorem po zachodzie słońca. Jestem głęboko przekonany, że wystawowe
ptactwo domowe należy przewozić wyłącznie w nocy, gdy senność zapobiega
nadmiernej ekscytacji i stresowi, które tak negatywnie wpływają na
zaniepokojone ptaki i ich wygląd następnego ranka.
Gdy w drodze do domu minąłem zakręt, ujrzałem pana Barlowa, naszego
listonosza, otwierającego moją furtkę. Ponieważ ścieżka do moich
frontowych drzwi była stroma, a pan Barlow był mężczyzną w podeszłym
wieku, zawołałem do niego, że wezmę od niego listy i oszczędzę mu
zbytecznego wysiłku.
Pan Barlow był mi wdzięczny i staliśmy przez chwilę przy furtce,
rozmawiając w łagodnym świetle zachodzącego słońca.
- Ładny wieczór, Barlow - powiedziałem (ponieważ uważam, że zawsze
należy życzliwie traktować zacnych mieszkańców wioski).
- Istotnie ładny, panie Hopkins - odrzekł Barlow. - Ładny zachód słońca,
chociaż znów rdzawy.
Obaj obróciliśmy głowy w kierunku blasku sączącego się przez stare buki
wokół Manor House i przez chwilę patrzyliśmy w dziwnej ciszy.
"Znów rdzawy". Wtedy po raz pierwszy usłyszałem ujęte w słowa
zdziwienie, jakie to zjawisko budziło we mnie kilkakrotnie w ciągu
minionych tygodni...
- Przez całe życie nie widziałem takiego rdzawego koloru - dodał Barlow.
W milczeniu skinąłem głową, ale nie mogłem tak jak Barlow uznać tego
jedynie za kaprys pogody. Właściwie wygląd słońca wcale się nie zmienił,
tak samo jak kształt obłoczków, które otaczały je, gdy powoli chowało
się za drzewami. Jednak zapadając za nie, pozostawiało na niebie ponurą
smugę - niezdrową jadowitą poświatę, która bynajmniej nie była piękna i mocno mnie zaniepokoiła.
Gazety, zwykle tak szybko dostrzegające i relacjonujące wszelkie kaprysy
pogody, najwyraźniej przeoczyły to zjawisko, a mieszkańcy wsi skwitowali
je zaledwie kilkoma zdawkowymi uwagami rzucanymi przy barze Fox &
Hounds.
Jednak za sprawą mojej astronomicznej pasji uważniej niż moi sąsiedzi
przyjrzałem się temu zjawisku. Z początku patrzyłem na nie z zaciekawieniem i naukowym zainteresowaniem - a potem, gdy się
powtarzało, co wieczór z rosnącym zdumieniem i niepokojem obserwowałem
je z mojego ogrodu.
Pewnego wieczoru wróciłem do domu naprawdę mocno przestraszony. Tamtego
dnia chmury zasnuły niebo i słońce było niewidoczne już od południa.
Kiedy jednak obserwowałem niebo, za bukami dostrzegłem tę samą rdzawą
poświatę - ledwie widoczną, bo przesłoniętą chmurą - która jednak
zdawała się za nią pulsować niczym jakaś okropna, jątrząca się rana pod
brudnożółtym bandażem.
Tak mnie to zaniepokoiło, że po kolacji usiadłem i napisałem list do
"Timesa". Wysłałem go następnego dnia rano, ale daremnie czekałem na
jego zamieszczenie. A potem na krótko to zjawisko znikło i słońce znów
zachodziło w swoich starych, przyjaznych szatach ze złota i szkarłatu.
Zacząłem sądzić, że tamta dziwna poświata była jedynie chwilowym
złudzeniem; przestałem obserwować niebo wieczorami i niemal zapomniałem
o wszystkim, a teraz zachód był "znów rdzawy", jak celnie ujął to
Barlow.
- Ta poświata znikła trzy tygodnie temu - powiedziałem. - Zniknie znowu.
Wziąłem od starego listonosza moje listy, życzyłem mu dobrej nocy i zamknąłem furtkę.
W połowie ścieżki wiodącej na szczyt mojego pagórka znajdowała się
altana spleciona z gałęzi starych cisów. Była moim ulubionym miejscem
odpoczynku, z którego widziałem uroczą panoramę okolicy, a w pogodne dni
mogłem dostrzec srebrzysty pas morza.
Zatrzymałem się przy niej i usiadłem, żeby przejrzeć pocztę. Tego
wieczoru otrzymałem trzy listy. Pierwszym był rachunek na 18 funtów, 12
szylingów i 3 pensy za nowe kurniki, które niedawno kupiłem w firmie
Haggard & Jackson z Winchesteru. Drugi był zaproszeniem na doroczne
rozdanie nagród i występy uczniów szkoły podstawowej w Portsea - które
to zaproszenie zawsze sobie ceniłem i przyjmowałem, często kosztem
różnych ważnych spraw. W trzeciej kopercie był list, który zakończył
moją dotychczas spokojną egzystencję; od tamtej chwili szczęśliwe dni
już nie wróciły i nigdy nie wrócą.
W ciągu tych siedmiu ostatnich okropnych lat często wspominałem tamten
wieczór i często na nowo odtwarzałem tamtą ostatnią szczęśliwą godzinę,
jaką miałem przeżyć na tej ziemi: ten spokojny spacer po wiosce; moją
cichą rozmowę z panem Flidale'em, przewoźnikiem, w jego chacie przy
moście; chwilę przerwy na przyglądanie się chłopcom grającym w piłkę na
murawie; odgłosy wsi; zapach siana; powolną wędrówkę do domu i pogawędkę
ze starym Barlowem przy furtce. Tę ostatnią w moim życiu godzinę, w której dane mi było zaznać spokoju...
Do dziś trzymam między stronami notatnika ten list, pomięty i potargany
przez straszliwe nieszczęścia, które dotknęły mnie i mój dobytek.
Przytoczę go tu w całości:
Brytyjskie Towarzystwo Księżycowe
Sekretarz: Barbara Street 76
Humphrey H. Tugwall WC1
18 września 1945
Szanowny Panie,
przewodniczący oraz Komitet polecają mi wezwać Pana na nadzwyczajne
posiedzenie Brytyjskiego Towarzystwa Księżycowego, które odbędzie się w siedzibie Towarzystwa 8 października o godzinie 18:00.
Ze względu na wysoce poufny charakter sprawy omawianej podczas tego
posiedzenia nie zostaną zaproszeni żadni goście, a członków Towarzystwa
uprasza się o zachowanie zarówno tego zawiadomienia, jak tematu
posiedzenia w ścisłej tajemnicy.
Z poważaniem,
Humphrey H. Tugwall
Nadszedł zmierzch, a ja siedziałem nieruchomo z tym listem w dłoniach.
Rachunek za kurniki i zaproszenie na rozdanie nagród spadły z szelestem
na ziemię, zapomniane.
Nagle przeszedł mnie zimny dreszcz, gdyż stało się to, czego w głębi
serca obawiałem się przez ostatnie sześć miesięcy.
Wiosną tego roku profesor Hartley, nasz przewodniczący (genialny
astronom i czarujący człowiek), przedstawił członkom Towarzystwa śmiałą
propozycję.
Oznajmił, że Towarzystwo nie powinno poprzestawać na comiesięcznych
spotkaniach i odczytach oraz omawianiu tematów związanych z Księżycem.
Powinno mieć własne obserwatorium i teleskop.
Przedstawił zwięzły, lecz doskonały plan wynajęcia powierzchni na dachu
wysokiego budynku fabryki radioodbiorników na wzgórzu w Hampstead.
Czynsz wyniósłby 90 funtów rocznie, koszt budowy obserwatorium 800
funtów, a cena teleskopu, instrumentów i tym podobnego wyposażenia 750
funtów: łącznie 1550 funtów plus roczny czynsz.
Nasza dotychczasowa niewystarczająca siedziba kosztowała nas 120 funtów
rocznie, a płacone przez 109 członków składki w wysokości dwóch gwinei
dawały około 230 funtów. Mieliśmy w banku zadowalającą sumę 194 funtów,
a ponieważ zbudowane obserwatorium z pewnością spowodowałoby wzrost
liczby członków, moglibyśmy liczyć na zwiększenie tej sumy. Wyjaśnił
potrzebę stworzenia funduszu amortyzacyjnego dla zmniejszenia kosztu
instalacji, a ja słuchałem go urzeczony tym odważnym i pomysłowym
planem.
Nigdy nie zapomnę, jak wzbierał we mnie gniew, gdy kolejni członkowie
wstawali i nie zostawiali suchej nitki na tym pomyśle, krytykując go
tchórzliwie, śmiesznie i pogardliwie. Ich leniwym móżdżkom wystarczało
to, co mieli; ograniczone ciasne umysły obawiały się niebezpieczeństw
rozwoju. Nie chcieli mieć teleskopu! Najwyraźniej zadowalali się
czytaniem o Księżycu i słuchaniem odczytów wygłaszanych o nim przez
mądrzejszych od siebie. Własne badania byłyby zbyt wielkim wyzwaniem dla
ich inteligencji! Ukrywali swe tchórzostwo, podkreślając finansowe
ryzyko tego planu i przepowiadając bankructwo klubu.
Nie zapomnę również roli, jaką odegrałem podczas tamtego historycznego
wieczoru.
W przypływie gniewu zerwałem się na równe nogi i przemówiłem jak jeszcze
nigdy przedtem. Z natury jestem cichym, spokojnym człowiekiem, aż nazbyt
skłonnym do ustępowania ludziom o donośniejszym głosie i mniejszej
inteligencji. Jednak siedząc tam i widząc wyraz twarzy naszego
cierpliwego, dzielnego przewodniczącego, gdy ośmieszano jego starannie
opracowany plan, wyszedłem z siebie.
Głośno i stanowczo zarzuciłem oponentom naszego zacnego przewodniczącego
pospolite tchórzostwo, krótkowzroczność i nielojalność. Ze swadą
przedstawiłem rozliczne zalety posiadania własnego teleskopu.
- Nazywamy się Brytyjskim Towarzystwem Księżycowym - powiedziałem - ale
nie robimy nic, tylko słuchamy innych, którzy mówią nam o tym, co
powinniśmy zobaczyć na własne oczy!
Dobrze pamiętam głupi, ironiczny śmiech, który jeszcze podsycił moją
niepohamowaną pasję. Dobrze pamiętam głos, który zawołał:
- A kto zapłaci rachunek za niepowodzenie tego planu?
I nigdy nie zapomnę mojej odpowiedzi.
- Ja! - wykrzyknąłem, uderzając pięścią w dłoń drugiej ręki. - Ja nie
obawiam się stawić czoła konsekwencjom przedsiębiorczości i odwagi!
Byłem tak rozgniewany, że nie wiedziałem, co mówię, i chwilę potem
żałowałem, że nie ugryzłem się w język.
Na moment zapadła cisza, zakończona głośnym i szczerym aplauzem
wszystkich obecnych. Zanim zdałem sobie sprawę, co się dzieje, doktor
Willoughby, stary i powszechnie szanowany członek Komitetu, wstał i przemówił do zebranych.
- To inspirująca chwila - powiedział - gdy bogaty członek Towarzystwa
zostaje sponsorem i gwarantem szlachetnego przedsięwzięcia naukowego.
Choć osobiście uważam ten plan za ryzykowny dla tak małego
stowarzyszenia jak nasze, to podziwiam ten odważny pomysł. Skoro pan
Edgar Hopkins tak szczodrze postanowił pokryć ewentualne straty, mogę
spokojnie oczekiwać realizacji tego planu.
Oblał mnie zimny i lepki pot, ale co mogłem zrobić? Wokół mnie siedzieli
ludzie, którzy próbowali storpedować ten plan i byli na mnie źli za to,
że go uratowałem. Gdybym wstał i powiedział, że nie zamierzałem go
finansować, jak zareagowaliby ci, którym zarzuciłem tchórzostwo?
Straciłbym twarz i zostałbym wyśmiany.
Jestem gotów przyznać, że to brak doświadczenia w publicznych
wystąpieniach był powodem mojej nieopatrznej wypowiedzi. Gdybym był
bogatym człowiekiem mającym za dużo pieniędzy, sytuacja byłaby zupełnie
inna. Jednak nie byłem bogaty. Po zakupie domu i kurzej fermy miałem 9
tysięcy funtów zainwestowanego kapitału, który przynosił mi 400 funtów
zysku rocznie. To wystarczało na moje skromne potrzeby, ale nie miałem
ani pensa więcej.
Jakie mogły być skutki mojego lekkomyślnego wybuchu? Fiasko planu
stworzenia obserwatorium mogło pozostawić Towarzystwo z długiem
sięgającym 2 tysięcy funtów! Utrata tak znacznej części moich funduszy
oznaczałaby konieczność sprzedania domu - oraz mojej ukochanej kurzej
fermy. Nie byłem w stanie o tym myśleć. Bezwładnie opadłem na krzesło,
ja, bohater wieczoru, zaskoczony i bezradny, z głośnym aplauzem jeszcze
dzwoniącym mi w uszach. Teraz nie mogłem się już wycofać, nie tracąc
resztek dumy i szacunku tych ludzi, którzy mnie otaczali.
Jak w chaotycznym śnie usłyszałem głos naszego przewodniczącego
dziękującego mi za hojną deklarację. Słyszałem, jak poddał plan pod
głosowanie, i zobaczyłem las podniesionych rąk. Plan został
przegłosowany czterdziestoma siedmioma głosami przeciwko dziewięciu.
Nie wiem, jak znalazłem siłę, by wyjść do przedsionka. Niewyraźnie
pamiętam, że piłem podaną mi przez kogoś filiżankę kawy i jadłem
kanapkę, której każdy kęs rósł mi w ustach, gdy próbowałem go przełknąć.
Pamiętam, że ściskano moją dłoń, pamiętam uśmiechy i pochwały.
Gdy wyszedłem w noc, aby zdążyć na pociąg, szczękałem zębami w bezsilnej
udręce.
Plan został niezwłocznie wcielony w życie i wydawało się, że od początku
ciążyła na nim klątwa.
Wszystko szło źle. Kiedy Komitet zapłacił siedmioletni czynsz za wynajem
dachu, miejski architekt przeprowadził inspekcję i orzekł, że w obecnym
stanie dach nie nadaje się na obserwatorium.
Komitetowi nakazano wzmocnić dach dodatkowym kosztem 217 funtów. Ledwie
otrząsnąłem się z szoku wywołanego tym ciosem, a producenci teleskopu
podnieśli o 10 procent jego cenę wraz z oprzyrządowaniem, ze względu na
wzrost kosztów materiałów.
Wtedy nie należałem do Komitetu, chociaż byłem pewny, że moja hojność
zapewni mi w nim miejsce podczas następnych wyborów. Tak więc tylko od
mojego starego przyjaciela doktora Percevala usłyszałem, co się dzieje.
Moi wrogowie - przeciwnicy teleskopu - naturalnie dowiedzieli się o tych
kłopotach i nie ukrywali złośliwej radości na naszych comiesięcznych
spotkaniach, ale pewnego wieczoru doktor Perceval w zaufaniu powiedział
mi, że Komitet dzielnie zmaga się z tymi trudnościami i robi wszystko,
żeby osiągnąć sukces bez korzystania z mojego finansowego wsparcia.
Powiedział mi, że gdyby plan się nie powiódł, to zwołano by walne
zgromadzenie, tak więc brak wiadomości powinienem uważać za dobrą
wiadomość.
Jakże modliłem się o pokonanie wszystkich problemów i powodzenie tego
planu! Nie tylko ze względu na moje finanse, ale po to, żeby utrzeć nosa
moim wrogom!
Jak śmiałbym się z tych głupców podczas hucznej ceremonii otwarcia! Jak
chichotałbym, gdyby Brytyjskie Towarzystwo Księżycowe rosło w siłę po
zakupie teleskopu - dzięki mojej odwadze i hojności, która wbrew
oczekiwaniom moich przeciwników okazała się niepotrzebna!
Każdy mijający dzień umacniał mnie w przekonaniu, że plan się powiedzie,
i tego lata rozpierały mnie entuzjazm i satysfakcja, jakich nie zaznałem
nigdy wcześniej. Czułem radość hazardzisty, który wygrał ryzykowną grę -
zadowolenie ze swojej odwagi - i satysfakcję wywołaną tym, że znajomi
uważają mnie za bardzo bogatego człowieka...
A teraz, jak grom z jasnego nieba tego jesiennego wieczoru, przyszedł
ten złowieszczy list.
"Zwołamy walne zgromadzenie, jeśli plan się nie powiedzie". Te słowa
doktora Percevala dudniły mi w uszach jak plemienne bębny, gdy
siedziałem w mojej ogrodowej altance na wzgórzu.
Bo cóż innego mógł oznaczać ten list? I "wysoce poufny charakter
sprawy"?
Miałem wrażenie, że po raz ostatni spoglądam na moją ukochaną kurzą
fermę jak na moją własność: na tę ciemnozieloną łąkę i oliwkowe stare
cisy. Idąc z ciężkim jak ołów sercem na szczyt wzgórza, nie byłem w stanie patrzeć na mój dom. Ten domek, już nie mój, był taki piękny, tak
nieskończenie przyjazny w półmroku, że nie mógłbym tego znieść.
Straciłem apetyt i nie zjadłem doskonałej soli ani sufletu serowego
przygotowanych przez moją gospodynię, panią Buller. Ledwie skosztowawszy
tych dań, poszedłem do biblioteki i machinalnie podniosłem nową książkę,
którą tak ochoczo odebrałem tego ranka - Kratery Księżyca profesora
Hermana Parkera z Harvardu. Otworzyłem ją, a potem upuściłem z odrazą.
Podszedłem do okna i zaciągnąłem zasłony, żeby zakryć ten cienki,
srebrny sierp, ze spokojnym samozadowoleniem wiszący nad łąką.
Nienawidziłem Księżyca: to przez niego zostałem zrujnowany.
Nienawidziłem go i wszystkiego, co z nim związane.
Już słyszałem śmiech moich uradowanych wrogów i stukot młotka licytatora
- sprzedającego mój drób za śmieszne pieniądze. Przez moment myślałem o ucieczce - opuszczeniu tego nieszczęsnego zebrania 8 października - ale
natychmiast uznałem, że byłoby to poniżej mojej godności. Postanowiłem
wziąć udział w spotkaniu i stawić czoło konsekwencjom. Lepiej być
biedakiem, ale honorowym, niż zachować pieniądze i się wstydzić.
Położyłem się na łóżku, ale nie zmrużyłem oka do świtu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki